Harpie w Warszawie - Joanna Zaręba - ebook
Opis

Krocząc nocą ulicami miasta, miej oczy otwarte. Nie jesteś bezpieczny. Głodni drapieżcy bezszelestnie podążają twoim tropem.  Wystarczy chwila nieuwagi i… No dobrze, tak naprawdę chodzi im o twoje kanapki, no chyba że masz przy sobie kawałek pizzy. Groza czająca się wśród nocy jeszcze nigdy nie była tak futrzasta i miła w dotyku. W razie ataku nie zapomnij podrapać bestii za uchem!

Oto lekka, zabawna, pełna niespodziewanych zwrotów akcji powieść fantasy tocząca się w samym centrum stolicy. Przypadkowe naruszenie magicznych osłon sprawia, że szary krajobraz Śródmieścia, wraz z dworcem i Pałacem Kultury, zmienia się w pole walki między najokrutniejszą z bestii – ostatnim żyjącym na ziemi smokiem – a magami. Miasto zaczynają wypełniać mityczne stwory, do biura wpada małe tornado, na parapetach lądują harpie. A nad tym wszystkim próbują zapanować młoda wojowniczka, przeciętny księgowy i… 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 200

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Harpie w Warszawie

Joanna Zaręba

Copyright © 2015 by Wydawnictwo RM

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 [email protected] www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-7773-390-5 (mobi) ISBN 978-83-7773-389-9 (ePub)

Redaktor prowadzący: Tomasz ZajbtRedakcja: Justyna MrowiecSkład i opracowanie wersji elektronicznej: Marcin FabijańskiProjekt okładki: Grażyna JedrzejecIlustracja na okładce: ShutterstockWeryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

Spis treści

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Epilog

Rozdział I

Na nocnym niebie zawisł smok. Był wielki, wręcz gigantyczny. Jerzy oczywiście czytał historie o smokach, a kilka z nich obejrzał nawet na wideo. Tylko, że tamte smoki były… jakieś no… takie inne. Przy tym wyglądałyby jak zwykłe niegroźne jaszczurki. Ten był wielką płomienistą bestią. Nie ział ogniem, on cały się z niego składał. Olbrzymimi skrzydłami przesłonił niebo. Grzywę utworzoną z ognistego żaru rozwiewał zimowy wiatr. Oczy przypominające dwa olbrzymie rubiny, lśniły purpurowym złowróżbnym blaskiem. Powietrze wokół niego drgało. Z nozdrzy wydobywały się kłęby dymu, a odbijający się w nich blask nadawał im krwawy kolor. Smok wpatrywał się w miasto w dole i wyglądał tak, jakby na coś czekał. Wtem zanurkował, wypluł w kierunku Pałacu Kultury strumień płonącej materii i momentalnie poderwał się w górę.

Jerzy spodziewał się zobaczyć płonący budynek, wybuch i katastrofę. Nie spodziewał się natomiast tego, co nastąpiło. Płomienie, zamiast uderzyć w Pałac, rozpełzły się po niewidzialnej osłonie wysoko nad szczytem iglicy. Fala ognia rozlała się na czarnym niebie, rzucając czerwony blask na miasto. Przez chwilę coś zamigotało. Jerzemu przyszło do głowy, że zasłona, czymkolwiek by nie była, słabnie i za chwilę puści. Jednak wytrzymała, a smoczy ogień zgasł. Bestia, wyraźnie zawiedziona, ryknęła z wściekłości i zanurkowała raz jeszcze. Tym razem jednak z jej paszczy nie wydobył się płomień, lecz wielka świetlista kula. W chwili zderzenia z osłoną rozległ się huk, jakby świat się zawalił, a towarzyszący temu błysk oślepił Jerzego na dłuższą chwilę. Nie widział, co się dzieje dookoła, i liczył jedynie na to, że i tym razem niewidzialna tarcza spełni swą powinność.

Kiedy odzyskał wzrok, odetchnął z ulgą. Pałac Kultury pozostał nietknięty, a smok nadal zataczał koła niezdolny do przebicia się przez osłonę. Powietrze pachniało ozonem. Wokół potwora błyskały błękitne iskierki wyładowań elektrycznych. Jerzemu na chwilę odjęło mowę. Nie zdawał sobie sprawy, że smoki potrafią wyrzucać pioruny kuliste. W książkach tego nie potrafiły. Jednego był pewien – zgodność legend i rzeczywistości dotyczyła charakteru smoków. Były złe. A ten dodatkowo był wściekły i najwyraźniej nie zamierzał odlecieć, dopóki nie dopnie swego. Zatoczył koło, wzniósł się wyżej i runął w kierunku pałacowej iglicy, szykując się do ostatecznego ataku. Ślepia rozbłysły mu czerwienią, a we wnętrzu jego otwartego pyska ukazała się biała, lśniąca kula gorącej plazmy. Tym razem był pewien sukcesu. Jerzy wyczuwał to dokładnie, jakby nagle znalazł się w przestrzeni zajmowanej przez umysł gada. „Jeszcze raz – myślał smok – jeszcze jeden atak i będzie mój”. W głowie Jerzego smocze myśli nie układały się w zdania ani nawet w słowa. On je po prostu czuł. Pragnienie, nadzieja, pewność siebie i okrutna radość ze zwycięstwa. Było tam coś jeszcze, coś słabszego, ale wyraźnego. Jerzy z przerażeniem odkrył, że był to smoczy głód. Głód palonego mięsa i zwęglonych ciał. Smok lubił kolacje dobrze wypieczone.

Jerzy spodziewał się, że tym razem niewidzialna tarcza złamie się i rozpadnie. Oczyma duszy widział kawałki tej zasłony rozpryskujące się niczym szyba i niszczące wszystko, co stanie im na drodze. Zobaczył krew, ludzi na chodniku. Uciekających, krwawiących, spopielonych. Jego wyobraźnia połączona z umysłem smoka podsunęła mu obraz apokalipsy.

I wtedy naprzeciw smoka rozbłysło małe, białe światełko. Jak gwiazda blada na nocnym niebie. W umyśle Jerzego rozległ się wysoki kobiecy głos wykrzykujący komendę:

– Światło gwiazd!

Błyszczący punkcik zamienił się w supernową, zalewając wszystko blaskiem, którego oczy nie mogły znieść. Jerzy drugi raz dzisiejszego dnia na chwilę stracił wzrok. Zasłonił oczy dłońmi, nawet przez powieki światło zdawało się wypalać mu siatkówkę i zagłębiać się w mózgu, zamieniając go we wrzący wywar. Przez dłuższą chwilę tarł oczy pięściami, nie mogąc odzyskać zdolności widzenia. Słyszał huk kolejnych wybuchów i ryk smoka. Bestia musiała być ranna, jej wrzask świdrował uszy i był przepełniony wściekłością.

Kiedy Jerzy odzyskał zdolność widzenia, spojrzał w górę i zaniemówił na chwilę. Zasłona znikła, ale Pałac Kultury pozostał w miarę nienaruszony. Tylko po jego ścianach spływała kipiąca smocza krew. Hektolitry krwi. Wypalała kamienie, dymiąc i sycząc. Smok odlatywał, ciężko i niezdarnie. Zataczał się jak pijany. Podlatywał w górę, to znów opadał, jakby ściągała go jakaś niewidzialna siła. Jego skrzydła przygasły, z nozdrzy unosiła się strużka czarnego dymu. Obejrzał się jeszcze raz w kierunku budynku. W jego umyśle pojawiło się coś na kształt sztyletu. Myśl „jeszcze was dorwę!”, tym razem wyartykułowana po ludzku. Potem odleciał.

Jerzy spojrzał na Pałac. Nad nim unosił się, machając skrzydłami, koń. Tyle że konie nie latają. Do tej pory Jerzy nie wierzył w pegazy, tak samo jak nie wierzył w smoki. Tymczasem przed nim na niebie nad Warszawą unosił się skrzydlaty koń. I wcale, ale to wcale nie przypominał pegaza znanego mu z greckiej mitologii. Przede wszystkim był o wiele większy od zwykłego konia i miał sierść w kolorze czerwonego wina. Wydzielał wewnętrzne purpurowe światło. Był jak latarnia. Jego lśniące skrzydła, choć wielkie jak spadochron, nie miały prawa go unieść. Przecież praw fizyki nie da się przeskoczyć, a jednak latał. W siodle siedziała dziewczyna. Przy swoim wierzchowcu wydawała się mała, ale sprawiała wrażenie silnej i pewnej siebie. „Wojowniczka” – pomyślał. Czuł to wyraźnie. Dumna i arogancka. Świetnie wyszkolona i przebiegła. Odważna i silna. Pokonała smoka i była z siebie zadowolona. To uczucie krążyło wokół niej, kiedy wydawała okrzyk zwycięstwa. Było w nim coś na temat dokopania pieprzonej bestii i szponiastego śmierdziela pokrytego łuską. Jerzy nie był w stanie zobaczyć jej twarzy ukrytej w burzy rudych włosów. Zresztą z tej odległości i tak niewiele byłby w stanie dojrzeć. Czuł dla niej podziw, tak jak czuje się podziw dla polującego lwa albo tygrysa na wolności. Drapieżnik. W tej chwili szczęśliwy, krzyczący z radości, że pokonał swego przeciwnika. Dziewczyna spięła rumaka, a on uderzył skrzydłami, zarżał głośno i odleciał przez Wisłę w kierunku Pragi. Zanim znikła z pola widzenia, Jerzy zdążył wyczuć jej imię. Nie usłyszeć, nie odgadnąć, nie zobaczyć napisane… Po prostu wyczuł je tak, jak się czasem wyczuwa czyjś dobry humor lub smutek. Jakby miała je wypisane w wydychanym przez siebie powietrzu. Nazywała się Czerwony Lód.

Kiedy oddalała się, poczuł coś w rodzaju tęsknoty. Takiej, jaką odczuwamy, patrząc w nocy na gwiazdy na zimowym niebie. Jakby tam, gdzieś daleko, był jego dom i jego rodzina. Miejsce, w którym powinien być, zamiast stać tu jak idiota, patrząc za znikającym marzeniem. Ta dziewczyna na koniu, walcząca ze smokiem nad Warszawą, była jakby dawno zaginioną siostrą. Oczywiście był pewien, że naprawdę nie łączyło go z nią nic oprócz niewidzialnej nitki zrozumienia, podobieństwa. Zresztą ona nawet go nie zauważyła, zaaferowana walką i zwycięstwem nad potworem. Westchnął… i spojrzał ostatni raz na Pałac Kultury. Ze zdziwienia, aż się zachłysnął. Jego ściany były całe. Nie pozostał nawet najmniejszy ślad po smoczej krwi, chociaż był pewien, że wypaliła solidny fragment zachodniej ściany. Ochlapała samochody na parkingu, czuł przecież zapach kwasu, jeszcze piekły go oczy od światła, którym nieznajoma zaatakowała smoka. Jednak wszelkie ślady po bitwie po prostu znikły. Nawet uczucie nieznanej tęsknoty odleciało z jego serca. Nagle poczuł się strasznie zmęczony życiem. W pracy cały dzień harował jak dziki osioł. Potem spędził godzinę, tkwiąc w korku w zatłoczonym tramwaju, na przemian dusząc się i marznąc, kiedy otwierały się drzwi. Jakaś złośliwa starsza pani uderzyła go laską w kolano, aż mu w głowie zawirowało. Pożyczył jej za to w duchu czarnej ospy, katarakty i reumatyzmu. Zmarzły mu ręce, gdzieś pod stadionem zgubił rękawiczki. Nic nie jadł od rana.

Czy aby te cuda nad Pałacem nie były nieistniejącym zwieńczeniem całego niezbyt udanego dnia? Może to efekt przemęczenia, głodu i zimna? Zwykła halucynacja? Dobrze, smoki nie istnieją. Skrzydlate konie także. A wojowniczki znaleźć można jedynie na okładkach kiepskiej jakości czasopism fantasy. Odwrócił się i przybity ruszył na stację.

Dworzec Śródmieście jak zwykle śmierdział. Papierosami, moczem, bezdomnymi. Tych ostatnich było sporo. Panujący na dworze mróz zagnał ich tutaj – w miejsce, z którego i tak policja zaraz ich wyrzuci. Myśli Jerzego krążyły niesprecyzowane wokół nich. Byli samotni, śmierdzieli i nie mieli swojego miejsca na ziemi. I nagle złapał się na tym, jak przez jego głowę przelatuje myśl „to zupełnie jak ja”. Też nie miał swojego miejsca w tym mieście. Ani nawet na ziemi. „Jestem nikim” – pomyślał. „Nikomu do niczego się nie przydaję, żyję bezproduktywnie, nie przeżywam przygód, nie robię nic dla ludzi, nie mam dziewczyny, jestem starym kawalerem. Nic dziwnego, że Teresa mnie rzuciła. Jestem bezdenną szarzyzną, nie mam kobiecie niczego sensownego do zaoferowania. Choćby głowy smoka”. I kiedy pomyślał o smoku, nagle poczuł jak ktoś chwyta go za kieszeń i ciągnie. Odwrócił się błyskawicznie, spodziewając się kieszonkowca. Na Dworcu Śródmieście było ich w bród. Wręcz klęska urodzaju. Chciał go złapać za rękę, a może tylko zobaczyć. Niestety, nie zdążył. Kiedy się odwrócił, za nim nikogo nie było. Pomimo to uczucie szarpania za kieszeń nie ustało. Wręcz nasiliło się. Klnąc swój kiepski refleks, spojrzał w dół. Obok niego stał, trzymając go zębami za spodnie, zwierzak wielkości dużego psa, ale o wiele delikatniej od niego zbudowany. Miał cienkie, ale zgrabne nogi zakończone lśniącymi na złoto raciczkami i białą, gładką sierść. Jego ogon był raczej cienki i porośnięty długimi włosami.

Jerzy spojrzał w jego wielkie, błękitne, pozbawione tęczówek oczy, a potem zorientował się, że coś jeszcze niepokoi go w tym stworzeniu. I wtedy zdał sobie sprawę z tego, że zwierzak ma na czole długi, złocisty róg. Podskoczył nerwowo. Jednorożec… Pośrodku peronu drugiego, na stacji Śródmieście, wśród smrodu i hałasu, stał jednorożec. Na dodatek trzymał go zębami za kieszeń i szarpał, jakby chciał mu ją urwać, nie zwracając uwagi na zdziwione spojrzenie zainteresowanego. Jerzy rozejrzał się bezradnie, szukając pomocy u innych pasażerów. Jakby oczekiwał, że ktoś podejdzie, przepędzi mityczną istotę i powie „Proszę się nie martwić, to się ciągle zdarza”. Jednak ludzie dookoła mijali go bez słowa, czasem jedynie rzucając na niego poirytowane spojrzenia. Stał im na drodze.

Tymczasem jednorożec zdążył już oderwać spory kawałek jego spodni. Przez powstałą w ten sposób dziurę wypadła paczka chusteczek higienicznych. Wylądowała na peronie, a zwierzak natychmiast zaczął ją obwąchiwać. Zatrzepotał długimi rzęsami, przymknął oczy i zamarł pochylony z nosem wetkniętym w paczkę chusteczek. Jerzy pochylił się i spojrzał. Miały zapach rumiankowy. Zagwizdał głośno ze zdziwieniem. Czekający na pociąg spojrzeli na niego krytycznie. Nie dziwił im się. Stał pochylony nad brudnymi płytami i obserwował coś, czego inni nie mogli zobaczyć. Był pewien, że jest jedyną osobą na peronie, która zauważa baśniowego stwora. Zamyślił się. Nie był w stanie stwierdzić, czy to, co widzi, to złudzenie, czy może niesamowite, lecz realne wydarzenie. Przyjrzał się zwierzęciu. Nadal trzymało nos w chusteczkach i miało minę jak stary wąchacz kleju sztachający się butaprenem. Jego puszysty ogon kołysał się miarowo, jakby w takt nieistniejącej melodii. Po dłuższej chwili jednorożec otworzył swoje niesamowicie błękitne oczy, uniósł głowę i spojrzał na niego pytająco. Jego wzrok mówił „nie masz więcej?”. Jerzy rozłożył ręce w geście bezradności. Jednorożec spojrzał na niego z powątpiewaniem i na wszelki wypadek obszedł go dookoła, obwąchując płaszcz i torbę w poszukiwaniu innych ukrytych skarbów. Najwyraźniej jednak żaden z posiadanych przez Jerzego przedmiotów nie okazał się interesujący, ponieważ zwierzak prychnął z niezadowoleniem i oddalił się. Jerzy popatrzył za nim, a potem pochylił się i wziął do ręki chusteczki. Podniósł je do nosa i powąchał. Nie miały żadnego zapachu. Wyglądało na to, że cały aromat kwiatów rumianku wywąchał jednorożec. Na chwilę odjęło mu mowę.

– O rany! – powiedział sam do siebie. – Albo cały legendarny świat powrócił, albo ja potrzebuję psychiatry.

– A żebyś wiedział, że potrzebujesz, synku – odezwała się mijająca go starsza pani. Spojrzała na niego taksującym wzrokiem, po czym najwyraźniej zadowolona z inspekcji zaczęła mówić.

– Mój świętej pamięci mąż w trzydziestym dziewiątym też miał kłopoty z…

W tym momencie Jerzy zobaczył swój pociąg wjeżdżający na peron. W duchu podziękował Bogu na niebiosach za ocalenie od opowieści o kłopotach czyjegoś nieboszczyka męża z czasów, kiedy nie był jeszcze nieboszczykiem. Ruszając biegiem w stronę czoła pociągu, wykrzyknął do staruszki:

– Przepraszam panią, to mój…

Wsiadł pędem do wagonu pomazanego farbą w spreju. Wielki, żółty napis głosił „Chuj w dupę policji” i zajmował ponad połowę wysokości wagonu. Kiedy Jerzy zajął już swoje miejsce przy oknie, stwierdził, że cała szyba jest nim zamalowana. Nie pierwszy raz przez coś takiego przejechał o jedną stację za daleko. Zwłaszcza wieczorem, kiedy zazwyczaj człowiek jest senny i rozkojarzony, łatwo o pomyłkę. Rozejrzał się za innym miejscem przy oknie, ale wszystkie zostały już zajęte. Pasażerowie stali w przejściach lub opierali się o ściany, usiłując zachować równowagę. Jakaś studentka siedziała na swoim plecaku. Pozostający chyba na stałym wyposażeniu polskich kolei, standardowy wredny bachor, z miną pełną ponurej złośliwości, rytmicznie kopał czyjąś upchniętą pod siedzenie torbę. Matka, zajęta krzyżówką, zdawała się zupełnie ignorować aktywność małego Belzebuba. W powietrzu unosił się zapach papierosów. Było duszno i gorąco. Grzejniki pod siedzeniami pokazywały, na co je stać. Plastik parzył Jerzego w tę część pleców, na której się siada. Wiercił się więc niespokojnie i usiłował znaleźć sobie pozycję, w której dyskomfort byłby najmniejszy. Wreszcie jego sąsiadka – wielka opatulona w sztuczne futro baba z gigantyczną niegustowną torebką – zdenerwowała się i wrzasnęła na niego.

– Co się pan tak rozpychasz?! Hrabia się znalazł. Limuzynę byś pan wynajął, jak się pociąg nie podoba! Patrzcie go państwo! Ludzie to szacunku dla innych wcale nie mają! Kto ich teraz wychowuje?! Może jeszcze bez biletu jedzie! Konduktora wezwać, niech sprawdzi! Na pewno chuligan jaki! Okraść mnie chciał, a ja całą wypłatę w tej torbie noszę! – Pomachała mu torbą tuż przed oczami. – Kieszonkowiec wstrętny! Twoja matka ze wstydu by się zapadła!

– O, Boże – pomyślał Jerzy – żeby wreszcie się zamknęła! Jeśli rzeczywiście jesteś miłosierny… Błagam!

Tymczasem babsztyl nie tylko nie zamierzał ucichnąć, ale wyglądało na to, że się dopiero rozkręca. Podniósł tłuste jak balerony łapy w błagalnym geście i zwracając się do pozostałych pasażerów, prosił o zmiłowanie i ratunek przed chuligańską napaścią.

Jednostajne wrzaski potwornej baby zaczęły zlewać mu się w uszach w niezrozumiałą paplaninę.

– BLA! BLA! BLA! BLA! Bla! Bla! Bla! BLA! – wrzeszczała teraz z twarzą czerwoną jak burak ćwikłowy.

Nagle zauważył spojrzenia współpasażerów. Do tej pory popatrywali na niego ze współczuciem lub oburzeniem. Teraz z otwartymi ze zdumienia ustami gapili się bez słowa na krzyczącą. Ich oczy były rozszerzone z przestrachu i absolutnego zdziwienia.

Studentka wypuściła z ręki czytaną książkę. Jakiemuś emerytowi wypadła kanapka z jajkiem i rozpadła się, obsypując jego i siedzące obok niego małżeństwo. Żadne z małżonków nie zwróciło na to najmniejszej uwagi. Byli zbyt zajęci przyglądaniem się sąsiadce Jerzego. Nawet upiorny bachor, rozdziawiwszy gębę, zaprzestał serwować torbie kopniaki i wlepił wzrok w wydzierające się źródło zamieszania.

Wreszcie i on spojrzał na wściekłą babę. Krzyczała swoje „BLA BLA BLA BLA!”, a w jej oczach malowała się rozpacz i panika. W tym momencie zdał sobie sprawę z tego, że to nie jej krzyki brzmią dla niego jak bulgot. Ona naprawdę bulgotała i najwyraźniej nie mogła przestać. Odjęło mu mowę. Jak to możliwe?! Co się stało? To jakiś atak czy co? Chyba nie padaczka?

– BLA BLA BLA BLA! – wrzeszczała coraz głośniej. Złapała się za gardło, usiłując wziąć wdech. Wreszcie jakoś w przerwie między jednym bla a drugim udało się jej złapać trochę powietrza. Wtedy bulgot zrobił się jeszcze głośniejszy. Bulgocząca rzuciła się na kolana, złapała Jerzego za nogawki spodni i zaczęła bełkotać błagalnym tonem. Z oczu tryskały jej łzy jak fontanna lub zepsuty prysznic. Ciekło jej z nosa. Twarz poczerwieniała z wysiłku i wykrzywiła się w okropnym grymasie. Wpadł w panikę, nie wiedział, co ma zrobić. Czego ta baba od niego chce?! Rozłożył bezradnie ręce, na co zapłakany babsztyl najwyraźniej uniósł się honorem, bo wstał z klęczek, zamachał rękami i wrzasnął „BLAAAA!!!” tak okropnie, że Jerzemu krew zmroziło w żyłach i wszystkie włosy stanęły mu dęba. Wtedy megiera jedna rzuciła mu się z łapami do gardła, najwyraźniej w celu uduszenia go. I fatalnie by się to skończyło, gdyby nie zareagowali wyrwani nagle ze stuporu pozostali pasażerowie, którzy skoczyli ku oszalałej zołzie i odciągnęli ją od jej ofiary. Z początku broniła się zaciekle, waląc torebką na lewo i prawo niczym młotem kowalskim i niejeden napastnik został w ten sposób poważnie uszkodzony. Potem uległa wobec przewagi liczebnej. Powalona na ziemię i przygnieciona kilkoma co cięższymi osobami, znieruchomiała. Nie przestała jednak bełkotać płaczliwie. Ktoś przytomniejszy wyjął telefon komórkowy i zadzwonił po pogotowie oraz, na wszelki wypadek, na policję. I kiedy wreszcie pociąg wjechał na stację Warszawa Włochy, na peronie czekało już kilku solidnie zbudowanych sanitariuszy i dwóch mundurowych. Zafundowali pacjentce zastrzyk uspokajający, wyciągnęli ją z wagonu i zapakowali do karetki.

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Epilog