Hellonia. Tajemnica Pięcioksięgu - Iwona Ewa Czaplicka - ebook

Hellonia. Tajemnica Pięcioksięgu ebook

Iwona Ewa Czaplicka

0,0

Opis

W Hellonii nic nie jest tym, czym się wydaje

W Hellonii, mieście odciętym od świata, skrytym w cieniu Czarnej Góry, pełno jest tajemnic. Tu magia przeplata się z codziennością, a stare przepowiednie ożywają wraz z pojawieniem się zaginionej części zaczarowanego Pięcioksięgu – magicznych tomów zdolnych dać nieograniczoną władzę. To zajście uruchamia lawinę niecodziennych zdarzeń.

Do akcji wkracza grupa uczniów miejscowej szkoły.

John, Mia, Alex i Riff, chcąc uchronić miasto przed zagładą, podejmują się karkołomnych czynów. Budzą przy tym pradawne klątwy, otwierają drzwi do zapomnianych krain, ożywiają uśpione potwory i istoty, które nie zawsze są tym, za co się podają. W dodatku muszą zmierzyć się z pełną konfliktów i podziałów rzeczywistością, zrozumieć, kim naprawdę są oraz zawalczyć o swoje miejsce w świecie…

„Hellonia. Tajemnica Pięcioksięgu” to urzekająca, pełna sekretów baśń o przyjaźni, miłości, zazdrości, zdradzie i dorastaniu w miejscu, w którym legendy piszą się na nowo – wzbogacona o poruszające losy mieszkańców miasta oraz pełną intryg codzienność w szkole panny Pomperlon.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 883

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Część I

Pamiętnik Elfroda Albertena

Legendy i przepowiednie

Roz­dział I

Miasto

Hel­lo­nia to mia­sto-pań­stwo po­ło­żo­ne w od­le­głej kra­inie, na sa­mym po­łu­dniu Ami­cji, u stóp pię­ciu naj­wyż­szych wznie­sień, w uj­ściu pię­ciu po­tęż­nych rzek. Pa­nu­je w nim kli­mat zmien­ny, co ozna­cza tyle, że lato jest tu upal­ne i krót­kie, a zima mroź­na i śnież­na. Po niej przy­cho­dzi sło­necz­na wio­sna, a po le­cie je­sień desz­czo­wa i mrocz­na.

Mia­sto ota­cza­ją ba­gna i ska­li­sta pu­sty­nia, a szlak łą­czą­cy je ze świa­tem je­sie­nią za­le­wa woda, zimą zaś za­sy­pu­je śnieg. Ten od­le­gły za­ką­tek po­chła­nia wte­dy siar­czy­sty mróz, a z okien wi­dać tyl­ko gę­stą, burą, śnież­ną mgłę spo­wi­ja­ją­cą wszyst­ko, co ist­nie­je. La­tem ka­mien­na dro­ga jest tak roz­grza­na, że tyl­ko nie­licz­ni de­cy­du­ją się nią przejść.

Kon­tak­tom ze świa­tem sprzy­ja wio­sna, któ­ra bu­dzi wszyst­ko do ży­cia i po­wo­du­je, że kraj ten sta­je się ra­jem try­ska­ją­cym zie­le­nią. Jest on do­mem dla wie­lu zwie­rząt i schro­nie­niem dla wszel­kich stwo­rzeń. Ga­tun­ki są tu tak licz­ne, jak ni­g­dzie na świe­cie. Co cie­ka­we, o każ­dej po­rze roku jest ich wszę­dzie peł­no. Żyją one po­śród buj­nej ro­ślin­no­ści i kwia­tów, któ­rych cu­dow­na woń do­cie­ra wszę­dzie, wa­biąc okrą­głe, pa­sia­ste, bzy­czą­ce owa­dy oraz małe wszę­do­byl­skie ili­je. Po­wie­trze jest tu czy­ste, rześ­kie, za­wsze wil­got­ne i przez więk­szość roku chłod­ne.

Miej­sce to rzą­dzi się swo­imi pra­wa­mi, a je­śli coś wy­kra­cza poza to, co zna­ne ludz­ko­ści, to ni­ko­go to nie dzi­wi, bo nie­wie­lu wie, że gdzieś in­dziej może być ina­czej.

Nikt nie za­pusz­cza się w to ustro­nie bez wy­raź­nej po­trze­by, nikt też nie wy­pra­wia się w po­dróż bez kon­kret­ne­go po­wo­du. Cza­sa­mi miesz­kań­cy wi­du­ją prze­jeż­dża­ją­cy po­ciąg, ale nie wie­dzą, kto nim po­dró­żu­je ani jak ku­pić bi­let. Wy­da­je się, że to po­ciąg-wid­mo nie­sio­ny parą lub wia­trem. Lek­ko prze­my­ka nad po­la­mi od­dzie­la­ją­cy­mi tę kra­inę od in­nych ziem.

Wie­czo­ra­mi w ca­łym mie­ście ga­sną świa­tła i Hel­lo­nia cho­wa się przed tymi, któ­rzy chcie­li­by wy­pa­trzeć ją w ciem­no­ściach. Noc jest tu gęst­sza i czar­niej­sza niż gdzie­kol­wiek, a gwiaz­dy świe­cą tak moc­no i wy­da­ją się wi­sieć tak ni­sko, że nie­je­den po­my­ślał, że moż­na za­czerp­nąć je ręką, zdjąć z nie­ba i scho­wać do kie­sze­ni.

Żyją tu­taj róż­ni lu­dzie, jak wszę­dzie. Wy­mie­sza­ły się wszyst­kie rasy i ko­lo­ry skó­ry. Jed­ni ni­g­dy nie pró­bo­wa­li wy­ściu­biać stąd nosa, inni, na po­zór obo­jęt­ni, pil­nie strze­gą ta­jem­nic Hel­lo­nii. Trud­ne to za­da­nie, bo w mie­ście, jak w ulu, aż hu­czy od plo­tek i do­my­słów.

***

Naj­wyż­sze wznie­sie­nie w ma­sy­wie pół­noc­nym to Sę­ko­wa Góra. Wieść nie­sie, że daw­no, daw­no temu w tym miej­scu wła­śnie, na jej szczy­cie, od­by­wa­ły się spo­tka­nia cza­row­nic. Dla­te­go lu­dzie cza­sa­mi z nie­po­ko­jem za­dzie­ra­ją gło­wy i spo­glą­da­ją w tam­tą stro­nę, gdy wy­da­je im się, że do­strze­gli tam coś nie­zwy­kłe­go. Dla miej­sco­wych góra jest nie­do­stęp­na, tak samo jak i inne szczy­ty. Nikt bo­wiem nie zdo­był jesz­cze żad­ne­go z pię­ciu wy­so­kich wierz­choł­ków, a przy­naj­mniej tak się mówi w mie­ście. Choć są tacy, któ­rzy może i mie­li­by inne zda­nie, ale mil­czą, bo nikt ich nie pyta.

Wo­kół Sę­ko­wej Góry wije się aż pięć roz­le­głych rzek. Jed­na z nich ma męt­ny, brud­ny ko­lor, stąd zwą ją Brud­ną Rze­ką lub Wodą Śmier­ci. Zda­je się, że nikt ni­g­dy nie wło­żył do niej na­wet pal­ca. Inną zwą Rze­ką Czer­wo­ną od krwa­we­go ko­lo­ru jej wód. Po­zo­sta­łe trzy za­pusz­cza­ją w tę oko­li­cę tyl­ko cien­kie stróż­ki. Naj­czyst­szą, smacz­ną wodę pit­ną ma Krysz­ta­ło­wa Rze­ka. Wszyst­ko to ota­cza­ją ba­gna, trzę­sa­wi­ska i błot­ni­sta zie­mia.

Za gó­ra­mi, na pół­noc­nym obrze­żu Hel­lo­nii, mie­ści się szko­ła pan­ny Ame­lii Pom­per­lon. Jest to nie­zwy­kle oka­za­ły ze­spół bu­dyn­ków, roz­sia­nych po du­żej, ogro­dzo­nej prze­strze­ni. Głów­ny gmach jest ogrom­ny i zdob­ny. Skła­da się z pię­ciu kon­dy­gna­cji, trzech skrzy­deł i du­że­go dzie­dziń­ca. Na ty­łach szko­ły znaj­du­je się kom­pleks re­kre­acyj­no-spor­to­wy, w tym kil­ka bo­isk, ba­se­nów – kry­tych i otwar­tych – kor­tów i zjeż­dżal­ni. Jest też park, brzo­zo­wy la­sek oraz je­zio­ro z łód­ka­mi.

Jak każ­de mia­sto w oko­li­cy, Hel­lo­nia po­dzie­lo­na jest na pół sze­ro­ką utwar­dzo­ną dro­gą, po któ­rej prze­cha­dza­ją się lu­dzie i zwie­rzę­ta. Rzad­ko wjeż­dża­ją na nią po­jaz­dy inne niż ro­wer czy hu­laj­no­ga. Uli­ca prze­zna­czo­na dla za­przę­gów kon­nych i au­to­mo­bi­li oka­la mia­sto, lecz w więk­szo­ści wzno­si się po­nad nim. Prze­bie­ga nad nie­zbyt bez­piecz­ny­mi re­jo­na­mi, ta­ki­mi jak Trój­kąt Za­gi­nio­nych czy – czę­sto wy­stę­pu­ją­cy­mi tu – trzę­sa­wi­ska­mi, omi­ja też cier­ni­stą łąkę i ciem­ny, mrocz­ny Za­wi­chrzo­ny Las.

Kie­dy dzie­ci wy­cho­dzą ze szko­ły, kie­ru­ją się na po­łu­dnie, w stro­nę cen­trum mia­sta. Więk­szość uda­je się od razu do domu, ale wie­le z nich skrę­ca w pra­wo, do za­gaj­ni­ka. Na jego środ­ku jest ol­brzy­mia po­la­na zwa­na Pla­cem Sta­re­go Dębu. Na­zwa ta może po­cho­dzić od wie­ko­we­go drze­wa, sto­ją­ce­go w sa­mym ser­cu tego pla­cu. W przy­pad­ko­wym po­rząd­ku uło­żo­no tam pnie i ster­ty drew­na; są tam pa­le­ni­ska i me­ta­lo­we drąż­ki usta­wio­ne nie wia­do­mo przez kogo i po co. Po­śród za­nie­dba­nych ruin ma­łych za­bu­do­wań stoi kil­ka ła­wek. Atrak­cję sta­no­wi gro­ta – ol­brzy­mia jama – w któ­rej za­wsze jest cie­pło, na­wet zimą. Jej wej­ście są­sia­du­je z urwi­skiem. Ro­śnie na nim duże drze­wo, któ­re­go ko­rze­nie wra­sta­ją w skar­pę i wy­sta­ją z pia­chu. Są ogrom­ne, su­che i spa­lo­ne słoń­cem, a pia­sek wy­glą­da tak, jak­by jego war­stwy ktoś uło­żył rów­no i sta­ran­nie, jak na pysz­nym tor­cie z cze­ko­la­dą, wi­śnia­mi i bia­łą, słod­ką masą. Nie­jed­ne­mu przy­szło do gło­wy sie­dzieć tam sa­mot­nie i wpa­try­wać w to drze­wo – tak bez celu.

Na za­chód od Pla­cu Sta­re­go Dębu cią­gną się rzę­dy pięk­nych ka­mie­nic – uro­czych, sta­rych bu­dyn­ków po­cho­dzą­cych sprzed wo­jen. Miesz­ka­nia są tam wy­jąt­ko­wo oka­za­łe, mają wy­so­kie stro­py i duże okna. Wiem, bo miesz­ka­łem w ta­kim. Do­sta­łem je od re­dak­cji, w któ­rej pra­co­wa­łem, za­nim zda­rzy­ło się to, o czym tu opo­wiem.

Jesz­cze da­lej na za­chód, za ka­mie­ni­ca­mi, wy­bu­do­wa­no blo­ko­wi­ska. Są to po­dob­ne do sie­bie, wie­lo­ro­dzin­ne, pro­ste bry­ły, gdzie w cia­snych miesz­ka­niach żyją mniej za­moż­ni miesz­kań­cy Hel­lo­nii.

Ze szko­ły moż­na też udać się pro­sto na po­łu­dnie. Idąc wzdłuż głów­nej dro­gi, mi­nąw­szy ów czę­sto od­wie­dza­ny przez dzie­ci za­gaj­nik, prze­cho­dzi się pod ar­ka­da­mi odra­pa­nych ka­mie­nic, skry­wa­ją­cych skle­py i lo­ka­le usłu­go­we. Naj­cie­kaw­szą wi­try­nę ma sklep Aba­dam­bra, któ­re­go wy­sta­wa raz przy­cią­ga cie­kaw­skich, to znów stra­szy prze­chod­niów. Lal­ki, ma­rio­net­ki, klau­ni i dziw­ne prze­bra­nia nie są dla każ­de­go. Mówi się, że w skle­pie jest dro­go, a ob­słu­ga nie­mi­ła. Za ka­mie­ni­ca­mi sto­ją ru­iny Błę­kit­ne­go Pa­ła­cu. Ogro­dze­nie jest wy­so­kie, ale w nie­któ­rych miej­scach tro­chę roz­wa­lo­ne, więc moż­na przez nie wejść, lecz przy­znam, że rzad­ko kto tam bywa. Ma­ja­czy tam tak­że sta­ra, roz­sy­pu­ją­ca się ka­pli­ca o du­żym uro­ku – bar­dzo za­nie­dba­na. Nie jest uży­wa­na. Po­tem są już tyl­ko blo­ki, bło­ta, lasy. Pod jed­nym z nich stoi sa­mot­ny, drew­nia­ny dom. Miesz­ka w nim Po­stet Ro­west – na­uczy­ciel hi­sto­rii w szko­le pan­ny Pom­per­lon.

Na koń­cu głów­ne­go trak­tu Hel­lo­nii, na po­łu­dniu mia­sta, roz­cią­ga się cen­trum ze skwe­rem. Wspo­mnę o nim póź­niej, bo to wła­śnie miej­sce sta­ło się – na dłu­go – moim no­wym do­mem. Za nim giną w zie­le­ni la­sów za­bu­do­wa­nia miej­skie: mu­zeum, bi­blio­te­ka, ra­tusz, sie­dzi­by służb i in­sty­tu­cje. Da­lej jesz­cze, w głę­bo­kiej do­li­nie, wije się Brud­na Rze­ka. Na całe szczę­ście ta ska­żo­na woda prze­pły­wa głę­bo­ko pod mia­stem i wy­pły­wa na po­wierzch­nię już na pe­ry­fe­riach i tyl­ko jed­na cien­ka od­no­ga wy­są­cza się z pod­zie­mi w oko­li­cach Mrocz­ne­go Lasu. Na jej brze­gu sie­dzą Fur­fut i So­phen, cze­ka­jąc na ko­lej­ny prze­jazd. Smęt­ne to to­wa­rzy­stwo, po­nu­re. Jest też tam małe je­zio­ro To­pło o fa­lu­ją­cych wo­dach, o któ­rym cho­dzą nie­przy­jem­ne słu­chy. Obok nie­go za­czy­na się cmen­ta­rzy­sko i cią­gnie da­le­ko aż na za­chód.

Po prze­ciw­nej stro­nie głów­nej miej­skiej dro­gi roz­cią­ga się ogrom­ny park i zie­le­niec, a w pew­nej od­le­gło­ści za nimi wi­dać mury domu Wol­fo­ne­nów, o któ­rym jesz­cze tu opo­wiem. Obok nie­go są jesz­cze inne nie­zwy­kle oka­za­łe bu­dow­le jak na przy­kład cu­dow­ny pa­ła­cyk pań­stwa Mao. Za nim, w par­ko­wej sce­ne­rii, to­nie w zie­le­ni sie­ro­ci­niec pani Fe­li­cji Mor­dy­gi, tak wiel­ki i sta­ry jak szko­ła pan­ny Pom­per­lon, z ca­łym kom­plek­sem re­kre­acyj­no-spor­to­wym i od­kry­tym ba­se­nem. To tam spę­dzi­łem pierw­sze lata mo­je­go ży­cia, więc wiem o czym mó­wię.

Za tymi za­bu­do­wa­nia­mi, da­le­ko na wschód, po­ło­żo­ny jest Ma­li­no­wy Ogród o swo­istym kli­ma­cie, da­lej zaś pły­ną rze­ki, bul­go­czą ba­gna i roz­cią­ga­ją się cier­ni­ste łąki, któ­re ro­sną szyb­ciej, niż czło­wiek jest w sta­nie biec, więc trud­no przed nimi zdą­żyć – bar­dzo nie­bez­piecz­ne.

Na sa­mym po­łu­dniu, wśród czar­nych i gę­stych jak smo­ła la­sów, leży Czar­na Góra – stro­ma i nie­bez­piecz­na jak żad­na. Lu­dzie po­wia­da­ją, że to sam ko­niec nie tyl­ko Hel­lo­nii, ale i ca­łej Ami­cji, że w od­da­li jest już tyl­ko wiel­ka woda, zim­na, bez­kre­sna i nie­zna­na. Po­dob­no uno­si się nad nią swo­isty opar stwo­rzo­ny z kro­pel mgły i rosy – to chłod­na, rześ­ka, lek­ko sło­na bry­za. Wpa­da­ją do niej wszyst­kie rze­ki, a Brud­na za­wi­ja się tam jak ja­do­wi­ty wąż.

***

Dom zwa­ny przez miej­sco­wych Krysz­ta­ło­wym Pa­ła­cem – od lo­do­wych zdo­bień wi­docz­nych zimą – oto­czo­ny jest nie­zwy­kle wy­so­kim mu­rem. Prze­chod­nie nie za­sta­na­wia­ją się, co kry­je się za ogro­dze­niem, wdzięcz­ni za cień, któ­ry daje la­tem oraz osło­nę przed wia­trem je­sie­nią i zimą. Zwy­kle prze­my­ka­ją szyb­ko obok nie­go cia­sną ulicz­ką, ob­sa­dzo­ną z obu stron drze­wa­mi.

Ta­kich zam­ków i pa­ła­ców skry­tych za mu­ra­mi jest tu znacz­nie wię­cej. Ten dom jest szcze­gól­ny. Tym, któ­rzy coś o nim wie­dzą, ko­ja­rzy się z miej­scem ma­gicz­nym, peł­nym za­ga­dek i cza­rów.

Jako dziec­ko uwiel­bia­łem opo­wie­ści o nim. Jest obiek­tem mo­je­go po­żą­da­nia, ucie­le­śnie­niem tę­sk­no­ty i ma­rzeń, wspo­mnie­niem z dzie­ciń­stwa. Od­kąd pa­mię­tam, coś mnie do nie­go cią­gnę­ło, pcha­ło i ka­za­ło mi co­dzien­nie pod­cho­dzić, za­glą­dać, szpe­rać – od dziec­ka, od za­wsze. Do­ra­sta­łem za­chły­śnię­ty le­gen­dą tego domu. Przy­się­gam, że była tam ma­gia!

Hi­sto­ria po­wie­la­na przez miej­sco­we plot­ki sta­ła się nie­zwy­kłą opo­wie­ścią, cie­kaw­szą od wszyst­kich ba­jek, wcią­ga­ją­cą, jak ba­gna u stóp Sę­ko­wej Góry. Chło­ną­łem każ­de wy­po­wie­dzia­ne sło­wo. Ile­kroć ktoś mó­wił o Krysz­ta­ło­wym Pa­ła­cu lub jego miesz­kań­cach, uszy wy­cią­ga­ły mi się jak u za­ją­ca. Co­dzien­nie znaj­do­wa­łem po­wód, by do­trzeć pod za­chod­nią bra­mę, bę­dą­cą je­dy­nym punk­tem, z któ­re­go moż­na co­kol­wiek po­dej­rzeć. Przez sta­lo­we, ażu­ro­we ogro­dze­nie wi­dać było dłu­gi pod­jazd, któ­re­mu kła­nia­ły się rzę­dy drzew pra­wie zu­peł­nie przy­sła­nia­ją­ce to, co było da­lej.

Gdy pod­ro­słem, za­czą­łem się bać, że moja obec­ność pod ową że­la­zną bra­mą może wy­wo­łać czy­jeś po­dej­rze­nia. Mógł­bym zo­stać wzię­ty na przy­kład za zło­dzie­ja! Ale moje wy­pra­wy wca­le nie były przez to rzad­sze; sta­wa­ły się tyl­ko co­raz dys­kret­niej­sze. Za­czą­łem uda­wać, że prze­cha­dzam się w po­bli­żu albo że coś mi upa­dło – aku­rat, gdy sta­łem przed bra­mą. W isto­cie wkła­da­łem gło­wę przez prze­strze­nie mię­dzy me­ta­lo­wy­mi prę­ta­mi, pró­bu­jąc skraść szcząt­ki ży­cia miesz­kań­ców tego domu, w szcze­gól­no­ści wte­dy, gdy z drzew opa­da­ły li­ście i wi­dok był lep­szy niż la­tem.

Przez kil­ka lat nikt w pa­ła­cu nie miesz­kał i wte­dy uda­ło mi się o po­sia­dło­ści do­wie­dzieć naj­wię­cej. Po­zwa­la­łem so­bie bo­wiem wska­ki­wać przez mur i zwie­dzać sta­ran­nie wy­pie­lę­gno­wa­ne ogro­dy. Bie­ga­ły po nich dzi­kie zwie­rzę­ta, a w sta­wie pły­wa­ły ryby, rom­sy i roz­ma­ry. Bez tru­du oswo­iłem całe to­wa­rzy­stwo – wszyst­kie stwo­rze­nia były nie­zwy­kle ła­god­ne.

Ilij­ków la­ta­ło tu tyle, że nie spo­sób ich zli­czyć. Ba­łem się, że mogą ko­muś o mnie po­wie­dzieć, choć wie­dzia­łem, że są nie­zwy­kle de­li­kat­ne, a do tego ma­ło­mów­ne, bar­dzo dys­kret­ne. To cu­dow­ne, ma­lut­kie, skrzy­dla­te stwo­rze­nia ubra­ne z taką sta­ran­no­ścią i kunsz­tem, jak­by te stro­je szył sam mistrz kra­wiec­twa Ho­ra­cjusz Ho­no­hor. Ili­je wy­glą­da­ją pra­wie jak lu­dzie. Róż­nią się od nich tym, że uszy mają po­wy­gi­na­ne do góry, a oczy duże i okrą­głe. Ich ogon­ki są za­koń­czo­ne pę­dzel­ka­mi, a gło­wy wy­da­ją się nie­pro­por­cjo­nal­nie duże w sto­sun­ku do resz­ty tu­ło­wia. Isto­ty te są zja­wi­sko­we. Ich spoj­rze­nia, gło­sy… Ach, wszyst­ko skła­da się na nie­by­wa­łą ca­łość! Wy­my­śli­łem so­bie, że w tym wła­śnie ogro­dzie miesz­ka ich kró­lo­wa.

Mimo że wcho­dzi­łem tam nie raz, ni­g­dy nie od­wa­ży­łem się za­pu­ścić tak da­le­ko, jak bym tego chciał. Domu strzegł sta­ry czło­wiek – Hu­mol – któ­ry prze­cha­dzał się po po­se­sji ca­ły­mi dnia­mi. Wy­ra­stał jak spod zie­mi za­wsze, gdy tyl­ko zbli­ża­łem się tam, gdzie nie trze­ba. Prze­miesz­czał się szyb­ko, nie­po­strze­że­nie i po­ja­wiał w miej­scach, w któ­rych zgod­nie z pra­wa­mi fi­zy­ki nie po­wi­nien się znaj­do­wać. Wy­da­wa­ło się, że strzegł domu w po­je­dyn­kę, lecz star­czał za całą ar­mię.

Poza nim w Krysz­ta­ło­wym Pa­ła­cu pra­co­wa­ło wie­le osób, któ­rych nie zna­łem, ale wie­dzia­łem, że byli to zwy­kli miesz­kań­cy Hel­lo­nii, któ­rych spo­ty­ka­łem po­tem w ba­rze czy u fry­zje­ra. Nie­któ­rzy prze­by­wa­li w tych za­bu­do­wa­niach na sta­łe i ni­g­dy nie po­ja­wia­li się w mie­ście.

W cza­sie mo­ich eska­pad prze­ko­na­łem się, że dom jest w isto­cie wiel­kim za­mczy­skiem, z basz­ta­mi, wie­ża­mi, a na­wet fosą. Ma kształt pod­ko­wy i  spo­ry dzie­dzi­niec. Nie wiem, ile mie­ści po­koi – chy­ba ze sto! Kie­dyś pró­bo­wa­łem po­li­czyć okna, ale nie uda­ło mi się po­dejść od wscho­du, gdyż po­wstrzy­ma­ła mnie fosa. Ta część domu i ogro­du po­zo­sta­wa­ła dla mnie zu­peł­ną za­gad­ką. Bo tak na­praw­dę wszyst­ko, co do­ty­czy­ło Krysz­ta­ło­we­go Pa­ła­cu, to dla lu­dzi ta­jem­ni­ca scho­wa­na za ażu­ro­wą bra­mą.

Ze szko­ły wie­dzia­łem je­dy­nie, że za ogro­dze­niem, jesz­cze da­lej na wscho­dzie, leży strasz­ny Ma­li­no­wy Ogród, za któ­rym pły­nie smęt­na Rze­ka Za­po­mnień.

Mu­szę przy­znać, iż osza­la­łem na tyle, aby pro­wa­dzić za­pi­ski ze swo­ich od­wie­dzin po­se­sji, zda­jąc so­bie spra­wę, że wcho­dze­nie do cu­dzych do­mów jest ka­ral­ne, a moje no­tat­ki mogą być uzna­ne za do­wód po­peł­nie­nia prze­stęp­stwa. Mimo to no­to­wa­łem do­kład­nie.

Naj­gor­szym prze­wi­nie­niem, któ­re tu wy­mie­nię, jest to, że ta dzie­cię­ca fa­scy­na­cja po­chło­nę­ła mnie do tego stop­nia, że ni­g­dy nie mi­nę­ła.

***

Moje ba­rasz­ko­wa­nie w pa­ła­co­wych ogro­dach skoń­czy­ło się, gdy do domu po­wró­ci­li jego miesz­kań­cy. Znał­bym ich je­dy­nie ze sły­sze­nia, gdy­by nie to, że sta­le ich wi­dy­wa­łem. Wspo­mi­na­łem już, że re­gu­lar­nie gu­bi­łem coś przed wej­ściem do domu? Zda­rza­ło się, że po­tem moje rze­czy wi­sia­ły przy­cze­pio­ne do bra­my wjaz­do­wej, nikt jed­nak ni­g­dy nie za­pro­sił mnie po ich od­biór do środ­ka, na co – przy­znam – li­czy­łem. Nikt też nie zwró­cił mi uwa­gi, że co­dzien­nie tam sto­ję, za co by­łem wdzięcz­ny.

Moneta Mocy

Krysz­ta­ło­wy Pa­łac za­miesz­ki­wa­ła nie­wiel­ka ro­dzi­na: mał­żeń­stwo z dziec­kiem oraz dzia­dek – bar­dzo sta­ry czło­wiek, któ­ry zaj­mo­wał po­ko­je w pół­noc­no-wschod­niej czę­ści le­we­go skrzy­dła domu. To tam cią­gle pa­li­ło się świa­tło po tym, jak ro­dzi­na Wol­fo­ne­nów opu­ści­ła po­sia­dłość, by wy­ru­szyć na ta­jem­ni­czą wy­pra­wę.

Mia­sto aż hu­cza­ło od plo­tek, gdy znik­nę­li. Nic dziw­ne­go, że nie­obec­ność Mer­lo­na Wol­fo­ne­na wzbu­dzi­ła tak duże za­in­te­re­so­wa­nie, sko­ro był jed­nym z dwóch tu­tej­szych wy­bit­nych me­dy­ków.

Mer­lon Wol­fo­nen – pan tego domu – pro­wa­dzi prak­ty­kę le­kar­ską w jed­nej z ka­mie­nic przy ryn­ku ra­zem ze sta­rym Za­kiem Ka­do­szem. Ich ga­bi­ne­ty znaj­du­ją się na pię­trze, nad ap­te­ką. By­wa­łem u nich jako pa­cjent. Może na­wet zbyt czę­sto, bo pew­ne­go dnia dok­tor Wol­fo­nen za­sta­na­wiał się, czy moją przy­pa­dło­ścią nie jest przy­pad­kiem prze­sad­na dba­łość o zdro­wie i wy­my­śla­nie so­bie cho­rób. Skłon­ność taka zna­na jest po­wszech­nie jako hi­po­chon­dria. Oce­nił, że czę­sto to­wa­rzy­szy mi nie­wy­tłu­ma­czal­ne zde­ner­wo­wa­nie, więc prze­pi­sał mi na to leki. Nie bra­łem ich, bo wie­dzia­łem, że nie są mi po­trzeb­ne. Ob­ja­wy po­ja­wia­ły się u mnie tyl­ko w cza­sie wi­zyt u dok­to­ra. Jak­że nie de­ner­wo­wać się w kon­tak­cie z ta­kim czło­wie­kiem – nie wiem. Pań­stwo Wol­fo­nen wy­wo­ły­wa­li we mnie bar­dzo dziw­ne emo­cje. Gdy ich ra­zem wi­dy­wa­łem, ser­ce pod­cho­dzi­ło mi do gar­dła, a w brzu­chu rósł wiel­ki ba­lon. Nie ro­zu­mia­łem tych dziw­nych emo­cji.

On był męż­czy­zną po­staw­nym, przy­stoj­nym i bar­dzo ele­ganc­kim. Spra­wiał wra­że­nie nie­zwy­kle sil­ne­go, choć zda­je się, że więk­szość cza­su spę­dzał za biur­kiem, w ga­bi­ne­cie na pię­trze, co nie po­win­no przy­spa­rzać tę­ży­zny fi­zycz­nej. Miej­sco­wa lud­ność po­wa­ża­ła go ze wzglę­du na prak­ty­kę, któ­rą pro­wa­dził. Rzad­ki to fach w na­szej oko­li­cy.

Ali­cja, jego żona, była nie­zwy­kle wy­so­ką ko­bie­tą, a do tego bar­dzo pięk­ną, choć przy­znam, że ja­kie­goś szcze­gól­ne­go gu­stu do ko­biet nie mia­łem i wszyst­kie wy­da­wa­ły mi się uro­cze, każ­da na swój spo­sób. Pani Ali­cja no­si­ła się jak dama. Za­wsze ota­cza­ły ją małe ili­je, któ­re czu­ły w sto­sun­ku do niej ja­kieś szcze­gól­ne upodo­ba­nie.

Co cie­ka­we, ostat­nio znów prze­sta­no wi­dy­wać Mer­lo­na w mie­ście. Mó­wią, że prze­padł bez wie­ści. Mia­łem więc po­wód ku temu, by zja­wić się po­now­nie tam, pod tym do­mem, i pa­trzeć. Pra­gną­łem zde­men­to­wać po­gło­ski.

Nie­raz obie­cy­wa­łem so­bie, że wię­cej nie przyj­dę w to miej­sce, i ty­sią­ce razy ła­ma­łem tę obiet­ni­cę. Ła­ma­łem ją, gdy by­łem dziec­kiem, gdy do­ra­sta­łem, i wte­dy, tego pa­mięt­ne­go dnia tak­że, choć by­łem już do­ro­słym, po­waż­nym czło­wie­kiem z tecz­ką w ręku, wra­ca­ją­cym z nie­mniej po­waż­nej pra­cy. Głód tego domu był sil­niej­szy ode mnie.

Po raz ko­lej­ny nie do­trzy­ma­łem da­ne­go so­bie sa­me­mu sło­wa i zaj­rza­łem przez że­la­zną bra­mę, jak zło­dziej, któ­ry szy­ku­je skok na cu­dzą po­se­sję.

– Dla­cze­go pan tu stoi? – Z za­my­śle­nia wy­rwał mnie głos chłop­ca, któ­re­go wcze­śniej nie za­uwa­ży­łem.

Mu­siał mi się przy­glą­dać już od dłuż­sze­go cza­su. Nogi się pode mną ugię­ły. To był John, syn pań­stwa Wol­fo­ne­nów. Chcia­łem uciec.

– W za­sa­dzie nie wiem – od­po­wie­dzia­łem naj­roz­sąd­niej, jak tyl­ko umia­łem w tej sy­tu­acji, i już chcia­łem się od­da­lić, gdy mło­dy czło­wiek ode­zwał się po­now­nie.

– Wi­dzia­łem już tu pana.

– Do­brze – pod­da­łem się. – Cie­ka­wi mnie ten dom. Po­do­ba mi się. Nie mam złych za­mia­rów – za­pew­ni­łem go.

– Miesz­kam tu – wy­mam­ro­tał. – Znam pana do­sko­na­le. Cią­gle pan tu przy­cho­dzi.

Trud­no okre­ślić sło­wa­mi, jaki po­czu­łem się wte­dy mały i ża­ło­sny. Za­ma­rzy­łem, by jak śli­mak scho­wać się w sko­ru­pie na ple­cach, lecz nie po­sia­da­łem ta­kiej. Sta­łem jak uczniak przed tym chłop­cem, za­wsty­dzo­ny, jak­by przy­ła­pa­no mnie na kłam­stwie lub in­nej nie­go­dzi­wo­ści.

Też go zna­łem. Przy­cho­dzi­łem tu prze­cież co dzień.

John był dziec­kiem drob­nym i szczu­płym. Miał nie­bie­skie oczy, na któ­re nie­dba­le opa­da­ła przy­dłu­ga grzyw­ka w ko­lo­rze sło­my.

Na­gle spoj­rzał na mnie i na­sze oczy się spo­tka­ły. Mia­łem wra­że­nie, że do­szło mię­dzy nami do dziw­ne­go, nie­wy­tłu­ma­czal­ne­go po­ro­zu­mie­nia. Nie poj­mo­wa­łem tego. Po­czu­łem wów­czas coś na mia­rę tego ba­lo­na w brzu­chu, któ­ry tak do­brze zna­łem z kon­tak­tów z ro­dzi­ca­mi chłop­ca.

– To pan! – za­wo­łał w tej sa­mej chwi­li, co­kol­wiek to mia­ło zna­czyć.

Za­trwo­ży­łem się, bo nie wie­dzia­łem, czy zo­sta­łem uzna­ny za lo­kal­ne­go zło­dzie­jasz­ka, do­mo­krąż­cę, czy też in­ne­go in­tru­za, prze­śla­du­ją­ce­go lu­dzi w ich do­mach. Oba­wia­łem się po­są­dze­nia o czyn, któ­re­go nie po­peł­ni­łem, ale z ra­cji mo­ich – bez wąt­pie­nia – zbyt czę­stych wi­zyt w tym miej­scu, moż­na było mi go przy­pi­sać. Na twa­rzy syna Wol­fo­ne­nów do­strze­głem cień ra­do­ści.

– To pan! – po­wtó­rzył.

– Otóż ja już so­bie pój­dę. Do wi­dze­nia – od­par­łem szyb­ko.

Prze­dłu­ża­nie dys­ku­sji w tak nie­ko­rzyst­nym po­ło­że­niu, w ja­kim się znaj­do­wa­łem, mo­gło mieć ujem­ne skut­ki dla mnie. Od­czu­wa­łem jed­nak żal, po­nie­waż nie­wąt­pli­wie mia­łem ocho­tę po­znać bli­żej tego chło­pa­ka.

– Pan za­cze­ka! – krzyk­nął dzie­ciak, gdy zro­bi­łem już pierw­szy krok w tył. – Wie­dzia­łem, że ko­goś tu dzi­siaj spo­tkam, a spo­tka­łem pana! Mam coś do prze­ka­za­nia – po­wie­dział.

Wy­cią­gnął rękę w moją stro­nę, a ja ma­chi­nal­nie od­wza­jem­ni­łem gest. Na mo­jej dło­ni wy­lą­do­wa­ła sta­ra, zło­ta mo­ne­ta.

– Pil­nuj jej i sza­nuj. Daję ci moc wie­dzy. Nie dziel się nią z ni­kim. Sło­wa po­wta­rza­ne przez ko­lej­ne oso­by tra­cą pier­wot­ny sens. Nie pod­po­wia­daj mi, jak mam po­stę­po­wać, nie prze­strze­gaj, bo stra­cisz dar – po­wie­dział, jak­by re­cy­tu­jąc wy­uczo­ną for­mu­łę. – Mu­sisz spi­sać wszyst­ko, co się wy­da­rzy, i za­cho­wać to w ta­jem­ni­cy.

Skoń­czyw­szy, ode­tchnął z ulgą. Mil­cza­łem, mu­sia­łem mieć dziw­ną minę. Na jego twa­rzy po­ja­wił się wy­raz roz­cza­ro­wa­nia. Czyż­by mną? Czy moim za­sko­cze­niem? Nie ro­zu­mia­łem sy­tu­acji ani wy­po­wie­dzia­nych przez nie­go słów.

– Chce ją pan? – spy­tał w koń­cu zmie­nio­nym to­nem.

Spoj­rza­łem na po­da­rek. Na re­wer­sie był kwiat – pięk­ny, jak świe­cą­ca gwiazd­ka, ukry­ty po­śród gę­stych li­ści pa­pro­ci. Po dru­giej stro­nie wid­niał na­pis w ję­zy­ku, któ­re­go nie zna­łem. Mia­łem wra­że­nie, że mo­ne­ta pa­rzy mi skó­rę, ale nie mia­łem żad­nych śla­dów opa­rzeń.

Na­raz po­czu­łem, że to jest to, po co tu ster­cza­łem tyle lat.

– Tak, dzię­ku­ję – od­par­łem. – Cze­ka­łem na to już za dłu­go – do­da­łem, choć to wca­le nie były moje sło­wa. Jak­by ktoś pod­po­wie­dział mi, że­bym tak wła­śnie ode­zwał się do chłop­ca.

– Uff… – wes­tchnął miesz­ka­niec pa­ła­cu. – Już się ba­łem, że to nie pan. Kie­dyś mi pan to odda, gdy na­dej­dzie wła­ści­wy mo­ment – do­dał. – Nie zmar­nu­je pan tego cza­su!

Chło­piec uśmiech­nął się we­so­ło i, jak gdy­by ni­g­dy nic, od­szedł w swo­ją stro­nę – w stro­nę szko­ły.

***

I wte­dy wy­da­rzy­ło się coś dziw­ne­go.

Moje my­śli mknę­ły jak bły­ska­wi­ca. John znik­nął już w gąsz­czu drzew, ale ja do­ga­nia­łem go my­śla­mi. Krę­ci­ło mi się od tego w gło­wie. Wi­dzia­łem ob­ra­zy, zda­rze­nia, je­den wiel­ki mę­tlik i cha­os. By­łem prze­ko­na­ny, że się prze­wró­cę. O mało nie wpa­dłem pod wiel­ką furę, któ­ra z nie­wia­do­mych przy­czyn wje­cha­ła tu­taj. Na­stęp­nie opar­łem się o czar­ny po­wóz i spoj­rza­łem w zde­ner­wo­wa­ne oczy woź­ni­cy, któ­ry, mam­ro­cząc coś pod no­sem, pu­kał się w gło­wę. Przed ocza­mi sta­nę­ło mi całe jego ży­cie. Zo­ba­czy­łem na­wet jego żonę i dzie­ci – jak­bym przej­rzał go na wy­lot. Przy­sia­dłem pod ce­gla­nym mu­rem, żeby ochło­nąć. W jed­nym mo­men­cie do­tar­ło do mnie mnó­stwo nie­ty­po­wych wra­żeń. Po­czu­łem, jak mi cią­żą. Pró­bo­wa­łem po­wo­li uspo­ko­ić za­męt w mo­jej gło­wie.

W na­tło­ku my­śli zo­ba­czy­łem szko­łę, a w niej Joh­na. Sie­dział w ław­ce i prze­ka­zy­wał mi pew­ną radę, któ­ra, w gę­stwi­nie zda­rzeń, ob­ra­zów i cu­dzych żyć, jak tor­pe­da zmie­rza­ła pro­sto w moją stro­nę: „Nie martw się, za chwi­lę się uspo­koi. To tyl­ko ta mo­ne­ta, pil­nuj jej”.

Po­wo­li pod­nio­słem się z chod­ni­ka i ru­szy­łem w stro­nę domu. Fak­tycz­nie z każ­dym kro­kiem czu­łem się co­raz le­piej. Wi­dzia­łem co­raz mniej zda­rzeń, mniej lu­dzi. Uda­ło mi się na­wet przy­tom­nie po­my­śleć o tym, co po­wie­dział mi John. Gdzie ja mam zna­leźć czas na wszyst­ko i jesz­cze na pro­wa­dze­nie ja­kichś pa­mięt­ni­ków? Ale prze­cież kil­ka dni temu po­sta­no­wi­łem na­pi­sać książ­kę o Hel­lo­nii… za­czą­łem na­wet, może więc za­miast tego?

Otóż na co dzień pra­co­wa­łem w re­dak­cji i ca­ły­mi go­dzi­na­mi czy­ta­łem i ko­ry­go­wa­łem cu­dze tek­sty. Pra­cę za­bie­ra­łem też do domu, na wie­czór. Tecz­ka cią­ży­ła mi i te­raz, gdyż była peł­na pa­pie­rów do przej­rze­nia po po­łu­dniu. Je­dy­ny czas, któ­re­go nie po­świę­ca­łem pra­cy, to wy­pra­wy pod dom Joh­na i wy­ko­ny­wa­nie co­dzien­nych czyn­no­ści, w tym spa­ce­ry z Mono, moim psem i je­dy­nym to­wa­rzy­szem, przy­ja­cie­lem, rzekł­bym.

Roz­wa­ża­jąc te spra­wy, prze­brną­łem przez za­tło­czo­ne o tej po­rze uli­ce Hel­lo­nii. W skle­pach, ba­rach i ka­wiar­niach było peł­no lu­dzi. Mi­ną­łem Plac Sta­re­go Dębu i skie­ro­wa­łem się na za­chód, w stro­nę pięk­nych ka­mie­nic. Czu­łem się ocię­ża­ły, wlo­kłem się do domu. Czy to wy­nik spo­tka­nia z chłop­cem, czy też spo­wo­do­wa­ła to ta dziw­na mo­ne­ta, któ­rą nio­słem we wciąż za­ci­śnię­tej pię­ści? Do­sze­dłem do mo­jej ka­mie­ni­cy i wspią­łem się po scho­dach na trze­cie pię­tro. Już na dru­gim usły­sza­łem ra­do­sne po­pi­ski­wa­nia Mono. Spo­strze­głem ko­per­tę le­żą­cą na wy­cie­racz­ce. Pod­nio­słem ją. List. Wi­dać nie był to ko­niec atrak­cji dnia dzi­siej­sze­go.

Roz­dar­łem pa­pier, ale za­nim zaj­rza­łem do środ­ka, wie­dzia­łem, co tam jest na­pi­sa­ne.

Dro­gi Pa­nie El­fro­dzie,

w od­po­wie­dzi na na­de­sła­ną ko­re­spon­den­cję ser­decz­nie za­pra­szam do pra­cy w mo­jej księ­gar­ni. Moż­na za­cząć w każ­dej chwi­li.

Ocze­ku­ję przy­by­cia w do­god­nej dla Pana po­rze.

Z wy­ra­za­mi sza­cun­ku

Frantz Schultz

Au­to­rem grzecz­ne­go li­stu był sta­ry księ­garz, do któ­re­go rze­czy­wi­ście ja­kiś czas temu na­pi­sa­łem. Księ­gar­nia Frant­za była – jak dom Wol­fo­ne­nów – moją tę­sk­no­tą i wspo­mnie­niem z dzie­ciń­stwa. Kie­dy by­łem mały, prze­sia­dy­wa­łem w niej go­dzi­na­mi. Krę­ci­łem się mię­dzy pół­ka­mi peł­ny­mi ksią­żek i czy­ta­łem te, któ­rych nie mo­głem so­bie ku­pić. Sta­ry Frantz, któ­ry – od kie­dy go pa­mię­tam – był tak samo sta­ry, ni­g­dy mnie nie prze­ga­niał. Mo­głem czy­tać do woli. Cier­pli­wie zno­sił ucznia­ka, za­chły­śnię­te­go wy­grze­ba­ną lek­tu­rą. Do tego czę­sto­wał mnie lan­dryn­ka­mi o cu­dow­nych sma­kach. Za­zwy­czaj wy­bie­ra­łem żół­te. Bia­łe sma­ko­wa­ły dziw­nie. Gdy za­czy­ty­wa­łem się w książ­kach od sta­re­go księ­ga­rza, od­no­si­łem wra­że­nie, że prze­no­szę się do od­le­głe­go świa­ta, ja­kie­go my, miesz­kań­cy Hel­lo­nii, ni­g­dy nie do­świad­czy­my. Nie­raz wo­la­łem czy­tać, niż spę­dzać czas z ko­le­ga­mi, do któ­rych nie mia­łem szczę­ścia. Uwa­ża­łem, że zwy­kle jest ich wszę­dzie zbyt peł­no. Ro­słem za­tem na sa­mot­ni­ka, ale nic nie mo­głem na to po­ra­dzić.

Trzy­ma­jąc w rę­kach list, zo­rien­to­wa­łem się, że moja te­le­pa­tia na­tych­miast po­mknę­ła do księ­gar­ni, w któ­rej sta­ry Frantz sie­dział przy ma­łej lamp­ce i prze­glą­dał ra­chun­ki. Na­gle jego my­śli do­go­ni­ły moje. Sta­rzec lek­ko się uśmiech­nął – jak­by do sie­bie, a tro­chę jak­by do mnie. Od­wza­jem­ni­łem uśmiech. Po­sta­no­wi­łem, że pój­dę tam na­stęp­ne­go dnia.

Otwo­rzy­łem drzwi miesz­ka­nia. Mono sko­czył tak wy­so­ko, że uda­ło mu się po­li­zać mnie po twa­rzy.

– No i dla­cze­go tak sto­isz na tej wy­cie­racz­ce, za­miast wejść? Prze­cież ja na cie­bie cze­kam – po­wie­dział z wy­rzu­tem.

Mono rzad­ko się od­zy­wał. Był bar­dzo ma­ło­mów­nym psem.

***

Od ostat­nio opi­sy­wa­nych zda­rzeń mi­nę­ło kil­ka dni. Za­czą­łem pra­cę w księ­gar­ni Frant­za. Gdy wsze­dłem tam pierw­szy raz, w celu pod­ję­cia za­trud­nie­nia, wy­da­ło mi się, że bar­dzo do­brze znam to miej­sce. W koń­cu czę­sto tam by­wa­łem. Do­sta­łem mały sto­lik w rogu z lamp­ką i ma­szy­nę do pi­sa­nia. Mo­głem swo­bod­nie za­jąć się obo­wiąz­ka­mi. Mia­łem czas, by pi­sać pa­mięt­nik dla Joh­na, na­dal nie­zbyt do­brze wie­dząc, po co w ogó­le to ro­bię.

Za­sta­na­wia­łem się, dla­cze­go sta­ry Frantz mnie za­trud­nił. Moim zda­niem do­sko­na­le ra­dził so­bie sam. Sklep z książ­ka­mi od­wie­dza­li głów­nie pa­sjo­na­ci, tacy jak ja w prze­szło­ści, do­pó­ki mo­jej pa­sji nie za­bił nad­miar pra­cy i brak po­czu­cia speł­nie­nia.

Po­zna­wa­łem to miej­sce od nowa. Nie by­łem już prze­cież klien­tem, więc pa­trzy­łem na nie zu­peł­nie in­ny­mi ocza­mi. Mi­ja­ły dni, a ja co­raz bar­dziej czu­łem się jak w domu. Mia­łem wra­że­nie, że w koń­cu do­sze­dłem tam, do­kąd przez całe ży­cie zmie­rza­łem.

Siłą rze­czy księ­gar­nia mu­sia­ła od­sło­nić przede mną swo­je ta­jem­ni­ce. Oka­za­ło się, że jest w niej o wie­le wię­cej po­miesz­czeń, nie tyl­ko głów­na sala z książ­ka­mi, któ­rą od­wie­dza­li klien­ci. Na pierw­szym pię­trze znaj­do­wa­ły się dwa bliź­nia­cze po­ko­je go­ścin­ne, a na dru­gim wiel­ka, pu­sta prze­strzeń i kil­ka gra­tów na środ­ku: za­mknię­ta skrzy­nia, mała pół­ka z książ­ka­mi, sta­re fo­te­le. Piw­ni­ca już daw­no za­mie­ni­ła się w peł­ne ku­rzu i za­ka­mar­ków za­ple­cze, a strych był przede mną za­mknię­ty.

Nie wszyst­ko po­zna­łem od razu, ale nie za­da­wa­łem zbyt dużo py­tań i nie na­ci­ska­łem, bo wy­da­wa­ło mi się, że sta­ry Frantz tłu­ma­czył mi tyle, ile uwa­żał za słusz­ne.

Schultz był czło­wie­kiem spo­koj­nym i opa­no­wa­nym. Nie było w nim ani krzty­ny gwał­tow­no­ści. Mó­wił po­wo­li, jak­by wa­żył każ­de sło­wo. Prze­miesz­czał się nie­spiesz­nie lub tak szyb­ko, że trud­no było do­go­nić go wzro­kiem. Jak Hu­mol. W pe­wien spo­sób byli do sie­bie po­dob­ni. Bia­łe wło­sy ster­cza­ły mu na wszyst­kie stro­ny, a jego bia­ła bro­da za­mia­ta­ła drew­nia­ną pod­ło­gę le­piej od nie­jed­ne­go mopa. No­sił ko­lo­ro­we, je­dwab­ne, cu­dow­nie ha­fto­wa­ne sza­ty. Pod­wi­nię­te do góry dłu­gie no­ski bu­tów z pom­po­na­mi na czub­ku wciąż nie­odmien­nie wy­wo­ły­wa­ły uśmiech na mo­jej twa­rzy.

Któ­re­goś dnia Frantz za­wo­łał mnie do sie­bie, a po­tem po­pro­wa­dził dłu­gim ko­ry­ta­rzem i da­lej, krę­ty­mi scho­da­mi, aż na strych. Mu­szę przy­znać, że w trak­cie tej wy­pra­wy ob­le­ciał mnie strach. Dro­ga była ciem­na, a on wy­dał mi się taki mały, chu­dy i skur­czo­ny, jak­by miał z ty­siąc lat. Szedł przede mną po­sęp­ny i od­le­gły. Nic nie mó­wił. Wy­glą­dał prze­ra­ża­ją­co, z tą małą lamp­ką w dło­ni, nie­do­sta­tecz­nie roz­ga­nia­ją­cą cięż­ki mrok.

Gdy do­szli­śmy do wiel­kich, drew­nia­nych wrót, Frantz wy­jął z kie­sze­ni sta­ry, mo­sięż­ny klucz i prze­krę­cił go w zam­ku. Ry­gle pu­ści­ły z nie­przy­jem­nym hu­kiem. Sta­nę­li­śmy w ni­skim po­miesz­cze­niu, w któ­rym znaj­do­wa­ło się tro­chę za­ku­rzo­nych ksią­żek, uło­żo­nych na jed­nej tyl­ko pół­ce.

Wte­dy on ode­zwał się swo­im ni­skim, ci­chym, ale no­śnym gło­sem:

– W wol­nej chwi­li je upo­rząd­ku­jesz i od­tąd za­wsze bę­dziesz od­ku­rzał to miej­sce. To bar­dzo sta­re zbio­ry, są nie­zwy­kle cen­ne, dla­te­go znaj­du­ją się tu­taj. Nie są na sprze­daż. Nikt nie może tu wcho­dzić poza mną i tobą. Nie szu­kaj za­stęp­cy. Ni­ko­mu nie da­waj klu­cza. Ni­ko­mu! – pod­kre­ślił su­ro­wo. – Nie wol­no wy­nieść stąd żad­nej książ­ki, to­bie też. Je­śli chcesz je prze­czy­tać, mo­żesz to zro­bić na miej­scu. Strzeż ich jak wła­sne­go ży­cia, chłop­cze.

Zba­ra­nia­łem.

– Zwróć szcze­gól­ną uwa­gę na tę gru­bą księ­gę. – Wska­zał na jed­ną z ksią­żek, sto­ją­cą na pół­ce okład­ką do przo­du, jak­by spe­cjal­nie wy­sta­wio­ną, by na nią pa­trzeć. – Jest naj­cen­niej­sza ze wszyst­kich. Tej strzeż z na­ra­że­niem ży­cia.

Spoj­rza­łem na grzbiet oka­za­łe­go tomu. Pię­ciok­siąg, Księ­ga cza­rów, tom czwar­ty.

– Praw­dzi­wa Księ­ga cza­rów – ode­zwał się Frantz z sa­tys­fak­cją w gło­sie.

– Do­brze – zgo­dzi­łem się, nie do koń­ca wie­dząc na co.

– Wrę­czam ci ten klucz i księ­gę. Od te­raz są pod two­ją opie­ką. To tyle – oznaj­mił dość uro­czy­ście, po czym po­dał mi sta­ry, mo­sięż­ny klucz. – Nie zlek­ce­waż tego.

Było to ko­lej­ne dziw­ne za­da­nie, któ­re do­sta­łem w tak krót­kim cza­sie. Od Joh­na nie­mal te­le­pa­tycz­ną moc, wie­dzę więk­szą, niż miał kto­kol­wiek w Hel­lo­nii, a od star­ca mi­sję, któ­rej wagi jesz­cze wte­dy nie poj­mo­wa­łem.

– Nie ufaj ni­ko­mu, bo w in­nym przy­pad­ku mo­że­my to obaj przy­pła­cić ży­ciem. I nie tyl­ko my – po­wie­dział, a po­tem po­wę­dro­wał z po­wro­tem w dół. A może znik­nął, bo ro­zej­rza­łem się, lecz ni­g­dzie go już nie było.

Prze­stra­szy­łem się. Wszyst­ko to wy­da­wa­ło mi się in­te­re­su­ją­ce, ale nie chcia­łem na to po­świę­cać cen­ne­go ży­cia.

– Za­mknij drzwi, gdy bę­dziesz wy­cho­dził – po­wie­dział sta­rzec gło­sem, któ­ry do­biegł nie wia­do­mo skąd. – Klucz scho­waj naj­głę­biej, jak tyl­ko po­tra­fisz, i ni­ko­mu, ni­ko­mu, ale to ni­ko­mu go nie od­da­waj. Jak skoń­czysz pra­cę u mnie, weź­miesz go na wła­sność.

Ze stra­chu ciar­ki prze­szły mi po ple­cach.

***

W wol­nych chwi­lach ob­ser­wo­wa­łem ży­cie Joh­na. Nie mu­sia­łem już w tym celu pod­cho­dzić pod furt­kę jego domu. Mia­łem oka­zję śle­dzić każ­dy krok tego dziw­ne­go chłop­ca. Po­zna­łem jego ko­le­gów z kla­sy – chy­ba le­piej niż on sam – a jego – jak mi się zda­wa­ło – do­sko­na­le. Uczy­łem się pa­no­wać nad mocą, któ­rą po­sia­dłem dzię­ki nie­zwy­kłej mo­ne­cie. Od­tąd to­wa­rzy­szy­łem mu w jego ży­ciu, gdy tyl­ko chcia­łem. Mo­głem zo­ba­czyć nie­mal wszyst­ko, co go do­ty­czy­ło. Nie­mal – bo jed­nak nie wszyst­ko – o czym po­wiem da­lej. Za­czą­łem pi­sać, tak jak mi za­le­cił. Mia­łem te­raz ide­al­ne do tego wa­run­ki, więc pi­sa­łem…

John uczył się w sta­rej szko­le, któ­rą ja też nie­gdyś skoń­czy­łem. Pa­nu­ją­ce w niej za­sa­dy były ja­sne i su­ro­we.

Na po­cząt­ku roku sro­ga pani dy­rek­tor – pan­na Ame­lia Pom­per­lon – nie­zmien­nie od lat, kla­row­nie wy­kła­da­ła no­wym uczniom ich od­wiecz­ne, nie­na­ru­szal­ne pra­wa i obo­wiąz­ki. Na­uczy­ciel­ka mia­ła bo­wiem ideę, by tę in­sty­tu­cję pu­blicz­ną uczy­nić naj­wy­bit­niej­szą pla­ców­ką edu­ka­cyj­ną w ca­łej oko­li­cy. Śmiał­bym się z jej głu­pich za­sad, gdy­by nie fakt, że ucznio­wie koń­czą­cy szko­łę za­wsze otrzy­my­wa­li naj­wyż­sze noty z eg­za­mi­nów koń­co­wych. Mo­gli­by ro­bić w ży­ciu co­kol­wiek ze­chcie­li, gdy­by nie to, że rzad­ko kto de­cy­do­wał się opu­ścić Hel­lo­nię na za­wsze. Nie­licz­ni, któ­rzy się na to od­wa­ży­li, czę­sto wra­ca­li roz­cza­ro­wa­ni po­zna­nym świa­tem.

Dla lep­sze­go zi­lu­stro­wa­nia za­sad pa­nu­ją­cych w szko­le za­cy­tu­ję kil­ka pierw­szych, od­czy­ty­wa­nych przez pan­nę Pom­per­lon na po­cząt­ku każ­de­go no­we­go roku szkol­ne­go.

Każ­dy uczeń przy­cho­dzi na lek­cje w stro­ju skrom­nym, sto­sow­nym do oko­licz­no­ści, któ­ry musi za­ku­pić na koszt wła­sny. Wzo­ry do­pusz­czal­nej odzie­ży pre­zen­tu­je za­łącz­nik nr 1.

Za­bra­nia się wno­sze­nia na te­ren szko­ły przed­mio­tów i zwie­rząt opi­sa­nych w za­łącz­ni­ku nr 2 do re­gu­la­mi­nu, w tym pe­le­ryn, ka­pe­lu­szy i lin, a do za­ka­za­nych zwie­rząt za­li­cza­ne są wszel­kie­go ro­dza­ju gady, pła­zy, fro­ty, gry­zo­nie i owa­dy, a w szcze­gól­no­ści węże i pa­ją­ki. Na te­re­nie szko­ły nie mogą prze­by­wać ili­je, chy­ba że uzy­ska się zgo­dę dy­rek­cji. Do bu­dyn­ku nie moż­na wno­sić zwie­rząt fu­ter­ko­wych ani słu­żą­cych do prze­miesz­cza­nia. Fum­ki i lost­ki są ka­te­go­rycz­nie za­ka­za­ne. Zwie­rzę­ta od­pro­wa­dza­ją­ce dzie­ci do szko­ły, w tym fro­ty, psy, koty lub inne, mają cze­kać przed bra­mą głów­ną lub w spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nym dla nich po­miesz­cze­niu.

Na­ka­zu­je się przy­cho­dze­nia na lek­cje punk­tu­al­nie z od­po­wied­nio przy­go­to­wa­ny­mi przy­bo­ra­mi, książ­ka­mi oraz ze­szy­ta­mi zgod­nie z pla­nem lek­cji na dany dzień po­da­wa­nym przez wy­cho­waw­cę dnia po­przed­nie­go.

Oso­by przy­jeż­dża­ją­ce po­jaz­da­mi ko­ło­wy­mi par­ku­ją na par­kin­gu przed szko­łą, a ko­rzy­sta­ją­ce ze zwie­rząt trans­por­to­wych zo­sta­wia­ją je za szko­łą w spe­cjal­nie wy­zna­czo­nym za­da­szo­nym miej­scu.

Za­ka­zu­je się ko­rzy­sta­nia ze zwie­rząt kłó­tli­wych i aspo­łecz­nych, któ­re nie są w sta­nie prze­cze­kać lek­cji bez wsz­czy­na­nia spo­rów w miej­scu wspól­ne­go ocze­ki­wa­nia.

Hu­laj­no­gi i ro­we­ry par­ku­je się tyl­ko na wy­zna­czo­nych, przy­pi­sa­nych do kon­kret­ne­go ucznia sta­no­wi­skach. Każ­dy otrzy­mu­je miej­sce na je­den ro­wer i jed­ną hu­laj­no­gę.

Pa­nu­je ka­te­go­rycz­ny za­kaz prze­szka­dza­nia na­uczy­cie­lom w pro­wa­dze­niu za­jęć, a ko­le­gom w słu­cha­niu. Mile wi­dzia­ny jest ak­tyw­ny udział ucznia w za­ję­ciach oraz my­śle­nie w cza­sie lek­cji o przed­mio­cie za­jęć.

Ta­kich punk­tów było trzy­dzie­ści je­den. Szcze­gó­ło­wo nor­mo­wa­ły ży­cie ucznia w szko­le, do­dat­ko­wo in­for­mu­jąc o tym, o czym uczeń po­wi­nien, a o czym nie po­wi­nien, w szko­le my­śleć. Uwa­gę dzie­ci za­wsze zwra­ca­ły za­sa­dy do­ty­czą­ce ubio­ru. Za­rów­no w przy­pad­ku chłop­ców, jak i dziew­cząt, wierzch­nie okry­cie szkol­ne sta­no­wi­ła za­pi­na­na na gu­zi­ki, do­pa­so­wa­na­na w ra­mio­nach i pa­sie, roz­sze­rza­na ku do­ło­wi tu­ni­ka, się­ga­ja­ca po­ni­żej li­nii bio­der. Wszy­scy zo­bo­wią­za­ni byli no­sić do szko­ły trze­wi­ki z wy­so­ką cho­lew­ką.

Za­zwy­czaj zda­rza­ło się, że przy punk­cie trzy­dzie­stym pierw­szym dzie­ci za­czy­na­ły spo­glą­dać na sie­bie ukrad­kiem, ale pan­na Pom­per­lon upar­cie nie zmie­nia­ła jego brzmie­nia.

Punkt trzy­dzie­sty pierw­szy brzmiał bo­wiem na­stę­pu­ją­co:

Za na­ru­sze­nie po­wyż­szych za­sad moż­na do­stać punk­ty ujem­ne, ale też i inne kary, w tym karę upo­mnie­nia, ode­bra­nia praw ucznia, wy­da­le­nia ze szko­ły lub prze­nie­sie­nia do jed­nost­ki kar­nej oraz inne kon­se­kwen­cje okre­ślo­ne przez wy­cho­waw­cę lub dy­rek­cję szko­ły, łącz­nie z karą wy­gna­nia lub uwię­zie­nia.

W tym mo­men­cie mło­dy czło­wiek za­czy­nał my­śleć, że jest tro­chę strasz­nie i szko­ła, do któ­rej jesz­cze przed chwi­lą szedł z ra­do­ścią, za­czy­na­ła wy­da­wać mu się okrut­na. Je­stem ab­sol­wen­tem tej pla­ców­ki, więc mia­łem po­dob­ne wra­że­nia, lecz te­raz wspo­mi­nam czas spę­dzo­ny w tym miej­scu jako pa­smo nie­koń­czą­cej się za­ba­wy, któ­ra nie­ste­ty po­tem do­bie­gła koń­ca wraz z roz­po­czę­ciem do­ro­słe­go ży­cia.

Od mo­ich cza­sów w szko­le nic się nie zmie­ni­ło, więc szyb­ko zo­rien­to­wa­łem się w sy­tu­acji Joh­na. Jak już wspo­mnia­łem, dy­rek­to­rem wciąż była pan­na Ame­lia Pom­per­lon, któ­ra dys­po­no­wa­ła ca­łym wa­chla­rzem kar, na­gród, po­mo­cy na­uko­wych i me­tod wy­cho­waw­czych. In­te­re­so­wa­ła się wszyst­ki­mi ucznia­mi i zna­ła każ­de­go z osob­na. Ża­den z wy­cho­wan­ków nie umy­kał jej wni­kli­we­mu spoj­rze­niu. Ni­ko­go nie po­mi­ja­ła w roz­my­śla­niach na te­mat od­po­wied­nie­go wy­cho­wa­nia.

Co roku każ­dy uczeń miał roz­wią­zać test kwa­li­fi­ku­ją­cy do po­szcze­gól­nych klas. Po­dział na kla­sy nie miał nic wspól­ne­go z wie­kiem. Mó­wio­no, że o przy­dzia­le de­cy­du­ją zdol­no­ści, pre­dys­po­zy­cje i po­stę­py w na­uce oraz wy­nik te­stu.

Kla­sa A, do któ­rej uczęsz­czał John, ucho­dzi­ła za naj­zdol­niej­szą, bo wszy­scy jej ucznio­wie mie­li ta­lent do przed­mio­tów ści­słych. Każ­dy zdra­dzał przy tym inne ce­chy cha­rak­te­ru i inne za­in­te­re­so­wa­nia. Było w niej dwa­dzie­ścia osób, w tym dzie­sięć dziew­czy­nek i dzie­się­ciu chłop­ców. Zda­wa­ło się, że wszy­scy byli ró­wie­śni­ka­mi, a skład gru­py nie zmie­niał się od po­cząt­ku jej ufor­mo­wa­nia. Za­pew­ne po­dob­nie wy­pa­da­li na te­stach.

Głów­nym wy­cho­waw­cą w kla­sie Joh­na była pani Mar­ga­ret So­le­ston. Uczy­ła ję­zy­ka oj­czy­ste­go, wy­kła­da­ła rów­nież mowę pta­ków i zwie­rząt, cho­ciaż w Hel­lo­nii nie było to za bar­dzo po­trzeb­ne, gdyż wie­le zwie­rząt na­uczy­ło się miej­sco­we­go dia­lek­tu. W więk­szo­ści były one jed­nak ma­ło­mów­ne, a nie­któ­re mia­ły kło­po­ty z wy­mo­wą. Fro­ty, na przy­kład, rzad­ko się od­zy­wa­ły, więc głos mia­ły ochry­pły i skrze­czą­cy, bo ich apa­rat mowy był zu­peł­nie nie­wy­ro­bio­ny. Zda­rza­ły się oczy­wi­ście wy­jąt­ki i moż­na było spo­tkać eg­zem­pla­rze nie­zwy­kle ga­da­tli­we, i to w każ­dym ga­tun­ku. Wra­ca­jąc jed­nak do pani Mar­ga­ret, jako wy­cho­waw­ca prze­by­wa­ła z dzieć­mi pod­czas każ­dej lek­cji i wszyst­kich wy­cie­czek, bo od­po­wia­da­ła za ich wy­cho­wa­nie, do­bre ma­nie­ry i po­rzą­dek w kla­sie. Za­zwy­czaj sia­dy­wa­ła na koń­cu sali za wszyst­ki­mi ucznia­mi i roz­my­śla­ła o tym i owym.

***

Wy­da­rzy­ło się jed­ne­go z pierw­szych dni po tym, jak do­sta­łem od chłop­ca dziw­ną mo­ne­tę. Spo­dzie­wa­łem się, że spo­tkam Joh­na, bo wie­dzia­łem, co za­pla­no­wał. On na­to­miast był pe­wien, że za­sta­nie mnie w księ­gar­ni. Po lek­cjach wy­ru­szył do mnie w to­wa­rzy­stwie Pu­sza Der­wi­sza. Pusz był ko­le­gą, z któ­rym wi­dy­wa­łem go naj­czę­ściej. Wy­da­wa­ło mi się, że chłop­cy się przy­jaź­nią, bo bar­dzo czę­sto prze­by­wa­li ra­zem.

I gdy tak roz­my­śla­łem o Joh­nie i jego ko­le­gach, zo­ba­czy­łem Rif­fa Lo­sta. Biegł za nimi, ale kie­dy był jesz­cze na tyle da­le­ko, że go nie wi­dzie­li, wsko­czył w po­bli­skie krza­ki i prze­mknął bar­dzo szyb­ko scho­wa­ny za drze­wa­mi. Gdy już prze­go­nił ko­le­gów, wy­sko­czył im na­prze­ciw i za­gad­nął we­so­ło:

– Cześć, chło­pa­ki. Co za przy­pa­dek. Mogę z wami iść?

– No, tak… – za­jąk­nął się John.

Chło­piec wy­bie­rał się do mnie. To­wa­rzy­stwo więk­szej licz­by osób nie było mu na rękę, bo chciał za­mie­nić ze mną kil­ka słów na osob­no­ści.

– Sze­dłeś za nami! Jak zwy­kle! Nie mo­żesz z nami iść! – wy­pa­lił ner­wo­wo Pusz. – Czy my nie mo­że­my spę­dzić chwi­li bez cie­bie?

– Ty mo­żesz! – od­gryzł się Riff. – A poza tym nie sze­dłem za wami. Jak mo­głem za wami iść, sko­ro to ja je­stem z przo­du przed wami. Po­myśl tro­chę. No, mogę? – Chło­piec spoj­rzał bła­gal­nie na Joh­na.

– O nie, trzy­maj­cie mnie, bo go wal­nę! – roz­gnie­wał się Pusz.

– Daj­cie spo­kój, chło­pa­ki. Pusz, no co ty. Prze­cież może z nami iść – po­wie­dział John.

Nie wta­jem­ni­czył Pu­sza w swo­je spra­wy. Rif­fa też nie za­mie­rzał.

– Tyl­ko się nie wy­chy­laj! – prze­strzegł Pusz ko­le­gę.

– No do­bra – od­parł ra­do­śnie Riff – to do­kąd idzie­my?

– Do księ­gar­ni. Obej­rzeć książ­ki – po­in­for­mo­wał go John. Gdy to mó­wił, pod­le­cia­ła do nie­go mała, fio­le­to­wa ilij­ka i usia­dła mu na ra­mie­niu. Była ślicz­na, jak każ­dy ili­jek.

– O, su­per! Uwiel­biam książ­ki! – wy­krzyk­nął Riff, ob­ser­wu­jąc stwo­rze­nie.

Pusz rzu­cił mu nie­zbyt przy­chyl­ne spoj­rze­nie, ale już nie opo­no­wał.

***

Gdy John wszedł do księ­gar­ni, na­sze my­śli złą­czy­ły się, a oczy spo­tka­ły, ale gdy się zbli­żył, w mo­jej gło­wie po­ja­wił się cha­os tak duży jak wte­dy, gdy wrę­czył mi tę mo­ne­tę.

Na­gle stra­ci­łem z nim kon­takt. Zu­peł­nie. Przy­sia­dłem, by się po­zbie­rać, i chłod­nym wzro­kiem przy­glą­da­łem się chłop­com. Ła­zi­li po­mię­dzy pół­ka­mi. Riff usiadł na pod­ło­dze. Pusz błą­kał się, nie­cier­pli­wie zer­ka­jąc na wi­try­nę i drzwi, jak­by chciał stąd wyjść jak naj­prę­dzej, lecz nie znaj­do­wał ku temu wy­mów­ki. Jak spod zie­mi wy­rósł przed nim sę­dzi­wy sta­rzec, czy­li Frantz Schultz.

– O, nowy klient! – po­wie­dział księ­garz do chłop­ca. – Czym mogę panu słu­żyć? – spy­tał, bacz­nie ob­ser­wu­jąc Pu­sza.

Otóż Frantz Schultz znał wszyst­kich mi­ło­śni­ków ksią­żek w oko­li­cy i je­śli ko­goś wi­dział po raz pierw­szy lub nie pa­mię­tał, to zna­czy­ło, że za­in­te­re­so­wa­nie de­li­kwen­ta li­te­ra­tu­rą nie było zbyt trwa­łe. Na po­łu­dnio­wo-wschod­nim krań­cu mia­sta, za mu­zeum, była wpraw­dzie ogrom­na bi­blio­te­ka i czy­tel­nia, ale mi­ło­śni­cy ksią­żek ni­g­dy nie omi­ja­li ma­łej księ­gar­ni na ryn­ku, bo moż­na tu było tra­fić na praw­dzi­we bia­łe kru­ki.

– Ja, ja… ja tyl­ko… – ją­kał się chło­piec.

– Tak, wiem – od­po­wie­dział księ­garz, co­kol­wiek to mia­ło zna­czyć. – Po­oglą­daj so­bie.

Frantz udał się do swo­je­go sto­li­ka, ale cią­gle z uwa­gą przy­glą­dał się pulch­ne­mu dziec­ku. Też na nie zer­ka­łem. Pusz na­to­miast nie za­wra­cał so­bie nami gło­wy i nie­cier­pli­wie błą­dził wzro­kiem po wi­try­nie skle­po­wej. W koń­cu wy­pa­trzył na ze­wnątrz dziew­czyn­ki z kla­sy bie­ga­ją­ce po skwer­ku. To było jak ko­men­da do wyj­ścia, jak­by tyl­ko na to cze­kał. Od tej pory już tyl­ko prze­bie­rał no­ga­mi, aby wy­biec z księ­gar­ni i po­pę­dzić do ko­le­ża­nek.

Tym­cza­sem Riff za­czy­ty­wał się w ja­kiejś lek­tu­rze. Co to? Mu­sia­łem się od­chy­lić, by doj­rzeć okład­kę. A! To hi­sto­ria mu­zy­ki. Już ją prze­czy­ta­łem.

John chciał ze mną po­roz­ma­wiać na osob­no­ści. Pod­szedł do Rif­fa i prze­niósł na jego rękę ubra­ną na fio­le­to­wo ilij­kę, któ­rą już od daw­na pró­bo­wał po­sa­dzić na pół­ce, ale ona nie chcia­ła zejść z jego ra­mie­nia. Trzy­ma­ła się kur­czo­wo tu­ni­ki i prze­szka­dza­ła w prze­kła­da­niu ksią­żek. Riff za­marł ze stra­chu. Bał się, że ją zgnie­cie. Do tej pory nie miał w ogó­le do czy­nie­nia z ili­ja­mi. Czę­sto je mi­jał, jak każ­dy, ale ni­g­dy z nimi nie roz­ma­wiał, ża­den też na nim nie przy­siadł. Dziew­czyn­ka, któ­rą te­raz trzy­mał na ręku, była ma­lut­ka i de­li­kat­nie ła­sko­ta­ła bu­ci­ka­mi jego skó­rę. Uśmiech­nął się do niej cie­pło. Od­wza­jem­ni­ła uśmiech. To do­brze, bo bał się tej ma­łej istot­ki tak, jak­by była co naj­mniej Ga­sto­nem – strasz­nym, wiel­kim, bia­łym ko­tem pan­ny Pom­per­lon.

Ob­ser­wu­jąc sta­re­go księ­ga­rza i co­raz bar­dziej znie­cier­pli­wio­ne­go Pu­sza, prze­ga­pi­łem mo­ment, w któ­rym do mo­je­go sto­li­ka pod­szedł John.

– I co? – spy­tał.

Pod­sko­czy­łem.

– Jak to „co”? – od­po­wie­dzia­łem py­ta­niem.

John może i był tyl­ko ma­łym chłop­cem, ale ra­czej świa­do­mym tego, jaki pre­zent mi po­da­ro­wał. To dzię­ki nie­mu zdo­by­łem tę świet­ną po­sa­dę i dziw­ny dar. Nie by­łem na nie­go zły, cho­ciaż za­sta­na­wia­łem się wie­lo­krot­nie, do­kąd mnie los do­pro­wa­dzi. Jak może skoń­czyć się hi­sto­ria, któ­ra za­czę­ła się w taki spo­sób?

– Ty mi po­wiedz, co? – na­ci­ska­łem.

– Ja nie wiem – szep­nął John. – Mnie ta mo­ne­ta nic nie da­wa­ła. Mia­łem ją wrę­czyć przy­ja­cie­lo­wi.

– „Przy­ja­cie­lo­wi”? – spy­ta­łem i ro­zej­rza­łem się, bo na­gle prze­sta­łem się orien­to­wać, gdzie jest sta­ry Frantz. Czę­sto zni­kał na­gle i za­raz po­ja­wiał się w in­nym miej­scu. – I nic nie wiesz? Nie wiesz, co nas cze­ka po­tem?

– Nie.

– A skąd ją mia­łeś?

– Od taty.

– Dla­cze­go da­łeś ją mi, sko­ro była prze­zna­czo­na dla przy­ja­cie­la? – drą­ży­łem. – Nie chcę umniej­szyć na­szej sym­pa­tii, ale ra­czej – nie wie­dzia­łem, jak to ująć, aby nie ura­zić chłop­ca – nie przy­jaź­ni­li­śmy się – wy­du­si­łem wresz­cie.

– Za­raz mam trzy­na­ste uro­dzi­ny. Mu­sia­łem ko­goś wy­brać i ją od­dać. Mia­łem od­dać ją przed uro­dzi­na­mi. Chcia­łem dać ją Pu­szo­wi, ale gdy wy­cho­dzi­łem, za­cze­pił mnie Hu­mol, wie pan, nasz słu­żą­cy. Za­uwa­żył, że ją za­bra­łem. Po­ra­dził, że­bym wrę­czył panu, nie ko­le­dze. Po­wie­dział, że pan tu stoi. I… nie wiem, sam nie wiem, gdy wy­sze­dłem z tą mo­ne­tą w ręku i jak zwy­kle zo­ba­czy­łem pana pod bra­mą, po­czu­łem, że tak wła­śnie po­wi­nie­nem zro­bić. Że to pan na nią cze­ka. Więc od­da­łem i wy­re­cy­to­wa­łem te wszyst­kie for­muł­ki, któ­rych na­uczył mnie tata, jak by­łem jesz­cze mały. I co?

– I nic.

By­łem nie­co skon­ster­no­wa­ny.

– Szko­da, że nic. Li­czy­łem na coś. Na ja­kieś wie­ści o ta­cie… – mó­wił, a mi otwie­ra­ły się w gło­wie ko­lej­ne ka­na­ły i już wie­dzia­łem…

Za­re­je­stro­wa­łem wle­pio­ne w nas oczy Pu­sza. Za­cho­wy­wał się, jak­by chciał usły­szeć na­szą roz­mo­wę, ale stał za da­le­ko, by pod­słu­chać choć sło­wo. Pod­nio­słem le­żą­cą przed sobą książ­kę, uda­jąc, że ją oma­wiam.

– Po­wie pan cho­ciaż, że coś wi­dzi – pro­sił mnie John.

– Wi­dzę. Oczy­wi­ście jest dużo zmian. Ta mo­ne­ta… To dużo zmie­ni­ło. Tyl­ko… nie wiem, co z tym da­lej zro­bić – od­po­wie­dzia­łem zgod­nie z praw­dą. – Są­dzę, że spi­szę wszyst­ko i nie po­wiem nic to­bie i ni­ko­mu in­ne­mu, póki nie zro­zu­miem, na co to wszyst­ko.

– Do­brze – zgo­dził się John. – Wie pan, za­bra­łem ją tego dnia z domu, bo po­my­śla­łem, że jak ją ko­muś dam, to do­wiem się cze­goś o ta­cie.

– Tak, już wspo­mnia­łeś, zro­zu­mia­łem, masz py­ta­nia. Może więc do­brze się zło­ży­ło, że tam sta­łem – po­wie­dzia­łem za­do­wo­lo­ny, bo uwa­ża­łem, że Pusz nie był­by naj­wła­ściw­szą oso­bą, by otrzy­mać taki pre­zent.

– Nie wiem, co zro­bić – przy­znał smut­no John i spu­ścił gło­wę.

– Jak się nie wie, co zro­bić, to trze­ba cze­kać, aż się bę­dzie wie­dzia­ło. Czas po­tra­fi od­po­wie­dzieć na py­ta­nia i po­ma­ga po­za­my­kać pew­ne spra­wy.

Jak spod zie­mi wy­rósł przed nami sta­ry Frantz. W ciem­nym ką­cie jego bia­ła bro­da lśni­ła zło­wro­go. Wy­glą­dał… mgli­ście. Na ma­łym Joh­nie nie zro­bił jed­nak wra­że­nia.

– Jak się nic nie robi, to się stoi w miej­scu – po­wie­dział chło­piec. – Tak mówi pan­na Pom­per­lon.

– Tak uczą was w szko­le, a w szcze­gól­no­ści ta Pom­per­lon. Ona ma ta­kie po­glą­dy, że ho, ho! Ja ci mó­wię, chłop­cze, że cza­sa­mi le­piej tro­chę po­stać w miej­scu, niż zro­bić coś głu­pie­go. W trud­nych sy­tu­acjach za­le­ca się ra­czej spo­kój, roz­wa­gę i opa­no­wa­nie – po­uczył Joh­na Frantz.

– Ej, chło­pa­ki, chodź­cie już! – krzyk­nął Pusz na całą księ­gar­nię. – Dziew­czy­ny w po­bli­żu!

– Do­bra, do­bra – rzu­cił mój roz­mów­ca pra­wie szep­tem w stro­nę Pu­sza, a po­tem od­wró­cił się do mnie. – Do zo­ba­cze­nia. My­ślę, że jesz­cze przyj­dę.

– Do zo­ba­cze­nia – od­po­wie­dzia­łem.

– Idzie­my już? – zre­flek­to­wał się Riff.

– Tak, chodź.

Riff de­li­kat­nie pod­sta­wił pa­lec ma­łej ilij­ce, któ­ra ocho­czo sko­rzy­sta­ła z po­mo­cy i dała się unieść.

– To już ro­zu­miesz? – spy­tał ją Riff.

– Tak my­ślę – pi­snę­ła dziew­czyn­ka o imie­niu Lui.

– Ła­twe?

– Bar­dzo ła­twe – od­par­ła.

– Co jest ła­twe? – za­in­te­re­so­wał się John.

– Nuty. Za­dzi­wia­ją­co szyb­ko ogar­nę­ła gamę. Ma ład­ny głos – oce­nił Riff, a mała Lui uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko. – Czy wszyst­kie ili­je są ta­kie mu­zy­kal­ne jak ona?

– A skąd ja to mogę wie­dzieć? – wes­tchnął John. – Ili­je mają wie­le ar­ty­stycz­nych uzdol­nień.

– Po­dob­no masz ich peł­no w ogro­dzie.

– Ale nie ćwi­czę z nimi gamy, choć mama mi mó­wi­ła, że mają dużo ta­len­tów – od­parł chło­piec.

Za wi­try­ną skle­po­wą przy­sta­nę­ły dziew­czyn­ki, któ­re wcze­śniej bie­ga­ły po skwer­ku. Już je roz­po­zna­wa­łem. Były to ko­le­żan­ki z kla­sy Joh­na: Li­nyf Alt­man, Han­nah Mie­tel­son i Mar­got Ostern.

Pierw­szej z nich przy­glą­da­łem się już wcze­śniej ze szcze­gól­na uwa­gą. Li­nyf Alt­man była bo­wiem wy­jąt­ko­wą dziew­czyn­ką o sil­nych ce­chach przy­wód­czych. Ota­cza­ła ją gru­pa za­pa­trzo­nych w nią ko­le­ża­nek. Jej to­wa­rzysz­ki sta­ra­ły się ubie­rać tak jak ona, po­wta­rza­ły jej sło­wa i każ­da, lub pra­wie każ­da, chcia­ła się z nią przy­jaź­nić. Gdy tyl­ko oka­zy­wa­ła ko­muś wzglę­dy, ów de­li­kwent go­tów był dla niej wy­ko­nać na­wet naj­głup­szy uczy­nek, by tyl­ko się jej przy­po­do­bać. Do tego po­tra­fi­ła skłó­cić całe to­wa­rzy­stwo. Je­dy­nie naj­sil­niej­sze jed­nost­ki opie­ra­ły się nie­od­par­te­mu uro­ko­wi Li­nyf. Trud­ne wy­zwa­nie sta­ło przed tą dziew­czyn­ką. Kla­sa skła­da­ła się z sa­mych in­dy­wi­du­al­no­ści, a wśród ta­kich trud­no o wier­nych po­chleb­ców.

Tak. Może i przy­pra­wi­łem gębę temu dziec­ku, ale fe­no­men po­dob­nych dziew­czy­nek ana­li­zo­wa­łem już w pod­sta­wów­ce, bę­dąc wpierw za­ko­cha­nym, jak i inni, bez wza­jem­no­ści, w Ber­cie Ma­jer – Li­nyf Alt­man na­szej kla­sy. Bo Li­nyf po­wie­la­ła ten wzo­rzec bez od­stępstw. Pra­wie… Bo mia­ła jed­no małe dzi­wac­two, ukry­wa­ne przed świa­tem, o czym wspo­mnę po­tem.

Wra­ca­jąc do bie­gu zda­rzeń, zo­ba­czy­łem, że Pusz wy­le­ciał z księ­gar­ni jak tor­pe­da i po­biegł w stro­nę dziew­czyn. John i Riff ru­szy­li za nim. Dziew­czyn­ki za­czę­ły ucie­kać, cho­wać się mię­dzy krza­ka­mi, za ław­ka­mi i fon­tan­ną, a chłop­cy ga­nia­li je ura­do­wa­ni. I tyl­ko tyle było im po­trzeb­ne do szczę­ścia. Tak to jest, gdy czło­wiek ma kil­ka­na­ście lat.

Ko­lej­ną ko­rzy­ścią z pra­cy w księ­gar­ni był wi­dok z okna, któ­rym mo­głem sy­cić się do woli. Księ­gar­nia znaj­du­je się w cen­trum mia­sta. Jest tam plac ze skwe­rem – na­po­mkną­łem już o nim, obie­cu­jąc, że o tym opo­wiem – oto­czo­ny ka­mie­ni­ca­mi, z usłu­ga­mi na par­te­rach. Na­prze­ciw mam wi­dok na ap­te­kę i ga­bi­ne­ty le­kar­skie, ale tyl­ko je­sie­nią i zimą, gdy z gę­stych drzew opad­ną li­ście. Za nimi jest targ spo­żyw­czy, lecz stąd go nie wi­dać. Obok mnie znaj­du­je się kil­ka skle­pów z wo­nia­mi, świe­ca­mi, zio­ła­mi, her­ba­ta­mi, z kawą, pra­li­na­mi, przy­pra­wa­mi i in­ny­mi ra­ry­ta­sa­mi. Sprze­da­ją też my­dła i per­fu­my. Miesz­czą się tu licz­ne re­stau­ra­cje, a tak­że miej­sca ży­cia noc­ne­go, do któ­rych ni­g­dy do­tąd nie było mi po dro­dze. W dzień po­wsze­dni krę­ci się tu wie­le osób za­ła­twia­ją­cych co­dzien­ne spra­wun­ki. To miej­sce moż­na uznać za cen­trum Hel­lo­nii, bo tu przy­cho­dzą wszy­scy. Dla od­po­czyn­ku przy­sia­da­ją na ław­kach w cie­niu drzew, gdyż na środ­ku znaj­du­je się duży skwer z fon­tan­na­mi i pie­kar­nia, z któ­rej za­wsze pach­nie chle­bem.

Cho­ciaż mój sto­li­czek stał w ką­cie po­ko­ju, to dla wy­tchnie­nia dość czę­sto pod­cho­dzi­łem do wi­try­ny i wy­glą­da­łem przez ogrom­ną szy­bę. Przed nią miał zwy­czaj sia­dy­wać Mono, któ­re­go te­raz już za­wsze za­bie­ra­łem ze sobą do pra­cy. Zmie­ni­łem nie­co wcze­śniej­sze na­wy­ki i za­miast przy­no­sić, jak nie­gdyś, pra­cę do domu, za­czą­łem no­to­rycz­nie w niej zo­sta­wać. Lu­bi­łem to miej­sce, a dom trak­to­wa­łem jak sy­pial­nię. Nie mia­łem za­tem in­ne­go wyj­ścia, niż przy­cho­dzić tu z psem, któ­ry więk­szość dnia spę­dza przed lo­ka­lem, wy­le­gu­jąc się na słoń­cu, cho­wa­jąc przed desz­czem lub spa­ce­ru­jąc sa­mot­nie po po­bli­skim skwer­ku. Mono jest bar­dzo uważ­ny. Pró­bu­je nie za­sy­piać na zbyt dłu­go, by nie stra­cić dnia, ale na­tu­ra czę­sto bie­rze górę, a stwo­rzy­ła go chy­ba głów­nie do spa­nia.

Ze swo­je­go okna wi­dzia­łem wła­śnie ów skwe­rek, po któ­rym zwy­kle spa­ce­ro­wał Mono, a te­raz bie­ga­ły dzie­ci. To miej­ski zie­le­niec, nie za duży, ale też nie­ma­ły, gę­sto za­ro­śnię­ty śred­nio za­dba­ną zie­le­nią. Jest uro­czy i ta­jem­ni­czy, bo pe­łen ma­łych, ka­mien­nych fon­tann o dziw­nych, wy­szu­ka­nych kształ­tach. Na sa­mym środ­ku znaj­du­je się naj­więk­sza z nich, wy­glą­da­ją­ca tak, jak­by zgię­te wpół ryby wy­plu­wa­ły wodę wy­so­ko w górę. Ry­bie gło­wy za­peł­nia­ją duży zbior­nik wodą. Ką­pią się tam ryby, rom­sy, roz­ma­ry, wici, sopy i nie wiem co jesz­cze, a cza­sa­mi tak­że małe dzie­ci, któ­re wska­ku­ją tam dla ochło­dy.

Skwe­rek oto­czo­ny jest bru­ko­wa­ną dro­gą, na któ­rej zwy­kle jest dość tłocz­no. Krę­ci się tu­taj wie­le osób: han­dla­rze cią­gną swo­je wozy, jeż­dżą do­roż­ki, po­wo­zy, fur­man­ki i au­to­mo­bi­le – ko­lo­ro­we nio­by, mas­se, fro­by i inne po­jaz­dy. Ru­chli­wy trakt oka­la­ją ka­mie­nicz­ki, ta­kie jak ta, w któ­rej znaj­du­je się księ­gar­nia. Od świa­ta od­dzie­la mnie do­dat­ko­wo przej­ście pod ar­ka­da­mi, któ­re zdo­bią pra­wie każ­dą ka­mie­nicz­kę, two­rząc za­da­szo­ne tu­ne­le, pod któ­rym prze­chod­nie mogą się skryć przed nie­spo­dzie­wa­nym desz­czem lub upa­łem.

Ale dla­cze­go w ogó­le tyle o tym opo­wia­dam…

Otóż, od kie­dy John po­wie­dział mi o bra­ku wie­ści od swo­je­go taty, moje nie­spo­koj­ne my­śli po­mknę­ły w oko­li­cę ap­te­ki, znaj­du­ją­cej się na­prze­ciw­ko księ­gar­ni, i co­raz czę­ściej błą­dzi­ły w tam­tym re­jo­nie. Ap­te­ka na­le­ża­ła do sta­re­go Al­ber­ta Brach­ta. Nad nią oj­ciec Joh­na oraz Zak Ka­dosz pro­wa­dzi­li prak­ty­kę le­kar­ską. Ze swo­je­go okna nie wszyst­ko wi­dzia­łem, bo ob­raz przy­sła­niał mi za­ro­śnię­ty drze­wa­mi skwe­rek. Mu­sia­łem udać się na spa­cer, by przyj­rzeć się tam­tym bu­dyn­kom z bli­ska. Na dole pra­co­wa­li dwaj sy­no­wie ap­te­ka­rza, Fritz i Joel Bracht. Pro­wa­dzi­li je­dy­ną w mie­ście li­czą­cą się ap­te­kę, gdzie przy­go­to­wy­wa­no leki re­cep­tu­ro­we prze­pi­sa­ne przez Ka­do­sza i Mer­lo­na Wol­fo­ne­na. Leki te w mig li­kwi­do­wa­ły wszel­kie scho­rze­nia, z któ­ry­mi do me­dy­ków zgła­sza­li się Hel­loń­czy­cy. Trud­no po­wie­dzieć, któ­ry z nich był lep­szym le­ka­rzem. Od dłu­gie­go jed­nak cza­su ga­bi­net Wol­fo­ne­na świe­cił pust­ka­mi, a na jego drzwiach wi­sia­ła znacz­nych roz­mia­rów ta­blicz­ka z na­pi­sem „prze­pra­szam”. To „prze­pra­szam” skie­ro­wa­ne było do pa­cjen­tów, któ­rych przez swo­ją nie­obec­ność le­karz nie mógł przy­jąć, pod­czas gdy sta­ry Zak dwo­ił się i tro­ił, by ob­słu­żyć wszyst­kich.

Nie­obec­ność Mer­lo­na Wol­fo­ne­na owia­na była ta­jem­ni­cą, tak samo jak i jed­ne­go z trzech sy­nów Al­ber­ta Brach­ta – Le­on­ni­na. Nie odzie­dzi­czył po ojcu ta­len­tu do che­mii i me­dy­cy­ny, da­le­ko było mu rów­nież do jego star­szych bra­ci. Gdy­bym miał coś o nim po­wie­dzieć, pierw­szą rze­czą, jaka przy­cho­dzi­ła mi do gło­wy, było stwier­dze­nie, że to sil­ny czło­wiek. W ro­dzin­nym in­te­re­sie zaj­mo­wał się trans­por­tem pa­cjen­tów oraz do­sta­wa­mi do ap­te­ki. Był je­dy­ną oso­bą, któ­rej pan­na Pom­per­lon wy­po­ży­czy­ła kie­dyś szkol­ny, bar­dzo cie­ka­wy po­jazd – tor­pe­du­ją­cą po­dusz­kę – aby mógł szyb­ko do­trzeć i ura­to­wać ży­cie umie­ra­ją­cej Ze­no­bii Ba­stet, cze­go na­uczy­ciel­ka na­tych­miast po­ża­ło­wa­ła, bo nie­ste­ty po­dusz­ka po­słu­ży­ła Le­oni­no­wi do tłu­mie­nia po­ża­ru, z któ­re­go wy­nie­sio­no pa­nią Ze­no­bię. Po­jazd zo­stał przez to cał­ko­wi­cie znisz­czo­ny. Pan­na Ame­lia oczy­wi­ście też ra­to­wa­ła­by ży­cie umie­ra­ją­cej sta­rusz­ki, nie­ko­niecz­nie jed­nak po­świę­ci­ła­by do tego celu jed­ną z bez­cen­nych tor­pe­du­ją­cych po­du­szek, któ­re przez wie­le po­ko­leń słu­ży­ły uczniom do da­le­kich po­dró­ży pod­czas wy­cie­czek szkol­nych.

Legendy

Pew­ne­go dnia wy­bra­łem się z Mono na spa­cer wo­kół skwe­ru, ale skry­łem się przed słoń­cem pod ar­ka­da­mi. Sta­ną­łem w po­bli­żu ap­te­ki i na­gle coś mi się przy­śni­ło, za­ma­ja­czy­ło, wy­da­ło – w każ­dym ra­zie – wie­dzia­łem! Po­zna­łem ta­jem­ni­cę, choć nikt mi jej nie zdra­dził.

Po­cząt­ko­wo za­sta­na­wia­łem się, czy ob­ra­zy, któ­re wi­dy­wa­łem w pół­snach i ro­je­niach, od kie­dy do­sta­łem tę sta­rą mo­ne­tę, były praw­dzi­we. Póź­niej prze­ko­na­łem się, że w ten spo­sób do­wia­dy­wa­łem się o rze­czach, któ­re było mi prze­zna­czo­ne wie­dzieć. Tak wy­ja­śni­ły się na przy­kład pew­ne nur­tu­ją­ce mnie kwe­stie do­ty­czą­ce Mer­lo­na Wol­fo­ne­na…

Nie­obec­ność ojca Joh­na wzbu­dza­ła w mie­ście wie­le emo­cji, a przy­pusz­czeń było wię­cej niż wło­sów na gło­wie, a może tyl­ko tak wie­le jak opo­wie­ści o jego dziw­nym domu.

Mu­szę wspo­mnieć, że w tym roku w Hel­lo­nii za­czę­ły dziać się dziw­ne rze­czy. Po­ja­wi­ły się przy­pad­ki cho­ro­by, któ­ra już daw­no zo­sta­ła uzna­na za wy­ga­słą. Naj­gor­sze było to, że no­si­ła zna­mio­na epi­de­mii, i na­wet tacy spe­cja­li­ści jak Zak Ka­dosz czy Mer­lon Wol­fo­nen nie po­tra­fi­li zna­leźć na nią le­kar­stwa. W do­dat­ku jej ist­nie­nie po­wią­za­ne było z pra­sta­rą le­gen­dą o klą­twie na­ło­żo­nej na miesz­kań­ców mia­sta. Gdy więc ob­ja­wy opi­sy­wa­ne przez pa­cjen­tów za­czę­ły wska­zy­wać na me­me­zję, wstrzą­śnię­ty swo­im od­kry­ciem Zak Ka­dosz po­pro­sił swo­je­go ko­le­gę po fa­chu, Mer­lo­na Wol­fo­ne­na, o spo­tka­nie, by spra­wę omó­wić.

Chciał skon­sul­to­wać trzy przy­pad­ki, któ­re mo­gły na to pra­wie za­po­mnia­ne scho­rze­nie wska­zy­wać. Miał na­dzie­ję, że się myli, ale nie­ste­ty dru­gi le­karz po­twier­dził, nie zgła­sza­jąc żad­nych wąt­pli­wo­ści, że do mia­sta po­wró­ci­ła me­me­zja – cho­ro­ba, któ­ra w daw­nych cza­sach zdzie­siąt­ko­wa­ła miesz­kań­ców i wy­lud­ni­ła są­sied­nie oko­li­ce. O cho­ro­bie moż­na było te­raz prze­czy­tać je­dy­nie w pod­ręcz­ni­kach me­dy­cy­ny lub do­wie­dzieć się cze­goś cie­ka­we­go na lek­cjach w szko­le pan­ny Pom­per­lon, nie­mniej po­da­nia nie były peł­ne, bo cho­ciaż me­me­zja sta­no­wi­ła przed­miot ba­dań wie­lu le­ka­rzy i na­ukow­ców, nikt nie do­szu­kał się naj­waż­niej­szej in­for­ma­cji – od­po­wie­dzi na py­ta­nie, co uśpi­ło epi­de­mię oraz jak ją le­czyć. Le­kar­stwa na nią ni­g­dy nie wy­na­le­zio­no. Cho­ro­ba tra­fi­ła więc do do­sko­na­łe­go la­bo­ra­to­rium che­micz­ne­go, gdzie pod­da­no ją wie­lu ba­da­niom. Do­szu­ka­no się w niej – i słusz­nie – wpły­wów ma­gicz­nych, dla­te­go po­tem prze­nie­sio­no ją do la­bo­ra­to­rium w Mu­zeum Ma­gii, gdzie spo­czę­ła uśpio­na w pro­bów­kach na wie­ki.

Bez­sil­ność le­ka­rzy wo­bec za­ra­zy i chęć ura­to­wa­nia mia­sta przed za­gła­dą spo­wo­do­wa­ły, że współ­cze­śni me­dy­cy zmu­sze­ni byli się­gnąć po zu­peł­nie nie­co­dzien­ne środ­ki.

Wszy­scy w Hel­lo­nii zna­ją le­gen­dę o wszech­moc­nym star­cu za­miesz­ku­ją­cym szczyt Czar­nej Góry. Ta­kie opo­wie­ści krą­żą w każ­dym mie­ście, a wia­ra w nie ubar­wia ży­cie ma­łych spo­łecz­no­ści. Nikt ich jed­nak nie trak­tu­je po­waż­nie i nikt tak do koń­ca nie daje im wia­ry, do­pó­ki nie sta­ną się ostat­nią de­ską ra­tun­ku. Szczyt Czar­nej Góry to miej­sce na tyle od­le­głe, że ża­den czło­wiek ni­g­dy się tam nie wdra­pał. Wie­lu śmiał­ków po­dej­mo­wa­ło pró­bę, ale żad­na oso­ba nie sta­nę­ła jesz­cze na jej wierz­choł­ku. Wę­drow­cy naj­czę­ściej nie wra­ca­li w ogó­le, je­śli zaś po­wra­ca­li, nie byli skłon­ni do ja­kich­kol­wiek opo­wie­ści, bo to, co prze­ży­li, za­zwy­czaj od­bie­ra­ło im mowę i umysł. Cza­sa­mi nie­któ­rzy za­wra­ca­li wpół dro­gi lub może i jesz­cze da­lej, przed do­tar­ciem na szczyt, ale im nie przy­tra­fia­ło się nic in­te­re­su­ją­ce­go.

Le­gen­da gło­si­ła, że szczyt Czar­nej Góry jako pierw­szy zdo­bę­dzie tyl­ko po­to­mek Ar­che­tów.

Dla­te­go też gro­no me­dy­ków, lu­dzi bądź co bądź wy­kształ­co­nych i twar­do stą­pa­ją­cych po zie­mi, mo­gły za­dzi­wić ta­kie sło­wa, ja­kie pa­dły tam­te­go dnia w ga­bi­ne­cie dok­to­ra Zaka Ka­do­sza.

– Nie po­zo­sta­je nam nic in­ne­go, jak wy­pra­wić się na szczyt Czar­nej Góry – oznaj­mił z po­waż­ną miną Mer­lon Wol­fo­nen.

– Nic nam nie po­zo­sta­je, ko­le­go, zga­dzam się – po­twier­dził Ka­dosz. – Mu­si­my się wy­pra­wić, i to jak naj­szyb­ciej.

– Me­me­zja, jak pan pa­mię­ta, w po­cząt­ko­wym sta­dium nie roz­prze­strze­nia­ła się zbyt szyb­ko. Po­trze­ba było spo­ro cza­su, za­nim do­tknę­ła ko­lej­ne oso­by. Obec­nie wy­star­czy­ło­by, gdy­by­śmy na czas od­izo­lo­wa­li cho­rych. Wte­dy tego nie zro­bio­no. Jed­nak tych lu­dzi trze­ba ja­koś wy­le­czyć! Nie mo­że­my ska­zać tych kil­ku nie­win­nych osób na śmierć przez za­po­mnie­nie, nie­zdar­ność, nie­umie­jęt­ność. Mu­si­my im po­móc! – tra­pił się Mer­lon.

– Cał­ko­wi­cie się z pa­nem zga­dzam, pa­nie ko­le­go – po­wie­dział Zak. – Śmiem za­uwa­żyć jed­nak, że ta cho­ro­ba za­bi­ła set­ki lu­dzi! Trze­ba się li­czyć z mu­ta­cja­mi. Nie mamy pew­no­ści, że ko­mu­kol­wiek uda się osią­gnąć szczyt Czar­nej Góry, a tym bar­dziej szyb­ko. I nie wie­my na pew­no, co na­praw­dę znaj­du­je się na jej wierz­choł­ku. Może nic.

– Trze­ba mieć na­dzie­ję. Ja to zro­bię, wy­pra­wię się – zde­cy­do­wał le­karz.

– Pan? – Dok­tor Zak Ka­dosz nie był pe­wien, czy to przy­pad­kiem nie jest je­dy­nie chwi­lo­wy prze­jaw bra­wu­ro­wej od­wa­gi ko­le­gi po fa­chu. – Całe ży­cie spę­dził pan z no­sem w książ­kach, w po­zy­cji sie­dzą­cej, i nie ma pan spraw­nych mię­śni i moc­nych ko­ści. Nie da pan rady tam wejść, tym bar­dziej stam­tąd wró­cić. Hel­lo­nia stra­ci tyl­ko jed­ne­go z dwóch le­ka­rzy, któ­rzy są tu te­raz bar­dzo po­trzeb­ni – z prze­ko­na­niem pod­su­mo­wał dok­tor.

– Po­wiem panu, pa­nie ko­le­go, w ta­jem­ni­cy, że prze­by­wa­jąc w tej nie­przy­jem­nej po­zy­cji sie­dzą­cej, zgłę­bia­łem wie­dzę me­dycz­ną i nie­me­dycz­ną, i usta­li­łem, a wła­ści­wie je­stem o tym prze­ko­na­ny, że za­li­czam się do po­tom­ków rodu Ar­che­tów, i… do­dam jesz­cze… że na­le­żę też do sta­re­go brac­twa ry­ce­rzy Hel­lo­nii. Je­śli więc ko­muś ma się udać, to ja… nie prze­chwa­la­jąc się by­naj­mniej, mam duże szan­se na po­wo­dze­nie.

Zak Ka­dosz spo­glą­dał na ko­le­gę ze zdu­mie­niem i nie­do­wie­rza­niem.

– A! – za­jąk­nął się. – To zmie­nia po­stać rze­czy. Dużo zmie­nia.

Sta­ry dok­tor za­my­ślił się głę­bo­ko.

– To jak to zro­bić? – spy­tał, bo nie miał po­my­słu.

– Nie pój­dę sam. Zor­ga­ni­zu­je­my wy­pra­wę. We­zmę dwóch sil­nych lu­dzi, któ­rzy będą mnie wspie­rać. Nie je­stem w tak złej kon­dy­cji, jak są­dzisz, pa­nie ko­le­go. Otóż od daw­na już po­bie­ram na­uki u mi­strza sztuk wo­jen­nych, Zao Yong Tin­ga. Do­dam, że od bar­dzo daw­na, może i od dziec­ka. Co­dzien­nie, pa­nie ko­le­go, przed pra­cą. – Oczy Ka­do­sza zro­bi­ły się okrą­głe ze zdzi­wie­nia. – Na pew­no dam radę, doj­dę tam – za­pew­nił dok­tor Wol­fo­nen z ta­kim prze­ko­na­niem, że Zak w wy­obraź­ni uj­rzał Mer­lo­na już na gó­rze, na sa­miu­teń­kim szczy­cie, od­bie­ra­ją­ce­go od ma­gicz­nej po­sta­ci fla­kon ta­jem­nej mik­stu­ry, leku na me­me­zję, i uda­ją­ce­go się raź­nym kro­kiem w dro­gę po­wrot­ną wprost do ich ga­bi­ne­tów.

– Wie­rzę w cie­bie. Weź syna Brach­ta za to­wa­rzy­sza, tego mło­de­go Le­on­ni­na, jest sil­ny i od­por­ny.

Na­raz w drzwiach ga­bi­ne­tu po­ja­wi­ła się ja­kaś po­stać, a po­tem wpa­ro­wa­ła do nie­go z im­pe­tem.

– Pod­słu­chi­wa­łem! – oznaj­mił Al­bert Bracht. – Pod­słu­chi­wa­łem! Prze­pra­szam! Za­kli­nam się, że nie mia­łem ta­kie­go za­mia­ru! Przy­sze­dłem, gdy za­czę­li­ście roz­ma­wiać, i zo­sta­łem pod tymi drzwia­mi. Dam wam syna w dro­gę! To do­bry chło­pak i sil­ny.

– Do­brze go znam – po­wie­dział Mer­lon, lek­ko zdzi­wio­ny wtar­gnię­ciem ap­te­ka­rza. – Pój­dzie ze mną. Tyl­ko mam do was obu proś­bę. Nie wspo­mi­naj­cie ni­ko­mu o moim dzie­dzic­twie. Może to wzbu­dzić nie­po­trzeb­ne plot­ki i na­ra­zić mo­je­go syna na zbęd­ne ko­men­ta­rze. Dużo już o nas mó­wią w na­szym mie­ście z po­wo­du domu, wię­cej nam nie po­trze­ba. Dla­te­go wia­do­mość o dzie­dzic­twie Ar­che­tów wo­lał­bym utrzy­mać w ta­jem­ni­cy.

– Masz to u nas jak w ban­ku – za­klę­li się ko­le­dzy.

– Są­dzę, że spra­wę trze­ba w ogó­le ob­jąć cał­ko­wi­tą ta­jem­ni­cą, by nie stra­szyć miesz­kań­ców i za­pew­nić bez­pie­czeń­stwo cho­rym oraz wy­pra­wie. Któż to wie, ja­kie zło może się zbu­dzić? – za­py­taw­szy, Zak ugryzł się w ję­zyk, ale sło­wa już pa­dły.

Wszy­scy pa­trzy­li na sie­bie prze­ni­kli­wie, sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi, ale nikt już się nie ode­zwał.

***

Pew­ne­go dnia, zgod­nie z usta­lo­nym wcze­śniej pla­nem, owia­nym ta­jem­ni­cą, trzech męż­czyzn wy­ru­szy­ło na wy­pra­wę na szczyt Czar­nej Góry, by spo­tkać mę­dr­ca – sta­re­go cza­ro­dzie­ja – któ­ry osie­dlił się tam po jed­nej z wie­lu wo­jen. Nikt nie wie­dział, czy sta­rzec na­praw­dę ist­nie­je, ale tak wła­śnie gło­si­ły le­gen­dy. A je­śli trwał tam, to tyl­ko on je­den mógł znać od­po­wie­dzi na py­ta­nia wę­drow­ców.

W dro­gę przy­szło im wy­ru­szyć we trzech: le­karz Mer­lon Wol­fo­nen, syn dok­to­ra Al­ber­ta Brach­ta, Le­on­nin Bracht, oraz Matt Der­wisz, oj­ciec Pu­sza, ko­le­gi z kla­sy Joh­na. W za­sa­dzie nikt nie za­sta­na­wiał się, skąd Matt Der­wisz do­wie­dział się o eks­pe­dy­cji i jak to się sta­ło, że do niej do­łą­czył. Nie wia­do­mo też było, ile wie o celu mi­sji. Zda­wa­ło się, że praw­dzi­we prze­zna­cze­nie tej wy­pra­wy zna­ne było je­dy­nie le­ka­rzom i sta­re­mu ap­te­ka­rzo­wi, a mło­dy Le­onin zo­stał po pro­stu wy­sła­ny przez ojca z za­da­niem ochro­ny i obro­ny Wol­fo­ne­na. W efek­cie wy­ru­szy­li we trzech, przy­go­to­wa­ni na wie­lo­dnio­wy marsz w gó­rach. Ża­den z nich nie wie­dział, ile bę­dzie trwa­ła ta po­dróż, i nie byli pew­ni, czy po­wró­cą z niej żywi.

Nie­wie­lu za­tem miesz­kań­ców sły­sza­ło o wy­pra­wie, a mimo to po Hel­lo­nii ro­ze­szły się plot­ki, któ­re mia­ły na­wet ja­kieś opar­cie w fak­tach.

***

W nocy od razu po tym dziw­nym oni­rycz­nym zda­rze­niu, któ­re­go do­świad­czy­łem, sto­jąc so­bie spo­koj­nie w sło­necz­ny dzień na ryn­ku, mia­łem sen, któ­ry tu opo­wiem. A mia­no­wi­cie…

Matt Der­wisz po­tknął się na skal­nej pół­ce i za­chwiał. Spadł­by, gdy­by nie zła­pał ręki Mer­lo­na. Za­wisł nad ot­chła­nią tak głę­bo­ką, że wca­le nie było wi­dać jej dna. W dole kłę­bi­ły się chmu­ry. Spoj­rzaw­szy tam, prze­ra­ził się. Jego mię­śnie za­sty­gły w pa­ra­li­żu­ją­cym bez­ru­chu.

– Po­móż mi – wy­stę­kał z wy­sił­kiem, pa­trząc bła­gal­nie w twarz dok­to­ra.

Mer­lon z ca­łej siły pró­bo­wał pod­cią­gnąć cięż­kie cia­ło to­wa­rzy­sza. Był sil­ny, bar­dzo sil­ny, ale czy aż tak?

Za nimi stał Le­on­nin.

– Puść go. Obo­je wie­my, że nie da rady wejść na szczyt ani z nie­go zejść. Daw­no skrę­cił nogę, ale się nie przy­zna­je. Zgi­nie­my przez nie­go, a on i tak już nie żyje! Nie ma co się z nim mę­czyć. Prze­cież nie bę­dzie­my go nie­śli! Tym, co robi po dro­dze, nie za­słu­żył so­bie na choć odro­bi­nę li­to­ści. Na nic! Niech ktoś to w koń­cu po­wie! Prze­cież to sa­mo­lub i oszust. Zjadł całe na­sze za­pa­sy, sam, a w nocy pod­pi­ja wodę bez ko­lej­ki! – wy­krzy­ki­wał Le­on­nin.

– To jesz­cze nie wy­star­cza, żeby go za­bić – wy­stę­kał Mer­lon z wy­sił­kiem.

W oba­wie, że Le­on­nin we wzbu­rze­niu ze­pchnie w prze­paść ich obu, dok­tor od­po­wia­dał zdaw­ko­wo. Na­dal do­kła­dał wszel­kich sta­rań, by wcią­gnąć choć tro­chę Mat­ta. Wte­dy Der­wisz mógł­by zła­pać się dru­gą ręką wy­sta­ją­cej w po­bli­żu ska­ły i pod­cią­gnąć o wła­snych si­łach; uda­ło­by się.

– Po co my tam w ogó­le idzie­my? No, po co? Ja wiem! Wie­rzy­cie w te le­gen­dy! Wie­rzy­cie?! Co to za bzdu­ra, to wszyst­ko bzdu­ra! Puść go le­piej. On nas za­bi­je! Spe­cjal­nie po­wo­du­je kło­po­ty. Cią­gle ma ja­kieś wy­pad­ki, a my też przez nie­go. Jak­by przy­cią­gał zły los. Nie wi­dzisz tego? A jak nas oszczę­dzi lub nie uda mu się nas po­zbyć, to zgi­nie­my tu przez nie­go, bo bę­dzie­my go ho­lo­wać, głod­ni i bez pi­cia, a naj­go­rzej, że on nie jest tego wart! – wy­krzy­ki­wał ner­wo­wo Le­on­nin.

– Po­móż mi… Mia­łeś mi po­ma­gać – upo­mniał go Wol­fo­nen reszt­ką sił.

– Mia­łem chro­nić cie­bie, nie jego! – wark­nął Le­on­nin.

– To mi po­móż, bo spad­nę wraz z nim – wy­dy­szał cięż­ko Mer­lon.

Mło­dzie­niec za­wa­hał się.

– Nie wi­dzisz, co on robi od po­cząt­ku, od kie­dy wy­ru­szy­li­śmy? – wy­mam­ro­tał chło­pak pod no­sem, ale schy­lił się i schwy­cił swo­imi sil­ny­mi ra­mio­na­mi za­ci­śnię­te na prze­gu­bach Mer­lo­na ręce Der­wi­sza.

Pod­cią­gnę­li Mat­ta, ten zła­pał skal­ną pół­kę i, ko­rzy­sta­jąc po tro­sze z siły Mer­lo­na, po tro­sze z Le­on­ni­na, wcią­gnął się na górę. Nie zdą­żył jesz­cze po­sta­wić dru­giej sto­py na twar­dym grun­cie, gdy rzu­cił się na mło­de­go chło­pa­ka.

– Chcia­łeś mo­jej śmier­ci! – wy­krzyk­nął, na­pa­da­jąc na Le­on­ni­na jak roz­wście­czo­ne zwie­rzę.

To go zgu­bi­ło. Wpierw ob­su­nę­ła mu się noga, a po­tem cały blok skal­ny, na któ­rym stał. Męż­czy­zna ru­nął wraz z ka­mie­nia­mi w prze­paść ciem­ną i głę­bo­ką. Mer­lon przy­padł do ska­ły i pa­trzył za spa­da­ją­cym kom­pa­nem.

– Do­brze mu tak – fuk­nął Le­on­nin.

Po po­licz­kach Wol­fo­ne­na pły­nę­ły łzy.

– Co ja po­wiem jego sy­no­wi – jęk­nął Mer­lon. – Cho­dzi z moim Joh­nem do kla­sy… – spoj­rzał na Le­on­ni­na, któ­ry był wy­raź­nie nie­za­do­wo­lo­ny z roz­pa­czy to­wa­rzy­sza.

– Co cię opę­ta­ło? – spy­tał chłop­ca spo­koj­nie.

– Co mnie opę­ta­ło? Ja się dzi­wię, że cie­bie nic nie opę­ta­ło po tak dłu­gim cza­sie spę­dzo­nym z tym okrop­nym czło­wie­kiem. Czy ty tego nie wi­dzisz? Czy uda­jesz? To pod­ły, strasz­ny, bez­dusz­ny typ. I on by cie­bie nie ra­to­wał, za­pew­niam cię. Pal­cem by nie kiw­nął. Gdy­by prze­żył, po­zbył­by się nas. Jak­by tyl­ko po to wy­ru­szył. Dla­cze­go on z nami po­szedł?

– To tyl­ko two­je przy­pusz­cze­nia. W isto­cie nic nam nie zro­bił – od­parł Mer­lon. – Fak­tem jest, że był łap­czy­wy, ale tyl­ko tyle. Je­stem le­ka­rzem. Moim za­da­niem jest ra­to­wa­nie lu­dzi, a nie spusz­cza­nie ich w ciem­ną ot­chłań, nie­za­leż­nie od tego, jak ich oce­niam. Ty je­steś mło­dy i po­ryw­czy. Uspo­kój się. Je­steś mi po­trzeb­ny. Mogę sam nie dać rady wró­cić do Hel­lo­nii. Wiem, że mier­ził cię Der­wisz, ale czło­wiek po­wi­nien być przede wszyst­kim spo­koj­ny, a ty re­agu­jesz ner­wo­wo. Wte­dy po­peł­niasz błę­dy. Nie­od­wra­cal­ne. Nic nie przy­wró­ci mu ży­cia.

– Nie da­wał rady iść da­lej i szy­ko­wa­ły się duże kło­po­ty. Może dla­te­go nas oszczę­dził, bo za­czę­li­śmy być mu po­trzeb­ni. Wie­dział, że bez nas nie da rady. Skrę­cił nogę, tyl­ko się ukry­wał – po­wie­dział chło­pak. – Osta­tecz­nie prze­cież mu po­mo­głem. Nie moja wina, że spadł.

– Mo­żesz oce­niać to nie­wła­ści­wie – od­parł dok­tor i wte­dy usły­szał spo­koj­ny głos, któ­ry nie na­le­żał do Le­on­ni­na:

– Nie bój się. Już po wszyst­kim, wszyst­ko bę­dzie do­brze.

Obaj wę­drow­cy od­wró­ci­li się i zo­ba­czy­li star­ca, któ­ry we­dług le­gen­dy po­wi­nien mieć z ty­siąc lat. Przy­odzia­ny był w świe­tli­ste sza­ty, a jego bia­ła bro­da ście­li­ła się na za­baw­nych bu­tach ze ster­czą­cy­mi no­sa­mi, przy­ozdo­bio­ny­mi ma­ły­mi pompo­ni­ka­mi. Wy­glą­dał tro­chę jak z baj­ki, a tro­chę, tak jak­by go nie było. Zda­wa­ło się, że jest prze­zro­czy­sty. Bił od nie­go nad­na­tu­ral­ny blask.

– Prze­pra­szam – wy­szep­tał sta­rzec, zwra­ca­jąc się do Le­on­ni­na, i mach­nął de­li­kat­nie przed jego no­sem ręką, z któ­rej po­sy­pał się gwiezd­ny pył.

W tej sa­mej chwi­li, w miej­scu, w któ­rym stał syn ap­te­ka­rza, po­ja­wił się lo­do­wy po­sąg. Było chłod­no, ale mimo wszyst­ko nie aż tak bar­dzo, by mógł stać tak w nie­skoń­czo­ność.

– Co mu zro­bi­łeś?! – wy­krzyk­nął Mer­lon. – To po to szli­śmy do cie­bie?!

– Te­raz ty się uspo­kój, strach wy­wo­łu­je bu­rzę – upo­mniał go sta­rzec. – Obo­je wi­dzie­li­śmy to przed chwi­lą. Wiem, po co szli­ście. Do­sta­niesz to. Zwró­cę ci też tego dru­gie­go ło­bu­za, któ­ry spadł. Do­bre wróż­ki zła­pa­ły go w lo­cie, uśpi­ły i przy­nio­są tu­taj. Zdą­ży­ły przed ze­tknię­ciem z zie­mią, hi, hi, hi – za­chi­cho­tał. – Chodź ze mną. Po­tem to za­ła­twi­my.

W od­da­li Mer­lon zo­ba­czył de­li­kat­ne, fio­le­to­we, małe wróż­ki z cien­ki­mi skrzy­deł­ka­mi, któ­re na fio­le­to­wym, lśnią­cym, je­dwab­nym ko­cy­ku, z nie­by­wa­łą ła­two­ścią i lek­ko­ścią, ko­ły­sa­ły cięż­kie, brud­ne, śpią­ce cia­ło Mat­ta Der­wi­sza.

Sta­rzec po­pro­wa­dził Mer­lo­na krę­ty­mi scho­da­mi na sam szczyt góry.

– To tu – po­wie­dział, gdy zna­leź­li się do­kład­nie na środ­ku nie­osią­gal­ne­go wierz­choł­ka.

Nad nimi i pod nimi były chmu­ry. Sta­ła tam drew­nia­na, roz­kle­ko­ta­na chat­ka. Usie­dli obok na ław­ce. Było chłod­no, a wi­dok nie na­le­żał do naj­lep­szych. Tro­chę skał, a to, co da­lej, przy­sła­nia­ła bia­ła pia­na z chmur.

Mer­lon za­ufał temu dziw­ne­mu czło­wie­ko­wi lub temu, co z nie­go zo­sta­ło. Biły od nie­go spo­kój i do­bro. We­dług le­gen­dy Mer­lon miał do czy­nie­nia z naj­star­szym i naj­po­tęż­niej­szym z lu­dzi. Po­wierz­chow­ność star­ca tego nie po­twier­dza­ła, gdyż spra­wiał wra­że­nie sym­pa­tycz­ne­go, ale był tak prze­zro­czy­sty, że mógł­by go roz­dmuch­nąć lek­ki po­wiew wia­tru. Nie wy­glą­dał na naj­po­tęż­niej­sze­go cza­row­ni­ka we wszech­świe­cie.

Przez chwi­lę sie­dzie­li w mil­cze­niu i pa­trzy­li na kłę­bią­ce się w dole chmu­ry jak w spie­nio­ną mor­ską toń.

– Zna­la­złeś mnie. W koń­cu. Wi­dzisz, co sta­rość robi z czło­wie­ka? Zni­kam… po­wo­li. Cze­ka­łem na cie­bie i my­śla­łem, że już nie zdą­żysz – rzekł w koń­cu sta­rzec.

– Na mnie? – spy­tał przy­tom­nie Mer­lon.

– Tak. Na­zy­wam się Hugo. Hugo Schultz. Żyję już tak dłu­go, że sam już nie wiem, ile do­kład­nie. Wi­dzę, że je­steś za­sko­czo­ny moim wy­glą­dem, ale jak ina­czej moż­na wy­glą­dać po tylu ty­sią­cach lat? Jak mgła i świa­tło, i nic wię­cej. Kie­dyś będę już tyl­ko po­wie­trzem. Nad­szedł mój czas. Wkrót­ce wy­bi­je moja go­dzi­na – przed­sta­wi­ła się mgli­sta po­stać.

– Schultz? Tak jak ten księ­garz z na­prze­ciw­ka. Lu­bię do nie­go wpa­dać.

– Tak, z tych Schult­zów. Szyb­ko my­ślisz. Sta­ry Frantz to mój pra… pra… pra… pra… i sam nie wiem, ile jesz­cze tych pra… wnuk. Je­stem już tak sta­ry, że chciał­bym odejść, ale cią­gle się boję, że nikt nie zo­sta­nie na stra­ży. Od­dam ci two­ich to­wa­rzy­szy. Dam ci lek, po któ­ry przy­sze­dłeś… Je­steś nie­spo­koj­ny.

– Prze­pra­szam – skru­szył się Mer­lon, bo zro­zu­miał, że sta­ry czu­je jego roz­bie­ga­ne my­śli.

– Znam two­je­go ojca. Zna­łem two­je­go dziad­ka i wszyst­kich two­ich pra­dziad­ków.

– Czy mo­żesz mi za­tem po­wie­dzieć, czy na­le­żę do rodu Ar­che­tów? – nie­pew­nie za­ga­ił Mer­lon.

Sta­rzec chwi­lę mil­czał, więc Mer­lon też nic nie mó­wił, choć w jego oczach było wie­le py­tań.

– Ar­che­ci to jed­no z bractw ry­cer­skich, brac­two krwi. Nie są krew­ny­mi, nie ma żad­ne­go rodu Ar­che­tów. Ist­nie­ją po­łą­cze­ni przy­się­gą ry­ce­rze Hel­lo­nii i kil­ka bractw, w tym na­sze, szcze­gól­ne, Ar­che­ci. Chy­ba że hi­sto­rycz­nie, taka na­zwa, kie­dyś tak się mó­wi­ło. Wi­dzę, że le­gen­dy mo­gły ulec znie­kształ­ce­niu.

– Nie wiem, czy mam dużo cza­su… – za­czął Mer­lon.

– Bar­dzo mało. Czas ucie­ka – po­wie­dział sta­rzec. – Mó­wi­łem, nie wie­dzia­łem, czy zdą­żysz. Przy­by­łeś w ostat­niej chwi­li.

– A straż­ni­cy ksiąg? Księ­gi? Ta le­gen­da… czy ona jest praw­dzi­wa?

– Za­le­ży, co sły­sza­łeś. Te­raz to już tyl­ko po­prze­krę­ca­ne i po­zmie­nia­ne opo­wia­da­nia, we­dle uzna­nia mów­cy. Praw­dzi­we le­gen­dy spi­sa­ne są w Pię­ciok­się­gu. To dru­gi tom, Księ­ga le­gend i wspo­mnień.

– A więc Pię­ciok­siąg to praw­da? Mam je­den tom u sie­bie – przy­znał Mer­lon – pią­tą księ­gę, Księ­gę prze­po­wied­ni.

– Pa­mię­taj, że wszyst­kie czę­ści Pię­ciok­się­gu złą­czo­ne w jed­nych rę­kach mają ma­gicz­ną siłę, ener­gię po­tęż­niej­szą od wszyst­kich mocy na świe­cie. Ten, kto po­sia­da pięć ksiąg, może nim rzą­dzić. Trze­ba dbać o to, by tomy ni­g­dy nie zna­la­zły się w jed­nych rę­kach, bo ta ogrom­na moc jest bar­dzo groź­na we wła­da­niu złe­go czło­wie­ka.

– A więc to praw­da? Kto za­tem ma te księ­gi? Poza tą, któ­ra jest u mnie? – spy­tał Mer­lon.

– Otóż po­wiem ci, że moim zda­niem księ­gi nie są zbyt do­brze pil­no­wa­ne. Wszy­scy wie­dzą, że jed­na jest tu­taj, na szczy­cie Czar­nej Góry, i bez niej nic się nie wy­da­rzy, więc straż­ni­cy pod­cho­dzą do swo­ich obo­wiąz­ków lek­ce­wa­żą­co. To nie­do­brze, bo mój tom dzi­siaj wró­ci do Hel­lo­nii. Mu­szę ci go ofia­ro­wać. To pierw­sza księ­ga, Księ­ga cał­ko­wi­tej mocy ma­gicz­nej. Znie­siesz ją ze szczy­tu i prze­cho­wasz u sie­bie.

– Nie może tu­taj zo­stać?

– Mu­szę od­dać ją jej straż­ni­ko­wi – od­parł sta­rzec.

– Ja je­stem straż­ni­kiem? – wy­szep­tał Mer­lon z nie­do­wie­rza­niem.

– Straż­ni­cy ksiąg to słu­dzy. Pa­mię­taj o tym. To oni mają od­po­wied­nią moc, by je chro­nić. Fo­lia­ły są w po­sia­da­niu brac­twa Ar­che­tów, od­kąd zdo­by­li je, gdy to­czy­li woj­ny. W cza­sie kon­flik­tów prze­cho­wy­wa­li je w swo­ich skarb­cach, a prze­ko­na­ni o swo­jej wyż­szo­ści po­nad słu­gi nie od­da­li im ksiąg do ochro­ny. To był błąd. Tyl­ko straż­nik bę­dzie ich strzegł naj­pil­niej. Z tego po­wo­du się uro­dził i dla­te­go zgi­nie, a ży­cie też stra­ci, gdy księ­gi nie upil­nu­je. Spo­czy­wa na nich praw­dzi­wa od­po­wie­dzial­ność.

– Czy cze­ka nas coś złe­go? – spy­tał Mer­lon, pró­bu­jąc wy­ko­rzy­stać dany mu czas.

– Ostat­nie lata były spo­koj­ne. Jed­nak­że po­wrót me­me­zji… Sam nie wiem. Do tego księ­gi zbli­ża­ją się do sie­bie na nie­bez­piecz­ną od­le­głość. To może uru­cho­mić pew­ne zda­rze­nia – wes­tchnął sta­rzec.

– Co chcesz przez to po­wie­dzieć?

– Po­ja­wie­nie się mo­je­go tomu w Hel­lo­nii może nie przejść bez echa. Może już pew­ne siły roz­po­czę­ły swo­je zło­wiesz­cze har­ce. Księ­gi ma­gicz­ne cią­gną do sie­bie. Dążą do po­łą­cze­nia.

– Jak to? – zdzi­wił się Mer­lon.

– Póki ta jed­na była da­le­ko od in­nych, były uśpio­ne. Te­raz mo­żesz czuć, że wszyst­kie wy­da­rze­nia ukła­da­ją się tak, jak­by one same chcia­ły się po­łą­czyć. A ta może chcieć ci się wy­mknąć. Wszyst­kie mogą tego chcieć… Trze­ba na nie uwa­żać. Być może na­stą­pią dziw­ne zda­rze­nia i nikt na­wet nie za­uwa­ży, że ma­cza­ły w tym pal­ce siły ma­gicz­ne. Ale ty bądź czuj­ny. Bo gdy zej­dziesz z góry, przy­bli­żysz księ­gi do sie­bie. Pierw­szy raz od daw­na wszyst­kie znów znaj­dą się bli­sko miej­sca po­łą­cze­nia. Kto wie, co się zda­rzy?

– Da­jesz mi ten skarb, bo je­stem straż­ni­kiem?