I
W sennych wnętrzach przedziałów pociągów dalekobieżnych natykam się czasem na gawędziarzy. Poznaję historię czyjegoś życia, nawet się nie przedstawiając. To kopalnia tematów dla pisarza; opowieści o czarnogórskich stokach pełnych gangsterów przyczajonych w krzakach na turystów, których porywa się do zaprzyjaźnionych pensjonatów; przypadki panny, która wywróżyła sobie podróże służbowe, zazdrosnego na śmierć kochanka i zły los, i z premedytacją wykonuje plan odczytany z kart lub załomów skóry swojej dłoni; historia dziewczyny, którą matka z niewiadomych powodów przeklęła jeszcze przed narodzinami, a teraz na skutek wyrzutów sumienia i, jej zdaniem, nieudanego życia córki – wynikającego z owej klątwy rzuconej dwie dekady wcześniej – chciałaby przerwać złą passę, czyli dzięki egzorcyzmom nastawić to młode życie na właściwe w jej mniemaniu tory. Wyławiam z odmętów ludzkich monologów opowieści, te zahukane przez uciskającą codzienność, a także te szemrane. Zawsze jeżdżę z odbezpieczonym dyktafonem. Najnowsza technologia. Nagrywać może ciągiem setki godzin. I szybciej gawędziarka czy gawędziarz zatnie się w trakcie monologu, niż moja aparatura wysiądzie. Przy okazji kolekcjonuję przedziwne konstrukcje językowe i półsłówka, czasem półzdania. Skrzętnie je notuję, bo przydają się w pracy. Są tacy, co płacą gotówką za zasłyszane osobliwości ludzkiej mowy. Wiele daliby za niektóre okazy. Jeżdżę i mam wszystkie zmysły pootwierane na oścież. Żaden zapach, żaden dźwięk mi nie umyka. Nie jestem żadnym obsesyjnym zbieraczem wrażeń czy wyrażeń. To zabawa zupełnie innego rodzaju. To jednak tylko wątki poboczne w moim życiu. To nie jest moje główne, nie najgłówniejsze zajęcie. To tylko, jak wspomniałem, przy okazji. Te drewniane, czasem może blaszane myśli mają szansę stać się złotymi, jeśli podsunąć je właściwej osobie do napisania. Weźmy choćby to: „Gadać pewnie nie mogłaś, bo miałaś usta zajęte. Tak do mnie ciągle mówił, gdy dzwonił”.
Wysiadam w M., słynącym ze starej krzyżackiej twierdzy, na peronie pamiętającym jeszcze wschodnich Prusaków. Przesiadam się do lokalnej kolejki. Po drodze do E. mijam stare, odrapane, jeszcze poniemieckie zabudowania maleńkich stacji, zbutwiałoczerwone, porośnięte dzikim zielskiem, o tej porze roku dodatkowo w szaroburo-czerwono-brązowym entourage’u. By dotrzeć do celu, z E. pokonać muszę jeszcze kilkadziesiąt kilometrów dalej na północ. Wypożyczam samochód. Miejscowe tablice rejestracyjne będą wzbudzać mniej podejrzeń. Zaoszczędzi mi to zbędnych wyjaśnień. Moje zadanie jest delikatnej natury.
Mikołaj, autor powieści o dość dużej już sławie, zaskoczył wszystkich w wydawnictwie. Ten człowiek to miejskie zwierzę, salonowiec. Chadzał na tak zwane garaż parties, o czym zdążę jeszcze opowiedzieć. Obijał się trochę po mieście, ale nowocześnie pojęty esteta zawsze grał w jego charakterze pierwsze skrzypce. Co to oznacza? Nie sprawiał dotąd problemów. Pracował na akord, sumiennie. Z wykonanego zadania rozliczał się na czas. Trzymał poziom. Jego kolejne książki to żyły złota dla Homo Aestheticusa, wydawnictwa, na którego zlecenie pracujemy obaj. Dyrektor bez zająknięcia wypłaciła mu znaczną zaliczkę, niezbędną do rozpoczęcia pracy nad kolejną powieścią. Nikt nie przewidział takiego scenariusza.
Mikołaj zniknął kilka miesięcy wcześniej, jeszcze latem. Wiemy tylko tyle, że pojechał do B. Czego w takim razie mam się spodziewać na tej nieco egzotycznej północy? Co go tu tak zaciekawiło, by nie zostawić po sobie śladu? Nie zanotowaliśmy w jego przypadku żadnych szczególnie angażujących związków z kobietami czy mężczyznami. Nie było oznak schorzeń psychicznych. Mikołaj z pewnością nie jest typem nałogowca wariującego na głodzie. Nadużywa, ale nie uzależnia się. Niektórzy podejrzewają, że o jego ucieczce mogła zadecydować wizyta w siedzibie wydawnictwa tuż przed wyjazdem. Był tam – co może się wydać zaskakujące – po raz pierwszy, choć na liście płac figuruje od lat. Czy nabawił się lęków, przestępując próg firmy?
Homo Aestheticus urządzony jest w ten sposób, by te lęki współpracujących pisarzy minimalizować. Poza tym pisanie ma jednak jakąś siłę przyciągająco-odpychającą. Szczególnie zauważamy to wśród młodych autorów; łatwo popadają w skrajności, choć nie jest to regułą; dla nich to igraszka i przekleństwo zarazem, pasja i udręka jednocześnie. Zdaniem wydawnictwa to staromodne. Pisarze często, mówiąc kolokwialnie, dupą ustawiają się do przyszłości, rozwoju, nowoczesności; boją się jej. Wydaje im się, że życie można zastąpić pisaniem, że rytm sztuki podporządkuje sobie życie. Nonsens. Takie myślenie zapędza ich w ślepą uliczkę. To dwa równoległe, nieprzystające do siebie światy. Nie chce im się nagiąć karku do tworzenia; twierdzą wtedy, że mają pustkę w głowie, że całymi dniami, tygodniami nie są w stanie wydusić z siebie ani litery. Nie natchnienie, nie nastrój, ale praca się liczy. Czasem trzeba pilnować, by nie kasowali plików.
Tym młodym, którzy wydali pierwszą książkę, do głowy uderzyć może woda sodowa. Homo Aestheticus dbać musi jednak o poziom. Nie każdy z tych młodzieniaszków i nie każda z tych panienek zdaje sobie z tego sprawę, że tu estetycznie ma się dziać. Pieniądze mogą się sączyć na ich konta, ale pod warunkiem przyjęcia zasad obowiązujących w firmie. Rozliczyć się muszą z każdej litery. Warsztat powinni dopiero budować. Mają pracować jak każdy. Myślą, że są sprytniejsi od mechanizmów. Mogą, oczywiście, istnieć poza obiegiem, mogą sobie stworzyć drugi obieg. Zdechną z głodu, chyba że znajdą jakąś chałturę, która ich jako tako ustawi. Wtedy jednak nie stworzą nic wartościowego, nie wystarczy im na to siły. My dajemy im szansę zaistnienia jako znani, cenieni zawodowcy, którzy poświęcić się mogą jedynie pisaniu. Tak, to rzadkie w naszych czasach. Dzięki nam jednak mogą tego zasmakować. Chwilami potrzebują nas jak niańki, gotowej do częstych podróży służbowych, bo kochają szwendać się po kraju, bez celu. A ty szukaj wiatru w polu.
Przez wydawnictwo przewinęło się też mnóstwo przeróżnych redaktorów. Nadgorliwym zdarzało się grozić autorom, dochodziło do rękoczynów. Wylatywali tacy na zbity pysk. Pewnego razu jeden napisał książkę zamiast autora, który zgodził się na to, bo sam uważał, że niczego z siebie już nie wydusi. Ustalili, że podzielą się honorarium za powieść. Pisarz jednak, gdy książka była gotowa, nagle zaczął redaktora unikać i na koniec oświadczył mu, że ten nie dostanie ani grosza. Kazał mu się wypchać i książkę w całości przypisał sobie. Redaktor chciał wtedy wszystko odkręcić i przyznać się w wydawnictwie do układu. Pisarz, na nieszczęście, zginął w wypadku samochodowym. Wydawnictwo uznało, że redaktor oszalał. Musiał zmienić zawód. Rozmawiałem z nim. Wierzę mu, ale co z tego? Kariery w branży już nie zrobi.
Są też tacy, którzy osaczyć chcą twórcę nowoczesną technologią. Mieszkanie szpikują podsłuchami, podkładają telefony szpiegowskie, kamery w długopisach i okularach, by ten, broń boże, nie wykasował jednego słowa bez ich wiedzy; śledzą każde kliknięcie. Inni załatwiają pisarzowi jakieś narkotyki, psychotropy, żeby tylko podnieść wydajność. Pół dawki za dużo i mózg się gotuje od nadmiaru liter, którymi pisarz się dławi, głowa mu od nich pęka. Taki twórca to delikatne stworzenie i łase na używki.
Te wszystkie metody to jednak półśrodki, nie zawsze bezpieczne, a firma dba o dyskrecję. Homo Aestheticus to jedna z wielu powiązanych ze sobą na świecie spółek wydawniczych, zarządzanych z chirurgiczną precyzją, zarówno jeśli idzie o rachunek ekonomiczny, jak i o wartość estetyczną. Nie ma tu miejsca na ryzykowne, efekciarskie zagrywki.
Już wspomniałem, że tu trzeba się mieć na baczności. Redaktor musi być psychologiem śledczym. W struny umysłowości autora musi uderzać delikatnie, by te wydały odpowiednie, przyjemne, estetyczne brzmienie. Rynek wydawniczy to jednak nie przelewki. Pisarza należy wychować. Musimy z takiego lub takiej stworzyć twardą estetyczną sztukę, która wyprodukuje nam sentymenty, ale nimi żyć nie będzie. Główną zasadą jest produktywność. Musi ona wzrastać, a z powodu nieokiełznanych i estetycznie nieprzetrawionych sentymentów produktywność spada na łeb na szyję. Sentymentom zostawić można przerwę na papierosa. Ale do komputera trzeba wrócić i pisać. Sentymenty tak, ale tylko na akord. Bo taki pisarz musi stawiać precyzyjne zdania. Koniec z bełkotem. Zasób słów jest określony dla różnych gatunków literackich. Niektóre słowa działają w konkretny sposób. Odpowiednie konstrukcje są dla reklamodawców niezwykle cenne. Wydawnictwo jest w stanie przeredagować i wpleść zdania tak zwane promocyjne. Nie ma żadnych nazw marek w tandetny sposób wklejonych w fabułę, ale skojarzenie pozostaje. Taki nowoczesny literacki podprogowy marketing. To nie wszystko. Ludzie potrzebują autorów, ale artystów już nie. Coraz mniej czasu mają na czytanie zbędnych liter, które wprowadzają w ich życie i myślenie popłoch. Popłoch w umyśle nie buduje pozytywnego nastroju konsumpcyjnego. Nie ma w tym niczego podejrzanego. My, biznesmeni, gramy do jednej bramki. Zyski muszą rosnąć. Estetyka to produkt jak każdy inny.
Wjeżdżam do B., w którym Mikołaj miał wieczór autorski; to ostatnie potwierdzone miejsce, w którym się znalazł; zaraz potem zjawił się w siedzibie wydawnictwa, żeby zaproponować temat książki. W B. z pewnością też przy okazji odwiedził bibliotekę, bo uwielbia do takich miejsc zaglądać. Jadę tam od razu, by nie tracić czasu. Może trafię na jakiś ślad.
Okolica biblioteki jest wyjątkowo ckliwa. Z jednej strony tuż za fosą, w obrębie murów miejskich, stoi wielka gotycka katedra, po prawej w głębi widać samotną wieżę z czerwonej cegły, pozostałość pewnie jakiegoś zamku. Z prawej w dole płynie rzeka. Na wzniesieniu między drzewami z lewej, już poza miejskimi murami, stoi gmach biblioteki. To niewielki, pomalowany na biało parterowy pałacyk o spadzistym dachu krytym dachówką. Prowadzą do niego drewniane wrota. Po przejściu bramy wchodzi się na dziedziniec. Na środku natykam się na murowaną z kamieni studnię. Po bruku można iść dalej w lewo lub prawo, odpowiednio: do wypożyczalni książek dla dorosłych lub dla dzieci. Idę do części dla dorosłych. Już w progu zderzam się z twarzą bibliotekarki wykrzywioną grymasem. Lustruje mnie od góry do dołu i wraca do wertowania kart czytelników.
– Dzień dobry. Szukam pani dyrektor. Czy można się z nią teraz spotkać? Jestem przedstawicielem wydawnictwa.
– Pani dyrektor nie ma. Wyjechała – milknie, zostawiając mnie z niczym. – Mogę zapytać, czy ktoś może się z panem zobaczyć w zastępstwie – dodaje, patrząc tępo w biurko, po czym się zrywa.
Bibliotekarka znika, sunąc po wąskim pasie wykładziny ułożonym pośrodku, między regałami równo ustawionymi w poprzek dużego pomieszczenia, do którego światło wpada z okien zarówno od strony dziedzińca, jak i ulicy. W bibliotece panuje zupełna cisza. Poza mną nie ma tu nikogo. Przez chwilę wyglądam przez okno na wewnętrzne podwórko. Z wypożyczalni dla dzieci wychodzi młoda kobieta z może czteroletnim chłopcem. Dziecko potyka się o wystającą kostkę brukową i upada. Matka szybko chwyta je za łokieć i podnosi, sprawdza, czy wszystko jest w porządku i otrzepuje mu spodnie z ziemi i piasku. Po chwili znikają w bramie.
– Proszę wejść. Trzeba pójść prosto między regałami, przejść przez drzwi i na korytarzu w prawo. Trafi pan bez problemu. – Słyszę nagle.
– Dziękuję.
Bibliotekarka sprawia wrażenie agresywnego klawisza, który pilnuje stanu liczbowego książek. To funkcjonariuszka, która z pewnością musiała już wystraszyć wszystkich ostatnich czytelników, których jeszcze mogli tu mieć. Kobieta, która zastępuje dyrektorkę, okazuje się z kolei wyjątkowo miła. Od razu zaczyna opowieść z grubej rury, gdy wypowiadam imię mojego pisarza.
– Był tu. Rozmawiał z naszą dyrektorką nie raz. Trochę mu chyba pomagała zaaklimatyzować się u nas. Wynajęła mu jakieś mieszkanie.
– Pamięta pani adres?
– Jasne. To małe miasto. Zielona 13. To niedaleko stąd. Trzeba przejść się wzdłuż fosy, na końcu ulica skręca w lewo. Przejdzie pan przez skrzyżowanie i będzie już na miejscu. Jest jeszcze jedna rzecz, o której, być może, powinien pan wiedzieć, a może pan już wie, skoro pracuje pan razem z tym człowiekiem. Nasza dyrektorka pokazała panu Mikołajowi jakąś teczkę, chyba o jakimś Łemku. Taki przynajmniej napis był na niej. To podobno jakieś fragmenty maszynopisu z czasów może nawet przedwojennych. Nic więcej nie wiem. Niestety, nie mamy żadnej kserokopii. Przykro mi. A tak przy okazji, to pan na pewno z tego wydawnictwa? Bo mi pan na policjanta wygląda. Bez urazy.
Nie odzywam się, tylko na potwierdzenie wyciągam wizytówkę i kładę przed kobietą na blacie biurka. Po chwili wyciągam jeszcze jedno: egzemplarz brukowca z lata, w którym na okładce znalazło się zdjęcie Mikołaja, podczas gdy nago tytła się w błocie, w lesie, najprawdopodobniej gdzieś w okolicy B., w towarzystwie kilku osób. Kobieta zerka na mnie, przygryza wargi i wzdycha.
– Musiało tu być o tym głośno. Wie pani, co się z nim stało? Urwał nam się kontakt – mówię szczerze i patrzę jej prosto w oczy.
– Nie mam zielonego pojęcia. Przykro mi.
– A może wie pani, kto może coś wiedzieć? – brnę.
Nie odpowiada, tylko macha przecząco głową.
– A pani dyrektor?
– Na urlopie – kobieta odpowiada bez mrugnięcia okiem. – Chyba panu nie pomogę.
Nie zdradziłem, że nie mam pojęcia o znalezisku Mikołaja. Po prostu ukrył przed nami co nieco z wyników swojej wyprawy.
Zielona 13. Zszarzała poniemiecka kamienica przy bardzo spokojnej ulicy. Chodnik od jezdni odgrodzony jest szpalerem drzew. Mijam furtkę i wchodzę do środka. Wspinam się po skrzypiących schodach. Mikołaj mieszkał na pierwszym piętrze. Zatrzymuję się jednak najpierw na parterze. Pukam do drzwi. Zaraz daje się słyszeć poruszenie wewnątrz i chrzęst starej drewnianej podłogi. Nie znoszę klatek schodowych. Zawsze w takich sytuacjach powtarza się to samo. To łypiące na mnie wkoło wizjery sąsiadów, które mam ochotę wydłubać. Czuję ich spojrzenie na karku i uszach. Pukam głośniej, bo chętnie wszedłbym do środka albo odwrócił uwagę od siebie. Mam słabość do tych paraliterackich dyrdymałów, którymi żywi się moja wyobraźnia. Niestety, pracuje nadsprawnie. Efekt uboczny mojego zajęcia. Może rodzaj choroby zawodowej. Nigdy jednak nie myślałem o karierze pisarskiej. O wiele łatwiej przychodzi mi poprawianie już gotowych zdań.
Otwierają się drzwi do mieszkania. Z wnętrza bije zaduch. Rzucam okiem. Wystrój na pewno nie zmienił się od lat. Lakierowany kanciasty gomułkowski mebel, stary kineskopowy telewizor z obrusikiem i sztucznym kwiatkiem w wazoniku na nim. Na ścianie pożółkła pamiątka z komunii, na podłodze wytarte do cna drewniane klepki ułożone w jodełkę.
Mężczyznę pytam nie tylko o pisarza, lecz również o legendę Łemka, do której nawiązał brukowiec i który musiał też jakoś łączyć się z zawartością teczki z biblioteki.
– Łemk to nie żadna legenda. Oni go tak przezwali, ci ludzie ze wsi, tej, co o niej w gazecie pisali. Osobiście go poznałem, nawet zamieniłem kilka słów. Typ rzeczywiście jakiś taki zamyślony. Snuł tu się po okolicy. Trochę mu się przyglądałem. Za długo on tu nie posiedział. Pewnego poranka zniknął po prostu. Zabrał rzeczy i gdzieś wyjechał. Zanim jednak się zawinął, widziałem, że pewnego dnia przyszła do niego kobieta. Zerknąłem przez okno. Na oko koło czterdziestki, dobrze zachowana, jak to się mówi. Ruda. Jak pan taki zainteresowany, to panu powiem, że się tam na górze trochę przewracali, no, gzili się, wie pan. Dało się słyszeć. Zdarzyły się jeszcze jedne odwiedziny. Wtedy była z kolei jakaś młoda osoba. Młoda dziewczyna. Ta jednak nie weszła do mieszkania. W progu rozmawiali. Chwilę pogadali i panna sobie poszła. Pan pisarz następnego dnia właśnie wyjechał. Z tego pana poety to musi być niezły babiarz. Widział pan w gazecie jego zdjęcie? Że się w błocie tytła, taki pan ze stolicy? Całe miasteczko o tym gadało. A teraz tam na górze nikogo pan nie zastanie. Nikt tam nie mieszka. Szczerze, nawet nie wiem, kto jest właścicielem.
Układanka może być prostsza do ułożenia, niż mi się wydawało. Mikołaj zaliczył dyrektorkę biblioteki, wytytłał ją w błocie i z powodu skandalu zmusił do wyjazdu. O zamiłowaniu Mikołaja do bibliotek podpowiadają już informacje zgromadzone w jego teczce. Książki lubi oglądać z bliska. Dotykać je. Podobnie jak kobiety. Katarzyna Księżna w objęciach mojego zbiega. Bawidamek Mikołaj nie zmienił nawyków w nowym otoczeniu. Gdzie się zaszyliście?
A co mam myśleć o „Łemku”? Po pierwsze biblioteczne znalezisko; po drugie jakaś wiejska legenda, którą powtórzył dziennikarzyna w brukowcu. Teraz tylko bujdy miejscowych trzeba oddzielić jak ziarna od plew, a w zamian dorzucić kilka faktów i nazwisk. Pisarzyna jednak się kamufluje, używając do tego własnej twórczości. Trzeba literka po literce obejrzeć tę jego legendę i odcedzić fantazję od rzeczywistości. Łemku czy Mikołaju, zwał cię, jak zwał. Sprawdzimy twoje ulubione miejsce do tytłania.
***
Jestem człowiekiem od estetycznej roboty i organem ścigania jednocześnie. Jako agent wydawnictwa uprzykrzam odrobinę życie naciągaczom; spokój im się nie należy, trzeba ich nękać; oni kochają być naciskani, prześladowani, ciemiężeni; wtedy cierpią, budzą się w nich emocje, niezgoda na świat i piszą. Leniwe myśli należy zapędzać jak owce do zagrody. Wolne myśli ze szczęścia mogą zginąć, niepielęgnowane umykają. Ja jestem od tego, by w porę je złapać, przytrzymać. Po zapachu dochodzę do nich czasem. Jestem specem od wyłapywania półmyśli, ćwierćmyśli. Umiejętność przydatna zarówno w pracy estetycznej nad tekstem, jak i śledztwie.
***
Wieś, o której zrobiło się głośno po artykule o Łemku, jest taka jak zwykle w tej części kraju, na dawnych niemieckich kresach. Dużo czerwonej cegły. Murowane jeszcze pruską ręką chałupy. Podchodzę do furtki prowadzącej do jednego z tych domostw i dotykam przycisk dzwonka. W drzwiach ukazuje się kobieta już nawet nie drugiej młodości, ale trzeciej albo czwartej. Ścierką wyciera ręce napęczniałe od prania i zmywania. Rzuca w moją stronę jakieś krzywe, taksujące spojrzenia spod oka, rozgląda się na boki i zbliża się powolnym krokiem.
Wyjaśniam, że poszukuję mężczyzny, który podobno w tej okolicy przebywa lub przebywał. Kobieta patrzy podejrzliwie. Wyciągam jednak portfel i pokazuję banknot. Wystarczy, żeby rozwiązał się jej język.
– Panie, mówi pan, że on taki rozczapierzony? Galantczyk i ze stolicy? Tak, był tu taki. Wściekły jakiś był. By się zgadzało. Zaszył się w ciemnym borze, jakieś pół godziny na piechotę stąd. Jakieś kobiety z nim były i podobno się w błocie tytłali całymi dniami, skaranie boskie. Jednak już od jakiegoś czasu nikt go nie widział. Nasze chłopy się zainteresowały nim. Podobno nawet ktoś tam poszedł go postraszyć za te bezeceństwa. To był taki inteligient, galantczyk. Musiał mieć głowę do bajdurzenia i kobiety tym bajdurzeniem wyprowadził na manowce. Nasienie z niego musi być. Jakby pan go spotkał, to by się pan przekonał. Ale to prawie niemożliwe, żeby tego panusia tak po prostu na ulicy zobaczyć. Ukrywał się przed czymś? Już nie mnie oceniać. Teraz to już go nie ma. Znikł.
Po chwili zauważam zbliżającego się do nas mężczyznę; jest podpity już, choć dopiero południe, z papierosem przyklejonym do ust.
– Nigdy za Łemka córki, jakem ich nienawidzę, zbirów i bandytów, leśnych zabijaków, co ludzi wekują. Mojego dziada pradziada też chcieli zawekować, ale wielce szanowny pan Rossołowski go, jako najlepszego kowala w majątku, na koniu uniósł hen daleko od Łemka przebrzydłego, panie. Bo taki dzikość serca miał w głowie i noże łykał na oczach wszystkich. Potem tylko spluwał, jak zobaczył jakiego mięsistego osobnika i takim splunięciem usadzał takiego, a potem to już tylko przez ramię i zluzować. Dzięki diabłu chyba mój dziadek się odratował. W piwniczkach Łemka zimno nawet i latem, i tam w glinianych naczyniach zluzowanych trzymał, aż dojdą. Ludzkie mięso długo trzeba moczyć, by doszło i żeby ślinka na jego widok każdemu ciekła. Noże ostrzył na czaszkach swoich pobratymców, twardych, hartowanych na mrozach. Twarde mają czaszki i noże naostrzyć można bez trudu. Pamiętam jeszcze tego Łemka nikczemnego, ale z innych zupełnie rejonów, daleko stąd, panie, gdzie teren falowany, cerkwie drewniane, ścieżki wydeptane i mogiły. Prawie to już tego człowiek nie pamięta, tak jak nie pamięta, że zęby miał.
Podpity tubylec kończy przemowę. Zerkamy z kobietą po sobie, żadne z nas nie zdradza się jednak najsłabszym nawet grymasem. Kobieta oblizuje wargi, obraca głowę w lewo i prawo.
– Niech pan nie słucha tych bzdur. Napije się to to i gada od rzeczy. Żaden z tego przyjezdnego inteligienta Łemk, tylko panuś. Łemk to nie w tych stronach. W głowie tylko panu namiesza historiami z inszych czasów. Ten tu rzeczywiście podpasował pod tego panusia. Ale my, panie, znamy tę historię z inszych ziem, z daleka, skąd z rodzicami my przyjechali. Widzi pan, nazwozili tu kiedyś ludzi z różnych stron, i tych Łemków tyż. Przywieźli my swoje historie i tego tu niektórzy już przechrzcili na Łemk, bo niby on taki sam, jak z tej bajki. Człowiek z lasu, co za babami się uganiał. Taka tam nasza bajka.
Odpalam papierosa, rozglądam się, dziękuję za rozmowę. Kobiecie wręczam obiecany banknot. Jeden daję również mężczyźnie, żeby choć w minimalnym stopniu nie czuł się urażony. Może się jeszcze przydać. Baba i pijany mężczyzna gadają przy płocie ze sobą i co raz to rzucają spojrzenia w moim kierunku. Wsiadam do samochodu i mam zamiar od razu wrócić do B.
Miasteczko żywo reaguje na trencz koloru kawy z mlekiem. Przechodnie łypią spod oka, jakby ten płaszcz był strojem o wiele bardziej podejrzanym od sutanny czy munduru.
Do tego należy nosić odpowiednie rogowe oprawki, włosy krótkie. Wygląd powinien być schludny, buty czyste, twarz ogolona. Żadnego rozwichrzenia w tym fachu. Unikam również ciemnych kolorów i rozchełstania. Tego pierwszego, bo ciemny kolor zaraz kojarzy się podejrzanie, kiedy przychodzi do wypytywania ludzi. Z miejsca każdy powie, że jakiś agent, tajniak, funkcjonariusz nie wiadomo jakiej instytucji. Dopracowany ubiór wzbudza cieplejsze odczucia. Homo Aestheticus to jednak firma zbyt cwana, by zatrudnić po prostu zwyczajnego redaktora; potrzebują osób wielofunkcyjnych. Stawiają na ludzi łączących, zdawałoby się, skrajne cechy. Z jednej strony samotnik, neurotyk, bo w końcu praca z tekstem. A wymagania są wybitnie doprecyzowane. Tekst musi być w efekcie wysmakowany estetycznie. Z drugiej strony potrzebni im są ludzie zdolni przeprowadzać małe śledztwa, potrafiący zdobywać informacje, szpiegować, drążyć, naciskać, posiadający określone zdolności z dziedziny psychologii, które wykorzystują, zmuszając niepokornych do pisania, trzymania się terminów; to jak psychiczna windykacja. Emocje trzymać musimy na wodzy, pełen profesjonalizm.
Tak, jestem redaktorem-agentem, funkcjonariuszem wydawnictwa. W służbie Jego Estetycznej Wysokości Homo Aestheticusa. Śmieszne? Jasne, że śmieszne. Bond w krainie fikcji. Żołnierz specjalnej jednostki literackiej podczas tajnej misji, o której nie wie nawet najbliższa rodzina, aktualna dziewczyna lub chłopak. Wszystko z powodu wysokich nakładów i poważnych pieniędzy, które wyciska się w wydawnictwie z dzieł estetycznych pisarzy. Konkurencja nie śpi, gotowa przechwycić autora w najmniej spodziewanym momencie. To jednak zupełnie inna bajka. Moja obecna misja, jak już chyba łatwo wywnioskować, to namierzenie uciekiniera, człowieka, który pobrał zaliczkę i przekroczył termin. Zniknął latem. Ślad po nim zaginął. Nie przesłał ani zdania, ani strony nowej powieści. W prasie bulwarowej ukazał się o nim artykuł. Miał rzekomo tytłać się w błocie gdzieś w okolicach B. Miejsce już namierzyłem, ale ostrożnie należy podejść do kwestii sprawdzenia owego domku. Mam czas, żadnych nerwowych ruchów.
Zadanie mam jasne. Sprawić, by delikwent zaczął pisać i przestał bajdurzyć. Ma spisywać, co mu ślina na język przynosi. Ten jest wyjątkowo uparty. Z literatem trzeba krótko. Pomyślicie zaraz, że ultimatum stawiamy jak w gangsterskim filmie; albo pisze, albo obcinamy palce. Nie, nie jesteśmy aż tak niehumanitarni. Trzeba takiego nachodzić i tropić, bo znika i wolności za nic oddać nie chce. Chciałby być jak druk ulotny, w jednym momencie wszędzie, w następnej chwili nigdzie.
***
W końcu trzeba ponownie pojechać na wieś i przyjrzeć się domowi, w którym zaszył się Mikołaj. Z odnalezieniem miejsca, gdzie towarzystwo się tytłało, problemów nie mam. Wystarczy wjechać do lasu i trzymać się ścieżki; ustaliłem, że nie rozwidla się po drodze, więc się nie zgubię. Najważniejsze, że nie muszę prosić miejscowych o pomoc. Zaraz zaczęłoby się wypytywanie, a może później i śledzenie. Ogon nie jest mi potrzebny.
Kiedy dojeżdżam na miejsce, zastaję domek, który wygląda na taki, co stoi jeszcze tylko cudem. Skąd u mojego estety pomysł na zaszycie się na takim zadupiu? By spokojnie pisać, czy żeby od pisania się odciąć zupełnie? Mikołaju, co w ciebie wstąpiło, żeby spędzić lato w środku lasu? Żaden to biały dworek, podmurowany, i z ogródkiem, i podjazdem, i luksusami – czyli taki, jaki wybrałbyś, gdybyś był w swojej skórze. Coś jednak skłoniło cię do porzucenia samego siebie i zaszycia się w tej pustelni, by się tu zabawiać z kobietami. Hrabia Drakula, co się w błocie tytła? Przychodziły, bo romantycznie? Bo niezwykle, cudownie, sentymentalnie? Przecież tu jest wilgotno, ociężale, przyziemnie albo raczej: przyściółkowo. Lato było wyjątkowo gorące. Zgoda, latem to musi być bajeczna kraina, Mikołaju. Zadomowić się chciałeś w bajce.
Tuż za domkiem natrafiam na to słynne miejsce, które znalazło się na zdjęciu w brukowcu. Teraz wydaje się po prostu wydrążoną płytką dziurą w ziemi wypełnioną błotem, naturalnie urządzoną wanną, dodatkowo przykrytą teraz warstwą pożółkłych liści. Latem była to jednak błotna łaźnia.
Domek jest zamknięty. Jestem sam, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by zajrzeć do środka. Nawet nie muszę wybijać szyby, żeby dostać się do środka. Wnętrze jest odrobinę zatęchłe. W parterowym domku są tylko trzy izby; duży salon bez przedpokoju, kuchnia i sypialnia. W pierwszych dwóch pomieszczeniach nie ma na czym oka zawiesić. Porozrzucane nieistotne drobiazgi, a mnie przydałby się jakiś ślad. Cokolwiek, zdjęcie, koperta z adresem, porzucona wizytówka, bilet komunikacji miejskiej albo do kina, karteczka z zapisanym numerem telefonu albo nazwiskiem. Nic z tego. Sypialnię zostawiam sobie na koniec. Dostrzegam w niej tylko metalową ramę łóżka, prostą szafę z lustrem i niewielką szafkę nocną. Pokój jest opustoszały, uprzątnięty. Zaglądam do szafy. Pusto. Już chcę wychodzić, gdy w ostatniej chwili zerkam jeszcze w stronę szafki nocnej z trzema szufladami. Otwieram każdą z nich i bingo. W ostatniej na samym dole leży książka. Nie, to nie książka, ale przewodnik po Prusach Wschodnich w języku sąsiadów zza Odry. Świetnie. Wątek niemiecki? Przewodnik jak przewodnik. Dostać mogę taki pewnie w każdej niemieckiej księgarni. Na ślad to trochę za mało. Przydałoby się coś... i jest; natrafiam na zdjęcie, pewnie zakładkę. Dla mnie skarb. Co interesujące, widać na nim nie dwie postaci, jak na tym z gazety, ale aż trzy; co ważne, wszyscy są wytytłani od stóp do głów; jest Mikołaj, jakiś mężczyzna i jakaś kobieta. Ktoś czwarty zrobił zdjęcie. Z tyłu jest jeszcze coś, kilka słów, zdanie. Napisano „Es ist so gemütlich in Ostpreußen” („Jest tak błogo w Prusach Wschodnich”). Dwoje tytłających się Niemców?
Moje macki nie mają już czego tknąć. Bohaterowie mojego śledztwa rozpłynęli się w błocie i nie zostało po nich zbyt wiele. Zaginięcie Mikołaja można by zgłosić na policję, ale zrobić to powinna rodzina. Z tego, co wydawnictwo zdołało się dowiedzieć, nie jest on w najlepszych kontaktach ze swoimi krewnymi. Jego przeszłość jest odrobinę zamazana. Brak twardych danych. Ich namierzenie i nakłanianie do współpracy mogłoby odbić się nam czkawką. Nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi. W takich sytuacjach najlepiej jest czekać na przypadek. Być może to zaskakująca strategia, ale nie jest pozbawiona sensu. Nie ma powodu robić wokół siebie szumu. Zamieszkam w miasteczku i trochę się rozejrzę. Obejrzę wystawę lokalnego malarza, pójdę do kina, zjem w restauracji, poczytując przy stole jedną z książek Mikołaja. Pospaceruję i napiję się piwa. Posiedzę w miejskiej bibliotece. Na kogoś w końcu się napatoczę i to ten ktoś szybciej mnie zacznie wypytywać, niż ja jego. Coś musi się stać. Mam wolną rękę. Mogę tu zostać. Książka musi się ukazać. Bez autora nie mam po co wracać do W.
W takich historiach jedynie deus ex machina