Gdy staliśmy się potworami - Niven Niven - ebook

Gdy staliśmy się potworami ebook

Niven Niven

0,0
39,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Ona nie żyje. Każdy z nas miał powód, by życzyć jej śmierci

Wybrani uczniowie elitarnej szkoły w Nowej Anglii biorą udział w wyjątkowych warsztatach pisarskich prowadzonych przez Meredith Graffam – legendarną autorkę książek, reżyserkę i aktorkę, kobietę równie fascynującą, co tajemniczą. Odcięci od świata w posiadłości nad brzegiem wzburzonego oceanu, będą walczyć o jedyną w swoim rodzaju szansę na spełnienie twórczych marzeń. Nawet za najwyższą cenę. Gdy metody Graffam stają się coraz bardziej bezwzględne, rywalizacja wymyka się spod kontroli. Uczestnicy warsztatów przekraczają kolejne granice i zwracają się przeciwko sobie. Aż w końcu zwrócą się przeciwko niej...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 372

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: When We Were Mon­sters

Pro­jekt okładki: Tri­sha Pre­vite Ilu­stra­cja na okładce: copy­ri­ght © 2025 by Ale­xis Fran­klin Pro­jekt wnę­trza: Michelle Canoni Ilu­stra­cje we wnę­trzu: Adobe Stock Redak­cja: Urszula Śmie­tana Korekta: Beata Buko Redak­cja tech­niczna: Adam Kolenda

Frag­ment utworu Mad Girl’s Love Song z powie­ści Szklany klosz © copy­ri­ght 1971 wydaw­nic­two Har­per & Row. Wiersz The Dre­amer autor­stwa Pene­lope Niven zamiesz­czono za zgodą jej córki, Jen­ni­fer Niven. Wier­sze Ness zamiesz­czono za zgodą ich autorki, Vanessy Cato, zna­nej rów­nież jako VCPo­etry

All rights rese­rved inc­lu­ding the right of repro­duc­tion in whole or in part in any form. No part of this book may be used or repro­du­ced in any man­ner for the pur­pose of tra­ining arti­fi­cial intel­li­gence tech­no­lo­gies or sys­tems. This work is rese­rved from text and data mining (Article 4(3) Direc­tive (EU) 2019/790). This edi­tion publi­shed by arran­ge­ment with Ran­dom House Chil­dren’s Books, a divi­sion of Pen­guin Ran­dom House LLC.

Copy­ri­ght © Jen­ni­fer Niven 2025 Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion and trans­la­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 2026

Pro­du­cent: Dres­sler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu: Wydaw­nic­two Bukowy Las ul. Sokol­ni­cza 5/76, 53-676 Wro­cław e-mail: redak­cja@buko­wy­las.pl; buko­wy­las.pl

ISBN 978-83-68758-70-2

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dedy­kuję:

Jame­sowi Ear­lowi Jone­sowi,

który nauczył mnie tego, czym jest pamięć kości i wytrzy­ma­łość ducha.

Vanowi Shan­kowi,

mojemu nauczy­cie­lowi w szó­stej kla­sie, któ­rego mądrość, poczu­cie humoru oraz wiara w moją wyobraź­nię wykra­czały znacz­nie poza mury szkoły Westview Ele­men­tary i towa­rzy­szyły mi w dro­dze przez świat.

Lucy Kroll,

która powie­działa trzy­na­sto­let­niej mnie, że bycie pisarką jest moim prze­zna­cze­niem.

Wil­lowi Schwalbe’owi,

mojemu pierw­szemu wydawcy, któ­rego głos sły­szę, gdy piszę każde słowo.

Mojej mamie,

przede wszyst­kim.

Oraz nauczy­cie­lom na całym świe­cie,

któ­rzy pie­lę­gnują nasze sza­lone i roz­bu­chane marze­nia.

To prawda, będziemy potwo­rami, odcię­tymi od całego świata;

ale z tego powodu będziemy bar­dziej przy­wią­zani do sie­bie.

– Mary Shel­ley, Fran­ken­stein

Dzień poprze­dza­jący ten, w któ­rym zabi­jemy Mere­dith Graf­fam, jest pogodny i bez­chmurny. Zupeł­nie jak Mas­sa­chu­setts latem po desz­czu. Zapach ziemi i kwia­tów, powie­trze czy­ste i rześ­kie. Ide­alny sło­neczny dzień.

Tego wie­czoru żadne z nas nie wej­dzie do lasu z zamia­rem popeł­nie­nia mor­der­stwa. Gdy jest się oto­czo­nym pięk­nem, bogac­twem i uprzy­wi­le­jo­wa­nym życiem, gdy jest się mło­dym, peł­nym moż­li­wo­ści – łatwo uwie­rzyć, że życie już zawsze będzie usłane różami i nic ni­gdy nie pój­dzie źle.

Na końcu dłu­giego, sze­ro­kiego pod­jazdu oko­lo­nego wyso­kimi drze­wami, w oto­cze­niu lasu, nie­opo­dal brzegu oce­anu, leży kam­pus Bri­gh­ton & Hove. Brać uczniow­ska w zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści – z wyłą­cze­niem obec­nych tu osób – składa się z potom­ków wyjąt­kowo majęt­nych ludzi o wiel­kich doko­na­niach. Ludzi, któ­rych stać, by zapi­sać swoje dziecko do każ­dej szkoły, a jed­nak decy­dują się wysłać je do pla­cówki znaj­du­ją­cej się w lesie w pół­nocno-wschod­niej czę­ści stanu Mas­sa­chu­setts.

Jed­nakże, jak to bywa w każ­dym zbyt jasnym miej­scu, mrok czai się na jego obrze­żach. Czar­no­księż­nik za para­wa­nem. Obraz na stry­chu. Hyde. Widać go co roku jesie­nią pod­czas otrzę­sin klas pierw­szych. Poja­wia się w bez­li­to­snej rywa­li­za­cji uczniow­skiej. A także w lesie, gdzie co roku w stycz­niu sta­ran­nie wyse­lek­cjo­no­wana ósemka naj­lep­szych i naj­in­te­li­gent­niej­szych uczniów szkoły spę­dza szes­na­ście dni w sta­rym domu rodzin­nym Mossa Hove’a, naszego zało­ży­ciela, w towa­rzy­stwie jakiejś sław­nej i uzna­nej na świe­cie osoby.

W Bri­gh­ton & Hove nie mamy taj­nych sto­wa­rzy­szeń. Mamy za to Jan Term, naszą elitę, orga­ni­za­cję zrze­sza­jącą obec­nych i byłych uczniów – nasz odpo­wied­nik wygra­nej w castingu. Wszy­scy pra­gną barw­nych, potęż­nych kon­tak­tów, jakie Jan Term obie­cuje w praw­dzi­wym życiu. W naszej przy­szło­ści.

Zbu­do­wany w tysiąc dzie­więć­set szes­na­stym roku, Moss jest oto­czony tysią­cami akrów dzie­wi­czych lasów – for­mal­nie zwa­nych Lasem Mur­ton, nie­ofi­cjal­nie zna­nych jako Las Mor­dów. To wiel­kie poła­cie poro­śnięte pra­sta­rymi drze­wami, z kilo­me­trami dróg grun­to­wych, a wszystko należy do szkoły. Jed­nakże ucznio­wie nie zapusz­czają się zbyt głę­boko w ostępy Lasu Mur­ton, wyją­tek sta­no­wią tylko szczę­śliwcy wybrani do Jan Term. W tysiąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tym roku zgi­nęła tu uczen­nica. To tra­ge­dia – bla­maż – o któ­rej się nie zapo­mina.

Oraz dowód na to, że nie­szczę­ścia mogą zda­rzyć się wszę­dzie, nawet w tak pięk­nym miej­scu jak kam­pus Bri­gh­ton & Hove. Nawet w stycz­niowy wie­czór, kiedy w rześ­kim powie­trzu nad głową migo­cze niebo usłane gwiaz­dami. Nawet naszej czwórce.

Effy – sie­ro­cie, która nie wie­rzy w duchy, ale i tak ją one prze­śla­dują.

Isa­acowi – dzie­dzi­cowi, który nie­sie na bar­kach cały świat.

Vanes­sie – sto­ją­cej z boku, nie­do­ce­nia­ją­cej wła­snej siły.

Arlowi – synowi mar­no­traw­nemu, który wró­cił do szkoły, z któ­rej odszedł dwa lata wcze­śniej.

Byli­śmy czwórką nie­za­leż­nych osób, zanim Mere­dith Graf­fam – ta Mere­dith Graf­fam – poja­wiła się w Bri­gh­ton & Hove. To ona nas do sie­bie zbli­żyła. I to ona pró­bo­wała nas roz­dzie­lić.

Jutro zgi­nie.

Och, żałuję, że nie możemy znów cof­nąć się do wczo­raj, do tego pogod­nego, spo­koj­nego, nie­bie­skiego dnia, jakie zda­rzają się w Mas­sa­chu­setts latem po desz­czu. A jesz­cze lepiej, do trzech tygo­dni wcze­śniej. Do początku nowego roku, kiedy Graf­fam na­dal żyła, a ja nie potra­fi­łam zna­leźć tematu do pisa­nia, ponie­waż jedyne, co mi się w życiu przy­tra­fiło, było zbyt bole­sne, by to prze­lać na papier. Gorącz­kowo szu­ka­łam mate­riału mogą­cego posłu­żyć jako kanwa mojej wła­snej histo­rii. Teraz już go mam.

Pro­szę bar­dzo.

Bri­gh­ton & Hove

PRY­WATNA SZKOŁA ŚRED­NIA

Par­ker­ton, Mas­sa­chu­setts

15 grud­nia

Droga Effy Green,

ser­deczne gra­tu­la­cje! Zosta­łaś wybrana do tego­rocz­nej edy­cji „Spędź Jan Term ze Zna­ko­mi­tym Gościem”. Ze względu na ogra­ni­czoną liczbę – ośmiu – miejsc rywa­li­za­cja oka­zała się naprawdę ostra, możesz więc być nie­zwy­kle dumna ze swo­jej pra­co­wi­to­ści i talentu.

W tym roku moty­wem prze­wod­nim spo­tkań jest Immer­syjne Pisa­nie. W trak­cie szes­na­sto­dnio­wego pobytu w Moss Tobie i pozo­sta­łym uczest­ni­kom będzie towa­rzy­szyła Zna­ko­mita Gościni: best­sel­le­rowa pisarka, aktorka nagro­dzona Osca­rem, reży­serka, sce­no­pi­sarka, zdo­byw­czyni Nagrody Tony za sce­na­riusz teatralny – Mere­dith Graf­fam.

Po zakoń­cze­niu spo­tkań tylko jedno z Was otrzyma sty­pen­dium w wyso­ko­ści pięt­na­stu tysięcy dola­rów oraz szansę na ujrze­nie swo­jego koń­co­wego dzieła w druku / na ekra­nie, w zależ­no­ści od wybra­nego gatunku.

Jan Term roz­po­czyna się w środę 7 stycz­nia, koń­czy w czwar­tek 22 stycz­nia.

Bar­dzo pro­simy o przy­by­cie 7 stycz­nia. Infor­ma­cje doty­czące dojazdu na miej­sce otrzy­masz drogą mailową.

Jed­no­cze­śnie pro­simy o pod­pi­sa­nie i uwie­rzy­tel­nie­nie załą­czo­nej umowy o zacho­wa­niu pouf­no­ści oraz zgody RODO, a następ­nie ode­sła­nie doku­men­tów przed roz­po­czę­ciem zajęć. Ma to chro­nić Twoją pracę oraz pracę naszej Zna­ko­mi­tej Gościni, a także udzie­lić nam zgody na nagry­wa­nie i reje­stro­wa­nie wize­runku, jeśli wynik­nie taka potrzeba.

W przy­padku pytań zwią­za­nych z wyżej wymie­nio­nymi doku­men­tami oraz samym poby­tem zachę­camy do kon­taktu.

Do zoba­cze­nia 7 stycz­nia!

Z powa­ża­niem

Scott Booker

Dzie­kan do spraw uczniow­skich

Tydzień pierwszy

Immersyjne pisanie

środa 7 stycz­nia – nie­dziela 11 stycz­nia

PIERWSZA SESJA

Odrzuć lęki i zaha­mo­wa­nia.

Zrób wszystko, co konieczne, by się wyróż­nić.

Oprzyj się na swo­ich moc­nych stro­nach.

Skup się na napi­sach koń­co­wych – co jesteś w sta­nie zro­bić, by to Twoje nazwi­sko się na nich zna­la­zło?

Jeśli nie masz histo­rii, stwórz ją.

W han­dlu i prze­my­śle wszy­scy kradną. Ja też czę­sto kra­dłem. Ale przy­naj­mniej wiem, jak to robić.

Tho­mas Edi­son

Effy

Środa, 7 stycz­nia

Zer­kam za sie­bie przez tylną szybę busa, ale nie jestem już w sta­nie dostrzec odle­głej poświaty kam­pusu. Nawet przy dłu­gich świa­tłach Las Mur­ton to naj­ciem­niej­sze miej­sce na ziemi.

W prze­ci­wień­stwie do niego budy­nek Moss wydaje się cie­pły i przy­ja­zny. Jego ciemna syl­wetka rysuje się na tle nieba, usy­tu­owana na kli­fie z wido­kiem na ocean. Ma czter­dzie­ści pokoi i tysiąc trzy­sta metrów kwa­dra­to­wych powierzchni, a jego sta­rze­jące się piękno od razu przy­wo­dzi mi na myśl naj­lep­sze domy z lite­ra­tury. Man­der­ley1. Thorn­field Hall2. Wichrowe Wzgó­rza3.

Nasza sió­demka całą drogę spę­dza pochy­lona nad ekra­nami komó­rek, sta­ramy się wyko­rzy­stać zasięg, póki go mamy. Dzie­kan Booker pod­jeż­dża pod budy­nek, żwir chrzę­ści pod kołami, i wyłą­cza sil­nik.

Przez chwilę sie­dzimy nie­ru­chomo, gapiąc się na dom. Nasze tele­fony poszły w zapo­mnie­nie. Jak każdy sza­nu­jący się uczeń Bri­gh­ton & Hove sły­sza­łam histo­rie o Jan Term – budzą­cym zazdrość doświad­cze­niu dostęp­nym jedy­nie dla wybra­nych. Jan Term prze­ko­nuje nas – a także wszyst­kich dookoła – że jeste­śmy wizjo­ne­rami w naszych kla­sach, że naszą misją będzie zmie­nia­nie świata dzięki two­rzo­nej przez nas sztuce.

– Jeste­śmy – mówi ktoś, a ja bar­dziej czuję to słowo, niż je sły­szę.

Drzwi busa się otwie­rają, wpusz­cza­jąc do środka zimne powie­trze. Ness zaczyna zbie­rać swoje rze­czy, które – jak to zwy­kle bywa w jej przy­padku – roz­peł­zły się po całym sie­dze­niu.

– Tego wła­śnie nie lubię w zimie – stwier­dza. – Wcho­dze­nia i wycho­dze­nia. Gorąco. Zimno. Gorąco. Zimno. I jesz­cze to opa­tu­la­nie się od stóp do głów w tyle warstw, że czło­wiek poru­sza się jak pin­gwin. – Ness, nawet gdy narzeka, brzmi rado­śnie. To jedna z rze­czy, które w niej uwiel­biam. Tę jej lek­kość. I pogodę ducha.

Moi rówie­śnicy po kolei wysy­pują się z samo­chodu, jed­nak ja nie wysia­dam. Sie­dząc w busie, zaczy­nam się nagle zasta­na­wiać, po co tu przy­je­cha­łam i dla­czego nie ma mnie w domu, z bab­cią. Przez głowę prze­la­tuje mi tysiąc myśli:

To twój ostatni rok w Bri­gh­ton & Hove.

Zostało ci tylko pięć mie­sięcy nauki.

Co, jeśli ty i Ness będzie­cie stu­dio­wać na innych uczel­niach i prze­sta­nie­cie się przy­jaź­nić?

Dla­czego w życiu co chwilę coś się koń­czy?

Kiedy tuż przy mojej gło­wie roz­lega się puka­nie w szybę, aż pod­ska­kuję. Czy­jaś twarz przy­kleja się do okna, sza­lone sprę­żynki czar­nych wło­sów, oku­lary i oddech, który zasła­nia mnie mgłą. Ness wyciera zapa­ro­waną szybę. Znów ją zapa­ro­wuje. Wyciera. Zapa­ro­wuje.

A potem pisze wspak: „Otwarte!”. Wszy­scy stoją na pod­jeź­dzie, luźną grupką ota­czają dzie­kana Bookera, zna­nego pod ksywą Books – czło­wieka wiel­kiego jak niedź­wiedź, bar­dzo miłego i swoj­skiego.

Dołą­czam do nich, mój oddech two­rzy obłoczki.

Ness, Isaac Wil­liams, Ramon San­tos, Joey Fiske, Peter Tobin oraz Leela Kim. Sie­dem osób, wli­cza­jąc mnie.

– Być może tego nie wie­cie – mówi Books – ale tra­dy­cja Jan Term naro­dziła się w tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym szó­stym roku. Jed­nak dopiero po śmierci Hove’a w tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym dru­gim zaczęto zapra­szać tu uczniów.

– Myśla­łam, że będzie nas ósemka – szep­czę do Ness, ale ona mnie nie słu­cha, ponie­waż z domu wycho­dzi kobieta nie­wiele od nas star­sza i zmie­rza w naszą stronę. Ma okrą­głą, ładną twarz oko­loną burzą mie­dzia­nych loków, a na sobie kom­bi­ne­zon upstrzony pla­mami farby.

– Drea Gar­cia – wita się z nami, wycią­ga­jąc rękę do każ­dego. W jej gło­sie sły­chać cień hisz­pań­skiego akcentu. – Jestem asy­stentką Mere­dith.

Mere­dith. Jak „Mere­dith Graf­fam”. Jedna z naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nych twór­czyń w lite­ra­tu­rze, fil­mie i teatrze. I zara­zem jedna z naj­bar­dziej kon­tro­wer­syj­nych. Poje­cha­ła­bym na drugi koniec świata, żeby móc się przy niej przy­uczać, a tu pro­szę – ona przy­je­chała do nas.

Idziemy za Book­sem i Dreą ścieżką pro­wa­dzącą mię­dzy domem a kli­fem. W dole sły­chać łoskot fal ude­rza­ją­cych o skały, nie­malże czuję na skó­rze dro­binki sło­nej wody. Popeł­niam błąd i spo­glą­dam w dół. Bez­miar prze­pa­ści – nie widać dna, tylko ciem­ność.

Bie­gnę za pozo­sta­łymi bru­ko­wa­nym dzie­dziń­cem, wcho­dzimy razem na roz­le­gły taras i w końcu sta­jemy przed sze­ro­kim, łuko­wa­tym wej­ściem do domu.

Nawi­gu­jemy kory­ta­rzami, aż tra­fiamy do wiel­kiego pomiesz­cze­nia ze ścia­nami pokry­tymi złotą tapetą. Na prze­ciw­le­głym końcu znaj­duje się zło­cony bal­kon, a pod nim, we wnęce, stoi for­te­pian. Strze­li­sty sufit przy­po­mina skle­pie­nie kate­dry. Nad komin­kiem wisi samotny por­tret jakie­goś męż­czy­zny. To z pew­no­ścią Moss Hove – współ­za­ło­ży­ciel szkoły, który uciekł od swo­jej kali­for­nij­skiej kon­ser­wa­tyw­nej rodziny poten­ta­tów naf­to­wych i zako­chał się w swoim kole­dze, Zacha­rym Bri­gh­to­nie. I wresz­cie który – dwa­dzie­ścia lat po zało­że­niu szkoły Bri­gh­ton & Hove – uto­nął na sku­tek nie­szczę­śli­wego wypadku.

– Pomoc domowa będzie przy­cho­dzić raz w tygo­dniu – wyja­śnia nam Books. – Wesley, nasz woźny, mieszka tu na stałe. Pani Graf­fam zabrała swoją wła­sną kucharkę, ona będzie dla was goto­wała. Jeśli uzna­cie, że cze­go­kol­wiek wam potrzeba, daj­cie znać Wesley­owi. On ma też uni­wer­salny klucz do wszyst­kich bram, może was wpu­ścić i wypu­ścić.

Drea zaczyna roz­da­wać nam karty z naszymi nazwi­skami, nume­rami tele­fo­nów, adre­sami mailo­wymi, a także przy­dzia­łem pokoi oraz hasłami do wi-fi.

– Nie powinna być nas ósemka? – dopy­tuje Ramon.

– Jedna osoba miała opóź­niony lot – wyja­śnia Drea i pod­nosi kolejną kartę. – Co wie­czór pod waszymi drzwiami znaj­dzie się taka roz­pi­ska z pla­nem następ­nego poranka.

Drea i Books przy­po­mi­nają nam zasady, mię­dzy innymi żad­nego dzie­le­nia łóżek. Żad­nego opusz­cza­nia domo­stwa po zmroku. Jeśli wycho­dzimy na zewnątrz, mamy zablo­ko­wać drzwi albo zabrać klucz, gdyż – jak się prze­ko­namy – wszyst­kie wyj­ścia na dwór są przez cały czas zamknięte na klucz, który tkwi w zamku. Nie wolno nam też roz­ra­biać, ponie­waż więk­szość ele­men­tów wypo­sa­że­nia to kolek­cja zebrana przez samego Mossa Hove’a. Jan Term to wielki przy­wi­lej, bla bla bla. I jeśli tra­dy­cja ma prze­trwać, musimy się dobrze zacho­wy­wać, bla bla bla.

– Ten budy­nek to… – Books mruży oczy, wpa­tru­jąc się gdzieś przed sie­bie – …to ponie­kąd labi­rynt. Nazy­wają go domem bez kory­ta­rzy. Jak już zapewne zauwa­ży­li­ście, wszyst­kie pomiesz­cze­nia prze­cho­dzą jedno w dru­gie, ni­gdy więc nie musi­cie wra­cać do głów­nego holu. Sufity znaj­dują się na róż­nych wyso­ko­ściach. Pod­łogi rów­nież, czeka was zatem mnó­stwo stopni, krót­kich i dłu­gich scho­dów. Trak­tuj­cie Moss, jakby to był wasz wła­sny dom.

Ruszamy za nim ku wej­ściu. Dzie­kan Booker prze­kręca tkwiący w zamku klucz i wcho­dzi na dzie­dzi­niec.

– I jesz­cze jedno. – Unosi palec. – Podob­nie jak na kam­pu­sie, także i tutaj obo­wią­zuje cał­ko­wity zakaz wcho­dze­nia do lasu. – Cho­ciaż Lara Leonard została zamor­do­wana wiele lat wcze­śniej, to na­dal temat tabu dla szkoły.

Mam­ro­czemy pod nosem, że przy­ję­li­śmy do wia­do­mo­ści. Books mruga do nas jed­nym okiem, macha ręką i znika w ciem­no­ści.

Mój pokój mie­ści się w Dzwon­nicy – wie­życzce z wido­kiem na ocean. Opa­dam na łóżku, wycią­gam z kie­szeni płasz­cza kopertę i wygła­dzam jej kra­wę­dzie. Noszę ją ze sobą wszę­dzie, odkąd przy­szła pocztą. Jest poprze­cie­rana i pod­nisz­czona, jakby miała dzie­siątki lat. Pismo wygląda zupeł­nie nie­win­nie. Krót­kie, grube litery, wszyst­kie dru­ko­wane. List został zaadre­so­wany do Ophe­lii Green. Gdy­bym wie­działa, kto go wysłał, w życiu bym nawet nie otwo­rzyła koperty. Nadawca musiał zda­wać sobie z tego sprawę, ponie­waż jako jego adres figu­ruje jedy­nie Boston, Mas­sa­chu­setts.

Otwie­ram list i czy­tam go w cie­płej poświa­cie szkła ura­no­wego oka­la­ją­cego szyby w moich oknach.

Droga Effy,

być może byłaś zbyt mała, żeby to pamię­tać, ale latem, gdy mia­łaś sześć lat, zabra­li­śmy Cię do Nowego Jorku. Wszy­scy nam to odra­dzali, kazali zosta­wić Cię w domu, i może powin­ni­śmy byli tak zro­bić, ponie­waż znie­na­wi­dzi­łaś to mia­sto od pierw­szego wej­rze­nia. Nie cier­pia­łaś hałasu, ruchu ulicz­nego i tłu­mów ludzi. Ale wła­śnie tam pozna­li­śmy się z Twoją mamą, zale­żało jej, żebyś zoba­czyła Nowy Jork. Żebyś stała się czę­ścią nas z prze­szło­ści tak samo, jak byłaś czę­ścią nas tam­tego lata.

Może to dziwne, ale cho­ciaż wyprawa oka­zała się kata­strofą, mam z niej wyłącz­nie szczę­śliwe wspo­mnie­nia. Uśmiech Two­jej mamy. Twoja rączka w mojej dłoni. To, jak Cię huś­ta­li­śmy, idąc.

Twoja głowa oparta o moje ramię, gdy nio­słem Cię śpiącą do hotelu. Sporo roz­my­śla­łem o tej podróży w ciągu ostat­nich 4017 dni. Chyba po pro­stu mam nadzieję, że bez względu na to, jak bar­dzo mnie nie­na­wi­dzisz, może jedno czy dwa wspo­mnie­nia z tam­tego wyjazdu jed­nak prze­trwały…

Jede­na­ście lat temu mój ojciec został ska­zany na pięt­na­ście lat wię­zie­nia. Po usły­sze­niu wyroku poże­gnał się ze mną, i tyle go widzia­łam. Uznał, że nie nadaje się na ojca, a ja stra­ci­łam wtedy nie tylko mamę, ale i jego. We wrze­śniu ubie­głego roku – a dokład­nie dwu­dzie­stego dzie­wią­tego wrze­śnia – wypu­ścili go za „dobre spra­wo­wa­nie”. Trzy tygo­dnie póź­niej dosta­łam ten list.

To był mój pierw­szy kon­takt z ojcem, odkąd skoń­czy­łam sześć lat.

Przez ostat­nie jede­na­ście lat, kiedy sie­dział w wię­zie­niu, udało mi się wmó­wić sobie, że on też nie żyje. Dzięki temu nie musia­łam o nim myśleć, był dla mnie tylko wspo­mnie­niem. A teraz nie mam poję­cia, co zro­bić z tym gów­nem.

Wsu­wam kopertę pod poduszkę. Dzień po tym, jak przy­szedł mój list, bab­cia dostała swój. Przy­glą­da­łam się, jak wrzuca nie­otwartą kartkę do nisz­czarki, a potem skrawki papieru pakuje do worka na śmieci i natych­miast wynosi z domu.

Mój też chciała tak potrak­to­wać, ale skła­ma­łam, że już go znisz­czy­łam.

Kilka razy pró­buję się pod­łą­czyć do wi-fi, a kiedy w końcu mi się to udaje, wysy­łam babci wia­do­mość z infor­ma­cją, że mogę nie mieć tu zasięgu, i podaję jej numer sta­cjo­narny.

A następ­nie wyj­muję książki, które zabra­łam na te trzy tygo­dnie. Znisz­czony egzem­plarz Fran­ken­ste­ina, nie­gdyś nale­żący do mojej mamy, z jej notat­kami wypeł­nia­ją­cymi mar­gi­nesy. Polo­wa­nie, pierw­sza powieść Mere­dith Graf­fam.

I Kłam­stwo, jej ostat­nia.

Polo­wa­nie z dnia na dzień zyskało sta­tus sen­sa­cji lite­rac­kiej, w kate­go­rii powie­ści kry­mi­nal­nych opar­tych na fak­tach okrzyk­nięto je naj­bar­dziej mro­żącą krew w żyłach książką od czasu Z zimną krwią Tru­mana Capote’a. Graf­fam została obsy­pana nagro­dami i sło­wami uzna­nia za opo­wieść o mor­der­stwie swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki i wła­snych sta­ra­niach, by zabójca zna­lazł się za krat­kami.

Pochwały ustą­piły jed­nak oskar­że­niom, gdy sześć lat po uka­za­niu się powie­ści świa­tło dzienne ujrzały nowe dowody. Oczy­ściły one z zarzu­tów czło­wieka, który – na sku­tek kru­cjaty Graf­fam – został ska­zany za mor­der­stwo Lary Leonard. Męż­czy­zna ten zdą­żył już odsie­dzieć osiem lat za zbrod­nię, któ­rej nie popeł­nił. Opi­nia publiczna ruszyła na Graf­fam z przy­sło­wio­wymi widłami i pochod­niami, jak gdyby w poczu­ciu oso­bi­stej zdrady. Pisarka opu­bli­ko­wała prze­pro­siny wobec nie­słusz­nie ska­za­nego, po czym wyco­fała się z życia publicz­nego.

Dzie­sięć lat póź­niej poja­wiła się ponow­nie, publi­ku­jąc powieść Kłam­stwo, w któ­rej przy­znała się do wszyst­kiego. Nie tylko potwier­dziła każde oszu­stwo, któ­rego się dopu­ściła, ale jed­no­cze­śnie wzięła na sie­bie winę za wsa­dze­nie za kratki nie­win­nego czło­wieka. Kłam­stwo zostało adap­to­wane na przed­sta­wie­nie w jed­nym z małych, nie­za­leż­nych, awan­gar­do­wych teatrów nowo­jor­skich, po czym tra­fiło na scenę off-broad­way­ow­ską, skąd prze­nie­siono je na duży ekran. Tak naro­dziły się kolejne filmy, kolejne książki, a kiedy Mere­dith Graf­fam skoń­czyła czter­dzie­ści pięć lat, wspięła się na szczyty swo­jej kariery.

I cho­ciaż Graf­fam nie­zmier­nie mnie fascy­nuje, nie jest jedy­nym powo­dem, dla któ­rego się tu zna­la­złam. Przy­je­cha­łam, ponie­waż mam histo­rię do opo­wie­dze­nia. Histo­rię życia kilku osób, która zmie­nia się w ułamku sekundy. Tak jak to miało miej­sce w moim przy­padku, gdy mój ojciec wje­chał samo­cho­dem w drzewo i zabił swoją jedyną pasa­żerkę – moją mamę. Miała wtedy dwa­dzie­ścia osiem lat.

Jak to mawia Vic­tor Fran­ken­stein, nie ma nic bole­śniej­szego dla ludz­kiego umy­słu niż wielka i nie­spo­dzie­wana zmiana.

Nagle sły­szę odgłos dra­pa­nia w szybę i aż pod­ska­kuję. Cho­ciaż miesz­kamy z bab­cią w sta­rym domu i powin­nam rozu­mieć jęki i skrzy­pie­nia budyn­ków. Zawsze ist­nieje wytłu­ma­cze­nie: wie­kowe rury, nie­przy­cięte gałę­zie drzew, zmiany tem­pe­ra­tury, przy któ­rych kur­czą się drew­niane pod­łogi i futryny, osia­da­nie fun­da­men­tów wraz z upły­wem czasu. Bab­cia twier­dzi, że domy mają swoje bóle i bolączki, zupeł­nie jak ludzie. Moss stoi na kli­fie od ponad stu lat, z pew­no­ścią naba­wił się więc wła­snych dole­gli­wo­ści.

Wpa­truję się przez szybę, mój wzrok musi przy­zwy­czaić się do mroku.

W moim pokoju nie ma zasłon – jest usy­tu­owany wysoko, ponad wszyst­kim, nikt nie zdo­łałby tu zaj­rzeć. Gdy­bym tylko zechciała, mogła­bym wyjść przez okno pro­sto w korony drzew.

Czy zda­rzyło się wam kie­dyś stać na kra­wę­dzi dachu lub mostu – gdzieś bar­dzo wysoko – i zła­pać się na myśli, żeby sko­czyć? Ale nie cho­dzi mi o wyobra­że­nia samo­bój­cze, lecz o pewien pier­wotny instynkt, reak­cję na zasa­dzie „a co, gdy­bym?”. Co, gdy­bym rzu­ciła się w prze­paść? Im dłu­żej czło­wiek o tym myśli, tym bar­dziej zaczyna się nie­po­koić, że fak­tycz­nie mógłby to zro­bić.

To zja­wi­sko ma nawet swoją nazwę. L’appel du vide. Zew pustki. Teo­re­tycz­nie wcale nie chcesz sko­czyć, ale i tak czu­jesz impuls. Naukowcy doszli do wnio­sku, że ów zew pustki jest w grun­cie rze­czy wywo­łany głę­bo­kim pra­gnie­niem życia. W moim przy­padku tak wła­śnie jest. To przy­po­mnie­nie. Mogła­bym wje­chać samo­cho­dem w barierki. Sko­czyć z mostu na tory kole­jowe. Rzu­cić się ze skały, na któ­rej jeste­śmy. Wyobra­żam sobie moje ciało leżące bez­wład­nie u pod­nóża klifu, a potem zabrane przez fale w głąb oce­anu.

Odwra­cam się od okna i widzę, jak moja twarz odbija się w sta­rym lustrze wiszą­cym nad komin­kiem. Szkło jest wypa­czone i upstrzone pla­mami, mam wra­że­nie, jak­bym patrzyła na swoje odbi­cie przez kurz i pył. Czy wyglą­dam na tak samo pustą w środku, na jaką się czuję?

Uśmie­cham się. Bez poka­zy­wa­nia zębów. To nie leży w mojej natu­rze. Na tyle jed­nak, by ludzie uznali to za uśmiech. Lek­kie unie­sie­nie kąci­ków ust.

„Jak kot”, mawia bab­cia. Uśmiech nie sięga moich oczu, nie dodaje im bla­sku. Zupeł­nie jakby moje usta i oczy nie były ze sobą połą­czone.

Jak gdyby nale­żały do dwóch róż­nych osób.

Arlo

Środa, 7 stycz­nia

Odkąd wyje­cha­li­śmy z Bostonu, gadam nie­prze­rwa­nie z moim kie­rowcą Ubera, Bar­rym. Poru­szy­li­śmy wszyst­kie moż­liwe tematy od Jacka Kero­uacka4, przez moje ulu­bione kryp­tydy5, aż po epi­de­mię dziw­nych nie­bie­skich stwo­rzeń, które ostat­niego lata fale wyrzu­ciły na plaże.

– Wyobraź to sobie, Barry. Inwa­zja nie­bie­skich pla­mi­stych gala­re­tek jak okiem się­gnąć. Velella velella, tak się nazy­wają. Wyglą­dają jak maleń­kie fris­bee z prze­zro­czy­stym żaglem.

Na Bar­rym nie robi to wra­że­nia.

– Przez więk­szość swo­jego życia pły­wają po Pacy­fiku. A co naprawdę nie­zwy­kłe, każdy z nich to tak naprawdę kolo­nia współ­pra­cu­ją­cych ze sobą orga­ni­zmów. Jeden zaj­muje się jedze­niem, drugi roz­mna­ża­niem, jesz­cze inny obroną. Samo­dziel­nie nie prze­żyją, są od sie­bie zależne.

– Szkoła w tym roku zaczyna się tro­chę wcze­śniej? – pyta Barry, patrząc na mnie prze­ni­kli­wie w lusterku, jak­bym coś kom­bi­no­wał.

Nie pró­buję nawet wyja­śniać mu idei Jan Term ani faktu, że moja obec­ność tutaj nie jest do końca moim wybo­rem. To powie­dziaw­szy, muszę dodać, że jed­no­cze­śnie zależy od niej moja przy­szłość uni­wer­sy­tecka. Tak wła­śnie się dzieje, gdy opusz­czasz pięć pierw­szych tygo­dni nauki w ostat­niej kla­sie ze względu na para­li­żu­jącą żałobę. Bra­kuje ci wtedy punk­tów do zali­cze­nia roku, a twoi rodzice i brat uznają, że jedy­nym roz­wią­za­niem będzie wysła­nie cię na drugi koniec kraju do two­jej sta­rej Alma Mater. Na szczę­ście jestem wyjąt­kowo dobrym łga­rzem, dzięki czemu zdo­by­łem miej­sce w naj­bar­dziej pożą­da­nym gów­nia­nym kur­sie przy­go­to­waw­czym.

– Nawet siłą nie można mnie odcią­gnąć od szkoły, Barry. Edu­ka­cja to moje życie – mówię zamiast tego.

Barry wjeż­dża w uliczkę pro­wa­dzącą do budynku. Moss wyra­sta przed nami jak kolos – z migo­czą­cymi w oknach świa­tłami wygląda nie­mal przy­jaź­nie. Barry każe mi wysia­dać, pew­nie się cie­szy, że może się mnie wresz­cie pozbyć. Pod­no­szę czapkę i wkła­dam ją sobie na głowę, cho­ciaż wcale nie pomaga to zapa­no­wać nad moimi nie­po­kor­nymi wło­sami. To stara bejs­bo­lówka Laker­sów, noszę ją nie­prze­rwa­nie od lata. Gra­molę się na zewnątrz i stoję nie­ru­chomo, pod­czas gdy Barry odjeż­dża z piskiem opon.

Jezu, ile tu drzew.

Od kilku tygo­dni pla­no­wa­łem przy­jazd do Bri­gh­ton & Hove. Mój powrót, jeśli woli­cie. A teraz, kiedy już tu jestem, ogar­nia mnie wszech­po­tężne poczu­cie osa­mot­nie­nia. To kon­se­kwen­cje bycia dziec­kiem woj­sko­wych, któ­rzy prak­tycz­nie non stop prze­by­wają za oce­anem. Oraz posia­da­nia nie­wia­ry­god­nie ide­al­nego star­szego brata, repre­zen­tu­ją­cego sobą wszystko, czego ja ni­gdy nie osią­gnę. Ale to także pokło­sie ostat­niego roku. Ostat­niego lata. Cie­bie, Jonah. Mój naj­lep­szy przy­ja­cielu. Two­jej śmierci na moich oczach.

Ocią­gam się przed wej­ściem do budynku, napa­wam się jesz­cze przez chwilę swoją samot­no­ścią.

Stoję na kli­fie, gdzie wresz­cie mogę oddy­chać, chłonę widok potęż­nego Atlan­tyku, dru­giego pod wzglę­dem wiel­ko­ści oce­anu na świe­cie. Nic, tylko bez­denna czarna otchłań cią­gnąca się aż po hory­zont. Jedyne, co ją zabu­rza, to nie­wiel­kie skały kil­ka­set metrów od brzegu i samotny, docie­kliwy pro­mień świa­tła latarni mor­skiej. Jest chyba odpływ, ale i tak sły­chać fale, a w tej ciem­no­ści trudno stwier­dzić, czy na dole roz­ciąga się plaża.

Grze­bię w tor­bie tak długo, aż w końcu znaj­duję jointa, któ­rego noszę ze sobą od mie­sięcy. To nie mari­hu­ana. Ziel­sko – ow­szem. Zioło – skądże. To tylko garść trawy, mle­czu i ziemi, którą skrę­ci­łem razem z Jona­hem pew­nego wie­czoru, gdy się nudzi­li­śmy.

Ręka mi się trzę­sie, kiedy szu­kam zapal­niczki. Nad głową świecą mi jasno gwiazdy. Jak zwy­kle roz­glą­dam się w poszu­ki­wa­niu Wężow­nika, mojego ulu­bio­nego nie­bie­skiego gościa.

Popatrz w górę, sły­szę twój głos.

Jest tak realny, że przez sekundę wydaje mi się, że znów mamy upalny lip­cowy dzień, a ja znaj­duję się w tam­tej jaskini. Zawsze rzu­ca­łeś takie tek­sty.

Popatrz w górę. Rozej­rzyj się. Bądź tu i teraz. Tak więc gdy wtedy, w tej mor­skiej jaskini, kaza­łeś mi popa­trzeć w górę, nawet się nie zawa­ha­łem. Widzę twoją głowę uno­szącą się na powierzchni wody, śmie­jemy się, a ja myślę, że jest tak, jak­byś zawsze był ze mną, przez całe moje życie. A potem. A potem. To wła­śnie to a potem już do końca będzie tkwiło w moim sercu jak kula, któ­rej nie da się wyłu­skać.

Po pro­stu popatrz w górę.

Zapa­lam jointa, zacią­gam się nim głę­boko – i zaczy­nam kasz­leć.

Kaszlę i dła­wię się, dła­wię się i kaszlę. Sły­szę dobie­ga­jące skądś nie­po­ko­jące dźwięki. Takie recho­czące. Po chwili uświa­da­miam sobie, że to ja. To ja je z sie­bie wydaję.

Zer­kam na Moss, w jed­nym z okien poja­wia się cień. Czyżby ktoś przy­glą­dał się, jak wykasz­li­wuję sobie płuca niczym jakiś idiota? Czy to ona, Mere­dith Graf­fam? Zgi­nam się wpół w kolej­nym ataku kaszlu. Gdy się pro­stuję, cie­nia już nie ma.

Moss i gów­niany kurs przy­go­to­waw­czy, na który tu przy­je­cha­łem, nie zapo­wia­dają się zachę­ca­jąco. I cho­ciaż nie ocze­ki­wa­łem komi­tetu powi­tal­nego – wręcz prze­ciw­nie – to jed­nak smutna prawda brzmi tak: nie mam gdzie indziej się podziać. Nie dołą­czę prze­cież do rodzi­ców w Kuwej­cie. Nie mogę zamiesz­kać z Aaro­nem, jego chło­pa­kiem i ich psem w cia­snej kawa­lerce w Tri­beca6. Jedyne, co mi zostaje, to szes­na­ście dni w Moss i ostatni semestr w szkole. A potem – nic dla mnie nie ma.

Effy

Czwar­tek, 8 stycz­nia

Poczu­łam go, zanim jesz­cze usły­sza­łam – głę­boki, rezo­nu­jący dźwięk dzwonka.

Wibra­cje docie­rają aż do moich kości, a dzwo­nie­nie nie ustaje. Zmu­szam się, by wstać z łóżka. Moje cie­płe stopy zde­rzają się z zimną pod­łogą. W pokoju panują prze­ciągi, szyby w oknach drżą od wia­tru i siły oce­anu.

Na dzie­dzińcu stoi kobieta. Od razu ją poznaję, to Mere­dith Graf­fam.

Ubie­ram się w ciągu paru minut, ale Ness była szyb­sza i już jej nie ma w pokoju. Pędząc kory­ta­rzem, wpa­dam na kogoś i ląduję na posadzce.

– Cho­lera – sły­szę.

Ten ktoś wyciąga do mnie rękę. Ta ręka jest połą­czona z cia­łem ubra­nym w dżinsy i T-shirt z Wielką Stopą i napi­sem „Nie zosta­wiaj śla­dów”. Jego głos jest niż­szy i głęb­szy, niż kiedy miał pięt­na­ście lat. Na­dal wygląda na chu­dego, ale w bar­dziej męski niż chło­pięcy spo­sób. Spod czapki bejs­bo­lówki wymy­kają się potar­gane włosy, ciemne i nie­sforne. Oczy zdają się śmiać z jakie­goś sekret­nego żartu, który bawi tylko jego. Wydatne usta pew­nie można byłoby nazwać zmy­sło­wymi, gdyby nie to, że cią­gle kła­pią. Przy­stojny – obiek­tyw­nie rzecz bio­rąc. No chyba, że się go zna. A tak się składa, że ja go znam.

Arlo.

Arlo, który odszedł po dru­giej kla­sie bez słowa, jak gdyby – tak jak my wszy­scy – miał wró­cić jesie­nią. Który nie powie­dział nikomu, dokąd wyjeż­dża i dla­czego.

Gapię się na niego, on na mnie, przez długą, nie­zno­śną chwilę zasty­gamy bez ruchu.

– Hej – mówi w końcu. – Elsie, prawda?

Elsie.

Nagle jedy­nym, co sły­szę, jest sza­leń­czy łomot mojego serca.

Pod­no­szę się, igno­ru­jąc jego wycią­gniętą rękę, która opada wzgar­dzona. Ten drobny ruch, ta pusta, zwie­szona dłoń, jakimś cudem daje mi poczu­cie zwy­cię­stwa. A przy­naj­mniej przy­wraca śla­dową część mojej god­no­ści.

– Wró­ci­łem – oświad­cza, otwie­ra­jąc sze­roko ramiona.

– Cóż – odpo­wia­dam.

A następ­nie, ponie­waż nie mam zbyt wiele do powie­dze­nia – a jeśli mam, nie byłoby to nic miłego – odwra­cam się i odcho­dzę.

Kilka minut póź­niej nasza ósemka zbiera się na zewnątrz, na kli­fie.

W powie­trzu czuć sól mor­ską i deli­katną wil­got­ność liści. Wiatr szar­pie naszymi wło­sami i kłuje nas w policzki.

Dopiero teraz, za dnia, widzę poszar­paną linię skal­nej prze­pa­ści. Żad­nego pia­sku czy plaży, tylko olbrzy­mie kamienne płyty scho­dzące niczym schody albo kaskada do samego oce­anu. Klif prze­cina wąska szpara, może trzy­me­tro­wej sze­ro­ko­ści, nie wię­cej. Otwarta rana w kra­jo­bra­zie.

Drea staje u mojego boku, jej rude włosy odzna­czają się wyraź­nie na tle kurtki.

– Otchłań Zabłą­ka­nych – wyja­śnia rado­śnie. – Tak się nazywa. Osiem­na­ście metrów prze­pa­ści. Trzeba uwa­żać, dokąd się idzie, zwłasz­cza nocą.

Mój wzrok tra­fia na Arla. Przy­ła­puje mnie na tym spoj­rze­niu, prze­chyla głowę i mruga jed­nym okiem. Wyobra­żam sobie, jak popy­cham go pro­sto w prze­paść.

Pier­do­lony Arlo Ellis-Noon.

Kiedy widzia­łam go po raz ostatni, byli­śmy w dru­giej kla­sie. Byli­śmy też nadzy. Szkoda, że nie potra­fię zapo­mnieć jego ust. Mięk­kich, ale elek­try­zu­ją­cych. Tego, jak się do mnie przy­bli­żał, jak ja się przy­bli­żałam do niego, jak oboje się do sie­bie zbli­ża­li­śmy, aż w końcu zaczę­li­śmy spa­dać w głąb ziemi, przez zewnętrzny krąg wil­got­nej, chłod­nej gleby, aż do jądra ognia w jego cen­trum. Tak wiele moż­li­wo­ści, tyle może i tyle mogło być.

– Powin­nam zapewne was ostrzec – grzmi głos, który wyrywa mnie z zamy­śle­nia – że spę­dzi­cie tu czas na wiele nie­kon­wen­cjo­nal­nych spo­so­bów, jakich się z pew­no­ścią nie spo­dzie­wa­cie.

Mere­dith Graf­fam stoi pomię­dzy nami a oce­anem. Wygląda jak potężna cza­row­nica. Jeśli czuje chłód na skó­rze, nie daje tego po sobie poznać. Ciemne, dłu­gie włosy ma roz­pusz­czone, jak na swo­ich pierw­szych zdję­ciach z okła­dek książ­ko­wych. Wiatr roz­dmu­chuje je dookoła niczym dym. Jej twarz jest pozba­wiona koloru, nie licząc łuków brwi, wiel­kich oczu i różo­wych warg. Prak­tycz­nie zero maki­jażu, błysz­cząca, jasna skóra, jak gdyby myta w lodo­wa­tym gór­skim stru­mie­niu.

– Uwa­żam, że pisa­nia nie można nikogo nauczyć – mówi. – Trzeba po pro­stu pisać, to jedyny spo­sób. Opo­wia­da­jąc histo­rie, musimy umieć grze­bać. Poczy­na­jąc od sie­bie. Odwiedź­cie miej­sca, do któ­rych nikt innych nie dotarł przed wami, nawet wy sami. Musi być nie­kom­for­towo, musi poja­wić się lęk. To jest wła­śnie moment na pisa­nie. Nie zdo­by­łam dwóch Osca­rów i Nagrody Tony dla­tego, że wybie­ra­łam bez­pieczne opcje. Jako ucznio­wie tej szkoły ocze­ku­je­cie, że świat poda wam wszystko na tacy, że zawsze znaj­dzie­cie się na topie. Ale tutaj, ze mną, będzie­cie musieli wal­czyć o swoją pozy­cję. Chce­cie opo­wia­dać histo­rie – w jakiej­kol­wiek for­mie i prze­strzeni – musi­cie być gotowi zro­bić dla tych histo­rii wszystko. Bez względu na trud­no­ści. Bez względu na cenę.

Graf­fam poraża swoją oso­bo­wo­ścią do tego stop­nia, że powie­trze wokół niej spra­wia wra­że­nie nała­do­wa­nego ener­gią mole­ku­larną. Jej głos jest jak ogień, dobitny i pełen żaru.

– Ilu z was nie miało nic do powie­dze­nia w kwe­stii wyboru szkoły? Ilu z was nie ma nic do powie­dze­nia we wła­snym życiu? Ilu z was byłoby teraz zupeł­nie gdzie indziej, gdyby tylko miało taką moż­li­wość?

Isaac ponosi rękę. Po nim – jedno po dru­gim – wszy­scy pozo­stali. Waham się, co powin­nam zro­bić. Chcę się odzna­czać od pozo­sta­łych, więc się nie ruszam. I chyba to działa, wzrok Graf­fam zatrzy­muje się na mojej oso­bie.

– Siła wyboru – cią­gnie, zwra­ca­jąc się do mnie. – Wyzwa­nie polega na nie­sza­blo­no­wym życiu. Które pro­wa­dzi do pro­cesu twór­czego.

Peter gło­śno kaszle, więc uwaga Graf­fam znów prze­kie­ro­wuje się na grupę.

– Mogę uczy­nić z was praw­dzi­wych auto­rów. Pomóc wam odróż­nić się od tysięcy innych pisa­rzy i twór­ców, któ­rzy pró­bują zaist­nieć na rynku. Musi­cie jed­nak mi zaufać, w prze­ciw­nym razie to się nie uda. Macie trak­to­wać abso­lut­nie wszystko jako część zajęć, nawet jeśli ja będę nie­obecna. Mieć świa­do­mość, że jeste­ście nie­ustan­nie pod­da­wani oce­nie. Po każ­dym zada­niu może być tylko jeden zwy­cięzca. I uwierz­cie mi, w tym sza­leń­stwie jest metoda. Effy. – Graf­fam się uśmie­cha, a ja mam wra­że­nie, że to słońce mnie wybrało, bym wszyst­kim świe­ciła. – Potrzy­maj.

Podaje mi swoją komórkę. Spo­glą­dam na etui w ośle­pia­jąco flu­ore­scen­cyj­nym żół­tym kolo­rze – to z Whit­tier, jed­nego z jej naj­now­szych fil­mów. Graf­fam zsuwa z ramion płaszcz, pozwa­la­jąc, by opadł na zie­mię.

– Meta­fo­rycz­nie rzecz bio­rąc, musi­cie sko­czyć w prze­paść. Kiedy stąd wyje­dzie­cie, będzie­cie mogli pod­jąć decy­zję, że chce­cie zostać wewnątrz, gdzie jest sucho i cie­pło. Gdzie jest bez­piecz­nie. Ale może­cie też wybrać ina­czej. Joan Didion7 powie­działa: „Każdy musi wybrać miej­sce, z któ­rego nie chce odejść”. Niech Moss będzie dla was takim miej­scem.

W tym samym momen­cie, mając po lewej Otchłań Zabłą­ka­nych, Graf­fam ześli­zguje się po natu­ral­nych stop­niach utwo­rzo­nych przez gigan­tyczne skalne płyty.

Zatrzy­muje się na skal­nej półce jakieś sześć metrów nad powierzch­nią wody, po czym robi krok. Pro­sto w skłę­bione fale. Cała nasza ósemka jed­no­cze­śnie wstrzy­muje oddech.

Scho­dzimy na skalny występ, na któ­rym stała jesz­cze przed chwilą, sól mor­ska pry­ska nam w twarz. Stąd widać tylko pio­nowy spa­dek do oce­anu. Łomo­czące serce obija mi się o żebra. Po lewej – otchłań. Po pra­wej – olbrzy­mie skalne stop­nie pro­wa­dzące w dół, gdzie naj­niż­szy poziom znika pod wodą. Ness nie­chcący na mnie wpada, chwy­tam się Arla, żeby nie zle­cieć wprost do oce­anu.

Arlo patrzy na mnie. Ja na niego. Natych­miast go pusz­czam i się odsu­wam.

Nagle pod nami poja­wia się czarny krąg na wodzie. Scho­dzimy w dół ze skal­nej półki, tym­cza­sem Mere­dith Graf­fam wynu­rza się z fal niczym Afro­dyta, włosy i ubra­nie przy­le­gają jej do ciała. Wycho­dzi z oce­anu i staje przed nami.

– Teraz wy – oznaj­mia, gdy się zbli­żamy. – Każdy z was. Dosyć z poczu­ciem bez­pie­czeń­stwa, ono doni­kąd was nie zapro­wa­dzi.

Gapimy się na Graf­fam, prze­no­simy wzrok na ocean i z powro­tem na nią, jak­by­śmy nie rozu­mieli jej słów.

– Za pięt­na­ście dni wybiorę z waszego grona kogoś, czyja praca zosta­nie wypro­du­ko­wana, sfil­mo­wana lub wydana. Będzie to jedna osoba, nie osiem. Tylko jedno z was dostąpi zaszczytu. Mam taką moc spraw­czą. Film. Serial. Książka. Sztuka teatralna. Cokol­wiek to będzie. Pomy­śl­cie, spełni się wasze naj­więk­sze marze­nie. Ot tak. – Pstryka pal­cami. – Rów­nie dobrze mogę was od razu ode­słać do domu, w końcu dla­czego mie­li­by­ście mar­no­wać mój czas?

Spo­glą­damy z Ness po sobie. Sły­szę, jak szczęka zębami, tak samo jak ja.

– Kto będzie na­dal stał na tej skale, zanim skoń­czę odli­czać do dzie­się­ciu, opu­ści dzi­siaj Moss. Jeden… Dwa… – Usta Graf­fam ukła­dają się w pół­u­śmiech, a oczy jej błysz­czą.

Albo­wiem ja, Effy Green, posta­no­wi­łam odse­pa­ro­wać się od reszty, gdyż pra­gnę wygrać. A ponie­waż nie mam nic do stra­ce­nia, oddaję Mere­dith Graf­fam jej komórkę, zrzu­cam kurtkę, pod­cho­dzę do kra­wę­dzi klifu i ska­czę.

Szok ter­miczny spra­wia, że nie­mal pęka mi serce. Wszystko się zatrzy­muje: mój oddech, bicie serca, puls. Czas spo­wal­nia swój bieg, świat jest jak film w zwol­nio­nym tem­pie. Czuję się ciężka. I lekka jed­no­cze­śnie. Zamy­kam oczy przed lodo­watą wodą. Moje ciało unosi się bez­wład­nie.

Wspo­mnie­nie. Zima w Maine. Ja z bab­cią na plaży. Ucie­ka­łam przed falami, gdy nad­szedł przy­pływ, w tym cza­sie bab­cia bro­dziła w wodzie bosymi sto­pami.

– Tylko nie złap zapa­le­nia płuc – powie­dzia­łam. Bałam się, że i ona mnie opu­ści.

– Nie zamie­rzam – odparła.

Była ubrana cała na biało, wiatr zaczął zwie­wać jej szal. Wycią­gnę­łam rękę, żeby go chwy­cić, i pra­wie wpa­dłam do wody. Zła­pała mnie w ostat­niej chwili, mówiąc: „Prze­cież to tylko sza­lik, nie warto”. Przy­glą­da­łam się, jak szal odfruwa wraz z wia­trem, wyobra­ża­jąc sobie, że jakaś moja rówie­śniczka znaj­dzie go na brzegu gdzieś daleko od miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wa­łam. W Irlan­dii. Albo Walii.

Teraz wynu­rzam się gwał­tow­nie – na powierzch­nię, na wiatr i na nie­bie­skość nade mną. Ciężko dyszę z zimna, pró­buję despe­racko wypeł­nić płuca powie­trzem. Pod­no­szę głowę i widzę, jak Isaac ska­cze do wody – ide­al­nie, z roz­pro­sto­wa­nymi ramio­nami. Nik­nie pod powierzch­nią, aby już chwilę póź­niej uka­zać się moim oczom. Wykrzy­kuje siar­czy­ste prze­kleń­stwa, aż zaczy­nam się śmiać tak bar­dzo, że chyba zaraz popęka mi skóra wokół ust. Posyła w moją stronę falę, odpo­wia­dam tym samym.

Leela spie­szy za nami, tuż za nią Peter, który wrzesz­czy, kiedy tylko ude­rza w taflę wody. Joey wydaje z sie­bie gło­śny pisk i rzuca się w dół. Przez moment jakby wisiał w sta­nie nie­waż­ko­ści, po czym wpada do wody z wielką siłą.

– Chodź tu! – wołam do Ness, szczę­ka­jąc zębami. Chla­pię ją wodą, a ona odska­kuje natych­miast do tyłu.

Pozo­stali wspie­rają mnie, skan­du­jąc:

– Chodź tu, chodź tu…

– Aaaach. – Moja przy­ja­ciółka zerka na Graf­fam, spo­gląda na ocean, prze­nosi wzrok z powro­tem na kobietę.

– Sześć…

Ness zdej­muje oku­lary, kła­dzie je na ziemi, a następ­nie bie­gnie w moją stronę, poprzez kamie­nie, i ska­cze, roz­po­ście­ra­jąc ramiona. W ostat­niej chwili obej­muje się nimi cia­sno i ude­rza ciężko w wodę. Wyła­nia się kilka sekund póź­niej, włosy okle­jają jej twarz lokami. Przy­tu­lam ją, pod­ska­ku­jemy niczym boje, a fale chwy­tają nas w swoje obję­cia, i to pchają nas do przodu, to cofają w głąb oce­anu, aż tra­cimy grunt pod nogami. W tym miej­scu jest dość płytko, jed­nak prąd działa z wielką siłą i pró­buje wepchnąć nas na dno. Wyobra­żam sobie, jak wciąga Mossa Hove’a pod powierzch­nię. Jak prze­ra­żony musiał być, uświa­do­miw­szy sobie, że nie jest w sta­nie dłu­żej wal­czyć.

– Sie­dem…

Ramon czła­pie do przodu, spo­dzie­wam się, że uciek­nie. Jed­nak on siada na kra­wę­dzi skały, zdej­muje buty i skar­petki, pod­wija nogawki dżin­sów – nie­prze­rwa­nie maru­dząc – po czym opusz­cza nogi do wody, naj­pierw lewą, potem prawą.

– Tak dla uści­śle­nia – zwraca się do Graf­fam – nie rozu­miem, co to „ćwi­cze­nie” ma wspól­nego z opo­wia­da­niem histo­rii. – Wypo­wia­da­jąc słowo „ćwi­cze­nie”, kre­śli w powie­trzu znak cudzy­słowu. – Czy z kre­atyw­no­ścią. To, że nie chcę dostać hipo­ter­mii pod­czas zajęć, to wyłącz­nie prze­jaw zdro­wego roz­sądku.

– Osiem… Dzie­więć… – dalej odli­cza Graf­fam.

Gdy pod­cią­gamy się z Ness na skały, spo­glą­dam ukrad­kiem na Arla. Stoi z rękoma w kie­sze­niach kurtki, sku­lił się tak, że nie widać jego szyi.

W momen­cie, w któ­rym Graf­fam wypo­wiada „dzie­sięć”, Isaac chwyta go za rękę, szar­pie mocno i zanu­rza w wodzie, jakby to był chrzest.

Woda burzy się nad nim i wokół niego, a ja obser­wuję, jak znika pod powierzch­nią. Lepiej, żebyś tam został, myślę. Dzięki temu nie będę musiała o tobie pamię­tać.

Arlo znika cał­ko­wi­cie, pochło­nięty falami, które prze­ta­czają się nad jego głową. Teraz to ja odli­czam do dzie­się­ciu. Docho­dzę do pięt­na­stu, a jego na­dal nie widać.

– Noon! – woła Isaac. Patrzy na Graf­fam, potem na mnie i nur­kuje. I tak, jak jesz­cze przed chwilą życzy­łam Arlowi rychłej śmierci, tak teraz myślę: Tylko mnie znów nie wysta­wiaj do wia­tru, dupku. Nie w ten spo­sób.

Ktoś się wynu­rza z głębi, ale to Isaac. Zaraz jed­nak na powierzchni uka­zuje się głowa Arla, który po chwili rzuca się na Isa­aca, pcha go mocno, aż ten wpada do wody, sam zaś zaczyna się krę­cić w kółko i kopać, jakby cze­goś szu­kał. Osta­tecz­nie pochyla się i wyciąga czapkę.

Nie czeka, aż Isaac się wynu­rzy, nie spraw­dza, czy nic mu nie jest. Na jego twa­rzy maluje się furia, taką samą wście­kłość widać w jego ruchach, kiedy wyłazi z wody i rusza w górę klifu.

Arlo

Czwar­tek, 8 stycz­nia

Wewnątrz jest cie­pło i cicho, nie licząc łomo­ta­nia mojego serca. Nie ma tu wia­tru, zimna i oce­anu, który zalewa mi głowę, wypeł­nia płuca i pró­buje wcią­gnąć na dno.

Wyży­mam czapkę Laker­sów, two­rząc kałużę na pod­ło­dze. Przez okno obser­wuję Graf­fam i resztę moich rówie­śni­ków.

W momen­cie, w któ­rym ją zoba­czy­łem, wszystko do mnie wró­ciło. Effy Green.

Jej pro­wo­ku­jąca, odro­binę nie­kon­wen­cjo­nalna uroda. Nie­sa­mo­wity, kipiący umysł. Nie­prze­brane zasoby uczuć scho­wa­nych za bez­na­mięt­nym spoj­rze­niem zie­lo­nych oczu. Ciemne, falo­wane włosy i piegi obsy­pu­jące jej nos i policzki jak gwiazdy niebo.

Oczy­wi­ście, że ją pamię­tam. Pamię­tam każdą jedną chwilę. Nie wiem, dla­czego tak się zacho­wa­łem. Może jestem kuta­sem. A może sądzi­łem, że tak będzie łatwiej. Effy była moją pierw­szą. Ja byłem jej pierw­szym. A potem wyje­cha­łem.

Idą w stronę domu, masze­rują za Graf­fam jak kaczątka. Isaac wpada do środka, wyż­szy, bar­dziej bar­czy­sty i przy­stoj­niej­szy niż dwa lata temu. Na­dal jest najbar­dziej pew­nym sie­bie czło­wie­kiem na świe­cie, nawet gdy cały ocieka wodą.

– Zawsze byłeś dup­kiem, Noon – mówi do mnie.

I vice versa, myślę.

Na szczę­ście zaraz poja­wiają się pozo­stali. Graf­fam, po niej Ness, Peter, Ramon, Leela, Joey. Na końcu Effy. Spo­glą­dam w sufit, żeby unik­nąć jej wzroku.

Kurtki tra­fiają na wie­szaki, buty na pod­łogę, sza­liki i czapki – do wikli­no­wego kosza. A gdy wszy­scy są już roze­brani, Graf­fam pro­wa­dzi nas do Pokoju Ośmio­kąt­nego, który, zgod­nie z nazwą, ma osiem boków. Ściany są czarne, ale cała reszta – dywa­niki, ozdoby, wypo­sa­że­nie – jest czer­wona. W pale­ni­sku huczy ogień.

W kącie stoi zabyt­kowa klatka, wielka wrona – praw­dziwa, mar­twa, wypchana – sie­dzi w niej na huś­tawce. W samym środku pomiesz­cze­nia znaj­duje się ośmio­kątny stół z dzie­wię­cioma krze­słami.

Drea wnosi tacę z gorącą her­batą, ogrze­wam sobie ręce kub­kiem. Effy zajęła miej­sce jak naj­da­lej ode mnie, przy­ci­ska do piersi starą, znisz­czoną książkę, jakby to była tra­twa ratun­kowa, która ją stąd zabie­rze. Udaje mi się odczy­tać tytuł – Fran­ken­stein – zanim zauważa, że się przy­glą­dam i z łosko­tem odkłada książkę na stół.

– Zanim zaczniemy, chcia­łam prze­pro­sić – odzywa się Graf­fam. Po czym odwraca się do mnie. – To – macha ręką w stronę okna i oce­anu – było nie­prze­my­ślane z mojej strony. Bar­dzo mi przy­kro.

Pozo­stali spo­glą­dają po sobie, pró­bu­jąc roz­gryźć, dla­czego i jakim cudem jedyna i nie­po­wta­rzalna Mere­dith Graf­fam prze­pra­sza Arla Ellisa-Noona.

– Jest okej. Jest dobrze – odpo­wia­dam zdu­szo­nym gło­sem. Wbi­jam wzrok w ptaka, a on patrzy na mnie swo­imi mar­twymi, szkla­nymi oczami.

Isaac mru­czy coś pod nosem, ale zaraz potem ogar­nia nas gęsta cisza, w któ­rej sły­chać jedy­nie strze­la­nie drewna w ogniu.

Graf­fam otwiera dło­nie, jak gdyby coś w nich trzy­mała – powie­trze, pokój, nas.

– Chcę, żeby każdy z nas opo­wie­dział oso­bi­stą histo­rię. Pisa­nie może być samot­nym zaję­ciem. Ale może także ozna­czać współ­pracę. Naukę słu­cha­nia i sza­no­wa­nia cudzego punktu widze­nia.

Jej głos brzmi zupeł­nie ina­czej niż tam, nad brze­giem oce­anu. Zmie­niła ton, żeby lepiej paso­wał do atmos­fery.

– Pisa­nie to także kwe­stia szcze­ro­ści. Ujaw­nie­nie rze­czy o sobie, któ­rych wole­li­by­śmy nie zdra­dzać. Pro­ces two­rze­nia to naj­in­tym­niej­sze, czego doświad­czy­łam w życiu. Bywa bar­dziej intymny niż seks. To powie­dziaw­szy, muszę dodać, że moim zda­niem współ­za­wod­nic­two jest świetne. – Jej mina się zmie­nia, oczy zyskują blask. – Budzi eks­cy­ta­cję, chroni przed leni­stwem. Zawsze ktoś czai się za rogiem, gotów zająć wasze miej­sce. Będzie­cie rywa­li­zo­wać ze sobą nawza­jem. Musi­cie przez cały czas pamię­tać, że wasi prze­ciw­nicy chcą dokład­nie tego samego co wy, a tylko jedno z was może wygrać.

– To kto zwy­cię­żył w tym zada­niu? – pyta Isaac. – W tym nad oce­anem? – Podob­nie jak wcze­śniej Graf­fam także i on macha w stronę okna i znaj­du­ją­cych się za nim kli­fów. Na twa­rzy maluje mu się wycze­ku­jący uśmiech.

– Effy – odpo­wiada Graf­fam krótko.

Uśmiech znika mu z twa­rzy. Wszy­scy – łącz­nie ze mną – zer­kają na Effy.

– Dawno, dawno temu – zaczyna Graf­fam, nagle ści­sza­jąc głos – była sobie dziew­czyna, która pra­gnęła opo­wia­dać histo­rie. Jed­nakże nikt nie wie­rzył, że ma cokol­wiek do powie­dze­nia.

Począt­kowo sądzę, że mówi o Effy, ale potem uświa­da­miam sobie, że to jej wła­sna, oso­bi­sta histo­ria. Wbija wzrok w swoje dło­nie, prze­nosi go potem na nas. Jej twarz wydaje się bez­bronna, naga.

– Zna­cie to uczu­cie, gdy znaj­dzie­cie się w wiel­kim tłu­mie obcych ludzi, jeste­ście sami i każdy mija was, nie zada­jąc sobie trudu, by na was spoj­rzeć? Tak wła­śnie czuje się czło­wiek igno­ro­wany i nie­do­ce­niany. A ponie­waż nikt nie wie­rzył w tę dziew­czynę, która pra­gnęła opo­wia­dać histo­rie, nie miała wyboru i musiała sama w sie­bie uwie­rzyć. Osią­gnęła sławę, bogac­two i suk­ces. Wszystko to, o czym marzyła. A nawet wię­cej. Musiała posu­nąć się daleko. Wyka­zać się ogrom­nym upo­rem. Jed­nak ci wszy­scy, któ­rzy ją lek­ce­wa­żyli, nie zwra­cali na to uwagi. I teraz, co noc, gdy dziew­czyna kła­dzie głowę na poduszce, to wła­śnie o nich myśli. Bo cho­ciaż to tak bar­dzo boli, cho­ciaż wywo­łuje ostre kłu­cie, o tu – stuka pal­cem w miej­sce poni­żej serca – i cza­sami spra­wia, że nie ma czym oddy­chać, dziew­czyna na­dal łak­nie ich apro­baty.

Graf­fam pod­nosi wzrok. Zgod­nie mil­czymy, jej słowa odbi­jają się w nas echem. Sie­dzimy tak przez dwa­dzie­ścia sekund, może dłu­żej, aż w końcu Ness odchrzą­kuje. Ten nie­znaczny dźwięk roz­brzmiewa w ciszy niczym wystrzał. Jak się oka­zuje, nie tylko ja pod­sko­czy­łem.

Roz­le­gają się ner­wowe śmie­chy, napię­cie znika.

Ness opo­wiada o swo­ich rodzi­cach, któ­rzy adop­to­wali ją po śmierci swo­jego bio­lo­gicz­nego dziecka. Kochają ją i wspie­rają we wszyst­kim, co robi, ale nie są w sta­nie wyma­zać faktu, że Ness jest z nimi tylko dla­tego, że inne dziecko zmarło. To wła­śnie z tego powodu Ness czuje, że musi sobie zasłu­żyć, być kimś wię­cej, kimś lep­szym, wystar­cza­ją­cym – osobą, którą nie jest.

Histo­ria Isa­aca doty­czy – bo jak­żeby ina­czej – tego, że jego rodzice ocze­kują, iż po skoń­cze­niu Harvardu albo Duke’a8 roz­pocz­nie pracę w ich fir­mie z listy For­tune 5009. Duke’a – bo to wła­śnie tam jego ojciec zro­bił dyplom. Harvardu – bo tam stu­dio­wała jego matka. I nie ma opcji, żeby wybrał inną uczel­nię czy inną ścieżkę kariery. Przy­naj­mniej dopóki oni za nią płacą.

Ramon opo­wiada o pierw­szym chło­paku, któ­rego poko­chał, i o tym, jak w wieku dwu­na­stu lat wyznał mu miłość. Chło­pak go poca­ło­wał i oznaj­mił, że też go kocha. A potem zdra­dził jego orien­ta­cję na forum kato­lic­kiej klasy. Ramon był przez lata prze­śla­do­wany z tego powodu i bar­dzo dużo czasu zajęło mu odbu­do­wa­nie zaufa­nia do ludzi, zwłasz­cza do męż­czyzn. To dla­tego cią­gle zrywa ze swoim obec­nym chło­pa­kiem Davi­dem, jakby chciał spraw­dzić siłę jego uczu­cia. I mar­twi się, że za któ­rymś razem David już do niego nie wróci.

Potem Leela:

– Mój brat bliź­niak zataił przede mną infor­ma­cję, że zostaje w Puget Sound w szkole publicz­nej. Powie­dział mi to dopiero dzień przed moim wyjaz­dem tutaj. Czu­łam się, jakby ktoś mi ampu­to­wał nogę. A póź­niej – oddzie­leni pię­cioma tysią­cami kilo­me­trów – w tym samym dniu doko­na­li­śmy coming outu jako osoby pan­sek­su­alne.

Następ­nie Peter, który po przy­dłu­gim mono­logu peł­nym zna­nych nazwisk, wyznaje: „Moi rodzice ocze­ki­wali dziew­czynki”.

Wresz­cie Effy.

– To opo­wieść o Clayu Rey­nold­sie – zaczyna. – Ma czter­dzie­ści lat. Jede­na­ście lat temu na zakrę­cie pomię­dzy Kit­tery i Por­ts­mouth wje­chał swoim For­dem F sto pięć­dzie­siąt w drzewo. Doznał jedy­nie wstrzą­śnie­nia mózgu, ale jego pasa­żerka zgi­nęła. Clay wraz z żoną Char­lotte wra­cali wła­śnie z kina. To była ich pierw­sza randka od wielu mie­sięcy, ponie­waż w domu mieli sze­ścio­let­nią córkę. Clay został uznany za win­nego nie­umyśl­nego spo­wo­do­wa­nia śmierci. Był pod wpły­wem. Ona też. Przy­znał się też poli­cji do tego, że się pokłó­cili i że to wszystko było jego winą. To wystar­czyło, żeby zaczęto szep­tać po kątach: „A co, jeśli zro­bił to celowo?”.

Po raz pierw­szy w życiu zamie­ram bez ruchu. Effy ni­gdy mi tego nie mówiła. Ow­szem, nie roz­ma­wia­li­śmy ze sobą aż tak dużo, ale chyba powi­nie­nem był usły­szeć tę histo­rię od kogoś w szkole.

– Odsie­dział jede­na­ście lat ze swo­jego pięt­na­sto­let­niego wyroku – cią­gnie Effy. – Jede­na­ście lat bez żad­nego kon­taktu z córką. Trzy i pół mie­siąca póź­niej został zwol­niony warun­kowo. Tydzień po wyj­ściu z wię­zie­nia napi­sał list do swo­jej córki, obec­nie sie­dem­na­sto­let­niej, oznaj­mia­jąc, że chciałby wró­cić do jej życia. – Pod­nosi wzrok, jej zie­lone oczy wydają się ciemne i poważne. – Świat jest prze­ra­ża­jący bez rodzi­ców. Kiedy jedno z nich nie żyje, a dru­gie rów­nie dobrze mogłoby być mar­twe. To jak zgu­bie­nie się w innym kraju, w któ­rym nie zna się ani słowa w danym języku. – Prze­rywa gwał­tow­nie, po pro­stu milk­nie.

Ręce mi zgra­biały wokół kubka, gdy tak sie­dzę i myślę o dziew­czy­nie, któ­rej mama zgi­nęła, a ojciec ją opu­ścił. Bo potem poja­wi­łem się ja i też ją zosta­wi­łem.

Po dłu­żej chwili Graf­fam się odzywa:

– Wszy­scy jeste­śmy samotni w tym życiu. W naszych cia­łach. Jed­nak w tym momen­cie, w tych murach, przez następ­nych pięt­na­ście dni – kobieta spo­gląda na nas – nie jeste­śmy sami.

Na jej twa­rzy zakwita uśmiech, jestem zasko­czony, że Effy też się uśmie­cha. Wbi­jam wzrok w pło­mie­nie. W powie­trzu wiszą tajem­nice. Cokol­wiek się wyda­rzy, dokąd­kol­wiek się roz­je­dziemy po poby­cie tutaj, będę jedną z nie­licz­nych osób, które wie­dzą wszystko o tych ludziach.

Effy

Czwar­tek, 8 stycz­nia

W moim mózgu wszystko się kotłuje i skwier­czy, a ja czuję się dziw­nie żywa.

Moje włosy na­dal pachną słoną mor­ską wodą, jed­nak zda­rze­nie z klifu stało się już odle­głym wspo­mnie­niem, przy­ćmio­nym histo­rią, którą wła­śnie opo­wie­dzia­łam.

Naj­bar­dziej boli mnie to, co prze­mil­cza­łam. Nie­wy­ba­czalna część opo­wie­ści, w któ­rej mój ojciec wyswo­bo­dził się z wraku samo­chodu, zamiast pomóc mojej mamie. Zmarła kilka minut po przy­by­ciu ratow­ni­ków, uwię­ziona w aucie, jesz­cze przy­tomna i oddy­cha­jąca, pod­czas gdy mój ojciec sie­dział na pobo­czu.

Obej­rza­łam zdję­cia zro­bione po wypadku. Wie­lo­krot­nie odwie­dzi­łam miej­sce zbrodni – to pie­przone drzewo – szu­ka­jąc odpo­wie­dzi na pyta­nie, co się wyda­rzyło i dla­czego. Czy celowo ją tam zosta­wił? Czy miał wybór? Czy gdyby spró­bo­wał, uda­łoby mu się wydo­stać ją z wraku? Za każ­dym razem czu­łam, że odda­lam się od tam­tego wie­czoru i momentu ude­rze­nia. Wygrze­ba­łam raporty poli­cyjne. Wczy­ta­łam się w sta­ty­styki zwią­zane z prze­pi­sami doty­czą­cymi spo­ży­wa­nia alko­holu. Roz­trzą­sa­łam skutki warun­ków pogo­do­wych, powierzchni dro­go­wych, ruchu ulicz­nego, a nawet śle­poty noc­nej pod­czas wypad­ków śmier­tel­nych. Prze­ana­li­zo­wa­łam histo­rię medyczną Claya Rey­noldsa i całej jego rodziny, szu­ka­jąc jakie­goś dowodu na napady padaczki, omdle­nia, depre­sję i cho­roby psy­chiczne – cokol­wiek, co mogło mu się przy­tra­fić i tłu­ma­czyć utratę kon­troli nad pojaz­dem.

Zapy­tany o to, dla­czego nie pró­bo­wał rato­wać żony, zasła­niał się szo­kiem. Osta­tecz­nie udało mi się dojść do tego, że to musiał być wypa­dek. Droga była śli­ska po desz­czu, ojciec pił. Nie powi­nien był sia­dać za kie­row­nicę. Ist­niały nie­pod­wa­żalne dowody na to, że ostro hamo­wał i pró­bo­wał – bez­sku­tecz­nie – w porę się zatrzy­mać. Jed­nak nie uzy­ska­łam ocze­ki­wa­nych odpo­wie­dzi, obraz na­dal pozo­sta­wał nie­ostry i poza moim zasię­giem – zupeł­nie jak mój ojciec.

– Może teraz jakaś zabawna aneg­dota – odzywa się Arlo.

Nikt się nie uśmie­cha, ale on brnie dalej:

– No dobra. Co mogę wam powie­dzieć? Może to, że gdy mia­łem pięt­na­ście lat, zacho­wy­wa­łem się jak praw­dziwy dupek. Co wykra­czało poza typowo nasto­letni idio­tyzm. Ponie­waż byłem małym, prze­stra­szo­nym chłop­cem, który nie miał poję­cia, co robić, i który czuł się źle w szkole. A także w każ­dym innym miej­scu na świe­cie. A jak to mawiają, lepiej być myśli­wym niż ofiarą, prawda? No wła­śnie, to moja wymówka. W każ­dym razie pozna­łem dziew­czynę. Nie była zwy­czajna. – Kręci głową na jakąś pry­watną myśl czy wspo­mnie­nie. – Była kimś wię­cej. I na­dal jest. Jed­no­cze­śnie hip­no­ty­zu­jąca i prze­ra­ża­jąca.

Zer­kam na niego i natych­miast odwra­cam wzrok. Tylko nie wypo­wia­daj mojego imie­nia. Jeśli to zro­bisz, Bóg mi świad­kiem, zacią­gnę cię z powro­tem na skały i wko­pię do wody.

Wyczu­wam ten moment, w któ­rym Ness składa w całość ele­menty ukła­danki – deli­katne skrzy­pie­nie pod­łogi, kiedy prze­nosi cię­żar ciała. Głowa obra­ca­jąca się to w stronę Arla, to w moją.

– Kiedy masz pięt­na­ście lat, nikt ci nie mówi, a przy­naj­mniej nikt nie powie­dział mnie, co trzeba robić, żeby nie spie­przyć tego, co dobre – cią­gnie Arlo. – Ludziom tak łatwo przy­cho­dzi igno­ro­wa­nie tego, co czują. Twoje uczu­cia trak­to­wane są jak nic nie­warte albo nie­praw­dziwe tylko dla­tego, że nie jesteś doro­sły. A ja czu­łem coś praw­dzi­wego do tej dziew­czyny. I total­nie to spier­do­li­łem. Wiem, trudno w to uwie­rzyć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Fik­cyjna posia­dłość z powie­ści Rebeka Daphne du Mau­rier. [Wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki]. [wróć]

2. Fik­cyjny dwór z powie­ści Dziwne losy Jane Eyre Char­lotte Brontë. [wróć]

3. Fik­cyjna posia­dłość z powie­ści o tym samym tytule Emily Jane Brontë. [wróć]

4. Jack Kero­uac – ame­ry­kań­ski pisarz, przed­sta­wi­ciel awan­gar­do­wego ruchu bit­ni­ków. Autor m.in. W dro­dze. [wróć]

5. Kryp­tyda – hipo­te­tyczne zwie­rzę, któ­rego ist­nie­nie nie zostało naukowo potwier­dzone, np. potwór z Loch Ness, Yeti, Chu­pa­ca­bra. [wróć]

6. Tri­beca – część Man­hat­tanu, dziel­nicy nowo­jor­skiej. [wróć]

7. Joan Didion – ame­ry­kań­ska dzien­ni­karka, ese­istka, powie­ścio­pi­sarka i sce­na­rzystka. [wróć]

8. Duke – ame­ry­kań­ski uni­wer­sy­tet nie­pu­bliczny w Karo­li­nie Połu­dnio­wej, jeden z naj­lep­szych w USA. [wróć]

9.For­tune 500 – lista 500 naj­więk­szych ame­ry­kań­skich firm, two­rzona corocz­nie na pod­sta­wie przy­cho­dów brutto. [wróć]