Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czy można oszukać los?
Tego pytania nie zadaje sobie Sara - piękna, zielonooka wiedźma, władająca magią ziół i płomienia. Nie pyta o to również jasnowłosy, smutny mężczyzna o fioletowych oczach, którego imię to Śmierć. Oboje jednak chcą wiedzieć, czy można ocalić Życie ucieleśnione w chłopcu, którego wizerunek pojawia się na korze czarodziejskiego drzewa na najdalszej z wysp, oraz w śniącej nieprzeniknionym snem, najbliższej sercu wiedźmy dziewczynce.
Jak skończy się wędrówka Sary przez przestrzenie magicznych królestw oraz przez czas w poszukiwaniu remedium na utratę tego, co najcenniejsze?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 460
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Złotowłosa kobieta biegła przez las, uciekając od oprawców, którzy wpadli na jej trop. Zielona suknia powiewała na wietrze, gdy Sara przecinała kolejne, leśne ścieżki. Zza pleców dało się słyszeć wołania i widać było jaśniejącą łunę od pochodni. Kobieta wbiegła na polanę oświetloną blaskiem księżyca i zatrzymała się, łapiąc oddech. Wiedziała, że im nie ucieknie. Było ich zbyt wielu i byli za szybcy. Odwróciła się w ich stronę, by zobaczyć, jak wbiegają na polanę za nią.
– Urodziwa ta wiedźma, bracie – powiedział jeden o szpetnej twarzy.
– Nigdy nie wierz w to, co widzisz, mogła się zmienić czarami – powiedział drugi. Za nimi stało jeszcze kilku.
– Omotała mnie w karczmie, mówię wam! Wyciągnęła informacje i poszła – powiedział jeden z mężczyzn, którzy stali z tyłu.
– Mam lepsze rzeczy do roboty niż zajmować się jakimiś wieśniakami – powiedziała aksamitnym głosem kobieta. Mierzyła ich zielenią swoich oczu.
– Zamknij się, wiedźmo! – Ruszyli powoli w jej stronę, wyciągając sztylety zza pasków. – Teraz poharatamy ci tę piękną buźkę, cobyś nikogo już nie mogła omotać.
– Najpierw musisz mnie pokonać – powiedziała spokojnie i zdjęła brązową rękawiczkę z prawej dłoni. Następnie wyprostowała rękę, celując w drzewa, a z dłoni wystrzelił zielony płomień, owijając się wokół gałęzi. Mężczyźni krzyknęli i odskoczyli. Gałęzie zaczęły się wić i skręcać, by w końcu uderzyć w nich, łapiąc za nogi i ręce oraz podwieszając do góry. Zostało nadal trzech. Rzucili się w stronę wiedźmy. Kobieta uśmiechnęła się i zatoczyła koło w powietrzu przed sobą, szepcząc dziwne słowa. Okrąg zapłonął zielonym płomieniem, a następnie wyleciały z niego kruki, które rzuciły się na atakujących mężczyzn, dziobiąc ich i wydłubując oczy. Pośród wrzasków bólu nikt nie zauważył, że kobiety już nie było.
Wbiegła na główny trakt i zwolniła tempo. Czuła, że nikt za nią nie podąża. Wiedziała, że musi znaleźć miejsce na odpoczynek, a w okolicy nie było żadnej karczmy, nie licząc tej, z której uciekała. Nie mogła jednak tam wrócić. Już nie. Ruszyła więc traktem przed siebie, otulając się szczelniej wełnianym płaszczem.
Po kolejnej godzinie wędrówki czuła, że stopy odmawiają jej posłuszeństwa. Skręciła w prawo i wdrapała się na skarpę, by następnie usiąść za wielkim drzewem, osłonięta od wścibskich oczu. Oparła się o pień i zamknęła oczy. Musiała odpocząć. Sen przyszedł szybko i był ukojeniem dla zbolałych mięśni.
Szła przez kamienny korytarz starej świątyni. Pochodnie podwieszone na ścianach migotały jasnym światłem. Powolny stukot jej obcasów rozbrzmiewał echem i odbijał się od szarych ścian. Korytarz wił się niemiłosiernie długo, by w końcu otworzyć się na wielką salę. Po jej obu stronach stały kolumny, a na końcu znajdowały się dziwne wrota. Z początku kobieta nie zorientowała się, co się na nich znajduje, jednak z każdym kolejnym krokiem wizja stawała się jaśniejsza i wyrazistsza. W końcu, gdy znajdowała się kilka metrów od nich, obraz wyostrzył się odpowiednio, a kobieta westchnęła z przerażenia. Na wrotach, w pozycji krzyża, wisiała dziewczyna. Jej ręce były rozłożone na boki, a nogi zwisały prosto. Kończyny przytrzymywały potężne łańcuchy, wbijając się w tkankę. Strużka krwi ciekła po wrotach i spływała na posadzkę, tworząc tam zasychającą plamę. Przykuta kobieta była naga, a jej długie czarne włosy opadały na ramiona i piersi. Podniosła głowę z niemałym wysiłkiem i otworzyła fioletowe oczy, patrząc na blondynkę z bólem wymalowanym na twarzy.
– Złamałaś pieczęć… wypuściłaś… ich na świat – powiedziała kobieta, a następnie zawyła z bólu.
Wrota zadrżały, jakby coś dobijało się z drugiej strony. Oczy złotowłosej rozszerzyły się w przerażeniu i cofnęła się o kilka kroków.
– To twoja wina… – powiedziała kobieta.
Łańcuchy pękły i spadła na ziemię. Zaczęła powoli pełznąć w stronę zielonookiej, podczas gdy wrota za nią otwierały się. W środku nie było jednak niczego, tylko czarna pustka, która poczęła wylewać się jak krew z nowo otwartej rany.
– Nie! – krzyknęła dziewczyna.
– To twoja wina…
– Nie!
Wrota otworzyły się na oścież. W czarnej pustce zaczęły malować się zniekształcone twarze i powykręcane mordy bestii. Kobieta odwróciła się i zaczęła biec, jednak przeraźliwy chłód i wycie doganiały ją, a każdy krok stawał się wolniejszy. W końcu poczuła na swoich ramionach zimne łapska, które wciągnęły ją w ciemność.
Obudziła się z krzykiem. Był już dzień. Nadal siedziała oparta o drzewo, nieopodal głównego traktu. Otarła z czoła krople potu. Znowu ten sam koszmar, który męczył ją od dawna i nie pozwalał spać. Jakby coś wołało ją z czarnej pustki do siebie. Jakby coś chciało, żeby tam przyszła. Wstała i otrzepała sukienkę z ziemi i liści. Nadeszła pora, by ruszać dalej.
*
Dotarła do miasteczka Dumny Potok o zmierzchu. Powoli mijała bawiące się dzieci i gęsi, które paradowały po drodze równie uprzywilejowane, co ludzie. Dochodziły ją rozmowy mieszkańców, ich problemy dnia codziennego i te niecodzienne. Podeszła do starszej kobiety, która siedziała na drewnianej ławeczce pod domem przykrytym strzechą. Obok rosły malwy, a na płocie z małych gałązek schło pranie.
– Przepraszam, macie tu karczmę?
Kobieta spojrzała na nią i jej źrenice rozszerzyły się ze strachu.
– Proszę się nie bać.
– Odejdź… pachniesz śmiercią – powiedziała staruszka i zasłoniła dłońmi oczy.
– Proszę jej wybaczyć, babcia nie lubi nieznajomych. – Usłyszała głos młodej kobiety.
Odwróciła się w jej stronę. Niewysoka, rudowłosa kobieta z piegami na twarzy, o krągłych kształtach patrzyła na nią zaciekawionym wzrokiem.
– Szukam karczmy… – powiedziała blondynka.
– Tam, nadal wzdłuż drogi. Będzie znak. Sama podróżujesz, pani?
– Sama.
– Odważna jesteś. Ja bym się bała. Żadnej broni przy pasie?
– Żadnej – odpowiedziała kobieta. – Dziękuję, udam się do karczmy. – Ucięła rozmowę, po czym ruszyła we wskazanym kierunku. Długo czuła na plecach wbijający się w nie wzrok.
Karczma zapraszała światłem wydobywającym się z okien. Kobieta weszła do środka, naciągając kaptur na głowę. Wewnątrz panowały gwar i zamieszanie. Kilku chłopów spiło się niemiłosiernie i wszczynało bójki między sobą, kilku innych grało w karty przy pobliskim stole. Spojrzeli na nią, gdy wchodziła, a potem wrócili do gry. Kobieta usiadła na stołku przy barze.
– Coś podać?
– Piwo i coś do jedzenia – powiedziała i rzuciła na blat kilka monet.
– Się robi – odpowiedział karczmarz.
– Powiedz, panie, czy ostatnio działo się u was coś… nie-typowego?
– Nietypowego? Co masz na myśli, pani? – spytał, pucując kufel.
– Cokolwiek, co by różniło się od codziennych wydarzeń… na przykład jakaś wizyta z zewnątrz miasta?
Karczmarz odstawił kufel i przyjrzał się kobiecie, po czym zbliżył twarz do jej twarzy i zaczął szeptać:
– Mówią, że niedawno odwiedziły nas wiedźmy, nikt jednak niczego nie pamięta! Najpewniej sprawdzi się to za dziewięć miesięcy, gdy podrzucą niemowlęta pod drzwi, jak to mają w zwyczaju. Oczywiście samych chłopców. Ale to tylko pogłoski, może do niczego takiego nie dojdzie.
– No tak, to typowe, że nikt niczego nie pamięta.
– Może powinnaś pani popytać osoby bardziej ustosunkowane, ja tam mało wiem… – powiedział i postawił przed nią kufel z piwem. Dziewczyna skinęła głową i podziękowała mu, następnie zajęła się swoim napitkiem.
Ciepłe, miękkie łóżko i narzuta to było to, czego było jej potrzeba. Do tego kąpiel w balii pełnej ciepłej wody. Dziewczyna położyła się na wznak z rękami pod głową, patrząc w sufit. Na zewnątrz panował już mrok i szmery miasteczka powoli cichły. Jutro popyta dalej. Karczmarz zalecił pytać wyższych rangą. Może spyta żołnierzy albo pójdzie na dwór. Może tam ktoś coś będzie wiedział o wiedźmach. Musi je odnaleźć i zapytać o znaczenie swoich snów. Tylko one będą w stanie jej pomóc. Zamknęła oczy i usnęła.
Następnego dnia wstała wcześnie rano i opuściła karczmę. Na placu rozstawiali się kupcy ze swoimi kramami, a koguty co chwila piały, oznajmiając początek kolejnego dnia. Ruszyła przez plac w kierunku pałacu, lecz już będąc na miejscu, poczuła coś dziwnego. Otrząsnęła się i ruszyła przed siebie. Dziwne uczucie jednak nie chciało zelżeć.
Pałac rozciągał się na dużym obszarze, zapraszając drewnianą fasadą. Otaczała go palisada, chroniona przez żołnierzy. Dziewczyna podeszła do jednego z nich i zaczęła rozmowę:
– Witaj, panie. Powiedziano mi, że ostatnio w waszym mieście były wiedźmy. Czy to prawda?
– Nie rozsiewam plotek, pani.
– Czy na dworze wszystko w porządku?
– Czemu pytasz, pani?
– Jestem zielarką, może będę w stanie pomóc? – Spojrzała na niego spod wpół przymkniętych powiek. Postanowiła postawić wszystko na swoje przeczucia. Coś nie było w porządku na dworze i czuła to. Chciała dowiedzieć się, o co chodzi i czy przypadkiem nie ma to związku z ostatnim pobytem wiedźm.
– Zielarką, powiadasz, pani? – Strażnik spojrzał na kolegę, stojącego obok. – Chodź za mną, pani – powiedział i zawołał do innego za bramą, by ten ją otworzył.
Plac przed pałacem był usłany kwiatami w fioletowych kolorach. Wszędzie pachniało słodko i wiosennie. Dziewczyna z przyjemnością wciągała ten zapach w nozdrza, jako odmianę od swędu, który panował w mieście. Budowla była piękna i okazała, cała z drewna, rozłożysta i ujmująca maestrią detali. Strażnik prowadził ją przez piękny ogród w stronę głównej bramy. Tam szepnął kilka słów do kolejnego strażnika, a ten otworzył bramę i wpuścił ich do środka. Szli prosto do głównej sali.
– Pani… wybacz, że przeszkadzam, przyprowadziłem zielarkę.
– Zielarkę, powiadasz? – Kobieta wstała z fotela i zmierzyła dziewczynę wzrokiem. – Taka młoda?
– Mówi, że jest zielarką.
– A ty uwierzyłeś na słowo? Zostaw nas same – powiedziała kobieta i odesłała strażnika. Ten ukłonił się i odszedł.
Nagle z góry dobiegł dźwięk uderzenia błyskawicy. Strażnik zatrzymał się i spojrzał na kobietę, ta jednak ponownie odesłała go skinieniem ręki.
– Burza? – zapytała dziewczyna i spojrzała przez okno. Panował jednak piękny bezchmurny dzień.
– To nie burza. To moja córka – powiedziała kobieta i zaprosiła gościa skinieniem ręki. – Hrabina Hectoria Prite, miło mi cię poznać, moja droga.
– Sara, zielarka – odpowiedziała dziewczyna i ukłoniła się.
– Zatem, Saro, widzisz, borykamy się z małym problemem… – Przerwały jej kolejne uderzenie błyskawicy i dźwięk wybijanych szyb. Do pokoju wbiegła przerażona służąca. Ukłoniła się hrabinie i zaczęła mówić:
– Pani…
– Słyszałam. Odejdź, zajmij się swoimi sprawami – powiedziała hrabina. – Jak mówiłam − podjęła przerwany wątek − borykamy się z drobnym problemem. Widzisz, moja córka… ostatnio nie jest sobą.
– Ile ma lat?
– Osiem.
– Na czym dokładnie polega problem? – spytała Sara.
– Rzeczowa jesteś, podoba mi się to. Problem polega na tym, że w niekontrolowany sposób… jak by to ująć…
– Strzela błyskawicami po pokoju – dokończył za nią męski głos. Mężczyzna, który to powiedział, podszedł do rozmawiających kobiet i ukłonił się nisko. – Hrabia Victor Prite. Miło mi cię poznać, pani.
– Wzajemnie, panie – odpowiedziała Sara ukłonem.
– Podobno jesteś zielarką…
– Można tak powiedzieć. Znam się dobrze na ziołach.
– Czy będziesz w stanie pomóc naszej córce?
– Muszę ją najpierw zobaczyć – odrzekła dziewczyna.
Jasnowłosa para spojrzała po sobie, po czym oboje przytaknęli.
– Zabiorę ją do niej. Ty zostań tutaj – powiedział Victor do żony. Hectoria skinęła głową.
Mężczyzna zabrał Sarę korytarzem na górę, po schodach, na ostatnie piętro wieży.
– To tutaj – powiedział i otworzył drzwi. Pod rozbitym oknem siedziała dziewczynka o jasnych, długich włosach, splecionych w warkocz. – Kochanie? Rachelle? Przyprowadziłem zielarkę…
– Proszę nas zostawić same – powiedziała Sara.
Mężczyzna spojrzał na córkę, po czym wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
– Rachelle, tak masz na imię?
– Tak.
– Nie obawiaj się mnie – powiedziała Sara łagodnym głosem. Dziewczynka odwróciła się i spojrzała na nią fioletowymi, zapłakanymi oczami.
– Co mi jest, pani? – spytała drżącym głosem.
– Nic strasznego. Dorastasz… – powiedziała Sara i wyciągnęła z torebki przy pasku małą fiolkę. Postawiła ją na stole, po czym sięgnęła po torebeczkę z suszonymi ziołami. Wsypała trochę do fiolki. – Hmmm… nie, to za mało. Potrzebuję więcej – powiedziała do siebie. Podeszła do drzwi i otworzyła je.
– Czy…? – spytał hrabia.
– Potrzebuję ziół. Powinnam je znaleźć w pobliskim lesie. Wyruszę natychmiast – powiedziała dziewczyna.
– Dobrze, bardzo cię proszę, pani. Zrób, co w twojej mocy – odrzekł Victor i ukłonił się. − Zwróć się do służby, jeśli czegoś potrzebujesz. − Usłyszała na odchodne.
Sara uczyniła zgodnie z jego radą i po chwili szła już za miasto − do lasu. Owinęła się szczelniej w płaszcz, gdyż dzień był chłodny. Powolnym krokiem ruszyła wzdłuż skarpy, po chwili wspinając się po niej. Chciała pomóc tej małej dziewczynce okiełznać rosnące w niej moce. Mała była potężna, a energia buzowała w niej w niekontrolowany sposób. Zresztą jeśli pomoże rodzinie hrabiego, może w zamian uzyska pomoc w poszukiwaniu wiedźm.
– Pani! Proszę zaczekać! – Usłyszała wołanie zza pleców. Odwróciła się i zobaczyła młodego chłopaka o długich ciemnych włosach, w lekkiej zbroi i z łukiem na plecach, goniącego za nią od strony miasta. Zatrzymał się dopiero pod skarpą, na której stała, i starał się złapać oddech.
– Tak…? – spytała.
– Hrabia Victor Prite wysyła mnie do ochrony pani. Jestem strażnikiem.
– Miło z jego strony, ale nie powinno nic mi się stać w tak pięknym lesie, nieprawdaż? – powiedziała i uśmiechnęła się. – Jak się nazywasz?
– Felix, pani.
– W takim razie weź ten kosz. – Rzuciła mu wiklinowy kosz, który otrzymała w pałacu.
Chłopak wspiął się po skarpie i podążył za Sarą w głąb lasu.
– Czego szukamy, pani?
– Potrzebuję kilku ziół, które rosną na tych terenach. Jeśli je dobrze zmieszam, powinny pomóc córce hrabiego. Przynajmniej trochę…
– Rozumiem, pani.
– Proszę, nazywam się Sara, mów mi po imieniu. Nie jestem hrabiną.
Chłopak zrobił wielkie oczy, po czym ukłonił się w podziękowaniu. Dziewczyna tylko westchnęła głośno.
Las był piękny i zielony. Pełen życia i roślin. Szli wąską dróżką przed siebie, a Sara co chwila kucała, by zerwać potrzebne jej zioła. W końcu dotarli na polanę porośniętą wysoką trawą.
– Potrzebuję koziej brody. Rośnie na drzewach, jak zobaczysz, od razu będziesz wiedział, że to ona – powiedziała dziewczyna.
Chłopak przytaknął i ruszył w kierunku pobliskich drzew, rozglądając się uważnie. Sara przeczesywała trawę w poszukiwaniu tego, co potrzebowała. W końcu znalazła krzak z wilczymi jagodami. Zerwała ostrożnie trochę owoców i liści.
– Znalazłem! – krzyknął chłopak.
Sara uśmiechnęła się i ruszyła w jego kierunku. Nagle zakręciło jej się w głowie, zatrzymała się i złapała za skronie. Coś było nie w porządku. Spojrzała na Felixa, a jego twarz zdawała się wykręcać i wykrzywiać w dziwnym grymasie. Serce zatłukło jej mocniej i upadła na ziemię.
Wielkie drzewo rosło na środku polany. Na jego korze rysowała się sylwetka młodego chłopca, z rękami skrzyżowanymi na piersi. miał zamknięte oczy i spokojną twarz. Wokoło drzewa rosły ogromne kwiaty, większe niż jakiekolwiek, które wcześniej widziała. Rozejrzała się po okolicy. Wszystko było idylliczne. Nagle usłyszała cichy jęk. Spojrzała na chłopca. Jego mina wyrażała ból i cierpienie. Jego ręce, jakby nie miał nad nimi władzy, były wyprostowane wzdłuż ciała, na środku którego znajdowała się rana. Ciekła z niej krew, spływając małą strużką na ziemię i wsiąkając w glebę. Sara podeszła do niego i przyłożyła dłonie do rany, jednak niczego nie mogła zrobić. Krew płynęła między jej palcami. Chciała zawołać o pomoc, ale głos grzązł jej w gardle. Nagle poczuła zimny uścisk na ramionach. Odwróciła się i zobaczyła wysokiego mężczyznę o jasnej karnacji i długich białych włosach. Ubrany był na czarno i patrzył na nią smutno, kręcąc głową. Znała ten zimny uścisk. To był uścisk Śmierci. Odskoczyła od niego i chciała krzyknąć, jednak nie mogła. Jakby głos nie chciał opuścić jej krtani. Mężczyzna podszedł do chłopca i pogłaskał go po głowie, po czym spojrzał na Sarę. Jego oczy zabłysły fioletowym blaskiem, a twarz wykrzywiła się w nieznośnym grymasie. Wydał z siebie przeraźliwy pisk, a następnie jego ciało rozerwało się na strzępy, wyzwalając potężną falę energii, która zmiotła wszystkie kwiaty i rośliny w okolicy. Sara zasłoniła się przed nią rękami, ale po chwili zobaczyła, że jej dłonie zaczynają się starzeć. Jakby energia wysysała z niej całe życie i młodość. Dziewczyna krzyknęła głośno…
Ocknęła się z krzykiem. Leżała na kolanach Felixa, a ten patrzył na nią z przejęciem. Szybko wstała, ale znów zakręciło jej się w głowie i ponownie upadła na jego kolana. Chłopak dotknął jej twarzy i uspokoił ją.
– Zemdlałaś… – powiedział łagodnym głosem.
– Zrobiło mi się strasznie słabo… Już zmierzch?
– Trochę tu leżałaś.
– Cały czas byłeś przy mnie? – powiedziała i podniosła się powoli.
– Hrabia kazał cię strzec…
– Pewnie myśli, że uciekłam. Musimy wracać. Czy znalazłeś tę kozią brodę? – spytała i w tej chwili dostrzegła wypełniony koszyk. Uśmiechnęła się do Felixa. Chłopak wyraźnie poczerwieniał i speszył się. Wstali z ziemi gotowi ruszyć w stronę miasta. Nagle jednak z pobliskich krzaków dało się słyszeć dziwne szepty i jęki. – Zaczekaj, słyszysz to? – zapytała dziewczyna.
– Co to? – odpowiedział jej pytaniem na pytanie chłopak, po czym wyciągnął łuk.
Sara miała dziwne przeczucia. To na pewno nie były wilki ani żadne zwierzę. Zwierzę by nie jęczało i nie wydawało z siebie dziwnych szeptów. Nagle z krzaków wyskoczyły dwa potwory o powykręcanych mordach, przypominające posturą człowieka. Rzuciły się w ich kierunku. Dziewczyna krzyknęła. Świst strzały rozdarł powietrze. Pocisk uderzył w jedną z powykręcanych gąb, przebijając ją na wylot. Kolejna strzała rozpruła ramię bestii. Potwór jednak nadal stał, wyraźnie rozjuszony całym zajściem. Sara nie wiedziała, co robić. Przecież jawnie była tylko zielarką. Jeśli teraz pokazałaby swoje zdolności…
Następna strzała przeszyła cielsko bestii na wylot. Jedna z powykręcanych mord upadła na ziemię, tracąc oparcie pod nogami. Druga jednak zbliżyła się na niebezpieczną odległość. Felix rzucił łuk na ziemię i wyciągnął strzałę z kołczanu, wbijając ją w głowę bestii. Potem szybkim kopniakiem pozbawił potwora równowagi, by następnie wbić mu strzałę prosto w serce. Zapadła cisza. Potwory dygotały na ziemi, jakby nadal żywe. Jednak nie były w stanie się podnieść.
– Co to jest? – spytała dziewczyna.
– Nie wiem, nigdy nie widziałem czegoś takiego.
– Jakby… nieumarli wracali z grobów. To bardzo zły znak – powiedziała. – Chodź, musimy szybko wracać. Mam złe przeczucia.
Chłopak przytaknął i ruszyli w stronę w miasta.
*
Intuicja Sary nie zawiodła. Brama do miasta była zamknięta, a pod nią leżało kilka zabitych przez łuczników bestii. Kolejne zbliżały się z niedaleka w jej kierunku.
– Co teraz? – spytała dziewczyna. Nadal nie wiedziała, czy używać swoich mocy przy świadkach. Do tej pory źle się to kończyło.
– Hej, Vaclav! Otwórz bramę, to ja, Felix! – krzyknął chłopak, podbiegając pod bramę i waląc w nią rękami. Jednak nie było odzewu. – Vaclav!
– Przykro mi, Felix, nie otworzę bramy. Ci nieumarli zaczęli wyłazić po zmierzchu, to zbyt niebezpieczne. – Dobiegł do nich głos z góry.
Na wieżyczce strażniczej stał mężczyzna i celował w nieumarłych z łuku. Po drugiej stronie bramy, na sąsiedniej wieżyczce, stał następny. Po chwili strzały przeszyły powietrze i trafiły w chodzące zwłoki, przebijając je na wylot.
– Vaclav, do cholery, chcesz, żeby nas zabili? Ta zielarka pracuje dla hrabiego, będziesz miał to na sumieniu! – krzyczał Felix.
Jęki powykręcanych mord zbliżały się z każdym ich powolnym krokiem. W końcu ruszyli szybciej. Dwóm strażnikom nie starczało strzał i tempa, by pokonać ich wszystkich. Sara wiedziała, że nie ma wyboru. Zdjęła rękawiczkę i powoli ruszyła w kierunku potworów. Wycelowała w jednego i strzeliła zielonym płomieniem, paląc bestię i powalając na ziemię. Następnie zatoczyła ręką koło, wyczarowując kilkanaście zielonych kruków, które zaczęły dziobać i przebijać na wylot nieumarłych.
– To wiedźma!! – krzyknął Vaclav. Sara zamknęła oczy i pokręciła głową. Zdjęła drugą rękawiczkę i dokończyła mordować nieumarłych tańczącym na jej dłoniach wiedźmim ogniem, zanim zbliżyli się za blisko bramy.
– Teraz, otwórz! – krzyknął Felix.
Vaclav skinął głową i otworzył bramę, wpuszczając go do środka, jednak od razu potem zaczął ją zamykać.
– Co robisz? Jeszcze Sara!
– To wiedźma! Nie zaryzykuję tego niebezpieczeństwa.
– Ja poniosę konsekwencje, hrabia kazał mi ją chronić – powiedział Felix stanowczo.
Vaclav pokręcił głową i splunął pod nogi dziewczynie, która do nich dołączyła. Jej obrońca nie wytrzymał i uderzył strażnika w twarz, aż ten zatoczył się i upadł.
– Chodźmy do hrabiego – powiedział Felix i wziął Sarę za rękę.
Wewnątrz panował spokój. Jakby wydarzenia spod bramy tutaj jeszcze nie dotarły. Udali się do pałacu, szukając hrabiego. Zastali go w wielkiej sali, rozmawiającego z żołnierzami.
– Zamknąć wszystkie bramy, rozstawić strażników. Teraz! – krzyknął. Żołnierze zasalutowali i rozeszli się.
– Hrabio… – powiedział Felix i ukląkł.
– Długo was nie było.
– Spotkaliśmy w lesie bestie, a potem przed bramami. Co się dzieje? – spytała dziewczyna.
– Nie wiemy. Nigdy coś takiego się nie zdarzyło w historii Dumnego Potoku. Jakby zmarli wstawali z grobów… Czy masz wszystkie zioła, zielarko?
Sara spojrzała na Felixa, jakby oczekując, że wyjawi jej tajemnicę, ten jednak milczał, patrząc na nią niebieskimi oczami.
– Tak… Wszystko, czego potrzebowałam. Udam się do Rachelle – powiedziała i ukłoniła się, po czym ruszyła w kierunku pokoju dziewczynki.
W pokoju panowały cisza i spokój. Mała siedziała na łóżku, trzymając swoją lalkę. Sara weszła do środka i zamknęła drzwi, po czym podeszła do stołu i sięgnęła po buteleczkę, którą na nim zostawiła.
– Co będziesz robić? Czy to będzie bolało? – spytała Rachelle.
– Nie, kochanie, nie będzie. Zrobię dla ciebie eliksir, który wypijesz. On uśpi twoje zdolności na jakiś czas, ale później powinnaś udać się gdzieś, gdzie ktoś będzie nad tobą czuwał i uczył cię.
– Moje zdolności?
– Tak, otrzymałaś dar magii – powiedziała Sara, po czym wyciągnęła z wiklinowego kosza kozią brodę i wcisnęła do buteleczki, następnie ugniotła specjalnym tłuczkiem, dodając kolejno owoce i liście wilczej jagody oraz inne zioła, które zebrała w lesie. Gdy wszystko ugniotła, zdjęła rękawiczkę i wzięła fiolkę do ręki. – A teraz patrz, tylko nikomu ani słowa – powiedziała.
Na jej dłoni pojawił się zielony płomień, który zaczął oplatać buteleczkę, aż zioła w środku zmieniły konsystencję. W końcu cały wywar zaczął delikatnie świecić. Rachelle spojrzała na butelkę wielkimi, fioletowymi oczami, ale siedziała cicho. Sara uśmiechnęła się do niej, a ogień zniknął.
– Teraz wypij to.
Rachelle przytaknęła i wypiła zielony płyn duszkiem, po czym wykrzywiła się w potwornym grymasie.
– Fu-u-uj, obrzydliwe!
– Ale działa – odpowiedziała dziewczyna z uśmiechem.
– Czuję się… spokojniejsza – wyznała hrabianka.
W tej chwili do pokoju wpadł jej ojciec razem z Felixem i dwójką innych strażników. Miał bardzo nietęgą minę.
– Wiedźmo…
– Zatem wszystko wyszło na jaw – powiedziała Sara i po cichu zaczęła sprzątać po sobie zioła i fiolki.
– Co zrobiłaś mojej córce?! – krzyknął Victor.
– Tato, nic mi nie jest. Czuję się lepiej! Sara mi pomogła – zawołała Rachelle.
– Czy to prawda? – zwrócił się do zielarki Victor, po czym podszedł do córki i dotknął jej czoła oraz odgarnął włosy.
– Tak, to prawda, hrabio. Nie wszystkie wiedźmy są złe. Podałam jej miksturę, która powinna uśpić jej zdolności na jakiś czas, ale to nie jest rozwiązanie na stałe. Powinniście wysłać ją do akademii magii albo nająć jakiegoś czarodzieja – powiedziała Sara i skierowała się do wyjścia.
– Zostawcie nas, proszę – rozkazał hrabia żołnierzom.
Ci skłonili się i wyszli z pomieszczenia.
– Wybacz mi, proszę, wiedźmo… Nie mamy dobrego doświadczenia z twoją rasą.
– Nic nie szkodzi, chciałam tylko pomóc.
– Wynagrodzę cię sowicie.
– Nie potrzeba, powiedz mi tylko jedno, hrabio: czy wiesz, dokąd udały się wiedźmy po pobycie tutaj? – Zapadła cisza.
– Skąd wiesz, że tu były?
– Chodzą pogłoski po mieście, choć oczywiście nikt niczego nie pamięta…
– Naturalnie, tak to już jest po ich wizycie. Pewnie za dziewięć miesięcy się przekonamy, czy były tu naprawdę – odpowiedział hrabia.
– Nie wiesz zatem, dokąd wywędrowały?
– Kazałem moim zwiadowcom przeczesać teren, kiedy te pogłoski mnie dosięgły. Ślady taboru prowadzą na wschód, w głąb lasu. Ale to wszystko, co wiem.
– Dziękuję. To wystarczająca nagroda.
– Uważaj na nie, Saro.
– Przecież jestem jedną z nich.
– Nie jesteś – odpowiedział hrabia i uśmiechnął się.
– Wyjeżdżasz? – spytała Rachelle.
– Tak, moja droga, muszę znaleźć wiedźmy.
– Wrócisz?
– Możliwe, ale nie wiem. Bądź zdrowa i opiekuj się rodzicami.
– Obiecuję, że znajdziemy dobrego maga, żeby ją uczył. Nie zostawimy tego tak po prostu.
– To dobrze – powiedziała Sara na pożegnanie i opuściła pokój.
Gdy wyszła z pałacu, czekał na nią Felix. Trzymał za uzdę konia, zaopatrzonego w prowiant i inne potrzebne w podróży rzeczy, przymocowane do siodła.
– Hrabia kazał ci przekazać najlepszego konia z naszych stajni. Jest wdzięczny za pomoc.
– Mimo że jestem wiedźmą?
– Kazał to zrobić, zanim się dowiedział… Wygnał cię?
– Nie, był wyrozumiały – odpowiedziała Sara. − Dziękuję za konia, przyda się – podziękowała, po czym zapytała: − A ty? Nie boisz się strasznej wiedźmy?
– Dlaczego miałbym, jesteś taka jak ja. Wiem, że jesteś dobrą osobą.
– Dziękuję, Felix – powiedziała Sara i pocałowała go w policzek.
Chłopak zaczerwienił się, po czym podał jej uzdę konia. Dziewczyna dosiadła go i ruszyła na wschód, w kierunku, który wskazał jej hrabia.
*
Droga prowadziła przez bagniste tereny w lesie. Sara jechała ostrożnie, rozglądając się na boki. Zapadał zmierzch, a po ostatnich doświadczeniach z bestiami bała się przykrej niespodzianki. Jednak ta część lasu była daleko od jakiejkolwiek osady, w tym również od grobów, z których mogłyby wyjść powykręcane bestie. Dziewczyna przyspieszyła lekko tempo, aż wjechała na piękną polanę, oświetloną światłem księżyca. Zatrzymała się i zsiadła z konia. Wieczór był dość ciepły i postanowiła dać zwierzęciu trochę odpocząć. Przywiązała je do drzewa na tyle luźno, by mogło się paść, a sama zebrała trochę chrustu i drewna, aby rozpalić ognisko. Zielony płomień szybko zaczął trawić suche gałęzie, po czym zmienił kolor na zwyczajny, pomarańczowy. Sara zbliżyła dłonie do ogniska, żeby je ogrzać, po czym położyła się na wznak, obserwując gwiazdy. Jechała w dobrym kierunku, na wschód. Zastanawiała się, kiedy wpadnie na jakiś trop wiedźm i czy naprawdę będą w stanie jej pomóc. Usiadła i sięgnęła po mały kamyk, następnie zaklęła go zielonym płomieniem i rzuciła wysoko do góry. Kamień zawisł w powietrzu, obracając się wokół własnej osi. Następnie zaczął powoli przesuwać się w kierunku wschodnim. Ewidentnie coś tam było. Dziewczyna ponownie położyła się i zamknęła oczy. Przyda jej się trochę odpoczynku. Nie zamierzała jednak spać. To byłoby zbyt niebezpieczne…
Po kilku godzinach bezsennej nocy zaczęło świtać. Sara odwiązała konia i dosiadła go, ruszając z powrotem na szlak. Wiedziała, że nie ma czasu do stracenia. Wiedźmy żyją w podróży, wiecznie w drodze. Jeśli chciała je złapać, musiała być szybka.
*
Brunetka, w której włosach igrały fioletowe przebłyski, zgasiła właśnie ognisko i ruszyła w stronę kolorowego wozu. Konie odpoczywały po podróży, a pozostałe mieszkanki taboru zajmowały się swoimi sprawami. Weszła do szmaragdowego wozu i podeszła do lustra, które wisiało na ścianie. Dotknęła go prawą dłonią, która zabłysła zielonym ogniem. Na powierzchni zwierciadła ukazał się obraz widziany z lotu ptaka. Pokazywał złotowłosą kobietę, która jechała galopem przez bezdroża.
– Zbliża się do nas, co mamy robić? – spytała nagle młoda dziewczyna, która weszła do szmaragdowego wozu.
– Nic, poczekamy na nią.
– Jesteś pewna? Uciekła od nas, by żyć własnym życiem.
– To nic, teraz potrzebuje mojej pomocy, a ja nie mogę jej zawieść – odpowiedziała czarnowłosa i uśmiechnęła się. Dziewczyna wyszła z wozu. Brunetka usiadła na łóżku i zaczęła głaskać kota, który łasił się do jej nóg. – Saro, co cię do nas sprowadza… – powiedziała do siebie.
*
W końcu leśna gęstwina otworzyła się, ukazując piękną dolinę, a w niej tabor wiedźm. Sara zsiadła z konia i powoli prowadziła go za uzdę. Nie spodziewała się, że znajdzie je tak łatwo. Zupełnie jakby chciały być znalezione. Z daleka dostrzegła, że jest obserwowana. Jedna z wiedźm stała na straży i kiedy ją zobaczyła, wbiegła do obozowiska, krzycząc coś. Dziewczyna poczuła, jak serce bije jej mocniej. Długo jej nie było w taborze. Dawno nie spotkała się ze swoimi.
Wkroczyła do obozowiska pewnym krokiem, z głową podniesioną wysoko. Nie chciała, by odniosły wrażenie, że wraca z podkulonym ogonem. Od razu skierowała się do szmaragdowego wozu, który dobrze znała. Jednak drogę zastąpiły jej dwie wiedźmy.
– Co tutaj robisz? – spytała jedna.
– Ściągniesz na nas nieszczęście. Przez ciebie jeszcze nie wyruszyłyśmy – powiedziała druga.
– Zejdźcie mi z drogi. Przyszłam do niej – odrzekła stanowczo Sara.
– Może najpierw się zabawimy, zobaczymy, czy nie zmiękłaś od obcowania z ludźmi? – syknęła do niej jedna z wiedźm.
– Dość – powiedziała czarnowłosa, wyłaniając się z wozu. – Rozejdźcie się i zostawcie nas same.
Wiedźmy przytaknęły i minęły Sarę, szturchając ją ramionami.
– Wybacz im, są młode i głupie.
– Tak samo młode i głupie były, kiedy stąd odchodziłam, matko – powiedziała Sara. Kobieta uśmiechnęła się na to określenie.
– Wejdźmy do mojego wozu, tam porozmawiamy w spokoju. Elaiza, zajmij się jej koniem – krzyknęła do brązowowłosej wiedźmy, która obserwowała całe zajście, szepcząc coś pod nosem.
Weszły do środka, a czarnowłosa zamknęła drzwi. Usiadły naprzeciwko siebie i przez chwilę milczały. W końcu Sara zaczęła mówić pierwsza.
– Mam dziwne sny, przybyłam, by poznać ich znaczenie – powiedziała cicho.
– Prorocze?
– Tak sądzę.
– Dobrze, zostaniesz tutaj dzisiaj na noc. Jak zaśniesz, zobaczymy, co da się z tym zrobić.
– Nie wiem, czy inne wiedźmy będą z tego powodu szczęśliwe. Podobno miałyście już ruszać?
– Trudno, jeden dzień nas nie zbawi. Zresztą ta leśna głusza to dobre schronienie – powiedziała brunetka i uśmiechnęła się.
Matka Sary była dokładnie taka, jaką ją zapamiętała. Młoda, piękna i uwodzicielska. Z niezwykłą figurą, pięknymi włosami i hipnotyzującymi, zielonymi oczami. Zupełnie nie wyglądała na matkę dorosłej kobiety, raczej na jej rówieśniczkę, ale wiedźmy starzeją się inaczej niż zwykli ludzie. Dziewczyna przytaknęła i zgodziła się zostać na noc w obozowisku.
Noc zapadła szybko i była wyjątkowo tajemnicza. Wiedźmy zajmowały się swoimi obowiązkami, parzyły mikstury, trenowały magię, zajmowały się sobą. Dbały o swoją słynną urodę i wdzięk. Sara przechadzała się po obozie, nic sobie nie robiąc z nieprzyjemnych spojrzeń i dziwnych szeptów. Przywykła do tego. Ludzie też tak na nią reagowali. Nigdzie nie była u siebie, wszędzie czuła się intruzem. Nagle ciszę i spokój przerwało bicie dzwonu. Do obozowiska wbiegła jedna z kobiet, młoda, ubrana w lekką zbroję, a nie w suknię jak pozostałe. W ręku trzymała zakrwawiony miecz, jej druga ręka płonęła zielonym płomieniem.
– Dziwne bestie się zbliżają. Musimy się bronić! – krzyczała.
– Jakie bestie? – spytała Sara, przechodząc przez tłum wiedźm.
– Jakby nieumarli, powykręcani, jęczący i bez życia w sobie.
– Walczyłam z takimi w mieście niedaleko stąd.
– Sprowadziłaś je tutaj! – krzyknęła jedna z wiedźm.
– To nie jej wina, uspokójcie się – powiedziała matka Sary.
– Ale, Neario, bestie pojawiły się tuż po jej przybyciu, to musi być jej sprawka!
– Dość! – krzyknęła Nearia. – Nie pora teraz na waśnie, musimy walczyć – powiedziała i pstryknęła palcami. Wokół obozowiska wzbiła się zielona łuna i buchnął szmaragdowy płomień. – To powinno nas ochronić, przynajmniej na jakiś czas, a teraz, Saro, opowiedz nam, co wiesz.
– Niewiele. Pomagałam w mieście córce hrabiego, wybrałam się do lasu po zioła, gdy natknęłam się na te bestie. Gdy wracałam, atakowały już miasto. To tak, jakby umarli wstawali z grobów…
– Czy to ma związek z twoimi snami? – spytała matka bez ogródek. Sara zastanowiła się. Dopiero teraz to do niej dotarło. Takie same mordy bestii widziała w snach!
– Tak!
– Wiedziałam. Zawsze miałaś dar jasnowidzenia. Schowajcie się w wozach. Ty, Saro, zostaniesz ze mną. Zobaczymy, czy ludzie nie zmiękczyli cię za bardzo.
– Neario, ufasz jej?
– Dość tego, to moja córka. Waż słowa – krzyknęła kobieta i uderzyła wiedźmę w twarz. Ta rozdziawiła buzię ze zdziwienia, po czym ukłoniła się przepraszająco i uciekła do swojego wozu.
Wkrótce na placu zostały tylko Nearia i Sara, gotowe na to, co noc miała przynieść.
Niedługo później bestie dotarły do ognistej bariery, wyczarowanej przez wiedźmę. Wchodziły bezmyślnie w ogień, paląc się i padając, jednak nie na wszystkie to działało.
– Jakim cudem doszły tak daleko w las?! – spytała Sara.
– Nie musiały tutaj dochodzić. Ten las widział wiele walk i wojen. Jego ziemia zlana jest krwią niewinnych – odpowiedziała Nearia, po czym wycelowała w jedną z mord, która przedarła się przez ognisty krąg, i strzeliła zielonym płomieniem.
Sara nie pozostała w tyle. Zdjęła rękawiczki i skupiła ręce przed sobą, tworząc w dłoniach kulę z zielonego płomienia, następnie kucnęła i uderzyła rękami o ziemię. Wielki słup zielonego ognia wybuchnął w centrum zbiorowiska powykręcanych mord, paląc je i rozrywając na strzępy.
– Dobra robota, nie pomyślałabym o tym. Co powiesz na to? – spytała Nearia i pstryknęła palcami.
Wszystkie płomienie pochodni i ogniska zmieniły kolor na szmaragdowy. Kobieta podniosła ręce do góry i zamachnęła się. Ogień z ogniska buchnął wielkim płomieniem i uformował się w kształt ogromnego ptaka, który wzleciał do góry, po czym uderzył w bestie, rozpryskując się milionem iskier. Sara uśmiechnęła się tylko, paląc kolejną z nich wiedźmim płomieniem. Dobrze się czuła, mogąc używać swojej mocy w pełni przy innych i nie być przy tym ocenianą. W końcu cała wataha bestii została pokonana i obie kobiety mogły odsapnąć. Pozostałe wiedźmy wyłoniły się z wozów pełne podziwu w oczach.
– Świetna robota. Widzę, że nadal jesteś w tym bardzo dobra.
– W końcu jestem twoją córką – odpowiedziała Sara i uśmiechnęła się.
– Spakujcie się i przygotujcie konie do drogi. Ruszamy razem ze świtem – wydała polecenie Nearia, po czym ruszyła do swojego wozu, zapraszając Sarę ręką.
– Wypij to.
– Eliksir proroka?
– Mhm, powinnaś mieć po nim wieszcze sny. W twoim przypadku to nietrudne, zawsze miałaś do tego dar.
– Dobrze.
– Nie martw się, będę z tobą. Razem stawimy czoła snom, a potem zastanowimy się nad ich znaczeniem.
Sara przytaknęła i wypiła płyn duszkiem, wykrzywiając się przy tym jak niewiele wcześniej Rachelle.
Ciemna pustka rozciągała się wszędzie, gdzie padał wzrok. Na środku rysowała się mała sylwetka. Dziewczyna ruszyła w jej stronę. W nikłym świetle dostrzegła przykucniętego chłopca, obok niego leżał drugi, siny i blady, z raną na małym ciele. Sara rozpoznała go. Widziała już go wcześniej, na pniu wielkiego drzewa. Tu jednak był prawdziwy, nie tylko namalowany na korze. Spojrzała na chłopca, który kucał. Miał długie jasne włosy i bladą twarz. Ubrany był na czarno. Spojrzał na nią fioletowymi oczami, z których kapały łzy. Był przerażony. Nagle rozświetliła się kolejna połać pustki. Wyrosło na niej wielkie drzewo, na pniu którego wcześniej widziała wizerunek chłopca. Drzewo więdło, powoli obumierało i schło. Chłopiec wskazał na nie palcem. Sara podeszła do niego i dotknęła kory dłonią. Poczuła ciepło i energię. Energię Życia. Nagle usłyszała krzyk. Odwróciła się i zobaczyła, że z ciemności wyłaniają się powykręcane łapska, które chwytają kucającego chłopca i wciągają w pustkę. Ruszyła w jego stronę, jednak takie same łapska chwyciły także ją i odciągały w przeciwnym kierunku. Krzyknęła, ale nie mogła się od nich uwolnić. W końcu chłopiec zniknął w ciemności podobnie jak ona.
Obudziła się z krzykiem. Kolejny raz. Nearia siedziała przy niej i kładła zimny okład na jej czoło. Sara usiadła i złapała się za głowę. Była roztrzęsiona i spocona.
– Widziałam wszystko – powiedziała Nearia.
– Wiesz, co one znaczą? – spytała dziewczyna.
– Rozpoznałam to miejsce, wiem, gdzie rośnie takie drzewo. Myślę, że powinnaś się tam udać. Zbliża się wielki kataklizm. Czułam to już od dawna. Natura przemówiła do mnie i powiedziała mi o zmianach. Musisz udać się na Wyspę Życia, córko.
– Legendarna Wyspa Życia… Ona istnieje?
– Istnieje. Udaj się do Miasta Wschodzącego Słońca, daleko na wchodzie. Spójrz tutaj… – powiedziała matka i wzięła za stołu mapę. – Tutaj jest miasto, musisz przepłynąć aż tu. Tam znajduje się Wyspa Życia.
– Jak mam to zrobić?
– Użyj swoich zdolności. Na pewno wtedy nikt ci nie odmówi.
– Nie lubię tego robić.
– Jesteś wiedźmą, nie zapominaj o tym, córko. Rano wyruszamy na północ. Weź ten pierścień – powiedziała Nearia i zdjęła z palca piękny pierścień z zielonym oczkiem. – On uruchamia Wiedźmie Kręgi rozsiane na całym świecie. Będzie ci łatwiej się przemieszczać w ten sposób i ewentualnie nas znaleźć. Zawsze jesteś tu mile widziana, pamiętaj o tym…
– Nie każda by się z tobą zgodziła.
– Obroniłaś ich dom, zapamiętają to. A teraz odpocznij, wyruszysz rankiem. Musisz dowiedzieć się więcej o swoich snach. Myślę, że znajdziesz odpowiedzi na Wyspie.
– Dobrze… Dziękuję.
– Nie dziękuj mi. Drżę na myśl o tym, że rzucam swoją jedyną córkę w paszczę niebezpieczeństwa.
– Matko?
– Nie, nic. Gadanie starej kobiety – powiedziała Nearia i uśmiechnęła się do niej.
– Starej? – spytała Sara prześmiewczo.
– Duchem, nie ciałem, moja droga. Duchem – odpowiedziała kobieta.
Nazajutrz rano, bez zbędnych pożegnań, Sara osiodłała konia i ruszyła w kierunku wskazanym przez Nearię. Musiała dostać się na Wyspę Życia, ale to zadanie mogło okazać się bardzo trudne do wykonania. Wyspa bowiem nie znajdowała się na żadnych mapach, z wyjątkiem tych posiadanych przez wiedźmy, a jej pochodzenie owiane było mitami i legendą. Dziewczyna wiedziała więc z góry, że nie ma sensu mówić nikomu wprost, dokąd zamierza się udać. Wystarczyło wejść w posiadanie jakiejś dobrej łodzi, którą będzie mogła tam dopłynąć. Według mapy wiedźmy wyspa nie znajdowała się daleko od Miasta Wschodzącego Słońca, przynajmniej nie w prostej linii. Dlaczego więc żadne statki wcześniej jej nie odkryły? Sara zastanawiała się nad tym, jadąc dalej na wschód.
Dwa dni później dojechała pod bramy miasta. Chronione przez wysokie mury zdawało się odcięte od bagnistych terenów, które je otaczały. Dziewczyna zostawiła konia w stajni pod murami i ruszyła dalej pieszo. Musiała znaleźć kogoś, kto ma łódź, teoretycznie proste zadanie w porcie, jednak zupełnie nie wiedziała, jak się do tego zabrać.
Miasto było dosyć duże. Drewniane budynki wznosiły się po prawej i lewej stronie brukowanej drogi. Od razu za bramą, po prawej stronie, znajdowała się kuźnia, trochę dalej − mały placyk, na którym stragany wystawiali miejscowi kupcy. Sara minęła go, skręciła w lewo i wspięła się po dość stromej drodze, by wyjść na główny plac miasta. Na środku znajdowała się duża studnia, z której mieszkańcy czerpali wodę, wokoło umiejscowione były sklepy i kramy, dalej droga prowadziła do portu. Dziewczyna miała wszystko, czego potrzebowała, więc nawet nie patrzyła na kuszące produkty, wystawione na sprzedaż.
Miasto Wschodzącego Słońca było bardzo zielone. Wszędzie, gdzie nie spojrzała, rosły jakieś drzewa i krzewy oraz zielona, bujna trawa. To zapewne przez bliskość Wielkiego Lasu − myślała Sara. Emanował swoją magią nawet na znaczną odległość. W powietrzu dało się wyczuć zapach wilgoci. Dziewczyna szła przed siebie w stronę nabrzeża, chcąc dowiedzieć się, jak zdobyć łódź.
Port był malowniczy. Pachniało w nim mokrym drewnem i morzem. Wschodnie wody oblewały miasto z jednej strony, dając mu dostęp do morza i czyniąc jednym z największych portów w okolicy, jeśli nie na świecie. Tym bardziej więc Sara zastanawiała się, jakim cudem Wyspa Życia pozostawała nieodkryta przez tyle lat. Spojrzała na mapę, którą dostała od matki. W linii prostej od Miasta Wschodzącego Słońca znajdowała się dosyć duża wyspa w kształcie półksiężyca. Dziewczyna schowała mapę i ruszyła w głąb portu. Wiedziała, że będzie musiała poczarować, żeby dostać to, czego chce. Czasami sytuacja tego wymagała i tak też było w tym przypadku. Podeszła do mężczyzny w bogatym stroju, wydającego rozkazy innym i stojącego w bezpiecznej odległości od statku, który właśnie był załadowywany.
– Przepraszam? – zaczęła.
– W czym mogę pomóc, panienko? – odpowiedział mężczyzna. Palił fajkę, z której wydobywał się słodki, wiśniowy dym.
– Czy to pański statek?
– Tak jest, moja droga, oto piękna Kassandra – powiedział, wskazując na duży okręt. Z przodu widniała syrena, a na bocznej burcie namalowany był napis z nazwą statku.
– Czy w porcie aktualnie są jakieś mniejsze statki niż wasz, kapitanie? Poszukuję dobrego, szybkiego okrętu, który mógłby mnie gdzieś zabrać – powiedziała dziewczyna.
– Mniejsze i szybsze? Nie ma szybszego statku niż moja droga Kassandra, ale to prawda, jest dość duża. Widzisz, to statek do przewożenia towarów na duże odległości, dlatego posiada wspaniałą ładownię. Hmm, wydaje mi się, że widziałem w ostatnim doku coś, co by panience pasowało. A dokąd panienka zamierza się wybrać?
– Na nieodkryte lądy, drogi kapitanie – odpowiedziała z uśmiechem, po czym ukłoniła się i ruszyła we wskazanym kierunku.
Rzeczywiście, w ostatnim doku zacumowany był mały statek z imponującymi żaglami. Nazywał się Rumpelsztyk. Na beczce siedziała rudowłosa kobieta w wielkim kapeluszu z piórem.
– Pani kapitan, wszystko gotowe. Rumpelsztyk jest w jak najlepszej formie – powiedział mężczyzna, który podszedł do niej.
– Kapitan? – spytała Sara.
– Tak jest, nazywam się Madlen, a oto mój statek, Rumpelsztyk – powiedziała kobieta z dumą.
– Jest idealny… – powiedziała pod nosem Sara, patrząc na okręt. Przez jej głowę przebiegało milion myśli. Jak by tu się umówić z panią kapitan tak, żeby dzięki niej mogła dostać się na Wyspę Życia?
– Coś się tak zapatrzyła?
– Zastanawiam się… czy nie mogłabym się z tobą zabrać, kapitanie?
– A dokąd to chcesz płynąć?
Sara wyciągnęła mapę i pokazała palcem miejsce.
– Cóż to za dziwna mapa! Przecież tam, gdzie pokazujesz, niczego nie ma.
– Zabierzesz mnie tam dzisiaj – powiedziała dziewczyna i wpatrzyła się pani kapitan w oczy. Jej własne zabłysły zielonym blaskiem, hipnotyzując biedną dziewczynę.
– Tak… zabiorę cię tam… dzisiaj – powtórzyła za nią rudowłosa. – Chłopcy! Odpływamy.
– Ale pani kapitan, mieliśmy mieć jeszcze kilka godzin wolnego!
– Nie ma czasu, musimy teraz odpływać. Jak najszybciej! Szykować Rumpelsztyka.
Sara powiedziała pod nosem: „Przepraszam”, po czym weszła na pokład statku.
Rumpelsztyk wypłynął w okamgnieniu z portu i skierował się w kierunku wskazanym przez wiedźmę na mapie. Załoga z początku buntowała się przeciwko temu, ale kapitan Madlen szybko narzuciła dyscyplinę. Miała wśród nich ogromny szacunek i jej decyzje zwykle cieszyły się całkowitą aprobatą. Statek zwinnie pruł morskie fale. Rzeczywiście był bardzo szybki i zwrotny. Z w pełni rozwiniętymi żaglami rozwijał zawrotną szybkość.
– Czy to nie trudne być kapitanem i kobietą jednocześnie? – spytała Sara, kiedy stały na pokładzie, obserwując morze.
– Moja załoga nie widzi we mnie kobiety. Jestem dla niej kapitanem i to wystarcza.
– A twoja kobiecość na tym nie cierpi?
– Moja kobiecość ma się równie dobrze jak piana na falach, moja droga. Dlaczego właściwie płyniemy w tym kierunku? Przecież tam niczego nie ma… Nie żebym miała cokolwiek przeciwko. – Oczywiście, że nie miała nic przeciwko. Czar ciągle działał.
– Jest tam wyspa, na którą muszę popłynąć.
– Wyspa? Nieodkryta i nieoznakowana?
– Tak.
– Jakim cudem?
– Sama nie wiem… ale wiem, że tam jest.
– Kapitan Madlen lubi odkrywać nowe lądy! – powiedziała kobieta i uśmiechnęła się, po czym pociągnęła trochę dziwnego alkoholu prosto z butelki. – Chcesz trochę? – spytała, wręczając Sarze trunek, ta jednak odmówiła.
– Dziękuję.
– Ach, wy ludzie lądu.
Minęło trochę czasu, od kiedy wypłynęli z portu. Kierowali się prosto w kierunku wyspy, jednak niczego nie było widać, nawet z bocianiego gniazda. Sara zaczęła poważnie wątpić w słowa matki, jednak ta nie miała powodów, żeby ją okłamywać. W końcu morze spowiła złowieszcza mgła. Była tak gęsta, że stojąc przy jednej burcie, nie widziało się drugiej. Dziewczyna udała się do kajuty kapitan Madlen, gdzie zastała ją zmartwioną, patrzącą przez okna.
– To zły omen – powiedziała rudowłosa.
– Też tak sądzę. Może dlatego nikt wcześniej nie odkrył tej wyspy?
– Możliwe. Nie martw się, Rumpelsztyk przetrwał gorsze wojaże – powiedziała kapitan i uśmiechnęła się pokrzepiająco.
Nagle coś mocno zakołysało statkiem. Madlen spojrzała przez okno i zobaczyła wielką falę, która zbliżała się do statku, by za chwilę w niego uderzyć. Sara upadła na podłogę kajuty, kapitan złapała się stołu. Do pomieszczenia wbiegł mokry majtek.
– Pani kapitan, ogromny sztorm się zbliża!
– Już w nas uderzył, głąbie, widzę to.
– Co mamy robić? Może trzeba zawrócić.
– Wykluczone! Nie będę uciekała przed małym sztormem! – Po tych słowach kolejna fala uderzyła w statek, mocno nim kołysząc.
Sara przygryzła dolną wargę. Nearia nie ostrzegała jej przed tym, jednak mówiła coś o zagrożeniu i niebezpieczeństwie. Wyspa musiała mieć jakąś naturalną barierę ochronną, żeby nikt się nie zapuszczał w jej rejony, to oczywiste. Dlaczego nie pomyślała o tym wcześniej? W tej chwili dziewczyna wpadła na pomysł, jak uratować okręt.
– Dokąd idziesz?! – krzyknęła Madlen.
– Muszę coś zrobić, inaczej zatoniemy! – odpowiedziała Sara i wybiegła na pokład.
Deszcz smagał deski równie mocno jak wielkie fale. Dziewczyna złapała się masztu i zdjęła rękawiczki, chowając je za pasek. Następnie podniosła prawą rękę, która buchnęła zielonym płomieniem. Zamknęła oczy i skupiła się. Matka uczyła ją kiedyś, jak panować nad pogodą. Jeśli odpowiednio się skoncentruje, powinna być w stanie chociaż trochę uspokoić burzę. Wiedźmi płomień buchnął wysoko aż pod chmury, otwierając w nich okno, przez które słońce oświetliło pokład. Na chwilę zapadła zupełna cisza. Sara nie ustępowała, podniosła drugą rękę i wzmocniła promień. Wysoka kolumna zielonego światła docierała do najwyższych partii chmur. W końcu dziewczyna posłała ostatni impuls i rozproszyła chmury zupełnie. Wody uspokoiły się, a marynarze patrzyli na nią zdziwieni.
– Jesteś wiedźmą? – Usłyszała głos kapitan Madlen.
– Tak.
– Ha! Wiedziałam, że jesteś kimś więcej, niż się wydaje na pierwszy rzut oka – powiedziała i poklepała ją po ramieniu. Sara stała jak wryta, zdziwiona taką reakcją. – Dobra robota, powinnam cię zatrudnić jako zaklinaczkę burz na przyszłe wyprawy. Na sto beczek rumu… wyspa! – powiedziała pani kapitan i wskazała palcem w kierunku lądu, który majaczył na horyzoncie.
Rzeczywiście, niedaleko od nich rysowała się wyspa, a nad nią przepiękne, słoneczne niebo. Wokoło zaś szalała burza i widoczna była ściana deszczu, z której niedawno wypłynęli.
– Jak w oku cyklonu – powiedziała Sara.
– Podpłyniemy na bezpieczną odległość, a potem opuścimy szalupę, żebyś mogła się dostać na wyspę – powiedziała pani kapitan. Sara przytaknęła.
Po chwili wsiadała już do małej łódki. Zaczęła wiosłować w stronę lądu. Woda wokół wyspy była krystalicznie czysta. Widać było każdą rybkę i podwodną roślinę. Dziewczyna jednak nie miała czasu zachwycać się pięknem otoczenia. Wiedziała, że musi jak najszybciej dostać się na wyspę i znaleźć drzewo.
Dobiła do brzegu i wysiadła na piaszczystej plaży. Ruszyła powolnym krokiem w stronę lasu, który odcinał się od piasku zieloną linią drzew. Wyspa była dość duża, a ona nie miała pojęcia, czego ma szukać. Przecież rosło na niej mnóstwo drzew. Zrezygnowana opuściła głowę.
– Czego tu szukasz, wiedźmo? – Usłyszała damski głos.
Podniosła głowę i o mało nie odskoczyła. Kilka metrów od niej, na piasku plaży, stała syrena. Miała długie jasne włosy, zielonkawe przy końcach, i złoto-zielony ogon.
– Muszę znaleźć drzewo… wyjątkowe, z chłopcem wymalowanym na pniu – powiedziała, momentalnie jednak ugryzła się w język. Czy powinna tak szybko to wszystko mówić?
– Skąd wiesz o Drzewie Życia? – powiedziała syrena i zmrużyła oczy. Zaczęła powoli, z gracją sunąć po piasku w jej stronę.
– Drzewo Życia…? Nie wiem, jak się nazywa. Mam dziwne sny i moja matka, Nearia, kazała mi tu przyjść.
– Nearia? – spytała syrena i uśmiechnęła się. – Znam ją dobrze. Chodź za mną i opowiedz mi o tych snach. Nazywam się Vishanti, jestem strażniczką Drzewa Życia – powiedziała przyjaznym tonem.
– Skąd znasz moją matkę?
– To długa historia, lepiej opowiedz mi o twoich snach. Skoro śni ci się Drzewo Życia, to może być ważne.
Sara opowiedziała wszystko, co pamiętała ze swoich snów. O ciemnej pustce, o wielkiej bramie, zapieczętowanej żywą kobietą, o drzewie i o chłopcu, a także o mężczyźnie oraz innym chłopcu − o jasnych włosach i fioletowych oczach. Vishanti słuchała uważnie i czasami kiwała głową. Nie wydawała się zaskoczona.
– Śniłaś o odwiecznym cyklu. Jego obrót dobiega właśnie końca, a ty będziesz miała zaszczyt być tego świadkiem. Zbliża się wielki kataklizm, który oczyści świat, tak jak dzieje się to za każdym razem, gdy cykl dobiega końca.
– Cykl? Kataklizm? Niczego nie rozumiem.
– Chodź za mną, moja droga. To nie przypadek, że śniłaś o tym. Wy, wiedźmy, macie silny związek z Naturą… – powiedziała tajemniczo syrena.
Prowadziła ją piaszczystą drogą w górę lasu. Szły w milczeniu. Sara podziwiała niezwykle zielone drzewa i krzewy oraz ogromne, bujne kwiaty. Wszystko tutaj było takie… żywe. Takie zielone i pełne energii. Nigdy nie widziała czegoś takiego.
– Przepraszam… – powiedziała nagle.
– Za co?
– Zniszczyłam część waszej bariery ochronnej, żeby się tu dostać.
– To tylko świadczy o tym, że drzemie w tobie ogromna moc. Niczym się nie martw, bariera się odrodzi tak jak wszystko. Jesteśmy na miejscu – powiedziała nagle i zatrzymała się. Przed nimi rozrastała się brama z powywijanych gałęzi i konarów. – Wielki Dębie, to ja, Vishanti, Strażniczka Życia – powiedziała i ukłoniła się.
Sara obserwowała całe zajście z wielkim zaciekawieniem. Nagle na pniu ogromnego drzewa zarysowały się oczy i usta. Dąb spojrzał na kobiety, po czym mrugnął, a jego twarz przyjęła spokojny wyraz. Gałęzie i konary zaczęły się wić i zmieniać, by w końcu otworzyć przejście dalej. Syrena zaprosiła Sarę ręką i ruszyła przodem. W końcu znalazły się na wielkiej polanie, na której rosło ogromne drzewo. Na jego pniu rysowała się sylwetka chłopca, z rękami na piersiach i spokojną twarzą, zupełnie jak w jej wizji. Czuła się bardzo nieswojo, jakby zawędrowała do miejsca, do którego nie powinna była nigdy trafić.
– Oto Drzewo Życia. Widzisz to, czego nie widział prawie żaden śmiertelnik przed tobą – powiedziała syrena. Sara podeszła do drzewa i dotknęła jego kory rękami. Wydawała się ciepła i żywa, zupełnie jak ludzka skóra.
– Kto to? – Usłyszała męski głos. Odwróciła się i zamarła.
– Wiedźma – odpowiedziała za nią Vishanti. Za Sarą stał wysoki mężczyzna o bladej karnacji i długich włosach. Mogła się przejrzeć w jego fioletowych oczach.
– Ty! To wszystko stanie się przez ciebie! – krzyknęła i zdjęła rękawiczkę. Mężczyzna tylko się uśmiechnął.
– Będziesz ze mną walczyć? To… odświeżające.
– Miałam sny, w których zabijasz Życie. Teraz to rozumiem!
– Niczego nie rozumiesz, odwróć się i zrozum – powiedział mężczyzna.
Dziewczyna wykonała jego polecenie. Postać chłopca zmieniła wygląd. Miał ręce wyprostowane wzdłuż ciała, a na jego małej piersi znajdowała się rana, z której ciekło coś podobnego do krwi. Dziewczyna dotknęła rany, chcąc zatamować krwawienie. Zobaczyła, że jej ręka zaczyna lśnić, a żyły pod skórą pulsują mocniej. Dłoń zaczęła młodnieć, a blizna, którą miała od dziecka, zniknęła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Sara odskoczyła, wpadając na mężczyznę.
– Cykl dobiegł końca. Życie właśnie umarło – powiedział spokojnym tonem, jednak miał smutny wyraz twarzy. Minął dziewczynę i podszedł do chłopca, po czym pogłaskał go po głowie. – I tak jest za każdym razem, a ja muszę patrzeć, jak mój brat umiera.
– Twój… brat? W takim razie jesteś…
– Jestem Śmiercią i znowu nadeszła moja epoka – powiedział, a na jego twarzy pojawił się diaboliczny uśmiech. – Rosnę w siłę. Uciekaj, póki możesz – powiedział.
Vishanti chwyciła ją za rękę i zaczęła odciągać od drzewa. Sara jednak stała jak wryta.
– Żegnaj, ero Życia. Witaj, ero Śmierci… – dopowiedział smutniejszym tonem.
Jego oczy zabłysły fioletowym blaskiem, a twarz wykrzywiła się w dziwnym grymasie. Ciało mężczyzny rozerwało się na miliony drobin, a ogromna energia uwolniła się z jego wnętrza i wystrzeliła na boki. Powstała wielka, czarna ściana, w której pływały dusze zmarłych, wyzierając na świat powykrzywianymi paszczami. Dziewczyna patrzyła przerażona.
– Teraz już za późno na ucieczkę, chodź za mną – powiedziała Vishanti i zaczęła ją ciągnąć w kierunku drzewa. Obie kobiety stanęły tak blisko pnia, jak tylko mogły, obserwując niecodzienne, śmiertelnie groźne widowisko. Ściana zafalowała, po czym ruszyła w przeciwnym względem nich kierunku, dalej na wschód. − Od zachodu po wschód przejdzie fala śmierci i zbierze swoje żniwo. Tak jak dzieje się od tysięcy lat… – powiedziała syrena i opuściła głowę. Tak oto nadeszła epoka śmierci.
Helvete. Wrota piekieł
Wydanie pierwsze, ISBN 978-83-8083-962-5
© Michał Skuza i Wydawnictwo Novae Res 2018
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Dominika Świtkowska
KOREKTA: Katarzyna Czapiewska
OKŁADKA: Seweryn Swacha
ILUSTRACJA NA OKŁADCE: Magdalena Kalupa
MAPA: Michał Skuza
KONWERSJA DO EPUB/MOBI:InkPad.pl
WYDAWNICTWO NOVAE RES
al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia
tel.: 58 698 21 61, e-mail: [email protected], http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.
Wydawnictwo Novae Res jest partnerem
Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.
