Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 17.11.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
ODPOWIEDZIAŁA NA WEZWANIE CESARZA.
PRZYBYŁA ZE SWOJĄ MAGIĄ KOŚCI, SPRYTEM I JEDYNĄ PRZYJACIÓŁKĄ.
TRIUMF OBRÓCIŁ JEJ ŚWIAT W POPIÓŁ.
Harrowhark Nonagesimus, ostatnia nekromantka Dziewiątego Domu, zostaje zaangażowana przez swego Cesarza do walki w wojnie, której nie da się wygrać. Ramię w ramię z pogardzaną rywalką Harrow musi udoskonalić swoje umiejętności i stać się aniołem Nieśmierci. Niestety jej zdrowie podupada, od miecza nieustannie wymiotuje i nie może już ufać nawet własnemu umysłowi.
Zamknięta w gotyckim, mrocznym Mitreum, azylu Cesarza, razem z trójką nieprzyjaznych nauczycieli, nawiedzana przez zjawę zamordowanej planety, Harrow musi sobie odpowiedzieć na dwa niewygodne pytania: Czy ktoś próbuje ją zabić? I czy jeśli osiągnie cel, to wszechświatowi wyjdzie to na lepsze?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 620
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Harrow the Ninth
Harrow the Ninth Copyright © 2020 by Tamsyn Muir All rights reserved
Autorskie prawa osobiste autora zostały zastrzeżone.
Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA
Wszelkie prawa zastrzeżone
Copyright for the Polish translation © Dominika Schimscheiner
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I Filia, Poznań 2026
Ilustracja na okładce: Tommy Arnold
Redakcja: Karolina Kacprzak
Korekta: Agnieszka Luberadzka
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Karolina Nowak
ISBN: 978-83-8441-692-1
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
SERIA: HYPE
dla Isy Yap, która rozumie Harrow aż za dobrze, i bez której wiele mnie nigdy by się nie wydarzyło oraz dla pT ♦
Cesarz Dziewięciu Domów
“A.L.”, jego strażnik
Augustyn z Pierwszego
Alfred Quinque, jego Kawaler
PIERWSZY ŚWIĘTY SŁUGA KRÓLA NIEUMARŁEGO
Mercymorna z Pierwszego
Cristabel Oct, jej Kawaler
DRUGA ŚWIĘTA SŁUŻEBNICA KRÓLA NIEUMARŁEGO
ORTUS z Pierwszego
Pyrra Dve, jego Kawaler
TRZECI ŚWIĘTY SŁUGA KRÓLA NIEUMARŁEGO
Kasjopeja z Pierwszego
Nigella Shodash, jej Kawaler
CZWARTA ŚWIĘTA SŁUŻEBNICA KRÓLA NIEUMARŁEGO
Cyrus z Pierwszego
Valancy Trinit, jego Kawaler
PIĄTY ŚWIĘTY SŁUGA KRÓLA NIEUMARŁEGO
Ulisses z Pierwszego
Tytania Tetra, jego Kawaler
SZÓSTY ŚWIĘTY SŁUGA KRÓLA NIEUMARŁEGO
Cyterea z Pierwszego
Loveday Heptane, jej Kawaler
SIÓDMA ŚWIĘTA SŁUŻEBNICA KRÓLA NIEUMARŁEGO
Anastazja z Pierwszego
Samael Novenary, jej Kawaler
Ianthe z Pierwszego
Naberius Tern, jej Kawaler
ÓSMA ŚWIĘTA SŁUŻEBNICA KRÓLA NIEUMARŁEGO
Harrowhark z Pierwszego
DZIEWIĄTA ŚWIĘTA SŁUŻEBNICA KRÓLA NIEUMARŁEGO
Jeden dla Cesarza spośród wszystkich pierwszego.
Jeden dla Liktorów, co odpowiedzieli na wezwanie jego.
Jeden dla jego świętych, dawno temu wybranych.
Jeden dla jego Rąk i mieczy przez nie trzymanych.
Drugi dla dyscypliny niczym niewzruszonej.
Trzeci dla śmiechu i radości nieznużonej.
Czwarty dla wierności, śmiało w przyszłość spogląda.
Piąty dla tradycji spłaty wobec duchów żąda.
Szósty dla prawdy, choć to kłamstwo niesie ukojenie.
Siódmy dla piękna, jak ulotnego motyla wcielenie.
Ósmy dla zbawienia jedną prostą drogą kroczy.
Dziewiąty dla Grobowca i tego, co śmierci całun mroczy.
NOC POPRZEDZAJĄCA ZABÓJSTWO CESARZA
POMIESZCZENIE JUŻ DAWNO pogrążyło się w całkowitej ciemności, która zagarnęła wszystko, co mogło odwrócić twoją uwagę od wstrząsającego łup-łup-łup, odgłosów ciał rzucających się jedno za drugim na masę, która oblepiała kadłub. Widać nie było nic, okna szczelnie zakryły osłony, ale mogłaś czuć te straszne drgania, słyszałaś zgrzytanie chityny trącej o metal, kataklizmiczne rozdzieranie stali zagrzybionym pazurem.
Było bardzo zimno. Warstwa migotliwego szronu powlekała twoje policzki, włosy, rzęsy. W tej duszącej ciemności twój oddech ukazywał się jako smugi wilgotnego, szarego dymu. Czasami krzyczałaś, i nie budziło to już w tobie wstydu. Rozumiałaś reakcję ciała na bliskość. Krzyk to najmniej, co mogło się wydarzyć.
Z komunikatora dobiegł bardzo spokojny głos Boga:
– Dziesięć minut do uszkodzenia poszycia. Zostało pół godziny chłodzenia, potem pracujecie w piecu. Drzwi zablokowane do wyrównania ciśnienia. Zachowajcie temperaturę ciała, każde z was. Harrow, twoje drzwi zostawiam zamknięte na tak długo, jak to możliwe.
Chwiejąc się na nogach, trzymając zebrane w garści przezroczyste spódnice, brnęłaś ostrożnie w stronę komunikatora. Szukając w myślach błyskotliwego przekleństwa, warknęłaś:
– Dam sobie radę!
– Harrowhark, jesteś potrzebna w Rzece, a podczas przebywania w Rzece twoja nekromancja nie działa.
– Jestem Liktorią, panie – usłyszałaś swój głos. – Jestem twoją świętą. Jestem twoimi palcami, twoimi gestami. Jeśli potrzebowałeś Ręki, która chowa się za drzwiami nawet w takiej sytuacji, to mylnie cię oceniłam.
Usłyszałaś, jak wzdycha w swoim odległym, osadzonym głęboko w Mitreum sanktuarium. Wyobraziłaś sobie, jak spoczywa na tym swoim wysiedzianym, połatanym fotelu, sam, i pociera skroń prawym kciukiem, tym samym, którym pocierał ją zawsze.
– Harrow, proszę, nie spiesz się tak do śmierci – rzekł po krótkiej chwili.
– Nie lekceważ mnie, Nauczycielu – odpowiedziałaś. – Zawsze przeżywałam.
Ostrożnie wróciłaś przez koncentryczne kręgi startych panewek biodrowych, które ułożyłaś na ziemi, przez drobno zmielone warstwy kości udowej, stanęłaś w środku i oddychałaś. Głęboki wdech nosem, głęboki wydech przez usta, tak jak cię uczono. Szron już zaczął topnieć w wilgoć, która delikatnie osiadała mgiełką na twojej twarzy i karku. Pod szatami zaczęło ci się robić gorąco. Usiadłaś ze skrzyżowanymi nogami, a twoje dłonie spoczęły bezczynnie na kolanach. Kosz rapiera napierał na biodro jak zwierzę domagające się karmienia, więc w nagłym napadzie irytacji rozważałaś odpięcie żelastwa i ciśnięcie nim na drugi koniec pomieszczenia. Tylko po co? Nie poleciałby daleko. Kadłub zadrżał pod ciężarem kilkuset kolejnych Heroldów piętrzących się na jego powierzchni. Wyobraziłaś sobie, jak pełzają po sobie, niebiescy od blasku asteroid, żółci od światła najbliższej gwiazdy.
Drzwi do twojej kwatery otworzyły się z antycznym westchnieniem pneumatycznych siłowników. Ale intruz nie uruchomił zębatych pułapek, wmontowanych przez ciebie we framugę, ani gulek regenerujących się kości, którymi oblepiłaś próg. Przekroczył go, unosząc pajęczynowe spódnice aż po uda, balansując jak tancerka. W tej ciemności rapier gościa robił wrażenie czarnego, a kości prawego ramienia połyskiwały tłusto-złoto. Zamknęłaś oczy, żeby nie widzieć przybyłej.
– Mogłabym cię ochronić, wystarczyło, żebyś poprosiła – rzekła Ianthe z Pierwszego.
Letnia strużka potu spłynęła ci po żebrach.
– Wolałabym, żeby wyrywano mi ścięgna jedno po drugim, rozdzielając je na moich pogruchotanych kościach na pojedyncze niteczki – powiedziałaś. – Wolałabym być obdarta żywcem ze skóry i obtoczona w soli. Wolałabym, żeby mi własnym kwasem trawiennym zakraplano oczy.
– A więc z tego, co słyszę… być może – skwitowała Ianthe. – No, pomóż mi. Nie wstydź się.
– Nie udawaj, że jesteś tu po coś poza dopilnowaniem inwestycji.
– Przyszłam cię ostrzec.
– Ostrzec? – Twój głos brzmiał płasko i beznamiętnie nawet dla ciebie samej. – Teraz?
Druga Liktoria się zbliżyła. Nie otworzyłaś oczu. Zaskoczona usłyszałaś chrzęst kości, gdy przechodziła przez twój metryczny wzór, a potem bez wahania uklękła na pylistym, brudnym dywanie. Normalnie nie wyczułabyś tanergii Ianthe, ale mrok jakby obdarzył cię ogromnym wyczuleniem na jej strach. Wiedziałaś, że na jej ramionach jeżą się włoski, słyszałaś dudnienie jej wilgotnego, ludzkiego serca i wyczuwałaś napięcie mięśni pleców, gdy ściągała łopatki. Owiał cię smrodek jej potu i perfum – piżma, róży i wetywerii.
– Nikt nie przybędzie cię uratować, Nonagesimus. Ani Bóg. Ani Augustyn. Nikt. – W tonie Ianthe nie było kpiny, tylko inne nuty, może podniecenia, może niepokoju. – Przeżyjesz góra pół godziny. Jesteś tarczą strzelniczą. Jeśli nie ma czegoś w tych listach, o których nie wiem, to nie masz opcji.
– Nigdy w życiu nie zostałam zamordowana i nie zamierzam teraz zmieniać nawyków.
– To twój koniec, Nonagesimus. Kres twojej drogi.
Aż otworzyłaś oczy, zszokowana dotykiem Ianthe na swojej twarzy. Ujęła w dłonie twój podbródek rozgorączkowanymi palcami, kontrastującymi z chłodem pozłacanych kości śródręcza, i oparła mięsisty kciuk w kącie twojej żuchwy. Przez moment zakładałaś, że to halucynacja, ale to założenie obaliła zimna bliskość jej postaci. Ianthe Tridentarius klęczała przed tobą w niewątpliwym geście uległości. Jasne włosy opadły jej na twarz niczym woal, a skradzione oczy wpatrywały się w ciebie z rozpaczą na poły błagalną, na poły pogardliwą – błękitne tęczówki nakrapiane plamkami jasnego brązu przypominały agat.
Zaglądając w te oczy, oczy Kawalera, którego zamordowała, dostrzegłaś, nie po raz pierwszy i nie bez niechęci, jaka Ianthe Tridentarius jest piękna.
– Odwróć się – szepnęła. – To wystarczy, Harry. Wiem, co zrobiłaś, i wiem, jak to cofnąć, wystarczy, że poprosisz. Poproś, to przecież takie proste. Umieranie jest dla frajerów. Obie w pełni sił mogłybyśmy rozszarpać tę Bestię Zmartwychwstania i wyjść z tego bez szwanku. Mogłybyśmy ocalić galaktykę. Cesarza. Niech mówią w domu o Ianthe i Harrowhark, niech łkają, mówiąc o nas. Przeszłość jest martwa, oni są martwi, ale ja i ty żyjemy.
– Czym są oni? Czym są, jeśli nie kolejnym trupem, którego za sobą wleczemy?
Usta Ianthe były spękane i czerwone. Na jej twarzy malowała się naga prośba. Czyli podniecenie, nie niepokój.
Wtedy pojęłaś mgliście ten psychologiczny moment.
– Pierdol się – rzuciłaś.
Heroldowie spadli na kadłub niczym deszcz. Oblicze Ianthe ścięło się znowu w białą, szyderczą maskę. Puściła cię, odjęła te swoje gorączkowe palce razem z ohydnymi, okutymi złotem kośćmi.
– Moim zdaniem to nie moment na sprośną gadkę, ale co mi tam – stwierdziła. – Daj mi klapsa.
– Wynoś się.
– Zawsze uważałaś upór za kardynalną cnotę – zauważyła całkiem nie à propos. – Dochodzę do wniosku, że to raczej ty powinnaś zginąć w Domu Kanaan.
– Powinnaś zabić swoją siostrę – powiedziałaś. – Oczy nie pasują ci do twarzy.
W głośniku komunikatora odezwał się głos Cesarza, tak samo spokojny jak wcześniej.
– Cztery minuty do zderzenia. – A potem Cesarz dorzucił tonem nauczyciela karcącego krnąbrne dzieci: – Dopilnujcie, dziewczęta, żeby pozostać na swoich miejscach.
Ianthe odwróciła się bez gwałtowności. Wstała i powiodła swymi ludzkimi palcami po ścianie twojej kwatery, chłodnym, ażurowym łuku, gładkich metalowych panelach, kościanych inkrustacjach.
– No cóż, próbowałam. Nikt mi nie zarzuci, że się nie starałam.
Przeszła przez łuk i zniknęła w korytarzu. Drzwi się za nią zamknęły. Zostałaś przejmująco sama.
Temperatura wzrosła. Stacja musiała być już całkiem zaduszona, owinięta wijącym się całunem tułowi, skrzydeł, żuwaczek i czułków – martwych posłańców wygłodniałego gwiezdnego widma. Twój komunikator zatrzeszczał, lecz po drugiej stronie nikt się nie odezwał.
Cisza zalegała w uroczych korytarzach Mitreum i gorąca, spocona cisza zalegała w twojej duszy. Gdy krzyknęłaś, zrobiłaś to bezgłośnie, twoje mięśnie krtani napięły się jałowo.
Pomyślałaś o pelurowej kopercie zaadresowanej do ciebie i opisanej „Otworzyć w razie niechybnej śmierci”.
– Naruszają kadłub – powiedział Cesarz. – Wybaczcie mi, dzieci. I… zróbcie im piekło.
Z odległej części stacji dobiegł chrzęst miażdżonego metalu i pleksi. Zmiękły ci kolana, ugięłyby się pod tobą, gdybyś nie siedziała. Palcami zamknęłaś swoje powieki i zmusiłaś się do bezruchu. Ciemność pociemniała jeszcze bardziej i ochłodła, gdy otoczyła cię pierwsza warstwa osłony z wiecznej kości – akt głupoty, bezsensowny, skazany na rozpad w momencie zanurzenia – a potem druga i trzecia, aż pokryłaś się nieprzeniknionym, bezpowietrznym kokonem. W Mitreum zamknęło się jednocześnie pięć par oczu, w tym twoje. Tylko w przeciwieństwie do tamtych twoje miały się już nie otworzyć. Za pół godziny – mimo nadziei Nauczyciela – będziesz martwa.
Liktorzy Cesarza Wskrzesiciela rozpoczęli swoją mozolną wędrówkę przez Rzekę ku miejscu, gdzie tuż poza orbitą Mitreum przyczaiła się Bestia Zmartwychwstania, półżywa, półmartwa, robaczywa, liminalna masa. Brnęłaś wraz z nimi, ale ty zostawiłaś swoje bezbronne mięso za sobą.
– Modlę się, by Grobowiec po wsze czasy pozostał zawarty… – usłyszałaś swój głos, choć był tylko zduszonym szeptem. – Modlę się, by kamień wiecznie spoczywał na miejscu nieruszony. Modlę się, by to, co pogrzebane, takim pozostało, niezmienione, w nieskończonym spoczynku, z zawartymi oczyma i stężałym mózgiem. Modlę się, by żyło… Truchło Zapieczętowanego Grobowca – improwizowałaś gorączkowo. – Umiłowany umarły, usłysz swą służebnicę. Kochałam cię całym swoim przegniłym, godnym pogardy sercem… Kochałam ciebie i tylko ciebie… Pozwól mi żyć tak długo, bym mogła skonać u twych stóp.
A potem zanurzyłaś się, by stoczyć walkę z Piekłem.
* * *
Piekło wypluło cię z powrotem. W porządku.
Nie ocknęłaś się po przejściu do tanergetycznej przestrzeni, wyłącznej domeny umarłych oraz świętych nekromantów walczących z umarłymi. Ocknęłaś się w korytarzu przed swoją kwaterą, leżąc na boku, na podłodze, rozpalona, łapczywie chwytając powietrze, przesiąknięta potem – własnym. I krwią – własną. Ostrze – własnego – rapiera sterczało ci z brzucha, wrażone od tyłu. Rana nie była złudzeniem ani majakiem, krew była mokra, a ból straszliwy. Pole widzenia już ciemniało na brzegach, gdy próbowałaś zamknąć rozdarcie, pozszywać trzewia, koagulować naczynia, ustabilizować narządy grożące zatrzymaniem funkcji. Jednak proces zaszedł już za daleko. Nawet gdybyś teraz chciała, listu do otwarcia w razie niechybnej śmierci nie zdołałabyś już odczytać. Mogłaś tylko leżeć w kałuży własnych płynów ustrojowych, zbyt silna, by umrzeć szybko, zbyt słaba, by się uratować. Byłaś tylko pół-Liktorem, a Pół-Liktor to gorzej niż wcale nie Liktor.
Widok na gwiazdy za pleksi blokowała ruchliwa, brzęcząca masa Heroldów Bestii Zmartwychwstania, bijąca wściekle skrzydłami, by ugotować wszystko, co w środku. Zdawało ci się, że gdzieś z bardzo daleka dobiega metaliczny szczęk ostrzy i drgałaś za każdym razem, gdy metal tarł o metal. Nienawidziłaś tego dźwięku od urodzenia.
Przygotowałaś się do śmierci z modlitwą Zapieczętowanego Grobowca na ustach, lecz twoje głupie, umierające wargi wymówiły trzy inne sylaby, w dodatku takie, których sama nie rozumiałaś.
CZTERNAŚCIE MIESIĘCY PRZED ZABÓJSTWEM CESARZA
W MILIONOWYM ROKU PANOWANIA NASZEGO PANA, dziesięciotysięcznym roku Króla Nieumarłego, naszego Wskrzesiciela, pełnego litości Najpierwszego Wielebna Córka Harrowhark Nonagesimus siedziała na sofie swej matki, obserwując swojego czytającego Kawalera. Mechanicznym ruchem przesuwała paznokciem po zniszczonej brokatowej czaszce na okładce, bezmyślnie w ciągu paru sekund niszcząc wiele lat pracy jakiegoś oddanego anachorety.
Kawaler, wyprostowany jak struna, siedział na krześle w gabinecie. Nikt o porównywalnej posturze nie zajmował go od dawna i obecnie siedzisku groziło niebezpieczeństwo ostatecznego rozpadu. Kawaler trzymał swe pokaźne cielsko w granicach mebla, jakby przekroczenie ich mogło spowodować Incydent. A Harrow doskonale wiedziała, że Ortus nienawidzi Incydentów.
– Żadnych służących. Żadnych pomocników i famulusów – odczytał Ortus Nigenad, składając papier z uniżoną dbałością. – Zatem będę ci służył sam, lady Harrowhark?
– Tak – odpowiedziała, przysięgając sobie zachować cierpliwość tak długo, jak to możliwe.
– Bez marszałka Cruxa? Bez kapitan Aiglameny?
– W istocie. Żadnych służących. Żadnych pomocników. Żadnych famulusów – powiedziała Harrowhark, tracąc jednak cierpliwość. – Ufam, że rozszyfrowałeś już ten niezwykle złożony szyfr. Tylko ty, Pierwszy Kawaler, oraz ja, Wielebna Córka Domu Dziewiątego. Tylko my. Dwoje. Co uważam za… sugestywne.
Ortus najwyraźniej nie widział w tym żadnej sugestii. Spuścił ciemne oczy i osłonił gęstymi, czarnymi rzęsami, takimi, jakie wedle wyobrażeń Harrow mogły posiadać jakieś miłe domowe zwierzątka. Na przykład wieprzki. Ten wiecznie opuszczony wzrok nie wynikał ze skromności. Delikatne kurze łapki wydeptane pod każdym okiem były liniami smutku, a drobne zmarszczki na czole – starannie pielęgnowanym aktem tragedii. Ale Harrow cieszyła się, że ktoś, być może jego matka, ckliwa siostra Glauryka, pomalował Ortusowi twarz tak, jak niegdyś robił to jego ojciec, z całkiem uczernioną żuchwą, symbolizującą Bezustną Czaszkę. Nie żeby miała jakiś szczególny sentyment do Bezustnej Czaszki, tego rodzaju sakramentu malowania. Po prostu w przypadku Ortusa biała farba na żuchwie sprawiała, że wyglądał jak czaszka w depresji.
– Pani, nie mogę ci pomóc zostać Liktorią – oznajmił nieoczekiwanie po krótkiej chwili.
Była tak zaskoczona, iż śmiał wyrazić swoją opinię, że nie zostało w niej miejsca na jakąś inną emocję.
– Być może tak jest.
– A więc zgadzasz się ze mną. Dobrze. Dziękuję za litość, wasza łaskawość. Nie mogę reprezentować cię w formalnym pojedynku, nie z mieczem, nie z krótkim mieczem ani łańcuchem. Nie mogę stanąć w szeregu Pierwszych Kawalerów i twierdzić, że jestem im równy. Fałszywość tego by mnie załamała. Nie umiem nawet zacząć sobie tego wyobrażać. Nie będę w stanie za ciebie walczyć, pani.
– Ortusie – przemówiła Harrowhark. – Znam cię całe moje życie. Czy naprawdę sądziłeś, że żywię jakiekolwiek złudzenia, iż w ciemności jakikolwiek pies, nawet z demencją, który nigdy nie widział ostrza, mógłby cię omyłkowo wziąć za szermierza?
– Pani, zwę się Kawalerem wyłącznie dla uczczenia pamięci mego ojca – stwierdził Ortus. – Noszę to miano jedynie przez wzgląd na matkę i z powodu niedostatku swego Domu. Nie posiadam żadnej cnoty Kawalera.
– Nie wiem, ile razy jeszcze muszę ci powtórzyć, że mam tego pełną świadomość – rzekła Harrowhark, wyskubując spod paznokcia włókienko lśniącej nitki. – Zważywszy, iż stanowi to sto procent naszych rozmów odbytych przez nas w ciągu tych wszystkich lat, muszę przyjąć, że może zmierzasz do jakiegoś nowego celu. I zaczynam odczuwać podniecenie.
Ortus pochylił się do przodu, splatając swoje niespokojne, długie palce. Jego dłonie były duże i miękkie. Cały Ortus był duży i miękki, jak wielka puchowa poducha. A potem rozłożył te gąbczaste bochny w błagalnym geście. Harrow wbrew sobie poczuła zaintrygowanie. Stało się coś, na co nigdy dotąd się nie ośmielił.
– Pani – podjął głosem obniżonym nieśmiałością – nie ośmieliłbym się podjąć tego tematu, ale… Skoro obowiązkiem Kawalera jest dzierżyć miecz… Skoro jego obowiązkiem jest zginąć od ostrza… To czy rozważałaś kiedyś może kandydaturę ORTUSA NIGENADA?
– Co?
– Pani, zwę się Kawalerem wyłącznie dla uczczenia pamięci mego ojca – stwierdził Ortus. – Noszę to miano jedynie przez wzgląd na matkę i z powodu niedostatku swego Domu. Nie posiadam żadnej cnoty Kawalera.
– Hm, mam wrażenie, że prowadziliśmy już tę rozmowę. – Harrowhark przycisnęła do siebie kciuki, z ryzykowną przyjemnością testując, jak daleko zdoła wygiąć swoje paliczki dalsze. Jeden fałszywy ruch i po nerwie. Było to ćwiczenie, które dawno nakazali jej rodzice. – Za każdym razem nowina, że nie zaprawiałeś się w bojach i nie wyrabiałeś w sobie cnót wojownika, robi na mnie mniejsze wrażenie. No ale dobrze. Zaskocz mnie. Czekam zwarta i gotowa.
– Żałuję, że nasz Dom nie wydał na świat szermierza godniejszego naszych dni chwały – zaczął Ortus w zadumie, zawsze skory do rozważania alternatywnej rzeczywistości, w której nikt nie żądał od niego służby ani niczego, co uważał za trudne. – Żałuję, że nasz Dom nie został ogłoszony „tymi, którzy nadają się tylko, by ostrza trzymać w pochwach”.
Harrowhark pogratulowała sobie w duchu, że nie wypomniała mu, iż bezpośrednią odpowiedzialnością za owo „niewydawanie na świat” obarczyć można było trzy rzeczy – jego matkę, jego samego oraz „Noniadę”, niekończący się epicki poemat poświęcony Matthiasowi Noniuszowi. Podejrzewała, że to górnolotne zdanie, które zdołał ująć w udźwiękowione znaki cudzysłowu, pochodziło z tego właśnie poematu, mającego już osiemnaście ksiąg i niewykazującego oznak najmniejszego spowolnienia przyrostu. Jeśli już, to zdawał się raczej nabierać rozpędu, przypominając śmiertelnie nudną lawinę. Układała w myślach ripostę, gdy zauważyła stojącą w bibliotece ojca siostrę służebną.
Harrow nie słyszała jej pukania ani nie widziała wejścia, co nie stanowiło problemu. Problemem było to, że szara farba upiększała piękną martwą twarz Ciała.
Dłonie Harrow zwilgotniały. W tym scenariuszu albo siostra była rzeczywista, a jej twarz nie, albo siostra była nierzeczywista. Nie dało się tak na oko ocenić ilości masy kostnej znajdującej się w pomieszczeniu, ponieważ kości w mięsie wytwarzały tyle tanergii, że tylko głupiec by się na to porwał. Harrow wróciła spojrzeniem do Ortusa, licząc, że jego zachowanie zdradzi stopień prawdziwości tej rzeczywistości. Jednak jego wzrok pozostał wbity w podłogę.
– „Ci, którzy nadają się tylko, by trzymać ostrza w pochwach” dobrze służą naszemu Domowi – rzekła Harrow zrównoważonym tonem. – A zresztą, gdybyś nie wiedział, ten wers nie ma rytmu ani taktu. Nikt się nie zdziwi, że jesteś guzdrałą.
– To enneametr. Tradycyjny format. „Ci, którzy nadają się tylko, by trzymać ostrza w pochwach”…
– To wcale nie jest dziewięć stóp.
– „…nigdy nie obnażając ich, by zaznały krwi bitewnej”.
– Przez kolejne dwanaście tygodni będziesz trenował z kapitan Aiglameną – oznajmiła Harrowhark, pocierając dłońmi w dół i w górę, aż nasada kciuka zrobiła się gorąca. – Musisz sprostać absolutnemu minimum tego, czego można wymagać od Pierwszego Kawalera Domu Dziewiątego. Co na całe szczęście oznacza obecnie, żebyś był wystarczająco szeroki jak wysoki i miał bary zdolne dźwigać ciężar. Ale ja… potrzebuję od ciebie znacznie więcej… niż samego miecza, Nigenadzie.
Siostra służebnica zamajaczyła na krawędzi pola widzenia Harrow. Ortus uniósł głowę, ale nie zareagował na obecność siostry, co komplikowało sprawy. Wpatrywał się w Harrow z tym ledwie uchwytnym rodzajem litości, którą, jak podejrzewała, zawsze ku niej żywił, litości, która czyniła z niego outsidera we własnym Domu, a czyniłaby jeszcze większym w Domu pochodzenia jego matki. Harrow nie miała pojęcia, co sprawia, że Ortus jest Ortusem. Był zagadką, jednak zbyt nudną, by ją rozgryzać.
– A co to jest, to więcej? – zapytał z lekką goryczą.
Harrowhark zamknęła oczy, odcinając się od nerwowej, zatroskanej twarzy Ortusa i cienia Ciałotwarzej siostry służebnej, który padł na biurko. Cień nic jej nie mówił. Dowody materialne zwykle były pułapką. Odcinając się, wykluczyła też nowy, pokryty rdzą rapier, który skrzypiał w pochwie u boku Ortusa. Odcięła się też od kojącego zapachu kurzu nagrzanego stojącym w kącie, buczącym piecykiem, woni, która mieszała się z nutami świeżo mielonego atramentu w kałamarzu. Kwas taninowy, sole ludzkiego ciała.
– Nie tak się to dzieje – oświadczyło Ciało.
Co dodało Harrow nieoczekiwanej siły.
– Musisz ukrywać moją ułomność – rzekła. – Bo widzisz, jestem obłąkana.
DZIEWIĘĆ MIESIĘCY PRZED ZABÓJSTWEM CESARZA
PEWNEGO RAZU, BLISKO milionowego roku naszego Pana – tego odległego Króla Nekromantów, błogosławionego Wskrzesiciela Świętych! – wzięłaś do ręki miecz. To był twój pierwszy poważny błąd.
Miecz nie znosił, kiedy go dotykałaś. Długa rękojeść parzyła twoje nagie dłonie, jakby miał temperaturę gwiazdy. Próżnia kosmosu na zewnątrz nie dawała ani odrobiny tanergii, ale to nie miało znaczenia. Już jej nie potrzebowałaś. Schłodziłaś dłonie, owijając je grubymi pasmami chrząstki, i spróbowałaś ponownie.
Tym razem rękojeść zdawała się lodowata niczym śmierć i tak samo ciężka. Uniosłaś miecz i twoje łokcie się zablokowały, a ty starałaś się złapać balans. Wypróbowałaś nową sztuczkę – wysunęłaś wąską wstążkę ze swego żywego śródręcza, łagodnie otoczyłaś fragment ścięgna zginacza i przeplotłaś pasmo, przebijając środek dłoni. Nie drgnęłaś. To było coś nowego. Rozprostowałaś nowe kostne palce i zamknęłaś je na rękojeści, a potem zacisnęłaś. Uniosłaś ostrze, można by rzec, z pomocą kipiącego, klekoczącego kosza ośmiu stawów paliczkowych.
Teraz mogłaś skierować drżąco ostrze pod ostrym kątem. Czekałaś. Niczego jednak nie czułaś – żadnego olśnienia, mistrzostwa, wiedzy. Nadal byłaś tylko nekromantką, a to nadal był tylko miecz.
Broń wysunęła ci się z ręki, grzmotnęła o podłogę, a ty zgięłaś się gwałtownie wpół i wyrzygałaś się na szpitalne płytki.
W sali było wiele osób w uniformach, ale przywykli do takich wybryków. Harrowhark z Pierwszego, dziewiąta święta służąca Cesarzowi Nieumarłemu mogła sobie haftować, ile się jej podobało. Byłaś chodzącym sakramentem, nawet jeśli twój pierwszy wkład w liktorstwo polegał jedynie na odkrywaniu nowych, różnorodnych sposobów na rzyganie. Interweniowali tylko w chwilach, gdy robiłaś wrażenie, że możesz się udławić własnymi wymiocinami – litościwy koniec, który zawsze niewyraźnie uznawałaś za wstydliwy.
* * *
Za pierwszym razem, kiedy człowiek zwany przez ciebie Bogiem, przybył w tym, jak ci się zdawało, aspekcie Łagodnego Księcia, wyłącznie łagodnego, i przyniósł ci miecz, wpadłaś w głęboki stupor, z którego nigdy do końca się nie otrząsnęłaś. Może miecz jawił ci się jako urealnienie żalu wykute w dwóch metrach stali. Znienawidziłaś tę trzykroć przeklętą klingę od pierwszego wejrzenia, co mogło być niesprawiedliwe, zanim okazało się, że miecz nienawidzi cię ze wzajemnością.
Mimo to nieustannie próbowałaś nim władać z takim samym skutkiem. Każde dotknięcie kończyło się pokolorowaniem płytek zawartością twojego żołądka. Twoje dni rozpraszały się jak prochy przed wentylatorem, rozsypane bez najmniejszej nadziei na odzyskanie, wdmuchiwane w twarz albo ulatujące wysoko poza twój zasięg. Czasami się podnosiłaś, chwytałaś za klingę, jakbyś czegoś oczekiwała. Ale nigdy nic się nie stało, nie czułaś nic poza pustą nienawiścią miecza, o której już wtedy wiedziałaś, że jest rzeczywista. Ty i miecz kipieliście obopólną goryczą i wściekłością, a następnie zawsze kończyłaś z oparzonymi dłońmi, rzygając.
Szczegóły układały się w niezręczne obrazki kantami do siebie. Leżałaś w tym łóżku już od jakiegoś czasu, w nie swoich ubraniach. Czasem łaskotanie przy uszach i skroniach przyprawiały cię o panikę, zanim uświadomiłaś sobie, że to twoje włosy. Z dala od nożyczek Mogilnicy urosły aż obscenicznie. Obcinałaś je sama, a mimo to wciąż znajdowałaś za uszami jakieś niesforne kosmyki – a może wcale ich nie obcinałaś? Czasami sięgając do nich, przypominałaś sobie o braku wymalowanej czaszkowej maski oraz szat. Nikt nie dał ci farb, a na całym statku nie było ani odrobiny tłuszczu, a zresztą nawet gdyby, to nie byłby właściwie pobłogosławiony.
Za pierwszym razem w szale wzburzenia i wstydu porwałaś poszewkę na jasiek i zakryłaś nią głowę. Nadal jednak pozostawała odkryta większość czoła, nie licząc włosów. Poza tym miałaś na sobie poszewkę. Sięgnęłaś po poetyckie wyjście i skorzystałaś z ostatniej opcji czarnej westalki – podcięłaś sobie żyłę i drżąc, choć ani z bólu, ani z utraty krwi, na oślep namalowałaś na twarzy zarys sakralnej czaszki Niechlubnej Maski.
Ludzie w medycznych uniformach zawsze zajmowali się jakimiś rzeczami, ale nie tobą. Czasem byłaś uniżenie proszona, żebyś usiadła i rozchyliła swe prowizoryczne welony, by dało się nakarmić cię klarowną zupą, ale te wspomnienia ginęły w otchłani wątpliwości. To, że znów jadłaś, zdawało się niewłaściwe. Bywało, że ludzie kręcili się wokół, a ty leżałaś na łóżku zdumiona, drżąca przed gwiezdną panoramą za oknem. Gruba warstwa pleksi zdawała się zbyt krucha, by cię chronić. Za nią przestrzeń kosmosu otwierała swą czarną gardziel, a to przerażało cię do szpiku kości.
W takich chwilach jakimś cudem zapadałaś w sen i jakimś cudem się z niego budziłaś. Już dawno przestałaś się przejmować ludzkimi głosami, które mamrotały niezrozumiałe modlitwy: „Uzupełnić… Trzy tysiące jednostek… To jest na liście zaopatrzenia… Wyrzucić ten zapas… Amunicja to przyjmie”…
W dawnym życiu może by cię to zaciekawiło. Ale prześladowały cię inne odgłosy, poza tymi dobiegającymi do twych uszu. Potężne, nierytmiczne dudnienie wilgotnych bębnów, które przyprawiało cię o panikę, zanim uzmysłowiłaś sobie, co przyniosło spokój, że słyszysz wysiłek siedmiuset ośmiu bijących serc. Że słyszysz pracę siedmiuset ośmiu mózgów drgających w płynie mózgowym. Nie musiałaś nic robić, żeby wiedzieć, że trzysta cztery z tych serc należą do nekromantów – ich mięsień sercowy pracował inaczej, słabiej, kurczył się mniej gwałtownie. Wyczuwałaś żywych. Gdy rozpracowałaś źródło dźwięku, stałaś się świadoma całej reszty: kurzu osiadającego na czarnych, lśniących płytkach podłogowych, rozprężania się własnych płuc, zasysania tlenu przez miękki szpik w kościach. Pomimo całej tej kakofonii nie mogłaś pozostać przytomna.
Czasami odkrywałaś nagle, że stoisz ze ściśniętym gardłem, wpatrując się w pozostawiony niedbale na podłodze nagi miecz. Nie pamiętałaś, że wstałaś. Nie pamiętałaś, jak się tam znalazł. Czasami zapominałaś nawet, kim jesteś, a gdy sobie przypominałaś, płakałaś jak dziecko.
W tym procesie trawiennym czasu pojawiało się Ciało. Kładło ci chłodne, martwe dłonie na czole i opuszkami przymykało powieki tak, byś nie widziała ani miecza, ani kręcących się wokół ludzi.
To był wielki zaszczyt. Wielka łaska. Ciało zawsze przychodziło do ciebie ze swobodną powściągliwością, a ty byłaś wdzięczna, czułaś ulgę. Dłonie Ciała były szare od śmierci, takie miękkie i takie znajome, tak bardzo, że byłaś absolutnie pewna, że je czujesz, że ta pieszczota jest rzeczywista. A kiedy Ciało odwracało się tak, że mogłaś zobaczyć twarz, za każdym razem zdumiewało cię to nienaruszone oddechem piękno.
Potem Ciało prowadziło cię z powrotem do łóżka i nakazywało spać. Dla niego starałaś się być posłuszna, choć raz w całym swoim pogrążonym w mrokach niewiedzy życiu, bo zdawało ci się, że opór jest niegodny. Kiedy pojawiało się Ciało, czas działał tak, jak powinien, nie topniał jak kawałki lodu, by pojawić się potem w nieoczekiwanych miejscach. Ale w tych chwilach mózg nieustannie się pilnował, by pozostać świadomym. Fakt, że Ciało do ciebie przyszło, wydawał się niezwykle istotny. Gdybyś tylko mogła pozostać przytomna, żeby zrozumieć dlaczego.
Twarz swędziała cię od zaschniętej krwi, a wokół szeptali ludzie: „Tysiąc kilogramów osseo… stare… zachowaj to, to pierwsze, czego zabraknie… Nie, sierżancie, zostaw to, i tak mamy już tyły”.
* * *
Twój świat był białym, sterylnym pudełkiem. Pudełkiem stała się sala szpitalna na „Erebosie”. „Erebos” był okrętem flagowym klasy Behemot, należącym do Cesarza Nieumarłych. Tych faktów trzymałaś się jak duszący się człowiek ostatniego haustu powietrza. Żyłaś w chłodnym, pozbawionym kolorów pomieszczeniu, w którym poza nagimi łóżkami i kartonami znajdowały się krzesło i miecz. Miecz próbowali raz zabrać, chcieli zrobić to pod pretekstem, którego nawet nie pamiętałaś, i to wspomnienie mgliście cię niepokoiło, było czerwone, mokre i niewyraźne.
Potem już nie dotykali twego oburęcznego miecza. Pojawiał się, a potem znów się pojawiał w innym miejscu, gdzie go porzuciłaś. Zazwyczaj w tajemniczym towarzystwie zapachu wymiocin. Teraz spałaś z nim, jakby był wielkim, stalowym niemowlęciem. Tak naprawdę najchętniej cisnęłabyś miecz w rozpalone jądro Dominikusa, bo nienawidziłaś go i wierzyłaś, że próbuje ci wyrządzić krzywdę, ale wiedziałaś, że najważniejsze, by nie trafił w cudze ręce.
Nie powstrzymało cię to jednak od tępienia ostrza, szczerbienia poleru i generalnie psucia krawędzi – jak przez mgłę pamiętałaś, że to twoja sprawka. O mieczach wiedziałaś niewiele, nigdy o nie nie pytałaś. Ledwie widziałaś między nimi różnice. Jedne były wąskie, inne szerokie, jeszcze inne krótkie albo długie. Ten oburęczny żołnierski miecz był wielki, nienormalny, autentycznie złośliwy i wstrętnie obarczał cię za siebie pełną odpowiedzialnością, mimo że każde dotknięcie wywoływało potężne torsje.
Czasami klękałaś przy łóżku i próbowałaś się modlić. Gdy Ciało było z tobą, nie miałaś komu dziękować ani o co prosić. Największy spokój odnajdywałaś w tym narkotycznym stanie półsnu pod zimnymi, białymi gwiazdami, podtrzymując powolne bicie serca, chora z wściekłości, zapominająca o egzystowaniu, wypaczona przez opętanie. Wokół ciebie kręcili się ludzi, obchodząc cię jak najszerszym łukiem, ignorując cię do tego stopnia, że nabierałaś przekonania, że jesteś martwa. A przekonanie to przynosiło ci ogromną ulgę.
– ZNÓW ZWYMIOTOWAŁAŚ, HARROWHARK – stwierdził stojący w drzwiach Bóg.
Dla Cesarza Dziewięciu Domów zawsze starałaś się wrócić do pełnej przytomności. Był na tyle uprzejmy, że za każdym razem pukał i czekał na pozwolenie, by wejść, co samo w sobie dowodziło jego boskości. Teraz stał w progu ze swym nieodłącznie cieniutkim i nieodłącznie obecnym tabletem. Podążała za nim grupa ludzi w mundurach, lecz te monstrualne oczy jak naoliwiony węgiel skupiały się tylko na tobie.
– Tracisz wszystkie mięśnie – ciągnął. – A nie miałaś ich za wiele.
Twoje usta wyartykułowały z zadowalającą jasnością:
– Po co Liktorowi miecz? Na co nam on, panie? Władam kością. Mogę kształtować ciało i przywoływać ducha. Nie potrzebuję już tanergii z zewnątrz. Po co coś tak prymitywnego?
– Cieszę się, że lepiej się czujesz – rzekł. – Nie zamierzam prowadzić z tobą filozoficznych dysput, nie po tym, jak przez ostatnie trzy godziny usiłowałaś się pozbyć wnętrzności. – (Naprawdę?) – Nie jestem potworem. Opłucz usta. Tak, wiem, że potrafisz wypełniać własne ubytki, ale brak dbałości o takie rzeczy to marnotrawstwo.
Wstałaś z łóżka jak duch z grobowca i chwiejnie powlekłaś się do najbliższej umywalki, gdzie rozsunęłaś gówniany woal i z niechęcią wypłukałaś zęby środkiem przeciwpróchniczym. Pas asteroid zaszemrał nagląco pomrukiem oficerów Kohorty, na co Cesarz odpowiadał: „Tak”, a potem „Nie” i „Nowe okładziny to bezsens, i tak «Erebos» będzie wykorzystywany do transportu”.
– Łaskawy panie, wierna Święta Radości… – zaczął któryś z oficerów.
– Jeszcze się nie nauczyła czekać – rzekł Bóg. – Wstrzymajcie łączność. Rano odpowiedziałem na trzy komunikaty.
– Ale jej rozkaz przeczy…
– Rozkaz Liktora jest rozkazem Boga i powinien być wykonany z taką samą rewerencją jak mój – uciął Cesarz. – Poza tym wypadkiem. Jeśli dalej będzie tak robiła, postaw na steli ostatnią osobę, jaka ukończyła Trentham, i każ jej wydawać dźwięki zakłóceń.
– Panie…?
– Wydmuchiwanie powietrza przez zęby, język do podniebienia, dłonie przed ustami. Brzmi podejrzanie, wiem, ale nigdy się nie zorientowała, kiedy tak robiłem.
Splunęłaś do umywalki. W lustrze dojrzałaś Ciało czekające obok ciebie. Miało na sobie turkusowe szpitalne giezło, takie jak twoje, na jego włosach mienił się szron, a cudowne usta tworzyły twardą linię. Na plecach miało przytroczony miecz. Napotkałaś w lustrze wzrok Boga i przez moment byłaś przekonana, że on też je widzi, że dostrzega was oboje, ale to było tylko przywidzenie.
– Chciałbym, żebyś poszła ze mną, Harrowhark – powiedział.
Ponure, niewyspane twarze oficerów wykrzywiły się w jednoczesnym grymasie.
– Wybacz, Łaskawy Książę – odezwał się jeden z nich, bardzo, bardzo cicho – ale pozwól przypomnieć sobie, że admirał Morza Martwego i admirał Nieustającej Floty rozpoczęli spotkanie… dziesięć minut temu.
– Żadne spotkanie nie poderwie osiemnastu tysięcy umarłych – odparł Cesarz. – Potrzebuję najpierw chwili z Harrowhark z Pierwszego. Stawcie się, proszę, za dziesięć minut w Starej Komnacie.
Oficerowie rozproszyli się, jakby nagle stracili wiązania atomowe, i spłynęli korytarzem prawie biegiem. Obawiałaś się, że ktoś może ci zabrać miecz, więc zamiast go podnosić, wróciłaś do łóżka, skąd łypał na ciebie ponuro, przetoczyłaś się na jego stalowy płaz i przytroczyłaś do pleców, przywiązując krzyżowo pasami gęstej kości, jeden wokół rękojeści, drugi wokół ostrza. Przytłoczona jego ciężarem, z twarzą osłoniętą poszarpaną maską, pożałowania godna w swej turkusowej nagości, szłaś długim korytarzem w towarzystwie Cesarza, usiłując określić się w czasie i przestrzeni.
Byłaś w zasadzie naga. Miecz ciążył ci tak, że się garbiłaś. Twoja Niesławna Maska była patchworkiem łuszczącej się osteologii. Wyglądałaś jak kretynka.
– Prosz… Jakby jakieś spotkanie admiralicji trwało mniej niż dwadzieścia minut – mruczał pod nosem Bóg.
– Co się ze mną dzieje? – zapytałaś, z niejakim trudem artykułując głoski.
– Przeżyłaś szok – wyjaśnił Cesarz, co w zasadzie nie było wyjaśnieniem.
– Czy przechodzą to wszyscy nowi Liktorzy?
– Niektórzy – odparł niekonkretnie, co wcale cię nie uspokoiło.
Tablet zapikał, ale po zerknięciu Cesarz schował go do kieszeni.
– A teraz jak się czujesz?
Chwilowo nie było miejsca na uczucia własne. Znajdowałaś się pod obstrzałem danych sensorycznych mięśni siedmiuset ośmiu klatek piersiowych. Każde z ciał na pokładzie było jak świadomość gotującego się posiłku, smakowitego zapachu, istoty czegoś gorącego i obfitego. Ich tanergia i talergia falowały w sobie i wokół siebie jak kwiat albo jak światło igrające na metalu. I było coś jeszcze: na krawędzi zmysłów słyszałaś głębsze, uśpione wrzenie życia i śmierci, ogromną liczbę ciał, lecz przytłumioną. Czułaś umarłych w jakiejś pokładowej kostnicy – dziesięć wyraźnych tłumoków zmarłych, tanergia z zatrzymanym rozkładem talergii, zamrożonym w jednym mgnieniu. Bezruch tej tanergii był nieprawdopodobny – nawet ciało w lodzie nie jest tak nieruchome.
Zdałaś sobie sprawę, że przestałaś iść. Cesarz stał i spokojnie na ciebie czekał.
– Jestem bardzo zmęczona rekonwalescencją, panie – wyznałaś.
– Gdyby wszystko szło po mojej myśli, miałabyś na to miesiące, nie tygodnie. Pozwoliłbym ci wracać drobina po drobinie, aż poczułabyś się gotowa na przebudzenie. Ale tak nie jest. Opanowałem Śmierć, Harrowhark, chciałbym, żebyś ty uczyniła coś mądrzejszego, żebyś opanowała Czas. Muszę cię prosić, byś wkrótce była gotowa, dlatego pokażę ci coś, co być może… wyzwoli twoją gotowość.
Byłaś do głębi, szczerze uspokojona jego wyrozumiałością i taktem. To trzymało cię w przytomności, przy życiu przez całą podróż, pomimo że winda żeglowała w przestworach „Erebosa” przez całe dziesięć minut. Nigdy nie widziałaś niczego tak nowego i świeżego. Skupiałaś się na pięknym srebrno-czarnym grawerunku metalowych okładzin z tęczowymi mozaikami, na czaszce nad drzwiami, której jakiś niestrudzony adept nadał kształt czaszki z Pierwszego, na czyichś kościach wtopionych artystycznie w środkowy symbol okolony ośmioma Domami. Czaszka twojego Domu wyglądała prosto i niepozornie w porównaniu do pozostałych. Miękkie, ciemne zasłony zakrywały pleksi, metal i staroświecki blask LED-ów elektroniki.
A potem drzwi otworzyły się na przepastną, pełną echa przestrzeń, a głośnik nad głową oznajmił:
– Nasz Bóg Cesarz pobłogosławił swą obecnością hangar ładunkowy numer dwa.
Ludzie rozchodzili się, oddalali, pojedynczy oficerowie Kohorty w tych ich białych mundurach robili się niewidoczni, kłaniali się, przerywali prace i odchodzili, żeby zapewnić swemu panu prywatność. Odgłosy ich kroków kojarzyły się z tupotem uciekających zwierząt.
Stałaś na balkonie, stalowej konstrukcji zawieszonej nad oceanem setek podłużnych skrzyń. Każda z nich miała długość ciała i wysokość jego połowy, a wszystkie wykonano z kości. Ich rzędy i szeregi były tak oszałamiająco równe, że potrzebowałaś chwili, by przyswoić widok, bo twój wzrok falował i przeskakiwał. Chłodny powiew powietrza z recyrkulacji poruszał twoją koszulą i przyprawiał o gęsią skórkę na udach, lecz zimno utrzymywało cię w przytomności, a ty chciałaś być przytomna. Kość skrzyń lśniła mniej czystą bielą niż stopowy metal i pokryte plastikiem okładziny ścian ładowni, a powierzchnię kości okrywała miękka, przezroczysta powłoka, tak cienka i napięta, że dało się przez nią zajrzeć… A pod nią…
– Mój obiecany dar. Odnowa twojego Domu – wyjaśnił Cesarz. Na widok twojej miny uprzedził cię łagodnie: – Jest ich prawie pięćset i tylko jedna trzecia z nich wykazuje odczyt nekromantyczny, podobnie taki wykaże jedna trzecia ich potomstwa. Mają od piętnastu do czterdziestu lat, bo uznałem, że tak będzie najłatwiej.
– O mój Boże – jęknęłaś, zapominając, że wspomniane bóstwo stoi tuż obok. – Starożytni umarli. Dokonałeś wskrzeszenia.
– Nie. Tak naprawdę nie wskrzesiłem nikogo już od dziesięciu tysięcy lat. Ale wtedy… wielu zostawiłem nienaruszonych jako zabezpieczenie. Spali całe milenia, Harrow, i szczerze mówiąc, obudzenie ich to ulga dla mego umysłu. Zanim wyślemy ich do Dziewiątego, zainicjuję proces wyciągania ich na powierzchnię.
Odpięłaś materiałową maskę nieco skrępowana, że ukazujesz Cesarzowi tak nagą twarz. Ale przecież on i tak już ją widział. Chora nadzieja zabulgotała w tobie, jak pęcherzyki azotu u nurka, aż się zapomniałaś.
– Pozwól mi iść z nimi – poprosiłaś. – Nie na długo. Na tyle, bym mogła przedstawić ich mojemu Domowi, mojemu seneszalowi… Tylko na tyle, by powiedzieć im, że…
– Zwolnij, Harrowhark – przerwał ci. – Musimy porozmawiać, zanim mnie o to poprosisz. Żałuję tylko, że nie mam więcej czasu na wyjaśnienia.
Zbiegałaś po metalowych schodach po dwa naraz, czując, jak serce łomoce w ściany osierdzia, jak cienkie osłony stopni trą o twoje stopy. Otrzeźwiona bólem wędrowałaś między rzędami swych cichych, pogrążonych we śnie ludzi. Przystawałaś nad ich kołyskami, przenikałaś wzrokiem cienką warstwę skóry ukazującą promienistą sieć naczyń i komórek. Wpatrywałaś się w każdą twarz, usiłując zapisać ją w pamięci, ale ich rysy stapiały się w amalgamat, w morze nowych, obcych Dziewiątych. Odpłynęłaś trochę przytłoczona, oszołomiona. Ciało podążało za tobą, dokładnie pół kroku z tyłu, trzymając martwą, spokojną dłoń na twoim krzyżu.
Kiedy ty i Ciało zaglądaliście do każdej trumny, Cesarz utrzymywał pełen szacunku dystans między sobą a swym dziełem. W pewnym miejscu szeregi kościoskórnych skrzyń skończyły się, zastąpione przez mniejsze, kolorowe rodzeństwo. Te były zrobione z białego kamienia, nie tkanki kostnej, a zostały tak niedawno pokryte rzeźbami, że pył po obróbce nadal przylegał do boków. Miały wszelkie możliwe kształty, sześcioboki, skrzynie do głębokiego pochówku, kompaktowe sześciokątne ossuaria. Wszystkie naznaczono barwami domów. Brakowało czerni – tutaj nie było trumien dla twojego Domu, za wyjątkiem jednej, prostej, która stała z boku. Leżała na niej pojedyncza róża, obsypująca kamień mlecznymi płatkami.
To były zwłoki, o których wiedziałaś już wcześniej; każdy stanowił odrębny, cichy pakiet tanergii, bez śladu połysku talergii bakteryjnej na skórze. Posągowe i nieprzemijalne. Być może dzieło Imperatora. Ale niektóre były wynaturzone. Patrzyłaś beznamiętnie na sześciokątną skrzynię owiniętą szkarłatem i bielą Drugiego Domu, która nie zawierała ludzkich szczątków. Pojedyncza trumna przykryta połyskliwą chustą przetykaną złotem Trzeciego Domu nie kryła nikogo z Trzeciego. Nie wyczuwałaś też ciał w żadnym z szarych, prostych heksagonów Szóstego, choć w jednej znajdowały się żałosne resztki i szczątki, tylko pozostałości, o wiele mniej niż ciała. Coś przemknęło po twoim układzie nerwowym, jakby emocja, ale choć walczyło, ku twojej uldze, szybko poległo.
Byłaś świadoma Ciała stojącego nieco za tobą, prawie u boku Cesarza.
– Jak wyjaśnisz brakujące trupy?
– Pośród innych wątpliwych przywilejów Pierwszego Domu jest również ten, że rzadko żąda się od nas wyjaśnień.
– Kawalerowie…
– Połączyli się ze swymi Liktorami. To nie do końca kłamstwo. To po prostu wypłaszczenie cudownej… i sakramentalnej… prawdy.
Nie odpowiedziałaś.
– Przeczesaliśmy dokładnie Dom Kanaan, gdy po ciebie przybyliśmy – podjął Cesarz, kiedy milczałaś. – Nie odnaleźliśmy nikogo żywego i żadnych szczątków poza tymi, a cokolwiek spotkało tych, których nie potrafimy namierzyć, o ile w ogóle coś ich spotkało, tę zagadkę planuję rozwikłać. Na razie ogłosiłem, że są martwi. Być może to przedwczesne, wolę jednak, by Domy ich opłakały teraz i w razie czego cieszyły się ich powrotem.
Kiedy wpatrywałaś się w tę nieokrytą, prostą trumnę, tę z woskową różą, spłynęło na ciebie olśnienie, który ze starożytnych, zrakowaciałych trupów leży w niej zamrożony. Twój system nerwowy usiłował przetworzyć tyle emocji jednocześnie, że się wyłączył. Ciało podeszło i odwróciło twoją głowę, ale nie mogło wymazać powidoku po tym nagłym wglądzie w patchwork wspomnień.
– Musi wrócić do domu, Harrow – rzekł Cesarz łagodnie.
Nie spojrzałaś na niego.
– A czy Dom Siódmy ją przyjmie?
– Siódmy nigdy nie był jej Domem. Zabieram Cytereę do jej śpiących braci i sióstr.
Rozdarł cię ból. Płonęłaś. Paznokcie Ciała zrobiły gładkie, zimne ścieżki na twoim gorącym policzku, gdy zmusiła cię, żebyś spojrzała na kościoskórne skrzynie z tyłu, na martwych, którzy teraz tylko spali, a byli świadkami najstarszego cudu, o jakim wiedziałaś. Część danej obietnicy została spełniona. Pragnęłaś, by ci to przyniosło ulgę, ale nie pamiętałaś już, jak to działa w sensie gruczołowym.
Teraz stałaś twarzą w twarz z Bogiem. Mogłaś przyglądać mu się bez skrępowania – lśniącej iryzacji tęczówek, nieustępliwej czerni rogówek i źrenic, pociągłemu, kwadratowemu, kulturalnemu obliczu. Bóg miał głębokie zmarszczki na czole i pod oczami. Brwi opadały nieco smutnie, ale reszta twarzy – żartobliwa i mimiczna – była zwyczajna i normalna. Chłodne, białe światła ładowni wydobywały wszystkie wyświechtane od noszenia fragmenty jego koszuli i nadawały ciepłe odcienie brązu jego dłoniom a twarzy codzienny ochrowy ton. Gdybyś ujrzała go, nie wiedząc, kim jest, pomyślałabyś, że jest całkowicie przeciętny. Ale nie mogłaś na niego patrzeć i nie wiedzieć. Straszliwa boskość przylgnęła do jego skóry.
– Mógłbyś ich wskrzesić – powiedziałaś, nie filtrując słów od myśli. – Potrafiłbyś. Ale tego nie uczynisz, prawda? Dlaczego?
– Z tego samego powodu, z którego nie robiłem tego od tysięcy lat. Z tego samego, z którego nie mogę powrócić do Dziewięciu Domów. To zbyt wielki koszt.
Zachwiałaś się lekko. Może upadłaś. Metalowa krata pod kolanami wytłaczała czerwony wzór na twojej skórze, a wiejące przez otwory powietrze pachniało pastą antystatyczną.
– Naucz mnie, panie, jak liczyć ten koszt – poprosiłaś kraty.
Bóg pomógł ci wstać. Wsunął ci dłonie pod pachy i całkiem zwyczajnie dźwignął cię na nogi. A potem niezręcznym gestem poklepał cię po ramionach, jakby w ten niezdarny sposób chciał cię pocieszyć, choć nie bardzo wiedział, jak to zrobić. Dopiero wtedy cofnął ręce.
– Nie klękaj przede mną, Harrow. Nie pozwolę ci na to, w każdym razie dopóki nie będziesz miała pełnej świadomości istoty tego gestu. Przykro mi, gdy widzę, jak udajesz uległość, choć gdybyś znała pełną historię, być może uderzyłabyś mnie prosto w twarz.
– Ależ Boże mój…! – zaprotestowałaś zapłoniona.
– I nie nazywaj mnie Bogiem. Nie pojmujesz znaczenia tego słowa, a ja nie chcę być jeszcze twoim Bogiem. Jesteś pacjentką, nie uczennicą. Czy możesz to zrobić? Nie chcę cię naciskać, Harrowhark, ale mamy mało czasu.
To było nie do zniesienia.
– Wciąż posiadam część swoich zdolności, panie.
– Na więcej obecnie nie możemy liczyć.
Oparłaś się o trumnę, w której nie spoczywała Coronabeth Tridentarius, ponieważ był to kamienny blok, którego nie dało się uszkodzić, wspierając się na nim. Od ciężaru miecza bolały cię plecy. Łagodny Książę obserwował, jak usiłujesz ustać, przygarbiona pod masą stali.
– Nadal jesteśmy tuż poza systemem Dominikusa. Kiedy poczujesz się lepiej, wyślemy „Erebosa” do Dziewiątego Domu, aby dostarczył to, co obiecane. Potem powędruje od Domu do Domu, rozwożąc zmarłych. Jednak mnie na nim nie będzie. Możesz wybrać, czy chcesz ode mnie odejść, czy zostać jako moja Ręka. Sensu stricto to zależy od ciebie.
Usiłowałaś przypomnieć sobie, co powiedziałaś po pierwszym przebudzeniu się na pokładzie „Erebosa”, gdy pierwszy raz ujrzałaś swego Wskrzesiciela. Ale ci się nie udało.
– Wybrałam…
– Nieświadomość. To nie był wybór. Posłuchaj.
Oparł się o gródź tuż przy prostej trumnie, na której postawił tablet, i położył rękę na gładkiej powierzchni niedaleko róży.
– Co się dzieje, gdy ktoś umiera? – zapytał.
Pytanie było tak łatwe, że powinnaś odpowiedzieć nań z marszu, powinno ci to przyjść jak oddychanie i dlatego tak jak ono, sprawiło ci trudność. Prostota wydawała się pułapką. Wbiłaś paznokieć w udo tak mocno, że naczynka pod skórą popękały.
– Apopneumatyzm. Duch zostaje zmuszony do opuszczenia ciała. Następuje początkowy wykwit tanergii.
– Dlaczego tak się dzieje?
– Rozkład talergetyczny powoduje śmierć komórkową – odrzekłaś ostrożnie, wciskając jeszcze mocniej palec – podczas której wydziela się tanergia. Masowa śmierć komórek następująca po apopneumatyzmie inicjuje reakcję łańcuchową, podczas której w czasie trzydziestu do sześćdziesięciu sekund wykwit zanika i stabilizuje się poziom tanergii.
– A co dzieje się z duszą?
– W przypadku śmierci rozłożonej w czasie, jak w wypadku starzenia się czy choroby albo podobnych, przejście odbywa się automatycznie i bezpośrednio. W przypadku szoku apopneumatycznego, kiedy śmierć następuje gwałtownie, nagle, eksplozja energii może mieć siłę wystarczającą, by oprzeć się ciśnieniu osmotycznemu i pozostawić duszę czasowo odizolowaną. Stąd biorą się duchy i widma.
– A co posiada duszę?
Nie miałaś szans dotrzeć do mety. Pytania zaczynały brzmieć głupio, sofistycznie. Ciało obserwowało cię bacznie zamglonymi oczyma.
– Wszystko złożone talergetycznie w stopniu wystarczającym, by… posiadać duszę. A więc ludzkość.
Cesarz zabębnił palcami o wieko trumny i rzekł nieco kapryśnym tonem:
– „Ach, czemuż brak nam nieśmiertelnej duszy? Chętnie oddałabym te setki lat, które mam do przeżycia, by choć przez jeden dzień być człowiekiem”.
– Co… proszę? – To cię całkiem wytrąciło z równowagi.
– Myśl, Harrowhark – powiedział, nieprzyjemnie przypominając pewną osobę. Nadałaś paznokciowi lepszy kąt, zaostrzyłaś martwą płytkę keratynową w szpic i w końcu puściłaś krew. – Co jeszcze posiada ogromnie złożoną masę talergii? Jaka jest rola nekromanty w Kohorcie?
Twój mózg poddał się w sposób haniebny, ale coś z dawnej Harrowhark pozostało – dość, by trwać i zadawać pytania. Byłaś wdzięczna swojemu bezczelnemu duchowemu „ja”, które zadało pytanie: jaka jest rola nekromanty Kohorty? Lepiej brzmiałoby: jaka jest rola szermierza w Kohorcie – by wspierać nekromantę, zadawać śmierć i wytwarzać tanergię niezbędną do zainicjowania procesu działania magii nekromantycznej. Obce planety nigdy nie były planetami tanergetycznymi; posiadały oczywiście rozcieńczoną tanergię, ale zasadniczo miały charakter talergetyczny. W takim środowisku nekromanta był w dużej mierze bezużyteczny. Tanergia tak naprawdę pochodziła z…
– Planeta to w zasadzie kula pyłu – powiedziałaś bardziej do Ciała niż do Cesarza. – Jej talergia pochodzi z kumulacji życia mikrobiologicznego. Nie można jej uznać za całościowy system koherentny.
– Nazwij to duszą zbiorową. Czymże jest bowiem człowiek, jeśli nie workiem życia mikrobiologicznego? Jesteś adeptką kości, nieprawdaż? Magowie ciała stykają się z tą systemową ideą wcześniej niż twoja szkoła. – Zostało to powiedziane grzecznie, wręcz żartobliwie, ale ty zapragnęłaś wskoczyć do śluzy powietrznej na samą myśl, że twój talent można by uznać za coś gorszego niż ten maga ciała, kogoś, czyja edukacja obracała się wokół padliny. Znawców czegoś pożółkłego i galaretowatego. Ludzi, którzy uważali, że w mięsie jest coś ciekawego.
Cesarz wziął tę głęboką, bigoteryjną odrazę za niedowierzanie.
– Po prostu przyjmij to założenie, że planeta posiada ogromną ilość talergii. Jeśli zostanie ona przekształcona, to co mogłoby się wydarzyć w wyniku takiej transformacji?
– To już wiemy – odrzekłaś.
Język puchł ci w ustach, powieki bolały, spęczniałe potrzebą opadnięcia. Pierwszy przypływ adrenaliny się wyczerpywał. Ciało podeszło, wzięło cię za rękę i mocno zacisnęło palce na twoich kościach. To umożliwiło ci wypowiedzenie paru zdań.
– Za każdym razem, kiedy trzeba przełamać opór planety, Kohorta przygotowuje ją dla nekromantów. Z czasem poprzez zaindukowanie rozkładu tanergetycznego planeta ulega przemianie, a nekromanci mogą działać jak zwykle. Nic się nie dzieje… Rośliny i zwierzęta przechodzą transformację… Ostatecznie planeta zmienia się całkowicie, a populację trzeba przesiedlić, ale to proces trwający długo, przez wiele pokoleń. Nie da się tego ująć w kategoriach „wydarzenia”.
– No dobrze, a gdyby planetę zabić natychmiastowo, co wtedy?
Spojrzałaś na swego pana. Cesarz Dziewięciu Domów uniósł ręce, jakby odprawiał modły do stropu ładowni. Jego nieczłowiecze oczy przepełniał spokój, nieporuszenie. Słyszałaś tylko o jednej gwałtownej śmierci planety.
– Ty mi to powiedz, panie. Byłeś tam podczas Zmartwychwstania.
– Tak. I widziałem natychmiastową konwersję talergii. Różnicę między umieraniem z powodu choroby a śmiercią w wyniku zabójstwa. Przeogromny wstrząs, natychmiastowe wyrwanie duszy. I tak jak kiedy dusza zostaje przedwcześnie wyrwana z człowieka, gdy zostanie brutalnie odebrana planecie…
Na twoje dłonie wystąpił nieproszony pot. Strużka krwi spłynęła ci po nodze. Zatrzymałaś ją w pół drogi, wysuszyłaś w łuski i zasklepiłaś przerwaną ciągłość skóry. Teraz nie wymagało to od ciebie żadnego wysiłku.
– Powstaje widmo.
– Zawsze powstaje widmo. Za każdym jednym razem zostaje to przeklęte i bogoburcze widmo. Wybacz grę słów.
Zdawało ci się, że widzisz, jak Ciało oddycha, jak pierś Ciała unosi się lekko i opada. Cesarz skrzyżował ramiona i zapatrzył się w dal z twarzą oświetloną od dołu blaskiem lamp, oczami lśniącymi wilgotną czernią. Dostrzegłaś, że zwilża końcem języka wargi.
– Nazwaliśmy je Bestiami Zmartwychwstania. – Urwał na moment, a kiedy podjął, jego głos nabrał tonu bajarza: – Kiedy system umarł… gdy byłem młodszy, te dziesięć tysięcy lat temu i przywróciłem nas znad przepaści… wszystkie te widma rozpierzchły się w najdalsze zakątki wszechświata, tak jak dusze uciekają ze swych ciał, zaślepione lękiem przed przejściem. Nigdy nie widziałem, by ginąca planeta stworzyła coś innego. Widywałem mniejsze potwory, mniejsze bestie, ale nic podobnego do tej pierwszej fali. Widma te, Harrowhark, przemierzają wszechświat nieubłaganie, nieprzerwanie… i żywią się napotkanymi na swej drodze planetami talergetycznymi jak wampiry… I nie zatrzymają się, póki ja i Dziewięć Domów nie zginiemy. Ścigały mnie przez tysiąclecia, a nie da się ich powstrzymać.
Wywarło to na tobie małe wrażenie. Brzmiało nijako i bezsensownie, jak bajka.
– Czy Liktorzy… zginęli… w walce z nimi?
– Walce? Harrowhark, straciłem połowę swoich Liktorów, gdy ci próbowali zaledwie odwrócić ich uwagę. Zagładzenie bestii jest nieprawdopodobnie skomplikowane. Te, które zdołaliśmy zabić, ginęły dzięki łutowi szczęścia. One były młode, my w szczycie sił. Ale potem… nasze szeregi się przerzedziły… przez czysty przypadek czy też misję samobójczą.
– Ile ich jest, tych widm?
Przygotowałaś się na astronomiczną liczbę. Ciało uniosło brwi, kiedy Cesarz odpowiedział:
– Trzy. Było ich dziewięć. Ochrzciliśmy je numerami. W ciągu ponad dziesięciu tysięcy lat udało nam się wyeliminować w sumie pięć. Drugie niedługo po Zmartwychwstaniu. Pozbycie się Ósmego kosztowało nieśmiertelną duszę, a ja nadal przeżywam ten dzień w koszmarach. Szósta bestia zniknęła dzięki jednemu z moich Rąk, Cyrusowi, który wciągnął ją w czarną dziurę o ogromnej masie, i mam nadzieję, że została unicestwiona, bo Cyrus stamtąd nie wrócił.
Zanim zdążyłaś jakkolwiek zareagować, na przykład okrzykiem, albo też podważyć matematykę Cesarza, bo w żaden sposób nie trzymała się kupy, Łaskawy Książę uczynił coś przerażającego. Odepchnął się od prostego sarkofagu z różą, stanął przed tobą i skrzynią ze szczątkami z Trzeciego i z tymi oczami potwora oraz przeciętną twarzą ujął cię za ręce. Poklepał je delikatnie, jakbyś była dzieckiem, którego zwierzątko zostało zmiażdżone w tragicznym wypadku. Wolałabyś, żeby wyrwał ci żebra z chrząstek żebrowych i pomachał nimi w powietrzu. Wolałabyś, żeby złapał cię za szyję i skręcił kark. Zobaczyłaś jasne światło. Wstrząsnął tobą do głębi.
– Wybór, który ci dałem, zawsze był pozorny. Wybacz mi. Bestie Zmartwychwstania zawsze wiedzą, gdzie jestem, a gdziekolwiek się znajdę, kierują się w tę stronę i ruszają… z wolna… ale nieubłaganie. I nie biorą na cel tylko mnie, choć to na mnie najsilniej się koncentrują. Polują na każdego, kto popełnił… niezmazywalny grzech.
Wpatrywałaś się w niego, a on opuścił ręce.
– Który niezmazywalny grzech? – zapytałaś.
– Ten, który popełniłaś, stając się Liktorią – odrzekł Cesarz.
Usłyszałaś jakby stłumiony huk zamykających się wrót Mogilnicy. Wyczułaś zgrzytanie mechanizmu i nieznośny hurgot, echo zatrzaskiwania się roznoszące po dolnym poziomie i wędrujące w górę szybu. Potem to wspomnienie zamgliło się i znów przepadło stracone w twojej chaotycznej kolekcji reszty.
– Przyjdą po mnie – powiedziałaś i wyrzekłaś te słowa dlatego, bo uznałaś, że należy je urzeczywistnić. – Jeśli wróciłabym do Domu, podążyłyby za mną.
– Odkąd poznaliśmy konsekwencje, żaden z Liktorów nigdy nie wrócił do Domu. Żaden, za wyjątkiem jednego, a raczej jednej, która wiedziała doskonale, że przechwycę ją i że zrobię to właśnie z tego powodu.
Spojrzałaś znowu na jej prosty sarkofag. Nie był szczególnie duży; ciało, które mieścił, nie było wysokie ani szerokie, ani imponujące, ani okazałe.
Odlegle, jak przez mgłę, powiedziałaś nieobecnie:
– Czy więc twoim zamiarem jest nauczenie mnie, jak walczyć z tymi bestiami?
– Niewcześniej, nim nauczę cię uciekać. To trudna lekcja. Nigdy nie jest skończona. Ale ja uciekam od dziesięciu tysięcy lat, więc będę twoim nauczycielem.
Położył dłonie na twoich ramionach, a ty spojrzałaś w tę jego osobliwą, zwyczajną twarz.
– Mówi – rzekło Ciało wyraźnie – że musisz się nauczyć władać mieczem.
Spojrzałaś na nie ponad jego ramieniem. Cesarz instynktownie podążył wzrokiem za twoim spojrzeniem, ale nie mógł zobaczyć tego, co ty: śladów po łańcuchach wokół nadgarstków, szyi i kostek drugiej dziewczyny. Nie dostrzegłby tych długich, opadłych wilgocią na ramiona włosów, tego żywicznego koloru, który w chwili śmierci mógł być brązowy, mógł być złoty, mógł być każdy inny.
Nie mógł usłyszeć głosu, niskiego, chrapliwego, melodyjnego ani pobrzmiewającego w nim suchego upiornego echa innych głosów, które znałaś: Wielebnej Matki, Cruxa.
Nie mógł wiedzieć, że Ciało z Zapieczętowanego Grobowca nie przemówiło do ciebie od nocy, kiedy rozmasowywałaś fioletowe, napuchnięte skrzepliny w szyjach martwych rodziców, żeby fakt, że się powiesili, nie był aż tak oczywisty.
Nie wiedział, że towarzyszyła ci przez pełen spokoju rok, a potem widywałaś ją jedynie w snach. Nie mógł wiedzieć, że kiedy byłaś dzieckiem, jej oczy często lśniły czernią jak twoje, ale odkąd liktorska agonia wykręcała ci ciało, jej oczy przybrały niesamowity żółty odcień, zbrązowiały, gorący, zwierzęcy, bursztynowy, jak wnętrze jajka.
Gdy miałaś dziesięć lat, Ciało było ciche i zdyscyplinowane, praktyczne i litościwe. W wieku lat czternastu – czułe, pogodne i czasami uśmiechnięte. Kiedy miałaś szesnaście – stanowcze, pełne pasji. We wszystkich tych wcieleniach zachowało jednak śluby milczenia. Teraz dźwięk głosu Ciała oznaczał, że obłęd wrócił do ciebie z pełną siłą.
– Nie mogę – powiedziałaś. – Nie mogę, kochana. Nie ma go.
– Harrow? – zapytał Cesarz, ale ty w zasadzie zapomniałeś o jego istnieniu.
– Podążamy w głąb długiego przejścia – rzekło Ciało. – Musisz się odwrócić.
– Pogrążyłam się w ciemności – odpowiedziałaś. Każdą z wilgotnych rzęs Ciała pokrywał szron. – Straciłam go. Już go nie ma. Jest tylko pustka. Musiałam coś źle zrozumieć. Jestem tylko w połowie Liktorią. Jestem niczym, bezsensem, jestem bezzałogowa.
Poczułaś dotyk rąk na ramionach i odwróciwszy wzrok od ukochanej twarzy, przeniosłaś go na tę należącą do Króla Wskrzeszenia.
– Ortus Nigenad nie zginął na darmo – rzekł.
Kiedy mówił, jego usta wyglądały dziwnie. Twoją kość skroniową przeszyła błyskawica bólu. Twoje ciało było nieczułe na żal, być może kiedyś go czułaś, ale przestałaś.
– Ortus Nigenad zginął przekonany, że to jedyny dar, który mógł ofiarować – powiedziałaś. – A ja go zmarnowałam jak… powietrze.
Twarz Króla Wskrzeszenia przybrała wyraz człowieka rozwiązującego niezwykle skomplikowany i złożony emocjonalnie anagram.
– Ortus – powtórzył, ale żółć podchodziła ci już do gardła, wlewała się do ust, zanim Ciało przesunęło chłodną ręką po twoim czole i nosie, a ty wysmyknęłaś się z cesarskiego uścisku.
Prawie osunęłaś się bez zmysłów na podłogę.
– Ortus Nigenad – zaczął Cesarz ponownie, niemal z namysłem, a potem już nie byłaś świadoma niczego, poza tym, że nie obrzygałaś Boga, co musiało wystarczyć ci za pocieszenie.
WIELEBNA CÓRKA Harrowhark Nonagesimus powinna zostać trzysta jedenastą Wielebną Matką ze swego rodu. Była osiemdziesiątą siódmą Noną ze swego Domu, pierwszą Harrowhark. Imię otrzymała po ojcu, który został nazwany po swej matce, również dziedziczce imienia jakieś ponurej zewnętrznej pokutniczki zaprzysiężonej do milczącego łoża małżeńskiego Zapieczętowanego Grobowca. Tradycja. Mogilnica nigdy nie praktykowała czystości Zmartwychwstania. Jedynym celem Dziewiątego było podtrzymanie nieprzerwanej nekromanckiej linii opiekunów grobowca. Teraz cała ta krew, która przetrwała, płynęła w żyłach Harrow. To ona była ostatnią nekromantką oraz ostatnią żyjącą dziedziczką rodu.
Jej narodziny były kosztowne. Osiemnaście lat wcześniej, aby wyrwać ostatni pąk z tej zamierającej osi, jej rodzice wymordowali wszystkie dzieci Domu w celu zapewnienia mu potomka nekromanty. Harrow została powołana do życia w godzinie pallor mortis, chwili, gdy dusze innych dzieci wydostawały się z ciał, a jej początek był zainicjowany zapłonem tanergii momentu umierania, który jej rodzice mozolnie obliczyli. Nic z tego przed nią nie ukrywali. Tłumaczono to Harrow rok po roku od czasu, gdy nauczyła się, kiedy mówić, a kiedy milczeć. A umiejętność ta przychodziła dzieciom z Dziewiątego bardzo wcześnie.
Jako dziecku pozwalano jej zdjąć kapę i wejść do łóżka dopiero po ukończeniu odmawiania czterdziestopięciominutowych wieczornych modlitw nadzorowanych przez okropne ciotki, Lakrimortę i Aisamortę. Były surowymi nauczycielkami dziecięcego katechizmu, a ich obecność silnie motywowała Harrow do recytowania modlitw wiernie, by nie zaczynać za każdą pomyłką od nowa i nie przedłużać konieczności przebywania w towarzystwie cuchnących kadzidłem i próchniejącymi zębami matron. Artykułowała wyraźnie, bez seplenienia modły według ich własnego pomysłu: „Będę służyła Grobowcowi po kres moich dni, a potem niech pochowają mnie w dwustu grobach…”, co uważały za uroczo żartobliwą formę, stosowną dla małej dziewczynki.
Poza tym Harrowhark pozostawiano samej sobie. Wstawała dobrze przed Pierwszym Dzwonem i modliła się w kaplicy, zanim jeszcze włączano ogrzewanie, przesuwając koraliki modlitewne zgrabiałymi palcami. Potem zaszywała się w jednej z bibliotek z lampą zasilaną baterią, kocem i książkami. Naukę nekromancji rozpoczęła samodzielnie, a jej nauczycielami i mentorami byli umarli.
Harrow nie miała świadomości, jak trudne jest zrozumienie tego, co robili dorośli nekromanci, wobec czego nie bała się podejmować prób pojęcia tego. Jej rozwój nie cierpiał ani z powodu ego, ani z powodu obaw. Czasem wieczorem rodzice kazali jej recytować swoje teoremy albo tworzyć kości łokciowe z czaszki zmielonej na proszek. Albo prosili starego marszałka Cruxa, by zrzucił jakiegoś świeżego trupa z najwyższego poziomu, by truchło spadło na sam dół, a następnie zadawali Harrow ćwiczenie połączenia kości na ślepo, przez skórę i mięso. Potem otwierali ciało, żeby zobaczyć, jak dobrze lub źle sobie poradziła, ale tak czy inaczej ich aprobatą była głównie ulga. W jej geniuszu otrzymali to, za co tak drogo zapłacili.
Crux mówił jej, że kiedyś rodzice byli inni. To musiało być, zanim dopuścili się tej drobnej masakry dzieci. Harrow nie była szczególnie zainteresowana tym faktem; nigdy nie potrafiła sobie przypomnieć rodziców innych niż wyzutych z radości. Matka rzadko się odzywała, a jeśli już, to zwracała się prawie wyłącznie do olbrzymiego Kawalera, człowieka, który wyglądał, jakby chciał zapłakać, gdyby tylko wiedział, jak to zrobić. Najwyraźniejsze wspomnienie Harrow związane z matką to jej dłonie prowadzące dziecięce rączki nad nieudolnie odwzorowanym fragmentem czaszki, palce chwytające tłuściutkie nadgarstki niemowlęce, zaciskające się w kajdany, by wskazać prawidłową technikę.
Ojciec był tym rozmowniejszym rodzicem. Wieczorami czytywał swojej małej rodzinie czasem kazania, czasem starożytne listy rodzinne. To było kolejne wspomnienie Harrow – światło elektryczne za fotelem ojca, ona sama siedząca na trzynogim taborecie obok matki i monotonny głos, który nie milkł, zanim Kawaler lekkim dotykiem nie dawał znać, że można już przestać. Harrow kuliła się we wnętrzu czarnej kościelnej szaty z kapturem i ćwiczyła tworzenie małych kawałków kości pomiędzy palcem wskazującym a kciukiem, wciskając je w miękkie opuszki, i mentalnie rozdzielała swe ciało na dwieście fragmentów relikwiarzowych.
A potem nagle wszystko się zmieniło i to już na zawsze. Harrowhark zakochała się po uszy.
* * *
No, może nie od razu „po uszy”. To był długi proces. Zanurzała się w nim powoli, stopień po stopniu schodziła w głąb, forsowała wytrychem zamki, otwierała kolejne drzwi, aż w końcu włamała się do samego serca.
Jej życie obracało się wokół Zapieczętowanego Grobowca, a to, co w nim spoczywało, skupiało jej myśli od momentu, gdy pojęła, co to jest – pogrążone w wiecznym śnie ciało leżące w ruinach Dziewiątego Domu. Nauczono ją miłości do Cesarza, który dziesięć tysięcy lat wcześniej uwolnił wszystkich od śmierci, na jaką nikt nie zasługiwał, z Grobowca uczynił symbol swego zwycięstwa i końca. Matka i ojciec Harrow bali się tego, co spoczywało w tej zamkniętej mogile. Okropne babki cioteczne czciły to, lecz cześć ta wynikała z desperacji, jakby zbiorowa trwożna adoracja mogła skłonić to coś do oszczędzenia Boga. Nikt nigdy nie pragnął otworzyć drzwi i zobaczyć, co się za nimi kryje. Wrota te otwarto dla ciała, które wniesiono do środka, i miały zostać otwarte w jakimś momencie bliżej nieokreślonej katastrofy dla jego wydostania.
Harrow miała zakaz wchodzenia tam, tak samo jak miała zakaz wchodzenia na najwyższy taras szybu i uderzania młotkiem w mechanizmy śluzy tlenowej – ponieważ to oznaczało koniec.
Większość życia upływała Harrow w ciszy. Bywały dni, gdy życie wydawało się jej trudne. Nużące. A w najgorszych dniach – jałowe. Pamięć przywoływała teraz to, co się stało, w wersji bezkrwawej, a szczegóły nie miały znaczenia. Pewnego bardzo złego dnia, kiedy wydawało się, że cały świat jej nienawidzi i że ma do tego pełne prawo, zaciskając pióro w poranionych, poobijanych knykciach, napisała list pod dyktando złamanego serca, w którym wyjaśniała powody swego samobójstwa. Potem zeszła na dół i otworzyła drzwi. Całkiem niespodziewanie nie padła od tego trupem. A co jej nie zabijało, to budziło jej ciekawość.
Próg przekroczyła dopiero, kiedy była znacznie starsza. Wszystko tam zastawiono pułapkami, ale pułapki były pułapkami Dziewiątego, stworzonymi z kości i szczerzącego się szkieletu, a Harrow posługiwała się takimi, odkąd nauczyła się raczkować. Ostatecznie doświadczenie okazało się zaledwie pouczające. Pokonała jaskinię – pełną pułapek, przeszła przez fosę czarnej wody – pełną pułapek, wdrapała się na wyspę – tak, też zapułapkowaną, i dotarła do lodowego mauzoleum – zapułapkowanego w stopniu absurdalnym. A ponieważ nadal żyła, mogła zajrzeć do odkrytej trumny, w której spoczywał powód jej istnienia.
Zwycięstwem i zarazem śmiercią Cesarza okazała się dziewczyna. No, kobieta. W tamtym czasie Harrowhark nie potrafiła tego precyzyjnie określić, a przypisanie płci zostało podyktowane jedynie własnym interesem. Ciało obleczone w białą szatę trzymało w splecionych dłoniach miecz i zostało umieszczone w lodzie. Było piękne. Świetna muskulatura, każda kończyna jak rzeźbione odwzorowanie kończyny doskonałej, każda z bezkrwistych stóp o wysoko wysklepionym łuku była symulakrum ideału stopy. Każda z czarnych, oszronionych rzęs spoczywających na policzku rysowała się na nim perfekcyjną nieruchomą czernią, a nos – nos był ukoronowaniem tego, czym nos być powinien. Nic z tego nie złamałoby ducha Harrow, gdyby nie usta, doskonale niedoskonałe usta. Lekko krzywe z wgłębieniem w dolnej wardze, jakby ktoś zrobił je, naciskając opuszkiem palca. Harrow, która przyszła na świat tylko i wyłącznie po to, by czcić tego trupa, pokochała go od pierwszego wejrzenia miłością nieokiełznaną.
A więc śmierć Boga była jednocześnie śmiercią Harrow. Stała się nieostrożna podczas swych wizyt i rodzice… odkryli… co zrobiła, jaki rodzaj grzechu popełniła i zareagowali tak, jakby roztrzaskała młotem system podtrzymywania życia. W obliczu apokalipsy wybrali śmierć z rąk własnych, zanim inna śmierć położy na nich ręce. Nawet nie byli rozgniewani. Ze spokojem i pogodzeniem matka i ojciec oraz ich Kawaler zawiązali pięć pętli – jedną dla matki, jedną dla ojca, dwie dla Mortusa i jedną dla Harrow. A potem się powiesili niemal bez westchnienia, bez szamotaniny. Byłoby lepiej, żeby Harrow do nich dołączyła. A jeszcze lepiej, gdyby wczołgała się do krypty, położyła przy ukochanej kobiecie i pozwoliła resztę zrobić mrozowi.
Ale Harrowhark – Harrow, która była kondensacją śmierci dwustu dzieci, Harrow, która kochała coś, co nie żyło normalnym życiem od dziesięciu tysięcy lat – Harrowhark Nonagesimus zawsze ponad wszystko pragnęła żyć. Kosztowała zbyt dużo, by umrzeć.
* * *
Miłość przełamała jej życie na dwie odrębne części – tę, zanim otworzyła drzwi, i tę po tym. Po tym nienawidziła siedzieć w apsydzie podczas śpiewów i wsłuchiwać się w dziwny, dudniący grzmot, który zakłócał modły wiernych, odległy łomot z tyłu głowy, którego źródła upatrywała w kimś spóźnionym. Słyszała trzaskanie drzwi gdzieś w korytarzach, gdzie drzwi nie otwierano ani nie zamykano. Jej ciało oblatywał strach, mózg wzbierał frustracją. Przeżywała męki zmuszona siedzieć obok starzejącego się marszałka Cruxa, którego karmiono łyżeczką – upierał się, że musi jeść. Nieustannie zadawała jedno pytanie: „To dzieje się naprawdę?” dla połowy rzeczy, które słyszała. A on odpowiadał: „Tak, pani” albo „Nie, pani” i wtedy mogła być zadowolona.
Rujnowało to cały jej spokój. Nawet w długie samotne dni spędzane w bibliotekach czy w jej laboratorium, gdzie parzyła sobie palce tłustymi prochami, słyszała i widywała rzeczy tuż na granicy postrzegania, rzeczy, których tam nie było. Czasami zdawało się jej, że własne ręce chwytają ją za gardło i ściskają tchawicę, aż widziała czarne plamy. Widywała wiszące pętle, zapominała, gdzie jest, i gubiła całe poranki nauki, zastępując je fałszywymi wspomnieniami.
Pierwszego roku po śmierci rodziców często widywała Ciało, gdy spała albo gdy się budziła, co jednocześnie napawało ją ulgą i frustrowało. Ciało odbierało jej spokój, ale w obecności Ciała traciła poczucie czasu. Siadywała z ręką w pobliżu suchej, martwej dłoni swej obsesji, a kiedy podnosiła wzrok, okazywało się, że minęło kilka godzin. Albo sprawdzała czas i ze zdumieniem odkrywała, że trwała tak zaledwie parę minut. Kiedy jej przysadka mózgowa rozpoczęła produkcję, Ciało przestało przychodzić na jawie, ale inne halucynacje trwały.
Harrow była wściekła, że przechodzi coś tak… niskiego jak dojrzewanie.
Jednak owo dojrzewanie zmieniło ją ponownie; czy to w wyniku działania hormonów, czy upływu czasu, a może jednego i drugiego, zdołała odzyskać częściowo względny porządek w pożartym przez larwy umyśle. Często się modliła. Jej mózg odnajdywał spokój w rytuałach. Czasem pościła albo całymi miesiącami jadła jedną potrawę, ułożoną w konkretny wzór na talerzu, spożywając w tej samej kolejności. Malowaną maskę sakralną nosiła częściej niż którakolwiek zakonnica, nawet kiedy była sama, a bywało, że w niej spała. Odbita w lustrze własna nieumalowana twarz stała się dla niej nudna, potworna, bezsensowna i jakaś taka nierzeczywista, a jednocześnie haniebnie do niej przywiązana. Harrow rzadko płakała, ale czasami siedziała w swoim łóżku za zasłonami i godzinami kiwała się energicznie, gwałtownie w przód i w tył.
Nauka nekromancji stała się trudna, gdy uświadomiła sobie tę trudność, ale to dało się pokonać, zwiększając wkładany w nią wysiłek. Czasami przez dwa tygodnie badała jeden teorem. Poruszała ojcem i matką po całym Domu jak figurami szachowymi, rok za rokiem próbując ich udoskonalić, zmniejszyć sztywność, nienaturalność chodu. Sadzała ich w kaplicy, gdzie ludzie prosili Wielebnych Rodziców o wskazówki, których sama nie potrafiła im udzielić. Tyle że pokutnicy i oddani mieszkańcy Zapieczętowanego Grobowca się starzeli, więc w końcu odkryła, że chcą usłyszeć jedno. Coraz częściej stawała pomiędzy trupami rodziców przy czyimś łożu śmierci, recytując słowa ostatniej posługi i obserwując, jak pokutnik wydaje ostatnie tchnienie. Umierali szczęśliwi. Uwielbiali to. Miała prawdziwy talent. Harrowhark bywała przy tylu łożach śmierci i wygłaszała tyle uroczystych mów o śmierci i obowiązku, że sama zaczęła wierzyć w ich słowa.
Seniorzy z Dziewiątego Domu stawali się sędziwymi starcami z Dziewiątego Domu, a sędziwi starcy z Dziewiątego Domu stawali się martwymi z Dziewiątego Domu. Harrowhark widziała odejście większości z nich, poza wyjątkami, którzy umierali na zawał płuc. Już w wieku czternastu lat potrafiła podtrzymać ich życie na tyle długo, by zdążyć odprawić dla nich ostatni rytuał. Gardziła magią tkanek miękkich, ale miała smykałkę do aorty. Później, kiedy mięso znikało, osobiście animowała ich odmięsowione szkielety, żeby mogły pracować przy wyżymaczkach czy uprawie zimowych porów w górnych częściach Mogilnicy. Większość swojej nekromancji szlifowała codzienną harówką przy geriatrycznej śmierci, grobach, czaszkach, siedząc z przeżartymi osteoporozą kośćmi i wypełniając ich braki, żeby tworzone konstrukty nie zmieniały się w chaos żebrowy noszony na rozpadających się w proch kończynach. Jej rodzice wiedzieli, co robią, powołując do życia geniusza opartego na fundamencie śmierci dwustu dzieci. Trzeba było geniusza, żeby uchronić Dom przed obróceniem się w stertę kości i ofiar zapalenia płuc.
Ale nawet geniusz mógł co najwyżej podtrzymać istniejący stan rzeczy. Dziewiąty Dom nie posiadał technologii ani jej nie rozumiał, ani nie było w nim magów ciała mogących obsługiwać sztuczne macice. Populacja posiadająca te naturalne była zbyt stara, by rodzić dzieci, i ograniczała się do sztuk dwóch z Harrow włącznie. Harrow mogła tylko dziękować Bogu, że ten obowiązek nigdy nie spadł na nią.
Jedynym realnym źródłem zdrowych chromosomów XY w Dziewiątym Domu był Pierwszy Kawaler, chłopak starszy od niej o lat siedemnaście. Wtedy postrzegała go jako samobieżny ludzki garnitur oblekający przyzwoitą konstrukcję wapniowo-węglową, a wiedziała, że on żywił do niej przelękniony szacunek, jaki można mieć wobec nieuniknionego dziedzicznego raka. Na całe szczęście ich małżeństwo mogłoby nieodwracalnie splątać linie rodowe dziedziczki i Kawalera Mogilnicy, ponieważ Ortus Nigenad był jedynakiem. Harrowhark tak skutecznie sprawiła, że jej rodzice zmiażdżyli myśl o tym w zarodku, że ojcu aż pękł od tego ząb. Jedyną dziewicą, której dzięki temu ulżyło bardziej niż jej, był Ortus.
