Forced - Monika Magoska-Suchar - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Forced ebook i audiobook

Magoska-Suchar Monika

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

260 osób interesuje się tą książką

Opis

Nie miał nawet nazwiska. Teraz ma kogoś, kogo nie chce stracić.

Bezimienny jest jednym z najlepszych agentów FBI. Nie ma przeszłości ani nazwiska, do którego mógłby wrócić – tylko lojalność wobec agencji i rozkaz, którego niewykonanie oznacza śmierć. Jego misja nie ma marginesu błędu: musi zdobyć dowody przeciwko wiceprezydentowi USA zamieszanemu w handel ludźmi.

W samym sercu Waszyngtonu wikła się w zakazaną relację z Astrid Dulles, córką dyrektora FBI. Dziewczyna staje się pionkiem w politycznej grze, a Bezimienny musi wybierać między rozkazem a kobietą, którą zaczyna darzyć miłością. Gdy odkrywa kolejne warstwy spisku, poznaje także prawdę o własnym pochodzeniu sięgającą najwyższych szczebli władzy.

Czy w świecie, w którym każdy ma swoją cenę, uczucia mogą ocalić człowieka bez tożsamości?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 291

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 36 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Monika Chrzanowska, Adrian Rozenek

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Pełna zwrotów akcji historia🔥Kocham i polecam 🤌
00



Redaktorka prowadząca i wydawczyni: Ewelina Kapelewska

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Bożena Sęk

Projekt okładki: Wojciech Bryda

Zdjęcie na okładce: © Chansom Pantip; © Ortis;

© Nina / Stock.Adobe.com

Copyright © 2026 by Monika Magoska-Suchar

Copyright © 2026, Niegrzeczne Książki an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie I

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-847-8

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Nasze namiętności często stają się naszym nieszczęściem.

– Zygmunt Freud

BEZIMIENNY

– Dla kogo pracujesz?! – ryknął osiłek w kominiarce.

Nie odpowiedziałem.

– Dla kogo pracujesz?! – wrzasnął ponownie, tym razem siarczyście mnie policzkując.

Nie ruszyło mnie to w przeciwieństwie do niego. Mój brak reakcji wzniecił w oprawcy wściekłość, nad którą ten nie panował, okładając mnie po twarzy i brzuchu. Robił to najpierw pięściami, a potem pałką, powtarzając wciąż jedno i to samo pytanie.

Czułem w ustach krew, a w głowie zamroczenie, ale konsekwentnie milczałem. Wszelkie informacje, którymi dysponowałem, były u mnie bezpieczne, bo nie dało się mnie złamać. Nie istniał sposób, by je ode mnie wyciągnąć. Wolałem umrzeć, niż zdradzić.

– Odpowiadaj: dla kogo pracujesz, do chuja?! – darł się.

Jego gniew coraz bardziej mnie bawił. Postanowiłem powkurwiać go jeszcze trochę. Wymruczałem pod nosem kilka niezrozumiałych dla niego słów.

– Co ty tam bełkoczesz? – warknął.

Wymamrotałem ponownie zdanie, którego nie miał prawa dosłyszeć, przez co pochylił się nade mną i zbliżył twarz do mojej.

Na to czekałem.

Zaatakowałem znienacka, niczym wąż, wbijając zęby w odsłoniętą szyję mięśniaka, który wrzasnął boleśnie. Nie puszczałem go jednak, mimo że próbował się bronić i walczyć ze mną. I choć byłem przywiązany do krzesła, przez co nie miałem do dyspozycji rąk ani nóg, w tej chwili to ja zyskałem przewagę nad przeciwnikiem. Wgryzałem się w niego bezlitośnie; jego krew zalewała mi twarz, a jemu ubranie.

– Kurwa! Kurwaaa! Puszczaj mnie, zjebie! Ratunku, niech ktoś mi pomoże! – rzęził paker.

Gdybym mógł, śmiałbym się teraz na całe gardło, tak mnie bawiły jego rozpacz i słabość. Myślał, że jest kimś, tymczasem był cieniasem, jak oni wszyscy. Na tym świecie nie było godnych mnie antagonistów. Nikt mi nie dorównywał. Leszcze.

– Błagam… On mnie zabije… – charczał, wciąż bezskutecznie ze mną walcząc.

Miał rację. Zamierzałem go zabić.

– Dosyć! – Z otaczającego nas mroku dobiegł mnie stanowczy męski głos. Wydał się znajomy.

Chwilę później z ciemności wypadło kilku mężczyzn, których twarze zasłaniały kominiarki, tak samo jak oblicze przesłuchującego. Dopiero ich interwencja sprawiła, że musiałem go puścić. W ustach został mi płat jego skóry, który wyplułem im pod nogi. Nieszczęśnika, który charczał i wił się z bólu w ich ramionach, odciągnięto ode mnie, tymczasem w krąg światła wkroczył szpakowaty mężczyzna w eleganckim popielatym garniturze.

Nie pomyliłem się. Znałem skubańca! To był szef szefów.

– Pracodawca pyta pracownika o to, dla kogo ten pracuje – odezwałem się pierwszy, spluwając resztką tkanki, która zatrzymała mi się na zębach. – Jaki w tym sens? Chyba że FBI posądza mnie o zdradę. Jeśli tak, poddam się dalszym torturom, by wykazać swoją niewinność.

– Chciałem osobiście poznać legendę agencji, bo nie mieliśmy jeszcze okazji się spotkać przez pana ciągłe misje – zwrócił się do mnie elegant, w którym rozpoznałem Sama Dullesa, dyrektora FBI.

– Nie mógł mnie pan po prostu zaprosić do biura lub na piwo? – parsknąłem.

– To byłoby trywialne. A pan nie lubi nudy, czyż nie? – odparł, uśmiechając się lekko.

– Mam ADHD. Jestem uzależniony od adrenaliny i akcji. Macie moje papiery, wiecie o mnie wszystko – skomentowałem.

– Papiery da się podrobić. Ma pan w tym wprawę, dlatego nie uwierzę w nic, co jest tam napisane – odpowiedział dyrektor, poważniejąc.

Mogłem jedynie uśmiechnąć się szerzej na tę, jakkolwiek patrzyć, słuszną uwagę.

– Dlatego chciałem naocznie się przekonać, czy to, co o panu mówią, Bezimienny, to prawda – dodał.

– A co mówią? – udałem, że nie wiem.

– Niezłomny, niezniszczalny, nieugięty – wyliczał.

– Widać lubią mnie łączyć z wyrazami zaczynającymi się na literę „n” – zakpiłem.

– Fakt – odparł dyrektor. – I to nie tylko tymi nacechowanymi pozytywnie. Jest pan nieujarzmiony, nieokiełznany, nonszalancki i niesubordynowany.

– Nieprzewidywalność ułatwia życie w tym zawodzie i też jest na „n” – mruknąłem.

– Dzięki niej z pewnością jeszcze pan żyje, bo brał pan udział w najtrudniejszych misjach agencji. Tam, gdzie inni dawali ciała, pan zawsze wychodził obronną ręką i prowadził wszystko do celu oczekiwanego przez szefostwo pana wydziału – skomentował.

– Wystawia mi pan ocenę roczną? – zażartowałem, poruszając się znacząco na krześle, by przypomnieć mu, że wciąż jestem związany.

Dyrektor jednak kompletnie to zignorował.

– Raczej bieżącą – oznjamił. – Sprawdzam, czy nadaje się pan do projektu, który jest w tej chwili kluczowy dla naszej agencji.

– Czyli to rekrutacja? – odpowiedziałem pytaniem.

Słowo „projekt” mnie ożywiło. Dulles mnie zainteresował. Praca była moim życiem, a adrenalina jego katalizatorem. Płynęła mi w żyłach, bez niej nie umiałem funkcjonować. Nuda mnie zabijała. Ostatni miesiąc był ciężki, bo po zakończonym z sukcesem projekcie miałem przestój w zleceniach. Czekałem na ten moment jak na zbawienie. Dlatego pozwoliłem się porwać, choć mogłem bez problemu skutecznie się przed tym obronić. Wreszcie coś się działo i wreszcie pojawiła się na horyzoncie możliwość, że będzie się działo i w przyszłości. Idealnie!

– Coś w tym stylu – potwierdził ku mojej radości dyrektor.

– Mam nadzieję, że przeszedłem ją pomyślnie – odpowiedziałem, z trudem powstrzymując entuzjazm.

– Byłbym rozczarowany, gdyby było inaczej – wyznał mój rozmówca, na co uśmiechnąłem się szeroko. – Wykazał się pan godną pochwały postawą. Nie pisnął pan słowem o agencji, choć pana bito i przypalano papierosami. Jest pan silny i wytrzymały. Myślę, że idealnie się pan nada do moich celów.

Do jego celów? No proszę. Jeszcze nigdy żaden z dyrektorów FBI nie powierzał mi misji osobiście. Zawsze czynili to przez pośredników, by nikt nie łączył agencji z moją osobą i by nie zaszkodziło to mojej pracy pod przykrywką. A więc zadanie to musiało mieć wyjątkowy charakter, zwłaszcza że mężczyzna zwrócił się do ludzi, którzy towarzyszyli nam w mroku:

– Wyjdźcie.

Jeden z pakerów w kominiarce podszedł do niego i wyszeptał mu coś do ucha. Miał to nieszczęście, że umiałem czytać z ruchu warg, dlatego nim dyrektor zdążył mu odpowiedzieć, zrobiłem to za niego:

– Masz rację, kolego, jestem niebezpieczny, ale nie dla swoich.

Dulles uśmiechnął się przelotnie, po czym zwrócił się do obawiającego się o jego bezpieczeństwo człowieka:

– Słyszałeś. Agent Bezimienny nic mi nie zrobi, a ja muszę porozmawiać z nim w cztery oczy.

Mężczyzna przez chwilę się wahał, ale w końcu posłuchał rozkazu. Zawołał pozostałych i ruszył w ciemność, zapowiadając jeszcze, że w razie kłopotów czeka wraz z innymi za drzwiami. Po chwili zostaliśmy sami, jak sobie życzył dyrektor agencji.

– Tak lepiej – mruknął, po czym przyciągnął z ciemności krzesło i usiadł naprzeciwko mnie, zachowując przy tym jednak bezpieczną odległość.

– Boi się mnie pan – stwierdziłem.

– Byłbym idiotą, gdybym zaprzeczył – odparł, czym mnie ujął.

– Jak powiedziałem: swoim nie zagrażam – oświadczyłem.

– Pytanie, co pan rozumie pod pojęciem „swoi” – powiedział, patrząc na mnie badawczo. – W pracy agenta granica między tym, kto stoi po pana stronie a kto jest wrogiem, jest dość cienka i łatwo się może zatrzeć.

Zmrużyłem oczy.

– Rekrutacja trwa, jak widzę – podsumowałem.

On jednak nie potwierdził, tylko zapytał:

– Słyszał pan o próbie zamachu na mnie?

Skinąłem głową.

– Zalazł pan jakiemuś typowi mocno za skórę, skoro poważył się na to, by nasłać na pana mordercę – wyraziłem na głos swoje myśli.

– Ukryłem ten fakt przed opinią publiczną, ale widzę, że i tak jest pan na bieżąco – skomentował.

– Trzymam rękę na pulsie. Agencja to moje życie, moja rodzina i mój dom. Interesuje mnie wszystko, co jej dotyczy. Domyślam się też, że skoro sam pan nawiązał do tego, co się stało, to znak, że potrzebuje pan mojej pomocy, by się tym zająć, czyż nie? – Popatrzyłem na niego z wyzwaniem. Zależało mi na nowym zajęciu. Zabawa w kotka i myszkę mnie nie kręciła, wolałem od razu wiedzieć, w czym rzecz i czego oczekuje ode mnie przełożony.

– Inteligencja nie jest na „n” – odparł, uśmiechając się szeroko.

– Za to niecierpliwość już tak – stwierdziłem rozbawiony. – Co mam dla pana zrobić, szefie?

Dulles spoważniał.

– Wahałem się, ale po naszej rozmowie jestem przekonany, że jest pan jedyną osobą, która temu podoła – skomentował. – Jednak z góry zaznaczam, że nie będzie to łatwe zadanie i może wymagać od pana poświęcenia. Czy jest pan na nie gotowy?

Poświęcenia? Czy on kpił?

Byłem agentem od kilkunastu lat. Całe moje dorosłe życie pracowałem dla FBI. Właśnie ta robota sprawiła, że nie miałem rodziny ani znajomych. Byłem sam. Bo nawet gdy przybierając kolejne maski i udając osoby, którymi faktycznie nie byłem, zyskiwałem przyjaciół, było to jedynie na chwilę. Ktoś taki jak ja nie mógł mieć sentymentów, uczuć. Nie mógł mieć imienia, nazwiska ani przeszłości. Z jej bagażem nie mógłbym być dobrym agentem i dyrektor powinien zdawać sobie z tego sprawę bez względu na to, co zmyśliłem w swoich sfingowanych dokumentach dla agencji.

– Nie mam nic do stracenia – powiedziałem pewnie.

– Oby tak było, a pana wierność FBI trwała dalej, niezłomna i niezniszczalna, jak przed chwilą, gdy poddawałem pana próbie. – Wbił we mnie świdrujące spojrzenie.

On naprawdę nadal się wahał?

– Jeśli pan we mnie nie wierzy, niech pan szuka dalej – odezwałem się, tłumiąc irytację, którą nagle poczułem. – Ale myślę, że pan już szukał i zdaje pan sobie sprawę, że lepszego niż ja pan nie znajdzie. Świadczy o tym liczba moich zasług dla kraju i agencji. Proszę przedstawić mi zadanie. Chcę usłyszeć, czego dotyczy.

– Nie dał mi pan dokończyć – stwierdził po chwili milczenia Dulles. – Poświęcenie polega na tym, że jeśli przyjmie pan to zlecenie, odwrotu nie będzie. Dane są wrażliwe. Otrzymując je, zobowiązuje się pan wykonać zadanie. W przeciwnym razie czeka pana śmierć, bo będzie pan w posiadaniu informacji i materiałów, które mogą zaszkodzić Stanom Zjednoczonym. Rozumie pan powagę sytuacji? Stąd moje wahanie. Nie chcę narażać życia niewinnego człowieka. To może pana przerosnąć.

Musiałem się powstrzymać przed parsknięciem śmiechem.

– Wchodzę w to – stwierdziłem pewnie.

– Nie chce pan tego przemyśleć? – zdumiał się dyrektor. – Ta wiedza może pana kosztować głowę.

– Tym lepiej – odparłem.

– Jak to? – nadal dziwił się Dulles.

– To dodaje pikanterii zleceniu. Biorę je. Proszę mnie wdrożyć!

Tak. Byłem gotowy i na to czekałem. Im większe niebezpieczeństwo mi groziło, tym lepiej. Nuda zabijała. Wreszcie coś będzie się działo. Idealnie.

– Zacznę wierzyć w to ADHD – oznajmił dyrektor, rozpogadzając oblicze.

– Szaleństwo sprawia, że dobrze sobie radzę w tej robocie i wciąż jestem na tym padole – podsumowałem. – Inni już dawno nie dali rady. Mnie podnieca stres i zagrożenie. To moja dewiza, lepiej nie mógł pan trafić ze swoją sprawą.

– Dobrze, w takim razie przedstawię panu szczegóły, ale od tej pory, bez względu na to, co będzie pan myślał lub czuł do mnie i całej tej sprawy, nie może pan się rozmyślić czy zrezygnować z misji. Jest pan jej częścią i musi pan ją wypełnić lub polec w trakcie jej realizacji. Jeśli pan jej nie dopełni lub z jakiegoś powodu zrezygnuje, osobiście wpakuję panu kulkę w łeb, i to zanim zrobią to przestępcy, z którymi przyjdzie panu walczyć. Zrozumiano?

Nie musiał tego powtarzać, nie musiał straszyć. Ja wiedziałem już, że lepiej nie mogłem trafić. Lepszego zlecenia bym sobie nie wymarzył. Czułem, że czekałem na coś podobnego całe swoje życie i że to, co od teraz będzie moim udziałem, okaże się jazdą bez trzymanki. Ta zaś nakręcała mnie najbardziej.

– Co mam zrobić? – ponagliłem go.

– Najpierw podpisze pan umowę, w której zawarte są przedstawione przeze mnie przed chwilą warunki – odpowiedział, wskazując ruchem głowy na stojący w pobliżu drewniany stół.

– Proszę mnie zatem rozwiązać – zażądałem.

Dulles uśmiechnął się kpiarsko.

– Naprawdę chce pan, bym to zrobił? – zapytał.

W mig pojąłem aluzję. Nie chciałem. W czasie tortur udało mi się już na tyle poluzować więzy, że teraz bez najmniejszego problemu oswobodziłem się ze sznurów. Kiedy opadły na podłogę, wstałem z krzesła, rozprostowując obolałe członki i rozmasowując nadgarstki.

Dyrektor, choć nic nie mówił, wyglądał na ukontentowanego. Wyciągnął w moją stronę dłoń ze złotym piórem wiecznym. Przejąłem je i ruszyłem do stołu. Mój wzrok przemknął po umowie. Było w niej zawarte to, o czym przed chwilą mnie poinformował. Od powierzonej mi misji nie było odwrotu. Nie dało się z niej zrezygnować ani od niej uciec, inaczej skazywałem się na karę śmierci ze względu na wejście w posiadanie danych, które były wyjątkowo wrażliwe. Słyszałem o podobnych przypadkach. Agencja w wyjątkowych i bardzo rzadkich sytuacjach uciekała się do przemocy względem własnych agentów i umów tego typu.

A to mi się gratka trafiła. Czy mogłem się wahać?

Złożyłem zamaszysty podpis pod umową, jednak zamiast imienia i nazwiska zastosowałem kod liter i numerów, pod którymi kryła się moja tożsamość. Czy była prawdziwa i ta, z którą się urodziłem, to już inna kwestia, ale na pewno jedna z pierwszych…

– To mi się podoba – skomentował Dulles, wstając z miejsca i podchodząc do mnie. – Poszło szybciej i sprawniej, niż się spodziewałem.

– Zbędne analizy uprzykrzają życie – odpowiedziałem hardo. – Czego pan ode mnie oczekuje?

– Że doprowadzi pan do upadku osobę, która próbowała mnie sprzątnąć – stwierdził, krzywiąc się przy tym, jakby jadł cytrynę.

I tyle?!

Powiało nudą.

– Kto to taki? – zapytałem, starając się nie okazać mu swojego zawodu. Zabijanie na zlecenie nie zapowiadało niczego, czego bym do tej pory nie robił czy doświadczył. Poza tym takie zlecenie było jednorazowe, mało skomplikowane i krótkotrwałe, a ja liczyłem na misję z prawdziwego zdarzenia, wymagającą ode mnie wzniesienia się na wyżyny moich umiejętności i sprawdzenia się w absolutnie nowych warunkach. Nie byłem zadowolony z takiego obrotu spraw.

– Ktoś doskonale panu znany – odparł mój rozmówca, po czym spod umowy wyciągnął teczkę, którą pierwotnie wziąłem za podkładkę, i wręczył mi ją.

Otworzyłem ją i przejrzałem dokumenty.

– To mój cel? – spytałem zaskoczony. Zlecone mi zadanie mogło okazać się trudniejsze do wykonania, niż założyłem, a przez to znacznie ciekawsze!

– Owszem – przytaknął Dulles.

Wybałuszyłem na niego oczy.

– Chce pan, żebym zabił wiceprezydenta?!

Dyrektor zaprzeczył ruchem głowy.

– Oj tam, zaraz zabił – powiedział lekko rozbawiony. – To byłoby za proste. Śmierć jest jednorazowa. Zbyt krótko boli. Delikwent odchodzi z tego padołu i tyle, a ja chcę, by cierpiał długo i dotkliwie, nim to nastąpi.

Zmrużyłem oczy, wbijając w mężczyznę podejrzliwe spojrzenie.

– A więc to zemsta?

– Nie zaprzeczę – odpowiedział tajemniczo.

– Myślałem, że działam dla agencji, co zresztą zapisano w tej umowie. – Postukałem dłonią w podpisany przeze mnie papier. – Prywatnych zleceń nie przyjmuję. Moje czyny, nawet najbardziej krwawe, muszą mieć na celu dobro państwa i być przez to państwo aprobowane jako konieczność. Nie jestem najemnikiem ani prywatnym zabójcą, aby…

– Zawarł pan umowę z FBI, nie ze mną. Ja jedynie reprezentuję agencję – przerwał mi stanowczo Dulles. – Tak się po prostu składa, że interes państwa i agencji zbiegają się z moją prywatą.

Ta odpowiedź mnie satysfakcjonowała. Misja musiała mieć błogosławieństwo Stanów Zjednoczonych. Kłopotów poza nią i przez nią nie planowałem.

– Tak lepiej – mruknąłem. – Proszę mnie wdrażać dalej.

– Wiceprezydent stoi na czele największej w kraju grupy przestępczej zajmującej się handlem ludźmi – oświadczył.

No proszę. Robiło się coraz ciekawiej. Nie skomentowałem jednak tej rewelacji, pozwalając mężczyźnie się wygadać.

– Wysokie stanowisko sprawia, że jest poza wszelkimi podejrzeniami, a działalność jego grupy rozwija się w zawrotnym tempie i jest niewykrywalna. Czas to ukrócić.

– Dlaczego agencja nic z tym dotychczas nie zrobiła? – zainteresowałem się.

– Próbowała – odparł Dulles. – Niestety nasze działania spełzły na niczym. Za wiceprezydentem stoją ogromne międzynarodowe lobby, a także rzesze wyborców. Jak wiesz, mój poprzednik zginął kilka lat temu…

– W kuluarach się plotkuje, że został otruty – wszedłem mu w słowo.

– To nie plotka, a fakt. Za dużo wiedział. Dogrzebał się zbyt głęboko. Wiceprezydent to czubek piramidy złożonej z najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi Ameryki i świata. Dyrektor zapłacił życiem za swoją wiedzę. Niestety, ja również ją posiadłem, a oni już są tego świadomi.

– Stąd próba zamachu na pana.

– Owszem. Dlatego teraz czas na kontratak.

– I tu wkraczam ja – bardziej stwierdziłem, niż spytałem.

– Tutaj wkracza pan – przytaknął. – Ale nie jako morderca, jak pan sądził, tylko mój szpieg w domu wroga.

– Mam być podwójnym agentem? – doprecyzowałem.

– Idealnie pan to ujął. Ma się pan dostać w pobliże wiceprezydenta. Stać się jego prawą ręką i obserwować. Chcę namacalny dowód, że ten człowiek uczestniczy w procederze handlu ludźmi, bo jak na razie doskonale się z tym kamufluje.

– To może potrwać. Zbliżenie się do niego to jedno, pozyskanie jego zaufania to coś innego. Zdobycie informacji, na których panu zależy, trochę zajmie. Liczy się pan z tym?

– Jedyne, na co liczę, to pańska skuteczność w działaniu – zaznaczył stanowczo. – Muszę dorwać tego skurwiela i zrobić to na tyle szybko, by nie zdążył dorwać mnie pierwszy. Niech płaci za swoje zbrodnie i za to, że próbował podnieść rękę na mnie i moich bliskich. Infamia i sąd, który skaże go na dożywocie, będą najlepszymi z kar, jako wystraczająco bolesne dla kogoś z jego ego. Dlatego liczę, że pan do nich doprowadzi.

– Chyba nie mam wyjścia. – Uśmiechnąłem się, wskazując na umowę.

– Teraz na pewno nie – odparł poważnie Dulles. – W sprawę zamieszane są osoby rządzące Stanami Zjednoczonymi. To nie może wypłynąć bez dowodów. Do tego czasu sprawa jest ściśle tajna. Z nikim prócz mnie nie ma pan prawa o tym rozmawiać. Dla wiceprezydenta i jego otoczenia ma pan być wiernym sługą i zaufanym człowiekiem. Nikt nie może mieć wątpliwości co do pana intencji i lojalności względem niego.

– A co… jeśli pojawią się wątpliwości co do mojej lojalności względem agencji i pana? – zapytałem podchwytliwie.

– Takie ryzyko zawsze istnieje w pańskim zawodzie – skwitował. – Żeby dopiąć swego, agent może być zmuszony posunąć się nawet do zdrady, wszak cel uświęca środki, o czym pan powinien wiedzieć najlepiej.

Wiedziałem.

– Dorwę skurwysyna – zadeklarowałem.

– Gdybym w to wątpił, nie wybrałbym pana, Bezimienny – stwierdził Dulles wyraźnie ukontentowany moją postawą.

– Dzięki za zaufanie – mruknąłem.

– Od tej pory musi się pan trzymać z dala od agencji i ode mnie – pouczył mnie, choć doskonale znałem zasady. – Nikt nie może pana łączyć z FBI, a nade wszystko z moją osobą. Jest pan sam. Sam pan działa i sam musi pan sobie radzić w obliczu zagrożenia.

Skinąłem głową.

– Od zawsze jestem sam. Dziwne by było, gdybym nagle działał w duecie – parsknąłem, bo nie wyobrażałam sobie, że miałbym w czasie misji działać z ogonem. Odpowiedzialność za kogoś drugiego i piecza nad nim byłyby upierdliwe i na pewno utrudniałyby mi pracę, ograniczając swobodę. Dobrze, że Dulles nie wymyślił mi partnera. To byłoby straszne.

– Skoro wie pan już wszystko, proszę opuścić mój dom. Od tej pory nie jest pan już w nim mile widziany aż do czasu zakończenia zadania z sukcesem – oznajmił.

– Czy to znaczy, że pańscy ludzie będą dla mnie równie niemili, jak byli wcześniej? – zapytałem, błyskając zębami w demonicznym uśmiechu.

– Jeszcze panu mało atrakcji? – zapytał dyrektor z rozbawieniem.

– Nic nie nastraja mnie do działania skuteczniej niż zastrzyk adrenaliny – wyznałem wesoło.

Parsknął śmiechem, po czym odezwał się do miniaturowego mikrofonu umieszczonego w butonierce marynarki:

– Pan Bezimienny jest intruzem na terenie rezydencji. Złapcie go!

Ogarnęła mnie euforia. Uwielbiałem to.

– Dzięki – rzuciłem jeszcze przełożonemu, po czym podążyłem przez mrok w stronę ukrytych drzwi, gotując się do walki.

Nareszcie koniec marazmu! Znowu zacznę prawdziwie żyć!

Pchnąłem skrzydło, za którym czekała na mnie uzbrojona banda ochroniarzy Dullesa.

ASTRID

Nie przepadałam za tym miejscem. Powinnam się cieszyć, że wróciłam do świata luksusu, a do mojej dyspozycji była służba, ale przeszkadzał mi fakt, że nie czułam się tu swobodnie. Ceniłam sobie prywatność i samowystarczalność, które zapewniło mi studenckie życie w Londynie. Od dawna o nie walczyłam. Bycie na garnuszku bogatego ojca despoty nie wchodziło w grę. Zawsze pragnęłam być panią swojego życia. Nie zależało mi na pieniądzach, a na wolności, której tak bardzo brakowało mi w dzieciństwie. Szybko bowiem się przekonałam, że pieniądze szczęścia nie dają – znacznie cenniejszą wartością jest możliwość samostanowienia o sobie i niepodlegania rozkazom kogoś, komu jest się zmuszonym podlegać.

A ojciec uwielbiał rozkazywać. Wręcz kochał. Władza go hipnotyzowała. Ponieważ bogactwo już wywalczył, do niej dążył i jej pożądał. Do tego stopnia, że wybrał stanowisko szefa FBI, bo ono dawało mu możliwości na przyszłość. Od zawsze planował karierę polityczną, a ta funkcja miała być trampoliną do osiągnięcia celu. Przeliczył się tylko w jednej kwestii – bezpieczeństwa. Chyba nie zdawał sobie sprawy, jak niebezpieczna jest rola, którą pełnił. Tym samym sprowadził to niebezpieczeństwo nie tylko na siebie, ale i na mnie. I wcale mi się to nie podobało. Nie tyle jednak chodziło o strach, bo raczej nie należałam do lękliwych kobiet, ile o konieczność powtórnego zamieszkania z nim, wynikającą z próby ataku na niego, jaka miała ostatnio miejsce. Przez nią bowiem zostałam zmuszona do przeniesienia się do domu despoty i dostosowania do zasad, jakie panowały pod jego dachem. Nie podobało mi się to i wcale tego nie chciałam, wmawiałam więc sobie, że to dla mojego dobra i że jest to stan przejściowy.

Wytarłam się i owinęłam puszystym szlafrokiem. Ciepły prysznic nieco zregenerował moje ciało, ale do pełnego odstresowania było jeszcze daleko. Czekała mnie wymuszona kolacja z ojcem i jego wpływowymi znajomymi – bardzo niekomfortowa sytuacja dla mnie. On wciąż chciał się bawić ze mną w dom i udawać, że wszystko jest między nami w porządku, a także wrócić do czasów, gdy sprawował nade mną niepodzielną kontrolę.

Westchnęłam ciężko, po czym zwinęłam na głowie turban z ręcznika i wyszłam do sąsiadującej z łazienką sypialni. Na wielkim łóżku, przywodzącym na myśl łoże królewskie – tak, w domu ojca wszystko musiało być równie wielkie, jak jego ego! – leżały przygotowane, zapewne przez stylistkę, kreacje. Wszystkie szykowne, eleganckie i bardzo, ale to bardzo obcisłe, by podkreślić moje kobiece kształty. Ojciec chciał się mną chełpić, jakbym była jego trofeum.

Niedoczekanie.

Ruszyłam do walizki, z której wyciągnęłam koszulę i garniturowe spodnie. To był mój styl. Nie zamierzałam go zarzucać. Czasy, gdy ingerował w kwestie mojego ubioru, minęły bezpowrotnie.

Na szczęście…

Wróciłam do łóżka z własnymi ciuchami, po czym zrzuciłam szlafrok i ręcznik z głowy. Zdążyłam jednak tylko wciągnąć na biodra koronkowe figi, gdy drzwi do mojego pokoju się uchyliły i wślizgnął się przez nie wielki facet w czerni. Kiedy jego wzrok skrzyżował się z moim, mężczyzna zatrzymał się w pół kroku, wyraźnie rozważając, co zrobić. Już na pierwszy rzut oka dało się stwierdzić, że to jakiś typ spod ciemnej gwiazdy, o czym świadczyły tatuaże widoczne na jego skórze, krew na ustach oraz podbite oko. Mój ojciec lubił otaczać się takimi, dlatego jego widok nie wywarł na mnie szczególnego wrażenia. Bardziej zirytował mnie fakt, że ktoś taki śmie zakłócać moją prywatność. Wykorzystując więc chwilową konsternację olbrzyma, nawet nie zakrywając piersi, które przed nim eksponowałam, wycedziłam:

– Lepiej natychmiast opuść mój apartament. Inaczej czekają cię poważne problemy.

To go ocuciło. Wyjrzał na korytarz, z którego dolatywały męskie nawoływania:

– Pobiegł do zachodniego skrzydła!

– Gońmy go!

– Uważajcie, jest nieprzewidywalny. Mamy względem niego pozwolenie na użycie broni!

Olbrzym szybko zatrzasnął za sobą drzwi.

– Poważne problemy dopiero się zaczną, gdy stąd wyjdę – oświadczył wyraźnie rozbawiony, po czym ruszył pospiesznie w moją stronę.

Chyba go szukali, tymczasem zamiast okazywać lęk, obcy wyglądał tak, jakby go to doskonale bawiło.

– Co robisz? Zaraz zacznę krzyczeć, a wtedy ochroniarze… – Nie zdążyłam wyartykułować groźby pod jego adresem, bo mężczyzna chwycił mnie w ramiona. A potem, gdy chciałam wrzasnąć, aby biegający po holu ludzie mojego ojca mnie usłyszeli, zamknął mi usta w najbardziej niespotykany ze sposobów – całując mnie!

Boże… On mnie całował!

Obcy typ!

Wielki wytatuowany obcy typ, który śmierdział potem, krwią, perfumami i papierosami.

W dodatku robił to pod dachem domu należącego do dyrektora FBI, gdzie rzekomo było najbezpieczniej!

W tej chwili byłam bardziej wściekła niż przestraszona. Próbowałam z nim walczyć, odepchnąć go, ale był zbyt wielki i silny jak dla mnie. Znał też techniki obrony, bo od razu skontrował ciosy, które próbowałam mu zadać, by wyrwać się z jego uścisku. Nie miałam z nim szans. Musiałam poddać się jego sile i wytrzymać to, co mi robił, choć cała buntowałam się przeciwko temu.

Gdy w końcu wrzaski na korytarzu ucichły, agresor mnie puścił. Z trudem złapałam dech, a potem zareagowałam instynktownie – zdzieliłam go w gębę najmocniej, jak byłam w stanie.

– Co ty sobie wyobrażasz?! Nigdy więcej tego nie rób!

BEZIMIENNY

Dotknąłem swojej twarzy. Ta mała była całkiem silna jak na taką kruszynkę. Podobała mi się. Lubiłem blondynki o pełniejszych kształtach, a nade wszystko kręciły mnie te temperamentne. Szare myszki nie miały u mnie szans. Szkoda, że okoliczności naszego spotkania nie były na tyle sprzyjające, by ją poderwać, ale i tak nie mogłem się powstrzymać przed skomentowaniem jej słów:

– Musiałbym być ślepy lub chory na głowę, by ci obiecać, że następnego razu nie będzie.

ASTRID

Gapiłam się na niego zszokowana.

On naprawdę to powiedział?!

To było bezczelne i kpiarskie. Ten wytatuowany mięśniak zwyczajnie sobie ze mnie drwił. Musiałam to ukrócić.

– W takim razie ci to ułatwię – odpowiedziałam, uśmiechając się chytrze, po czym rozdarłam się na całe gardło: – Na pomoc! Ratunku! Intruz w mojej sypialni!

BEZIMIENNY

A to mała diablica!

No po prostu ideał. Byłem nią oczarowany.

Na korytarzu, raczej w oddali, rozległy się nawoływania ścigających mnie ludzi Dullesa.

– Dzisiaj ustąpię – odezwałem się wyzywająco. – Ale podczas następnego spotkania nie dam ci się tak łatwo spławić.

Zmarszczyła brwi.

– Nie sądzę, byśmy się jeszcze zobaczyli – prychnęła ze wzgardą.

Chwyciłem ją w objęcia, bo choć powinienem już dać nogę, nie byłem w stanie tak łatwo się z nią rozstać, i już po chwili znów ją całowałem. Smakowała obłędnie.

ASTRID

Ten facet był niemożliwy. W sytuacji zagrożenia, gdy jasno określiłam swoje stanowisko co do jego zachowania, nic sobie z tego nie robił. Jego nonszalanckie podejście, pewność siebie i buta sprawiły, że straciłam rezon. Takich mężczyzn nie znałam. To była skrajność, która odebrała mi wolę walki. Moje ciało przestało stawiać opór, tylko poddało się pieszczocie. I choć trwała ona bardzo krótko ze względu na zbliżający się do mojego apartamentu pościg, odniosłam wrażenie, że jej intensywność wstrzymała czas i zburzyła otaczające nas mury. Byłam tylko ja i ten natarczywy, nieokrzesany paker, któremu najwyraźniej wpadłam w oko. To nie wróżyło dobrze, a jednak gdzieś na dnie serca było całkiem miłe.

– Naprawdę śmiesz w to wątpić? – zapytał, rozłączając nasze usta.

Nie zdążyłam mu odpowiedzieć, bo on już biegł do jednego ze strzelistych okien. Pospiesznie otworzył okiennicę i wskoczył na parapet. Siedząc na nim, odwrócił się jeszcze i pomachał mi, a potem runął w dół.

Pisnęłam przerażona.

On spadł!

Boże, spadł z drugiego piętra!

Nie wiem, dlaczego tak mnie to ruszyło. To był obcy facet, zapewne ze złymi intencjami i jakimiś przestępczymi czynami na sumieniu, skoro ludzie ojca chcieli go dopaść. Być może był kolejnym zamachowcem polującym na jego życie, a może nawet i na moje – co zapowiedział, informując mnie o naszych kolejnych potencjalnych spotkaniach. Powinnam się cieszyć, że coś mu się stało, a tymczasem bałam się o niego!

Nie zdążyłam jednak podbiec do okna, by wyjrzeć przez nie i sprawdzić, co się z nim stało, gdyż do mojego pokoju wpadli ochroniarze. Mieli broń, którą wymierzyli prosto we mnie.

– Ręce do góry! – wrzasnął pułkownik Sanders, jedyny z goryli, który nie krył twarzy w kominiarce. Był ulubieńcem mojego ojca i szefem jego ochrony. Nigdy za nim nie przepadałam. Wydawał mi się śliski.

– Serio? – warknęłam, krzyżując ramiona na piersiach, by zakryć nagość przed przybyłymi.

Sandersowi najwyraźniej zrobiło się głupio, co było moją intencją. Opuścił pospiesznie pistolet. Inni podążyli za jego przykładem.

– Wołała nas pani. Gdzie jest intruz? – zapytał gorączkowo.

Wołałam, a teraz tego żałowałam, bo przecież ta banda mogła mu coś zrobić, tego zaś nie chciałam. Ale musiałam coś odpowiedzieć. Nie mogłam stać jak kołek, bo w ten sposób tylko prowokowałam ich do większej agresji.

– Pobiegł do salonu. – Wskazałam niedomknięte drzwi za sobą wiodące do ustawionych w amfiladzie pokojów wchodzących w skład mojego apartamentu.

– Za nim! – rozkazał Sanders, a ja odetchnęłam. Dałam czarnemu dodatkowy czas…

Moja radość nie trwała jednak długo, bo choć ochroniarze pobiegli we wskazanym przeze mnie kierunku, pułkownik nie od razu ruszył ich śladem.

– Coś nie tak? – burknęłam zła, że ze mną został, bo nie mogłam sprawdzić, co się stało z tajemniczym desperatem.

– Zrobił pani coś? – zapytał z przejęciem, podchodząc do mnie.

Zacisnęłam mocniej ręce na biuście.

– Nie – odpowiedziałam pewnie. – Po prostu wbiegł do sypialni.

Były oficer zmrużył podejrzliwie oczy, po czym dotknął mojej wargi palcem, który zaraz mi pokazał. Zobaczyłam na nim krew.

Cholera!

– Czyżby? – warknął wściekle.

To nie była moja krew, a jego…

Myśl, Astrid, myśl, inaczej będziesz mieć kłopoty niemniejsze niż ten całuśny typ, który wywarł na tobie tak wielkie wrażenie, że teraz kryjesz mu dupsko, choć nie powinnaś!

– Zimą pierzchną mi usta. Widocznie znów mi popękały – skłamałam, starając się, by to brzmiało jak najwiarygodniej.

Mężczyzna przez chwilę świdrował mnie wzrokiem i w końcu stwierdził:

– W takim razie to wietrzenie jest zbędne.

Po tych słowach podszedł do okna, przez które wyskoczył intruz.

Zamarłam. Zaraz zobaczy jego ciało w ogrodzie. Przecież skok z tej wysokości musiał się skończyć tragicznie. Połamane kończyny, rany, kalectwo… Nawet najlepszy z komandosów nie wyszedłby z tego cało.

Przestraszona obserwowałam Sandersa, bojąc się ruszyć choć o centymetr. On jednakże wyjrzał przez okno, po czym po prostu je zamknął.

– Skoro jest pani tak wrażliwa na zimno, radziłbym nie mrozić tak pokoju, zwłaszcza gdy jest pani nieubrana – pouczył mnie.

Nie byłam w stanie odpowiedzieć niczego inteligentnego, gdyż sparaliżował mnie szok.

Nie zauważył go!

Czy paker przeżył?

Moje skute przerażeniem serce wypełniło ciepło euforii.

Rany, cieszyłam się z sukcesu jakiegoś przestępcy. Oszalałam!

Tymczasem pułkownik wręczył mi szlafrok, zostawiony przeze mnie na oparciu jednego z foteli, po czym podążył za swoimi ludźmi, zwracając się jeszcze do mnie na wyjściu:

– Niech pani zamknie na noc drzwi na klucz. Ten człowiek jest skrajnie niebezpieczny. Musimy go złapać.

Nie odpowiedziałam. Odczekałam jedynie, aż sobie pójdzie, a wtedy dopadłam do okna, otworzyłam je na oścież i wyjrzałam przez nie, szukając w zapadającym mroku mężczyzny, który skradł mi pocałunki, ale i rozum…

BEZIMIENNY

Parkur był moim konikiem od zawsze. Nauczył mnie upadać tak, aby nie zrobić sobie przy tym krzywdy, przez co wielokrotnie przydawał mi się podczas misji. Tym razem również uratował mi tyłek. Gdybym nie znał jego technik, zapewne złamałbym kark, gdyż pod oknem, przez które uciekłem, nie znajdował się żaden krzak czy klomb mogący zamortyzować uderzenie o ziemię. Bezlistne o tej porze roku drzewa były w pewnym oddaleniu. Teraz kryłem się za pniem jednego z nich i choć powinienem uciekać, coś trzymało mnie w miejscu, uniemożliwiając działanie.

W zasadzie nie coś, a ktoś.

Ona.

Cholera, nie wiem, co się ze mną stało, ale chciałem ponownie zobaczyć tę zajebistą gorącą laseczkę. Jednak okno zostało zamknięte.

No nic. Najwyraźniej czas brać nogi za pas. Los i tak był łaskawy, skoro pozwolił mi trafić na tę zjawiskową dziewczynę w tak nieoczywistych okolicznościach. Teraz musiałem o niej zapomnieć, tak jak o każdej innej, która zawróciła mi w głowie. Misja była moją jedyną i prawdziwą dziewczyną. Innej mieć nie mogłem. To była moja dewiza i jej musiałem się trzymać.

I w tym momencie, jakby w odpowiedzi na moje myśli, okno jej apartamentu ponownie się otworzyło, a ona wychyliła się przez nie, wyraźnie mnie szukając.

Powinienem uciekać.

Powinienem wykorzystać chwilowy przestój w pościgu, który dawał mi przewagę nad przeciwnikami.

Powinienem… dać jej znać, że nic mi nie jest!

Bez dalszych dywagacji opuściłem schronienie za drzewem.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Forced

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Meritum publikacji