47,99 zł
Jedna noc wystarczyła, by życie rodziny Taylorów rozsypało się na kawałki.
Kalifornia, czerwiec 1975. Dwoje nastolatków zostaje znalezionych martwych w swoim domu. Jedynym ocalałym jest ich brat Vincent. Przez lata wokół rodzinnej tragedii narastają mroczne teorie i domysły, które nasilają się, gdy Vincent zaczyna odnosić sukcesy jako autor powieści grozy.
Będąca na skraju finansowej katastrofy ghostwriterka Olivia Dumont otrzymuje propozycję nie do odrzucenia. Ma napisać ostatnią powieść swojego ojca, Vincenta Taylora. Nie wie jednak, że ten projekt jest jedynie kolejnym z jego kłamstw.
Vincent nie chce, by Olivia stworzyła jego następny horror. Po pięćdziesięciu latach milczenia jest wreszcie gotów opowiedzieć, co naprawdę wydarzyło się tamtej tragicznej nocy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 400
Data ważności licencji: 7/31/2030
Tytuł oryginału: The Ghostwriter
Copyright © 2025 by Julie Clark
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026
Copyright © for the translation by Małgorzata Kafel
Opieka wydawnicza: Alicja Konieczka, Natalia Karolak
Opieka redakcyjna: Anna Małocha, Dagmara Małysza
Przyjęcie tłumaczenia: Zofia Strzyż
Adaptacja makiety na potrzeby wydania: To znowu ja
Adiustacja i korekta: d2d.pl
Promocja i marketing: Dominika Szczerek
Cover design by Erin Fitzsimmons / Sourcebooks
Cover art © theBookDesigners
Adaptacja okładki na potrzeby wydania: Agnieszka Gontarz
ISBN 978-83-8399-582-3
Postacie i wydarzenia przedstawione w tej książce są fikcyjne.Wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest przypadkowe.
www.otwarte.eu
Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Dla Poppy i wszystkich młodych kobiet
podejmujących tę samą walkę wczoraj i dziś.
Część tej historii rozgrywa się w Ojai w Kalifornii w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Robiłam, co mogłam, żeby wiernie oddać topografię miasta i życie ludzi w tamtym okresie, nie obyło się jednak bez pewnych ustępstw na rzecz fikcji. Największym z nich jest sposób, w jaki na stronach tej książki zostało opisane doroczne letnie święto Ojai. W przeszłości przybierało ono różne formy: najpierw, od 1917 do 1928 roku oraz w latach pięćdziesiątych, obchodzono Dzień Ojai. W latach dziewięćdziesiątych przez pewien czas impreza odbywała się na terenie Nordhoff High School, aż w końcu, jesienią 1991 roku, tradycja odżyła jako festyn w Libbey Park.
W sposób celowo odbiegający od rzeczywistości przedstawiłam ponadto okolicę Ojai Meadows Preserve – z powodów, które wkrótce staną się jasne, nie chciałam, by powieściowe przedmieście przypominało istniejące części miasta.
Dziękuję Wendy Barker z Ojai Valley Museum za skontaktowanie mnie z miejscowym historykiem Craigiem Walkerem. Jego opowieści o Ojai lat siedemdziesiątych – terenie, który dziś obejmuje Ojai Meadows Preserve i centrum miasta – a także o sposobach spędzania czasu przez miejscową młodzież w tamtym okresie okazały się dla mnie bezcenne. Za ewentualne nieścisłości ponoszę winę wyłącznie ja sama.
– Wiem, co zrobił twój tata.
Tamtego roku skończyłam dziesięć lat. Siedziałam właśnie w szkolnej stołówce, gdy przysiadł się do mnie kolega z klasy i w moim uchu rozległ się ten gorączkowy szept.
Odłożyłam kanapkę z mortadelą i odparłam:
– Napisał książkę.
Nie ekscytowałam się zbytnio zawrotną karierą pisarską swojego staruszka. Fakt, mówił głośniej niż kiedyś. Pił więcej niż zwykle – chociaż już przedtem pił dużo – i więcej podróżował, zostawiając mnie pod opieką swojej asystentki Melindy, młodej kobiety, która miała teraz klucze do naszego domu. Która mówiła mi, że mój ojciec jest zbyt zajęty, by podpisać mi klasówkę z matematyki albo przepytać z ortografii.
Sukces ojca olśnił świat literacki – na półkach i na listach bestsellerów jego książki zajmowały miejsca tuż obok powieści Stephena Kinga, a bywały tygodnie, że sprzedawały się lepiej niż one. Sęk w tym, że w Ojai ojciec zaczął zwracać na siebie uwagę, budząc wspomnienia i prowokując szepty, które docierały do uszu dzieci.
Tamten chłopiec, którego imienia nie pamiętam, pokręcił wtedy głową. Oczy aż mu błyszczały na myśl o tym, że to on będzie tym, który mi powie. Który zrujnuje mi dzieciństwo w czasie przerwy śniadaniowej.
– Twój tata zabił swojego brata i swoją siostrę. Zamordował ich w ich własnym domu.
– Kłamiesz! – zawołałam. – Po prostu mi zazdrościsz.
Ale reakcja innych dzieci siedzących dokoła nas sprawiła, że mój głos nie zabrzmiał tak pewnie, jak bym chciała. Na ich twarzach nie zobaczyłam pogardliwego sceptycyzmu, którego się spodziewałam. Raczej milczący szok, że ktoś odważył się powiedzieć głośno to, co wszyscy wiedzieli.
Tak to się zaczęło. Tak poznałam mroczną tajemnicę swojej rodziny.
*
Wkrótce morderstwo Danny’ego i Poppy Taylorów stało się opowieścią przekazywaną szeptem na przyjęciach piżamowych wraz z historiami o seansach spirytystycznych i zjawach ukazujących się w lustrze. W czerwcu 1975 roku dwoje nastolatków takich jak my zostało zadźganych nożem w czasie, gdy całe miasto świętowało początek lata na dorocznym Święcie Ojai sto metrów od ich domu.
W mojej klasie każdy uważał się za eksperta od tej opowieści, chociaż kiedy zaczęła wśród nas krążyć, Danny i Poppy nie żyli już od piętnastu lat. Mówiono, że Poppy miała tylko wstąpić do domu po sweter, a potem spotkać się z najlepszą przyjaciółką przy karuzeli. Że wpadła w zasadzkę i została zamordowana we własnym pokoju, a jej starszy brat Danny w korytarzu i pewnie mógłby uratować siostrę, gdyby udało mu się pokonać jeszcze kilka metrów.
Wygrzebywano z szaf stare wycinki z gazet i przekazywano sobie ukradkiem na szkolnych przerwach, studiowano klasowe zdjęcia sprzed lat. Drobna sylwetka Poppy, falowane włosy, które wyglądały, jakby trudno je było rozczesać, obsypane piegami policzki. Niewykorzystany potencjał bijący z twarzy Danny’ego, jego uśmiech promienny jak niespełniona obietnica.
Dyskutowano o tym, gdzie go znaleziono, przypuszczano, że za wszelką cenę usiłował dotrzeć do młodszej siostry, by jej bronić z narażeniem życia. Danny nie zdążył i Poppy zginęła. Ich imiona stały się publiczną własnością, którą można było wygrzebywać z przeszłości i wykorzystywać do teraźniejszych celów. „Żebyś nie skończył jak Danny i Poppy”. Dannym i Poppy były podszyte rutynowe pytania rodziców: „Czy w domu będzie ktoś dorosły?”.
Całe moje dzieciństwo nagle stało się zrozumiałe. Podążające za nami ściszone głosy. Pusta przestrzeń w kolejce do kasy w supermarkecie. Telefon, który nigdy nie dzwonił, gdy liczyliśmy na propozycje wspólnej zabawy albo zaproszenia na urodziny. Zawsze zakładałam, że chodzi o moją mamę, która odeszła, kiedy miałam pięć lat. Wstyd z tego powodu towarzyszył mi do czasu, aż jego miejsce zajął inny, większy.
Gdy już wiedziałam, bez trudu znalazłam rodzinne albumy upchnięte na dnie szafy ojca.
Wczesne zdjęcie, opisane pochyłym, ozdobnym pismem babci: Danny – dziewięć lat, Vince – osiem lat, Poppy – sześć lat. Siedzą w piżamach na brązowej prążkowanej kanapie, z kubkami gorącej czekolady w dłoniach. Inne, zrobione kilka lat później, na którym grają w karty przy niewielkim kuchennym stole z laminowanym blatem. W tle majaczy rozmyta sylwetka ich matki, w popielniczce przy krawędzi kadru tkwi papieros ojca, z którego unosi się delikatna smużka dymu.
Śledziłam upływ czasu. Na zdjęciach widać, jak rodzeństwo dorasta, kolejne lata i dni przybliżają wszystkich troje do 13 czerwca 1975 roku.
Trzy lata przed. Myją na podjeździe rodzinne kombi: Danny w szortach Ocean Pacific trzyma wąż ogrodowy, ojciec – chudy trzynastolatek bez koszulki – pochyla się z gąbką nad maską samochodu, a jedenastoletnia Poppy wrzeszczy, bo wygięty w łuk strumień wody leje jej się na plecy.
Dwa lata przed. Danny na szkolnej uroczystości: stoi między rodzicami w garniturze, wysoki, przystojny. Oni – jeszcze niezałamani.
Rok przed. Piętnaste urodziny ojca. Nachyla się nad tortem, piorunując wzrokiem osobę, która robi zdjęcie.
Dziesięć miesięcy przed. Zdjęcie klasowe Poppy, dziewiąta klasa. Uśmiecha się, lekko odsłaniając przekrzywioną jedynkę, której pewnie nienawidziła. Długie włosy, spinki tuż nad uszami. Zastanawiałam się, czy mogła przeczuwać, co ją spotka przed końcem roku szkolnego. Gdyby tylko wiedziała, że to ostatnie zdjęcie klasowe w jej życiu! Pewnie po prostu zastanawiała się, czy jest dobrze uczesana albo jak jej pójdzie sprawdzian z matmy na następnej lekcji.
Wciąż na nowo czytałam tę dziesięcioletnią retrospektywę, przerabiając te same teorie, zadając sobie te same pytania, dręczące każdą osobę, która znała Danny’ego. Która kochała Poppy. Wszyscy mówili o potencjale Danny’ego, o jego popularności i poczuciu humoru. Opisywali zaangażowanie Poppy w walkę o prawa kobiet. Jej nieustępliwość. Jej marzenia o kręceniu filmów.
Mówiono też o moim ojcu. O jego skłonności do niewybrednych żartów balansujących na granicy okrucieństwa. O tym, jak usiłował – bezskutecznie – się dopasować. Wtedy wszyscy zastanawiali się, jakim cudem Vincent poderwał tamtą dziewczynę.
Tę, która później miała zostać moją matką.
Plotki odsłaniały szczegóły dotyczące mojej przeszłości: impulsywność ojca. Zagubienie mamy. Energię cioci i charyzmę wujka.
Jednak jako ghostwriterka – wysłuchująca opowieści innych i na tej podstawie pisząca książki – wiem, jak niezwykle trudno dotrzeć do czegoś, co druga osoba stara się ukryć. Po śmierci tej osoby jej sekrety stopniowo przykrywa kurz czasu, aż w końcu nie ma nikogo, kto by o nich pamiętał.
Teraz zostało już tylko morderstwo sprzed pięćdziesięciu lat, będące częścią mojego dziedzictwa nie mniej niż sekwencja DNA czy moje brązowe włosy.
Milion razy wyobrażałam sobie trzynasty czerwca 1975 roku. Oczami wyobraźni oglądam ten dzień jakby z góry, śledzę przepływające jak film obrazy. Nastolatka biegnie do domu po sweter, budynek stoi zaledwie kawałek dalej. Czy świecą już latarnie uliczne? Koroner określił godzinę jej zgonu na siódmą wieczorem, śmierć Danny’ego nastąpiła zaraz potem.
Poppy nie miała pojęcia, co ją spotka w domu. Jakim koszmarem okażą się jej ostatnie chwile. Wyobrażałam je sobie na wszelkie możliwe sposoby i wiem, że nie miała szans. Zgodnie z wynikami sekcji zwłok mój ojciec w ciągu godziny ze środkowego dziecka zmienił się w jedyne.
Niektórzy twierdzą, że trauma uczyniła z niego jednego z najpłodniejszych autorów horrorów jego pokolenia. Inni nie są tak wspaniałomyślni.
Mój ojciec jest utalentowanym pisarzem, kłamcą z zawodu i z powołania. Nie jestem aż tak naiwna, żeby wierzyć we wszystko, co mi opowiedział. Proponuję, żebyście sami ocenili, co w tej historii jest prawdą, podobnie jak ja musiałam to zrobić.
Olivia Taylor Dumont
13 czerwca 2025
Marzec 2024
Myję właśnie kubek po kawie – gorąca woda spływa do miedzianego zlewu – kiedy dzwoni telefon. Wycieram ręce i podchodzę do długiego stołu jadalnego, który wiele lat temu kupiłam na pchlim targu.
Sięgam po wibrującą komórkę, spodziewając się zobaczyć na wyświetlaczu imię i twarz Toma. Zawsze dzwoni do mnie w drodze do pracy, dzięki czemu podróż upływa mu na wałkowaniu ze mną coraz to nowych tematów. Dlaczego członkowie kongresu zachowują się jak banda rozpuszczonych dziesięciolatków. Albo kto naprawdę zabił JonBenét Ramsey. Czasem Tom próbuje mnie uspokoić, gdy panikuję, że od roku nie mam zleceń. Tak czy inaczej, odkąd się poznaliśmy, nie przestajemy rozmawiać. Nareszcie wiem, co ludzie mają na myśli, mówiąc, że ktoś jest ich drugą połówką. Tom jest moją drugą połówką, a ja jego.
Tym razem jednak nie dzwoni Tom, tylko moja agentka Nicole. Jedyna osoba z branży, z którą jeszcze czasem rozmawiam. Z początku koleżanki i koledzy dzwonili, żeby zapytać, co u mnie, zaproponować pomoc. Zapraszali na kawę albo drinka. Wysyłali linki z informacjami o warsztatach twórczych i festiwalach literackich. Kiedy wciąż odrzucałam zaproszenia, ich miejsce zajęły esemesy i maile z wyrazami wsparcia, a potem i one się urwały.
Wstępuje we mnie nadzieja. Może moje wykluczenie nareszcie się skończy.
Zerkam przez okno na drewniany budynek mieszczący moją pracownię i zastanawiam się, od ilu miesięcy tam nie zaglądałam. Od sześciu? Dziesięciu? Myślami znowu łączę się z Tomem – człowiekiem, który go zaprojektował – i wyobrażam sobie jego radość na wieść, że nareszcie zlecono mi książkę do napisania.
– Mam nadzieję, że dzwonisz w sprawie pracy – mówię.
Minął rok, odkąd ze sceny ważnego festiwalu literackiego – siedziałam tam jako jedyna kobieta zaproszona do uczestnictwa w panelu poświęconym ghostwritingowi w dwudziestym pierwszym wieku – storpedowałam swoją karierę.
– Owszem – mówi Nicole, a potem milknie, jakby szukała odpowiednich słów. – Tyle że to trochę… nietypowe zlecenie.
Odsuwam przeszklone drzwi i wychodzę na wyłożone kamiennymi płytami patio, z którego rozpościera się widok na kanion, a jeśli widoczność jest dobra, również na ocean. Dzisiaj jednak niebo jest szare, a zieleń drzew rosnących poniżej mojego domu ledwie zaczyna się wyłaniać z porannej mgły. Po tym, jak w wieku czternastu lat opuściłam Ojai, dopiero w tym domu, stojącym wysoko na skraju kanionu Topanga i kupionym za pierwszą dużą zaliczkę – na poczet biografii młodej golfistki, która przebyła drogę z rodziny zastępczej do ligi narodowej – poczułam się mniej więcej u siebie.
Kocham ten dom, jego ściany z gipsowanego kamienia, delikatną hydraulikę i dziwaczne zakamarki. Nie każdy chce mieszkać na końcu drogi pnącej się po zboczach kanionu, pół godziny jazdy od podstawowych zdobyczy cywilizacji. Nie wspominając o pożarach, które co roku stawiają mieszkańców Topangi w stan najwyższej gotowości, zmuszając do analizowania prognoz pogody i trzymania w bagażniku spakowanej torby na wypadek natychmiastowej ewakuacji. Ale ja byłam przyzwyczajona do zagrożenia. Jego cień wydawał się znajomy, podobnie jak prowadząca do tego domu wiejska droga, z kolejnymi zakrętami wyłaniającymi się jak wspomnienia. Jeżeli dorastając, człowiek stale słyszy, że jego ojciec jest mordercą, stopniowo uczy się kompartmentalizacji, lokuje zagrożenie w części jaźni, którą na co dzień można ignorować, podświadomie zachowując jednak czujność. Przygotowując się na nie. Czekając w gotowości.
– Po prostu powiedz mi, o co chodzi – proszę.
– Skontaktowali się ze mną ludzie Vincenta Taylora. Wiesz, tego autora horrorów. Chcą, żebyś napisała jego następną książkę.
Brzmienie jego nazwiska wywołuje w mojej głowie taki zamęt, że niemal nie czuję powiewu wiatru na odsłoniętych ramionach i kostkach. Vincent Taylor, mój ojciec. Nie rozmawiałam z nim od co najmniej dwudziestu lat. W moim obecnym życiu nikt nie wie, że jesteśmy spokrewnieni. Stał się jądrem ciemności, które odgrodziłam od reszty swojego życia.
Nicole próbuje wypełnić ciszę, która zapadła na linii.
– Wiem, że to nie twoja specjalność, ale zawsze to praca, poza tym proszą właśnie o ciebie.
– Nie jestem powieściopisarką – odzywam się wreszcie. Mój głos brzmi bardziej piskliwie niż zazwyczaj. Odchrząkuję, żeby ukryć zdenerwowanie. – Mnóstwo osób zrobiłoby to lepiej ode mnie.
Słyszę, jak Nicole przesuwa rzeczy na swoim biurku, i wyobrażam sobie widok z okna jej biura na Manhattanie: zakorkowaną ruchliwą ulicę w dole i tłumy przechodniów.
– Wiem, ale on podobno nalega, żebyś to była ty – mówi, a potem zniża głos. Słychać w nim ciekawość. – Muszę zapytać: skąd go znasz?
Przysiadam na jednym z żelaznych krzeseł stojących wokół ogrodowego stołu. Nad moją głową przecinają się pnącza glicynii. Wiatr kołysze wiszącą lampą, po ścianach kanionu wspina się podmuch przypominający westchnienie.
– Nie znam – odpowiadam.
To nie jest kłamstwo. Odcięcie się od ojca kosztowało mnie wiele trudu. Mieszkałam za granicą, dopóki nie nabrałam pewności, że amerykańskie media zapomniały o istnieniu córki Vincenta Taylora. W 2005 roku wróciłam do kraju z podwójnym obywatelstwem, posługując się nazwiskiem człowieka, który, zanim skończyłam trzydziestkę, przez pewien czas był moim mężem. Nazywałam się teraz Olivia Dumont. Ale już znacznie wcześniej przestałam uważać Vincenta Taylora za kogoś, kogo znam.
Po powrocie zaczęłam pracować jako dziennikarka, przekonana, że chcę pisać o ludziach takich jak mój ojciec – którzy naginają reguły, ogrywają system i korzystają z przywilejów. A jednak nie cierpiałam tej pracy. Ciągłej walki o to, żeby dostać temat. Czajenia się na ludzi w parku, supermarkecie. Wydzwaniania, wyciągania z nich historii, których nie chcieli opowiadać. Robiłam to samo, co wcześniej robiono mnie, zanim zmieniłam nazwisko i zniknęłam.
Ghostwritingiem zajęłam się przez przypadek. Koleżanka ze studiów magisterskich została redaktorką w dużym nowojorskim wydawnictwie. Zwróciła się do mnie w sprawie projektu, którym kierowała – wspomnień ikony kina lat sześćdziesiątych. Nie zdradziła, dlaczego poprzedni ghostwriter wycofał się z przedsięwzięcia. Znalazła się w kłopotliwej sytuacji i szukała kogoś, kto ukończy zlecenie w terminie. Zgodziłam się i odkryłam, że jestem w tym dobra.
Od tamtej pory wypełniałam świat książkami o silnych kobietach. O pierwszej Amerykance azjatyckiego pochodzenia, która poleciała w kosmos. O polityczkach zmieniających sytuację prawną kobiet. Naukowczyniach będących czołowymi ekspertkami w swoich dziedzinach. Uwielbiam anonimowość, jaką zapewnia ta praca, możliwość wślizgiwania się w skórę innych i pomieszkiwania w ich życiu przez okres potrzebny do napisania dobrej historii. Nie ma szans, żeby ktoś dowiedział się, kim jestem, ani tym bardziej przypomniał sobie, kim jest mój ojciec. Jestem niewidzialną ręką nad stronicą, a nie nazwiskiem na okładce.
– Cóż, proponują dobre pieniądze – ciągnie Nicole. – On mieszka w Ojai, więc to w ogóle brzmi jak niezła fucha.
– Nie masz dla mnie czegoś innego? – pytam w nagłym przypływie rozpaczy. To pytanie zadawałam już niezliczoną ilość razy. W esemesach, mailach, rozmowach telefonicznych. Ale w rzeczywistości chciałabym wiedzieć, jakim cudem po tylu latach sukcesów znalazłam się w tym miejscu.
Na tamtym festiwalu powiedziałam przecież po prostu to, co każdy myślał. John Calder, facet, który siedział na środku sceny, napisał właśnie książkę o polityku skazanym za handel ludźmi. Książka była odrażająca i mizoginistyczna. „Czy dla ciebie wszystko jest kwestią ceny, John? Czy istnieje jakaś granica, której byś nie przekroczył? Osoba, której nie wykreowałbyś na gwiazdę, bez względu na wysokość zaliczki?”, zapytałam, kiedy przyszła moja kolej na zabranie głosu.
Nie pamiętam już, jak brzmiało pytanie zadane przez prowadzącego, cenionego recenzenta „New York Timesa”. Wciąż jednak słyszę, jak ludzie na widowni wstrzymują oddech, widzę, jak obracają głowy w stronę mojego miejsca na skraju sceny, fotela w innym odcieniu niebieskiego niż te zajmowane przez pozostałych uczestników, jakby moja obecność była wynikiem jakiejś późniejszej decyzji. Ledwie wypowiedziałam te słowa, a już wiedziałam, że popełniłam błąd. Prowadzący odchrząknął. „Proszę nam opowiedzieć, co pani naprawdę czuje, pani Dumont”, powiedział.
Na widowni rozległ się śmiech i rozmowa potoczyła się dalej, ale nie miałam wątpliwości, że powinnam była ugryźć się w język. Publiczne wywołanie do odpowiedzi takiego faceta jak John Calder, z długą listą bestsellerów na koncie i koneksjami we wszystkich możliwych kręgach władzy, od polityki po przemysł rozrywkowy, niezależnie od niemoralnych wątków wprowadzanych przez niego do dyskursu publicznego, było błędem, którego Nicole nie zdołała wymazać.
Wydawca książki, którą wtedy promowałam, zażądał, bym publicznie przeprosiła Caldera. Zamiast jednak to zrobić, podjęłam w mediach społecznościowych krucjatę przeciwko mizoginii w branży wydawniczej, promującej mężczyzn takich jak John Calder. Grzmiałam, że płaci się im dwukrotnie więcej niż ich koleżankom po fachu, a do tego przyznaje większy budżet na marketing, który rozdmuchuje wyniki sprzedaży. Co z kolei zapewnia im jeszcze większe zaliczki. Byłam wyczerpana wysiłkiem, który musiałam włożyć w zdobycie drugiej pozycji. Oraz zirytowana tym, że dla osób decyzyjnych talent ma tak niewielkie znaczenie. Mój los przypieczętowały cztery ostatnie posty w wątku:
(7/10) Kiedy większość z nas ciężko pracuje, żeby głosy osób zmarginalizowanych wybrzmiały w przestrzeni publicznej, a historie ważne dla wspólnego dobra mogły zostać usłyszane, John Calder obrał inny kierunek.
(8/10) Może po prostu swój do swego ciągnie. W końcu z kim przestajesz, takim się stajesz, a John Calder przestaje z najbardziej obrzydliwymi i zdeprawowanymi osobnikami w naszym społeczeństwie.
(9/10) Mam na myśli tego polityka pedofila. CEO, będącego równocześnie białym supremacjonistą. Sędziego, który przymyka oko na gwałt, żeby „nie rujnować życia młodemu człowiekowi”.
(10/10) Nie mogę się nadziwić, że są wydawcy, którzy chcą wspierać takich ludzi. Którzy uważają, że John Calder zasługuje na pieniądze i platformę dla swoich poczynań.
To z ich powodu John Calder rozpętał ogólnokrajową kampanię medialną przeciwko mojej próbie napiętnowania go. A potem złożył pozew do sądu, twierdząc, że przeze mnie stracił dwa zlecenia, bo wydawcy woleli obrać mniej kontrowersyjny kierunek. Rozprawa toczyła się przed sądem tego samego stanu, w którym odbywał się festiwal literacki, w dodatku prowadził ją sędzia aż przebierający nóżkami, żeby pokazać pyskatej babie, gdzie jej miejsce. Przywalił mi pół miliona dolarów zadośćuczynienia i pouczył, żebym rozważniej dobierała słowa. Żebym nie zachowywała się tak emocjonalnie. Żebym się uspokoiła.
I chociaż ludzie okazywali mi ciche wsparcie, nie obejmowało ono rekomendowania mnie wydawcom. Problemu nie dało się rozwiązać, zmieniając nazwisko i zaczynając od zera. Żeby w tym zawodzie dostawać ważne zlecenia, trzeba mieć solidny dorobek, a mój zaliczał się do najlepszych. Do czasu.
– Wiesz, że dzwoniłam wszędzie – mówi teraz Nicole. – Rozmawiałam z każdym, kto był mi winien jakąś przysługę. Musimy to po prostu przeczekać.
Szczerze mówiąc, dziwiłam się, że jeszcze nie wycofała się ze współpracy ze mną.
Chciałabym odrzucić tę propozycję. Muszę ją odrzucić – nie tylko dlatego, że odcięcie się od rodziny i związanej z nią traumy tyle mnie kosztowało, ale także dlatego, że nie chcę, by ojciec mną manipulował. Bo nie wierzę, że chodzi tu o pracę.
– Sądziłam, że Vincent Taylor już od paru lat jest na emeryturze – mówię.
– Tacy faceci jak on lubią organizować sobie wielki powrót – zauważa Nicole. – Chociaż kiedy rozmawiam z jego ludźmi, odnoszę wrażenie, że coś im nie idzie. Chyba pojawiły się jakieś przeszkody. Więc jeżeli teraz ktoś zdoła napisać im tę książkę w terminie, bez dalszych komplikacji, mogą być zainteresowani współpracą przy kolejnych projektach. – Milknie dla podkreślenia wagi swoich słów. – To mogłoby na nowo otworzyć przed tobą drzwi.
Podchodzę do brzegu patio, który jest równocześnie granicą mojej działki. Poniżej, za ręcznie robioną balustradą z drewna starego dębu, rozciągają się tereny należące do lasów państwowych. Wpatruję się w zachmurzoną przestrzeń.
– Co to za przeszkody? – pytam. – O co chodzi?
– Nie chcieli wdawać się w szczegóły. Reszty dowiesz się, jeżeli się zgodzisz.
Nad moją głową krąży jastrząb. Nagle staję się czujna, jakbym była tym niewidocznym stworzeniem, na które poluje ptak.
– Ile? – pytam wreszcie.
– Zaczęli od dwóch i pół. Ale skoro jemu zależy konkretnie na tobie, pewnie mogłabym wynegocjować więcej. Poza tym umowa przewiduje tantiemy, więc jeśli książka dobrze się sprzeda, a nie ma powodów, by sądzić, że mogłoby być inaczej, będzie dla ciebie stałym źródłem dochodów. – Milknie. – Może nie musiałabyś sprzedawać domu.
Jastrząb pikuje, a ja odwracam się z powrotem w stronę budynku, wspominając parę, która oglądała go zaledwie kilka dni temu. Wjechali na podjazd swoją cichą Teslą i ruszyli ostrożnie krętą ścieżką w kierunku drewnianych schodów prowadzących do drzwi wejściowych – on w drogich włoskich mokasynach na bosych stopach, ona z przyciśniętą do piersi torebką Hermès Birkin. Nie chciałam słuchać opinii potencjalnych nabywców, więc wyszłam, uśmiechając się do nich, i czym prędzej wsiadłam do samochodu. Zanim jednak zdążyłam odjechać, przez opuszczone szyby dobiegł mnie z góry głos tej kobiety. „To kompletna ruina”, oznajmiła tonem ociekającym pogardą.
Tego samego wieczoru moja agentka nieruchomości zadzwoniła, by mi przekazać, że nie złożą oferty, i zasugerowała, żebym opuściła cenę. Znowu.
– No dobrze – odpowiadam Nicole, wiedząc, że tego pożałuję. Zdając sobie sprawę, że ten projekt będzie się dla mnie wiązał z kosztami, których na razie nawet nie potrafię sobie wyobrazić.
– Dam im znać i zadzwonię do ciebie, gdy poznam wszystkie szczegóły.
– Kiedy on chce zacząć? – pytam.
– Spieszy im się, więc podejrzewam, że jak najszybciej. Zamierzam tam pojechać jeszcze w tym tygodniu.
Rozłączamy się. Znowu spoglądam na kanion. Po jastrzębiu i jego ofierze nie ma śladu. Staram się to traktować nie tyle jako okazję, ile jako konieczność. Mój ojciec mawiał: „Nie użalaj się nad sobą. Nie patrz wstecz”. Obiecuję sobie, że nie dam się wciągnąć w jego plan, jakikolwiek by był. Bo nie mam wątpliwości, że ta książka to pułapka – mój ojciec produkuje powieści od kilkudziesięciu lat i z całą pewnością nie potrzebuje do tego mojej pomocy. Postanawiam uznać tę propozycję za zło konieczne, coś, co pozwoli zamknąć obecną fazę mojego życia, powstrzymać przychodzące codziennie na komórkę powiadomienia o debecie. Spłacić Johna Caldera i prawnika. I może jeszcze doprowadzić do jakiegoś domknięcia relacji z kimś, kto zawsze był dla mnie właściwie obcy.
Mimo wszystko w wieku czterdziestu czterech lat i po prawie trzydziestoletniej nieobecności wreszcie wracam do domu.
W piątek zjawia się Tom. Poranne światło dopiero muska wierzchołki drzew wokół domu. Stoję na tarasie, piję kawę i spoglądam na kanion z intrygującą mieszaniną niepokoju i tremy. Kiedy w środę w mojej skrzynce wylądowała umowa, zadzwoniłam do Nicole, żeby omówić szczegóły.
– Nie chcą ujawniać, że korzystał z pomocy ghostwriterki, więc będziesz musiała zachować dyskrecję – uprzedziła. – Sugerowali umowę o zachowaniu poufności, ale udało mi się ich od tego odwieść. Przypomniałam im, że jesteś profesjonalistką i pracowałaś już nad tego typu projektami.
– W porządku – odparłam. Wyjście na jaw faktu, że piszę horror jako ghostwriterka dla faceta pogardzanego nie mniej niż John Calder i tak było ostatnią rzeczą, jakiej bym sobie życzyła.
Nicole odczytała fragment umowy:
– „AUTORKA powstrzyma się od ujawniania szczegółów swojej pracy nad DZIEŁEM w rozmowach, wywiadach, mediach”, bla, bla, bla… Oczywiście skoro chodzi o Vincenta Taylora, nie dziwię się, że chce, by jego fani myśleli, że napisał tę książkę sam. Wydawca będzie znał prawdę, a reszta nas nie obchodzi.
– Jasna sprawa – skwitowałam, nie zawracając sobie nawet głowy zapewnianiem, że z przyjemnością zabiorę tę tajemnicę do grobu. Chciałam tylko wrócić do pracy. Starałam się nie myśleć o tym, co ten projekt mówi o mnie. Jak łatwo przyszło mi zniżyć się do poziomu Caldera, przyjąć zlecenie ze względu na wysokość zaliczki, nie dbając o to, z kim będę musiała współpracować.
Tom staje obok mnie i razem patrzymy w dal. Niebo ma kolor jedwabistego różu, który przywodzi mi na myśl góry wokół Ojai o zachodzie słońca. Ale oczywiście nie wspominam o tym.
Kiedy powiedziałam mu o tym zleceniu, zaczął zadawać setki pytań – kto, gdzie, jak długo. Zbywałam go, mówiąc, że obowiązuje mnie umowa o zachowaniu poufności i nie mogę mu niczego zdradzić. I choć technicznie rzecz biorąc, było to kłamstwo – ostatecznie niczego takiego nie podpisałam – racjonalizowałam je, tłumacząc sobie, że pracowałam już jako ghostwriterka nad wieloma książkami, do których nie było mi wolno się przyznać, i że to zlecenie niczym nie różni się od tamtych. Ale wiedziałam, że Tom miałby mi za złe, gdyby wiedział, jaka jest prawda. Dorastał wśród kłamstw – miał narcystycznych rodziców, którzy mataczyli i manipulowali faktami – więc gdy zaczęliśmy traktować naszą znajomość poważnie, oznajmił bez ogródek, że dla niego kłamstwo przekreśla szanse na wspólną przyszłość.
Ale kiedy relacjonowałam mu przedakcję wymyśloną na potrzeby znajomości zawieranych po powrocie do Stanów – że wychowało mnie dwoje kochających rodziców, że ojciec zmarł nagle na zawał, gdy byłam w liceum za granicą, a mama kilka lat później na raka szyjki macicy – na tamtym etapie, gdy dopiero zaczynaliśmy się nawzajem poznawać, w ogóle nie brałam pod uwagę powiedzenia mu prawdy. Od lat nikomu nie mówiłam, z kim jestem spokrewniona ani co się wydarzyło w mojej rodzinie. Więc nawet nie odczuwałam tego jako nieszczerości w stosunku do Toma. Zostawiłam prawdę daleko, w odległym zakątku swojej przeszłości, którego nie zamierzałam więcej odwiedzać. Nie miałam też powodów, by się obawiać, że wszystko wyjdzie na jaw, bo kontakt z którymkolwiek z rodziców wydawał mi się nie do pomyślenia. Poza tym nie chodziło o nic, co mogłoby mieć wpływ na to, kim jestem dla niego jako partnerka. To było zwyczajnie bez związku.
– Wszystko już spakowałaś? – pyta Tom.
– Chyba tak – mówię.
Przyciąga mnie do siebie i mocno przytula, a ja nagle czuję się winna, że tajemnica, która wydawała się tak starannie ukryta, nagle znowu mi towarzyszy. Jak bicie serca czekające, aż je zauważę.
Tom odprowadza mnie do samochodu, wkłada moją torbę do bagażnika. Nachyla się, żeby ucałować mnie na pożegnanie przez otwarte okno.
– Zadzwoń wieczorem, gdy już będziesz na miejscu, dobrze?
Nasze spojrzenia się spotykają i w tej chwili żałuję, że przyjęłam to zlecenie. Nie powinnam tego robić – nie tylko okłamywać go co do warunków umowy, lecz w ogóle wracać do miejsca, które dawno temu postanowiłam opuścić. Ale umowa została podpisana, zaliczka jest w drodze i pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że zdołam przez to przejść bez żadnych incydentów.
*
Ruszam wzdłuż wybrzeża na zachód, a w Venturze odbijam w prawo na Ojai. Wspominam dzieciństwo, czasy, kiedy nie wiedziałam jeszcze o morderstwach i nie zauważałam otaczającej ojca aury podejrzliwości. Mieszkaliśmy wtedy w małym mieszkaniu przy jednej z przecznic Ojai Avenue. Każdej niedzieli chodziliśmy na lunch do Nina’s Diner. Gdy ja pochłaniałam burgera ze słynnym czerwonym sosem, ojciec próbował leczyć kaca czarną kawą. Opowiadał mi historie o Lionelu Foolhardym – niezdarnym chłopcu, któremu mimo dobrych zamiarów wiecznie przytrafiały się jakieś katastrofy. Kiedy przychodziła jego kolej na sprzątnięcie klatki klasowych świnek morskich, gryzonie jakimś cudem wydostawały się na wolność. Przeprowadzane przez niego doświadczenia wymykały się spod kontroli i kończyły pożarem.
To było jednak, zanim mój ojciec z dnia na dzień stał się sławnym pisarzem. Zanim zaczął pić jeszcze więcej i na dodatek uzależnił się od kokainy. Dopiero jako dorosła osoba zdałam sobie sprawę, co się z nim działo – domowymi sposobami próbował się uporać ze swoją traumą. Prochy, alkohol i kobiety czyniły go częstym bohaterem tabloidów, aż w końcu nawet media miały go dość.
Zerwałam z nim kontakty nie dlatego, że podejrzewam go o zabicie Danny’ego i Poppy. Nie wierzę, żeby człowiek, którego w dzieciństwie wielbiłam, mógł być mordercą, pomimo swoich wad. Jednak sława i trauma zmieniły go w kogoś obcego. Nawyki stały się uzależnieniami, a kochający ojciec gdzieś zniknął. Jego miejsce zajął mężczyzna, który ciągle sprawiał mi zawód. Po tym, jak porzuciła mnie matka, on postanowił zrobić to samo. Odkąd w wieku czternastu lat wysłał mnie za granicę do szkoły z internatem, większość wakacji i ferii spędzałam samotnie na pustym kampusie albo u przyjaciół. Nawet jeśli udawało mu się zorganizować wspólny wyjazd, zawsze w ostatniej chwili planował sobie jakieś wystąpienia w miejscach, do których jechaliśmy, a wieczorami przesiadywał w hotelowym barze. W rezultacie i tak byłam sama. Trudno powiedzieć, które z rodziców skrzywdziło mnie bardziej – matka, opuszczając mnie raz na zawsze, czy ojciec, znikając na moich oczach, po kawałku, jakby za sprawą magicznej sztuczki, aż w końcu nie został mi już nikt.
*
Ledwie wjeżdżam na przedmieścia Ojai, a już dostrzegam zmiany. Miasteczko mojego dzieciństwa zmywa napływ kapitału. Jadę przez zakorkowane centrum. Dwupasmową jezdnię przecinają turyści, wszędzie przemykają ludzie na wypożyczonych rowerach. Wracają wspomnienia. Pamiętam, jak siedziałam ojcu na barana, zajadając lody w wafelku. Jak przechodziłam z mamą przez ulicę, trzymając ją za rękę. Jej szeleszczącą spódnicę pamiętam wyraźniej niż jej twarz. Przypominam sobie tutejsze światło, jego magiczną złotą barwę, tuż przed zachodem słońca przechodzącą w róż. Woń eukaliptusa i rozmarynu na górskich szlakach oplatających miasto.
I Jacka Randalla, syna Marka, niegdyś najlepszego przyjaciela Danny’ego. Jacka, podobnie jak mnie, wychowywał ojciec straumatyzowany wydarzeniami tamtego czerwcowego dnia w 1975 roku. Oboje wcześnie nauczyliśmy się żyć w cieniu wspomnień, o których nigdy nie mówiło się głośno. Razem potajemnie szukaliśmy odpowiedzi. Za zamkniętymi drzwiami mojego pokoju albo przy lunchu w szkolnej stołówce snuliśmy szeptem teorie.
Poza ślęczeniem nad albumami rodzinnymi mojego ojca chodziliśmy do biblioteki. Mówiliśmy bibliotekarce, że pracujemy nad projektem dotyczącym historii Ojai. W rzeczywistości studiowaliśmy mikrofilmy z wycinkami prasowymi z czerwca i lipca 1975 roku, szukając wiadomości o morderstwach. Znajdowaliśmy w najlepszym razie jakieś fragmenty układanki. Śledztwo w toku, sytuacja jest dynamiczna. Dopiero retrospektywny artykuł opublikowany w lokalnej gazecie po dziesięciu latach od zbrodni zawierał więcej szczegółów, przypuszczalnie dlatego, że mój ojciec nie był już wtedy niepełnoletni i ludzie byli bardziej skłonni do wymieniania nazwisk.
Policja od początku przyjęła roboczą hipotezę, że mordercą był ktoś spoza Ojai. Podobno w weekend poprzedzający zabójstwo Poppy pojechała stopem do Ventury i z powrotem, więc szukano kogoś, kto widział, jak wysiada z samochodu, licząc na to, że uda się ustalić jego markę i model. Wpaść na trop mężczyzny, który podwiózł młodą atrakcyjną dziewczynę i wrócił tydzień później, bo zwietrzył okazję. Zakładano, że Danny zginął tylko dlatego, że znalazł się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Jednak wśród miejscowych krążyły plotki, z których stopniowo zaczęła się wyłaniać inna wersja wydarzeń. Moje koleżanki z klasy przekazywały ją sobie później ukradkiem, podobnie jak tamten artykuł. Mówiły o kłótniach mojego ojca z Dannym. O tym, że on i Poppy posprzeczali się na krótko przed morderstwem. O tym, że ojciec posunął się do rękoczynów.
Bez wyjaśnienia pozostało mnóstwo spraw, których rozwikłanie utrudnia teraz nie tylko punkt widzenia, ale i upływ czasu. Minęło prawie pięćdziesiąt lat. Wspomnienia stały się mniej wyraźne. Podejrzenia i insynuacje zdążyły stwardnieć jak beton. Każdy ma jakąś teorię, ale nikt nie zna prawdy. A mój ojciec tkwi w tym wszystkim jak gdyby nigdy nic.
Jeśli ktoś ośmieli się wyciągnąć tę sprawę, powtarza tylko, że miał alibi. Był wtedy z moją mamą Lydią, co zostało potwierdzone przez nauczyciela, który prowadził wtedy między nimi mediację. „Policji to wystarczyło. W dupie mam, co myśli reszta”.
Wkrótce ruch uliczny zmusza mnie do zwolnienia i wtedy zdaję sobie sprawę, że zniknęły wszystkie znajome punkty miasta: lodziarnia z kulistymi lampami w kolorach tęczy, rodzinna drogeria, w której Jack ukradł kiedyś gumę do żucia za pięć centów jedynie po to, żeby udowodnić, że potrafi. Ale mam wrażenie, że gdybym tylko wytężyła wzrok, zobaczyłabym, jak mały Jack lawiruje między przechodniami na swoim BMX-sie, a kilkuletnia ja pedałuję za nim ze wszystkich sił na starym Schwinnie. Wiem, że on wciąż tu mieszka, prowadzi rodzinną winnicę, i zastanawiam się, czy poznałby mnie, gdyby mnie teraz zobaczył. Może jego wzrok prześliznąłby się po mnie jak po przypadkowej turystce?
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Od autorki
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Meritum publikacji
