39,90 zł
Ona nie żyje. Każdy z nas miał powód, by życzyć jej śmierci
Wybrani uczniowie elitarnej szkoły w Nowej Anglii biorą udział w wyjątkowych warsztatach pisarskich prowadzonych przez Meredith Graffam – legendarną autorkę książek, reżyserkę i aktorkę, kobietę równie fascynującą, co tajemniczą. Odcięci od świata w posiadłości nad brzegiem wzburzonego oceanu, będą walczyć o jedyną w swoim rodzaju szansę na spełnienie twórczych marzeń. Nawet za najwyższą cenę. Gdy metody Graffam stają się coraz bardziej bezwzględne, rywalizacja wymyka się spod kontroli. Uczestnicy warsztatów przekraczają kolejne granice i zwracają się przeciwko sobie. Aż w końcu zwrócą się przeciwko niej...
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 372
Tytuł oryginału: When We Were Monsters
Projekt okładki: Trisha Previte Ilustracja na okładce: copyright © 2025 by Alexis Franklin Projekt wnętrza: Michelle Canoni Ilustracje we wnętrzu: Adobe Stock Redakcja: Urszula Śmietana Korekta: Beata Buko Redakcja techniczna: Adam Kolenda
Fragment utworu Mad Girl’s Love Song z powieści Szklany klosz © copyright 1971 wydawnictwo Harper & Row. Wiersz The Dreamer autorstwa Penelope Niven zamieszczono za zgodą jej córki, Jennifer Niven. Wiersze Ness zamieszczono za zgodą ich autorki, Vanessy Cato, znanej również jako VCPoetry
All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. No part of this book may be used or reproduced in any manner for the purpose of training artificial intelligence technologies or systems. This work is reserved from text and data mining (Article 4(3) Directive (EU) 2019/790). This edition published by arrangement with Random House Children’s Books, a division of Penguin Random House LLC.
Copyright © Jennifer Niven 2025 Copyright © for the Polish edition and translation by Dressler Dublin Sp. z o.o. 2026
Producent: Dressler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki e-mail: sekretariat@dressler.com.pl
Dane do kontaktu: Wydawnictwo Bukowy Las ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław e-mail: redakcja@bukowylas.pl; bukowylas.pl
ISBN 978-83-68758-70-2
Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Dedykuję:
Jamesowi Earlowi Jonesowi,
który nauczył mnie tego, czym jest pamięć kości i wytrzymałość ducha.
Vanowi Shankowi,
mojemu nauczycielowi w szóstej klasie, którego mądrość, poczucie humoru oraz wiara w moją wyobraźnię wykraczały znacznie poza mury szkoły Westview Elementary i towarzyszyły mi w drodze przez świat.
Lucy Kroll,
która powiedziała trzynastoletniej mnie, że bycie pisarką jest moim przeznaczeniem.
Willowi Schwalbe’owi,
mojemu pierwszemu wydawcy, którego głos słyszę, gdy piszę każde słowo.
Mojej mamie,
przede wszystkim.
Oraz nauczycielom na całym świecie,
którzy pielęgnują nasze szalone i rozbuchane marzenia.
To prawda, będziemy potworami, odciętymi od całego świata;
ale z tego powodu będziemy bardziej przywiązani do siebie.
– Mary Shelley, Frankenstein
Dzień poprzedzający ten, w którym zabijemy Meredith Graffam, jest pogodny i bezchmurny. Zupełnie jak Massachusetts latem po deszczu. Zapach ziemi i kwiatów, powietrze czyste i rześkie. Idealny słoneczny dzień.
Tego wieczoru żadne z nas nie wejdzie do lasu z zamiarem popełnienia morderstwa. Gdy jest się otoczonym pięknem, bogactwem i uprzywilejowanym życiem, gdy jest się młodym, pełnym możliwości – łatwo uwierzyć, że życie już zawsze będzie usłane różami i nic nigdy nie pójdzie źle.
Na końcu długiego, szerokiego podjazdu okolonego wysokimi drzewami, w otoczeniu lasu, nieopodal brzegu oceanu, leży kampus Brighton & Hove. Brać uczniowska w zdecydowanej większości – z wyłączeniem obecnych tu osób – składa się z potomków wyjątkowo majętnych ludzi o wielkich dokonaniach. Ludzi, których stać, by zapisać swoje dziecko do każdej szkoły, a jednak decydują się wysłać je do placówki znajdującej się w lesie w północno-wschodniej części stanu Massachusetts.
Jednakże, jak to bywa w każdym zbyt jasnym miejscu, mrok czai się na jego obrzeżach. Czarnoksiężnik za parawanem. Obraz na strychu. Hyde. Widać go co roku jesienią podczas otrzęsin klas pierwszych. Pojawia się w bezlitosnej rywalizacji uczniowskiej. A także w lesie, gdzie co roku w styczniu starannie wyselekcjonowana ósemka najlepszych i najinteligentniejszych uczniów szkoły spędza szesnaście dni w starym domu rodzinnym Mossa Hove’a, naszego założyciela, w towarzystwie jakiejś sławnej i uznanej na świecie osoby.
W Brighton & Hove nie mamy tajnych stowarzyszeń. Mamy za to Jan Term, naszą elitę, organizację zrzeszającą obecnych i byłych uczniów – nasz odpowiednik wygranej w castingu. Wszyscy pragną barwnych, potężnych kontaktów, jakie Jan Term obiecuje w prawdziwym życiu. W naszej przyszłości.
Zbudowany w tysiąc dziewięćset szesnastym roku, Moss jest otoczony tysiącami akrów dziewiczych lasów – formalnie zwanych Lasem Murton, nieoficjalnie znanych jako Las Mordów. To wielkie połacie porośnięte prastarymi drzewami, z kilometrami dróg gruntowych, a wszystko należy do szkoły. Jednakże uczniowie nie zapuszczają się zbyt głęboko w ostępy Lasu Murton, wyjątek stanowią tylko szczęśliwcy wybrani do Jan Term. W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym roku zginęła tu uczennica. To tragedia – blamaż – o której się nie zapomina.
Oraz dowód na to, że nieszczęścia mogą zdarzyć się wszędzie, nawet w tak pięknym miejscu jak kampus Brighton & Hove. Nawet w styczniowy wieczór, kiedy w rześkim powietrzu nad głową migocze niebo usłane gwiazdami. Nawet naszej czwórce.
Effy – sierocie, która nie wierzy w duchy, ale i tak ją one prześladują.
Isaacowi – dziedzicowi, który niesie na barkach cały świat.
Vanessie – stojącej z boku, niedoceniającej własnej siły.
Arlowi – synowi marnotrawnemu, który wrócił do szkoły, z której odszedł dwa lata wcześniej.
Byliśmy czwórką niezależnych osób, zanim Meredith Graffam – ta Meredith Graffam – pojawiła się w Brighton & Hove. To ona nas do siebie zbliżyła. I to ona próbowała nas rozdzielić.
Jutro zginie.
Och, żałuję, że nie możemy znów cofnąć się do wczoraj, do tego pogodnego, spokojnego, niebieskiego dnia, jakie zdarzają się w Massachusetts latem po deszczu. A jeszcze lepiej, do trzech tygodni wcześniej. Do początku nowego roku, kiedy Graffam nadal żyła, a ja nie potrafiłam znaleźć tematu do pisania, ponieważ jedyne, co mi się w życiu przytrafiło, było zbyt bolesne, by to przelać na papier. Gorączkowo szukałam materiału mogącego posłużyć jako kanwa mojej własnej historii. Teraz już go mam.
Proszę bardzo.
Brighton & Hove
PRYWATNA SZKOŁA ŚREDNIA
Parkerton, Massachusetts
15 grudnia
Droga Effy Green,
serdeczne gratulacje! Zostałaś wybrana do tegorocznej edycji „Spędź Jan Term ze Znakomitym Gościem”. Ze względu na ograniczoną liczbę – ośmiu – miejsc rywalizacja okazała się naprawdę ostra, możesz więc być niezwykle dumna ze swojej pracowitości i talentu.
W tym roku motywem przewodnim spotkań jest Immersyjne Pisanie. W trakcie szesnastodniowego pobytu w Moss Tobie i pozostałym uczestnikom będzie towarzyszyła Znakomita Gościni: bestsellerowa pisarka, aktorka nagrodzona Oscarem, reżyserka, scenopisarka, zdobywczyni Nagrody Tony za scenariusz teatralny – Meredith Graffam.
Po zakończeniu spotkań tylko jedno z Was otrzyma stypendium w wysokości piętnastu tysięcy dolarów oraz szansę na ujrzenie swojego końcowego dzieła w druku / na ekranie, w zależności od wybranego gatunku.
Jan Term rozpoczyna się w środę 7 stycznia, kończy w czwartek 22 stycznia.
Bardzo prosimy o przybycie 7 stycznia. Informacje dotyczące dojazdu na miejsce otrzymasz drogą mailową.
Jednocześnie prosimy o podpisanie i uwierzytelnienie załączonej umowy o zachowaniu poufności oraz zgody RODO, a następnie odesłanie dokumentów przed rozpoczęciem zajęć. Ma to chronić Twoją pracę oraz pracę naszej Znakomitej Gościni, a także udzielić nam zgody na nagrywanie i rejestrowanie wizerunku, jeśli wyniknie taka potrzeba.
W przypadku pytań związanych z wyżej wymienionymi dokumentami oraz samym pobytem zachęcamy do kontaktu.
Do zobaczenia 7 stycznia!
Z poważaniem
Scott Booker
Dziekan do spraw uczniowskich
środa 7 stycznia – niedziela 11 stycznia
Odrzuć lęki i zahamowania.
Zrób wszystko, co konieczne, by się wyróżnić.
Oprzyj się na swoich mocnych stronach.
Skup się na napisach końcowych – co jesteś w stanie zrobić, by to Twoje nazwisko się na nich znalazło?
Jeśli nie masz historii, stwórz ją.
W handlu i przemyśle wszyscy kradną. Ja też często kradłem. Ale przynajmniej wiem, jak to robić.
Thomas Edison
Środa, 7 stycznia
Zerkam za siebie przez tylną szybę busa, ale nie jestem już w stanie dostrzec odległej poświaty kampusu. Nawet przy długich światłach Las Murton to najciemniejsze miejsce na ziemi.
W przeciwieństwie do niego budynek Moss wydaje się ciepły i przyjazny. Jego ciemna sylwetka rysuje się na tle nieba, usytuowana na klifie z widokiem na ocean. Ma czterdzieści pokoi i tysiąc trzysta metrów kwadratowych powierzchni, a jego starzejące się piękno od razu przywodzi mi na myśl najlepsze domy z literatury. Manderley1. Thornfield Hall2. Wichrowe Wzgórza3.
Nasza siódemka całą drogę spędza pochylona nad ekranami komórek, staramy się wykorzystać zasięg, póki go mamy. Dziekan Booker podjeżdża pod budynek, żwir chrzęści pod kołami, i wyłącza silnik.
Przez chwilę siedzimy nieruchomo, gapiąc się na dom. Nasze telefony poszły w zapomnienie. Jak każdy szanujący się uczeń Brighton & Hove słyszałam historie o Jan Term – budzącym zazdrość doświadczeniu dostępnym jedynie dla wybranych. Jan Term przekonuje nas – a także wszystkich dookoła – że jesteśmy wizjonerami w naszych klasach, że naszą misją będzie zmienianie świata dzięki tworzonej przez nas sztuce.
– Jesteśmy – mówi ktoś, a ja bardziej czuję to słowo, niż je słyszę.
Drzwi busa się otwierają, wpuszczając do środka zimne powietrze. Ness zaczyna zbierać swoje rzeczy, które – jak to zwykle bywa w jej przypadku – rozpełzły się po całym siedzeniu.
– Tego właśnie nie lubię w zimie – stwierdza. – Wchodzenia i wychodzenia. Gorąco. Zimno. Gorąco. Zimno. I jeszcze to opatulanie się od stóp do głów w tyle warstw, że człowiek porusza się jak pingwin. – Ness, nawet gdy narzeka, brzmi radośnie. To jedna z rzeczy, które w niej uwielbiam. Tę jej lekkość. I pogodę ducha.
Moi rówieśnicy po kolei wysypują się z samochodu, jednak ja nie wysiadam. Siedząc w busie, zaczynam się nagle zastanawiać, po co tu przyjechałam i dlaczego nie ma mnie w domu, z babcią. Przez głowę przelatuje mi tysiąc myśli:
To twój ostatni rok w Brighton & Hove.
Zostało ci tylko pięć miesięcy nauki.
Co, jeśli ty i Ness będziecie studiować na innych uczelniach i przestaniecie się przyjaźnić?
Dlaczego w życiu co chwilę coś się kończy?
Kiedy tuż przy mojej głowie rozlega się pukanie w szybę, aż podskakuję. Czyjaś twarz przykleja się do okna, szalone sprężynki czarnych włosów, okulary i oddech, który zasłania mnie mgłą. Ness wyciera zaparowaną szybę. Znów ją zaparowuje. Wyciera. Zaparowuje.
A potem pisze wspak: „Otwarte!”. Wszyscy stoją na podjeździe, luźną grupką otaczają dziekana Bookera, znanego pod ksywą Books – człowieka wielkiego jak niedźwiedź, bardzo miłego i swojskiego.
Dołączam do nich, mój oddech tworzy obłoczki.
Ness, Isaac Williams, Ramon Santos, Joey Fiske, Peter Tobin oraz Leela Kim. Siedem osób, wliczając mnie.
– Być może tego nie wiecie – mówi Books – ale tradycja Jan Term narodziła się w tysiąc dziewięćset dwudziestym szóstym roku. Jednak dopiero po śmierci Hove’a w tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim zaczęto zapraszać tu uczniów.
– Myślałam, że będzie nas ósemka – szepczę do Ness, ale ona mnie nie słucha, ponieważ z domu wychodzi kobieta niewiele od nas starsza i zmierza w naszą stronę. Ma okrągłą, ładną twarz okoloną burzą miedzianych loków, a na sobie kombinezon upstrzony plamami farby.
– Drea Garcia – wita się z nami, wyciągając rękę do każdego. W jej głosie słychać cień hiszpańskiego akcentu. – Jestem asystentką Meredith.
Meredith. Jak „Meredith Graffam”. Jedna z najbardziej utalentowanych twórczyń w literaturze, filmie i teatrze. I zarazem jedna z najbardziej kontrowersyjnych. Pojechałabym na drugi koniec świata, żeby móc się przy niej przyuczać, a tu proszę – ona przyjechała do nas.
Idziemy za Booksem i Dreą ścieżką prowadzącą między domem a klifem. W dole słychać łoskot fal uderzających o skały, niemalże czuję na skórze drobinki słonej wody. Popełniam błąd i spoglądam w dół. Bezmiar przepaści – nie widać dna, tylko ciemność.
Biegnę za pozostałymi brukowanym dziedzińcem, wchodzimy razem na rozległy taras i w końcu stajemy przed szerokim, łukowatym wejściem do domu.
Nawigujemy korytarzami, aż trafiamy do wielkiego pomieszczenia ze ścianami pokrytymi złotą tapetą. Na przeciwległym końcu znajduje się złocony balkon, a pod nim, we wnęce, stoi fortepian. Strzelisty sufit przypomina sklepienie katedry. Nad kominkiem wisi samotny portret jakiegoś mężczyzny. To z pewnością Moss Hove – współzałożyciel szkoły, który uciekł od swojej kalifornijskiej konserwatywnej rodziny potentatów naftowych i zakochał się w swoim koledze, Zacharym Brightonie. I wreszcie który – dwadzieścia lat po założeniu szkoły Brighton & Hove – utonął na skutek nieszczęśliwego wypadku.
– Pomoc domowa będzie przychodzić raz w tygodniu – wyjaśnia nam Books. – Wesley, nasz woźny, mieszka tu na stałe. Pani Graffam zabrała swoją własną kucharkę, ona będzie dla was gotowała. Jeśli uznacie, że czegokolwiek wam potrzeba, dajcie znać Wesleyowi. On ma też uniwersalny klucz do wszystkich bram, może was wpuścić i wypuścić.
Drea zaczyna rozdawać nam karty z naszymi nazwiskami, numerami telefonów, adresami mailowymi, a także przydziałem pokoi oraz hasłami do wi-fi.
– Nie powinna być nas ósemka? – dopytuje Ramon.
– Jedna osoba miała opóźniony lot – wyjaśnia Drea i podnosi kolejną kartę. – Co wieczór pod waszymi drzwiami znajdzie się taka rozpiska z planem następnego poranka.
Drea i Books przypominają nam zasady, między innymi żadnego dzielenia łóżek. Żadnego opuszczania domostwa po zmroku. Jeśli wychodzimy na zewnątrz, mamy zablokować drzwi albo zabrać klucz, gdyż – jak się przekonamy – wszystkie wyjścia na dwór są przez cały czas zamknięte na klucz, który tkwi w zamku. Nie wolno nam też rozrabiać, ponieważ większość elementów wyposażenia to kolekcja zebrana przez samego Mossa Hove’a. Jan Term to wielki przywilej, bla bla bla. I jeśli tradycja ma przetrwać, musimy się dobrze zachowywać, bla bla bla.
– Ten budynek to… – Books mruży oczy, wpatrując się gdzieś przed siebie – …to poniekąd labirynt. Nazywają go domem bez korytarzy. Jak już zapewne zauważyliście, wszystkie pomieszczenia przechodzą jedno w drugie, nigdy więc nie musicie wracać do głównego holu. Sufity znajdują się na różnych wysokościach. Podłogi również, czeka was zatem mnóstwo stopni, krótkich i długich schodów. Traktujcie Moss, jakby to był wasz własny dom.
Ruszamy za nim ku wejściu. Dziekan Booker przekręca tkwiący w zamku klucz i wchodzi na dziedziniec.
– I jeszcze jedno. – Unosi palec. – Podobnie jak na kampusie, także i tutaj obowiązuje całkowity zakaz wchodzenia do lasu. – Chociaż Lara Leonard została zamordowana wiele lat wcześniej, to nadal temat tabu dla szkoły.
Mamroczemy pod nosem, że przyjęliśmy do wiadomości. Books mruga do nas jednym okiem, macha ręką i znika w ciemności.
Mój pokój mieści się w Dzwonnicy – wieżyczce z widokiem na ocean. Opadam na łóżku, wyciągam z kieszeni płaszcza kopertę i wygładzam jej krawędzie. Noszę ją ze sobą wszędzie, odkąd przyszła pocztą. Jest poprzecierana i podniszczona, jakby miała dziesiątki lat. Pismo wygląda zupełnie niewinnie. Krótkie, grube litery, wszystkie drukowane. List został zaadresowany do Ophelii Green. Gdybym wiedziała, kto go wysłał, w życiu bym nawet nie otworzyła koperty. Nadawca musiał zdawać sobie z tego sprawę, ponieważ jako jego adres figuruje jedynie Boston, Massachusetts.
Otwieram list i czytam go w ciepłej poświacie szkła uranowego okalającego szyby w moich oknach.
Droga Effy,
być może byłaś zbyt mała, żeby to pamiętać, ale latem, gdy miałaś sześć lat, zabraliśmy Cię do Nowego Jorku. Wszyscy nam to odradzali, kazali zostawić Cię w domu, i może powinniśmy byli tak zrobić, ponieważ znienawidziłaś to miasto od pierwszego wejrzenia. Nie cierpiałaś hałasu, ruchu ulicznego i tłumów ludzi. Ale właśnie tam poznaliśmy się z Twoją mamą, zależało jej, żebyś zobaczyła Nowy Jork. Żebyś stała się częścią nas z przeszłości tak samo, jak byłaś częścią nas tamtego lata.
Może to dziwne, ale chociaż wyprawa okazała się katastrofą, mam z niej wyłącznie szczęśliwe wspomnienia. Uśmiech Twojej mamy. Twoja rączka w mojej dłoni. To, jak Cię huśtaliśmy, idąc.
Twoja głowa oparta o moje ramię, gdy niosłem Cię śpiącą do hotelu. Sporo rozmyślałem o tej podróży w ciągu ostatnich 4017 dni. Chyba po prostu mam nadzieję, że bez względu na to, jak bardzo mnie nienawidzisz, może jedno czy dwa wspomnienia z tamtego wyjazdu jednak przetrwały…
Jedenaście lat temu mój ojciec został skazany na piętnaście lat więzienia. Po usłyszeniu wyroku pożegnał się ze mną, i tyle go widziałam. Uznał, że nie nadaje się na ojca, a ja straciłam wtedy nie tylko mamę, ale i jego. We wrześniu ubiegłego roku – a dokładnie dwudziestego dziewiątego września – wypuścili go za „dobre sprawowanie”. Trzy tygodnie później dostałam ten list.
To był mój pierwszy kontakt z ojcem, odkąd skończyłam sześć lat.
Przez ostatnie jedenaście lat, kiedy siedział w więzieniu, udało mi się wmówić sobie, że on też nie żyje. Dzięki temu nie musiałam o nim myśleć, był dla mnie tylko wspomnieniem. A teraz nie mam pojęcia, co zrobić z tym gównem.
Wsuwam kopertę pod poduszkę. Dzień po tym, jak przyszedł mój list, babcia dostała swój. Przyglądałam się, jak wrzuca nieotwartą kartkę do niszczarki, a potem skrawki papieru pakuje do worka na śmieci i natychmiast wynosi z domu.
Mój też chciała tak potraktować, ale skłamałam, że już go zniszczyłam.
Kilka razy próbuję się podłączyć do wi-fi, a kiedy w końcu mi się to udaje, wysyłam babci wiadomość z informacją, że mogę nie mieć tu zasięgu, i podaję jej numer stacjonarny.
A następnie wyjmuję książki, które zabrałam na te trzy tygodnie. Zniszczony egzemplarz Frankensteina, niegdyś należący do mojej mamy, z jej notatkami wypełniającymi marginesy. Polowanie, pierwsza powieść Meredith Graffam.
I Kłamstwo, jej ostatnia.
Polowanie z dnia na dzień zyskało status sensacji literackiej, w kategorii powieści kryminalnych opartych na faktach okrzyknięto je najbardziej mrożącą krew w żyłach książką od czasu Z zimną krwią Trumana Capote’a. Graffam została obsypana nagrodami i słowami uznania za opowieść o morderstwie swojej najlepszej przyjaciółki i własnych staraniach, by zabójca znalazł się za kratkami.
Pochwały ustąpiły jednak oskarżeniom, gdy sześć lat po ukazaniu się powieści światło dzienne ujrzały nowe dowody. Oczyściły one z zarzutów człowieka, który – na skutek krucjaty Graffam – został skazany za morderstwo Lary Leonard. Mężczyzna ten zdążył już odsiedzieć osiem lat za zbrodnię, której nie popełnił. Opinia publiczna ruszyła na Graffam z przysłowiowymi widłami i pochodniami, jak gdyby w poczuciu osobistej zdrady. Pisarka opublikowała przeprosiny wobec niesłusznie skazanego, po czym wycofała się z życia publicznego.
Dziesięć lat później pojawiła się ponownie, publikując powieść Kłamstwo, w której przyznała się do wszystkiego. Nie tylko potwierdziła każde oszustwo, którego się dopuściła, ale jednocześnie wzięła na siebie winę za wsadzenie za kratki niewinnego człowieka. Kłamstwo zostało adaptowane na przedstawienie w jednym z małych, niezależnych, awangardowych teatrów nowojorskich, po czym trafiło na scenę off-broadwayowską, skąd przeniesiono je na duży ekran. Tak narodziły się kolejne filmy, kolejne książki, a kiedy Meredith Graffam skończyła czterdzieści pięć lat, wspięła się na szczyty swojej kariery.
I chociaż Graffam niezmiernie mnie fascynuje, nie jest jedynym powodem, dla którego się tu znalazłam. Przyjechałam, ponieważ mam historię do opowiedzenia. Historię życia kilku osób, która zmienia się w ułamku sekundy. Tak jak to miało miejsce w moim przypadku, gdy mój ojciec wjechał samochodem w drzewo i zabił swoją jedyną pasażerkę – moją mamę. Miała wtedy dwadzieścia osiem lat.
Jak to mawia Victor Frankenstein, nie ma nic boleśniejszego dla ludzkiego umysłu niż wielka i niespodziewana zmiana.
Nagle słyszę odgłos drapania w szybę i aż podskakuję. Chociaż mieszkamy z babcią w starym domu i powinnam rozumieć jęki i skrzypienia budynków. Zawsze istnieje wytłumaczenie: wiekowe rury, nieprzycięte gałęzie drzew, zmiany temperatury, przy których kurczą się drewniane podłogi i futryny, osiadanie fundamentów wraz z upływem czasu. Babcia twierdzi, że domy mają swoje bóle i bolączki, zupełnie jak ludzie. Moss stoi na klifie od ponad stu lat, z pewnością nabawił się więc własnych dolegliwości.
Wpatruję się przez szybę, mój wzrok musi przyzwyczaić się do mroku.
W moim pokoju nie ma zasłon – jest usytuowany wysoko, ponad wszystkim, nikt nie zdołałby tu zajrzeć. Gdybym tylko zechciała, mogłabym wyjść przez okno prosto w korony drzew.
Czy zdarzyło się wam kiedyś stać na krawędzi dachu lub mostu – gdzieś bardzo wysoko – i złapać się na myśli, żeby skoczyć? Ale nie chodzi mi o wyobrażenia samobójcze, lecz o pewien pierwotny instynkt, reakcję na zasadzie „a co, gdybym?”. Co, gdybym rzuciła się w przepaść? Im dłużej człowiek o tym myśli, tym bardziej zaczyna się niepokoić, że faktycznie mógłby to zrobić.
To zjawisko ma nawet swoją nazwę. L’appel du vide. Zew pustki. Teoretycznie wcale nie chcesz skoczyć, ale i tak czujesz impuls. Naukowcy doszli do wniosku, że ów zew pustki jest w gruncie rzeczy wywołany głębokim pragnieniem życia. W moim przypadku tak właśnie jest. To przypomnienie. Mogłabym wjechać samochodem w barierki. Skoczyć z mostu na tory kolejowe. Rzucić się ze skały, na której jesteśmy. Wyobrażam sobie moje ciało leżące bezwładnie u podnóża klifu, a potem zabrane przez fale w głąb oceanu.
Odwracam się od okna i widzę, jak moja twarz odbija się w starym lustrze wiszącym nad kominkiem. Szkło jest wypaczone i upstrzone plamami, mam wrażenie, jakbym patrzyła na swoje odbicie przez kurz i pył. Czy wyglądam na tak samo pustą w środku, na jaką się czuję?
Uśmiecham się. Bez pokazywania zębów. To nie leży w mojej naturze. Na tyle jednak, by ludzie uznali to za uśmiech. Lekkie uniesienie kącików ust.
„Jak kot”, mawia babcia. Uśmiech nie sięga moich oczu, nie dodaje im blasku. Zupełnie jakby moje usta i oczy nie były ze sobą połączone.
Jak gdyby należały do dwóch różnych osób.
Środa, 7 stycznia
Odkąd wyjechaliśmy z Bostonu, gadam nieprzerwanie z moim kierowcą Ubera, Barrym. Poruszyliśmy wszystkie możliwe tematy od Jacka Kerouacka4, przez moje ulubione kryptydy5, aż po epidemię dziwnych niebieskich stworzeń, które ostatniego lata fale wyrzuciły na plaże.
– Wyobraź to sobie, Barry. Inwazja niebieskich plamistych galaretek jak okiem sięgnąć. Velella velella, tak się nazywają. Wyglądają jak maleńkie frisbee z przezroczystym żaglem.
Na Barrym nie robi to wrażenia.
– Przez większość swojego życia pływają po Pacyfiku. A co naprawdę niezwykłe, każdy z nich to tak naprawdę kolonia współpracujących ze sobą organizmów. Jeden zajmuje się jedzeniem, drugi rozmnażaniem, jeszcze inny obroną. Samodzielnie nie przeżyją, są od siebie zależne.
– Szkoła w tym roku zaczyna się trochę wcześniej? – pyta Barry, patrząc na mnie przenikliwie w lusterku, jakbym coś kombinował.
Nie próbuję nawet wyjaśniać mu idei Jan Term ani faktu, że moja obecność tutaj nie jest do końca moim wyborem. To powiedziawszy, muszę dodać, że jednocześnie zależy od niej moja przyszłość uniwersytecka. Tak właśnie się dzieje, gdy opuszczasz pięć pierwszych tygodni nauki w ostatniej klasie ze względu na paraliżującą żałobę. Brakuje ci wtedy punktów do zaliczenia roku, a twoi rodzice i brat uznają, że jedynym rozwiązaniem będzie wysłanie cię na drugi koniec kraju do twojej starej Alma Mater. Na szczęście jestem wyjątkowo dobrym łgarzem, dzięki czemu zdobyłem miejsce w najbardziej pożądanym gównianym kursie przygotowawczym.
– Nawet siłą nie można mnie odciągnąć od szkoły, Barry. Edukacja to moje życie – mówię zamiast tego.
Barry wjeżdża w uliczkę prowadzącą do budynku. Moss wyrasta przed nami jak kolos – z migoczącymi w oknach światłami wygląda niemal przyjaźnie. Barry każe mi wysiadać, pewnie się cieszy, że może się mnie wreszcie pozbyć. Podnoszę czapkę i wkładam ją sobie na głowę, chociaż wcale nie pomaga to zapanować nad moimi niepokornymi włosami. To stara bejsbolówka Lakersów, noszę ją nieprzerwanie od lata. Gramolę się na zewnątrz i stoję nieruchomo, podczas gdy Barry odjeżdża z piskiem opon.
Jezu, ile tu drzew.
Od kilku tygodni planowałem przyjazd do Brighton & Hove. Mój powrót, jeśli wolicie. A teraz, kiedy już tu jestem, ogarnia mnie wszechpotężne poczucie osamotnienia. To konsekwencje bycia dzieckiem wojskowych, którzy praktycznie non stop przebywają za oceanem. Oraz posiadania niewiarygodnie idealnego starszego brata, reprezentującego sobą wszystko, czego ja nigdy nie osiągnę. Ale to także pokłosie ostatniego roku. Ostatniego lata. Ciebie, Jonah. Mój najlepszy przyjacielu. Twojej śmierci na moich oczach.
Ociągam się przed wejściem do budynku, napawam się jeszcze przez chwilę swoją samotnością.
Stoję na klifie, gdzie wreszcie mogę oddychać, chłonę widok potężnego Atlantyku, drugiego pod względem wielkości oceanu na świecie. Nic, tylko bezdenna czarna otchłań ciągnąca się aż po horyzont. Jedyne, co ją zaburza, to niewielkie skały kilkaset metrów od brzegu i samotny, dociekliwy promień światła latarni morskiej. Jest chyba odpływ, ale i tak słychać fale, a w tej ciemności trudno stwierdzić, czy na dole rozciąga się plaża.
Grzebię w torbie tak długo, aż w końcu znajduję jointa, którego noszę ze sobą od miesięcy. To nie marihuana. Zielsko – owszem. Zioło – skądże. To tylko garść trawy, mleczu i ziemi, którą skręciłem razem z Jonahem pewnego wieczoru, gdy się nudziliśmy.
Ręka mi się trzęsie, kiedy szukam zapalniczki. Nad głową świecą mi jasno gwiazdy. Jak zwykle rozglądam się w poszukiwaniu Wężownika, mojego ulubionego niebieskiego gościa.
Popatrz w górę, słyszę twój głos.
Jest tak realny, że przez sekundę wydaje mi się, że znów mamy upalny lipcowy dzień, a ja znajduję się w tamtej jaskini. Zawsze rzucałeś takie teksty.
Popatrz w górę. Rozejrzyj się. Bądź tu i teraz. Tak więc gdy wtedy, w tej morskiej jaskini, kazałeś mi popatrzeć w górę, nawet się nie zawahałem. Widzę twoją głowę unoszącą się na powierzchni wody, śmiejemy się, a ja myślę, że jest tak, jakbyś zawsze był ze mną, przez całe moje życie. A potem. A potem. To właśnie to a potem już do końca będzie tkwiło w moim sercu jak kula, której nie da się wyłuskać.
Po prostu popatrz w górę.
Zapalam jointa, zaciągam się nim głęboko – i zaczynam kaszleć.
Kaszlę i dławię się, dławię się i kaszlę. Słyszę dobiegające skądś niepokojące dźwięki. Takie rechoczące. Po chwili uświadamiam sobie, że to ja. To ja je z siebie wydaję.
Zerkam na Moss, w jednym z okien pojawia się cień. Czyżby ktoś przyglądał się, jak wykaszliwuję sobie płuca niczym jakiś idiota? Czy to ona, Meredith Graffam? Zginam się wpół w kolejnym ataku kaszlu. Gdy się prostuję, cienia już nie ma.
Moss i gówniany kurs przygotowawczy, na który tu przyjechałem, nie zapowiadają się zachęcająco. I chociaż nie oczekiwałem komitetu powitalnego – wręcz przeciwnie – to jednak smutna prawda brzmi tak: nie mam gdzie indziej się podziać. Nie dołączę przecież do rodziców w Kuwejcie. Nie mogę zamieszkać z Aaronem, jego chłopakiem i ich psem w ciasnej kawalerce w Tribeca6. Jedyne, co mi zostaje, to szesnaście dni w Moss i ostatni semestr w szkole. A potem – nic dla mnie nie ma.
Czwartek, 8 stycznia
Poczułam go, zanim jeszcze usłyszałam – głęboki, rezonujący dźwięk dzwonka.
Wibracje docierają aż do moich kości, a dzwonienie nie ustaje. Zmuszam się, by wstać z łóżka. Moje ciepłe stopy zderzają się z zimną podłogą. W pokoju panują przeciągi, szyby w oknach drżą od wiatru i siły oceanu.
Na dziedzińcu stoi kobieta. Od razu ją poznaję, to Meredith Graffam.
Ubieram się w ciągu paru minut, ale Ness była szybsza i już jej nie ma w pokoju. Pędząc korytarzem, wpadam na kogoś i ląduję na posadzce.
– Cholera – słyszę.
Ten ktoś wyciąga do mnie rękę. Ta ręka jest połączona z ciałem ubranym w dżinsy i T-shirt z Wielką Stopą i napisem „Nie zostawiaj śladów”. Jego głos jest niższy i głębszy, niż kiedy miał piętnaście lat. Nadal wygląda na chudego, ale w bardziej męski niż chłopięcy sposób. Spod czapki bejsbolówki wymykają się potargane włosy, ciemne i niesforne. Oczy zdają się śmiać z jakiegoś sekretnego żartu, który bawi tylko jego. Wydatne usta pewnie można byłoby nazwać zmysłowymi, gdyby nie to, że ciągle kłapią. Przystojny – obiektywnie rzecz biorąc. No chyba, że się go zna. A tak się składa, że ja go znam.
Arlo.
Arlo, który odszedł po drugiej klasie bez słowa, jak gdyby – tak jak my wszyscy – miał wrócić jesienią. Który nie powiedział nikomu, dokąd wyjeżdża i dlaczego.
Gapię się na niego, on na mnie, przez długą, nieznośną chwilę zastygamy bez ruchu.
– Hej – mówi w końcu. – Elsie, prawda?
Elsie.
Nagle jedynym, co słyszę, jest szaleńczy łomot mojego serca.
Podnoszę się, ignorując jego wyciągniętą rękę, która opada wzgardzona. Ten drobny ruch, ta pusta, zwieszona dłoń, jakimś cudem daje mi poczucie zwycięstwa. A przynajmniej przywraca śladową część mojej godności.
– Wróciłem – oświadcza, otwierając szeroko ramiona.
– Cóż – odpowiadam.
A następnie, ponieważ nie mam zbyt wiele do powiedzenia – a jeśli mam, nie byłoby to nic miłego – odwracam się i odchodzę.
Kilka minut później nasza ósemka zbiera się na zewnątrz, na klifie.
W powietrzu czuć sól morską i delikatną wilgotność liści. Wiatr szarpie naszymi włosami i kłuje nas w policzki.
Dopiero teraz, za dnia, widzę poszarpaną linię skalnej przepaści. Żadnego piasku czy plaży, tylko olbrzymie kamienne płyty schodzące niczym schody albo kaskada do samego oceanu. Klif przecina wąska szpara, może trzymetrowej szerokości, nie więcej. Otwarta rana w krajobrazie.
Drea staje u mojego boku, jej rude włosy odznaczają się wyraźnie na tle kurtki.
– Otchłań Zabłąkanych – wyjaśnia radośnie. – Tak się nazywa. Osiemnaście metrów przepaści. Trzeba uważać, dokąd się idzie, zwłaszcza nocą.
Mój wzrok trafia na Arla. Przyłapuje mnie na tym spojrzeniu, przechyla głowę i mruga jednym okiem. Wyobrażam sobie, jak popycham go prosto w przepaść.
Pierdolony Arlo Ellis-Noon.
Kiedy widziałam go po raz ostatni, byliśmy w drugiej klasie. Byliśmy też nadzy. Szkoda, że nie potrafię zapomnieć jego ust. Miękkich, ale elektryzujących. Tego, jak się do mnie przybliżał, jak ja się przybliżałam do niego, jak oboje się do siebie zbliżaliśmy, aż w końcu zaczęliśmy spadać w głąb ziemi, przez zewnętrzny krąg wilgotnej, chłodnej gleby, aż do jądra ognia w jego centrum. Tak wiele możliwości, tyle może i tyle mogło być.
– Powinnam zapewne was ostrzec – grzmi głos, który wyrywa mnie z zamyślenia – że spędzicie tu czas na wiele niekonwencjonalnych sposobów, jakich się z pewnością nie spodziewacie.
Meredith Graffam stoi pomiędzy nami a oceanem. Wygląda jak potężna czarownica. Jeśli czuje chłód na skórze, nie daje tego po sobie poznać. Ciemne, długie włosy ma rozpuszczone, jak na swoich pierwszych zdjęciach z okładek książkowych. Wiatr rozdmuchuje je dookoła niczym dym. Jej twarz jest pozbawiona koloru, nie licząc łuków brwi, wielkich oczu i różowych warg. Praktycznie zero makijażu, błyszcząca, jasna skóra, jak gdyby myta w lodowatym górskim strumieniu.
– Uważam, że pisania nie można nikogo nauczyć – mówi. – Trzeba po prostu pisać, to jedyny sposób. Opowiadając historie, musimy umieć grzebać. Poczynając od siebie. Odwiedźcie miejsca, do których nikt innych nie dotarł przed wami, nawet wy sami. Musi być niekomfortowo, musi pojawić się lęk. To jest właśnie moment na pisanie. Nie zdobyłam dwóch Oscarów i Nagrody Tony dlatego, że wybierałam bezpieczne opcje. Jako uczniowie tej szkoły oczekujecie, że świat poda wam wszystko na tacy, że zawsze znajdziecie się na topie. Ale tutaj, ze mną, będziecie musieli walczyć o swoją pozycję. Chcecie opowiadać historie – w jakiejkolwiek formie i przestrzeni – musicie być gotowi zrobić dla tych historii wszystko. Bez względu na trudności. Bez względu na cenę.
Graffam poraża swoją osobowością do tego stopnia, że powietrze wokół niej sprawia wrażenie naładowanego energią molekularną. Jej głos jest jak ogień, dobitny i pełen żaru.
– Ilu z was nie miało nic do powiedzenia w kwestii wyboru szkoły? Ilu z was nie ma nic do powiedzenia we własnym życiu? Ilu z was byłoby teraz zupełnie gdzie indziej, gdyby tylko miało taką możliwość?
Isaac ponosi rękę. Po nim – jedno po drugim – wszyscy pozostali. Waham się, co powinnam zrobić. Chcę się odznaczać od pozostałych, więc się nie ruszam. I chyba to działa, wzrok Graffam zatrzymuje się na mojej osobie.
– Siła wyboru – ciągnie, zwracając się do mnie. – Wyzwanie polega na nieszablonowym życiu. Które prowadzi do procesu twórczego.
Peter głośno kaszle, więc uwaga Graffam znów przekierowuje się na grupę.
– Mogę uczynić z was prawdziwych autorów. Pomóc wam odróżnić się od tysięcy innych pisarzy i twórców, którzy próbują zaistnieć na rynku. Musicie jednak mi zaufać, w przeciwnym razie to się nie uda. Macie traktować absolutnie wszystko jako część zajęć, nawet jeśli ja będę nieobecna. Mieć świadomość, że jesteście nieustannie poddawani ocenie. Po każdym zadaniu może być tylko jeden zwycięzca. I uwierzcie mi, w tym szaleństwie jest metoda. Effy. – Graffam się uśmiecha, a ja mam wrażenie, że to słońce mnie wybrało, bym wszystkim świeciła. – Potrzymaj.
Podaje mi swoją komórkę. Spoglądam na etui w oślepiająco fluorescencyjnym żółtym kolorze – to z Whittier, jednego z jej najnowszych filmów. Graffam zsuwa z ramion płaszcz, pozwalając, by opadł na ziemię.
– Metaforycznie rzecz biorąc, musicie skoczyć w przepaść. Kiedy stąd wyjedziecie, będziecie mogli podjąć decyzję, że chcecie zostać wewnątrz, gdzie jest sucho i ciepło. Gdzie jest bezpiecznie. Ale możecie też wybrać inaczej. Joan Didion7 powiedziała: „Każdy musi wybrać miejsce, z którego nie chce odejść”. Niech Moss będzie dla was takim miejscem.
W tym samym momencie, mając po lewej Otchłań Zabłąkanych, Graffam ześlizguje się po naturalnych stopniach utworzonych przez gigantyczne skalne płyty.
Zatrzymuje się na skalnej półce jakieś sześć metrów nad powierzchnią wody, po czym robi krok. Prosto w skłębione fale. Cała nasza ósemka jednocześnie wstrzymuje oddech.
Schodzimy na skalny występ, na którym stała jeszcze przed chwilą, sól morska pryska nam w twarz. Stąd widać tylko pionowy spadek do oceanu. Łomoczące serce obija mi się o żebra. Po lewej – otchłań. Po prawej – olbrzymie skalne stopnie prowadzące w dół, gdzie najniższy poziom znika pod wodą. Ness niechcący na mnie wpada, chwytam się Arla, żeby nie zlecieć wprost do oceanu.
Arlo patrzy na mnie. Ja na niego. Natychmiast go puszczam i się odsuwam.
Nagle pod nami pojawia się czarny krąg na wodzie. Schodzimy w dół ze skalnej półki, tymczasem Meredith Graffam wynurza się z fal niczym Afrodyta, włosy i ubranie przylegają jej do ciała. Wychodzi z oceanu i staje przed nami.
– Teraz wy – oznajmia, gdy się zbliżamy. – Każdy z was. Dosyć z poczuciem bezpieczeństwa, ono donikąd was nie zaprowadzi.
Gapimy się na Graffam, przenosimy wzrok na ocean i z powrotem na nią, jakbyśmy nie rozumieli jej słów.
– Za piętnaście dni wybiorę z waszego grona kogoś, czyja praca zostanie wyprodukowana, sfilmowana lub wydana. Będzie to jedna osoba, nie osiem. Tylko jedno z was dostąpi zaszczytu. Mam taką moc sprawczą. Film. Serial. Książka. Sztuka teatralna. Cokolwiek to będzie. Pomyślcie, spełni się wasze największe marzenie. Ot tak. – Pstryka palcami. – Równie dobrze mogę was od razu odesłać do domu, w końcu dlaczego mielibyście marnować mój czas?
Spoglądamy z Ness po sobie. Słyszę, jak szczęka zębami, tak samo jak ja.
– Kto będzie nadal stał na tej skale, zanim skończę odliczać do dziesięciu, opuści dzisiaj Moss. Jeden… Dwa… – Usta Graffam układają się w półuśmiech, a oczy jej błyszczą.
Albowiem ja, Effy Green, postanowiłam odseparować się od reszty, gdyż pragnę wygrać. A ponieważ nie mam nic do stracenia, oddaję Meredith Graffam jej komórkę, zrzucam kurtkę, podchodzę do krawędzi klifu i skaczę.
Szok termiczny sprawia, że niemal pęka mi serce. Wszystko się zatrzymuje: mój oddech, bicie serca, puls. Czas spowalnia swój bieg, świat jest jak film w zwolnionym tempie. Czuję się ciężka. I lekka jednocześnie. Zamykam oczy przed lodowatą wodą. Moje ciało unosi się bezwładnie.
Wspomnienie. Zima w Maine. Ja z babcią na plaży. Uciekałam przed falami, gdy nadszedł przypływ, w tym czasie babcia brodziła w wodzie bosymi stopami.
– Tylko nie złap zapalenia płuc – powiedziałam. Bałam się, że i ona mnie opuści.
– Nie zamierzam – odparła.
Była ubrana cała na biało, wiatr zaczął zwiewać jej szal. Wyciągnęłam rękę, żeby go chwycić, i prawie wpadłam do wody. Złapała mnie w ostatniej chwili, mówiąc: „Przecież to tylko szalik, nie warto”. Przyglądałam się, jak szal odfruwa wraz z wiatrem, wyobrażając sobie, że jakaś moja rówieśniczka znajdzie go na brzegu gdzieś daleko od miejsca, w którym się znajdowałam. W Irlandii. Albo Walii.
Teraz wynurzam się gwałtownie – na powierzchnię, na wiatr i na niebieskość nade mną. Ciężko dyszę z zimna, próbuję desperacko wypełnić płuca powietrzem. Podnoszę głowę i widzę, jak Isaac skacze do wody – idealnie, z rozprostowanymi ramionami. Niknie pod powierzchnią, aby już chwilę później ukazać się moim oczom. Wykrzykuje siarczyste przekleństwa, aż zaczynam się śmiać tak bardzo, że chyba zaraz popęka mi skóra wokół ust. Posyła w moją stronę falę, odpowiadam tym samym.
Leela spieszy za nami, tuż za nią Peter, który wrzeszczy, kiedy tylko uderza w taflę wody. Joey wydaje z siebie głośny pisk i rzuca się w dół. Przez moment jakby wisiał w stanie nieważkości, po czym wpada do wody z wielką siłą.
– Chodź tu! – wołam do Ness, szczękając zębami. Chlapię ją wodą, a ona odskakuje natychmiast do tyłu.
Pozostali wspierają mnie, skandując:
– Chodź tu, chodź tu…
– Aaaach. – Moja przyjaciółka zerka na Graffam, spogląda na ocean, przenosi wzrok z powrotem na kobietę.
– Sześć…
Ness zdejmuje okulary, kładzie je na ziemi, a następnie biegnie w moją stronę, poprzez kamienie, i skacze, rozpościerając ramiona. W ostatniej chwili obejmuje się nimi ciasno i uderza ciężko w wodę. Wyłania się kilka sekund później, włosy oklejają jej twarz lokami. Przytulam ją, podskakujemy niczym boje, a fale chwytają nas w swoje objęcia, i to pchają nas do przodu, to cofają w głąb oceanu, aż tracimy grunt pod nogami. W tym miejscu jest dość płytko, jednak prąd działa z wielką siłą i próbuje wepchnąć nas na dno. Wyobrażam sobie, jak wciąga Mossa Hove’a pod powierzchnię. Jak przerażony musiał być, uświadomiwszy sobie, że nie jest w stanie dłużej walczyć.
– Siedem…
Ramon człapie do przodu, spodziewam się, że ucieknie. Jednak on siada na krawędzi skały, zdejmuje buty i skarpetki, podwija nogawki dżinsów – nieprzerwanie marudząc – po czym opuszcza nogi do wody, najpierw lewą, potem prawą.
– Tak dla uściślenia – zwraca się do Graffam – nie rozumiem, co to „ćwiczenie” ma wspólnego z opowiadaniem historii. – Wypowiadając słowo „ćwiczenie”, kreśli w powietrzu znak cudzysłowu. – Czy z kreatywnością. To, że nie chcę dostać hipotermii podczas zajęć, to wyłącznie przejaw zdrowego rozsądku.
– Osiem… Dziewięć… – dalej odlicza Graffam.
Gdy podciągamy się z Ness na skały, spoglądam ukradkiem na Arla. Stoi z rękoma w kieszeniach kurtki, skulił się tak, że nie widać jego szyi.
W momencie, w którym Graffam wypowiada „dziesięć”, Isaac chwyta go za rękę, szarpie mocno i zanurza w wodzie, jakby to był chrzest.
Woda burzy się nad nim i wokół niego, a ja obserwuję, jak znika pod powierzchnią. Lepiej, żebyś tam został, myślę. Dzięki temu nie będę musiała o tobie pamiętać.
Arlo znika całkowicie, pochłonięty falami, które przetaczają się nad jego głową. Teraz to ja odliczam do dziesięciu. Dochodzę do piętnastu, a jego nadal nie widać.
– Noon! – woła Isaac. Patrzy na Graffam, potem na mnie i nurkuje. I tak, jak jeszcze przed chwilą życzyłam Arlowi rychłej śmierci, tak teraz myślę: Tylko mnie znów nie wystawiaj do wiatru, dupku. Nie w ten sposób.
Ktoś się wynurza z głębi, ale to Isaac. Zaraz jednak na powierzchni ukazuje się głowa Arla, który po chwili rzuca się na Isaaca, pcha go mocno, aż ten wpada do wody, sam zaś zaczyna się kręcić w kółko i kopać, jakby czegoś szukał. Ostatecznie pochyla się i wyciąga czapkę.
Nie czeka, aż Isaac się wynurzy, nie sprawdza, czy nic mu nie jest. Na jego twarzy maluje się furia, taką samą wściekłość widać w jego ruchach, kiedy wyłazi z wody i rusza w górę klifu.
Czwartek, 8 stycznia
Wewnątrz jest ciepło i cicho, nie licząc łomotania mojego serca. Nie ma tu wiatru, zimna i oceanu, który zalewa mi głowę, wypełnia płuca i próbuje wciągnąć na dno.
Wyżymam czapkę Lakersów, tworząc kałużę na podłodze. Przez okno obserwuję Graffam i resztę moich rówieśników.
W momencie, w którym ją zobaczyłem, wszystko do mnie wróciło. Effy Green.
Jej prowokująca, odrobinę niekonwencjonalna uroda. Niesamowity, kipiący umysł. Nieprzebrane zasoby uczuć schowanych za beznamiętnym spojrzeniem zielonych oczu. Ciemne, falowane włosy i piegi obsypujące jej nos i policzki jak gwiazdy niebo.
Oczywiście, że ją pamiętam. Pamiętam każdą jedną chwilę. Nie wiem, dlaczego tak się zachowałem. Może jestem kutasem. A może sądziłem, że tak będzie łatwiej. Effy była moją pierwszą. Ja byłem jej pierwszym. A potem wyjechałem.
Idą w stronę domu, maszerują za Graffam jak kaczątka. Isaac wpada do środka, wyższy, bardziej barczysty i przystojniejszy niż dwa lata temu. Nadal jest najbardziej pewnym siebie człowiekiem na świecie, nawet gdy cały ocieka wodą.
– Zawsze byłeś dupkiem, Noon – mówi do mnie.
I vice versa, myślę.
Na szczęście zaraz pojawiają się pozostali. Graffam, po niej Ness, Peter, Ramon, Leela, Joey. Na końcu Effy. Spoglądam w sufit, żeby uniknąć jej wzroku.
Kurtki trafiają na wieszaki, buty na podłogę, szaliki i czapki – do wiklinowego kosza. A gdy wszyscy są już rozebrani, Graffam prowadzi nas do Pokoju Ośmiokątnego, który, zgodnie z nazwą, ma osiem boków. Ściany są czarne, ale cała reszta – dywaniki, ozdoby, wyposażenie – jest czerwona. W palenisku huczy ogień.
W kącie stoi zabytkowa klatka, wielka wrona – prawdziwa, martwa, wypchana – siedzi w niej na huśtawce. W samym środku pomieszczenia znajduje się ośmiokątny stół z dziewięcioma krzesłami.
Drea wnosi tacę z gorącą herbatą, ogrzewam sobie ręce kubkiem. Effy zajęła miejsce jak najdalej ode mnie, przyciska do piersi starą, zniszczoną książkę, jakby to była tratwa ratunkowa, która ją stąd zabierze. Udaje mi się odczytać tytuł – Frankenstein – zanim zauważa, że się przyglądam i z łoskotem odkłada książkę na stół.
– Zanim zaczniemy, chciałam przeprosić – odzywa się Graffam. Po czym odwraca się do mnie. – To – macha ręką w stronę okna i oceanu – było nieprzemyślane z mojej strony. Bardzo mi przykro.
Pozostali spoglądają po sobie, próbując rozgryźć, dlaczego i jakim cudem jedyna i niepowtarzalna Meredith Graffam przeprasza Arla Ellisa-Noona.
– Jest okej. Jest dobrze – odpowiadam zduszonym głosem. Wbijam wzrok w ptaka, a on patrzy na mnie swoimi martwymi, szklanymi oczami.
Isaac mruczy coś pod nosem, ale zaraz potem ogarnia nas gęsta cisza, w której słychać jedynie strzelanie drewna w ogniu.
Graffam otwiera dłonie, jak gdyby coś w nich trzymała – powietrze, pokój, nas.
– Chcę, żeby każdy z nas opowiedział osobistą historię. Pisanie może być samotnym zajęciem. Ale może także oznaczać współpracę. Naukę słuchania i szanowania cudzego punktu widzenia.
Jej głos brzmi zupełnie inaczej niż tam, nad brzegiem oceanu. Zmieniła ton, żeby lepiej pasował do atmosfery.
– Pisanie to także kwestia szczerości. Ujawnienie rzeczy o sobie, których wolelibyśmy nie zdradzać. Proces tworzenia to najintymniejsze, czego doświadczyłam w życiu. Bywa bardziej intymny niż seks. To powiedziawszy, muszę dodać, że moim zdaniem współzawodnictwo jest świetne. – Jej mina się zmienia, oczy zyskują blask. – Budzi ekscytację, chroni przed lenistwem. Zawsze ktoś czai się za rogiem, gotów zająć wasze miejsce. Będziecie rywalizować ze sobą nawzajem. Musicie przez cały czas pamiętać, że wasi przeciwnicy chcą dokładnie tego samego co wy, a tylko jedno z was może wygrać.
– To kto zwyciężył w tym zadaniu? – pyta Isaac. – W tym nad oceanem? – Podobnie jak wcześniej Graffam także i on macha w stronę okna i znajdujących się za nim klifów. Na twarzy maluje mu się wyczekujący uśmiech.
– Effy – odpowiada Graffam krótko.
Uśmiech znika mu z twarzy. Wszyscy – łącznie ze mną – zerkają na Effy.
– Dawno, dawno temu – zaczyna Graffam, nagle ściszając głos – była sobie dziewczyna, która pragnęła opowiadać historie. Jednakże nikt nie wierzył, że ma cokolwiek do powiedzenia.
Początkowo sądzę, że mówi o Effy, ale potem uświadamiam sobie, że to jej własna, osobista historia. Wbija wzrok w swoje dłonie, przenosi go potem na nas. Jej twarz wydaje się bezbronna, naga.
– Znacie to uczucie, gdy znajdziecie się w wielkim tłumie obcych ludzi, jesteście sami i każdy mija was, nie zadając sobie trudu, by na was spojrzeć? Tak właśnie czuje się człowiek ignorowany i niedoceniany. A ponieważ nikt nie wierzył w tę dziewczynę, która pragnęła opowiadać historie, nie miała wyboru i musiała sama w siebie uwierzyć. Osiągnęła sławę, bogactwo i sukces. Wszystko to, o czym marzyła. A nawet więcej. Musiała posunąć się daleko. Wykazać się ogromnym uporem. Jednak ci wszyscy, którzy ją lekceważyli, nie zwracali na to uwagi. I teraz, co noc, gdy dziewczyna kładzie głowę na poduszce, to właśnie o nich myśli. Bo chociaż to tak bardzo boli, chociaż wywołuje ostre kłucie, o tu – stuka palcem w miejsce poniżej serca – i czasami sprawia, że nie ma czym oddychać, dziewczyna nadal łaknie ich aprobaty.
Graffam podnosi wzrok. Zgodnie milczymy, jej słowa odbijają się w nas echem. Siedzimy tak przez dwadzieścia sekund, może dłużej, aż w końcu Ness odchrząkuje. Ten nieznaczny dźwięk rozbrzmiewa w ciszy niczym wystrzał. Jak się okazuje, nie tylko ja podskoczyłem.
Rozlegają się nerwowe śmiechy, napięcie znika.
Ness opowiada o swoich rodzicach, którzy adoptowali ją po śmierci swojego biologicznego dziecka. Kochają ją i wspierają we wszystkim, co robi, ale nie są w stanie wymazać faktu, że Ness jest z nimi tylko dlatego, że inne dziecko zmarło. To właśnie z tego powodu Ness czuje, że musi sobie zasłużyć, być kimś więcej, kimś lepszym, wystarczającym – osobą, którą nie jest.
Historia Isaaca dotyczy – bo jakżeby inaczej – tego, że jego rodzice oczekują, iż po skończeniu Harvardu albo Duke’a8 rozpocznie pracę w ich firmie z listy Fortune 5009. Duke’a – bo to właśnie tam jego ojciec zrobił dyplom. Harvardu – bo tam studiowała jego matka. I nie ma opcji, żeby wybrał inną uczelnię czy inną ścieżkę kariery. Przynajmniej dopóki oni za nią płacą.
Ramon opowiada o pierwszym chłopaku, którego pokochał, i o tym, jak w wieku dwunastu lat wyznał mu miłość. Chłopak go pocałował i oznajmił, że też go kocha. A potem zdradził jego orientację na forum katolickiej klasy. Ramon był przez lata prześladowany z tego powodu i bardzo dużo czasu zajęło mu odbudowanie zaufania do ludzi, zwłaszcza do mężczyzn. To dlatego ciągle zrywa ze swoim obecnym chłopakiem Davidem, jakby chciał sprawdzić siłę jego uczucia. I martwi się, że za którymś razem David już do niego nie wróci.
Potem Leela:
– Mój brat bliźniak zataił przede mną informację, że zostaje w Puget Sound w szkole publicznej. Powiedział mi to dopiero dzień przed moim wyjazdem tutaj. Czułam się, jakby ktoś mi amputował nogę. A później – oddzieleni pięcioma tysiącami kilometrów – w tym samym dniu dokonaliśmy coming outu jako osoby panseksualne.
Następnie Peter, który po przydługim monologu pełnym znanych nazwisk, wyznaje: „Moi rodzice oczekiwali dziewczynki”.
Wreszcie Effy.
– To opowieść o Clayu Reynoldsie – zaczyna. – Ma czterdzieści lat. Jedenaście lat temu na zakręcie pomiędzy Kittery i Portsmouth wjechał swoim Fordem F sto pięćdziesiąt w drzewo. Doznał jedynie wstrząśnienia mózgu, ale jego pasażerka zginęła. Clay wraz z żoną Charlotte wracali właśnie z kina. To była ich pierwsza randka od wielu miesięcy, ponieważ w domu mieli sześcioletnią córkę. Clay został uznany za winnego nieumyślnego spowodowania śmierci. Był pod wpływem. Ona też. Przyznał się też policji do tego, że się pokłócili i że to wszystko było jego winą. To wystarczyło, żeby zaczęto szeptać po kątach: „A co, jeśli zrobił to celowo?”.
Po raz pierwszy w życiu zamieram bez ruchu. Effy nigdy mi tego nie mówiła. Owszem, nie rozmawialiśmy ze sobą aż tak dużo, ale chyba powinienem był usłyszeć tę historię od kogoś w szkole.
– Odsiedział jedenaście lat ze swojego piętnastoletniego wyroku – ciągnie Effy. – Jedenaście lat bez żadnego kontaktu z córką. Trzy i pół miesiąca później został zwolniony warunkowo. Tydzień po wyjściu z więzienia napisał list do swojej córki, obecnie siedemnastoletniej, oznajmiając, że chciałby wrócić do jej życia. – Podnosi wzrok, jej zielone oczy wydają się ciemne i poważne. – Świat jest przerażający bez rodziców. Kiedy jedno z nich nie żyje, a drugie równie dobrze mogłoby być martwe. To jak zgubienie się w innym kraju, w którym nie zna się ani słowa w danym języku. – Przerywa gwałtownie, po prostu milknie.
Ręce mi zgrabiały wokół kubka, gdy tak siedzę i myślę o dziewczynie, której mama zginęła, a ojciec ją opuścił. Bo potem pojawiłem się ja i też ją zostawiłem.
Po dłużej chwili Graffam się odzywa:
– Wszyscy jesteśmy samotni w tym życiu. W naszych ciałach. Jednak w tym momencie, w tych murach, przez następnych piętnaście dni – kobieta spogląda na nas – nie jesteśmy sami.
Na jej twarzy zakwita uśmiech, jestem zaskoczony, że Effy też się uśmiecha. Wbijam wzrok w płomienie. W powietrzu wiszą tajemnice. Cokolwiek się wydarzy, dokądkolwiek się rozjedziemy po pobycie tutaj, będę jedną z nielicznych osób, które wiedzą wszystko o tych ludziach.
Czwartek, 8 stycznia
W moim mózgu wszystko się kotłuje i skwierczy, a ja czuję się dziwnie żywa.
Moje włosy nadal pachną słoną morską wodą, jednak zdarzenie z klifu stało się już odległym wspomnieniem, przyćmionym historią, którą właśnie opowiedziałam.
Najbardziej boli mnie to, co przemilczałam. Niewybaczalna część opowieści, w której mój ojciec wyswobodził się z wraku samochodu, zamiast pomóc mojej mamie. Zmarła kilka minut po przybyciu ratowników, uwięziona w aucie, jeszcze przytomna i oddychająca, podczas gdy mój ojciec siedział na poboczu.
Obejrzałam zdjęcia zrobione po wypadku. Wielokrotnie odwiedziłam miejsce zbrodni – to pieprzone drzewo – szukając odpowiedzi na pytanie, co się wydarzyło i dlaczego. Czy celowo ją tam zostawił? Czy miał wybór? Czy gdyby spróbował, udałoby mu się wydostać ją z wraku? Za każdym razem czułam, że oddalam się od tamtego wieczoru i momentu uderzenia. Wygrzebałam raporty policyjne. Wczytałam się w statystyki związane z przepisami dotyczącymi spożywania alkoholu. Roztrząsałam skutki warunków pogodowych, powierzchni drogowych, ruchu ulicznego, a nawet ślepoty nocnej podczas wypadków śmiertelnych. Przeanalizowałam historię medyczną Claya Reynoldsa i całej jego rodziny, szukając jakiegoś dowodu na napady padaczki, omdlenia, depresję i choroby psychiczne – cokolwiek, co mogło mu się przytrafić i tłumaczyć utratę kontroli nad pojazdem.
Zapytany o to, dlaczego nie próbował ratować żony, zasłaniał się szokiem. Ostatecznie udało mi się dojść do tego, że to musiał być wypadek. Droga była śliska po deszczu, ojciec pił. Nie powinien był siadać za kierownicę. Istniały niepodważalne dowody na to, że ostro hamował i próbował – bezskutecznie – w porę się zatrzymać. Jednak nie uzyskałam oczekiwanych odpowiedzi, obraz nadal pozostawał nieostry i poza moim zasięgiem – zupełnie jak mój ojciec.
– Może teraz jakaś zabawna anegdota – odzywa się Arlo.
Nikt się nie uśmiecha, ale on brnie dalej:
– No dobra. Co mogę wam powiedzieć? Może to, że gdy miałem piętnaście lat, zachowywałem się jak prawdziwy dupek. Co wykraczało poza typowo nastoletni idiotyzm. Ponieważ byłem małym, przestraszonym chłopcem, który nie miał pojęcia, co robić, i który czuł się źle w szkole. A także w każdym innym miejscu na świecie. A jak to mawiają, lepiej być myśliwym niż ofiarą, prawda? No właśnie, to moja wymówka. W każdym razie poznałem dziewczynę. Nie była zwyczajna. – Kręci głową na jakąś prywatną myśl czy wspomnienie. – Była kimś więcej. I nadal jest. Jednocześnie hipnotyzująca i przerażająca.
Zerkam na niego i natychmiast odwracam wzrok. Tylko nie wypowiadaj mojego imienia. Jeśli to zrobisz, Bóg mi świadkiem, zaciągnę cię z powrotem na skały i wkopię do wody.
Wyczuwam ten moment, w którym Ness składa w całość elementy układanki – delikatne skrzypienie podłogi, kiedy przenosi ciężar ciała. Głowa obracająca się to w stronę Arla, to w moją.
– Kiedy masz piętnaście lat, nikt ci nie mówi, a przynajmniej nikt nie powiedział mnie, co trzeba robić, żeby nie spieprzyć tego, co dobre – ciągnie Arlo. – Ludziom tak łatwo przychodzi ignorowanie tego, co czują. Twoje uczucia traktowane są jak nic niewarte albo nieprawdziwe tylko dlatego, że nie jesteś dorosły. A ja czułem coś prawdziwego do tej dziewczyny. I totalnie to spierdoliłem. Wiem, trudno w to uwierzyć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Fikcyjna posiadłość z powieści Rebeka Daphne du Maurier. [Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki]. [wróć]
2. Fikcyjny dwór z powieści Dziwne losy Jane Eyre Charlotte Brontë. [wróć]
3. Fikcyjna posiadłość z powieści o tym samym tytule Emily Jane Brontë. [wróć]
4. Jack Kerouac – amerykański pisarz, przedstawiciel awangardowego ruchu bitników. Autor m.in. W drodze. [wróć]
5. Kryptyda – hipotetyczne zwierzę, którego istnienie nie zostało naukowo potwierdzone, np. potwór z Loch Ness, Yeti, Chupacabra. [wróć]
6. Tribeca – część Manhattanu, dzielnicy nowojorskiej. [wróć]
7. Joan Didion – amerykańska dziennikarka, eseistka, powieściopisarka i scenarzystka. [wróć]
8. Duke – amerykański uniwersytet niepubliczny w Karolinie Południowej, jeden z najlepszych w USA. [wróć]
9.Fortune 500 – lista 500 największych amerykańskich firm, tworzona corocznie na podstawie przychodów brutto. [wróć]
