Galeria na Złotej - Monika A. Oleksa - ebook + audiobook

Galeria na Złotej ebook i audiobook

Monika A. Oleksa

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

"To opowieść zapadająca głęboko w serce. Budząca czułość. Sprawiająca, że na nowo zakochujemy się w życiu i zaczynamy wierzyć w codzienne zwyczajne-niezwyczajne ludzkie anioły. Polecam z całego serca!"
Magdalena Kordel

W Galerii na Złotej czas lubi przystawać. Czują to ci, którzy odwiedzają to miejsce nie tylko po to, by wybrać - dla siebie lub w prezencie dla kogoś, jeden z wielu znajdujących się tam obrazów, ale by po prostu usiąść w wygodnym fotelu, napić się herbaty z płatkami bławatka i dzikiej róży, i zatopić w kojącej rozmowie z Emilią. Na parapecie galerii, w plamach słońca wygrzewają się koty, kryształowy dzwoneczek u drzwi delikatnym dźwiękiem opowiada pewną historię, a Anna, Wiktoria, Karol, January, Narcyza i inne osoby, które trafiają na jedną z uliczek Starego Miasta w Lublinie, rozplątują zasupłane nitki własnych losów, i spoglądają na swoje życie z nadzieją na pomyślne rozwiązania.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 324

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 57 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Monika ChrzanowskaChrzanowska Monika

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Monika A. Oleksa, 2025

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Maciej Szymanowicz

Redakcja: Marta Akuszewska

Korekta: Agnieszka Luberadzka, Olga Smolec-Kmoch

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

PR & marketing: Sławomir Wierzbicki

ISBN: 978-83-8441-309-8

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Książkę tę dedykuję moim Czytelnikom. Dziękuję za wiatr, który dmuchacie w moje skrzydła, za Wasze umacniające i motywujące do pisania dla Was słowa, za bliskość, relacje, które wspólnie budujemy, obecność na Spacerach Literackich i spotkaniach autorskich, za świadomość, że jesteście! To dla mnie bezcenne. Dziękuję!

Pamiętaj, że masz w sobie siłę, aby zmienić to, co uwiera. Masz! Musisz po prostu w nią uwierzyć. Monika A. Oleksa

Patrzę na Ciebie zakochanymi oczami

oczami szczęśliwymi

szczerymi

łagodnymi.

Nie nakładam różowych okularów

patrzę przez codzienność

budowaną z Tobą godzina po godzinie

rozmowa po rozmowie

przy śniadaniu

w górach

w drodze

przy pstrągu i przy kominku

w splatanych „dzień dobry” i „dobranoc”

w naszym jestem, jesteś!, chcę być

patrzę z miłością.

Odkrywam ją przy Tobie

zaskoczona jej prostotą

nieoczekiwaniem

spójnością.

Patrzę na Ciebie, mój Miły

zakochanymi oczami

z wdzięcznością.

Monika A. Oleksa

Wiesiowi – z podziękowaniem za miłość wplecioną między codzienność. Tak dobrze, że jesteś!

I za to, tak po prostu, dziękuję Ci, mój Miły.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Styczniowe anioły

– 1 –

Szare, skłębione chmury przepływały nad miastem z taką prędkością, jakby ktoś dmuchał w nie z wielką siłą. Niebo wyglądało jak rozgniewane i Ignacy, spoglądając na nie, miał wrażenie, że za chwilę zagrzmi groźnie, zatrzymując człowieka w codziennym zagonieniu.

Styczeń rozpoczął swoje panowanie z wielką ekspresją. Zmroził, sypnął śniegiem i rozhulał wiatr, który zrywał czapki, szarpał szaliki i popychał przygarbionych ludzi, jakby naśmiewając się z ich słabości.

Z okna drugiego piętra starej kamienicy świat wydawał się tak samo groźny jak ten wiatr, który nie oszczędzał nikogo. Ignacy podparł się wygodnie na łokciach o parapet, myśląc z wdzięcznością o Koziejowej, sąsiadce, która dwa dni temu zrobiła mu zakupy, a dziś rano przyniosła świeże pieczywo i jeszcze ciepłą zupę.

– Wielki gar ugotowałam, to pomyślałam, że się z panem Ignacym podzielę.

Patrzył, zmieszany, jak stawia słoik z zupą na małym stole w kuchni.

– Nie trzeba było… – zaczął, ale Koziejowa tylko machnęła ręką.

– Niech będzie na zdrowie. Duży słoik, to i na jutro zostanie. Tylko niech pan Ignacy potem do lodówki schowa, żeby nie skisło.

Z podziwem patrzył na kobietę, której życie nie szczędziło. Nie wiedział, skąd bierze tę siłę, jakiej jemu zabrakło już dawno temu. Może rzeczywiście Bóg istniał, choć Ignacy nie do końca w niego wierzył. Starsza od niego o cztery lata Koziejowa, rocznik 1941, codziennie biegała do dominikanów, a wigoru miała tyle, że jeszcze w Hospicjum Dobrego Samarytanina przy Bernardyńskiej pomagała. Zapytał ją kiedyś, po co to robi.

– Bo żyć mi z tym łatwiej – odpowiedziała, a Ignacy tylko pokiwał głową, choć słów tych nie rozumiał.

– Jakby coś pan Ignacy potrzebował, niech do mnie zapuka. A, zapomniałabym! – Koziejowa spojrzała na Ignacego wyblakłymi niebieskimi oczami. – W czwartek ksiądz po kolędzie będzie chodził. Zajrzę do pana Ignacego w środę i trochę tu ogarnę, dobrze?

– Nie ma takiej potrzeby. I tak nie mam co w kopertę włożyć, więc księdza oglądać nie muszę.

Koziejowa westchnęła.

– Panie Ignacy, ksiądz nie po kopertę przychodzi, tylko dom pobłogosławić i diabła z niego wygonić. A w pewnym wieku trzeba się z Panem Bogiem ułożyć, bo czasu już nam, panie Ignacy, dużo nie zostało. Przyjdę w środę! – Koziejowa odwróciła się, dając mężczyźnie do zrozumienia, że w bezcelową dyskusję na temat wiary nie da się wciągnąć.

Ignacy tylko machnął ręką, wiedział bowiem, że jak baba się uprze, to nic ją od tego nie odwiedzie, nawet sam diabeł.

W rogu szyby, tam gdzie było niewielkie pęknięcie, mróz wyrysował jakiś wzór, wyglądający jak napoczęty i niedokończony obraz. Ignacy dotknął go delikatnie pokręconym przez reumatyzm palcem, z rozrzewnieniem przypominając sobie czasy, kiedy takie malowidła pokrywały całe szyby, a śnieg skrzypiał pod nogami i leżał całą zimę, aż do marca. Stare czasy, choć nieustannie jedno, to samo życie. Długie i mało przewidywalne.

Wzrok Ignacego przyciągnęła jakaś postać stojąca z zadartą głową dokładnie naprzeciwko jego okna. Młoda dziewczyna w kolorowej wełnianej czapce z plecionymi warkoczami wyraźnie patrzyła w jego kierunku. Nie miał pojęcia, kim może być. Nie znał jej, choć widział ją pod tym oknem już kilkakrotnie. Podniósł rękę i pomachał jej, a ona odmachnęła mu obiema dłońmi i uśmiechnęła się w taki sposób, że ciemne mieszkanie Ignacego rozjaśniło się tym uśmiechem i pozdrowieniem nieznajomej.

– 2 –

Wiktoria wpadła do galerii, wnosząc ze sobą powiew mroźnego powietrza i młodzieńczą radość. Patrząc na nią, Emilia nie mogła powstrzymać uśmiechu.

– Dzień dobry, pani Emilio. Przyniosłam anioły.

Emilia klasnęła w ręce, a potem wyciągnęła ramiona w stronę dziewczyny, chcąc ją przytulić. Robiła to za każdym razem, gdy Wiktoria z czymś tu zaglądała. Niewiele wiedziała o tej dziewczynie, ale swoją intuicją, która rzadko ją zawodziła, czuła, że młoda kobieta tego właśnie potrzebuje najbardziej. Ciepła i przytulenia. Akceptacji z całym tym skrywanym bagażem, jaki w sobie nosiła. Dawała jej to, nie oczekując niczego w zamian, ale Wiktoria nie lubiła nikomu być dłużna. Dlatego zachodziła do galerii przed pracą lub po niej, pomagając tak, jak potrafiła. Przecierała kurze, czasami zamiotła i zmyła podłogę zabłoconą rozmokłym śniegiem, zastąpiła Emilię wtedy, gdy ta musiała gdzieś wyjść, a w galerii nie było akurat ani Klaudii, ani Dorotki, i przynosiła dzieła rąk własnych, które dla Emilii zawsze były sztuką.

– Wymyśliłam sobie te styczniowe anioły, ale zupełnie nie przewidziałam, że tak trudno będzie zapełnić tę dużą okienną wystawę, a jeszcze przecież w galerii też kilka po kątach musi być rozstawionych, żeby dużo dobra w tym nowym roku nam sprowadziły.

– Te z masy solnej będzie można nawet powiesić na wystawie. Mają dziurkę, przez którą przeciągnęłam specjalne ozdobne wstążki. Galeria z daleka będzie przyciągała.

– Oby ten rok nie był gorszy od poprzedniego, to jakoś utrzymam siebie i Klaudię. – Emilia westchnęła i usiadła za swoim ulubionym starym dębowym sekretarzykiem, pełniącym również rolę lady, na której starannie pakowała zakupione obrazy.

– Nie będzie gorszy, pani Emilio. – Zielone oczy Wiktorii rozbłysły, kiedy zwróciła się z tymi słowami w stronę kobiety. – Będzie dużo, dużo lepszy. Wierzę w to!

Emilia uśmiechnęła się i postanowiła, że potraktuje te słowa jak dobrą przepowiednię, przyniesioną przez wróżkę o oczach w kolorze nadziei.

– 3 –

Anna stała przed ustrojoną aniołami wystawą, wpatrując się w nią z zamyśleniem. Mijała tę galerię codziennie, w drodze do Kościoła Dominikanów, gdzie wstępowała najczęściej po pracy, nigdy wcześniej wystawa nie przyciągnęła jej jednak z taką siłą jak dziś. Może to przez ten poświąteczny jeszcze klimat, a może przez anioły, które zasiedliły to miejsce, pięknie wkomponowane między bożonarodzeniowe stroiki. Migoczące za szybką białe światełka wydawały się puszczać do Anny wesołe oczka, zupełnie jakby chciały zapewnić ją, że nowy rok, który się rozpoczął zaledwie dwa dni temu, będzie inny niż wszystkie dotychczas. Anna chciała w to wierzyć. Chciała mieć jakąś nadzieję, dzięki której łatwiej będzie żyć. Im jednak była starsza, tym mniej miała w sobie siły, aby chcieć cokolwiek zmienić. Szczególnie to, co gniotło i uwierało. Tak jak Eryk.

Wracał dziś z męskiego wypadu sylwestrowego i Anna miała świadomość, że powinna pędzić teraz do domu, po drodze robiąc zakupy, aby zdążyć z ciepłą obiadokolacją, której jej mąż na pewno będzie oczekiwał. Tymczasem zamiast śpieszyć się do domu, stała pod anielską wystawą, od której nie mogła się po prostu oderwać. Zupełnie jakby przymarzła do kostki brukowej Starego Miasta, nie mogąc się ruszyć pomimo zimna i mrowienia w palcach.

– Dzień dobry, pani kierownik. Wszystkiego dobrego w nowym roku życzę.

Anna obejrzała się w kierunku, skąd dobiegł ją kobiecy głos.

– Dzień dobry, pani Koziejowa. Dla pani też wszystkiego dobrego w tym roku życzę, zdrowia przede wszystkim.

– Tego to już w moim wieku mieć nie będę, ale sił jeszcze trochę by się przydało. – Kobieta pokiwała głową, jakby samej sobie chciała przytaknąć. – Dobrze, że panią kierownik widzę. Bednarkowie i Sitarzowie z Kowalskiej za te paczki świąteczne serdecznie dziękują. Gdyby nie pani kierownik, guzik by dostali, a tam u nich naprawdę biednie. Dzięki pani coś na świątecznym stole się znalazło.

Anna machnęła ręką.

– Tyle, ile mogłam zrobić, zrobiłam. Czasami przepisy trzeba umieć po prostu obejść, bo są tylko przepisami, a życie jest życiem i wiadomo, że nie wszystko da się opisać ustawami.

– Bo pani kierownik to taki wrażliwy człowiek i biedę ludzką widzi. Mówi się, że każdy jest kowalem własnego losu, ale ja tak sobie myślę, że czasami życie po prostu ludzi przerasta i w taki kozi róg zapędza, że żadnej drogi wyjścia nie widać. Wtedy trzeba po prostu pomóc, a niekiedy nawet rękę podać, trochę poprowadzić i dobry kierunek pokazać.

Anna poklepała starszą kobietę po ramieniu.

– Ma pani rację, pani Koziejowa. Ma pani rację.

– Ładne te anioły u pani Emilii. Jak na nie patrzę, to jakąś radość tu, w sobie, czuję. – Koziejowa wskazała swoją klatkę piersiową.

Radość. To było słowo zupełnie Annie obce. Kiedy ostatni raz czuła radość? Cieszyła się, kiedy Piotrek przyjechał na święta i kiedy udało im się wspólnie dotrwać do pasterki bez żadnej kłótni pomimo wzajemnych zaczepek Piotrka i Eryka. Cieszyła się obecnością syna, uradował ją nawet prezent od Eryka, pomimo że był gotowym zestawem włożonym do koszyka z jednej z drogerii. Cieszyła się, ale to było ulotne. Przemijało, nie zostawiając po sobie śladu. A Anna chciała radości. Dlatego pożegnała Koziejową i pewnym krokiem weszła do galerii z zamiarem, że kupi dla siebie jednego z tych aniołów przynoszących radość i zabierze go do domu z nadzieją, że tam też będzie miał moc działać tak, jak tu, na Starym Mieście w Lublinie.

– 4 –

Emilia raz po raz podchodziła do okna i wyglądała przez wystawową szybę, jakby kogoś oczekiwała. Za każdym razem, gdy kryształowy dzwoneczek odzywał się przy drzwiach, zwracała z nadzieją spojrzenie w jego stronę, zupełnie jakby oczekiwała gościa, który zbyt długo nie przybywał.

Tęskniła. Nie widziała Januarego od 23 grudnia. Na święta wyjechał wraz z córką, zięciem i wnukiem do Zakopanego i został tam z nimi aż do Nowego Roku. Emilia nie wiedziała, czy już wrócił do Lublina, czy też zatrzymał się u córki w Warszawie. Nie zadzwoniła ani nie wysłała wiadomości, szanując jego prywatność. Po północy w sylwestra odebrała tylko telefon z życzeniami, ale zasięg w górach był tak fatalny, że słyszała jedynie pourywane strzępki słów, z których niewiele udało jej się złożyć. Czekała więc na te słowa tu, w Lublinie.

Czekała i tęskniła, zaskakując tym samą siebie.

Dźwięk kryształowego dzwoneczka spowodował szybsze bicie serca Emilii, które zwolniło jednak po tym, jak wraz z coraz większym późnopopołudniowym mrozem do galerii wbiegła zaróżowiona zimnem Klaudia, chrześnica Emilii, mieszkająca wraz z nią od września.

– Brr, jaki mróz na dworze. – Dziewczyna zdjęła czapkę i strząsnęła z niej migoczące, mokre śnieżynki. – Okruszek ledwo dał się namówić na wyjście przed blok, a Cezar chodził tak, jakby go ziemia parzyła.

– Bo ma delikatne opuszki, do mrozu nieprzywykłe. Nakarmiłaś zwierzyniec?

– Nakarmiłam, na spacer wyprowadziłam i trochę z nimi pogadałam, bo wydawało mi się, że koty były dziś trochę obrażone.

Emilia kochała zwierzęta i wrażliwa na ich krzywdę, przygarniała do swojego domu te, które potrzebowały pomocy. W ten sposób pod jednym dachem mieszkania na piątym piętrze wieżowca wraz z Klaudią i Emilią zamieszkiwały dwa psy, trzy koty i świnka morska. Dzięki Klaudii, którą zwierzaki zaakceptowały od pierwszej wizyty, Emilia miała więcej czasu na pracę w galerii. Dopieszczała to miejsce w ciągu jesiennych i zimowych miesięcy, wiedząc, że wiosną wyruszy w plener i zajmie się tworzeniem nowych obrazów, które kolejnej jesieni będą ozdabiać ściany tego przytulnego miejsca, które stworzyła na Złotej.

– Dobrze się spisałaś. – Emilia uśmiechnęła się do siostrzenicy. – A lekcje odrobiłaś?

– Część tak, a nad resztą i tak będę siedziała do późnej nocy, bo jutro mamy potężny sprawdzian z chemii z całego semestru.

– To co ty tu jeszcze robisz? Wracaj do domu i do nauki.

– Oj, ciociu. – Klaudia podeszła do Emilii i przytuliła się do niej. W przeciwieństwie do Wiktorii robiła to naturalnie i spontanicznie. Jako późne i najmłodsze dziecko dostała od rodziców dużo czułości i miłości. Potrafiła z tego czerpać pomimo utraty rodziców, która wciąż jeszcze była dla dziewczyny niezabliźnioną raną. – Nauka nie zając, nie ucieknie, a ja przywiozłam ci chociaż sałatkę z brokułami i kurczakiem, bo przecież wiem, że na obiad nigdzie nie wyszłaś.

– Jak mi trochę kilogramów ubędzie, znacznie lepiej będę się z tym czuła.

– Od brokułów i kurczaka nie przytyjesz, a ja mam dla ciebie pewną informację i nie chciałam z tym czekać do wieczora.

Emilia czujnie nadstawiła uszu, patrząc na Klaudię wyczekująco.

– Ciociu, dostałam zaproszenie na studniówkę i zupełnie nie wiem, co mam z tym zrobić.

– Rozumiem, że to ktoś z twojej szkoły?

Klaudia skinęła głową, a Emilia zauważyła, że lekko się przy tym zarumieniła.

– Mateusz z czwartej b, z klasy dziennikarskiej.

– Podoba ci się?

Klaudia jeszcze bardziej się zarumieniła.

– Ciociu, a czy to ma jakieś znaczenie?

– No trochę ma, bo jeśli on cię zaprosił, to znaczy, że ty mu się podobasz, a jeśli on tobie nie, niepotrzebnie dasz mu nadzieję. Chłopcy mają takie same uczucia jak dziewczęta, pamiętaj o tym, kochanie. Czasami można kogoś mocno zranić, wysyłając mylne sygnały.

– Ale ja nie wysyłam żadnych sygnałów. Sama jestem zaskoczona tą propozycją.

– Przyjęłaś ją?

Niebieskie oczy Klaudii spotkały się z uważnym, zielonym spojrzeniem Emilii.

– Powiedziałam, że najpierw muszę porozmawiać o tym z tobą.

– Jednym słowem, potrzebujesz czasu do namysłu.

Klaudia pokręciła głową.

– Nie. Potrzebuję twojej zgody.

Oczy Emilii zaszkliły się niebezpiecznie.

– Kochanie… – Położyła dłonie na ramionach Klaudii, patrząc na jej niewinną twarz z czułością, z jaką spoglądała kiedyś, zbyt krótko, na swoją córeczkę. – Dziękuję ci za to, że szanujesz moje zdanie, ale to twoja młodość i korzystaj z niej, póki jeszcze masz na to czas. Jeśli chcesz iść na tę studniówkę, ja nie mam nic przeciwko temu. Pamiętaj tylko, aby jasno komunikować, kim chcesz, by ten chłopiec był w twoim życiu. Jeśli ma pozostać tylko kolegą, traktuj go jak kolegę, ale jeśli ci się podoba, wysyłaj subtelne sygnały. I nie czekaj, aż on się domyśli czegokolwiek, bo z tym akurat mężczyźni mają problem.

– Kocham cię, cioteczko! – Klaudia cmoknęła Emilię w obsypany piegami policzek. – Dziękuję za twoje dobre rady, ale coś mi się wydaje, że ty sama wysyłasz zbyt subtelne sygnały i nie do końca komunikujesz to, co powinnaś zakomunikować bardziej stanowczo, jeśli uważasz, że mężczyźni mają problem ze zrozumieniem zachowań kobiety.

Emilia poczuła, jak jej policzki pąsowieją. Odwróciła się od Klaudii i zmieszana, poprawiła włosy, odrzucając je na plecy.

– Zupełnie nie rozumiem, o czym mówisz – powiedziała, unikając wzroku siostrzenicy.

– A mnie się wydaje, że dobrze wiesz. – Klaudia uśmiechnęła się, mrużąc oczy. Patrzyła na swoją ciotkę chrzestną, oblaną ciepłym światłem kinkietowych lamp. Nie pamiętała, ile dokładnie Emilia miała lat, ale pomyślała, że ciotka należy do tych osób, których dusza nigdy się nie zestarzeje. Jej spojrzenie obserwowało świat z dziecięcym zachwytem, a wiecznie rozwichrzone wiatrem rude włosy i usiana piegami jasna twarz kojarzyły się z Anią z Zielonego Wzgórza, wprawdzie już dużo starszą od tej dziewczynki uwielbianej przez pokolenia kobiet, ale z tą samą radością czerpaną z każdej, najdrobniejszej chwili życia. – Wpatrujesz się w te drzwi, jakbyś czekała na królewicza.

– Wpatruję się w drzwi, bo ludzi jestem ciekawa.

– Ciociu, tęsknoty nie da się ukryć. Dlaczego po prostu nie zadzwonisz do pana Januarego?

– Bo nie chcę mu się narzucać – odpowiedziała cicho Emilia.

– I ktoś tu mówił o jasnej komunikacji…

– Patrzcie ją, mądrala się znalazła – odburknęła Emilia, czując, że odzyskuje normalny kolor twarzy.

– Jestem nieodrodną córką swojej matki chrzestnej. Zjedz tę sałatkę, a ja napiszę Mateuszowi, że pójdę z nim na studniówkę, i wracam do chemii.

– A gdzie ty mu to napiszesz?

– Na Messengerze, ciociu. Żyjemy w takich czasach, że teraz mówisz i masz, piszesz i czytasz, bo odpowiedź przychodzi błyskawicznie.

– Nie do końca podobają mi się te czasy – westchnęła Emilia i usiadła, zabierając się do jedzenia brokułowej sałatki.

– 5 –

Dom był pusty i ciemny. Anna trochę walczyła z zamarzniętym zamkiem furtki, zanim dostała się do środka. Przywitało ją przyjemne ciepło. Ustawiony na 21°C piec miał być chociaż namiastką tego, czego w tym domu brakowało. Był duży i nowoczesny, wypełniony drogim sprzętem i eleganckimi meblami, ale dla Anny tak obcy jak człowiek, z którym żyła pod jednym dachem od dwudziestu dwóch lat.

Jej mąż, Eryk, miał swoje życie, na które nie szczędził pieniędzy, zarabianych przez siebie na wysokim stanowisku w jednym z oddziałów spółki należącej do Skarbu Państwa. Często wyjeżdżał w delegacje, które niejednokrotnie znacznie się przeciągały. Anna już dawno przestała mieć złudzenia, że mąż jeszcze pozostawał jej wierny. Od dawna też miała świadomość, że ich małżeństwo umarło, tak jak wszystko, co kiedykolwiek ich łączyło. Kiedy jeszcze mieszkał tu Piotrek, ich syn, ten dom żył jego młodością i niemożliwym do opanowania bałaganem, o który Eryk zawsze się wściekał. Od półtora roku jednak jej syn był studentem medycyny na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu i do Lublina przyjeżdżał naprawdę rzadko, a Anna miała wrażenie, że dom, w którym zostali z Erykiem, nie jest już nawet pustym gniazdem, ale grobowcem wszystkiego, co kiedyś było dla nich cenne i ważne. Grobowcem, w którym dzień po dniu umierała. Miała 46 lat, a czuła się jak zmęczona życiem, niedołężna staruszka. Trwanie przy Eryku bolało, ale samotność przerażała jeszcze bardziej. Dlatego Anna codziennie wracała do tego zimnego, pustego domu i czekała w nim z gorącym obiadem na Eryka, bez względu na to, czy miał ochotę go jeść, czy nie. I bez względu na to, czy ją w tym domu zauważał.

Anna zdjęła z siebie pachnący wiatrem płaszcz i powiesiła go na wieszaku, a potem sięgnęła ostrożnie po starannie zapakowanego anioła i odwinęła go z szarego papieru. Pomyślała, że powiesi go w sypialni, z której Eryk i tak rzadko korzystał. To było jedyne miejsce w domu, w którym czuła się dobrze, zapełnione jej rzeczami, wśród których jeszcze potrafiła odnaleźć samą siebie. Tutaj styczniowy anioł pasował idealnie, a Anna, patrząc na niego, chciała zachować w sobie to, co poruszył tam, przed wystawą Galerii na Złotej. Drgnienie serca, skulonego ze strachu przed codziennością, która od lat nie przyniosła Annie nic dobrego.

– 6 –

January siedział w półmroku kancelarii, wpatrzony nieruchomym wzrokiem w stojące na biurku zdjęcie. Zza srebrnej, stylizowanej ramki uśmiechała się do niego Terenia. W jej łagodnym, szczerym spojrzeniu było to wszystko, czego nie potrzebowała wyrażać słowami. Miłość i oddanie. Czułość i wrażliwość. Wierność, której dochowała jemu i rodzinie. Zawsze zastanawiało go to, skąd w takiej kruchej, filigranowej kobiecie siła, z jaką Terenia walczyła z każdymi przeciwnościami losu. Nigdy się nie poddawała, aż do tego jednego, ostatniego starcia z chorobą, w którym po prostu zapragnęła odejść. Umęczona własną bezsilnością i bólem, na który nigdy się nie skarżyła, chciała już tylko jednego, aby Pan Bóg zabrał ją do siebie i aby skończyło się już to cierpienie, fizyczne i psychiczne. January nie miał jej za złe, że go zostawiła. Wiedział, że nie mógł jej zatrzymać, bo jak się śmierć uprze, to nie ma na nią mocnych. Beata była już dorosła, miała dwadzieścia osiem lat i swoje życie w Warszawie, nie musiał więc w pojedynkę opiekować się córką, jak jeden z jego kolegów notariuszy, którego żona osierociła czternastoletnią dziewczynkę. Próbował nawet żyć tak, jak dotąd żyli z Terenią, ale gubił się w zwyczajnych, codziennych sprawach i niczym nie potrafił się cieszyć. Przez ostatnie dwanaście lat, jakie minęły od śmierci jego żony, January obrósł pancerzem zobojętnienia, bo tylko w taki sposób mógł przetrwać. Każdego dnia budził się przed szóstą rano i po prostu podejmował zadania, jakie należało wykonać. Dzień po dniu. Noc po nocy. Godzina po godzinie.

Było tak do momentu, gdy w pewien wrześniowy dzień, zaledwie cztery miesiące temu, wszedł do jednej z galerii na Starym Mieście, w poszukiwaniu prezentu na pięćdziesiątą rocznicę ślubu swoich przyjaciół, Narcyzy i Franciszka Rembiszewskich. Wchodził tam przygarbiony i pochylony pod ciężarem życia, a wychodząc, czuł się tak, jakby ubyło mu lat i zmartwień. Emilia go oczarowała. Emanujący z niej spokój i prosta radość życia poruszyły przyrdzewiałe struny duszy Januarego, sprawiając, że zapragnął wrócić do galerii, aby znów zobaczyć tę kobietę. Sam siebie nie rozumiał. Emilia w niczym nie przypominała Tereni. Była tęższa od jego filigranowej żony, miała długie, rude włosy i piegi na twarzy i ramionach. Włosy jego żony miały kolor gorzkiej czekolady, a duże ciemne oczy odznaczały się na tle jasnej karnacji. A jednak było w Emilii coś, co pamiętał u Tereni. Szczerość i zachwyt nad najdrobniejszymi szczegółami życia, utrwalanymi na obrazach Emilii. Terenia też zwracała uwagę na drobiazgi, których on zupełnie nie zauważał. To, że motyl przysiadł na balustradzie tarasu, wkomponowując się w pnącą się po bokach winorośl, nie było dla Januarego niczym szczególnym. A Terenia potrafiła stać bez ruchu, z dłonią zakrywającą usta, wpatrując się w niego z takim zachwytem, z jakim January oglądał obrazy Moneta. Emilia też to miała, to dziecięce postrzeganie świata i umiejętność czerpania radości z drobiazgów.

Przez dwanaście lat, które upłynęły od śmierci żony, January nie szukał jej w żadnej kobiecie. Dopiero w momencie, gdy spotkał Emilię, miał wrażenie, że to Terenia go odnalazła, zagubionego w życiu, z którym zupełnie nie umiał sobie radzić w pojedynkę.

Dziś rano wrócił do Lublina. Zajechał do domu tylko po to, by zostawić bagaż, i przyjechał do kancelarii, w której spędzał więcej czasu niż w swoim stusześćdziesięciometrowym domu, wybudowanym dla Tereni. Nie mógł się jednak skupić na pracy i cieszył się, że wszystkie wizyty umówione ma dopiero na jutro. Jego myśli odlatywały do Galerii na Złotej i do Emilii, która tam na niego czekała.

January boksował się sam ze sobą. Z jednej strony chciał już spotkać się z Emilią i poczuć to ukojenie, potrzebne mu w wewnętrznym rozedrganiu, a z drugiej strony był przerażony siłą, z jaką tęsknił za Emilią przez te ostatnie świąteczne dni. Przerażony pragnieniem, aby kolejną odświętność przeżywać już w jej towarzystwie i aby spędzać z nią jak najwięcej czasu, a jednocześnie świadomy tego, jak bardzo ten czas jest ulotny i wyliczony dla każdego człowieka indywidualnie. Bo przecież pragnąc Emilii, zdradzał Terenię. Czy mógł sobie na to pozwolić? Czy jego żona była gotowa na to, by odejść na dobre? I czy January był na to gotowy?

– 7 –

– Znowu siedzisz do późna nad tymi papierzyskami, i do tego po ciemku. Oczy sobie popsujesz.

Jasne światło, które zalało gabinet, oślepiło Januarego. Zamknął oczy i pomasował kciukiem i palcem wskazującym gałki oczne. Gdy je otworzył, zobaczył żonę stojącą tuż przed nim. Terenia spoglądała na niego z zatroskaniem, dotykając przyprószonych lekką siwizną włosów.

– Za dużo pracujesz. Powinieneś bardziej się oszczędzać.

– Obiecałem Waldkowi, że przygotuję na jutro te dokumenty sprzedaży działki. To duża posiadłość nad Firlejem, przed podpisaniem umowy wszystko należy sprawdzić.

– Nad Firlejem! – Twarz Teresy rozświetliła się uśmiechem. – Tam się poznaliśmy, pamiętasz?

– Jak mógłbym tego nie pamiętać? – szepnął, ujmując dłoń kobiety i przyciskając ją do swoich ust. – Odkąd pierwszy raz zobaczyłem cię na tym pomoście, nie potrafiłem o tobie zapomnieć.

– Stare czasy. – Kobieta stanęła za Januarym, przytulając się do jego pleców i obejmując ramionami szyję. – Kto by pomyślał, że po tylu latach będziemy jeszcze o tym pamiętać.

– Myślę, Tereniu, że nawet gdybyśmy chcieli, nie uda nam się o tym zapomnieć – odpowiedział cicho January.

– Kilka dni temu śnił mi się Cezary. – Głos Teresy odbił się od ciszy, jaka zapanowała w pokoju. January poruszył się niespokojnie na krześle, a ręce Teresy rozplotły się z uścisku i zwisały teraz bezradnie wzdłuż jej ciała. – Śniło mi się, że przyszedł do naszego domu, stanął w drzwiach i długo patrzył na mnie, a potem wypowiedział tylko jedno zdanie: „Już czas”.

– „Już czas”? – January pokręcił powoli głową. – Ale na co, Tereniu?

– Nie wiem. – Kobieta wzruszyła ramionami. – Nie pytałam. Zresztą z marą nie będę przecież dyskutować.

January wstał, przyciągnął żonę do siebie i popatrzył jej głęboko w oczy.

– Wiesz, że to nie była twoja wina. Ani twoja, ani moja.

– Wiem, January. Ale myśli nie powstrzymasz, tak samo jak szpaków w ogrodzie. Obsiądą drzewo, choćbyś nie wiem jak go pilnował. Tak samo myśli. Gdy tylko tracisz czujność, dopadają cię i obsiadają jak szpaki czereśnię.

– Po tylu latach ty jeszcze do tego wracasz?

– To samo wraca. Im jestem starsza, tym wspomnienia są wyraźniejsze.

– Kochanie, chciałbym cię przed nimi uchronić.

Teresa wtuliła się w męża, czując bijące od niego ciepło.

– Całe życie mnie chroniłeś. Myślę, że nadszedł czas, abym sama się z tym zmierzyła.

– Ale po co, Tereniu? Po co rozdrapywać stare rany? Przecież one już się dawno zabliźniły.

– Może tylko tak nam się wydawało, January? Może tak nam się wydawało…

– 8 –

Kryształowy dzwoneczek zadźwięczał znajomo, gdy odwrócona plecami do drzwi Emilia pakowała do płóciennej torby pusty pojemnik po sałatce i jednego anioła z obszczerbionym skrzydłem, którego nie chciała oddawać Wiktorii, lecz postanowiła zabrać ze sobą do domu. 

– Dobry wieczór. – Na dźwięk znajomego, wytęsknionego głosu twarz Emilii pojaśniała, czego nie udało jej się ukryć przed Januarym.  – Widzę, że anieli na ziemię spłynęli i galerię obsiedli. 

– Widocznie po drodze im było, a może postanowili na Złotej odpocząć przed dalszą wędrówką. 

– Cokolwiek ich tu sprowadziło, nie wybrali tego miejsca przypadkowo. – January ściszył głos, bo Emilia właśnie odwróciła się w jego stronę, pozwalając zajrzeć w tęsknotę zapisaną w spojrzeniu zielonych oczu. 

– A co sprowadziło ciebie? – spytała zaczepnie. 

– Noworoczne życzenia. Nie złożyłem ci ich właściwie, bo zasięg w górach tak się rwał, że sam siebie nie rozumiałem. Dlatego przyszedłem, by życzyć ci dobrego, wyjątkowego i bogatego w wydarzenia nowego roku. 

– Napijesz się dobrej herbaty? – Emilia zapraszającym gestem wskazała na mały stolik na wysokiej rzeźbionej nóżce, wyszukany na targu staroci odbywającym się w Lublinie w każdą ostatnią niedzielę miesiąca. Po obu jego stronach stały dwa małe fotele, kuszące do chwili odpoczynku i rozmowy. 

– Nie chciałbym cię zatrzymywać. Wydaje mi się, że szykowałaś się do wyjścia. 

– Z przyjemnością wypiję z tobą herbatę. Mam specjalną mieszankę ze świerżowskich łąk, zebraną i przygotowaną przez Alę Giedz. Wyczaruję ci lato w filiżance w środku zimy. 

January zdjął kurtkę i przewiesił ją przez oparcie stojącego za biurkiem krzesła, a potem stanął, krzyżując ramiona na piersiach, i patrzył zafascynowany na Emilię i jej rytuał zaparzania herbaty. Kiedy się pochylała nad imbrykiem, pasma długich włosów zsuwały się na twarz kobiety, jakby chciały ją sobą otulić. Światło ściennych lamp wplatało się gdzieniegdzie w miedzianą rudość, lśniąc jak słońce odbijające się w złocie. Spokojne ruchy kobiety koiły, a zapach zaparzonej herbaty sprawił, że Januaremu zakręciło się w głowie i musiał podeprzeć się o biurko, aby się nie zachwiać. Być może puszczało go zmęczenie ostatnich intensywnych dni, a może Emilia rzeczywiście była czarownicą, jak nazywali ją niektórzy. On wolał myśleć o niej jak o czarodziejce. Zdecydowanie pochodziła z dobrej bajki. 

– Zapraszam. – Emilia usiadła na jednym z foteli, dając tym Januaremu do zrozumienia, że on powinien zająć ten drugi. – Jeszcze chwilę musi naciągnąć w czajniczku, ale w międzyczasie poczęstuj się ciasteczkami korzennymi. Napiekłyśmy ich z Klaudią na Nowy Rok. Co prawda nie mają karteczki z wróżbą w środku, ale do każdego z nich starałyśmy się dodać szczyptę magii. 

– Jesteś naprawdę niesamowita, Emilio. – Oczy Januarego roześmiały się do kobiety. 

– To samo mogę powiedzieć o tobie, January – odparła, uśmiechając się do tych oczu i do mężczyzny, który w niewytłumaczalny sposób odpowiedział na jej tęsknotę. 

– I znów rok zatoczył koło... – zaczął January, zapatrzony na płomień świecy, którą zapaliła Emilia. 

– Tak. Zatoczył koło i koniec połączył z początkiem. – Emilia sięgnęła po imbryk i nalała do dwóch różnych filiżanek bladożółty płyn. – Czas przegląda się w lustrze, zadziwiony własnym odbiciem. Wszystko jest jeszcze takie nowe, wygładzone jak świeży śnieg, pełne nadziei. Myślę, że właśnie teraz każdy z nas dostaje czas, aby poukładać rozsypane kawałki życia, biegnącego wciąż przed siebie bez tchu i chwili odpoczynku. Jak ziarenka piasku w klepsydrze, tak w życiu człowieka przesypują się sprawy drobne i wielkie, ważne wydarzenia i zupełnie zwyczajne drobiazgi, splatając się ze sobą w odświętności i codzienności, zabarwiając szare dni pastelowymi kolorami prostej radości życia. 

– Czasami bywa tak, Emilio, że tych pasteli zupełnie nie można dostrzec. Człowiek żyje w szarości i w pewnym momencie tak do niej przywyka, że nawet już nie oczekuje, iż mogłoby być inaczej. – January podniósł delikatną filiżankę i upił z niej łyk herbaty. Smakowała letnią łąką. Rozgrzewała, ale i orzeźwiała, zostawiając po sobie finisz trudny do określenia i długo pozostający w pamięci podniebienia. 

– Może dlatego każdego roku od nowa dostajemy styczeń, który zawsze jest umownym początkiem? Wraz ze styczniem człowiek dostaje kolejne szanse na przemienienie swojego życia oraz czas, który jest najcenniejszym prezentem, ofiarowanym każdemu z nas z osobna. Ten czas możemy wykorzystać lub zmarnować, możemy pozwolić, aby przeciekł przez palce albo upłynął, przynosząc poczucie dobrze wypełnionych obowiązków i świadomość, że wykorzystaliśmy dane nam dni, przekazując komuś dobrą nadzieję, dzieląc się sobą i tym, co w nas najlepsze.

– Tak wiele się od ciebie uczę. Żyjesz pięknie i masz ten dar dzielenia się sobą i tym, co w tobie najlepsze. 

Emilia pochyliła głowę zawstydzona. Nie przywykła do komplementów. Dużo częściej spotykała się z wyśmiewaniem, pobłażliwym kiwaniem głowy czy spojrzeniami nieakceptującymi jej inności. Tu, w galerii, ludzie akceptowali ją taką, jaką była. Artystkę, mającą prawo do odstawania od norm tworzonych przez większość. Poza tym miejscem jednak niejednokrotnie traktowano ją jak wariatkę, bo była inna. Kochała życie i wciąż starała się do niego uśmiechać. Szanowała najdrobniejsze nawet stworzenie, cieszyła się drobiazgami i tańczyła w kroplach deszczu, nic sobie nie robiąc z tego, że innym może wydawać się to śmieszne. Uwielbiała kapelusze, które były jej słabością, i nigdy na nic nie narzekała ani na nic się nie skarżyła. Żyła cichutko i skromnie, bardziej pomagając ludziom, niż wchodząc im w drogę, a mimo to byli tacy, którzy wytykali ją palcami jak czarownicę. 

– Ja po prostu lubię ludzi. I staram się ich dostrzegać. 

– Gdybym mógł tak po prostu obudzić się i zobaczyć wszystko inaczej, zamiast w bezbarwnym, to w tym pastelowym świetle. Już nie proszę o tęczę, wystarczy mi kilka delikatnych kolorów. Czy proszę o tak wiele? Chyba tak, bo wciąż nic się nie zmienia. Od lat...

Emilia miała ochotę dotknąć dłoni Januarego i przekazać mu swoje ciepło. Nie starczyło jej jednak dziś na to odwagi. Podniosła głowę i powiedziała, patrząc z czułością na mężczyznę:

– January, to nieprawda, że rzeczy dzieją się same i że nie mamy wpływu na swoje życie. To my zapisujemy osobiste kartki własnych kalendarzy drobnym pismem lub tylko obrazkami i od każdego z nas indywidualnie zależy, jaka ta kartka będzie, starannie zapełniona i zapisana w pamięci jak dobre wspomnienie, do którego z radością się wraca, zabazgrana byle jak, ot tak, byle tylko coś na niej było i aby już ją przewrócić, ukryć i przejść do następnej, czy po prostu pusta. I tak jak od nas zależy, jak zakończymy nawet najgorzej rozpoczęty dzień i z jaką myślą położymy się spać, pomimo ciężaru problemów, jakich każdy człowiek w życiu doświadcza, tak i sami jesteśmy w stanie wziąć swoje życie we własne ręce i postarać się zrobić choć tyle, aby w każdym dniu dostrzec chociaż jeden drobny promyk słońca, przynoszący małą chwilę radości. Ja myślę, January, że ta szarość jest po prostu w tobie, i to ty sam nie chcesz wpuścić do swojego życia słońca i tych pasteli. Schroniłeś się w tej bezbarwności, bo w niej łatwiej ci było odnaleźć się w pustce, a potem tak do niej przywykłeś, że nie chcesz niczego zmieniać, bo czujesz się w takim stanie w miarę bezpiecznie. Stabilnie. Może pora spojrzeć życiu prosto w oczy i spróbować wynegocjować w nim więcej dla siebie? 

– Gdyby to było takie proste, Emilio.

Emilia sięgnęła po ciasteczko, zachęcając Januarego do tego samego. Korzenny smak przypomniał święta Bożego Narodzenia i życzenia, które wraz z Klaudią sobie składały. 

– To jest proste, January, tylko musisz w to uwierzyć. – Spojrzała na mężczyznę oczami, w których odbił się płomień stojącej między nimi świecy. – Życzę ci w tym nowym roku wiary, że na końcu drogi zawsze jest światło i że każde trudne doświadczenie ma sens i dokądś prowadzi. Życzę ci, abyś potrafił zaufać swojemu sercu, które poprowadzi cię tam, gdzie jest pastelowo. Życzę ci nieustannego zachwytu nad życiem i wypełniania pustych kartek kalendarza dobrem, które wraca pomnożone. I życzę ci, January, pokoju serca oraz bliskości choć jednego człowieka, który patrząc na ciebie, z serdecznym uśmiechem wypowie te błogosławione słowa: „Dobrze, że jesteś!”. 

– Tęskniłem za tobą, Emilio. – Słowa wymknęły się Januaremu, zanim on sam zrozumiał treść, jaką przekazały. 

– Ja też za tobą tęskniłam. – Cichy głos Emilii wypowiedział prawie szeptem to, co jej serce chciało wykrzyczeć. 

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja

Epigraf