Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Dwoje licealistów z małego miasteczka nieopodal Londynu: Josephine, wzorowa dziewczyna z tak zwanego dobrego domu, oraz Chase, chłopak, o którym można powiedzieć wiele, ale nie to, że jest ideałem. Dom rodzinny Chase'a też trudno byłoby nazwać dobrym - jego matka od zawsze więcej uwagi poświęcała narkotykom i alkoholowi niż synowi.
Josephine za chwilę wyjedzie na studia do Bostonu, by tam spełniać oczekiwania rodziny - musi przecież być perfekcyjna. Chase... cóż, po prostu postara się nie wkroczyć na drogę, jaką od lat podąża jego matka.
Z pozoru tej dwójki nastolatków nie łączy nic poza miejscem zamieszkania i szkołą. A jednak mają ze sobą coś wspólnego. Oboje, każde na swój sposób, próbują sobie radzić z samotnością. Chowają się za maską obojętności, ukrywają przed światem swoje prawdziwe, wrażliwe oblicza. Trafiają na siebie przypadkiem, a rozwój wydarzeń sprawia, że powoli odkrywają się przed sobą nawzajem, może nawet bardziej, niż by sobie życzyli. Czy to w ogóle ma sens, skoro Josie za moment zniknie ze świata Chase'a?
Posłuchaj audiobooka:
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 10 godz. 43 min
Lektor: Czyta: Monika Chrzanowska
Marta Łabęcka
Flaw(less)
Opowiedz mi naszą historię
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.
Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.
Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.
Redaktor prowadzący: Justyna Wydra
Zdjęcie na okładce wykorzystano za zgodą Shutterstock
Helion S.A. ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel. 32 230 98 63 e-mail: [email protected] WWW: https://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)
Drogi Czytelniku! Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adreshttps://editio.pl/user/opinie/flawlv_ebook Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.
ISBN: 978-83-8322-850-1
Copyright © Marta Łabęcka 2021, 2023
Zakochiwanie się w nim było jak stanie na krawędzi klifu i wpatrywanie się we wzburzone morze ze świadomością, że wystarczy zaledwie jeden krok, by szalejący żywioł pochłonął cię bezpowrotnie — nie jesteś w stanie się odsunąć, chociaż rozsądek krzyczy, byś zawróciła.
Zakochiwanie się w niej było jak letnie wieczory, kiedy po upalnym dniu przychodzi moment wytchnienia. Cenne minuty, zaraz po zachodzie słońca, gdy niebo przybiera pastelowe kolory. I chociaż wiesz, że wraz z nastaniem nocy z cieni znów wyłonią się twoje demony, przez tę krótką chwilę czujesz w sercu niewytłumaczalny spokój.
Tego poranka po wyłączeniu budzika Josephine dała sobie chwilę na wzięcie kilku głębokich wdechów, zanim uznała, że jest gotowa wstać z łóżka, by mierzyć się z rzeczywistością. Ostatnio ta prosta czynność stawała się coraz trudniejsza, a poczucie wyczerpania towarzyszyło dziewczynie niemal nieustannie.
Z westchnieniem opuściła ciepłe łóżko, zbierając przy okazji książki, pośród których zasnęła ostatniej nocy. Było to niemal codziennością — zdecydowanie za często zdarzało jej się katować nauką tak długo, że przemęczony organizm sam w końcu odcinał zasilanie. Rozpoczęła ostatnią klasę szkoły średniej zaledwie kilka tygodni wcześniej, ale jeśli chciała być najlepsza, a właśnie taka musiała być, nie mogła sobie pozwolić na trwonienie cennego czasu.
Musisz postarać się bardziej, Josephine — słowa matki usłyszane poprzedniego wieczoru wciąż krążyły jej w głowie. Chyba nie chcesz znów nas rozczarować.
Jeśli miałaby być ze sobą całkowicie szczera, nie była pewna, czy w przypadku jej starań w ogóle istniało jakieś bardziej. Jednak jej opinia w tej kwestii była najmniej istotna i jeśli matka oczekiwała, że Josephine się postara, nie pozostało jej nic innego, jak spełnić te oczekiwania bez względu na cenę.
Odłożyła książki i przeniosła wzrok na kalendarz zawieszony nad biurkiem. Od wielu lat odhaczała każdy kolejny dzień. Był to jej sposób motywowania się, a także nieustanne przypominanie, że znosi to wszystko w konkretnym celu, do którego każdy dzień walki ją przybliżał.
Jedenaście miesięcy. Za rok o tej porze nic nie będzie miało już znaczenia — powtarzała jak mantrę, jak osobistą modlitwę, by dodać sobie sił.
* * *
— Dzień dobry, panienko Sinclair. — Ciepły głos pani Murphy powitał ją, gdy pojawiła się w kuchni. Tylko szczera sympatia do jego właścicielki sprawiła, że Josephine powstrzymała grymas niezadowolenia.
— Doskonale wiesz, że nienawidzę, kiedy mnie tak nazywasz — powiedziała, siadając na jednym z krzeseł przy wyspie kuchennej.
— Wybacz, kochanie, ale twoja mama była tu jeszcze chwilę temu — wyznała kobieta ściszonym głosem, stawiając przed nią talerz z przygotowanym śniadaniem. — Smacznego, panienko — dodała głośniej, uśmiechając się przy tym przepraszająco.
Prawie sześćdziesięcioletnia Margaret Murphy była gosposią w ich domu na długo przed narodzinami Josephine i doskonale wiedziała, jaka potrafi być starsza z kobiet rodziny Sinclair. Dlatego mimo wielkiej, niemal matczynej miłości do dziewczyny nie zamierzała bez wyraźnej potrzeby narażać się na dezaprobatę pracodawczyni. A o nią było niezwykle łatwo.
Nastolatka skrycie podziwiała fakt, że ktoś tak dobry i ciepły z własnej woli wytrzymał z jej matką tak długo, ponieważ ona sama po niespełna osiemnastu latach wręcz nie mogła się doczekać, kiedy się od niej uwolni.
Pani Murphy za to była jej bliższa niż rodzona matka. Opiekowała się nią od urodzenia i praktycznie ją wychowała. Zastępowała jej rodziców, którzy zawsze byli zbyt zajęci swoimi karierami, i Josie była jej za to niesamowicie wdzięczna.
W normalnych okolicznościach, czyli gdyby rodziców Josephine nie było w domu, pani Murphy usiadłaby razem z nią i umilałaby jej śniadanie luźną rozmową. Od zawsze wykazywała szczere zainteresowanie tym, co się akurat działo w życiu dziewczyny. Jednak tego dnia nie mogła sobie pozwolić nawet na nucenie pod nosem, jak to miała w zwyczaju, więc Josephine zjadła posiłek w nieco niekomfortowej ciszy i pospiesznie skierowała się do wyjścia. Nie chciała dłużej przebywać w domu, gdy byli w nim rodzice. Przystanęła jedynie na chwilę, by życzyć kobiecie miłego dnia.
— Wzajemnie, moja droga. Twoja mama kazała przypomnieć ci, że jecie dziś wieczorem wspólną kolację przed powrotem jej i ojca do Londynu. — Głos pani Murphy dobiegł ją, gdy wkładała płaszcz. Z trudem powstrzymała się od komentarza, że określenia miły dzień i kolacja z rodzicami wzajemnie się wykluczają.
Zamiast tego wyszła z domu i wolnym krokiem skierowała się do szkoły, owijając się szczelnie płaszczem. Był początek września i typowa angielska pogoda dawała o sobie znać. Przez chwilę rozważała nawet wzięcie auta, jednak nie zdecydowała się na to. Zdobyła prawo jazdy w wakacje, dzięki usilnym namowom jej najlepszej, a właściwie jedynej przyjaciółki, ale prowadzenie samochodu nadal budziło w niej lekki strach. Starała się więc tego unikać, jeździła tylko wtedy, kiedy było to konieczne. Dlatego codziennie rano od początku roku szkolnego fundowała sobie ponad dwudziestominutowy spacer.
Mieszkała w jednym z typowych angielskich miasteczek, które idealnie nadawało się na pocztówki. Z rzeczy wartych uwagi, jakie składały się na całkiem malownicze Moreton w hrabstwie Essex, można było wymienić jeden klub i jeden pub z okazjonalną muzyką na żywo, dwie knajpki z jedzeniem wątpliwej jakości, jedno jezioro, nad którym znudzona młodzież z braku lepszych rozrywek spędzała większość ciepłych dni, oraz kilka butików z ubraniami, które wyszły z mody co najmniej dwa sezony wcześniej. Miejscowość liczyła kilka tysięcy mieszkańców, spośród których każdy znał każdego albo przynajmniej wiedział o każdym coś, co zupełnie nie powinno go interesować.
Z tego powodu lokalnym hobby dla całych rodzin stało się utrzymywanie pozorów. Wszyscy chcieli prezentować się w oczach reszty mieszkańców lepiej, niż wyglądali w rzeczywistości, umniejszać wady i tuszować drobne lub czasem wielkie grzechy. Obłuda była zakorzeniona w sercach niektórych równie głęboko jak wiara, a może nawet głębiej.
Josie doskonale o tym wiedziała, bo jej rodzina wyniosła to swoiste hobby niemal do rangi sztuki.
* * *
— Poznałam kogoś! — oznajmiła radośnie Valerie, gdy tylko odnalazła przyjaciółkę na szkolnym korytarzu i podeszła wystarczająco blisko. Chociaż to ostatnie było zupełnie niepotrzebne, jej przepełniony ekscytacją głos i tak był słyszalny dla wszystkich znajdujących się w pobliżu. Część z uczniów nawet nie siliła się na dyskrecję: obrócili głowy w kierunku dziewczyny, licząc, że uda im się wyłapać nową plotkę, o której będą mogli dyskutować ze znajomymi na długiej przerwie.
— Też się cieszę, że cię widzę, Valerie. Weekend upłynął mi przyjemnie, dziękuję, że pytasz — odpowiedziała sarkastycznie Josephine, nie spoglądając nawet w kierunku dziewczyny. Była zbyt zajęta układaniem książek w szafce. Kątem oka widziała dwie nastolatki z młodszego rocznika, które starały się podsłuchać, kim był ten poznany chłopak.
Istotną kwestią, jeśli chodziło o Valerie Hughes, był fakt, iż dziewczyna poznawała nowego chłopaka przynajmniej raz w miesiącu. Nic więc dziwnego, że Josephine, delikatnie mówiąc, nie podzielała entuzjazmu przyjaciółki.
— Jest nieziemsko przystojny, ma na imię Ethan, chodzi do naszej szkoły, gra w zespole i jest absolutnie idealny.
Josie wydało się odrobinę zabawne, że w tym krótkim przedstawieniu swojego nowego obiektu fascynacji dziewczyna uznała, iż informacja o wyglądzie jest ważniejsza od imienia. Postanowiła jednak to przemilczeć i jak przystało na dobrą przyjaciółkę, kiwała głową z uznaniem na kolejne informacje o nieziemskim Ethanie.
Valerie Elizabeth Hughes była kompletnym przeciwieństwem Josephine, zarówno z wyglądu, jak i charakteru. Pełna słodyczy blondynka z upodobaniem do wszystkiego, co kolorowe, i mocnego makijażu była nie tyle chorągiewką na wietrze, ile wręcz wiatrem samym w sobie. Zmienna, zaskakująca i nieprzewidywalna, a jednocześnie pełna uroku osobistego i czaru, który sprawiał, że zwyczajnie nie można było jej nie lubić.
Podczas gdy Valerie była ciepłą wiosną i słonecznym promieniem rozjaśniającym otoczenie, Josephine Sinclair można było porównać do zimy, i to bynajmniej nie łagodnej, angielskiej, a takiej panującej gdzieś daleko na północy, a może nawet na samym biegunie polarnym.
Postronny obserwator od razu zauważyłby, że dziewczyna jest równie piękna, co blondwłosa przyjaciółka, o ile nie piękniejsza. Jeśli brało się pod uwagę jedynie wygląd, bez wątpienia stanowiła ideał niejednego nastolatka w Moreton. Na tę perfekcję składały się ciemnobrązowe włosy, opadające na ramiona miękkimi kaskadami, długie nogi oraz figura i twarz, którymi mogłaby zdobić okładki magazynów modowych.
Gdyby do tego emanowała tą samą charyzmatyczną energią co przyjaciółka, bez trudu mogłaby mieć niemal każdego. Problem polegał jednak na tym, że Josephine Sinclair była lodową pięknością. W jej zimnych oczach, zamkniętej postawie i aurze wyższości czaił się chłód, który nie tylko skutecznie odstraszał męską część szkoły, ale stanowił barierę dla wszystkich, którzy chcieliby znaleźć się zbyt blisko.
Josie doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jaką ma opinię i jakie wrażenie sprawia na otoczeniu. Sama o nią zadbała i nie miała zamiaru dokonywać jakichkolwiek zmian w tej kwestii, podobnie jak nie miała zamiaru nikogo do siebie dopuszczać. Istniała ku temu cała lista powodów, prawie tak długa, jak lista byłych chłopaków Valerie.
* * *
— Dobry wieczór, mamo, tato — powiedziała uprzejmie, gdy wieczorem weszła do jadalni, w której czekali na nią rodzice. Pilnowała, by jej głos brzmiał pewniej, niż się czuła.
— Spóźniłaś się. — W odpowiedzi usłyszała surowy głos matki. Jakkolwiek dziwny mógłby się wydawać się fakt, że kilkuminutowe spóźnienie na zwyczajną kolację z rodzicami było czymś godnym reprymendy, Josephine wcale się nie zdziwiła. Lillian Sinclair wykorzystałaby każdą okazję, by skrytykować córkę.
— Przepraszam, uczyłam się i straciłam poczucie czasu. — Z jej ust z łatwością wypłynęło kłamstwo mające udobruchać matkę. Prawda wyglądała tak, że nie była w stanie się zmusić do zejścia na spotkanie z rodzicami na czas, ale argument o uczeniu się był jednym z niewielu, których jej rodzice nie podważali.
— Skoro o tym mowa, jak sobie radzisz w szkole? — Tym razem odezwał się ojciec, spoglądając na nią znad talerza. — Rozmawiałem ostatnio na twój temat z dyrektorem Hopkinsem. Wydawał się bardzo zadowolony, chwalił twoje dotychczasowe wyniki.
— Oczywiście, że jest zadowolony — prychnęła matka. Dla niej nawet pochwała dyrektora szkoły nie oznaczała, że jej córka nie mogłaby się starać bardziej. — Głupiec zamierza się szczycić tym, że jego szkoła wychowała przyszłą studentkę Harvardu, jakby w jakikolwiek sposób się do tego przyczynił. Jego opinia wcale nie oznacza, że wyniki Josephine są wystarczająco dobre, więc na twoim miejscu bym się tak nie cieszyła, bo nasza córka wciąż może przynieść wstyd rodzinie, jeśli się nie dostanie.
— Zapewniam cię, że są, mamo. Daję z siebie wszystko. — Minęło zaledwie kilka minut kolacji, a Josie już nie mogła się doczekać końca. — Nie zawiodę was.
— Jeśli chcesz studiować na najlepszej uczelni, musisz być najlepsza, doskonale o tym wiesz.
— Wiem — odpowiedziała, mimo że nie było to konieczne. Matka powiedziała już wszystko, co chciała na ten temat, i wróciła do posiłku, co było równoznaczne z końcem rozmowy. Dalsza część kolacji upłynęła w ciszy. Zakłócały ją tylko krótkie wymiany zdań między dorosłymi na tematy związane z pracą.
Lillian i Anthony Sinclair zdecydowanie tworzyli idealnie dobrane małżeństwo. Nie tylko dlatego, że byli tak samo ozięble wyniośli i wymagający, ale przede wszystkim dlatego, że oboje kochali swoją pracę bardziej niż siebie nawzajem czy cokolwiek lub kogokolwiek innego. Wspólnie prowadzili renomowaną kancelarię prawniczą w Londynie i to właśnie tam spędzali całe tygodnie, na ogół zbyt zajęci swoim małym imperium, by poświęcać uwagę córce.
Josephine zaś to w zupełności odpowiadało. Nawet samotne tygodnie w ogromnym domu nie sprawiały, że pragnęła obecności rodziców. Wiele lat temu zrozumiała, że w przypadku jej rodziców miejsce, które w teorii było zarezerwowane na uczucia, zostało zapełnione przez niekończące się wymagania, i wyzbyła się dziecięcej potrzeby rodzicielskiej miłości czy uwagi.
Dorastając, powoli godziła się z tym stanem rzeczy. Nie miała innego wyjścia. Nabrała dystansu, czerpiąc pocieszenie z tego, że kiedyś w końcu przyjdzie moment, w którym relacje z rodzicami zostawi za sobą, podobnie jak całe dotychczasowe życie.
— Ty mnie w ogóle nie słuchasz! — Oburzona Valerie posłała przyjaciółce spojrzenie pełne wyrzutu.
Josie nie miała zamiaru zaprzeczać, ponieważ w istocie oskarżenie blondynki było pierwszym, co dotarło do niej od ponad dziesięciu minut.
— Bo ciągle mówisz to samo — westchnęła i w poddańczym geście zamknęła książkę. Przy nieustannie mówiącej Valerie i tak nie było mowy o skupieniu.
Powodem całego zamieszania był nieziemski Ethan, który ostatnio stanowił główny temat rozmów dziewczyn, a raczej monologów Valerie skierowanych do Josephine.
Wbrew pozorom Hughes rzadko kiedy zdawała szczegółowe relacje ze swoich miłosnych podbojów. Szanowała fakt, że ten temat nie wzbudzał zainteresowania Josephine, która miała na głowie poważniejsze sprawy niż jej randki. Dlatego na ogół zostawiała dla siebie opowieści o tym, co, gdzie i z kim robiła.
Z wielu powodów, przede wszystkim ze względu na diametralne różnice między dziewczynami, ich przyjaźń nie była jedną z tych, które wymagały dzielenia się wszystkimi szczegółami z życia i całkowitego braku sekretów. Josephine i Valerie były ze sobą blisko związane, jednak obie pewne sprawy zachowywały dla siebie. Fakt, że przyjaźniły się od dziecka, był dowodem na to, że ten system się sprawdzał.
Dlatego dla Josie dość niepokojącą zmianą była nagła potrzeba przyjaciółki, by szukać wsparcia w kwestii nowej znajomości. Kto jak kto, ale Josephine była ostatnią osobą, która powinna doradzać w sprawach sercowych.
— Nie rozumiem, dlaczego tak to przeżywasz. To tylko chłopak, nie fizyka atomowa. Zrób to, co zwykle robisz, i Ethan padnie ci do stóp jak wszyscy.
— On nie jest jak wszyscy! Wiedziałabyś, gdybyś choć trochę słuchała tego, co mówiłam do ciebie przez ostatnie dwa tygodnie. Ethan jest zupełnie inny niż chłopcy, z którymi wcześniej się spotykałam. — Valerie wspięła się na łóżko obok przyjaciółki i opierając plecami o ramę, spojrzała w sufit. — Inni zazwyczaj skupiają się na moim wyglądzie i myślą, jak najszybciej zaciągnąć mnie do łóżka.
Josie mimowolnie skrzywiła się na te słowa. Nie musiała znać wszystkich szczegółów z życia miłosnego przyjaciółki, by wiedzieć, że przewinęło się przez nie zdecydowanie zbyt wielu palantów, którzy chcieli ją jedynie wykorzystać. Sama nie wiedziała, czy po tylu rozczarowaniach miałaby w sobie wystarczająco dużo wiary w prawdziwą miłość, by dalej szukać jej tak wytrwale, jak to robiła Valerie.
— Ethan taki nie jest, wydaje się szczerze zainteresowany mną, a nie moją ładną buzią i rozmiarem stanika. Naprawdę go lubię i nie chcę tego zepsuć. Co, jeśli zrobię złe wrażenie i jego przyjaciele mnie nie polubią?
Znajomość z Ethanem rozwijała się od dwóch tygodni. Kilka dni temu chłopak zaprosił Valerie, by poznała jego przyjaciół. Z relacji blondynki wynikało, że są dla niego ogromnie ważni. To potęgowało wątpliwości dziewczyny, od której zazwyczaj wręcz biła pewność siebie.
Zupełnie niepodobne do Valerie wahanie w głosie sprawiło, że Josie odruchowo nachyliła się, by objąć przyjaciółkę ramieniem.
— Val, nie ma absolutnie żadnej możliwości, żeby ktoś oparł się twojemu urokowi. Bądź zwyczajną, czarującą sobą. Obiecuję, że to wystarczy — przekonywała z uśmiechem. — Jego przyjaciele cię pokochają.
— A jeśli nie? — Mimo że były w tym samym wieku, Valerie miała w sobie jakąś kruchość, która budziła w Josie potrzebę chronienia blondynki, jakby była ona jej młodszą siostrą.
— To okażą się kompletnymi idiotami. — Wzruszyła ramionami, powodując rozbawione parsknięcie Val.
— Mogłabyś iść ze mną, wiesz? Skoro ja mam poznać jego kumpli, to on poznałby ciebie, a mi byłoby raźniej. — Spojrzała na nią z proszącym wyrazem twarzy. Josie była wdzięczna sama sobie za nabytą przez lata asertywność wobec niebywałego uroku przyjaciółki.
— Nie ma takiej opcji. — Szybkość, z jaką nastąpiła zmiana empatycznej i wspierającej przyjaciółki w zimną i zamkniętą dziewczynę, jaką widzieli wszyscy, była zaskakująca. Jednak nie zniechęciło to Valerie, która doskonale znała obie wersje brunetki.
— Ale…
— Nie. — Stanowczy głos Josephine nie pozwolił jej dokończyć. — Nie ma mowy, Valerie. Najlepiej ze wszystkich wiesz, jaki jest plan. Nie ma w nim miejsca na nowe znajomości. To jedyne rozsądne wyjście.
Valerie znała swoją przyjaciółkę wystarczająco długo i wystarczająco dobrze, by rozumieć powody, jakie stały za jej postępowaniem. Nie oznaczało to jednak, że je popierała.
— Wiem — powiedziała w końcu. — Josephine Sinclair i jej wielki plan na życie. Plan, który moim zdaniem jest głupotą. Sama się skazujesz na samotność zamiast korzystać z życia.
Plan Josephine wynikał z bardzo prostego rozumowania. Im mniej ludzi będzie jej bliskich, tym łatwiej będzie jej zostawić wszystko za sobą, gdy wyjedzie do Bostonu na studia. Każda osoba, która stałaby się dla niej kimś ważnym, zanim Josie opuści rodzinne miasto, byłaby osobnym powodem, by kiedyś wrócić do Moreton. Więzi z nimi stałyby się kotwicą na zawsze trzymającą jakąś jej część w miejscu, z którego pochodziła. A jedynym, czego Josie pragnęła bardziej niż uwolnienia się z tego przeklętego miasta, było uwolnienie się od własnej rodziny.
Valerie była wyjątkiem od życiowej zasady Josephine, dlatego dobrze rozumiała powody desperackiej potrzeby ucieczki dziewczyny. Chociaż blondynka potrzebowała na to wielu lat, w końcu zaakceptowała fakt, że ich przyjaźń skończy się, gdy Josie wyjedzie. Z biegiem czasu zaczęła nawet podzielać opinię przyjaciółki, że kontakt ograniczony do wirtualnego byłby gorszy niż jego całkowity brak. Być może udałoby im się nieco opóźnić zakończenie znajomości, ale na dłuższą metę utrzymanie bliskiej relacji wyłącznie przez internet było niemożliwe.
Wiedziała także, że istniały i inne powody tej niechęci do nawiązywania bliższych znajomości, nawet jeśli Josie nigdy nie wypowiedziała ich wprost.
Jednak szczegóły okropieństw, jakich doświadczała Josephine ze strony swojej matki, znajdowały się już poza granicami prywatności, których ich relacja nie przekraczała. Valerie więc nie naciskała, nawet jeśli jasne było dla niej, że przyjaciółka skazując się na samotność, krzywdziła samą siebie.
— Już niedługo — zapewniła Josephine, odczytując zmartwienie wypisane na jej twarzy. — Jak tylko znajdę się w Bostonie, nadrobię wszystko, co mnie ominęło, obiecuję.
Częściowo przekonywała też siebie, jakby chciała zabić wątpliwości wywołane słowami przyjaciółki. Oczywiście, że chciałaby korzystać z życia jak jej rówieśnicy. Wiedziała jednak, że to niemożliwe. Nie mogła być jak oni, jeśli chciała być od nich lepsza. Jeśli chciała spełnić oczekiwania matki i być najlepsza.
Największym problemem w życiu Josephine była świadomość, że to życie wcale nie należało do niej samej. Bo jak mogła mieć poczucie jego własności, skoro wszystko, co dotychczas się w nim działo, zostało zaplanowane przez kogoś innego?
Jedyną nieprzewidzianą rzeczą w życiu Lillian Sinclair była Josephine. Plan, który matka skrupulatnie sobie ułożyła, nigdy nie zakładał drugiego potomka Dlatego niemałym zaskoczeniem była kolejna ciąża, w dodatku zaraz po tym, jak pierwsze dziecko stało się na tyle samodzielne, by w końcu mogła skupić się na rozwijaniu wymarzonej kariery.
Dowiedziała się o ciąży zaledwie pół roku po długo wyczekiwanym dołączeniu do męża, dołączeniu do imperium, którego powstanie było ich życiowym celem. Potrzebowali dziecka wyłącznie po to, żeby przejęło po nich to, co uda im się stworzyć. Te pragnienia spełniły się, gdy na świat przyszedł ich syn, i Josephine właściwie była im zbędna. Dlatego Lillian nie miała zamiaru rezygnować z własnych planów ze względu na młodsze ze swoich dzieci. Poświęciła macierzyństwo, prawie całkowicie powierzając opiekę nad córką pani Murphy, i oddała się budowaniu kariery.
Nie zostawiła jednak kwestii przyszłości dziecka samej sobie. Dokładnie zaplanowała, kim będzie Josephine Sinclair — tak jakby chciała naprawić w ten sposób błąd, jakim było nieplanowane pojawienie się córki. I nawet jeśli wciąż była nieobecna w życiu córki, nie przeszkodziło jej to w dopilnowaniu, by jej oczekiwania wobec Josephine zostały spełnione.
Jako dziecko Josie sądziła, że musi zasłużyć na uwagę i miłość rodziców. Starała się więc być we wszystkim najlepsza, być idealnym dzieckiem, robić wszystko, czego od niej oczekiwano, a nawet więcej.
Jednak w miarę jak dorastała, zaczynała rozumieć, że nieważne, co zrobi, jak mądra, posłuszna czy ładna będzie — nigdy w pełni nie zadowoli rodziców. Nie była jednak w stanie im się sprzeciwić.
Zamiast tego znalazła wyjście.
O swojej przyszłości jako studentki prawa na Harvardzie słyszała na długo przed tym, zanim była w stanie pojąć, czym są studia. Nie potrafiła też wskazać w swoim życiu momentu, w którym marzenie rodziców stało się jej własnym.
Tyle że dla niej Harvard nigdy nie oznaczał uczelni o wysokim poziomie, nie był też drogą do wielkiej kariery. Dla Josephine te studia były przepustką do wolności. Szansą na życie, które w końcu byłoby jej własne.
Według rodziców miała skończyć studia i wrócić do domu, by razem z nimi i bratem tworzyć rodzinną kancelarię. Jednak ona sama wiedziała, że nigdy do tego nie dojdzie, że nie pozwoli znów zamknąć się w klatce zbudowanej z oczekiwań rodziców.
W przeciwieństwie do Moreton w Bostonie miała zamiar znaleźć kotwicę, która skutecznie przymocowałaby ją do życia w Ameryce.
Piątkowy wieczór Josie postanowiła przeznaczyć na pierwszy od dawna odpoczynek. Korzystała z faktu, że jej rodzice po ostatniej wizycie wrócili do Londynu i zajęli się swoim ulubionym dzieckiem, czyli pracą.
Zasady wpajane od wczesnych lat szkolnych sprawiały, że dziewczyna zawsze wyprzedzała materiał przynajmniej o kilka tygodni. To oznaczało, że niemal każdy wieczór poświęcała nauce. Tego dnia jednak rozmowa z Valerie wywołała mętlik w jej poukładanych myślach. Dlatego odłożyła książki i po wyjściu przyjaciółki spędzała czas w towarzystwie pani Murphy, która krzątała się po domu, nucąc pod nosem.
Jednak po skończonej pracy gosposia wróciła do domu. Josephine została sama. Próbowała zmusić się do podniesienia z kanapy obok ciepłego kominka i powrotu do własnej sypialni, ale utrudniał jej to nieznośny chłód panujący w domu.
Mieszczące się na końcu miasta zamczysko, bo tak dziewczyna zwykła nazywać własny dom, było jednym z największych budynków w Moreton. Skryta pomiędzy drzewami budowla w stylu wiktoriańskim należała do rodziny Sinclair od pokoleń i obecnie bez wątpienia mogłaby służyć jako miejsce akcji horroru.
Większość domu nigdy nie była używana przez rodzinę, jednak decyzją matki pokój Josephine znajdował się w zupełnie przeciwnej części niż sypialnia i gabinety rodziców. Gdy była niemowlęciem, jej rodzice jeszcze starali się wracać na noc z Londynu i spędzali w domu dużo więcej czasu. Sypialnia dziecka została więc umieszczona daleko, by jego płacz nie budził ich w nocy i nie rozpraszał w pracy.
Obecnie było to o tyle korzystne, że nawet gdy któreś z rodziców było w domu, Josephine nie czuła na każdym kroku ich obecności. Okazywało się wręcz zbawienne, gdy dla własnego dobra i spokoju wszystkich ograniczała chwile spędzone z rodzicami do niezbędnego minimum.
Sypialnia dziewczyny była zdecydowanie najbardziej przytulnym pomieszczeniem w domu. Nawet mając do dyspozycji cały budynek, Josie nie czuła wielkiej potrzeby opuszczania swoich czterech ścian.
Gdy znalazła się w sypialni, skierowała kroki w stronę przylegającej do niej łazienki, ale zatrzymał ją dźwięk dzwoniącego telefonu.
Jedyną osobą, która mogła do niej dzwonić o tej porze, była Valerie. Josie natychmiast odebrała, wciąż mając w głowie obawy przyjaciółki przed spotkaniem z Ethanem i jego przyjaciółmi.
— Halo? Val, wszystko w porządku?
W słuchawce usłyszała gwar rozmów, krzyki i odległe dźwięki muzyki, jednak nie uzyskała odpowiedzi od blondynki. — Valerie, słyszysz mnie?
— Jooosie… — Sposób, w jaki Valerie przeciągnęła samogłoskę jej imienia, wystarczył, by zorientowała się, że dziewczyna była pijana. — Potrzebuję… cię. Przy… jedziesz? — Wypowiedź przerywana czknięciami tylko potwierdzała przypuszczenia co do stanu przyjaciółki.
— Gdzie jesteś? — Sekwencja bliżej nieokreślonych szumów, krótka odpowiedź Aaarmagedon i dźwięki boleśnie przypominające wymiotowanie były ostatnim, co usłyszała przed przerwaniem połączenia.
Josephine westchnęła, przez chwilę analizowała zdobyte informacje. Troska o przyjaciółkę mieszała się w niej z irytacją. Prowadzenie samochodu, zwłaszcza o tej godzinie, by odebrać pijaną przyjaciółkę, plasowało się na samym końcu listy rzeczy, które miała ochotę robić. Nie miała jednak wyjścia. Jeśli Val potrzebowała jej pomocy, nie mogła jej zostawić.
W kilka minut doprowadziła się do względnego stanu gotowości do wyjścia i z bijącym sercem skierowała do garażu po samochód. Mogła się jedynie modlić, by Valerie nie stała się krzywda, zanim ją znajdzie.
Pod klubem była niedługo później. Dla bezpieczeństwa zaparkowała auto kawałek od budynku i ruszyła chodnikiem, rozglądając się za znajomą twarzą.
Armagedon był jedynym klubem w miasteczku, więc cieszył się sporą popularnością wśród młodzieży. W piątkową noc bawiła się tu znaczna część nastolatków Moreton, co znacznie utrudniało poszukiwania dziewczyny. Josephine nie miała nawet pewności, czy Valerie nadal znajduje się na zewnątrz, i nie wiedziała, co zrobi, jeśli przyjdzie jej przeszukać także wnętrze klubu. To, co widziała na zewnątrz, wystarczyło, by zyskała pewność, że nie chce się znaleźć w środku.
Ku jej uldze po kilku minutach dostrzegła znajomą sylwetkę, siedzącą na ławce w niewielkim parku po drugiej stronie ulicy. Ulga szybko wyparowała, gdy Josie zwróciła uwagę na mężczyznę pochylającego się nad dziewczyną. W świetle latarni dostrzegła tylko ciemne włosy, co pozwoliło jej od razu odrzucić podejrzenie, że to po prostu Ethan. Z opowiadań Valerie wynikało bowiem, że Ethan jest blondynem.
Josephine na ogół nie należała do osób działających impulsywnie. Zazwyczaj dokładnie analizowała sytuację, zanim przystępowała do działania. Jednak widok obcego mężczyzny pochylającego się nad półprzytomną przyjaciółką sprawił, że z miejsca porzuciła chłodną ocenę sytuacji.
— Hej! — krzyknęła do nieznajomego na sekundy przed tym, jak znalazła się wystarczająco blisko, by go odepchnąć. — Zostaw ją!
Domniemany napastnik, nie spodziewając się ataku, z trudem utrzymał równowagę.
— Odbiło ci?! Co ty wyprawiasz? — wrzasnął.
— Co ja wyprawiam?! A ty co chciałeś zrobić? Okraść? Wykorzystać to, że ledwo kontaktuje? — rzucała oskarżeniami, mierząc chłopaka wściekłym wzrokiem. Był młodszy, niż założyła w pierwszej chwili. Mgliście kojarzyła go ze szkolnego korytarza, jednak to nie łagodziło jej podejrzeń wobec zamiarów nieznajomego. — Nie zbliżaj się do niej.
— Coś ci się, księżniczko, pomyliło. Tak się właśnie składa, że pilnuję, żeby nic jej się nie stało, więc zmykaj stąd — odpowiedział z jadem, który mógłby przestraszyć niejedną osobę. Jednak w tej kwestii Josephine była trudnym przeciwnikiem.
— Ach tak? — Był od niej nieco wyższy, więc uniosła głowę i popatrzyła na niego wyzywająco. — Skoro taki z ciebie anioł stróż, to dlaczego zadzwoniła do mnie i poprosiła, żebym po nią przyjechała?
— Może dlatego, że idiotka jest kompletnie pijana i nie wie, co robi. — Sarkazm podszyty prawdziwą wściekłością na całą tę sytuację był kolejną bronią wymierzoną w atakującą go furiatkę. Jednak tym razem dziewczyna nie odpowiedziała, skupiła uwagę na sprawczyni całego zamieszania.
Kucnęła przy pochylonej dziewczynie, ignorując zarówno chłopaka, który wciąż uparcie mordował ją spojrzeniem, jak i wymiociny na chodniku obok stóp blondynki.
— Val, w porządku? Dobrze się czujesz? — W przeciwieństwie do sposobu, w jaki odzywała się do mężczyzny, teraz brzmiała, jakby mówiła do dziecka. W jej głosie słychać było szczerą troskę o przyjaciółkę.
— Josephine? Dlaczego cię nie widzę? — Blondynka mówiła bardziej składnie niż wcześniej przez telefon, jednak jej głos był zduszony przez dłonie trzymane przy twarzy.
— Ponieważ zasłoniłaś sobie oczy rękoma — wytłumaczyła cierpliwie Josie i pomogła Valerie odsłonić twarz.
— Mówiłem, że jest kompletnie schlana! — Dobiegł do niej prześmiewczy głos za jej plecami.
— Nikt cię nie pytał — upomniała nieznajomego, wciąż zwrócona ku przyjaciółce. — Dlaczego ona w ogóle jest w takim stanie? Miała być z chłopakiem i jego przyjaciółmi. — Wyprostowała się, mierząc swojego rozmówcę podejrzliwym wzrokiem. — I kim ty tak w ogóle jesteś?
— Gdybyś wpadła na to, żeby mnie zapytać, zanim postanowiłaś się na mnie rzucić, z przyjemnością wyjaśniłbym ci całą sytuację. — Jego głos wciąż ociekał sarkazmem, jakby ten był nieodłączną częścią każdej wypowiedzi młodego mężczyzny. On sam był już jednak odrobinę spokojniejszy. — Skoro już chcesz wiedzieć, to jestem Chase, przyjaciel chłopaka twojej przyjaciółki… — Przerwał na chwilę i spojrzał na nią z kpiącym uśmiechem. — Chociaż mogłaś wpaść na to sama, podobno jesteś mądra. — Dziewczyna nie miała pojęcia, co i skąd o niej wiedział, ale nie miała głowy do tego, by się tym przejmować.
— Wybacz mi ten karygodny błąd, ale z tego, co słyszałam o Ethanie, to miły chłopak. Nie mogłam od razu wpaść na to, że przyjaźni się z takim dupkiem jak ty — odpowiedziała z takim samym kpiącym uśmiechem, wywołując w nim jednocześnie zdziwienie i irytację.
Chase w swojej skromnej opinii miał pełne prawo, by być zirytowanym. Poświęcił urodzinowy wieczór, który miał zamiar spędzić w swój ulubiony sposób, czyli w spokoju i w samotności, by poznać dziewczynę przyjaciela. Skończył jako niańka dla owej dziewczyny, która w obecnym stanie budziła w nim jeszcze większą irytację niż na początku. W dodatku musiał trzymać jej włosy, gdy spożyty przez nią alkohol starał się znaleźć drogę powrotną.
A wszystkie te poświęcenia po to, by na końcu zostać zaatakowanym przez jakąś wariatkę i oskarżonym niemal o próbę gwałtu. Taki wieczór mógłby zdrowo nadszarpnąć cierpliwość i spokój każdego, a Chase nigdy nie należał do osób z wielkimi pokładami zarówno jednego, jak i drugiego.
Zanim zdążył odgryźć się dziewczynie, zobaczył zbliżającego się przyjaciela.
— Co z nią? — zapytał tamten, z trudem łapiąc oddech. Gdy z Valerie zaczęło dziać się bardzo źle, Ethan zostawił ją pod opieką Chase’a, a sam wybrał się na poszukiwanie otwartego sklepu. Chciał kupić blondynce wodę i coś do jedzenia w celu zniwelowania działania alkoholu.
W tym czasie trzeci członek męskiej kompanii, Archer, zabawiał się z najlepsze w klubie z nowo poznaną dziewczyną. Niektórzy po prostu potrafią się ustawić w życiu znacznie lepiej niż inni.
Ethan ominął przyjaciela i dołączył do dziewczyn. Zaczął rozmawiać z ciemnowłosą furiatką, co Chase uznał za sygnał, że jego zadanie dobiegło końca. Postanowił wrócić do domu — miał serdecznie dosyć wszystkiego, z niezrównoważonymi dziewczynami na czele.
Nie zdawał sobie jeszcze wtedy sprawy, że bez większego wysiłku udało mu się wyprowadzić z równowagi Josephine Sinclair, która zawsze panowała nad emocjami. To samo w sobie było osiągnięciem godnym podziwu i mogłoby stanowić powód do dumy.
Josephine należała do osób z niemal niewyczerpanymi pokładami spokoju. Z powodu dość ograniczonej liczby bliskich relacji z innymi ludźmi rzadko kiedy popadała w konflikty, które doprowadzałyby ją do utraty kontroli nad sobą i własnymi emocjami. Z kolei dorastanie pod krytycznym okiem rodziców wymusiło na niej wypracowanie niebywałego panowania nad swoim zachowaniem.
Nie należała też do grona osób prowadzących wieczną wojnę ze światem. Nie wściekała się na los, przeklinając wszystkie siły wyższe odpowiedzialne za to, że jej życie wygląda tak, a nie inaczej. Ktokolwiek zdecydował o jej losie, zlitował się na tyle, by w pakiecie dać jej także spore zasoby samokontroli i chłodną obojętność zamiast ognistego temperamentu.
Dlatego jej wybuch poprzedniego wieczoru był wręcz anomalią i chociaż nieszczególnie go żałowała, nie miała zamiaru powtarzać tego błędu. Było to solidne postanowienie w związku z czekającą ją rozmową z Valerie.
Minionej nocy przy pomocy Ethana doprowadziła dziewczynę do stanu absolutnego minimum, pozwalającego na przewiezienie Val do swojego domu i bezpieczne umieszczenie w łóżku. Nie miała dużego doświadczenia w postępowaniu z pijanymi ludźmi. Niepewna, czy może zostawić ją samą w osobnej sypialni, postanowiła przenocować ją u siebie. Jednak zapach alkoholu i klubu bijący od przyjaciółki skutecznie uniemożliwił spokojny sen.
Dlatego teraz rekompensowała sobie bezsenną noc drugą z kolei kawą i korzystała ze wspomnianych pokładów spokoju. Czekała, aż Valerie zmartwychwstanie i będzie w stanie wyjaśnić wczorajszą sytuację.
Gdy w końcu dziewczyna pojawiła się w kuchni, wyglądała tak źle, jak można się było spodziewać po kimś, kto upił się do nieprzytomności. Nadal miała na sobie ubranie z imprezy, ponieważ Josie kategorycznie stwierdziła, że przebieranie śpiącej przyjaciółki wykracza już poza jej nadszarpnięte limity dobroci. To samo tyczyło się zmywania makijażu, który obecnie raczej tworzył abstrakcyjne plamy na twarzy dziewczyny, niż ją upiększał.
— Czuję się, jakbym umarła i wróciła do żywych — wyjęczała, zanim opadła na krzesło przy wyspie kuchennej.
— Cóż, mogę cię pocieszyć, że wyglądasz jeszcze gorzej. — Josephine może i nie miała zamiaru krzyczeć ani rzucać pretensjami, jednak nie mogła się powstrzymać od sarkastycznego komentarza. — Przypominasz sobie w ogóle cały wczorajszy wieczór, czy mam ci pomóc uzupełnić luki w pamięci?
Blondynka milczała przez chwilę, przywołując w pamięci wydarzenia minionej nocy, po czym schowała twarz w dłoniach i oparła czoło o wyspę. Zimny kamień przynosił ulgę w nieznośnym bólu głowy. Nie studził jednak palącego wstydu, który wracał razem ze wspomnieniami.
— Jestem taką idiotką — powiedziała w końcu.
— Obawiam się, że nie mogę zaprzeczyć. — Josie postanowiła zlitować się nad cierpiącą dziewczyną i wyciągnęła z szafki proszki przeciwbólowe. — Powinnaś coś zjeść i doprowadzić się do porządku. Potem mi wyjaśnisz. — Zarządziła kategorycznie i ruszyła do sypialni, by znaleźć ubrania dla Valerie.
Niespełna godzinę później, po prysznicu i śniadaniu, dziewczyny usiadły w salonie okryte kocami. Popijały herbatę. Josie cierpliwie czekała na opowieść przyjaciółki.
— Na początku było w porządku. Ethan przyjechał po mnie do domu i pojechaliśmy do klubu. Jego przyjaciele mieli tam na nas czekać. — Przerwała na chwilę, by upić łyk herbaty. — Wcześniej niewiele o nich mówił, chciał, żebym sama się przekonała, jacy są. Wyobraź sobie więc moje zdziwienie, gdy jednym z jego kumpli okazał się Archer.
Josephine patrzyła na przyjaciółkę niepewna, co powiedzieć. Archer Coleman był jednym z tych chłopaków. Stanowiący niemal ucieleśnienie idiotycznego stereotypu, jeden z popularniejszych chłopaków w mieście. Złoty chłopiec Moreton. Grał w szkolnej reprezentacji siatkówki, ale krążąca o nim opinia mówiła, że jego prawdziwą pasją jest zdobywanie dziewczyn. A był w tym cholernie dobry.
Chłopak, który w głowie Josie figurował głównie jako postać wyciągnięta z banalnego filmu dla nastolatek, miał niestety na swojej liście podbojów również Valerie.
— Liczyłam, że może zginęłam gdzieś w tłumie jego zdobyczy, że być może nawet mnie nie pamięta. Gdy Ethan nas sobie przedstawiał, nie palnął żadnej głupoty o tym, że się znamy, więc myślałam, że nie będzie tragedii. Większym problemem wydawał się Chase, jego drugi przyjaciel, który chyba nie podchodzi zbyt entuzjastycznie do nowych znajomości.
Josie miała tę wątpliwą przyjemność poznać Chase’a i wiedziała, co Valerie ma na myśli, ale nie wspomniała o rozmowie z nim. Nie chciała przerywać blondynce, która miała chyba o wiele poważniejszy problem niż jej potyczka słowna z nieuprzejmym chłopakiem.
— Potem weszliśmy do klubu i poszliśmy się bawić. Było trochę sztywno, ale znośnie. Do czasu, gdy na Archera zaczął działać alkohol. Wtedy stwierdził, że zabawne będzie poinformowanie reszty o tym, że się znamy, i przy okazji wtajemniczenie Ethana w szczegóły tej znajomości.
Całe szczęście Valerie nigdy nie darzyła Archera głębszym uczuciem i poza kilkoma wizytami w jego łóżku niewiele ich łączyło. Jednak fakt, że był on przyjacielem jej obecnego chłopaka, stawiał dziewczynę w niekomfortowej sytuacji.
Opowieści pijanego Archera o tym, co kiedyś wspólnie robili, sprawiły, że plany Val, by zrobić dobre wrażenie, legły w gruzach. Gdy dodała do tego także swoje upicie się do nieprzytomności, pojawiły się poważne obawy, czy ma jeszcze jakiekolwiek szanse na związek z Ethanem.
Valerie streściła resztę wydarzeń siedzącej opok Josephine i czekała na jej reakcję. Wiedziała, że przyjaciółka nie ma żadnego doświadczenia w relacjach z chłopakami, niemniej liczyła, że będzie w stanie jej jakoś pomóc.
— Upicie się zamiast wytłumaczenia Ethanowi, że już od dawna nic was z Archerem nie łączy, było kompletną głupotą. — Josie pojrzała oceniającym wzrokiem na załamaną blondynkę. — Poza tym myślę, że trochę przesadzasz. Archer był błędem, ale to przeszłość, i Ethan powinien to zrozumieć. Nie oczekiwał chyba, że jest twoim pierwszym, i musiał liczyć się z tym, że masz jakiś bagaż doświadczeń, jeśli chodzi o relacje z chłopakami.
— Z chłopakami jako ogółem może tak, ale raczej nie spodziewał się, że jego dziewczyna bzykała się z jego kumplem. Pewnie w jego oczach jestem skończona. — Val ukryła twarz w materiale koca, jakby miało to odgrodzić ją od problemów.
— Wczoraj wydawał się bardzo przejęty twoim stanem. Musiałam się z nim wykłócać, że to ja odwiozę cię do domu. — Josie była wdzięczna losowi, że do tego czasu Chase zdążył się już ulotnić. Była przekonana, że wtrącałby się do dyskusji, by dodatkowo ją zirytować. — Odpuścił, dopiero gdy wziął ode mnie numer telefonu, bo chciał mieć pewność, że wszystko z tobą w porządku.
Takie martwienie się Ethana o Valerie pozwoliło Josephine stwierdzić, że blondynka nie przesadzała, wypowiadając się o nim tak dobrze. W końcu równie dobrze mógł ją zostawić samej sobie.
— Tak czy inaczej, musisz do niego zadzwonić i dać znać, że żyjesz. Należą mu się też jakieś wyjaśnienia.
— Wiem — westchnęła Val. — Ale jeszcze nie teraz. Na razie czuję, że potrzebuję kolejnego kubka herbaty i przynajmniej jednego głupiego filmu z jakimś przystojnym aktorem na poprawę humoru. Potem mogę się zastanowić, czy jestem gotowa posprzątać ten bałagan. Wchodzisz w to?
Josie uważała, że sprawa z Ethanem powinna być załatwiona jak najszybciej — w ten sposób miałaby pewność, na czym stoi. Jednak Valerie ewidentnie nie była jeszcze gotowa stawić czoła rzeczywistości, a ona nie miała zamiaru jej do tego zmuszać. Zamiast tego ściągnęła z siebie koc i z kubkami w dłoni skierowała się do kuchni.
Był poniedziałkowy poranek. Chase potrzebował około dziesięciu minut, by dojść do wniosku, że przyjście do szkoły było złym pomysłem.
Dbanie o zdobycie wykształcenia znajdowało się gdzieś na szarym końcu jego życiowych priorytetów, więc jego frekwencja pozostawiała sporo do życzenia. Bezczelnie korzystał z faktu, że dyrektor nie wyciągał poważnych konsekwencji z lekceważącej postawy chłopaka przez wzgląd na jego osobliwą sytuację rodzinną.
Podejrzewał, że nie do końca chodziło tu o współczucie. Zwyczajnie — żeby skontaktować się z jego matką, dyrektor musiałby mieć dużo szczęścia, by trafić na moment, gdy nie była naćpana. Mógłby też oczywiście przekazać sprawę opiece społecznej, ale to wpłynęłoby źle na wizerunek szkoły. Najwygodniej więc było ignorować problem i zamiast zawiadomić opiekę, chwalić się przy każdej możliwej okazji takimi osiągnięciami, jak przyszła studentka Harvardu.
W każdym razie ten niepisany układ z dyrektorem całkowicie Chase’owi odpowiadał. Ethan lubił żartować z przyjaciela, że z okazji jego pojawienia się szkole woźny powinien rozkładać czerwony dywan.
Wbrew pozorom Chase wcale nie miał problemów z nauką. To znaczy miał, ale wynikały one z braku chęci i liczby nieobecności, a nie ze zbyt niskiego poziomu inteligencji. Gdyby chciał, mógłby mieć wyniki zbliżone do ocen najlepszych uczniów, ale zwyczajnie nie miał tak wysokich aspiracji. Właściwie nie miał żadnych aspiracji, nie tylko jeśli chodziło o naukę.
Wśród wielu powodów, które zniechęcały Chase’a do regularnego pojawiania się w szkole, w pierwszej trójce plasował się fakt, iż nie znosił idiotów. A tych, jego zdaniem, w placówce edukacji przebywało zdecydowanie za wielu, by znosić ich obecność przez pięć dni w tygodniu.
Rozwrzeszczana ludzka masa krążąca po korytarzach sprawiała, że zaczynał rozumieć, dlaczego tak często dochodziło do strzelanin w szkołach.
— Patrzę i oczom nie wierzę. Chase Sanderson zawitał w szkolne progi. Zgubiłeś się, przyjacielu? Może potrzebujesz psa przewodnika, żeby w przyszłości uniknąć tak rażących pomyłek? — Żartobliwy nastrój Ethana zupełnie nie współgrał z humorem Chase’a tego dnia.
Dla Sandersona tak pogodne nastawienie kolegi o tak wczesnej porze było przesadne, a przez to także irytujące. Ponieważ jednak Ethan należał do wąskiego grona osób, które Chase darzył sympatią, chłopak zachował tę opinię dla siebie.
— Skoro mowa o zwierzętach, to gdzie zgubiłeś Archera? Nie widzę w pobliżu żadnych mdlejących z zachwytu idiotek. — Trochę wyolbrzymiał, ale prawdą było, że gdy jego drugi przyjaciel pojawiał się w zasięgu wzroku, automatycznie stawał się obiektem zainteresowania żeńskiej części szkoły.
— Wczoraj wspominał, że przed zajęciami musi załatwić coś ważnego z trenerem. — Ethan wzruszył ramionami. — Albo znowu ma problemy z wyrzuceniem z łóżka kolejnej zdobyczy.
Rozbrzmiał dzwonek, więc udali się w kierunku klasy. Przez chwilę szli w ciszy, zanim Chase stwierdził, że wypadałoby zapytać, jak skończył się piątkowy incydent z Valerie.
— Doprowadziliśmy ją do względnego ładu i wróciła do domu z przyjaciółką. — Chase powstrzymał się od niekoniecznie miłego komentarza na temat owej przyjaciółki. — Spotkaliśmy się następnego dnia i wyjaśniła mi wszystko.
Ethan nie sprecyzował, jakie „wszystko” miał na myśli, a Sanderson nie był wystarczająco ciekawy, by dopytywać.
— Więc kryzys zażegnany?
— Na to wygląda.
Cokolwiek blondyn widział w dziewczynie, najwidoczniej dawało mu to dużo szczęścia, więc Chase, jako dobry przyjaciel, postanowił być z tego zadowolony.
* * *
W życiu Josie zasadniczo panowała rutyna, w której dziewczyna odnajdywała bezpieczny komfort. Dla niej zmiany oznaczały chaos, a ponieważ była jedną z tych osób, które czuły nieustanną potrzebę posiadania wszystkiego pod kontrolą, wszelkie odstępstwa od utartych schematów były zaburzeniem porządku.
Dlatego po wejściu na stołówkę poczuła rosnący niepokój — jeden z tych schematów właśnie został zaburzony. Przy stoliku, który zawsze zajmowała z Valerie, owszem. znajdowała się blondynka, tyle że w towarzystwie trzech chłopaków.
Val, która jako jedyna siedziała przodem do wejścia, zauważyła Josephine i machnięciem ręki przywołała przyjaciółkę do stolika. Bezbłędnie rozszyfrowała rodzący się w głowie brunetki plan ucieczki.
Trzy pary oczu zwróciły się w jej kierunku, zaalarmowane gestem blondynki. To ostatecznie zaprzepaściło szansę na uniknięcie konfrontacji z nowymi znajomymi Valerie.
Wszystkie te rozterki targające brunetką w żadnym stopniu nie znalazły odzwierciedlenia na zewnątrz. W jej ruchach nawet na moment nie pojawiło się wahanie, a twarz pozostała niewzruszona.
Z typowym dla siebie chłodnym spokojem skierowała się do stanowiska kucharek i kilka minut później z tacą w rękach ruszyła w kierunku nieszczęsnego stolika.
Przeczucie podpowiadało jej, że będzie to najtrudniejszy lunch w jej życiu. Chase natomiast wiedział o tym od momentu, w którym Ethan zaczął przekonywać jego i Archera do dołączenia do Valerie i jej przyjaciółki.
Hughes nie wiedziała, jak zachowa się przyjaciółka, dlatego gdy tylko Josie znalazła się przy nich, postanowiła przejąć kontrolę nad biegiem wydarzeń. Powitała dziewczynę uzbrojona w najbardziej czarujący uśmiech, na jaki ją było stać.
Josie odpowiedziała cicho, zajmując wolne miejsce, ale poza tym nie miała zamiaru inicjować rozmowy z kimkolwiek.
— Więc… — Cisza powoli stawała się niezręczna, dlatego Valerie postanowiła ratować sytuację. — Może powinnam was sobie przedstawić?
— Wiem, że możesz tego nie pamiętać, ale mieliśmy już okazję się poznać. — Głos Josephine nie zdradzał żadnych uczuć, podobnie jak jej mina.
— No ale teraz już tak bardziej oficjalnie. To jest Ethan… i Chase… No i Archer, ale jego znasz. — Blondynka mówiła bez większego sensu, właściwie wyłącznie dla samego uniknięcia ciszy. — To z kolei jest moja przyjaciółka Josephine…
— Sinclair, nasza szkolna duma i nadzieja Moreton. Cała przyjemność po mojej stronie. — Archer nie czuł potrzeby rozładowania niezręcznej atmosfery, zwyczajnie lubił rolę towarzyskiego błazna.
— Coleman, zdaję sobie sprawę, że jeśli chodzi o dziewczyny, dla ciebie termin znamy się jest równoznaczny ze spaliśmy ze sobą, ale rzeczywistość wygląda trochę inaczej, więc daruj sobie, proszę. — Josie postanowiła uciąć jego wypowiedź, zanim na dobre się rozkręcił.
Josephine i Archer rzeczywiście się znali. Matka chłopaka zajmowała ważne miejsce w radzie miasta, a ojciec posiadał własną firmę, co plasowało rodzinę Colemanów na wysokim szczeblu lokalnej drabiny społecznej. W Moreton życie rodzin należących do tak zwanej elity miasta nieustannie się przeplatało, więc oboje często widywali się na bankietach i podobnych wydarzeniach.
— Czarująca jak zwykle — skomentował Archer ze szczerym uśmiechem. Wydawał się kompletnie niezrażony oschłą postawą Josie. Skrycie zawsze darzył ją dziwną sympatią, chociaż nigdy nie dała mu ku temu powodów. Być może wynikała ona z tego, że jako jeden z nielicznych miał pewne pojęcie, jak wyglądało życie dziewczyny. Na nich obojgu ciążył podobny ogrom oczekiwań ze strony rodziców.
Z kolei Chase, od którego nikt niczego nie oczekiwał, w siedzącej naprzeciwko dziewczynie dostrzegał jedynie rozpieszczoną córkę bogatych rodziców, patrzącą na wszystkich z wyższością. Jej widok wzmógł rosnącą od rana irytację, więc postanowił sobie ulżyć:
— Szczerze mówiąc, jestem zaskoczony, że jeszcze się na nas nie rzuciłaś. Spadek formy, księżniczko?
Jeżeli liczył, że komentarz w jakikolwiek sposób ją sprowokuje i doprowadzi do stanu zbliżonego do tego z ich poprzedniego spotkania, to czekało go bolesne rozczarowanie.
— Jeśli mam być szczera, przez chwilę nie miałam pewności, czy to ty. Ale rozwiałeś wszelkie wątpliwości, gdy tylko otworzyłeś usta. Domyślam się, że bardzo ci się podobało, kiedy rzuciłam się na ciebie, skoro tak do tego wracasz. Niestety, dupku, to była jednorazowa przyjemność.
Josie przestała poświęcać mu uwagę i skupiła się na swojej porcji jedzenia, gdy Chase jeszcze przez kilka sekund patrzył na nią w zdumieniu.
Zaskoczona Valerie spojrzała na Ethana, jakby szukając wyjaśnienia dla dziwnej reakcji przyjaciółki, ale chłopak był zajęty podziwianiem rzadkiego widoku Sandersona zbitego z tropu.
Archer natomiast, gdy usłyszał odzywkę Josephine, wybuchnął śmiechem.
* * *
Josephine wkładała naprawdę sporo wysiłku, by nie pokazywać po sobie, jak bardzo jest wykończona.
Piątkowa interwencja i sobotnie spędzanie czasu z Valerie skutkowały siedzeniem w niedzielę do późna nad książkami. Niewielka ilość snu boleśnie odbiła się na jej wyglądzie i samopoczuciu. Sińce pod oczami zdołała zamaskować warstwą makijażu, ale uciążliwy ból głowy znacznie utrudniał przetrwanie całego dnia w szkole. Dziewczyna marzyła, by znaleźć się już we własnej sypialni.
Zajęcia z literatury były ostatnimi tego dnia. Należały do ulubionych w planie lekcji Josephine, więc w teorii stanowiły stosunkowo nietrudną przeszkodę dzielącą ją od powrotu do domu.
Teoria jednak minęła się z rzeczywistością w momencie, kiedy kilka minut po dzwonku do sali wszedł Chase Sanderson.
Profesor Douglas był równie zaskoczony co ona:
— Chase Sanderson, cóż za niespodzianka. Skoro już się pojawiłeś, może wyjaśnisz mi, co jest powodem tej rażącej liczby nieobecności.
— Byłem zajęty. — Chase wzruszył ramionami i minął nauczyciela, kierując się do wolnej ławki.
— Przez ponad miesiąc? Zdajesz sobie sprawę, że to twoja pierwsza obecność na moich zajęciach od początku roku, a mamy październik?
Chase mógłby z nim dyskutować — że nieco przesadza. Wiedział, że przez pierwsze dwa tygodnie nauczyciel był na zwolnieniu i do tej pory odbyło się zaledwie kilka lekcji. Nie miał jednak zamiaru pokazywać w ten sposób, że mu zależy albo że opinia profesora choć trochę go obchodzi.
— Więc chyba tym bardziej powinien być pan zadowolony, że teraz tu jestem — powiedział.
Josie wywróciła oczami na komentarz bruneta. Co za arogancki dupek.
Chase rozejrzał się po klasie. Po chwili jego wzrok na sekundę zatrzymał się na niej. Nieszczególnie dziwiła go jej obecność akurat na tych zajęciach. Wyglądała na dziewczynę z nosem wiecznie utkwionym w książkach i zapewne lubiła naładowane bzdurami opowieści bardziej niż otaczającą ją rzeczywistość.
Zarówno Chase, jak i Josephine mieli świadomość, że dzisiejsze spotkanie na stołówce było tylko początkiem i że podobne rzeczy będą się powtarzać.
Ich obecna sytuacja miała się bowiem tak, że Valerie i Ethan dążyli do spędzania wspólnie jak największej ilości czasu. Oboje posiadali jednak bagaż w postaci przyjaciół. Blondynka nie zostawi Josie na rzecz chłopaka, ponieważ wie, że jest jedyną osobą powstrzymującą dziewczynę przed całkowitym odcięciem się od bliskich kontaktów z ludźmi. Blondynowi zaś obecność przyjaciół pomagała przezwyciężyć wrodzoną nieśmiałość w kontaktach z dziewczynami.
Dopóki więc relacja Ethana i Val będzie się rozwijać, prawdopodobieństwo częstych spotkań Chase’a i Josie będzie bardzo wysokie. Gdyby dodać do tego jeszcze Archera, który uwielbiał otaczać się ludźmi i nawiązywać nowe relacje, owo prawdopodobieństwo zaczynało graniczyć z pewnością.
Trudno było określić, kto z tej dwójki był bardziej niezadowolony z takiego obrotu spraw.
Kolejne dni mijały szybko i zmieniały się w tygodnie, podobnie jak początkowy chaos, spowodowany pojawieniem się w życiu Josephine nowych osób, przeradzał się w kolejny schemat.
Na stołówce Ethan i jego przyjaciele na stałe dołączyli dziewczyn i chociaż Josie niezmiennie była temu przeciwna, nikt z pozostałych nie brał pod uwagę jej opinii.
Początki były trudne. Przez pierwsze dni panowała dość niezręczna atmosfera, ale w końcu udało się ją pokonać — głównie dzięki błazeństwom Archera, które potrafiły rozbawić każdego. Chase natomiast po kilku dniach w szkole, podczas jednej ze wspólnych przerw, stwierdził, że potrzebuje odpoczynku od tego cholernego zbiorowiska idiotów. Od tego czasu pojawiał się w szkole okazjonalnie, co również nieco rozluźniło atmosferę, a przynajmniej uszczęśliwiło Josephine.
Wszyscy wydawali się zadowoleni z nowego stanu rzeczy, więc Josephine nie pozostało nic innego, jak zaakceptować zmianę. Wciąż jednak nie zamierzała zawierać z chłopakami przyjaźni. Jej obecność w towarzystwie polegała głównie na słuchaniu oraz okazjonalnym odpowiadaniu na przyjazne zaczepki Archera i mniej przyjazne Chase’a, gdy już się pojawił.
Mimo tego nie mogła powiedzieć, że ich nie lubi. Może z wyjątkiem Sandersona, który świetnie się bawił, dogryzając jej, ale jego obecność też z czasem stała się dla niej mniej irytująca.
Nieśmiały z początku Ethan z każdym dniem otwierał się bardziej i to, co Josie udało się zaobserwować, pokrywało się z obrazem świetnego chłopaka przedstawionym jej przez Valerie. Z kolei Archer całą swoją głośną i wesołą osobowością wprowadzał luźną atmosferę. Słuchanie jego żartów czy przeróżnych opowieści było dla Josephine okazją do oderwania się od jej sztywnej rzeczywistości.
— Cześć, kruszynko! — Coleman powitał ją entuzjastycznie, gdy znalazła się przy stoliku. Odpowiedziała Archerowi jedynie lekkim uśmiechem i usiadła, chociaż wiedziała, że czekał na zwyczajowy komentarz odnośnie do jej przezwiska. Chłopak któregoś dnia nazwał ją kruszynką i to określenie tak mu przypadło do gustu, że Josie nie była w stanie wybić mu go z głowy.
Na swoją obronę miał to, że szczupła dziewczyna w porównaniu do jego dwumetrowej, umięśnionej sylwetki wydawała się wręcz filigranowa, co tworzyło zabawny, w jego opinii, kontrast.
Josephine spodziewała się jakiejś kąśliwej uwagi ze strony Chase’a, ale o dziwo chłopak milczał, wpatrując się w nią nieodgadnionym wzrokiem. Świetnie, teraz zmienił taktykę i zamiast słownych przepychanek, będzie męczył mnie tym spojrzeniem? — przemknęło jej przez głowę, gdy usilnie starała się nie spoglądać w jego stronę. O cokolwiek chodziło, wolała jego zaczepki. Przed nimi przynajmniej była w stanie się bronić, a ten palący wzrok sprawiał, że odnosiła wrażenie, jakby zaraz miał przejrzeć ją na wylot.
Czuła, że za moment straci panowanie i zapyta, dlaczego tak się patrzy, więc przeniosła uwagę na pozostałych, by nie dać mu tej satysfakcji.
— O czym tak dyskutujecie?
Archer, Valerie i Ethan prowadzili między sobą dyskusję przyciszonymi głosami. Na pytanie Josie poderwali się, jakby zostali na czymś przyłapani.
— O niczym. — powiedziała równocześnie para.
Archer także się odezwał, z tą różnicą, że postanowił odpowiedzieć zgodnie z prawdą:
— O tobie, kruszynko.
Spojrzenie, jakie rzuciła mu Valerie, sugerowało, że zaraz wbije mu plastikowy widelec w oko. Jednak nie udało jej się zrazić tym chłopaka, który kontynuował:
— Mówiąc dokładniej, dyskutowaliśmy o tym, jak cię przekonać do przyjścia na nasze spotkanie u mnie. Valerie twierdzi, że nie mam szans, żeby cię namówić, ale ja wierzę, że nie odmówisz swojemu najlepszemu przyjacielowi.
Mówiąc to, posłał jej uśmiech, od którego miękną nogi większości nastolatek w Moreton. Na jego nieszczęście Josephine nie należała do tej grupy i żadna z jego sztuczek nie robiła na niej wrażenia.
— Najlepszemu przyjacielowi? — spytała, patrząc na niego z uniesioną brwią.
— Dokładnie tak, kruszynko — potwierdził entuzjastycznie. — Jesteś jedyną dziewczyną, z którą rozmawiam codziennie od dwóch tygodni i jeszcze jej nie przeleciałem. Możesz czuć się wyjątkowo, słońce, bo od teraz jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Przypieczętujemy tę przyjaźń dziś wieczorem, u mnie.
Archer wydawał się bardzo zadowolony z siebie, Ethan i Valerie nieudolnie powstrzymywali wybuch śmiechu, a Chase wywrócił oczami, chociaż kącik jego ust niekontrolowanie uniósł się ku górze. Nawet on nie był odporny na komedianctwo chłopaka.
Josephine natomiast patrzyła na niego, jakby właśnie jej oznajmił, że Ziemia jest płaska.
— Nie wlewaj sobie, Coleman, ja cię nawet nie lubię. — Starała się go zbyć, ale czuła, że z każdą chwilą coraz trudniej jej powstrzymywać uśmiech.
— Oj, lubisz mnie i dobrze o tym wiesz, po prostu nie chcesz tego przyznać. — Archer miał rację, jednak nie chciała tego potwierdzać.
— Nawet gdybym cię lubiła, to i tak nie mogę przyjść. Jestem dziś zajęta, wybacz. — Wzruszyła ramionami, licząc, że to wystarczy, by zakończyć temat. Nie miała ochoty rozmawiać przy wszystkich o powodach, które powstrzymywały ją przed przyjściem.
— No weź, Josie, jeden wieczór cię nie zbawi. Świat się nie zawali, jeśli raz odpoczniesz od nauki. — Valerie postanowiła spróbować namówić przyjaciółkę. Naiwnie liczyła, że ta ugnie się pod presją grupy.
— To wcale nie o to chodzi. Naprawdę nie mogę.
— Jaaasne. — Blondynka czuła narastającą irytację, ale się nie poddawała. Miała nadzieję, że pojawienie się w ich życiu Ethana i jego przyjaciół jest szansą na przebicie murów, którymi Josie odgradzała się w imię swojego planu. — Co niby może być tak ważnego, że…
Nie zdążyła dokończyć zdania, uciszona przez stanowczy głos Josephine:
— Moja matka dziś przyjechała. Wystarczająco ważne?
Coś w głosie Josephine sprawiło, że Valerie na chwilę porzuciła determinację, by dokładnie przyjrzeć się przyjaciółce. Miała niejasne przeczucie, że coś jest nie tak. Gdyby były same, pociągnęłaby temat. Ale nie były i wiedziała, że musi z tym zaczekać na inny moment. Dlatego zmieniła temat.
— A piątek?
Josie przez chwilę patrzyła na nią zbita z tropu.
— Co z piątkiem? — zapytała w końcu, próbując odzyskać rezon.
— No, skoro przyjechała dzisiaj, to do piątku już raczej wróci do Londynu, racja? — Brunetka nadal nie wiedziała, co to ma do rzeczy, ale kiwnęła głową. Szeroki uśmiech, który pojawił się na twarzy blondynki, nie mógł oznaczać niczego dobrego. — Świetnie, w takim razie jesteś wolna i możesz przyjść na halloweenową imprezę u Archera. Słyszałeś, Arch? Twoja najlepsza przyjaciółka właśnie zgodziła się przyjść do ciebie w piątek na domówkę.
Gdyby wzrok mógł zabijać, Valerie dawno leżałaby trupem. Puściła oczko do przyjaciółki, ewidentnie dumna z własnego dzieła.
Archer tymczasem spoglądał przez kilka sekund na obie dziewczyny, oderwany od wymieniania wiadomości z nowo poznaną dziewczyną. Zaraz jednak uśmiechnął się szeroko w kierunku Josephine.
— Wiedziałem, że jednak mnie lubisz, przyjaciółko — powiedział i przechylił się przez stół, by objąć dziewczynę ku jej, jeszcze większemu niż chwilę wcześniej, niezadowoleniu.
Chase natomiast, który milczał przez całą przerwę, analizował zaistniałą sytuację. Jako jedyny uważnie przysłuchiwał się dyskusji dwóch przyjaciółek i już na początku zauważył niecodzienne zachowanie brunetki.
Chłopak z natury był obserwatorem i często dostrzegał więcej niż inni. Miał wrażenie, że z dziewczyną coś jest nie tak, gdy tylko pojawiła się na stołówce. Bardziej niż zwykle biła od niej aura wyższości, jakby akurat tego dnia jeszcze bardziej niż zawsze chciała pokazać, że jest lepsza niż wszyscy w jej otoczeniu.
Podejrzenia nasiliły się, gdy wspomniała o matce. Wtedy po raz pierwszy zauważył pęknięcie w jej zbroi. Zaledwie na ułamek sekundy coś przedostało się przez szczelną zasłonę na zewnątrz. Błysnęło w jej ciemnoniebieskich oczach i zniknęło tak szybko, że nie był w stanie zidentyfikować, czym właściwie było.
Jednak ta drobna wada w idealnej i nieprzeniknionej jak dotąd masce wystarczyła, by zrozumiał, że dziewczyna w ogóle jakąś nosi.
I nie mógł nie zacząć zastanawiać się, co się pod tą maską kryje.
Josephine po raz ostatni przejrzała się w lustrze, prawdopodobnie pierwszy raz życiu życząc sobie, by mogła właśnie szykować się do wyjścia ze znajomymi.
Zamiast tego miała na sobie zdecydowanie zbyt drogą jak na fakt, że nawet nie wychodziła z domu, elegancką sukienkę w granatowym kolorze i pasujące do niej szpilki. Nie założyła zbyt wiele biżuterii, ograniczyła się do drobnych kolczyków, za to jej makijaż był idealnie wykończony. Była tak zadowolona z efektu, że przez chwilę rozważała nawet wysłanie zdjęcia do Valerie. Jednak straciła ochotę na chwalenie się, gdy przypomniała sobie powód, dla którego musiała się tak wystroić.
Okazało się, że przyczyną wizyty matki w domu była kolacja, na którą zaprosiła kogoś ważnego. Josie wiedziała tylko, że miało to związek z interesami kancelarii rodziców. Nie potrzebowała więcej szczegółów, aby domyślać się, że matka wymagała jej obecności, ponieważ chciała zaprezentować Sinclairów jako idealną rodzinę i zrobić wrażenie na gościach.
Wyszła z pokoju i skierowała się do kuchni. Zaproszeni ludzie jeszcze się nie pojawili, ale wolała na wszelki wypadek być już w pobliżu.
— Wyglądasz pięknie, kochanie. — Pani Murphy popatrzyła na nią z zachwytem, gdy tylko pojawiła się w zasięgu jej wzroku.
Josie podziękowała jej za komplement i spojrzała na przygotowane potrawy.
— Mogę ci w czymś pomóc? — Dziewczyna lubiła spędzać czas w kuchni razem z gosposią, więc chęć pomocy była dla niej czymś naturalnym, do tego bardzo chciała mieć jakieś zajęcie, by uspokoić nerwy. Takie wieczory zawsze wiązały się z lękiem, że popełni jakiś błąd i rozczaruje rodziców.
— Nawet nie próbuj! Jeszcze byś się czegoś dotknęła i pobrudziła sukienkę, a twoja matka urwałaby głowy nam obu. Nie będziemy ryzykować. Poza tym wszystko jest już prawie gotowe, zaraz powinni pojawić się goście. — Ledwo skończyła mówić, a w domu rozbrzmiał dźwięk dzwonka. Pani Murphy spojrzała na swój brudny od mąki fartuch i zaczęła w pośpiechu go ściągać, mrucząc pod nosem, że nie może otworzyć w takim stroju.
— Ja pójdę — zaoferowała się Josie, widząc nieprzygotowanie kobiety. Szybko podeszła do drzwi i otworzyła je, zapraszając gości do środka.
— Ty musisz być Josephine. Jestem Patrick Morrison, a to moja żona Madelaine. — Mężczyzna około sześćdziesiątki spojrzał na nią z sympatycznym uśmiechem i wyciągnął rękę, którą Josie uścisnęła.
— Zgadza się, jestem Josephine, miło mi państwa poznać. Zapraszam. — Wskazała im drogę do jadalni, gdzie już czekała na nich matka.
Dorośli wymienili uprzejme powitania, po czym Lillian zachęciła do zajęcia miejsc przy stole. W międzyczasie pani Murphy zdążyła już podać pierwsze danie.
Przedstawienie czas zacząć — pomyślała Josie i również zajęła miejsce, przygotowując się do udawania idealnej córki z dobrego domu, dokładnie tak, jak oczekiwała tego matka.
* * *
Kolacja mijała uporczywie wolno i Josie niecierpliwie wyczekiwała końca. Państwo Morrison okazali się w miarę sympatyczni, jednak dziewczyna miała już dosyć odpowiadania na ciągłe pytania ze strony małżeństwa. Lillian zachwalała córkę, opowiadając o jej wynikach w nauce i przyszłości na Harvardzie, jednak za każdym razem, gdy dziewczyna mówiła, czuła na sobie ciężki, ostrzegawczy wzrok matki.
