Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 465 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gus - Kim Holden

Oto historia Gusa.
Opowiada o zagubieniu.
O odnalezieniu.
I o stopniowym procesie uzdrawiania.

Szczerze mówiąc, nie wiem już jak żyć. Promyczek nie była tylko moją najlepszą przyjaciółką, była moją drugą połówką. Drugą połową mojego umysłu, mojego sumienia, mojego poczucia humoru, mojej kreatywności… Była drugą połową mojego serca.
W jaki sposób człowiek może wrócić do swoich zajęć, jeśli na zawsze stracił połowę siebie?

Opinie o ebooku Gus - Kim Holden

Fragment ebooka Gus - Kim Holden

FaniPromyczka,

ta książka jest dla Was.

Sprawiacie, że serce mi rośnie

Dla lek. med. Johna Okerblooma

1952–2014

Dla Kate Sedgwick,

najdzielniejszej dziewczyny na świecie

22 STYCZNIA, NIEDZIELA

GUS

Każdy mój krok jest trudniejszy niż poprzedni. Nie wiem, dokąd idę, chcę jedynie zatopić umysł w alkoholu.

Przechodząc z cmentarnego trawnika na chodnik, czuję w piersi zmianę. Żal ponownie zmienia się w gwałtowny gniew. Jest tak od wielu dni. Żal. Gniew. Żal. Gniew. Żal… Gniew…

Nie chcę już niczego czuć. Jestem już tym cholernie zmęczony.

Ostatnie dni spędziłem w obskurnym motelu w podłej dzielnicy, próbując zagłuszyć śmierć. Obok znajduje się sklep monopolowy, w którym sprzedają whiskey i fajki. Tylko tyle mi trzeba.

A mówiąc o papierosach – już prawie się skończyły. Właśnie palę ostatniego. Na samą myśl o tym, słyszę w głowie jej głos: „Powinieneś rzucić”.

Odpowiadam:

– Nie zaczynaj z tym dzisiaj, Promyczku.

Kobieta, którą mijam na chodniku, obchodzi mnie dość szerokim łukiem, przez co mam wrażenie, że powiedziałem to na głos. Ocieram twarz w nadziei, że to wytrąci mnie z paranoi. Niestety tak się nie dzieje.

– Muszę się przespać. – Tak, znów do siebie gadam. Nieważne. Muszę się napić.

Na następnym skrzyżowaniu jest bar. Wygląda na ciemny i brudny – jest idealny.

Kiedy otwieram drzwi, uderza mnie odór zwietrzałego piwa, potu i dymu. Jestem w domu. Przynajmniej na najbliższe kilka godzin.

W drodze do lady zauważam, że przygląda mi się kilkunastu facetów w średnim wieku. Klimat tego miejsca podpowiada mi, że to stali bywalcy. To pewnie lokal, w którym przepijają kasę na czynsz i codzienne zakupy. A ja im przeszkadzam. Spoglądam w dół i uświadamiam sobie, że garnitur i krawat raczej mi nie pomagają. Odwiązuję krawat, zdejmuję go i wkładam do kieszeni. Następnie ściągam marynarkę i rozpinam górne guziki koszuli, by po chwili zająć miejsce na stołku przy barze.

Barman wita mnie skinieniem głowy, kładzie przede mną serwetkę, gdy podwijam rękawy.

Sięgam po paczkę papierosów, jednocześnie zamawiając:

– Jacka. Podwójnego. – Paczka papierosów jest pusta. Wiedziałem. – I camele.

Nie podaje mi papierosów, tylko wskazuje na stojący w rogu pomieszczenia automat, po czym sięga po okrągłą, wysoką szklankę i butelkę whiskey. Zsuwam się ze stołka i kupuję w dystrybutorze dwie paczki fajek. Wracam do czekającego na mnie alkoholu.

Obok siedzi kobieta mniej więcej w wieku mojej mamy. Mogę się założyć, że dwadzieścia lat temu była atrakcyjna, jednak brutalność życia i złe wybory odcisnęły się piętnem na jej twarzy. Pachnie tanimi perfumami i jeszcze tańszym seksem. Sięgam po szklankę z trunkiem. Nim mam szansę uciec, kobieta odzywa się do mnie.

Ale ja nie chcę rozmawiać.

– Co taki przystojniak robi w takim miejscu?

Dlaczego nie zapyta wprost, czy mam ochotę na bzykanko za pięćdziesiąt dolców lub loda za dwie dychy, pomijając tę całą gadkę szmatkę? Nie odpowiadam, siadam trzy stołki dalej.

Ona jednak przysuwa się o jeden bliżej.

– Mogę ci w czymś pomóc, cukiereczku? – Drżą jej ręce. Potrzebuje pieniędzy na następną działkę. Nie dotknąłbym jej nawet kijem, ale mam ochotę rzucić jej kasę, bo doskonale rozumiem potrzebę ucieczki od rzeczywistości.

Chociaż jest mi jej żal, nie potrafię wykrzesać z siebie prawdziwego współczucia. Kręcę zwieszoną głową. Zazwyczaj nie bywam aż takim dupkiem, ale dzisiaj jest inaczej. Obracam się nieznacznie i patrzę jej w oczy.

– Potrafisz przywracać do życia? Właśnie w tym przydałaby mi się pomoc.

Wiem, że nigdy czegoś takiego nie słyszała. Zdezorientowana, patrzy na mnie, mruga i nagle wydaje się rozumieć.

Spoglądam na bursztynowy płyn wirujący w szkle w mojej dłoni i sam odpowiadam na swoje pytanie:

– Tak myślałem. – Unoszę szklankę i dwoma łykami wychylam jej zawartość. Odstawiam ją na bar do góry dnem, daję znać barmanowi, że potrzebuję kolejnej, i dopiero wtedy ponownie spoglądam na kobietę. – Zostaw mnie. – To polecenie. Jej sztywny uśmiech podpowiada mi, że akurat to już słyszała, pewnie zbyt często, biorąc pod uwagę uzależnienie.

Samotność jest moją towarzyszką, świetnie się dogadujemy do momentu, gdy trzeba wstać ze stołka, co nie jest łatwe. Nie wiem, ile czasu minęło, wiem jednak, że wystarczająco wiele, by zapomnieć o złamanym sercu. Wypiłem z dziesięć, może dwanaście podwójnych whiskey, zanim barman odmówił polania następnej. Mam ochotę wydrzeć się na niego, ale, prawdę mówiąc, jestem zbyt wyczerpany, by robić sceny. Obraz mi się rozmywa, nie czuję kończyn, jestem kompletnie odrętwiały. Poruszanie się jest walką. Muszę iść spać, pozwalam więc, by barman zamówił mi taksówkę.

Wracam do motelu. Wlokę się schodami, człapiąc niezdarnie. Nie wiem nawet, czy zamknąłem za sobą drzwi. Opadam na łóżko, twarzą prosto w brudną narzutę. Śmierdzi pleśnią, obrzydliwą mieszanką brudu, grzyba i Bóg jeden wie czego jeszcze. Pomieszczenie wiruje, wciągając mnie w odmęt odurzającej ulgi, i uwalnia od rzeczywistości. Nie mam pojęcia, czy zasypiam, czy tracę przytomność. Bez względu na przyczynę, jestem wdzięczny za ten stan.

24 STYCZNIA, WTOREK

GUS

Przespaliście kiedyś cały dzień? To znaczy, czy zasnęliście i obudziliście się ze świadomością, że uciekła wam każda jedna minuta?

To cholernie piękne. Lecznicze. Kojące. Nie śnię. Cóż, pewnie miewam sny, ale po przebudzeniu ich nie pamiętam. Nigdy nie doceniałem tego wspaniałego daru, aż do dzisiaj. Były to dla mnie dwadzieścia cztery godziny pustki. Jak już mówiłem, to cholernie piękne.

Pamiętam, jak matka Promyczka, Janice, zaszywała się na całe dnie w sypialni. Zawsze uważałem, że to smutne, że to marnowanie życia. Teraz chyba ją rozumiem, bo nie mam najmniejszej ochoty wychodzić z łóżka, z tego pokoju, i zmagać się z tym, co czeka mnie za drzwiami. Nie wstydzę się przyznać, że się ukrywam. Tak, kurwa, ukrywam się.

Po powrocie z kibla przyglądam się marynarce bezceremonialnie rzuconej na podłogę pod drzwiami. Przez chwilę myślę, jak bardzo nienawidzę tego garnituru. Ma rok i założyłem go jedynie dwa razy – na pogrzeby sióstr Sedgwick. Przy najbliższej okazji spalę tę szmatę. Szukam w kieszeniach papierosów, zapalniczki i telefonu.

Z wahaniem rozglądam się po pokoju i odpalam papierosa. Zazwyczaj nie palę w pomieszczeniach, ale panujący tutaj syf aż się o to prosi.

Włączam telefon. Wyłączyłem go dwa dni temu, gdy wyszedłem z domu, bo nie chciałem z nikim rozmawiać. Przed pogrzebem kontaktowałem się z mamą SMS-ami, ale to wszystko. Już się boję liczby nieodebranych połączeń, wiadomości i e-maili. Wiem, że będzie ich wiele.

Osiemdziesiąt siedem nieodebranych połączeń.

Siedemdziesiąt dwa SMS-y.

Trzydzieści siedem e-maili.

– Rany – mówię, wzdychając z rozdrażnieniem i niedowierzając. Najpierw nie wierzę w to, co widzę. Później mam to po prostu gdzieś. Rzucam telefon na łóżko, kończę pierwszego papierosa, odpalam kolejnego, a po nim jeszcze jednego. Mija piętnaście minut, w ciągu których karmię swój nałóg. Nie mogę przestać o niej myśleć. Nie jest to nic konkretnego. Nic, co mógłbym sobie wyobrazić czy przywołać ze wspomnień. Jest tylko ból i pustka. Mrok. Światła, jasnego światełka już nie ma. Z każdym głębokim zaciągnięciem się papierosowym dymem walczę o spokój, o rozproszenie ciemności.

Jednak spokój nie nadchodzi.

Podejmuję wyzwanie – sięgam ponownie po telefon i zaczynam przeglądać nieodebrane połączenia. Od mamy, kumpli z zespołu – Franco, Robbiego i Jamiego, naszego producenta – ZGKB (Zajebiście Genialnego Kreatora Brzmienia – naprawdę ma na imię Tom, ale uwielbia, gdy nazywamy go ZGKB), i naszego managera – Hitlera (oczywiście nie nazywa się tak, ale przezwisko idealnie do niego pasuje, biorąc pod uwagę jego całkowity brak wrażliwości). Nasza trasa koncertowa została zawieszona. Najwyraźniej w jego rozumieniu trasa i wszechpotężne pieniądze stoją ponad poważną chorobą i śmiercią. Jedynego imienia, które, z naturalnej i egoistycznej potrzeby serca, chciałbym teraz zobaczyć, nie ma jednak na liście. I już nigdy nie będzie.

Przerzucam wiadomości i e-maile, dzwonię także do mamy. Odbiera po drugim sygnale.

– Gus, kochanie, gdzie jesteś? Dobrze się czujesz?

Nienawidzę jej martwić, a świadomość, że moją ucieczką od rzeczywistości przyczyniłem się do tego, sprawia, że czuję się jeszcze gorzej.

– Cześć, mamuś.

Powtarza pytanie:

– Gdzie jesteś? Twoja furgonetka wciąż stoi zaparkowana przy kościele.

– Tak, wiem. Zatrzymałem się w motelu. – Mam wyschnięte i obolałe gardło.

– Gus, powinieneś wrócić do domu. – Mama nigdy nie mówiła mi, co mam robić. Sugestie? Tak. Ale polecenia? Bardzo rzadko.

Nie odpowiadam.

Wzdycha.

– Kochanie, wiem, że ci ciężko…

Przerywam jej:

– Ciężko? Proszę, przyznaj, że tego nie powiedziałaś, bo to niedopowiedzenie roku. – Mama pociąga nosem i słyszę, że jest na skraju płaczu. Czuję się jeszcze podlej, bo wiem, że to moja wina. – Przepraszam, mamuś.

– Wiem. – Ból w tym jednym słowie przypomina mi, że tkwimy w tym oboje. Ona również tęskni za Promyczkiem.

Narzucam marynarkę, wkładam papierosy i zapalniczkę do kieszeni.

– Za pół godziny będę w domu. Kocham cię.

– Kocham…

Rozłączam się, nie dając jej dokończyć.

Mija godzina, podczas której płacę za motel, jadę taksówką pod kościół po moją furgonetkę i wracam do domu. Jest pora lunchu.

Po otwarciu drzwi uderza mnie zapach czosnku i zeszklonej cebulki. Wiem, że to woń wegetariańskiego taco. Burczy mi w brzuchu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłem.

Wchodzę do kuchni i całuję mamę w czoło.

– Muszę się pozbyć tego cholernego garnituru. Zaraz przyjdę.

Kiedy wracam do kuchni, jemy w milczeniu. Mama jest podobna do Promyczka. A może Promyczek była podobna do mamy. Obie rozumiały znaczenie ciszy. Niektórych ludzi ona przeraża, starają się jej unikać, wypełniając ją niepotrzebnymi bzdurami. Jednak cisza nie jest wrogiem. Przynosi komfort i spokój. Przypomina o tym, jak jest naprawdę, o rzeczywistości. To przygnębiające, bo teraźniejszość jest inna, niż była tydzień temu.

Po ośmiu taco mój żołądek błaga o litość.

– Dzięki za wtorek z taco, mamuś.

Uśmiecha się, ale ten uśmiech nie jest szczery.

– Proszę. – Wydaje się zmęczona. – A zmieniając temat, Franco wpadał tutaj codziennie, by sprawdzić, co z tobą.

To jej rada, bym się z nim skontaktował.

– Tak, zadzwonię do niego, gdy wyjdę spod prysznica.

Mam dwa nowe nieodebrane połączenia (od Franco i Hitlera), jestem gotowy wyrzucić ten pieprzony telefon przez okno, wprost do pieprzonego oceanu, wskoczyć do łóżka, nakryć się kołdrą po same uszy i o wszystkim zapomnieć. W czwartek rano wylatujemy do Europy, by rozpocząć nową trasę koncertową. Nasz debiutancki album pod nazwą „Rook” od ubiegłorocznej premiery sprzedaje się nieźle w Stanach, jednak to nic w porównaniu ze sprzedażą w Europie. Hitler nie może się doczekać, aż zaczniemy tam grać. Nie chcę wrócić na trasę. Wiem, że jestem niewdzięcznym, egoistycznym dupkiem, ale, szczerze mówiąc, nie wiem już, jak żyć. Promyczek nie była jedynie moją najlepszą przyjaciółką, była jakby moją drugą połówką… drugą połową mojego umysłu, mojego sumienia, mojego poczucia humoru, mojej kreatywności… Była drugą połową mojego serca. W jaki sposób człowiek może wrócić do swoich zajęć, jeśli na zawsze stracił połowę siebie?

25 STYCZNIA, ŚRODA

GUS

Dziś są moje urodziny. Kończę dwadzieścia dwa lata. Czuję się, jakbym miał pieprzone osiemdziesiąt dwa.

Mama upiekła babeczki. Dwadzieścia dwie czekoladowe babeczki. W każdą wbiła świeczkę. Potrzebowałem dwóch prób, by je wszystkie zdmuchnąć.

Najwyraźniej moje życzenie się nie spełni.

Wiedziałem.

To pierwsze urodziny, które chciałbym przespać. Chciałbym cofnąć czas do ostatnich moich urodzin, które świętowaliśmy razem z Promyczkiem i Gracie. I nie chodzi o metaforę. Chciałbym to zrobić fizycznie, znaleźć się z nimi w jednym pokoju, śmiejąc się głośno i zajadając babeczkami, aż by nas zemdliło.

Uśmiecham się na myśl o nich, ale boli mnie brzuch.

Nie chcę jeść tych babeczek bez nich.

Koniec z urodzinami.

Koniec z chwilami przypomnienia.

Cholernie nienawidzę tych chwil.

26 STYCZNIA, CZWARTEK

GUS

Wiem, że nie spakowałem wystarczającej ilości ubrań, ale teraz jest już za późno. Franco czeka na mnie w kuchni, rozmawiając z mamą. Wytwórnia wysłała samochód, który stoi na podjeździe gotowy, by zabrać nas na lotnisko. Samolot do Niemiec odlatuje za dwie godziny. Łapię kilka par bokserek i skarpetek, po czym wrzucam to wszystko do torby, gdzie znajdują się już dwie pary jeansów, trzy podkoszulki, dezodorant, pasta do zębów, szczoteczka, laptop, portfel i telefon.

Przewieszam torbę przez ramię, klepię się po kieszeniach, sprawdzając, czy zabrałem papierosy i zapalniczkę. Nie mogę wyjść, nie zerkając na leżący od tygodnia na mojej komodzie laptop Promyczka. Zostawiła mi go. Zawiera całą muzykę, jaką kiedykolwiek napisała. Czuję się tym zaszczycony. Umysł krzyczy, bym zabrał go ze sobą, ale serce mnie powstrzymuje, nakazując zostawić sprzęt. Wiedziała, że umiera. Jestem pewien, że jest tam jej pożegnanie, a ja nie jestem na nie gotowy. Wyłączam światło i zbiegam po schodach.

Na mój widok Franco stuka się palcem po brodzie.

– Co tam, ciołku?

Kręcę głową.

– Nic, cieniasie.

Mama nawet nie mruga. Franco i ja zawsze tak się do siebie odzywamy. To nasze czułe słówka. Tak naprawdę, teraz, kiedy nie ma już Promyczka, jedynie Franco potrafi zdobyć się na szczerość. Bez owijania w bawełnę, bez zmiękczania, waląc prosto z mostu. Uwielbiam go za to. Mimo wizerunku twardziela – ogolonej głowy i tatuaży – jest wrażliwy… ma również silne poczucie lojalności.

Wskazuje na moją torbę.

– Tylko tyle bierzesz, stary? Lecimy na dwa miesiące.

Wzruszam ramionami.

– I gitary. Ciuchy, kiedy będą mi potrzebne, mogę kupić gdziekolwiek. Zwijajmy się, młody.

Kiwa głową. Jestem wdzięczny, że tego nie analizuje. Ściska mamę.

– Dzięki za śniadanie, pani H. – W ręku trzyma dwa duże, jagodowe muffinki owinięte papierowym ręcznikiem.

Mama również go ściska.

– Bardzo proszę. Bawcie się dobrze, Franco.

– Tak zrobimy.

Kiedy mnie obejmuje, mam ochotę rozpaść się w jej ramionach. Popłakać jak wtedy, kiedy miałem osiem lat i skręciłem kostkę. Jednak tego nie robię. Oboje tulimy się dłużej niż zwykle, obawiając się odsunąć.

– Kiedy mnie nie będzie, pamiętaj, by co noc włączać alarm – mówię.

Kąciki jej ust unoszą się, wiem, że stara się być dzielna.

– Zawsze pamiętam. Nie martw się o mnie. Jedź podbijać świat, Gus. Jestem z ciebie bardzo dumna.

Kiwam głową. Komplementy zawsze mnie zawstydzały, jakbym na nie nie zasługiwał. Przez ostatnie tygodnie w ogóle czuję się bezwartościowy.

– Dzięki, mamuś. Kocham cię.

Mama całuje mnie w policzek i podaje owiniętego papierem muffinka.

– Też cię kocham, skarbie. Bądź bezpieczny.

Normalnie odpowiedziałbym: „Jak zawsze”, ale nie potrafię tego z siebie wydusić. Wydaje się to kłamstwem przy tylu niewiadomych. Brakuje mi powodu, by dbać o własne bezpieczeństwo.

– Pa, mamuś.

– Pa, Gus.

27 STYCZNIA, PIĄTEK

GUS

Kiedy lądujemy w Berlinie, jest piątek. Nigdy wcześniej nie opuszczałem Stanów, ale szybko pojmuję całe to zamieszanie – jet lag jest przerąbany.

Po odprawie i wielu innych rzeczach po drodze, jeszcze zanim trafiamy do hotelu, padam na pysk. Czas mi dziś nie służy. Po południu, przed próbą, mamy umówione spotkanie. Później, przed samym koncertem, czekają nas jeszcze dwa wywiady.

Trudno jest nałożyć maskę zadowolenia. W ogóle nie mam ochoty tego robić. Za cholerę mi to nie wychodzi. Jestem wdzięczny, że Hitler wszędzie nam towarzyszy. Gość jest zakochany w dźwięku własnego głosu, więc z radością pozwalam mu mówić podczas spotkań. W większości to i tak sprawy, którymi on powinien się zajmować. I niemal mam ochotę go przytulić, kiedy w trakcie obydwu wywiadów instruuje reporterów, by nie zadawali osobistych pytań. Nie ma potrzeby tłumaczenia, dlaczego wcześniejsza trasa została skrócona ani z jakiego powodu na miesiąc zniknęliśmy z powierzchni ziemi. Dzięki Bogu, bo urwałbym komuś łeb, gdyby padło jej imię. W duchu powtarzam ksywkę Promyczka co najmniej milion razy dziennie. Jednak usłyszeć jak obcy facet, który nigdy jej nie znał, wypowiada jej prawdziwe imię? Czy któryś z dziennikarzy zrobiłby to z troską i współczuciem? Byłbym skłonny rozerwać typa na strzępy.

Przed obiadem, jak i w trakcie, udaje nam się wypić kilka kufli mocnego niemieckiego piwa.

Mam we krwi wystarczającą ilość alkoholu, by po wejściu na scenę gitara dobrze sprawowała się w moich rękach, a publika wydawała się tylko rozmytą, kolorową i podrygującą plamą. Mój umysł balansuje na granicy zatracenia. Muszę skupić się tylko na wygrywanych akordach i tekście, który śpiewam. Przez ponad godzinę o niczym nie myślę. Wydaje się, że znalazłem sposób na uporanie się z traumą – to spora dawka alkoholu i występy na żywo. Magia.

3 LUTEGO, PIĄTEK

GUS

Jesteśmy w trasie od tygodnia, otumanianie się alkoholem i występami przestało wystarczać. Nie sądzę, bym wytrzeźwiał choć na chwilę, odkąd przylecieliśmy za ocean. Podczas pierwszych dni nie mogłem spać. W ostatnich – nie chciałem. Jakbym nie miał dość myślenia o niej: jej zawsze głębokim, choć kobiecym śmiechu, leciutkich piegach na nosie, policzkach i między łopatkami, o tym, jak uwielbiała oglądać zachody słońca, o dźwięku jej głosu, kiedy mówiła „kocham cię”, o jej pięknej grze na skrzypcach. Wiem, że to całkowicie niezdrowa obsesja, ale boję się, że jeśli wciąż nie będę sobie tego wszystkiego przypominał – zapomnę. A zapomnienie przeraża mnie jak diabli.

Franco uważa, że powinienem iść do lekarza. Może po jakieś środki nasenne albo antydepresanty.

Uważam, że to dla mięczaków. Nie zamierzam łykać tabletek, żeby ukoić żal. Wódka to moja strategia. Niektórzy powiedzieliby, że proszki byłyby lepsze. Ale nie podoba mi się pomysł, by jakiś doktorek mieszał mi w głowie swoimi pigułkami. Jeśli ktokolwiek ma mną manipulować… chcę być to ja sam.

Staram się nie myśleć o nocy z Promyczkiem. Próbuję tego nie wspominać, bo wszystko inne blednie w porównaniu z tym. To była najlepsza noc mojego życia. Nie miałem pojęcia, że się wydarzy. Promyczek również. Stało się jednak. Więc teraz, w środku nocy, leżąc na pryczy w autobusie przemierzającym jakąś europejską wioskę, zamierzam odtworzyć tę noc w głowie. Zamykam oczy i pozwalam, by napłynęły wspomnienia.

Wchodzę z korytarza do pokoju gościnnego w tym samym czasie, kiedy Promyczek wychodzi z przylegającej do pokoju łazienki. Myje zęby. Zawsze robi kilka rzeczy naraz. W tej chwili przekopuje torbę leżącą na podłodze.

– Czego szukasz? – pytam. Widok tej torby mnie smuci. Promyczek jest spakowana, gotowa wczesnym rankiem wyruszyć do Minnesoty. Nie wiem, kiedy znów ją zobaczę. Nigdy nie rozstawialiśmy się na dłużej niż dzień lub dwa, a i to zdarzało się dość rzadko.

Przesuwa szczoteczkę na drugą stronę i próbuje powiedzieć z pianą w ustach:

– Piżamy. – Przynajmniej wydaje mi się, że to właśnie powiedziała. Odwraca się, wraca do łazienki, wypluwa pastę i wraca uśmiechnięta. – Piżamy – powtarza. – Chyba włożyłam ją do drugiej torby, która jest już w samochodzie.

– Daj kluczyki. Przyniosę ci – oferuję.

Kręci głową.

– Nie, nie trzeba. Poradzę sobie. Zgasisz światło? – pyta.

Będzie mi tego brakowało. Naszej przyjaźni. Tej zażyłości. Promyczek zawsze tu była. Ze mną. Wszystko robiliśmy razem. Od dziecka, gdy spędzaliśmy noc pod tym samym dachem, spaliśmy również w tym samym pomieszczeniu. Łóżko w moim pokoju, sofa w salonie czy, jak ostatnio, łóżko w pokoju gościnnym. Zawsze spaliśmy razem. Do diabła, nie wiem, jak zasnę bez niej w ramionach.

Wyłączam światło, zdejmuję spodenki i koszulkę. Sypiam w bieliźnie, ale za każdym razem rozbieram się po ciemku, co nie ma sensu, bo kiedy rano wstaję, ona mnie widzi. Jednak wieczór jest bardziej intymny. Ciemność niesie za sobą pewną tęsknotę. Cholera, zawsze już będę kochał tę dziewczynę. Choć ona o tym nie wie.

Zajmuję lewą stronę łóżka, ponieważ ona sypia z prawej. W świetle księżyca przesączającym się przez rolety widzę jej sylwetkę. Widzę, jak płynnym ruchem zdejmuje spodenki. To szybki ruch, jednak w mojej głowie rozgrywa się w zwolnionym tempie. Kiedy szorty opadają jej do kostek, czuję ukłucie znajomego podniecenia. Śledzę ją wzrokiem, gdy zsuwa ramiączka biustonosza pod koszulką, a potem sięga za siebie i w magiczny sposób stanik pojawia się w jej dłoniach. Odkłada go wraz ze spodenkami na torbę i podchodzi do łóżka. W świetle księżyca dostrzegam jej różowe majteczki. Ktokolwiek powiedział, że bawełniana bielizna nie jest seksowna, chyba nie widział w niej Promyczka. Cholera. Zaraz będę miał kłopot. Zaczyna mi stawać, a nie mam się gdzie ukryć. Zerkam na jej koszulkę na ramiączkach. Jest jasnożółta i cienka od wielokrotnego prania. Ma ją od lat. Ciemne, piękne sutki sterczą, rozciągając materiał. Zamykam oczy, biorę cicho kilka uspokajających głębokich oddechów. Mówię do siebie w duchu: Pozbieraj się, młody. To Promyczek. Milion razy widziałeś ją w bikini. Jednak to zupełnie inna sytuacja, więc dodaję: Ona nie wie, że ją widzisz, zboczeńcu. Przestań się ślinić… A ponieważ w tej chwili myślę fiutem, dodaję: …na widok jej cudownego, idealnego ciała.

Kiedy tylko kładzie się pod kołdrą, układa się przy moim boku i tuli, szukając ciepła. Chłód pościeli sprawia, że drży. Kładzie rękę na mojej piersi, a głowę na ramieniu. Obejmuję ją, układam dłoń na jej biodrze. Leżymy i wszystko znów jest w porządku.

Jej głos to jedynie szept. Jest cichy, lecz wystarczający, by złamać mi serce.

– Będę za tobą tęskniła, młody. Bardzo.

Całuję ją w czoło i odpowiadam:

– Ja też. Nawet nie masz pojęcia.

– Po moim wyjeździe będziesz musiał sobie kupić taką wielką poduchę albo dmuchaną lalę do tulenia.

Śmieję się, ponieważ oczywiście żartuje.

– Myślisz, że znajdę taką, która gada i pierdzi przez sen, żeby, no wiesz, było realistycznie?

Klepie mnie w brzuch, ale zanosi się śmiechem.

– Zamknij się. Wcale tego nie robię. Gracie by mi powiedziała.

Logika jej argumentu sprawia, że śmieję się jeszcze głośniej i po chwili przyznaję:

– Nie, nie robisz tego. Żartowałem.

Z uśmiechem zadowolenia przewraca się na drugi bok, a ja się do niej przysuwam. Potwór w moich bokserkach zdążył się uspokoić, więc przyciągam Promyczka do swojego torsu. Zawsze tak zasypiamy. Tak dobrze czuje się w moich ramionach, że mógłbym przysiąc, że Bóg stworzył ją właśnie dla mnie. Gdy opieram czoło na jej potylicy, mimowolnie czuję melancholię. Wtedy to do mnie dociera. Ona wyjeżdża. Promyczek mnie opuszcza. Całując ją w tył głowy, czuję nadchodzący koniec. To tak intuicyjne, że moje serce szybko spycha to na bok.

– Kocham cię, Promyczku.

Pociera moją dłoń opartą na swoim brzuchu. To czuły gest, jak wszystko, co robi.

– Też cię kocham, Gus. – Promyczek wie, jak sprawić, by ludzie czuli się kochani. Jest w tym niesamowita.

Kiedy jej ręka nieruchomieje, uświadamiam sobie, że jej koszulka odrobinę się podwinęła i moje dwa palce spoczywają na jej nagiej skórze, tuż nad gumką majtek. Dotykałem jej miliony razy, ale nigdy w taki sposób.

Szlag by to trafił, w moich bokserkach znów dzieje się coś niedobrego. To gwałtowny, narastający ból. Aby uniknąć zakłopotania, odsuwam biodra, by jej nie dotykać. Mimowolnie jednak przesuwam rękę. To śmiały, subtelny, egoistyczny gest, ale ma na celu ukojenie nas obojga. Koncentruję się jedynie na tym maleńkim fragmencie skóry Promyczka. Muskam palcami, jakbym ją smakował. Jest taka miękka. Po chwili wyczuwam, że dziewczyna sztywnieje, więc przestaję i mamroczę:

– Przepraszam.

Jednak, kiedy cofam rękę, Promyczek chwyta mnie za nią i naprowadza z powrotem, wyrażając milczącą zgodę. Bez namysłu przyjmuję dar. Tym razem wsuwam pod jej koszulkę całą dłoń, dotykam teraz jej nagiej skóry. Najpierw leciutko, lecz stopniowo coraz mocniej, subtelnie dążąc do celu. Oboje oddychamy nieco szybciej. Czuję, że rozluźnia się w moich ramionach, wiem też, że nie jest obojętna. Oddycha wolno i miarowo. Jak zawsze, kiedy się na czymś koncentruje.

Kiedy ponownie przesuwam dłoń po jej ciele, trącając delikatnie kciukiem jej pierś, oddech dziewczyny zamiera, a mój fiut natychmiast się wypręża. Wiem, że ona to czuje, ponieważ główka penisa napiera na gumkę bokserek, wypychając materiał. Gdy cofam biodra jeszcze dalej, Promyczek chwyta mnie za nie i przyciąga do siebie.

Nie mogę powstrzymać wymykającego mi się z gardła głębokiego jęku, kiedy ponownie przywieram do jej tyłka. To ulga połączona z fizyczną stymulacją, jednoczesna potrzeba zaspokojenia i intensyfikacji. Czuję, jak wzdycha. Jest w tym ze mną. To takie dobre, że poruszam kilka razy biodrami. Jezu Chryste, musiałem umrzeć i pójść do nieba.

Nie chcę wracać.

Jej dłoń ześlizguje się w tył i chwyta mnie za tyłek. Powolnymi, niespiesznymi ruchami nadal się o nią ocieram. Kiedy unosi koszulkę ponad piersi i prowadzi moją dłoń, nie waham się. Obejmuję jedną z nich lekko i chwytam między palce jej sutek. Natychmiast twardnieje, a Promyczek jęczy.

O kurwa. Ten jęk mnie zabija. Jest najseksowniejszą kobietą na tym pieprzonym świecie. Ten jęk jest tego dowodem.

Nie mogę tego znieść. Szepczę:

– Muszę cię dotknąć.

Kiwa głową, ponownie wyrażając milczącą zgodę.

Wsuwam rękę pod jej majtki i poruszam palcami, co wprawia w ruch jej biodra. Odpowiadam na fizyczną prośbę, przesuwając dłoń jeszcze niżej. Rozchyla nogi, witając mnie. Już jest wilgotna. Okrążam ją kilkakrotnie, nim zanurzam się w niej, co wywołuje gwałtowny ruch jej bioder.

– Gus?

– Tak? – Mój głos jest ochrypły, niewyraźny, jakbym zatracił się w tej chwili.

– Chcę, żebyś mnie pocałował. – Nigdy nie słyszałem u niej tego tonu, to żądza. Sprawia, że natychmiast zazdroszczę każdemu facetowi, który kiedykolwiek to słyszał.

Nigdy nie pragnąłem od życia więcej. Wyjmuję palce i odwracam ją na plecy. Opieram się na łokciu, przyglądając się jej.

– Jesteś taka piękna – mówię tak cicho, że nawet nie wiem, czy mnie słyszy.

Jej leciuteńki uśmieszek mówi mi, że jednak tak.

Cholera, od zawsze o tym marzyłem. O całowaniu Promyczka. Jeśli mam to zrobić, muszę wykonać to dobrze. Przesuwam się bliżej i opierając się na łokciach i kolanach, unoszę się nad nią. Obejmuję dłońmi jej twarz i dziękuję Bogu za to, co ma nastąpić. Zamykam oczy i opuszczam głowę. Całuję ją lekko, rozchylam jej wargi językiem, a kiedy napotykam jej język, wiem, że ona też tego pragnie. Całowanie nigdy takie nie było. Pod powiekami dosłownie widzę fajerwerki. Kocham tę dziewczynę. Wszystko w niej kocham. A to, co kocham w tej chwili najbardziej, to całowanie jej. To, jak odpowiada na każdy mój ruch. To, jak przyspieszam, a ona robi to samo.

Po kilku minutach jestem napalony do granic możliwości. Cały drżę. Chwytam za brzeg jej koszulki i unoszę go odrobinę, pytając pomiędzy pocałunkami:

– Zdjąć?

Odpowiada bez tchu:

– Tak.

Koszulka znika, chcę czuć jedynie skórę Promyczka na mojej. Obracam się na plecy, tak że teraz ona jest na górze, opadając na mnie całym ciężarem ciała, i układając kolana po moich bokach. Ta dominująca pozycja podnieca mnie jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle możliwe. Jej sutki ocierają się o moją pierś, przez co czuję mrowienie na skórze i rozpalenie każdego nerwu w ciele. Szaleje we mnie rozkosz. Przyciągam ją do kolejnego intensywnego pocałunku. Całuję głęboko, jestem wymagający. Ona też tego pragnie. Kołysze się na mnie. Łapię za gumkę bokserek i zsuwam je, całkowicie się odsłaniając. Jedna bariera mniej, to takie dobre. Układam dłoń na jej plecach i wodzę palcami w górę i w dół, próbując złagodzić podniecenie i wytrzymać w tej grze. Od kilku minut tracę rozum, chciałbym, aby trwało to jak najdłużej, jednocześnie chcąc pamiętać każdą upojną sekundę. Każdy szczegół. Mam na to jedną, jedyną szansę. Wiem o tym. Chcę, by było to dla niej idealne.

Pocałunkami wyznacza ścieżkę w dół mojej szyi i torsu, naprzemiennie to lekko, to mocniej smakując, aż zaczyna skubać zębami, torturując mnie także językiem. Delektując się czarami wyczynianymi przez jej usta, przesuwam dłoń na jej majtki i odsuwam ich cienki materiał na bok. Pobudzam ją środkowym palcem, ponieważ nie mogę się powstrzymać. Muszę pozbyć się tej cholernej rzeczy. Łapię za gumkę jej majteczek, a ona chwyta za moją. Najwyraźniej wielkie umysły myślą podobnie. Przerywamy na chwilę, by zdjąć bieliznę. Promyczek wstaje, więc mam czas, by pozbyć się bokserek na dobre, póki nie widzę, jak wkłada kciuki za gumkę i wolno zsuwa materiał z nóg. Jestem kompletnie zahipnotyzowany nagą kobietą stojącą przede mną.

Kiedy z nich wychodzi, mówię:

– Nie ruszaj się.

– Dlaczego? – pyta cicho.

– Chcę ci się przyjrzeć.

Patrzę na nią. Ona spogląda na mnie. Nie zdjąłem bokserek, ale zsunąłem je na tyle, że wszystko widać.

Po raz ostatni taksuję jej ciało, a kiedy nasze spojrzenia się krzyżują, widzę w jej oczach potrzebę, którą sam odczuwam. Zdejmuję bieliznę, Promyczek unosi się na czworakach nade mną, a kiedy mnie całuje, wiem, że oboje jesteśmy gotowi.

– Muszę znaleźć gumkę, jeśli mamy to zrobić. – Wiem, że tego chce. Widzę to w jej twarzy, mimo to czuję, że muszę jej dać możliwość wycofania się.

Bierze mnie w dłoń. To pierwszy raz, gdy mnie tam dotyka.

– Cholera, Promyczku. Nie przerywaj tego, co robisz.

– Nigdy? – pyta szatańsko.

– Nigdy, przenigdy – odpowiadam.

– Nie mogę zajść w ciążę, Gus. Nie mam do tego sprzętu, pamiętasz?

– Ale… – Czy ona sugeruje to, co myślę…?

Przerywa mi:

– Byłeś kiedyś z kimś bez kondoma?

Tak, sugeruje dokładnie to, co myślę. Kręcę głową.

– Nie, nigdy.

– Ja też nie. Jeśli chcesz go użyć… – urywa i przygląda mi się przez moment, po czym kontynuuje: – Ale jeśli nie chcesz…

Kończę jej myśl.

– Nie chcę. – Za cholerę, nie chcę.

Przygląda mi się wymownie.

Kiwam głową, błagając ją wzrokiem.

Nie wypuszcza z dłoni mojego penisa, tylko naprowadza go na swoje wilgotne wejście i powoli się na mnie opuszcza.

Tracę rozum, gdy się w niej zanurzam. Jest ciasna. Nigdy czegoś takiego nie czułem. Żadnych barier, po prostu gorąca, wilgotna skóra. To właśnie intymność. Teraz rozumiem.

Chwytam ją za biodra i pomagam się poruszać. Robimy to w jednym tempie, nie mogę oderwać wzroku od jej ciała. Ujeżdża mnie. To cholernie seksowne.

Trzymając ją mocno, zmieniam naszą pozycję, przetaczając Promyczka na plecy. Układam się między jej nogami, końcówką języka liżę przestrzeń między jej piersiami, zasysając delikatną skórę jej szyi, jednocześnie poruszam biodrami. Promyczek wycofuje się, gdy ja to robię, i przysuwa się wraz z każdym moim pchnięciem. Wiedziałem, że jest pełna gracji. Widziałem, jak surfuje. Widziałem, jak tańczy. Widziałem jak gra na skrzypcach. Jednak nic nie może się równać z widokiem jej pode mną i tym, co robi mi teraz. A to, co mi robi? Jest fascynujące, nie mogę oderwać od niej oczu.

W końcu chcę jej jeszcze więcej. Chwytam ją za kolano i odsuwam je w bok, chcąc wejść głębiej. Wciąga gwałtownie powietrze, gdy to robię.

– Wszystko dobrze? – pytam.

– Tak – odpowiada głosem przepełnionym pożądaniem, po czym wzdycha z zadowoleniem.

Kurwa. Przyspieszam, czując budujące się spełnienie. Czuję, że ona też jest blisko. Jęczy i zaciska się wokół mnie. Wydobywam z siebie ostatnią cząstkę woli, pożądania i pasji, by z ogromną ochotą oddać jej to wszystko.

Jeszcze raz odnajduję ustami jej usta, odpowiada, jakby zaraz miał się skończyć świat. Pocałunek ciągnie za sobą euforię spełnienia.

Natychmiast napina się pode mną i jest to najpiękniejsza rzecz, jaką w życiu widziałem. Eksploduję tuż po niej.

– Kocham cię – dyszę.

Oddycha pospiesznie, ale się uśmiecha, choć po chwili przygryza dolną wargę i wygląda na zawstydzoną. I zmęczoną.

Całuję ją w czubek nosa i wychodzę z niej. Przez bardzo długi czas patrzymy sobie w oczy. Kiedy w końcu znika nieśmiałość, nadal nie wypowiadamy ani słowa. Najwyraźniej oboje próbujemy zrozumieć, co się właśnie stało. A ja? Próbuję zapisać w pamięci każdą sekundę, ponieważ w głębi serca wiem, że to się nigdy nie powtórzy. Właśnie otrzymałem przepiękny dar. Skarb, który będę cenił do końca swoich dni.

Otwieram oczy, gdy Franco kaszle na pryczy pode mną. To przywraca mnie do gównianej rzeczywistości. Nienawidzę jej. Pragnę cofnąć czas. Chcę wrócić. Właśnie dlatego nie pozwalam sobie wspominać tamtej nocy. To tylko pogarsza pieprzoną katastrofę, którą jest obecnie moje życie.

5 LUTEGO, NIEDZIELA

GUS

Wczoraj chyba wysączyłem dwa lub trzy piwa ponad swój limit funkcjonowania. Szczerze nie pamiętam, co się stało. Chyba odwołali koncert przez moją nagłą „niedyspozycję”. Został przełożony na koniec trasy. Wszyscy są na mnie wkurzeni i choć wiem, że powinno mi być przykro, mam to gdzieś. Jak bardzo to smutne? Robbie chyba na mnie krzyczał. Mówił, bym wyciągnął egoistyczny łeb z pieprzonej dupy. Znam go pięć lat, ale nigdy nie słyszałem, by podniósł głos. Powinno to wywrzeć na mnie jakieś wrażenie, ale nie wywarło.

Utopiłem w alkoholu swoją przyzwoitą stronę.

Została tylko ta, której nie zależy.

7 LUTEGO, WTOREK

GUS

Jest popołudnie, odsypiam kolejną długą, bezsenną noc. Budzi mnie głos Franco dochodzący z przodu autobusu – poza tym słyszę kobietę. To mnie intryguje. Autobus jest w ruchu, co znaczy, że nie dotarliśmy jeszcze do celu, a to z kolei oznacza, że nie powinno tu być żadnych kobiet. Przysłuchując się rozmowie, dowiaduję się, że Hitler musiał nagle wrócić do domu. Ma jakieś problemy, co jest do bani, jednak dla mnie to fantastyczna wiadomość, ponieważ ten facet wybitnie źle działa na moje zszargane nerwy. Zostawił nas ze swoją zastępczynią, nową manager trasy. Słyszę, jak wymienia swoje osiągnięcia. Uświadamiam sobie, że jest nowa w tym biznesie, lecz dobrze przygotowana. Albo zna się na robocie, albo po mistrzowsku ściemnia. Dla mnie, tak czy inaczej, w porządku. Brzmi na ambitną, mówi coś o „pomaganiu nam w osiągnięciu sukcesu”, „trzymaniu tego szalonego pociągu w szynach”. Prawie śmieję się w duchu – powodzenia.

Staczam się z pryczy i chwiejnym krokiem podchodzę do nich. Nowa siedzi przy stoliku za kierowcą. Jej spódniczka jest tak krótka, że mogłoby jej nie być wcale. W przejściu między siedzeniami prezentują się długie na kilometr nogi założone jedna na drugą. Są pierwszym, co zauważam. Drugą rzeczą, którą widzę, jest jej bluzka. Strategicznie rozpięta, ukazuje imponujący dekolt. Trzecie, co zauważam to… nic, ponieważ nadal skupiam się na jej nogach i piersiach. Jest luty, jesteśmy w Szwecji (tak mi się przynajmniej wydaje), na zewnątrz jest śnieg i jest zimno jak cholera – zdecydowanie nie ubrała się odpowiednio do pogody.

Seks – nie będę kłamał – jest wszystkim, o czym w tej chwili myślę. Seks z tym ciałem. Gdzieś podświadomie czuję się podle, myśląc w ten sposób.

Kiedyś seks był dla mnie odkrywaniem kobiecego ciała, rozkoszowaniem się samym aktem, zgłębianiem jego tajemnicy i, cóż, intymnością. Widok kobiety osiągającej spełnienie pod wpływem mojego dotyku, mojego ciała, jest fascynujący i niesamowity. Nigdy nie byłem w związku, ale miałem mnóstwo kobiet. Straciłem dziewictwo w wieku czternastu lat – oczywiście z siedemnastolatką – od tamtej pory nie przestawałem tego robić. Nie powiem, że jestem przystojniakiem, ale wyglądam przyzwoicie i kobiety lubią moje ciało. Mam metr dziewięćdziesiąt i wiele surfowałem, przez co jestem w dobrej kondycji. Wysoki, umięśniony – laski lecą na takich facetów.

Jednak wszystko, co wiedziałem o seksie, zmieniło się, gdy zrobiłem to z kimś, kogo kochałem. W sierpniu – z Promyczkiem. Znaliśmy się całe życie. Była moją sąsiadką i najlepszą przyjaciółką. Byłem w niej zakochany, ona jednak o tym nie wiedziała. Była zabawna, mądra, utalentowana i cholernie piękna. Była najdoskonalszą istotą, jaką Bóg kiedykolwiek stworzył. Tamtej nocy nie chodziło o badanie ciała, zgłębianie tajemnic aktu czy intymność. Była najbardziej czułą kochanką, jaką w życiu miałem, jednak było w tym o wiele więcej. To było emocjonalne. Najlepsza noc mojego życia. Wciąż tak jest.

Nadążacie? Pewnie nie. Przynajmniej, kiedy usiłuję być szczery. Wyjaśnię prościej: seks z każdą inną laską polegał na pieprzeniu. Prostym, niezobowiązującym bzykaniu – szybko i bez zbędnego zachodu. Egoistycznie? Naturalnie. Czułem się przez to jak dupek? Oczywiście. Choć to i tak zdumiewające, ile znajdowałem chętnych. To smutne, jak nachalne i wulgarne potrafią być kobiety – nie mają wstydu ani dumy. Ale wiecie co? Nie moim zadaniem jest wychowywać dwudziestopięciolatkę, gdy najwyraźniej ktoś wcześniej temu nie podołał. Zatem tak, pozwalam, by mnie miały.

Wracam uwagą do nowej, przyglądam się jej twarzy. Jest całkiem ładna, ma wielkie, ciemne oczy, wysokie, wystające kości policzkowe i pełne usta – wszystko pokryte grubą warstwą makijażu. Jestem fanem naturalnego piękna, jednak ostatnio przestałem być zbyt wymagający. Sądząc po niewielkich zmarszczkach wokół jej ust, kobieta jest po trzydziestce. Przygląda mi się uważnie. Przestała rozmawiać z Franco, kiedy podszedłem, a wyraz jej twarzy jest niczym otwarta księga – łatwo go odczytać.

Przeprasza mojego kolegę, wstaje, by do mnie podejść, i wyciąga rękę.

– Ty musisz być Gustov – mówi do mojej nagiej piersi.

Ściskam jej dłoń.

– Muszę – odpowiadam w najmniejszym stopniu niezawstydzony faktem, że stoję przed nią w samej bieliźnie, w dodatku z widoczną erekcją.

Kątem oka dostrzegam Franco stojącego tuż za dziewczyną. Z poważną miną kręci powoli głową. Rzadko u niego pojawia się ten wyraz twarzy. Cała jego postawa mówi, bym tego nie robił. Od lat jest moim skrzydłowym i ma niesamowity dar wyczuwania kłopotów na kilometr.

Ona nadal trzyma moją dłoń, a jej spojrzenie przesuwa się znacznie niżej.

Również sobie na to pozwalam i zatrzymuję wzrok na jej piersiach. Nie chcę rozmawiać z jej twarzą. To nic osobistego, a kontakt wzrokowy sprawia, że wszystko jest bardziej osobiste.

Kobieta popycha mnie w tył. Poddaję się, a kiedy docieramy do drzwi łazienki, otwieram je. To zaproszenie, które przyjmuje bez wahania, idąc za mną.

Rozpinam resztę guzików jej bluzki, nim jeszcze zamykają się za nami drzwi. Kiedy zgrzyta zamek, jej biustonosz już jest zsunięty w dół, odsłaniając wielkie, najwyraźniej silikonowe cycki. Jak już mówiłem, wolę naturalne, ale nie narzekam, kiedy mam je w rękach i ustach. Teatralnie jęczy. Uciszam ją.

Kiedy próbuje wyplątać się ze swojej niewielkiej spódniczki i majtek, przerywam jej:

– Daruj sobie, i tak nie mam gumek.

Szepcze mi do ucha:

– Nie szkodzi. Biorę tabletki. – Jej głos jest ochrypły. Nie jest seksowny. Jest pełen potrzeby. Nienawidzę tego.

Próbuje mnie pocałować.

To się także nie stanie. To zbyt intymne. Nie całowałem nikogo od czasu Promyczka. Odwracam głowę.

– Nie. Chociaż widzę pewne rozwiązanie…

Nawet nie muszę kończyć zdania, by opadła na kolana i ściągnęła w dół moją bieliznę.

Gdy bierze mnie w usta, nie mogę się powstrzymać.

– O tak, to dobre.

Jest agresywna. Jasne, że to nie jest jej pierwsza jazda. Nie bawi się główką, od razu bierze mnie do ust w całości. Jestem duży, więc to, co robimy, jest dobrej jakości materiałem na film pornograficzny.

Obejmuje dłońmi mój tyłek, trzyma mnie ciasno przy swojej twarzy. Boję się, że zrobię jej krzywdę, więc się cofam. Dosłownie błaga mnie, bym tego nie robił. Pieprzyć to, nie musi nalegać. Wkrótce trzymam ją za włosy i wpycham się w jej gardło.

Szczytowanie nie jest już tym, czym było kiedyś. To tylko chwilowa satysfakcja, po której powraca ponura rzeczywistość.

Sięgam w dół i wciągam bokserki. Kobieta wstaje i wierzchem dłoni ociera usta. Przygląda mi się, szeroko otwartymi oczyma przekazując, że choć ja skończyłem, to ona nie.

– Jestem Clare, tak przy okazji.

Przytakuję z roztargnieniem.

– Masz niecodzienny sposób przedstawiania się.

Przesuwa palcem po mojej piersi.

– Podobnie jak ty. Nie mogę się doczekać współpracy z tobą. – Jej spojrzenie mówi mi, że nie ma na myśli wyłącznie pracy przy promocji.

Odblokowuję drzwi za jej plecami.

– To do zobaczenia. – Wychodzę, zostawiając ją samą w kiblu.

Kiedy wychodzę z łazienki, widzę Jamiego siedzącego z Franco przy stoliku, grają w pokera. Jamie unosi podbródek na powitanie. Ostatnio nie za wiele rozmawiamy. Franco znów kręci głową. Wiem, że jest rozczarowany. Próbował mnie ostrzec. To dziwne, bo zwykle to ja pilnowałem zespołu. To ja byłem jego liderem. Teraz jest nim Franco. Może ma to nawet sens. Ma dwadzieścia pięć lat i jest z nas najstarszy. A może to nieuchronny skutek tego, jak rozpaczliwie rozpada się moje życie.

9 LUTEGO, CZWARTEK

GUS

Dzwonił dziś do mnie nasz producent, ZGKB. Mówił, że rozmawiał z wytwórnią, która za kilka tygodni chce ponownie wydać nasz album, zamieszczając na nim bonusowy materiał. Ten dodatek to piosenka Finish Me, którą Rook nagrał w grudniu z Promyczkiem. Napisałem tę piosenkę kilka dni po tym, jak dowiedziałem się o jej stanie, odkrywając, że Promyczek umiera na raka. Zespół przyleciał do Minneapolis i w tamtejszym studiu nagraliśmy ten kawałek na jakiś miesiąc przed jej śmiercią. Promyczek napisała i zagrała partie skrzypiec, dodatkowo śpiewała wraz ze mną. Jest to nasz najlepszy utwór, ale jednocześnie również bardzo osobisty. Zbyt osobisty. Nie ma mowy, bym wykonał go na żywo, czego z pewnością będą oczekiwać fani po wydaniu nowej płyty. Do diabła, dopiero w zeszłym tygodniu wróciliśmy do grania Missing You na żywo, a stało się to po tym, jak przepisałem na nowo sekwencję gitarową i przyspieszyłem tempo. Zmieniłem piosenkę ze smutnej ballady we wściekły krzyk, ponieważ ostatnio jest we mnie zbyt wiele gniewu.

Wiem, że to też po ich myśli. Czas wydać nowy singiel. Co za zbieg okoliczności.

11 LUTEGO, SOBOTA

GUS

Clare stała się miłą odskocznią. Pomiędzy telekonferencjami, asystowaniem przy naszych wywiadach, kontaktami z personelem, ogarnianiem tego całego bałaganu, którego narobiłem wcześniej, i czymkolwiek ona się tam jeszcze zajmuje, zapewnia mi przyjemne dawki seksu – kiedykolwiek i gdzie tylko zechcę – to stało się już rutyną. Może powinienem zacząć kupować prezerwatywy w ekonomicznych opakowaniach. Choć wydaje się, że ona cieszy się tymi jednostronnymi aktami. Wiem, że jestem megadupkiem, z dnia na dzień coraz większym, ale przecież nikt jej nie zmusza. Prócz wspólnych przerw na papierosa, nie spędzamy ze sobą czasu, co jest dla mnie idealnym układem. Rozmawiamy wyłącznie zawodowo, a i tak sprowadza się to do minimum, odkąd wszystkim zajmuje się Franco.

12 LUTEGO, NIEDZIELA

GUS

– Gus, mogę mówić wprost? – Franco patrzy na mnie wilkiem, więc wiem, że mam kłopoty. Kiedyś nie cierpiałem z nim zadzierać. Wciąż trochę mi trudno, choć to pewnie nie wpływa na moje obecne nastawienie.

– Jasne – odpowiadam, choć naprawdę nie chcę tego słuchać.

– Młody, jesteśmy już w trasie dwa tygodnie. Choć lubię ten kucyk i nawet brodę… – Próbuję się nie śmiać, ale i tak prycham. – …ale serio, zmieniasz się w hipstera. Stary, za chwilę będziesz wyglądał jak menel – ciągnie Franco. – Musisz się kąpać. Codziennie. Ten autobus nie jest duży, człowieku. Higiena jest priorytetem. Śmierdzisz jak zdechła żaba.

Przytakuję.

– Zrozumiałem, młody.

Nic już nie jest priorytetem.

18 LUTEGO, SOBOTA

GUS

Dziś gramy nasz największy koncert. Jesteśmy w Londynie, na arenie zwanej O2. Mieści się tu dwadzieścia tysięcy ludzi. Pieprzone dwadzieścia tysięcy. To w cholerę więcej niż w barze Joego w San Diego, gdzie dwa lata temu słuchało nas maksymalnie dwieście osób.

Czasami żałuję, że już tam nie gramy.

Denerwuję się. Nigdy wcześniej się nie denerwowałem, a teraz przez całą próbę trzęsą mi się ręce. Może powinienem się napić? Ale ze mnie kretyn. Oczywiście, że muszę się napić. Od ubiegłego wieczoru nie miałem w ustach alkoholu. W autobusie nie znalazłem piwa. Podejrzewam, że Franco rozpoczął bierną interwencję.

Wkurza mnie bierność.

I interwencja.

Mam dwie godziny do koncertu, muszę znaleźć jakieś żarcie. Wracając do autobusu po paczkę fajek, widzę biegnącą za mną Clare. Nie mam pojęcia, jak się jej to udaje na trzynastocentymetrowych szpilkach. Dyszy. Zawsze brakuje jej tchu, prawdopodobnie dlatego, że jako jedyna pali więcej ode mnie.

– Gustovie – sapie. Nawet nie potrafi wypowiedzieć mojego imienia.

Zwalniam, ale nie zatrzymuję się, by na nią poczekać. Odwracam głowę w jej stronę, lecz nie na tyle, by spojrzeć jej w oczy. Mam z tym problem. Za każdym razem, gdy to robię, widzę prześladujące mnie, niczym duch, rozczarowanie na twarzy Promyczka. Nie radzę sobie z tym. Promyczek nie znosiłaby Clare – będącej całkowitym jej przeciwieństwem.

– Clare. – To moje jedyne powitanie.

– Zauważyłam, że podczas próby byłeś jakby nieobecny – stwierdza rzeczowo.

Nie czuję się obrażony, bo ma rację.

– Muszę się napić – odpowiadam.

Staje obok mnie, przysuwając usta do mojego ucha.

– Mam coś lepszego niż alkohol.

Teraz muszę na nią spojrzeć, bo ta kobieta jest nienasycona.

– Jezu Chryste, pieprzyliśmy się godzinę temu, Clare – rzucam z rozdrażnieniem. – Mam dość na kilka następnych godzin. Dzięki, ale nie. – Diabelnie mnie irytuje i nie mam zamiaru tego ukrywać.

Uśmiecha się uwodzicielsko. Flirtuje. Muszę odwrócić wzrok. Chichocze. Jej piskliwy chichot, kontrastujący z niskim, ochrypłym głosem, niewyobrażalnie mnie wkurza. Robi to zbyt często i zbyt głośno, więc może to tik nerwowy.

– Nie, skarbie. Myślałam o czymś innym, choć to też byłoby fajne.

Docieramy do autobusu. Wchodzę za nią po schodkach i pytam:

– Więc co to takiego?

Z kieszeni płaszcza wyciąga niewielką, szklaną fiolkę z białym proszkiem, trzymając ją między kciukiem a palcem wskazującym, macha nią tuż przed moją twarzą.

Normalnie bym odmówił, ale w tej chwili milczę.

Ciągnie mnie za rękę na tył autobusu, do niewielkiej zamykanej sypialni, którą zajęła dla siebie już pierwszego dnia.

– Chodź. Wciągniemy sobie kreskę. Pomoże ci to przetrwać koncert.

To chwila, w której powinienem stanowczo wyartykułować: „Nie”, ale daję się wkręcić jak jakiś kretyn.

Gdy wysypuje proszek na okładkę Vouge’a leżącego na jej łóżku i pospiesznie formuje z niego dwie kreski, po raz pierwszy uważnie przyglądam się jej twarzy. Pomimo mocnego makijażu wciąż mogę zobaczyć cienie pod oczami. Siateczka cienkich linii otacza kąciki jej oczu. Jest bardziej zniszczona życiem, niż mi się wydawało. Rzucam:

– Ile masz lat?

Pociąga nosem, jakby nie mogła się już doczekać, aż znajdzie się w nim narkotyk, przyglądając mi się z dzikością w oczach.

– Dwadzieścia pięć.

Tak właśnie myślałem – zniszczyła ją koka. Dawałem jej dziesięć lat więcej. Wskazuję na biały proszek.

– To nie jest twój pierwszy raz, prawda?

Wierzchem dłoni pociera nos. Chyba ją swędzi. Przypomina mi prostytutkę, która w dzień pogrzebu nagabywała mnie w barze.

– Nie. Spodoba ci się. Będziesz się czuł jak Superman.

Pomimo tego wszystkiego, co widzę – co jest oczywistą kampanią antynarkotykową i, w najlepszym razie, jest po prostu smutne – moje usta podejmują decyzję za mnie.

– Okej.

Clare robi to pierwsza. Szybko. Jak zawodowiec. To każe mi się zastanowić, jak długo w tym siedzi.

Przychodzi moja kolej. Jestem powolny, zajmuje mi to kilka podejść. Jestem amatorem. Nos mnie piecze, oczy wypełniają się łzami.

Kiedy narkotyk wnika w moje ciało i umysł, w duchu się kajam: Przepraszam, Promyczku. To tylko ten jeden raz. Nie zamienię się w Janice. Matka Promyczka była kokainistką.

Natychmiast się usprawiedliwiam. Paliłem przecież trawkę przy kilku okazjach, łykałem też kwas. Wmawiam sobie, że tym razem będzie tak samo.

Lecz nie jest.

Choć jej nie zapraszałem, Clare idzie ze mną do baru na rogu. Jem, chociaż w tej chwili nie jestem głodny. Ona pali. Nigdy nie je. To dziwne.