Franek. Prawdziwa historia Łowcy bramek - Tomasz Frankowski - ebook

Franek. Prawdziwa historia Łowcy bramek ebook

Tomasz Frankowski

4,0

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Gdyby urodził się w Hiszpanii, grałby w Barcelonie”, „Choćby miał na nogach dwie pary kajdanek – i tak strzeli gola, to jest przecież Franek! – komplementowali go trenerzy, koledzy z boiska, kibice.

Tomasz Frankowski, legenda polskiej piłki, najskuteczniejszy ze współczesnych napastników Ekstraklasy, były piłkarz reprezentacji Polski. Setkami goli zapracował na przydomek „Franek łowca bramek”, który do dziś zna każdy sympatyk sportu.

Ważnymi bramkami wygrał dla Polski eliminacje do mistrzostw świata w Niemczech, lecz trener Paweł Janas zadał mu bolesny, całkiem niespodziewany cios, nie zabierając go na finały mundialu. Niemal cała Polska oburzyła się, że selekcjoner bez wyraźnej przyczyny odebrał Tomaszowi niepowtarzalną szansę udziału w najważniejszej futbolowej imprezie. Bo to właśnie „Franek” sprawiał, że w tamtych latach choć przez chwilę czuliśmy się obywatelami lepszego piłkarskiego świata.

W szczerej, pasjonującej rozmowie z dziennikarzem „Przeglądu Sportowego” zdradza tajemnice piłkarskiej szatni, kulisy wielkich meczów i transferów, wspomina współpracę ze słynnymi trenerami – Arsenem Wengerem, Glennem Hoddlem czy Henrykiem Kasperczakiem.

Jest też w tej rozmowie mnóstwo humoru, anegdot, frapujących historii z prywatnego życia. To także szczególna podróż po świecie, bo piłkarski los rzucał Frankowskiego do Francji, Japonii, Anglii, Hiszpanii czy Stanów Zjednoczonych. Podróż, opowiadana z perspektywy do bólu profesjonalnego ​sportowca, który może być stawian​y za wzór każdemu młodemu piłkarzowi marzącemu o międzynarodowej karierze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




CZAS NIE LECZY RAN, CZYLI JAK NIE POJE­CHA­ŁEM NA MUN­DIAL

Pod koniec 2005 roku byłeś na abso­lut­nym topie. Pół roku zostało do mistrzostw świata w Niem­czech, na które osta­tecz­nie Paweł Janas cię nie zabrał. Gdy w restau­ra­cji hotelu Mar­riott selek­cjo­ner ogła­szał powo­ła­nia, Pol­ska onie­miała, a ja omal nie spa­dłem z krze­sła.

Po nie­dziel­nym meczu z Wyspami Owczymi z Wro­nek (tak, tak, tam się kie­dyś grało mecze repre­zen­ta­cji) do Kra­kowa odwo­ził mnie brat. Zabrał się z nami Łukasz Sosin. Tuż przed wyjaz­dem, przed hote­lem zauwa­ży­łem tre­nera Macieja Skorżę. Wysze­dłem z samo­chodu, by się poże­gnać. Mimo­cho­dem zapy­ta­łem:

– Maćku, może mi dys­kret­nie powiesz, czy Łukasz ma na co liczyć, czy może wczasy wyku­po­wać?

O sie­bie nie pyta­łem, bo to, że jadę, wyda­wało się oczy­wi­ste. Spyta­łem więc, kto jedzie z dwójki Marek Saga­now­ski – Sosin. Sądzi­łem, że decy­zja pod­jęta, bo prze­cież następ­nego dnia, w ponie­dzia­łek, tre­ner miał ogło­sić skład.

– Ty wia­domo, bądź spo­kojny, a co do Łuka­sza i Marka, dziś wie­czo­rem będziemy dys­ku­to­wać. Jedź ostroż­nie – tro­skli­wie żegnał mnie Skorża, asy­stent tre­nera Janasa.

Do Kra­kowa doje­cha­li­śmy w nocy. Ponie­dzia­łek mia­łem zapla­no­wany jak każdy zwy­kły dzień. Rano odwio­złem syna Fabiana do przed­szkola i zabra­łem się za zała­twia­nie spraw, żeby poza­my­kać je przed mistrzo­stwami. Nagro­ma­dziło się tego, bo przez ostat­nich kilka mie­sięcy nie było nas w Pol­sce. A to umó­wić ogrod­nika, a to fachowca do kon­ser­wa­cji alarmu. Ani się obej­rza­łem, a nad­szedł wie­czór. Zabra­łem się do kąpa­nia dzieci. Nie odbie­ra­łem w domu Pol­satu, a nawet do głowy mi nie przy­szło, by wie­czo­rem wybrać się do kogoś na ogło­sze­nie mun­dia­lo­wych nomi­na­cji. Nie prze­pa­dam za takimi uro­czy­sto­ściami, nawet rzadko zda­rzało mi się oglą­dać loso­wa­nia euro­pej­skich pucha­rów. Tym razem też nie zawra­ca­łem sobie tym głowy, a jeśli chwilkę pomy­śla­łem o kadrze na mistrzo­stwa, to raczej na zasa­dzie, czy poje­dzie Mar­cin Kuś, czy Maciej Scherf­chen lub kogo wybie­rze Janas z dwójki: Saga­now­ski – Sosin.

I nagle tele­fon zaczyna tara­ba­nić.

Wie­dzia­łem, że po ogło­sze­niu zadzwoni rodzina z gra­tu­la­cjami lub dzien­ni­ka­rze, bym podzie­lił się wra­że­niami. Kąpiąc Fabiana i Oliwkę, sły­sza­łem gdzieś tam tele­fon, ale po pierw­sze mia­łem mokre ręce, a po dru­gie nie spie­szy­łem się z ode­bra­niem. Sły­szę, że znowu dzwoni. I tak w kółko. Pew­nie brat, przy­ja­ciele… Czego tu gra­tu­lo­wać? Choć na tam­ten moment forma była daleka od ide­ału, mój wyjazd na mistrzo­stwa od dawna był pewny. W końcu wzią­łem komórkę do ręki. Pięć połą­czeń nie­ode­bra­nych, kilka SMS-ów. Czy­tam pierw­szą wia­do­mość: „Jestem w szoku!”. Czy­tam drugą: „Co on, kurwa, naro­bił?!”. O co cho­dzi? Kogo ten Janas nie wziął? W salo­nie żona oglą­dała coś w tele­wi­zji. Mówię:

– Włącz tele­ga­zetę, bo chyba coś złego dzieje się z tymi powo­ła­niami.

– Co ty mówisz… Nie żar­tuj – uspo­ka­jała Edytka.

Odpa­lam tele­ga­zetę i wzro­kiem od razu szu­kam nazwisk napast­ni­ków: Żuraw­ski, Rasiak, Jeleń, Bro­żek.

To, co poczu­łem, trudno opi­sać. Nogi się pode mną ugięły. Spoj­rza­łem na pła­czącą Edytkę. Jakby zmarła bli­ska nam osoba. Sta­ra­łem się trzy­mać, pocie­sza­łem żonę:

– Edytko, to tylko piłka. Świat się nie koń­czy.

Ale w środku się goto­wa­łem. Patrząc na zroz­pa­czoną żonę, zaczą­łem coś tłu­ma­czyć, niby że Janas miał pod­stawy i tak dalej. A naprawdę jedno cho­dziło mi po gło­wie: O co tu, kurwa, cho­dzi?!

Dzien­ni­ka­rze wydzwa­niali jak sza­leni. Chcieli pew­nie, bym natych­miast słow­nie znisz­czył Janasa. A ja po raz pierw­szy w karie­rze posta­no­wi­łem nie roz­ma­wiać z mediami. Przy­naj­mniej tego wie­czoru. Co bym nie powie­dział – i tak pew­nie byłoby zasadne, kibice sta­nę­liby po mojej stro­nie. Ale co z tego?

Naj­moc­niej­szymi wypo­wie­dziami, prze­kleń­stwami nie zmie­nił­bym decy­zji. Postą­pił źle, naj­po­dlej, jak można. Kto tego nie prze­żył, nie zro­zu­mie, co wtedy czu­łem. Kibice, więk­szość dzien­ni­ka­rzy i pił­kar­skiego światka byli zgodni, że wyrzą­dził mi wielką krzywdę. Absur­dal­nie brzmiały głosy, że powi­nie­nem jechać za zasługi. Zasługi?! Za zasługi to się na Powąz­kach leży. Przez tydzień ostat­nich tre­nin­gów we Wron­kach Janas nie mógł, nie miał prawa uznać, że Grze­siek Rasiak czy Irek Jeleń są w lep­szej dys­po­zy­cji niż ja. Ale mnie szo­ko­wało nie to, że posta­wił na innych, tylko że to ja nie jadę do Nie­miec.

Dla­czego nie byłeś ulu­bień­cem Janasa? Jakoś to sobie dziś tłu­ma­czysz?

Dwa lata wcze­śniej powo­łał mnie do kadry po moim pięt­na­stym golu w szó­stej czy siód­mej kolejce eks­tra­klasy. Powo­łał „na odczep­nego”, na wyraźne życze­nie prasy. A jego pech pole­gał na tym, że w wyjaz­do­wych meczach eli­mi­na­cyj­nych prze­ciwko Austrii i Walii strze­li­łem dwa bar­dzo ważne, zwy­cię­skie gole. Nie miał pod­staw do pomi­ja­nia mnie przy kolej­nych powo­ła­niach, bo co mecz zdo­by­wa­łem bramki. Jeżeli cho­dzi o mistrzo­stwa świata, usy­piał moją czuj­ność zapew­nie­niami, że jestem mu potrzebny i sza­nuje mnie jako pił­ka­rza.

Jak musiał czuć się Maciek Skorża? Prze­cież zapew­niał mnie, że jadę na mun­dial! Skoro to mówił, a mówił też tre­ner bram­ka­rzy – Jacek Kazi­mier­ski – mia­łem prawo sądzić, że wszystko jest OK.

Wcze­śniej zdą­ży­łeś udo­wod­nić, że warto na cie­bie posta­wić. W lidze i wła­śnie w „jana­so­wej” repre­zen­ta­cji.

Janas póź­niej pró­bo­wał sprze­da­wać kit, że te spo­tka­nia z Litwi­nami i Wyspami Owczymi miały zna­cze­nie przy powo­ła­niu. Ale wcze­śniej i on, i sztab wciąż wbi­jali nam do głowy, że formę mamy szy­ko­wać na czer­wiec, a nie na te dwa spa­ringi na początku maja.

Ktoś mnie zapy­tał, czy to nie zemsta za to, że do jego repre­zen­ta­cji tra­fi­łem dzięki naci­skom mediów. Że mylił się, pomi­ja­jąc mnie przez dłuż­szy czas. Nie mam poję­cia. Jed­nak na pewno nie mogę tego wyklu­czyć. Gdy­bym miał waż­nego pił­ka­rza w zespole, a za takiego się uwa­ża­łem w jego repre­zen­ta­cji, to gdyby on był w słab­szej dys­po­zy­cji na mie­siąc przed mistrzo­stwami, wziął­bym go na bok, poroz­ma­wiał z nim i pomógł przy­go­to­wać go do tur­nieju. Janasa nie było na to stać. Widocz­nie nie miał do mnie zaufa­nia.

Twój były tre­ner z Wisły – Woj­ciech Łaza­rek – obu­rzony stwier­dził, że nawet jeśli Janas za tobą nie prze­pa­dał, powi­nien zabrać cię na mistrzo­stwa choćby jako tego 23 pił­ka­rza. Jak to nazwał: do defi­lady. Hen­ryk Kasper­czak oraz inni tre­nerzy surowo oce­nili decy­zję selek­cjo­nera.

Gdy­bym miał jechać jako dwu­dzie­sty trzeci zawod­nik, z łaski, jako ostatni kadro­wicz, to lepiej, że nie poje­cha­łem. Byłoby to dla mnie uwła­cza­jące. Mia­łem w karie­rze wielu tre­ne­rów. Wyma­ga­ją­cych i mniej. Takich, któ­rzy mieli do mnie zaufa­nie, i takich, któ­rych musia­łem swoją grą prze­ko­ny­wać – na przy­kład Hen­ryka Kasper­czaka. Ale żaden ni­gdy nie potrak­to­wał mnie jak Paweł Janas…

Tego paskud­nego wie­czoru dosta­łem mnó­stwo SMS-ów od ludzi z pierw­szych stron gazet, nie tylko zwią­za­nych ze spor­tem. Nikt, ale to nikt nie był w sta­nie pojąć braku powo­ła­nia. Wszy­scy chcieli, oprócz Janasa. Na kilka dni przed śmier­cią sam Kazi­mierz Gór­ski stwier­dził: Janas to tego „Franka” powi­nien zabrać. „Wciąż mam przed oczami kamienną twarz Janasa, gdy Tomek strze­lił gola Angli­kom na Old Traf­ford i wielką radość selek­cjo­nera z gola Grześka Rasiaka strze­lo­nego Wyspom Owczym”. Nie pamię­tam, kto to powie­dział, ale to ide­al­nie odzwier­cie­dlało sto­su­nek Janasa do mnie.

Budzisz się we wto­rek. Wiesz, że marze­nie – udział w mistrzo­stwach świata – nie spełni się.

Z ponie­działku na wto­rek zasną­łem o czwar­tej nad ranem. W gło­wie kłę­biło mi się pyta­nie: dla­czego? Chcia­łem za wszelką cenę pojąć, co się wyda­rzyło. Spa­łem kilka godzin. Rano pomo­głem żonie ubrać dzieci, nakar­mić, odwio­złem Fabiana do przed­szkola. Trzeba żyć, choć głowa bolała i nie byłem w sta­nie się sku­pić. Posta­no­wi­łem na krótko odciąć się od oto­cze­nia. Nie chcia­łem co chwila przyj­mo­wać „kon­do­len­cji” na kra­kow­skim Rynku.

Kon­tak­to­wa­łeś się z innymi „odstrze­lo­nymi”: Toma­szem Kło­sem, Jerzym Dud­kiem?

Byłem w kon­tak­cie z rów­nie przy­bi­tym Tom­kiem. Z Jur­kiem też roz­ma­wia­łem. Czwarty z nie­spo­dzie­wa­nie skre­ślo­nych – Tomasz Rząsa też był w szoku.

W jed­nym z talk show Jerzy Dudek sta­rał się dow­cip­nie wyja­śnić brak powo­ła­nia. Pro­wa­dzący suge­ro­wał, że tre­ner, wybie­ra­jąc skład nocą i w samot­no­ści, mógł być nie­dy­spo­no­wany. „Może miał uro­dziny?” – zagaił. Dudek odparł: „Z tego, co wiem, to tre­ner Janas codzien­nie ma uro­dziny!”.

Sądzi­łem, że może ktoś z PZPN czy, powiedzmy, drugi tre­ner zadzwoni, pogada i może wykla­ruje, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Dosta­łem tylko SMS od kie­row­nika: „Co robimy z bile­tami na mun­dial?”. Zre­zy­gno­wa­łem z więk­szo­ści wej­śció­wek. Były prze­zna­czone głów­nie dla brata i jego kole­gów, ale w ramach pro­te­stu odpu­ścili wyjazd.

Prze­glą­da­łem prasę, inter­net, żeby zna­leźć choć część odpo­wie­dzi na pyta­nie, co kie­ro­wało Jana­sem. Ale wszyst­kie jego wyja­śnie­nia szły w nie­zro­zu­mia­łym kie­runku.

Pamię­tasz je?

Po pierw­sze. Janas zarzu­cił mi, że na boisku myślę tylko o sobie. Czy w meczach z Litwą czy Wyspami Owczymi „szu­ka­łem” gry pod sie­bie?! Nie poda­wa­łem kum­plom? Strze­la­łem z każ­dej, nawet nie­przy­go­to­wa­nej pozy­cji? Non­sens.

Po dru­gie. Wyczy­ta­łem, że byłem psy­chicz­nie roz­bity. Bzdura. Z powodu trzech mie­sięcy nie­sku­tecz­nej gry w Anglii nie try­ska­łem humo­rem, ale ze skraj­nym zała­ma­niem nie miało to nic wspól­nego! Nikomu wokół nie zatru­wa­łem życia. A skąd­inąd Janas prze­cież nie lubił zbyt rado­snych pił­ka­rzy. Wolał podob­nych do swo­jej natury mru­ków.

Po trze­cie. Zarzu­cił mi, że do Wolver­hamp­ton odsze­dłem dla pie­nię­dzy i przez to stra­ci­łem formę. Nie­prawda. Prze­nio­słem się do Anglii głów­nie dla­tego, że chcia­łem tra­fić do sil­niej­szej dru­żyny i lep­szej ligi! Sądzi­łem, że to zapro­cen­tuje nie tylko pod­czas mun­dialu, ale także po nim.

Po czwarte. Zarzut, że jestem prze­mę­czony. Tu aku­rat jedyna prawda. Mia­łem za sobą ciężki sezon, ale w ciągu mie­siąca, który został do mistrzostw, mogłem spo­koj­nie zre­ge­ne­ro­wać siły.

Po piąte. Nie doszedł­bym do sie­bie po ura­zie w towa­rzy­skim meczu prze­ciwko Wyspom Owczym. Kolejna głu­pota. Ten lekki uraz minął po trzech dniach i kilku tablet­kach. O tym, że nie było to nic poważ­nego, wie­dzieli leka­rze repre­zen­ta­cji. Janas jed­nak twier­dził, że nie odbu­do­wał­bym się do mistrzostw świata. Ale wie­rzył, że Jacek Krzy­nó­wek, który bar­dzo mało grał w sezo­nie, do mistrzostw „doj­dzie”.

Po szó­ste. Stwier­dził, że jestem słaby psy­chicz­nie. Zdo­by­łem wiele waż­nych goli w ostat­nich sekun­dach meczów i robi­łem to z zimną krwią! Gdy­bym psy­chicz­nie sia­dał, pew­nie nie podo­łał­bym pre­sji ze strony Janasa, gdy w meczach eli­mi­na­cyj­nych bar­dziej czy­hał na mój błąd niż na bramkę.

Przy­pusz­czam, że długo przed mun­dia­lem wie­dział, że mnie z kadry usu­nie. Ale jeśli już miał tak zro­bić, mógłby poka­zać odro­binę klasy. Nie poka­zał, a wystar­czyło mnie wziąć na krótką roz­mowę i po tema­cie… Tłu­ma­czył, że tre­ner Antoni Piech­ni­czek też do niego nie zadzwo­nił z infor­ma­cją, że nie zabie­rze go na mun­dial do Mek­syku. Odre­ago­wał na nas wła­sny uraz?

A pre­zes PZPN Michał List­kie­wicz, któ­rego sza­nuję, lekko się wygłu­pił, zapra­sza­jąc mnie, Dudka, Kłosa i Rząsę do loży VIP-ów na mun­dialu. Podzię­ko­wa­łem mu grzecz­nie. Nie byli­śmy wtedy old­bo­jami, któ­rzy skoń­czyli grę.

Wokół tego braku powo­ła­nia naro­sło sporo legend, ale ku pew­nej wer­sji obaj się skła­niamy. Sporo szcze­gó­łów układa się tu w wia­ry­god­nie brzmiącą całość. Trudno uznać ją za pew­nik, ale… Cho­dzi mi o pewną opo­wieść Pawła Kry­sza­ło­wi­cza.

Mate­usz Borek, który wów­czas był dzien­ni­ka­rzem Pol­satu, w przed­dzień powo­łań widział na pię­trze, które w hotelu zaj­mo­wał sztab repre­zen­ta­cji, krę­cą­cego się mene­dżera.

Był nim Rado­sław Osuch, w tam­tym cza­sie mocny czło­wiek w branży.

No i wedle kilku źró­deł następ­nego dnia, już w dniu powo­łań, o godzi­nie 13 zadzwo­nił do Pawła Brożka, swo­jego pod­opiecz­nego z infor­ma­cją, że Paweł, wtedy pił­karz Wisły, poje­dzie na mistrzo­stwa. A ofi­cjalne ogło­sze­nie składu miało się odbyć dopiero wie­czo­rem.

Kilku pił­ka­rzy, w tym wspo­mniany Kry­sza­ło­wicz, było świad­kami tele­fonu, który Paweł Bro­żek ode­brał na tak zwa­nym gło­śno­mó­wią­cym.

Paweł spy­tał mene­dżera, w jakiej spra­wie dzwoni, i usły­szał tekst: „Mało­lat, ty się pakuj, bo na mun­dial jedziesz!”. „Bro­ziu” zre­flek­to­wał się i wyłą­czył tryb gło­śno­mó­wiący, ten i ów coś w szatni usły­szał. A Paweł ponoć nie­spe­cjal­nie uwie­rzył, że zosta­nie powo­łany.

Uznajmy, że zamiast cie­bie sen­sa­cyjne powo­ła­nie dostał Paweł Bro­żek, który w eli­mi­na­cjach do nie­miec­kich mistrzostw świata nie zagrał ani minuty.

A „zamiast” Jerzego Dudka – Łukasz Fabiań­ski. Tu plot­ko­wano, choć zazna­czam, nie wiem, ile w tym prawdy, że Osuch chciał się zwią­zać umową z „Fabia­nem” i prze­pro­wa­dzić jego trans­fer za gra­nicę. Wąt­pli­wo­ści budziło też zabra­nie na mun­dial Darka Dudki.

To był kolejny pod­opieczny Osu­cha, który też nie zagrał w eli­mi­na­cjach choćby minuty.

„Zamiast” regu­lar­nie powo­ły­wa­nego przez Janasa Tomka Kłosa.

Selek­cjo­ner, Osuch, Dudka i Fabiań­ski byli mocno zwią­zani z Wiel­ko­pol­ską i Wron­kami. Przy­pa­dek?

Żeby nie było nie­do­mó­wień. Chło­pa­kom mogłem tylko pogra­tu­lo­wać, prze­cież sami się nie powo­łali. Trudno mieć do nich jakie­kol­wiek pre­ten­sje, tym bar­dziej że wtedy byli na początku swo­jej przy­gody z piłką.

Spo­tka­łeś się z Jana­sem już po tych powo­ła­niach?

Dopiero w 2018 roku, gdy obaj zosta­li­śmy eks­per­tami TVP pod­czas mistrzostw świata w Rosji. Wcze­śniej mija­li­śmy się na jakichś uro­czy­sto­ściach pił­kar­skich, ale bez kon­taktu. Zetknę­li­śmy się po prze­ciw­nych stro­nach bary­kady, gdy u schyłku kariery byłem napast­ni­kiem Jagiel­lo­nii, a on tre­ne­rem war­szaw­skiej Polo­nii.

Mecz w Bia­łym­stoku był twoją małą zemstą.

Wygra­li­śmy 1:0. Nie ukry­wam, mia­łem satys­fak­cję z kilku powo­dów. Wtedy wal­czy­łem z kon­tu­zją. Na nogi przez dwa dni sta­wiał mnie, nie po raz pierw­szy, bio­ener­go­te­ra­peuta Adam Gocel. Doku­czał mi mię­sień dwu­głowy. Ogry­wa­jąc Polo­nię, wsko­czy­li­śmy na pierw­sze miej­sce w tabeli, co dla Jagi zna­czyło bar­dzo dużo.

Tre­ner Michał Pro­bierz chciał zasto­so­wać for­tel, posy­ła­jąc mnie do gry w pod­sta­wo­wym skła­dzie. Ja wola­łem wejść w dru­giej poło­wie, bo noga bolała. Pro­bierz przy­tom­nie tłu­ma­czył: „Wej­dziesz po godzi­nie, noga się ode­zwie, nie dasz rady i będziesz musiał zejść, stracę dwie zmiany. Jeśli zagrasz od początku i doznasz urazu w pierw­szej czę­ści, stracę ewen­tu­al­nie jedną”. Osta­tecz­nie posta­no­wi­li­śmy zre­ali­zo­wać mój sce­na­riusz i zazna­czy­łem, że pocze­kam na swoją oka­zję, a do tego momentu nie będę robił ryzy­kow­nych wejść.

No i chwilę przed koń­cem meczu speł­niło się!

Piłkę dorzu­cił Franck Essomba. Odsko­czyła mi nieco, jed­nak ją dopa­dłem i leżąc, wbi­łem w kozioł. Prze­le­ciała nad Seba­stia­nem Przy­row­skim. 1:0!

To był mój sie­dem­na­sty gol w sie­dem­na­stym meczu prze­ciwko Polo­nii. Oj, leżał mi ten klub. Ale oczy­wi­ście naj­więk­szą frajdę mia­łem z tego, któ­remu tre­ne­rowi w tam­tym dniu zepsu­łem humor. Gol, wygrana, lider. Scho­dzą­cego z boiska Janasa kibice okrut­nie zelżyli. Wszy­scy pamię­tali świń­stwo, które mi zro­bił…

W 2018 w tele­wi­zyj­nym stu­diu tro­chę poroz­ma­wia­li­śmy, wybit­nie kur­tu­azyj­nie, o pogo­dzie. O mistrzo­stwa nie pyta­łem, bo wie­dzia­łem wszystko o tak zwa­nym tro­pie wiel­ko­pol­skim. Reży­ser pro­gramu lojal­nie zadał mi pyta­nie, czy ma coś robić, byśmy na sie­bie nie wpa­dli. Powie­dzia­łem, że nie.

Czas leczy rany?

W tam­tym wypadku – nie. To była jedyna oka­zja, bym wziął udział w mistrzo­stwach świata. A co to ozna­cza dla pił­ka­rza, tłu­ma­czyć nie muszę. Prze­cież po roz­mo­wach z tre­ne­rami Jac­kiem Kazi­mier­skim oraz Macie­jem Skorżą została usta­lona lista 23 pił­ka­rzy na mun­dial. A Janas w tele­wi­zyj­nym show ogło­sił inną. Miał prawo, ale po co robił cyrk z naradą ze swo­imi współ­pra­cow­ni­kami, skoro ich zda­nia osta­tecz­nie nic nie zna­czyły? Jego współ­pra­cow­ni­kom, Mać­kowi Skorży czy Edwar­dowi Klej­din­stowi, też nie podo­bała się ta burza przed mun­dialem.

Skorża nie zapo­mniał two­jego wkładu w awans Pol­ski do mistrzostw.

Przed meczem z Ekwa­do­rem wysłał mi SMS, mniej wię­cej takiej tre­ści: „Dzię­kuję ci, Tomek, za wszystko. To dzięki tobie tu jeste­śmy. Pozdra­wiam”. Do niego nie mam pre­ten­sji. Po powo­ła­niach podał się do dymi­sji, ale podobno powie­dzieli mu: „Co ty robisz?! Masz małe dzieci”. Wystra­szył się i został. Pił­ka­rze też nie mogli za bar­dzo kry­ty­ko­wać decy­zji Janasa. Nie chcieli robić jesz­cze więk­szego fer­mentu. W pry­wat­nych roz­mo­wach pod­kre­ślali, że nie rozu­mieją tej decy­zji, ale bali się wychy­lić. Spo­tka­li­śmy się w Kra­ko­wie przy drinku z Szym­ko­wia­kiem, Kosow­skim i Żuraw­skim. Patrzyli na mnie i nie wie­dzieli, co powie­dzieć. Byli w cięż­kim szoku. Ofi­cjal­nie sta­rali się trzy­mać stronę Janasa i nie kry­ty­ko­wali go, ale prze­cież znamy się z Wisły jak łyse konie.

A w ostat­niej chwili wypadł ze składu Damian Goraw­ski. W dziw­nych oko­licz­no­ściach. Ktoś do mnie zadzwo­nił, że na zgru­po­wa­nie przy­je­chał Bar­tosz Bosacki. Czyli, uzna­łem, wypadł jakiś sto­per: Jop, Mariusz Lewan­dow­ski albo Jacek Bąk. Zaraz się dowie­dzia­łem, że to Mariusz Jop, ze względu na złe wyniki badań. Nie chciało mi się w to wie­rzyć, bo wtedy miał zdro­wie jak koń, zresztą cza­sami tak na niego mówi­li­śmy. Zadzwo­ni­łem więc do „Jopika”. Odbiera jego żona Ania, a ja mówię:

– Hejka! I co? Nie jedzie?

– No nie jedzie.

Pytam, z jakiego powodu.

– Mariusz mówi, że u Damiana coś wykryli.

– To jed­nak cho­dzi o „Gorę”, a nie o Mariu­sza?

– No tak.

Ale dla­czego Janas dowo­łał aku­rat sto­pera Bartka Bosac­kiego, który roze­grał prze­ciętny sezon w pol­skiej lidze i sam się pew­nie zdzi­wił powo­ła­niem? A kto strze­lił zwy­cię­skie gole w meczu z Kosta­ryką? Oba „Bosy”. Czapki z głów.

Brak powo­ła­nia spra­wił, że sta­łem się bar­dzo popu­larny. Zyska­łem sym­pa­tię ludzi, któ­rzy nie potra­fili zro­zu­mieć decy­zji Janasa. Zda­rza się, że pytają jesz­cze dziś. A minęło 15 lat!

Mun­dial poka­zał, że ci, co mieli cią­gnąć wózek, wcale go nie pocią­gnęli.

Widocz­nie potrze­bo­wali kogoś takiego jak ja w eli­mi­na­cjach. Sami nie dawali rady z Walią, z Austrią, aż wszedł ktoś, kto ich natchnął wiarą, dodał mocy, strze­lił bramkę. Na tym mun­dialu takim pił­ka­rzem mógł zostać Ire­ne­usz Jeleń. Wszedł jako rezer­wowy. Tu strze­lił w poprzeczkę, tam faj­nie pod­łą­czył się w meczu z Niem­cami czy Kosta­ryką, ale gola nie strze­lił. Gdyby zdo­był choć na 1:2 z Ekwa­do­rem czy coś z Niem­cami, można byłoby mówić, że w jakimś sen­sie mnie zastą­pił. Ale tego, nie­stety, nie zro­bił.

A boha­te­rem został wła­śnie powo­łany przy­pad­kiem Bosacki, zdo­bywca dwóch goli z Kosta­ryką.

Naj­bar­dziej było żal tych milio­nów zawie­dzio­nych kibi­ców. Śred­nio mecze repre­zen­ta­cji ogląda w tele­wi­zji po pięć, sześć milio­nów, a spo­tka­nie z Niem­cami zoba­czyło chyba dwa­na­ście. Ludzie pew­nie nasta­wiali się na fajny, ofen­sywny fut­bol, a tu nic z tego. Zresztą już po meczu z Ekwa­do­rem część pił­ka­rzy miała fatalne rela­cje z Jana­sem, więc cudów nie można było się spo­dzie­wać.

DZIE­CIAK Z OSIE­DLA PIA­STA

Mały Tomek spra­wiał rodzi­com kło­poty?

Chyba tak bo zamon­to­wano kraty w oknach naszego miesz­ka­nia… Mama wspo­mi­nała, że jak była w ciąży, na nic nie narze­kała. Tyle że to nie była moja zasługa, a tego, że ludzie byli bar­dziej zahar­to­wani w tam­tych, nie­zbyt łatwych latach 70.

– Musia­łam uro­dzić, to uro­dzi­łam! Trzeba było w kółko pie­lu­chy prać i pra­so­wać? A co to za pro­blem? Nic mi nie prze­szka­dzało – wspo­mi­nała. Jeśli w życiu poja­wiały się prze­ciw­no­ści, wal­czyła z nimi i pod­kre­ślała za każ­dym razem: – U mnie wszystko w porządku!

Nie zara­żała stre­sem wszyst­kich wokół, nie narze­kała. Przy­sze­dłem na świat 16 sierp­nia 1974 roku w Bia­łym­stoku. Dziś moja 70-let­nia mama bez względu na porę roku nie scho­dzi z roweru, a kon­dy­cję ma lep­szą niż nie­jedna czter­dzie­sto­latka.

Wiele razy roz­ma­wia­łem z twoją mamą Marią. Wycho­wała dwóch synów – cie­bie i Leszka, ale marzyła też o córce. „Moi chłopcy – kochani, wia­domo, ale ani się obej­rza­łam, a już z domu wyfru­nęli. Sąsie­dzi nawet kie­dyś zapy­tali: «A u was jesz­cze jest Tomek? Bo ni­gdy go nie widać». A Tomek jak zaczął w piłkę grać, to w ogóle go nie było. Mecze, wyjazdy, zgru­po­wa­nia, tur­nieje”. Ale wra­camy… Mawia się żar­tem, że przy­szli pił­ka­rze moc­niej kopią u mamy w brzuch?

W Kra­ko­wie poszli­śmy z żoną na film „U pana Boga za pie­cem”. A tam leci tekst: „Posłu­chaj, jak kopie, może go do Jagiel­lo­nii zapi­szemy!?”. I wszy­scy w kinie w śmiech. Jeśli doszu­ki­wać się jakichś zna­ków zwia­stu­ją­cych, że zostanę pił­ka­rzem, to był nim zapach szatni. Gdy się uro­dzi­łem, zamiesz­ka­li­śmy u moich dziad­ków ze strony ojca w kamie­nicy przy ulicy Cie­płej, naprze­ciwko sta­dionu i hali Jagiel­lo­nii. Po póź­niej­szej prze­pro­wadzce ten zapach na­dal był przy mnie, bo zamiesz­ka­li­śmy przy ulicy Puła­skiego, sto metrów od… sta­dionu Gwar­dii Bia­ły­stok. No i jak tu nie zostać pił­ka­rzem?

Mia­łem sie­dem lat, gdy ojciec przy­niósł mi skó­rzaną piłkę. Pierw­sza praw­dziwa piłka! Ależ to była radość. Sta­łem się kimś waż­nym na podwórku. Starsi kole­dzy dzie­się­cio-, pięt­na­sto­letni brali mnie, a jesz­cze chęt­niej moją piłkę do gra­nia. Goli jed­nak nie strze­la­łem, bo naj­młod­szego sta­wiano na bramce. Byłem dość zwinny, co pozwa­lało na udane parady. Czę­sto cho­dzi­łem kosz­mar­nie odra­pany, bo gdy sytu­acja tego wyma­gała, boha­ter­sko rzu­ca­łem się na beto­nowe boisko. A póź­niej, kiedy gra­łem już z rówie­śni­kami, nie musia­łem stać na bramce, trudno było zna­leźć lep­szego w kla­sie i na podwórku. Potra­fi­łem kiw­nąć sze­ściu, ośmiu kum­pli z rzędu. Gdy gra­li­śmy klasa na klasę, mojej dru­ży­nie nie szło tylko wtedy, jak nie mogłem przyjść. Kiedy gra­łem, nie było na nas moc­nych. Przy­naj­mniej na osie­dlu.

Wie­rzę, bo widzia­łem.

Wiel­kie emo­cje budziły też mecze blok na blok. Moją dru­żynę two­rzyli głów­nie ci, co już tre­no­wali w Jagiel­lo­nii. Prze­ciw­nicy z sąsied­nich podwó­rek – we Włók­nia­rzu lub Gwar­dii. Mie­li­śmy też ulu­bioną zabawę „Pierw­sza minuta – pierw­szy strzał”. Z grub­sza cho­dziło o to, że przez pierw­szą minutę było się bram­ka­rzem, a w dru­giej napast­ni­kiem. Raz więc na bramkę strze­lał Zbi­gniew Boniek, a po chwili sta­wał na niej Tho­mas N’Kono. Póź­niej bro­nił Józef Mły­nar­czyk, a strze­lał Roger Milla. Był 1982 rok, mistrzo­stwa świata w Hisz­pa­nii, w któ­rych Polacy tra­fili w gru­pie na Kame­run. Każdy chciał być Boń­kiem, Latą lub Smo­lar­kiem.

W końcu jed­nak mia­łem pro­blem ze zna­le­zie­niem kum­pli do gry. Bo ja chcia­łem grać całymi dniami, a oni po dwóch godzi­nach sia­dali ze zmę­cze­nia. Mając osiem lat, udało mi się pod­bić piłkę dwa­dzie­ścia pięć razy. Do tego wyniku nikt się wtedy nie zbli­żył. W szó­stej kla­sie tych pod­bić zro­bi­łem 600. W tej sztuce lekko dep­tał mi po pię­tach tylko Andrzej Sazo­no­wicz, który póź­niej tra­fił do Legii.

W domu rzą­dziła mama czy tato?

Zależy. Od wie­lo­go­dzin­nego gra­nia przed blo­kiem mógł mnie ode­rwać tylko dono­śny głos mamy. Wystar­czyło, że krzyk­nęła z okna: Tomek!!! I już bie­głem do domu. Z mamą nie było żar­tów. Ale w domu raczej rzą­dził tato. Trzy lata po mnie mama uro­dziła Leszka. Dzięki niemu szybko zosta­łem boha­te­rem. Pod­czas waka­cji u babci na wsi trzy­letni Leszek biegł za samo­cho­dem, któ­rym odje­chał tato, i wpadł do szamba. Jakieś nad­przy­ro­dzone siły spra­wiły, że udało mi się go chwy­cić za czu­prynę. Wydzie­ra­łem się: maaamaa! maamaa! Usły­szała, przy­bie­gła z pomocą, wycią­ga­jąc go z cuch­ną­cego ścieku. A rok 1978 był dla naszej rodziny wyjąt­kowy. Dosta­li­śmy upra­gnione miesz­ka­nie. Na bia­ło­stoc­kim osie­dlu Pia­sta przy ulicy Stą­pora, dzi­siaj Mieszka I. Miesz­ka­nie nowe, w bloku z wiel­kiej płyty. „Już” po czte­rech latach docze­ka­li­śmy się tele­fonu.

Ojciec?

Był tak­sów­ka­rzem, numer boczny auta pamię­tam do dziś – 291. Bar­dzo obrotny czło­wiek, jak to się mówiło – wszę­dzie miał chody. Na przy­kład w skle­pie har­cer­skim, gdzie spod lady można było kupić sprzęt spor­towy. Jak przy­stało na głowę rodziny, to on zarzą­dzał domo­wym budże­tem. Zda­rzało się, że ludzie, któ­rzy czę­sto jeź­dzili z nim tak­sówką, pła­cili jaki­miś sta­rymi, war­to­ścio­wymi mone­tami. Póź­niej tato mógł je z zyskiem sprze­dać pod Pewek­sem lub korzyst­nie zamie­nić. „Srebr­ni­kami” zain­te­re­so­wał się kie­dyś brat, w zda­wa­łoby się szla­chet­nej spra­wie… Tuż przed Gwiazdką Leszek poszedł na bazar przy ulicy Bema spra­wić mi pre­zent. Wybrał zega­rek marki Seiko. Cudo, elek­tro­niczny, z kil­koma muzycz­kami. Sęk w tym, że Leszek zapła­cił za ten świą­teczny poda­rek ojcow­skimi „srebr­ni­kami”. Na doda­tek jak wra­cał do domu, wyło­żył się na chod­niku i w zegarku pękła bran­so­letka. Wrę­czył mi go bez bran­so­letki, ale i tak byłem zachwy­cony, bo któż nie chciał mieć takiego zegarka, choćby w kie­szeni? Świą­teczna atmos­fera pry­sła następ­nego dnia, kiedy mama zauwa­żyła brak monet.

– Z pięt­na­stu cztery znik­nęły. Gdzie reszta? – zapy­tała nas.

– Ja nie wzią­łem – powie­dzia­łem zgod­nie z prawdą.

– Ja też nie – skła­mał Leszek. Po krót­kim docho­dze­niu przy­znał się. Byłem lekko wzru­szony bra­ter­skim poświę­ce­niem, ale mama nie była skłonna do sen­ty­men­tów w tej spra­wie. W ruch poszedł kabel od magne­to­fonu, dyżurna dys­cy­plinka mamy. Gdy nad­cho­dził atak, sta­ra­li­śmy się zła­pać ten kabel, a nie­kiedy widząc, że wyko­na­nie wyroku jest tuż, tuż – scho­wać go. Ale mama prze­zor­nie miała zapasy – na przy­kład kabel od pro­diża.

Była surow­sza od taty?

Znacz­nie bar­dziej oba­wia­li­śmy się jej niż ojca. On rzadko się dener­wo­wał. Wła­ści­wie nie pamię­tam, by choć raz porząd­nie mi przy­lał. Nawet gdy pew­nego razu ostro nawy­wi­ja­łem u babci. Chcia­łem wycią­gnąć szklankę z regału. Naj­pro­ściej byłoby popro­sić bab­cię, ale jej aku­rat nie było w domu. Trzeba było wspiąć się na pierw­szy seg­ment mebla i z wyż­szej półki wyjąć tę szklankę. A po wszyst­kim zeskok na pod­łogę. Przy­naj­mniej taki był plan… Ale wdra­py­wa­łem się w stroju kow­boja. Mia­łem na sobie kape­lusz, pas z nabo­jami i obo­wiąz­kowo kami­zelkę. Nie zauwa­ży­łem, że zeska­ku­jąc, zaha­czy­łem nią o uchwyt, a ze mną „zesko­czył” cały regał ze szklan­kami, tale­rzami, zastawą sto­łową. Łubudu! Wszystko runęło na mnie. Z Lesz­kiem, który przy­biegł zoba­czyć przy­czynę trzę­sie­nia ziemi, ze stra­chu scho­wa­li­śmy się pod stół. Nie minęło pięć minut, jak wró­ciła bab­cia, a na pod­ło­dze same sko­rupy. Naj­pierw jęk­nęła: „O mój Boże!”, ale że była bar­dzo krzy­kliwą kobietą, roz­wrzesz­czała się i dawaj szu­kać nas po domu.

Zna­la­zła?

Szczę­śli­wie nie tak szybko, bo stół był przy­kryty długą ceratą, a póź­niej jej prze­szło… Innym razem, u dru­giej babci, tej miesz­ka­ją­cej na wsi, posta­no­wi­łem zoba­czyć, jak je koń. Nie spodo­bało mu się chyba, że zaglą­dam mu „w miskę” i ugryzł mnie w… klatę. Zabo­lało, bo byłem w let­niej koszulce. Na szczę­ście skoń­czyło się na zdar­tej skó­rze. Strach szybko minął, ale w szkole, a to była pierw­sza klasa, przez chwilę robi­łem za boha­tera. Prę­ży­łem się z dumy, bo prze­cież nikt nie mógł się pochwa­lić, że ugryzł go koń.

W rodzin­nym domu Fran­kow­skich było bied­nie, bogato, prze­cięt­nie?

W cza­sach komuny tak jak u więk­szo­ści i u nas się nie prze­le­wało, lecz dzięki zarad­no­ści ojca biedy nie zazna­li­śmy. Od szwa­grów czy kuzy­nów ze wsi przy­wo­ził kury, które mama patro­szyła. Zwie­wa­li­śmy z Lesz­kiem na podwó­rze, bo w całym domu śmier­działo jak dia­bli. Ale póź­niej ze sma­kiem zaja­dało się kur­czaka na nie­dzielny obiad. Ojciec spra­wie­dli­wie dzie­lił „dary” ze wsi. Gdy udało mu się zała­twić powiedzmy świ­niaka, dzie­lił go mię­dzy sie­bie i dwóch młod­szych braci (mama miała mu to tro­chę za złe).

Mama była kel­nerką w bia­ło­stoc­kiej restau­ra­cji „Turo­blanka”. Czę­sto prze­sia­dy­wa­łem w tej knajpce „na kuchni”. Nie­raz zja­dło się obiad za friko. Wtedy to nie było byle co, bo prze­cież nie­mal wszystko kupo­wało się na kartki. Pamię­tam, że po te kartki bie­ga­łem do Spół­dzielni Miesz­ka­nio­wej „Zachęta”. Odbie­ra­łem je też za dziadka, który miesz­kał w pod­bia­ło­stoc­kim Supra­ślu, ale u nas był zamel­do­wany.

Dziad­ko­wie i bab­cie to dla dzieci czę­sto bar­dzo ważne osoby.

Lubi­łem odwie­dzać obie bab­cie. U tej, która miesz­kała tuż przy sta­dio­nie Jagiel­lo­nii, zawsze można było pograć na placu w piłkę. Pewną nie­do­god­no­ścią, zwłasz­cza zimą, była ubi­ka­cja na podwórku, ale kto by na to narze­kał? Gdy trzeba było przy­nieść węgla do domu, z zębami zaci­śnię­tymi z wysiłku tar­ga­łem pełne wia­dro. Z cie­ka­wo­ścią i dresz­czy­kiem emo­cji zaglą­da­łem na strych. Było to tajem­ni­cze, wręcz magiczne miej­sce. Ciemne, zasta­wione sta­rymi meblami pokry­tymi paję­czy­nami. Zaglą­da­łem tam ukrad­kiem i bły­ska­wicz­nie zwie­wa­łem na dół. Jak mia­łem trzy lata, spa­dłem ze stro­mych, drew­nia­nych scho­dów. Mama się wystra­szyła, bo po tym wypadku przez kilka mie­sięcy nic nie mówi­łem.

Po latach, gdy przy­cho­dzi­łem do babci, wciąż mia­łem tych samych kole­gów. Wspól­nie wybie­ra­li­śmy się na drugą stronę ulicy, na mecze Jagiel­lo­nii. By nie kupo­wać bile­tów, zakra­da­li­śmy się na try­buny od strony rzeki Białki. Prze­ła­zi­li­śmy po rurach cie­płow­ni­czych i szyb­ciutko wci­ska­li­śmy się mię­dzy ludzi na try­bu­nach. Nato­miast u tej babci, która miesz­kała na wsi, naj­więk­szymi atrak­cjami były skoki w sto­dole na siano. Wdra­py­wało się na naj­wyż­szą stertę i zeska­ki­wało na mniej­szą. Doglą­dało się zwie­rza­ków, a po wykop­kach buszo­wa­li­śmy w piw­nicy przy oka­zji roz­ła­do­wy­wa­nia kar­to­fli z fur­manki.

Osiem lat miesz­ka­li­śmy na osie­dlu Pia­sta, na blo­ko­wi­sku. Kło­poty zdro­wotne taty spra­wiły, że z miesz­ka­nia na trze­cim pię­trze musie­li­śmy się prze­pro­wa­dzić do domku. To ulica Pusta na osie­dlu Wygoda. W tym domu mama mieszka do dziś.

Na co cho­ro­wał tato?

Zaczęła dawać mu się we znaki praca tak­sów­ka­rza. Brak ruchu, kil­ka­na­ście godzin za kół­kiem, czę­sto całymi nocami, posiłki nad ranem, czę­sto zbyt obfite. Gene­ral­nie nie­re­gu­larny tryb życia spra­wił, że mimo iż nie palił i nie nad­uży­wał alko­holu, dość czę­sto cho­ro­wał. W 1986 roku, wra­ca­jąc ze swo­imi braćmi z War­szawy, dostał wylewu. Prze­wie­ziono go do naj­bliż­szego szpi­tala – w Zambro­wie, a stam­tąd – do Bia­łe­go­stoku. Dopadł go czę­ściowy para­liż lewej strony ciała. Stra­cił wła­dzę w lewej ręce i nodze. Z par­te­ro­wego domku tato mógł o wła­snych siłach wyjść do ogrodu, ode­tchnąć świe­żym powie­trzem. Leka­rze zapo­wia­dali, że reha­bi­li­ta­cja po wyle­wie jest ciężka, żmudna. A gdy nie było zbyt widocz­nej poprawy, ojciec mie­wał zała­ma­nia ner­wowe, ponie­waż był w miarę mło­dym czło­wie­kiem, dobie­ga­ją­cym czter­dziestki. Gdyby w tam­tych cza­sach medy­cyna stała na dzi­siej­szym pozio­mie, tato być może żyłby dalej. Przez para­liż kon­takt z nim był utrud­niony. Ale zapa­mię­ta­łem go jako pogod­nego, faj­nego gościa…

Kiedy odszedł?

Zmarł w 1989 roku, po dawce sil­nych leków, które podano mu w szpi­talu. Mama przy­pusz­czała, że leka­rze popeł­nili błąd. Opo­wia­dała mi, że po śmierci ojca ordy­na­tor oddziału zamknęła się w gabi­ne­cie i nie chciała spoj­rzeć mamie w oczy… Mama potem już z nikim się nie zwią­zała. Szu­kała kogoś podob­nego do taty, swo­jej wiel­kiej miło­ści. Nie zna­la­zła. Jest tra­dy­cyjną kobietą. Zaan­ga­żo­wała się w dzia­łal­ność kościelną, śpie­wała w chó­rze, a od czasu do czasu wpła­cała co nieco ojcu Rydzy­kowi…

Iskrzy? Prze­cież poli­tycz­nie jesteś po dru­giej stro­nie bary­kady.

Sza­nuję poglądy mamy, jej opi­nię, lecz gło­su­jemy chyba ina­czej.

Do szkoły pod­sta­wo­wej, gdy miesz­ka­łeś jesz­cze w bloku, mia­łeś chyba naj­bli­żej z całej klasy.

Pod­sta­wówka numer 10, sąsia­do­wała z moim blo­kiem. Dzwo­nek na lek­cje sły­sza­łem w domu. Przez pierw­sze trzy lata byłem bar­dzo dobrym uczniem, a w płyn­no­ści czy­ta­nia nale­ża­łem do ści­słej kla­so­wej czo­łówki. Pamię­tam dokład­nie, że bar­dzo dobrze wypa­dłem w teście – czy­ta­niu na czas. Taki spraw­dzian prze­pro­wa­dziła wycho­waw­czyni w dru­giej kla­sie. Wygrał kla­sowy pry­mus Maciej Łuka­sie­wicz, który w minutę prze­czy­tał 120 słów, ja – o połowę mniej, lecz i tak dało mi to trze­cie miej­sce.

Mimo to czło­wiek nie­cier­pli­wie wycze­ki­wał ostat­niego dzwonka. Dzi­kim pędem do domu, tor­ni­ster w kąt i na boisko. A przy pospiesz­nym powro­cie do domu, czę­sto gdy było już ciemno, cza­sem wbie­ga­łem do miesz­ka­nia sąsia­dów na dru­gim pię­trze. W końcu mama poło­żyła obok drzwi cegłę. Pędzę po scho­dach, rzut okiem – cegły są? Są. OK, moje drzwi.

Po trze­ciej kla­sie skoń­czyły się jed­nak taśmowo zdo­by­wane piątki. Powód bar­dzo pro­sty – zaczą­łem pił­kar­skie tre­ningi w Jagiel­lo­nii.

Rodzice nie mieli nic prze­ciwko, bym cho­dził na tre­ningi. Wie­dzieli prze­cież, że piłka to moja wielka pasja. Tato zawsze znaj­do­wał czas, by mnie zawieźć i ode­brać z zajęć.

Wiel­kiego wyboru nie było.

Prze­ciw­nie! Oprócz Jagiel­lo­nii w Bia­łym­stoku dzia­łało kilka innych klu­bów z mnó­stwem dzie­cia­ków. Gwar­dia czy Włók­niarz. Klu­bowy tre­ner Jagi Miro­sław Moj­siuszko zor­ga­ni­zo­wał halowy tur­niej dla szkół pod­sta­wo­wych. Nasz nauczy­ciel wuefu Bog­dan Pio­trow­ski kazał mi, wyróż­nia­ją­cemu się pił­ka­rzowi, wybrać pięt­na­stu chło­pa­ków i podzie­lić ich na trzy piątki. Pierw­sza z nich miała być tą naj­moc­niej­szą. Tur­niej wygra­li­śmy śmiesz­nie łatwo. W finale poko­na­li­śmy dru­żynę, w któ­rej na bramce stał Daniel Bogusz, mój póź­niej­szy kum­pel z Jagi, znany przede wszyst­kim (ale już jako obrońca) z Widzewa i nie­miec­kiej Armi­nii Bie­le­feld. Z tur­nieju zabra­łem do domu dwa dyplomy (mam je do dziś): dla naj­lep­szego tech­nika i naj­sku­tecz­niej­szego strzelca.

Naszą zwy­cię­ską piątkę i wyróż­nia­ją­cych się chło­pa­ków z innych dru­żyn zapro­szono na tre­ningi do szkółki Jagiel­lo­nii. Tre­ne­rem, choć tylko na rok, został Moj­siuszko. Póź­niej odszedł do pracy z senio­rami Jagi. Zasta­na­wia­li­śmy się w szatni, kto u nas zosta­nie jego następcą. To był nasz pierw­szy poważny pro­blem zwią­zany z piłką. W końcu dowie­dzie­li­śmy się, że nowym szko­le­niow­cem będzie Ryszard Kara­lus. Mniej wię­cej w tym samym cza­sie do naszej dru­żyny przy­szedł z Włók­nia­rza Marek Citko. Któż mógł wtedy przy­pusz­czać, że wkrótce będziemy trzę­śli mło­dzie­żową piłką w całej Pol­sce!

PIŁ­KARZ W BIA­ŁYCH SAN­DAŁ­KACH

Pamię­tasz pierw­szy tur­niej? Bo chyba taka pierw­sza praw­dziwa rywa­li­za­cja to prze­ży­cie dla każ­dego mło­dego spor­towca.

Pierw­szy tur­niej nie był dla nas wiel­kim prze­ży­ciem. Prze­ży­ciem był 1 Maja, w tam­tych cza­sach hucz­nie obcho­dzone święto. My ubrani w piękne, nowe dresy masze­ro­wa­li­śmy w pocho­dzie z przodu grupy z tabliczką „Jagiel­lo­nia MKSB”. Dumni jak pawie. Czu­li­śmy się jak fut­bo­lowe sławy, a nie pił­kar­skie goło­wąsy.

Na pierw­szy obóz poje­cha­li­śmy w 1985 roku, do Sie­mia­tycz, 80 kilo­me­trów od Bia­łe­go­stoku. Tre­ner Kara­lus foro­wał mnie tro­chę, byłem jego pupi­lem. Chwa­lił za spryt na boisku, nazy­wał tygry­skiem i powta­rzał, że nie­zły ze mnie mate­riał na pił­ka­rza. Wie­czo­rem, już po ciszy noc­nej, tre­ner oglą­dał „Spor­tową nie­dzielę”, a my zakra­da­li­śmy się pod­glą­dać wyniki ligowe. Jeśli dopi­sy­wało szczę­ście, udało się, choć z duszą na ramie­niu, zoba­czyć skróty meczów eks­tra­klasy.

Po raz pierw­szy bez rodzi­ców. Trudno było znieść roz­łąkę?

W nie­dzielę nas odwie­dzali. Mie­li­śmy rado­chę, gdy Maciek Rokicki dostał arbuza, a to był wtedy rary­tas. Wszy­scy się rzu­cili z okrzy­kiem: daj kawa­łek! Maciek dziab­nął nożem, lecz nie w arbuza, a we wła­sną rękę i musiał jechać do szpi­tala. A ja naja­dłem się wstydu, bo kole­dzy okrut­nie się ze mnie naśmie­wali, gdy zoba­czyli, jaki pre­zent przy­wio­zła mi mama. Białe san­dałki, gumowe, które nada­wały się do pój­ścia na komu­nię, a nie do cho­dze­nia. Kiedy wyją­łem je z ple­caka, kole­dzy pła­kali ze śmie­chu. Nawet im nie mówi­łem, że to rodzina przy­słała mi je z USA… Scho­wa­łem je na dno ple­caka i już ni­gdy nie chcia­łem oglą­dać. Ale oprócz tych nie­szczę­snych san­dał­ków rodzice przy­wieźli małego brą­zo­wego ratlerka, który w prze­ci­wień­stwie do obcia­cho­wego obu­wia bar­dzo spodo­bał się kum­plom. Po kilku dniach zro­bi­łem kartę pły­wacką, choć jesz­cze pierw­szego dnia obozu potra­fi­łem jedy­nie trzy­mać się dra­binki i prze­bie­rać nogami w wodzie. W zasa­dzie każdy z nas wra­cał z Sie­mia­tycz z jakimś osią­gnię­ciem. Daniel Bogusz z Jac­kiem Chańką pobili rekord dru­żyny, poda­jąc w parze sto razy piłkę głową tak, by fut­bo­lówka nie dotknęła ziemi.

Pogo­dzić sport ze szkołą – wielu mło­dym łatwiej połą­czyć ogień z wodą.

Na boisku szło mi coraz lepiej, za to z „formą” w szkole dokład­nie na odwrót. Piątki szybko zamie­niły się w trójki. Co prawda były to trójki mocne, nie z lito­ści, ale jed­nak. Coraz czę­ściej wyjeż­dża­łem na tur­nieje, opusz­cza­łem lek­cje. A tu doszły jesz­cze trud­niej­sze przed­mioty: fizyka czy che­mia. Skła­mał­bym, że roz­pa­cza­łem z powodu słab­szych ocen. Piłka wszystko mi prze­sła­niała, a skoro odno­si­łem w niej małe, ale jed­nak suk­cesy, zjazd ocen nie był dla mnie pro­ble­mem.

A oprócz piłki docho­dziły jesz­cze jakieś podwór­kowe ucie­chy?

Dopiero póź­niej. W siód­mej kla­sie pod­sta­wówki po raz pierw­szy wybra­li­śmy się z kum­plami z klasy na piwo. Nie­wiele nam trzeba było… Już po jed­nym gra­na­cie, czyli cha­rak­te­ry­stycz­nej butelce, w któ­rej wów­czas sprze­da­wano piwo, zakrę­ciło mi się w gło­wie. Papie­ro­ski też popa­la­łem, ale z faj­kami było u mnie jak u pre­zy­denta Billa Clin­tona z trawką, nie zacią­ga­łem się. Pale­nie „rzu­ci­łem” jako 14-latek, gdy zro­biło mi się nie­do­brze po wypa­le­niu dwóch z rzędu men­to­lo­wych zefi­rów. Od tam­tego momentu sta­łem się abso­lut­nym wro­giem papie­ro­sów.

Z poważ­niej­szych występ­ków… Zda­rzało nam się coś zwę­dzić ze sklepu. Nie z biedy, a dla przy­gody. Śmia­li­śmy się z tych akcji, choć raz było groź­nie. Bar­dzo lubi­łem tru­skaw­ko­po­dobne dzi­wac­two, które nazy­wało się kre­mo­gen. To takie mocno zmro­żone lody o smaku tru­skawki. Wycho­dzi­łem ze sklepu z tym przy­sma­kiem, kiedy nie­stety przy­uwa­żyła mnie sprze­daw­czyni.

Dopa­dła cię?

– Chodź, chodź tu! – zawo­łała i popro­wa­dziła mnie na zaple­cze. Myśla­łem, że się spalę ze wstydu. Mia­łem do wyboru jedno z trzech wyjść:

– Baty, tele­fon na poli­cję czy tele­fon do rodzi­ców? – zapy­tała.

Mia­łem w kie­szeni pie­nią­dze, więc popro­si­łem, żeby po pro­stu pozwo­liła mi zapła­cić. Zaofe­ro­wa­łem nawet, że zapłacę za trzy, nie bio­rąc żad­nego.

– Nie! – burk­nęła.

– No to wybie­ram baty – powie­dzia­łem.

Stwier­dziła jed­nak, że bić mnie nie będzie i sko­rzy­sta z trze­ciej opcji, czyli tele­fonu do moich rodzi­ców. Ale Bóg nade mną czu­wał, bo ode­brała bab­cia. Po godzi­nie spo­cony ze stra­chu wró­ci­łem do domu.

– Dzwo­nili ze sklepu ze skargą, że chcia­łeś ukraść lody! – krzy­czała.

– Oj, bab­cia. To kole­żanki z klasy kawały robią – wyłga­łem się.

To była bar­dzo dobra nauczka. Od tam­tej pory nie pod­kra­dłem nawet wyka­łaczki.

Z kum­plami z klasy spryt­nie potra­fi­li­śmy też zor­ga­ni­zo­wać sobie dodat­kowy wolny czas. Ojciec Nor­berta Sko­czy­lasa był tre­ne­rem w Jagiel­lo­nii. Nor­bert pod­pro­wa­dzał mu papier klu­bowy opa­trzony pie­czątką. Wypi­sy­wa­li­śmy „prośbę” z klubu o zwol­nie­nie nas na, powiedzmy, dzie­się­cio­dniowy tur­niej w Zabrzu. I w tym cza­sie szkołę mie­li­śmy z głowy. A poświę­ce­nie nie­któ­rych kole­gów, by nie pisać kla­sówki, mocno pobu­dzało wyobraź­nię. Artur Kotala, sąsiad z klatki i kolega z klasy, wpadł na pomysł zagip­so­wa­nia sobie ręki, by unik­nąć pisa­nia spraw­dzianu. Gips pro­du­ko­wał w wan­nie. Jed­nak coś pokrę­cił z pro­por­cjami, bo nijak nie chciał wią­zać. Skoń­czyło się na tym, że Artur od stóp do głowy był umo­ru­sany na biało. No i plan szlag tra­fił.

Ale z pod­sta­wówki numer 10 na jakiś czas musia­łeś się prze­nieść.

Z powodu prze­pro­wadzki z bloku do domu, musia­łem prze­nieść się do Szkoły Pod­sta­wo­wej numer 8. Pamię­tam pierw­szy wuef z nowymi kole­gami. Jako ostat­niego wybrali mnie do dru­żyny. Ale zro­bili to tylko raz, póź­niej szar­pali się, by mieć mnie w swoim zespole. Nie­zbyt dobrze czu­łem się w nowej szkole i po roku wró­ci­łem do swo­jej „dzie­siątki”. Nie mogłem zna­leźć wspól­nego języka z chło­pa­kami z osie­dla Wygoda. Pia­sta to było Pia­sta. Wola­łem iść do szkoły pięt­na­ście minut zamiast minuty, ale być z kum­plami, któ­rych zna­łem od lat.

Pamię­tasz swoje pierw­sze „poważne” zawody?

Mun­dia­lito ’86 – taką nazwę miał tur­niej. Brały w nim udział dru­żyny osie­dlowe z jed­nej szkoły pod­sta­wo­wej. Moją two­rzyli ucznio­wie klas siód­mej i ósmej, ale był rodzy­nek z klasy szó­stej – Tomek Fran­kow­ski. Wygra­li­śmy bia­ło­stoc­kie eli­mi­na­cje i mogli­śmy się pako­wać do wyjazdu na finał do Olsz­tyna, w któ­rym brało udział dwa­na­ście naj­lep­szych dru­żyn w kraju. Kiep­sko nam poszło. Prze­gra­li­śmy nie­mal wszyst­kie mecze. Mia­łem jed­nak satys­fak­cję, bo zosta­łem kró­lem strzel­ców i dosta­łem nagrodę dla naj­młod­szego uczest­nika. Po powro­cie do Bia­łe­go­stoku – nie­spo­dzianka. Dyrek­cja posta­no­wiła, że za godne repre­zen­to­wa­nie szkoły nagro­dzi mnie i to w trak­cie uro­czy­sto­ści zakoń­cze­nia roku szkol­nego dla klas siód­mych i ósmych. Ale nie chciano wpu­ścić mnie do sali gim­na­stycz­nej, bo młod­sze rocz­niki miały zakoń­cze­nie póź­niej. Długo wyja­śnia­łem woź­nej, że przy­sze­dłem po nagrodę. Wpu­ściła. Z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­łem, kiedy pani dyrek­tor wyczyta moje nazwi­sko. W końcu! „Dla naj­lep­szego pił­ka­rza naszej szkoły mam zaszczyt wrę­czyć nagrodę za zdo­by­cie tytułu króla strzel­ców w tur­nieju w Olsz­ty­nie”. No i wysko­czy­łem na śro­dek sali. Blon­d­włosy, prze­jęty brzdąc dostał wiel­kie brawa, a w nagrodę: rakiety do bad­min­tona i bar­dzo popu­larną wów­czas torbę – chle­bak. I uścisk dłoni dyrek­cji. A moim rodzi­com zaocz­nie podzię­ko­wali sze­fo­wie Spół­dzielni Miesz­ka­nio­wej „Zachęta”, obecni na apelu. Oznaj­mili, iż mają bar­dzo uta­len­to­wa­nego syna. Gdy wsze­dłem do domu z nagro­dami i opo­wie­dzia­łem rodzi­com całą histo­rię, wyba­czyli mi tróje na świa­dec­twie. Tak piłka ura­to­wała mi skórę.

Porażkę w tur­nieju, choć osło­dzoną tytu­łem króla strzel­ców, szybko zaczą­łeś odbi­jać sobie z dru­żyną Jagiel­lo­nii.

Tak jest. Mie­li­śmy zespół, o któ­rym napi­sać, że o głowę umie­jęt­no­ściami prze­ra­stał rywali, to nic nie napi­sać… W tramp­ka­rzach i junio­rach czę­sto wygry­wa­li­śmy bar­dzo wysoko. Jak to w spo­rcie, porażki rów­nież się zda­rzały, choć spo­ra­dycz­nie. W finale Ogól­no­pol­skiej Spar­ta­kiady Mło­dzieży w 1991 roku spo­tka­li­śmy się z Kra­ko­wem. Dusi­li­śmy rywali przez cały mecz, pro­wa­dzi­li­śmy 1:0, ale w koń­cówce udało im się strze­lić dwa gole. Do końca spo­tka­nia trzy minuty, a my tra­cimy gola na 1:2. Wzna­wiamy grę od środka i wtedy sędzia Wit Żelazko…

Ten sędzia Żelazko?! Póź­niej arbi­ter mię­dzy­na­ro­dowy i eks­pert Canal+, a na końcu oskar­żony w afe­rze korup­cyj­nej?

Ten sam. I pan Wit mówi do mnie: – Hej, mały, idź­cie pod ich bramkę, to wam kar­nego gwizdnę, bo z taką grą nie zasłu­gu­je­cie na porażkę. Nie­stety, rywale szczel­nie zamu­ro­wali bramkę, nie mie­li­śmy szans prze­ci­snąć się na ich pole karne i z pomocy pana Żelazki nie potra­fi­li­śmy sko­rzy­stać. Ale we wcze­snej mło­do­ści piłka nie­zwy­kle rzadko zmu­szała mnie do łez. W końcu i one mi popły­nęły po policz­kach i to w naj­mniej spo­dzie­wa­nym momen­cie i z naj­mniej spo­dzie­wa­nej strony – po sło­wach tre­nera Ryszarda Kara­lusa. Pod­czas tre­ningu burk­nął pod nosem, że może Jagiel­lo­nia powinna wyku­pić mi obiady, bo coś chudo wyglą­dam.

I tak cię to zabo­lało?

Bar­dzo, a mia­łem 13 lat. Uzna­łem, że tre­ner uważa, iż moich rodzi­ców nie stać na jedze­nie. Wzią­łem to sobie tak do serca, że posta­no­wi­łem… zmie­nić klub. Tydzień nie tre­no­wa­łem. Potem poje­cha­łem zapi­sać się do Gwar­dii. Sie­dzia­łem z kum­plem na ławeczce pod szat­nią. Cze­ka­li­śmy na tre­ning w nowym klu­bie, a tu nagle wyjeż­dża zza rogu poma­rań­czowy fiat tre­nera Kara­lusa. „Co on tu robi?” – pomy­śla­łem. Wysiadł, zaga­dał do mnie, że wciąż na mnie liczy, a na koniec jakby od nie­chce­nia rzu­cił: – Wiesz, za dwa tygo­dnie jedziemy na tur­niej do Związku Radziec­kiego… Masz pasz­port?

Oczy mi się zaświe­ciły. Tur­niej zagra­niczny! Szybko zapo­mnia­łem o kon­flik­cie. Następ­nego dnia posze­dłem na tre­ning do swo­jej Jagiel­lo­nii.

I jak było za tą gra­nicą?

Dla mło­dego czło­wieka w PRL taki wyjazd był wiel­kim prze­ży­ciem. Już przy prze­kra­cza­niu gra­nicy w Grod­nie zro­biło się i śmieszno, i straszno. Tre­ner Kara­lus popro­sił, bym wziął jedną z jego toreb ze sprzę­tem spor­to­wym. Wcho­dzi cel­nik i pyta: – Co masz w tej tor­bie?

– Ubra­nia spor­towe. Buty pił­kar­skie – odpo­wia­dam. Otwo­rzył torbę, a tam kil­ka­dzie­siąt rów­niutko poukła­da­nych spód­ni­czek w kratkę.

– To twoje? – pyta cel­nik.

– Nie moje – pło­ną­łem ze wstydu.

– To czyje?

Na szczę­ście tre­ner przy­znał się, że to jego. Było tro­chę nie­przy­jem­no­ści, lecz osta­tecz­nie cel­nik też czło­wiek… Przy­mknął oko na rze­czy wie­zione „na han­del”.

Inna histo­ria. Powrót z obozu w Rydze. Pod­cho­dzimy całą dru­żyną do auto­karu, żeby wło­żyć torby do luku baga­żo­wego.

– Tam nie ma miej­sca – ostrzega nasz kie­rowca.

W środku auto­karu też nie było, ponie­waż… stały tam dwa motory! Oprócz nich kar­tony z tele­wi­zo­rami i sprzę­tem AGD. Dowie­dzie­li­śmy się, że bagaż­niki, do któ­rych chcie­li­śmy wło­żyć swój sprzęt, są zajęte przez kani­stry z ben­zyną, bo ją też opła­cało się przy­wieźć do Pol­ski. To wszystko nale­żało do tre­ne­rów i dzia­ła­czy. Tre­ner Kara­lus przede wszyst­kim był świet­nym szko­le­niow­cem, ale miał też zmysł do inte­re­sów i w biz­ne­sie odna­la­złby się bez pro­ble­mów. W tam­tych cza­sach wielu szko­le­niow­ców, a przede wszyst­kim dzia­ła­cze wyka­zy­wali się nie­złą smy­kałką do han­dlu.

A wy, junio­rzy, też pró­bo­wa­li­ście?

Kilku kole­gów z dru­żyny, mimo mło­dego wieku, dosko­nale sobie radziło. Ja prze­ciw­nie. Zda­rzało mi się zabrać dzie­sięć par spodni, co było śla­dową liczbą przy tym, co prze­wo­zili inni. Wio­złem deka­ty­zo­wane dżinsy o nazwie Mavin. Gdy dosta­li­śmy od tre­nera wolny ranek, więk­szość ruszyła na bazar, by kilka godzin postać, tar­gu­jąc się o jak naj­lep­szą cenę. Momen­tal­nie sprze­da­łem dżinsy. Dosta­łem połowę tego, co można było utar­go­wać.

Na zgru­po­wa­niu w Wil­nie w hote­lo­wym pokoju gra­łem z kolegą w piłkę. W pew­nym momen­cie pal­ną­łem ją za mocno i wybi­łem szybę. Na szczę­ście w oknach były po dwie. Dokład­nie posprzą­ta­li­śmy szkło. Jed­nak naza­jutrz sprzą­taczka zauwa­żyła nie­kom­pletne okno i donio­sła tre­ne­rowi. Był to ostatni dzień naszego pobytu, a ja spłu­kany musia­łem popro­sić kole­gów o zrzutkę. Zebra­łem 11 rubli. Szyba kosz­to­wała dzie­sięć. Zostało mi na lody cze­ko­la­dowe za 39 kopie­jek. Takie to były moje inte­resy.

Zresztą mało kto z kole­gów robił dużo lep­sze, może z wyjąt­kiem Marka Citki. Miał dryg do han­dlu nie mniej­szy niż do piłki. Pamię­tam, że zabrał na Litwę do prze­han­dlo­wa­nia kurtkę deka­ty­zo­waną (ja i kole­dzy gumy Donald). „Citek” powpi­nał w klapy tej kurtki znaczki popu­lar­nych zespo­łów – Depe­che Mode, Europe i żądał za nią zawrot­nej sumy – 350 rubli. Byli­śmy w szoku. Bo my, sprze­da­jąc gumy, ciu­ła­li­śmy po rublu i jeśli udało się nazbie­rać ze dwa­dzie­ścia, to czło­wiek miał rado­chę, że hej. A Marek sprze­dał ją chyba po trzech dniach za – oczy­wi­ście – 350 rubli i cały han­del miał z głowy.

Inne „prze­stęp­stwa” mło­dych pił­ka­rzy?

W lutym 1991 roku, w łotew­skim kuror­cie Lie­paja, tre­ner pozwo­lił nam wyjść na dys­ko­tekę. W końcu byli­śmy już star­szymi nasto­lat­kami. Przed wyj­ściem wypi­li­śmy co nieco na odwagę i – jak to się mówi – pod humo­rek. W pię­ciu roz­pra­co­wa­li­śmy butelkę wódki.

– Pocze­kaj­cie chwilkę, wypi­jemy jesz­cze na drugą nogę – pro­si­li­śmy „abs­ty­nen­tów” – Maćka Rokic­kiego i Piotrka Dobro­wol­skiego. Ale oni wyszli z pokoju. A raczej – chcieli wyjść, ale w drzwiach spo­tkali się twa­rzą w twarz z tre­ne­rem (który zapewne pod­słu­chi­wał)! Bogusz Bagiń­ski rzu­cił się do ucieczki i prze­mknął obok tre­nera. Zostało nas pię­ciu: Mar­cin Ponie­wo­zik, Krzy­siek Drą­gow­ski, Mariusz Pie­kar­ski, Seba­stian Koch­mań­ski, no i ja.

Druga butelka stała led­wie napo­częta. Ależ roz­pę­tała się awan­tura! Uczest­ni­kom przy­ję­cia tre­ner wypła­cił w twarz z otwar­tej ręki. W końcu obie­ca­li­śmy, że to pierw­szy i ostatni raz. Tre­ner powie­dział, że mi wie­rzy, resz­cie nie. Zakoń­czyło się poga­danką o zdra­dli­wym wpły­wie alko­holu na zdro­wie, szcze­gól­nie mło­dych ludzi. Szko­le­nio­wiec tro­chę ochło­nął, a nagle Pio­trek Dobro­wol­ski wypa­lił: „Wie tre­ner, tak pod humo­rek chcie­li­śmy”. I tre­ner znowu wpadł w szał.

Od tam­tego czasu, daję słowo, nie­wiele razy piłem wódkę. Na pewno na swoim weselu i może na dwóch wese­lach zna­jo­mych. Ale nie ze względu na mło­dzień­czą obiet­nicę. Wódka mi nie sma­kuje, pod­pi­suję się pod zda­niem usły­sza­nym kie­dyś od Toma­sza Hajty: „wódka jest ordy­narna!”. Zresztą każdy z nas marzył o zro­bie­niu kariery, a nie prze­tań­cze­niu talentu.

I wielu z waszej dru­żyny ten plan zre­ali­zo­wało.

Kibic piłki, ten nieco star­szy, pamięta, jak grali Daniel Bogusz, Jacek Chańko, Mariusz Pie­kar­ski, Bar­tosz Jur­kow­ski czy Marek Citko. Daniel był mistrzem Pol­ski z Widze­wem i grał w Lidze Mistrzów, o Marku wystar­czy napi­sać „cit­ko­ma­nia” i wszystko jasne. Wembley, gol z połowy prze­ciwko Atle­tico Madryt. Jacek tra­fił do Wer­deru Brema. Mariusz cza­ro­wał w Bra­zy­lii. Bar­tek był bar­dzo solid­nym ligow­cem.