Flora - Jonáš Zbořil - ebook
NOWOŚĆ

Flora ebook

Jonáš Zbořil

0,0

Opis

Z czeskiego przełożyła Anna Radwan-Żbikowska

Nastrojowa, niepokojąca i poruszająca opowieść o rodzicielstwie w dobie kryzysu klimatycznego.

Adam i Sára mieszkają na obrzeżach miasta, w miejscu nazywanym Stepem. To dziwna przestrzeń pomiędzy cywilizacją a dziką przyrodą. Ludzie porzucają tam stare sprzęty, części aut, wyrzucają odpady, które z czasem zarastają roślinnością. Pewnego dnia para znajduje tajemniczą istotę. Ma twarz i oczy, ale jej ciało jest mieszanką gliny, roślin i kabli. Nie wiadomo, gdzie kończy się żywe, a zaczyna sztuczne.

Adam i Sára nadają istocie imię Flora.

Choć początkowo wzbudza strach i niepewność, Flora szybko staje się centrum ich życia. Sára, kierowana instynktem nie do powstrzymania, otacza ją opieką. Adam jest ostrożniejszy, ale z czasem i on wchodzi w rolę opiekuna. Ich codzienność zaczyna przypominać życie rodzinne, tyle że dziecko, którym się zajmują, jest czymś całkowicie nieznanym.

Flora rośnie, zmienia się – ale pozostaje zagadką. Nie wiadomo, czym naprawdę jest. Nową formą życia? Produktem skażonego środowiska? Symbolem świata, w którym zatarła się granica między naturą a technologią?

W swoim debiucie prozatorskim czeski poeta i publicysta Jonáš Zbořil zachował poetycką wrażliwość i dzięki obrazowemu językowi stworzył sugestywne opisy krajobrazu, w którym natura powoli odzyskuje przestrzeń utraconą na rzecz człowieka.

Flora jest jednocześnie intymną historią o rodzicielstwie i egzystencjalną alegorią współczesności. Zbořil stawia pytania o to, czym jest życie, gdzie przebiega granica między tym, co ludzkie, a tym, co nieludzkie, oraz jak wygląda troska o kogoś, kogo nie potrafimy do końca zrozumieć.

To hipnotyzująca, literacka, dystopijna opowieść, która oscyluje między czułością a niepokojem, między historią o opiekuńczości i miłości a subtelnym horrorem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 96

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 
 
 

Nasz świat staje się światem wyschniętych rzek oraz wypalonych łąk i jest całkiem prawdopodobne, że w przyszłości pojawią się w nim nowe organizmy. Do nich należy powieściowa Flora – dziwna istota, która powstała z połączenia tego, co naturalne, i tego, co sztuczne. Natura nie czeka, aż odpady ulegną rozpadowi, tylko je przejmuje i się z nimi łączy.

Czeska recenzentka Adéla Bílková uważa, że niemożność opisania Flory buduje momentami przerażającą atmosferę, wręcz rodem z horroru. Zresztą autor przyznaje, że ma o Florze swoje wyobrażenie, ale chciał, aby pozostało nieco ukryte.

Para bohaterów książki znajduje ją na Stepie – w miejscu, które ciągle ewoluuje.

– Flora też zmienia swój wygląd. Natura i cała planeta są już bardzo niestabilne, więc nie ma sensu, aby Flora zawsze wyglądała tak samo i była urocza. Nie jest. Ale to nie znaczy, że nie można obdarzyć jej czułością – mówi Jonáš Zbořil.

Flora jest czymś i kimś jednocześnie.

Rośnie, ale pozostaje zagadką. Nie wiadomo, czym naprawdę jest: nową formą życia, produktem skażonego środowiska czy symbolem świata, w którym granica między naturą a technologią przestała istnieć.

Co sprawia, że Sára i Adam stają się jej przybranymi rodzicami?

Fakt, że mimo wielu pulsujących kabli i roślin wyrastających z jej ciała ma oczy i patrzy z nadzieją na człowieka?

– To przerażające – mówi autor – opiekować się istotą, o której nic nie wiesz... Jednocześnie nie można zaprzeczyć ludzkiej naturze, w której leżą troska oraz instynkt macierzyński.

Ta powieść daje nadzieję, że nawet w dystopii, nawet w postludzkim świecie nie zniknie miłość.

 

MARIUSZ SZCZYGIEŁ

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

 

TYTUŁ ORYGINAŁU

Flora

 

Copyright © by Jonáš Zbořil, 2024

All rights reserved

Originally published in Czech by Paseka, Prague

 

Copyright © for the Polish translation by Anna Radwan-Żbikowska, 2026

Copyright © for this edition by Fundacja Instytut Reportażu, 2026

 

Niniejsza publikacja została dofinansowana ze środków Ministerstwa Kultury

Republiki Czeskiej (This publication has been supported

by the Ministry of Culture of the Czech Republic)

 

TEKST NA WEWNĘTRZNYCH STRONACH OKŁADKI

Copyright © Mariusz Szczygieł

 

REDAKCJA

Ewa Żuk

 

KOREKTA

Justyna Tomas

 

PROJEKT GRAFICZNY I TYPOGRAFICZNY SERII I OKŁADKI

Dominika Jagiełło/OneOnes Creative Studio

www.behance.net/OneOnes

 

SKŁAD I ŁAMANIE

Michał Wysocki

 

ILUSTRACJA NA OKŁADCE

Kateřina Sidonová

www.katerinasidonova.blogspot.cz

 

ISBN 978-83-66778-96-2 (EPUB); 978-83-66778-97-9 (MOBI)

 

Wydanie elektroniczne 2026

 
 

Wydawnictwo Dowody

Imprint Fundacji Instytut Reportażu

Gałczyńskiego 7, 00-362 Warszawa

www.dowody.com

[email protected], [email protected]

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

 
 
 

Dla Marceli, Jindřiški i Johanki

 
 
ZIMA
 
 

Potem dostrzegamy, że ma twarz.

Wargi odklejają się od siebie, jakby bawiły się w piekło – niebo, ale nie wydają żadnego odgłosu. Sára oświetla telefonem nieokreślone kształty w ciemności. Rozpoznajemy oczy, szukamy w nich błysku świadomości.

Ciało jest drobne i kruche. Nie wiemy, gdzie się kończy ani gdzie zaczyna, co jest jego częścią, a co nie. Jakieś kable splecione z pędami krzaków, wszystko razem splątane jak słuchawki w kieszeni. Kawał mięsa, a może po prostu stara szmata. Zwierzęcy odór.

– Sáro, chodźmy do domu.

Nie odpowiada. Wyciąga rękę w ciemność. Wdech, wydech.

Niedaleko stąd jest normalne życie, ale tu, w dole, to ziemia niczyja. Step. Wąwóz wyżłobiony kiedyś przez gorący żużel z huty, nad nami łuk autostrady, wiadukt, drut kolczasty przy bocznicy kolejowej, same przeszkody, zakazy i krzaki.

Auta nad nami pędzą z zawrotną prędkością, wlecze się nieskończenie długi pociąg towarowy. Sára podaje mi telefon.

– Poświeć mi.

Zdejmuje płaszcz, niepewnie rozkłada go tam, gdzie domyśla się ciała. Owija je w beżową wełnę, ostrożnie przyklepuje, żeby wszystko dobrze się trzymało.

– Pomóż mi. Zabieramy to.

Jeśli ktoś nas zobaczy tu, na dole, nie dostaniemy się już o własnych siłach na górę. A mogliśmy być dawno w domu.

 
 

Wieczór nie był udany. Musieliśmy się przewietrzyć.

– Dobrze ci to zrobi. To lepsze, niż siedzieć i się zadręczać – powiedziałem jej.

Ktoś z nas wspomniał o tym miejscu. Podobno znowu zamknęli Step. Robią to za każdym razem, kiedy coś się na nim wyleje, ktoś się tu zgubi albo pokaleczy. Blokują dostęp, przez kilka dni po okolicy krążą strażacy, policjanci, ludzie z inspekcji sanitarnej. A potem wszyscy znikają jak gdyby nigdy nic.

Może chcieliśmy zobaczyć.

Alkohol pobudził ciekawość, a może po prostu uruchomił głupotę. Zagadaliśmy się. Doszliśmy aż do granicy miasta, tam, gdzie kończą się miejskie latarnie i dalej panuje ciemność. Jezioro bez wody. Toksyczny obszar, wpełzający do miasta jak choroba. Przez większość czasu nikt nie zwraca na niego uwagi – jak to zwykle z chorobami bywa.

Tam, gdzie jesteśmy, wzdłuż Stepu ciągnie się wąska asfaltowa ścieżka. W dzień ludzie jeżdżą tu na rowerze, trenują biegi. Teraz nie ma nikogo. Żadnych kogutów, fałszywy alarm.

Tylko auto firmy ochroniarskiej.

Gdzieś przed nami wyłoniły się światła samochodu. Nie chciałem kłopotów, złapałem Sárę za rękę i pociągnąłem do tyłu.

Potem auto zawróciło, światła długo wpatrywały się w ciemność na terenie zakazanym.

– Kto tam? – woła ochrona.

– Lepiej stąd chodźmy.

– Nie, czekaj. Zobacz.

Sára wskazuje w dół. Coś tam podryguje.

Po chwili auto odjeżdża, światła prześlizgują się po filarach wiaduktu i znikają. Sára rusza biegiem. Przez barierki i prosto w dół.

 
 

Huk ciężarówek niesie się pod wiaduktem jak w kościele.

Biorę to coś za nogi – albo sam nie wiem za co. Czuję, że dotykam ciała. Nie chodzi o ciepło ani ruch, nic z tych rzeczy, po prostu wiem, że dotykam czegoś żywego.

– Ciągnij.

– Musisz mocniej, próbuj – mówi Sára.

Walczymy z krzakami o ciało. Urywają się gałęzie, włókna albo włosy. Chce mi się wrzeszczeć z obrzydzenia, i tak nikt nie usłyszy, krzyk odbiłby się od betonowego brzucha mostu i wrócił do nas.

Jeszcze jeden szelest i to coś jest wolne. Lekkie jak mokry papier.

Wleczemy się w stronę kręgu światła latarni na moście. Kładziemy ciało do łóżka z płaszcza Sáry. Nie wygląda na człowieka ani zwierzę. Z ust leci nam para.

Przez chwilę nie zauważamy, że wrócił samochód ochrony. Zakrywam ciało, udaję, że jesteśmy pijani, miejscowi, już się zwijamy. Od niechcenia zarzucam sobie to coś na ramiona, odchodzimy w ciemność. Na górę nie możemy, już nie.

Przebijamy się przez błoto i wyschnięte krzaki. Sára coś mówi.

– Co?

– Myślałam, że to dziecko.

 
 

Przejście przez ogrodzenie trwa wieki. Przekazujemy sobie ciało nad głowami.

Kurtka rozdziera się na metalowej siatce. To coś zsuwa się w ramiona Sáry jak sterta brudnego prania.

Domek babci, taki sam jak dawniej. Klucz jest pod doniczką. W środku nie rozpoznaję niczego.

Rozglądamy się, próbuję sobie przypomnieć, gdzie są bezpieczniki, na siłę podważam drzwiczki nożem. Pomieszczenie rozjaśnia się starym żółtym światłem – o dziwo, prąd działa. Sára znalazła prześcieradła.

– Jeszcze pierzyna.

– Może w drugiej szafie?

Położyła ciało na łóżku, leży bez ruchu. Przed ustami Sáry obłoczek.

– Rozpalisz ogień?

 
 

Wrzucam trochę drzazg na rozpałkę, dodaję polano.

To coś mam ciągle w zasięgu wzroku.

Teraz wygląda na mniejsze.

Kikuciki chudych kończyn, sflaczała klatka piersiowa, pomarszczona twarz. Sierść, skóra, kable. Mięso poprzerastane fragmentami plastiku. Pędy. Kiedy dłużej przyglądam się temu uważnie, widzę coś znajomego. Coś, co może kojarzę. Zwierzę, dziecko. Potem dostrzegam na ścianie zdjęcie babci. Wrażenie podobieństwa do człowieka czy czegokolwiek żywego znika.

To nieprawdopodobne, jak dobrze funkcjonuje pamięć ciała. Nie znalazłbym tego miejsca z mapą. Pamiętałem je z czasów, kiedy Step nie miał jeszcze nazwy, nie był tak duży ani dziwny. Miasto go wtedy nie dostrzegało.

Teraz unosi się nad nim ostrożnie, przestępuje jak nad kałużą kwasu.

Przez chwilę szliśmy w ciemności coraz głębiej w Step.

Światła miasta powoli słabły, znikały za obwarowaniami zarośli i wyrzuconych gratów. Potem trafiliśmy na wydeptaną ścieżkę. Nogi przypomniały sobie miękki teren. Nagle wiedziały, dokąd idą.

Sára nie protestowała. Nie mogliśmy tego zabrać do domu. Zaraz by nas złapała ochrona. Same kłopoty.

Znaleźć klucz i przekręcić go w zamku: to była ulga. A teraz czuję się nieswojo. Zanurzyłem się w pamięć i sprowadziłem do niej coś obcego, czego nie powinno tam być.

– Możesz mi pomóc?

Sára moczy róg ścierki, przykłada temu czemuś do ust, traktuje je jak noworodka.

– Nie pochylaj się tak. Jeszcze ci coś zrobi. Albo się czymś zarazisz.

Nie słucha mnie.

– Nigdzie się nie wybieram. Zostanę z tobą. Nie bój się – szepcze do sterty otulonej pierzyną. Pierś tego czegoś porusza się w szybkim tempie. Oddycha jak zwierzę. Pisklak. Albo bardzo marny, nieudany szczeniak. Polne kocię. Tak mówiła babcia na kociaki tak pokiereszowane przy porodzie, że kocia mama je porzucała.

– Jestem przy tobie – mówi dalej Sára. Kładzie się przy tym czymś, podpiera głowę ręką.

 
 

Kredens, kanapa i piec. Ruszam się przez chwilę po pokoju, jakbym wiedział, co robię.

Chodzę tak bez sensu tu i tam, zatrzymuję się za każdym razem, kiedy trafiam na coś znajomego. Podobizna babci w ramce, jej młoda, nieprzenikniona twarz, gładko zaczesane włosy, zaciśnięte usta, zegar, który już nie chodzi, wyblakły plakat z dawnym centrum miasta.

W kredensie trafiam na butelkę rumu.

Nalewam do szklanek, podaję jedną Sárze. Trochę się rozluźnia.

W domku robi się cieplej. Sára ostrożnie rozchyla pierzynę, uważnie przygląda się drobnemu ciałku.

– Trochę przemarzła i tyle. Nic jej nie będzie – mówi. Jakby w ogóle nie zastanawiało jej, czym to jest.

– Rano wracamy do domu. Pewnie musimy zrobić domową kwarantannę czy coś, nie wiem.

– No proszę cię.

Wstaje, chwieje się lekko pijana. Rozgląda się po domku, sprawdza sypialnię, jakby to był pokój w hotelu.

– Położę się obok niej, dobrze? Pomożesz mi ją przenieść?

Potem składa ubrania na obłażącym z farby krześle. Rozpuszcza włosy.

Jej koszulka przypomina mi o poranku w mieście. Mam wrażenie, że to było rok temu.

 
 

Dla mnie zostaje kanapa, nogi mi sterczą.

Przykrywam się starym ręcznikiem. Chciałbym siedzieć w nocnym tramwaju i opierać ciężką głowę o szybę.

Co my tu robimy? Z tym czymś?

Przewracam się z boku na bok. Wstaję. W sąsiednim pokoju Sára spokojnie śpi. Pochrapuje cicho, opatulona chłodną pierzyną, jakby dzisiejsza noc w niczym nie różniła się od innych.

Przez chwilę szukam tego czegoś. Myślę, że się przede mną chowa.

Kiedy patrzę wystarczająco długo, z ciemności wynurza się zarys głowy w kształcie rodzynki.

Kiedy byłem mały, oszukałem duchy w następujący sposób: zakumplowałem się z nimi. Wmawiałem im, że nie są złe. Śmiałem się, ha, ha, to zabawne, ale śmieszne, nie rób tak, ha, ha. Tak długo to powtarzałem, aż musiały się dostosować. A potem nie wolno było odwrócić wzroku.

To coś leży na pryczy, na wyciągnięcie ręki od Sáry. Dlaczego położyła to tak blisko?

Rano zadzwonimy, gdzie trzeba. Zapłacimy mandat i wracamy.

Z łapy na łóżku coś się podnosi. Przypomina palec.

– Mleko.

Sára mówi przez sen. Nie widzę jej oczu. Może nie śpi.

– Tak robią, kiedy piją mleko.

W domu naprzeciwko ktoś włącza światło.

 
 

Rano ból głowy. Z trudem przypominam sobie wczorajszą noc.

Mija dobra chwila, zanim się orientuję, gdzie jestem. Babcia patrzy na mnie ponuro ze zdjęcia.

Idę do sypialni, szukam Sáry. To coś leży w nogach łóżka. W świetle dnia przypomina kłąb śmieci. Przypadkiem posklejanych obiektów. Sára dopiero się budzi. Kiedy tylko otwiera oczy, od razu kieruje się do tajemniczego ciała. Jak na komendę malutka klatka piersiowa zawinięta w prześcieradło zaczyna drgać.

– Możemy już jechać? Może tak wcześnie nie będą pilnować.

Cisza.

– Przystanek jest parę minut stąd. Pójdę prosto do pracy, ty idź się położyć, spotkamy się w domu. Zostaw wszystko tak, jak jest. Nie sprzątaj.

Nie. Sára nie zwraca na mnie uwagi. Ostrożnie bada ciało tego czegoś.

Próbuję jeszcze raz, z większą empatią.

– Zostawimy to u sąsiadów? Tych obok?

Sára błyskawicznie wstaje. Delikatnie przykrywa to coś. Wychodzi do izby. Organizuje.

– Absolutnie jej tu nie zostawię. Weź home office.

Otwiera zniszczony kredens, wyciąga garnek i podchodzi z nim do zlewu.

– Nie nadaje się do picia. Nie masz jej nawet jak przegotować – mówię.

Sára uśmiecha się szeroko.

– No to nie mamy wody.

Otwiera drzwi do ogrodu. Ogarnia nas chłodne powietrze poranka.

Świat na zewnątrz wygląda, jakby go ktoś zrestartował. W ogrodzie rośnie kilka wątłych jabłonek, czereśni, morel, nic mi te obrazy nie mówią. Napuchnięte niebo.

Sára miga mi gdzieś z tyłu, widzę żółte kalosze, które zostały tu po babci.

Piątek. Właściwie to która godzina? Zapomniałem spojrzeć na telefon. Nie przeczę, trochę mi się to podoba.

Obok mnie prześlizguje się Sára, wchodzi do środka.

– Potrzebujemy wody.

– Potrzebujemy wracać do domu – protestuję.

– Uspokój się. Przecież jest dobrze. Po prostu zrobiliśmy sobie wycieczkę, tak? Pobyt leczniczy. Doktor mówił, że potrzebuję czegoś takiego.

Wyobrażam sobie to coś w sypialni. Zdrowiem nie tryska.

 

[...]