Filary 1: Remember Me - C. E. Mireille - ebook + książka

Filary 1: Remember Me ebook

C. E. Mireille

4,7

Opis

Wojna ich rozdzieliła. Połączyło – przeznaczenie.

Razem mogą ocalić ludzkość… albo sprowadzić na nią zagładę.

Republika jest ostatnim bastionem ludzkości. Jej mieszkańców strzegą Filary – starożytna technologia chroniąca przed wirusem, który zmienia ludzi w nadludzko silne, bezwolne maszyny do zabijania. Dopóki Filary działają, świat trwa w równowadze.

Chloé Shadowtail, córka byłej podpułkownik i ekspertki ds. skażenia, od lat żyje w cieniu cudzych decyzji. Gdy spotyka kapitana Michaela Caina, rozpoznaje w nim przyjaciela z dzieciństwa – chłopca, którego niegdyś kochała jak brata. Uciekając przed zaaranżowanym małżeństwem, postanawia zaciągnąć się do wojska i odzyskać utraconą relację.

Nie wie jednak, że wojna i lata służby w armii zmieniły Michaela w ponurego, bezwzględnego i zabójczo skutecznego dowódcę niesławnej jednostki taktycznej, znanego jako Rzeźnik ze 113-tki.

Chaos jest tylko kwestią czasu – starożytna technologia słabnie, a w bazie pojawia się pierwszy Skażony. Tymczasem młody, ambitny dowódca batalionu, major Emil Stallard, zdaje się mieć własne powody, by trzymać się jak najbliżej Shadowtail i Caina…

Chloé szybko będzie musiała zdecydować, komu może zaufać. Bo stawką w tej rozgrywce okaże się nie tylko jej życie… ale i serce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 521

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (83 oceny)
60
18
5
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
jw1502

Nie oderwiesz się od lektury

Totalne zaskoczenie ! Akcja goni akcję , tajemniczy bohaterowie . Emocje. Cały czas coś się dzieje . Zdecydowanie polecam bi czekam na kolejną część .
20
arwenka

Dobrze spędzony czas

Książka ma bardzo dobrą, wciągającą fabułę, a samą historię czyta się niezwykle szybko i sprawnie. Niestety, ogólny odbiór mocno psuje kreacja głównej bohaterki. Jej zachowania są tak skrajnie naiwne i nierealistyczne, że kompletnie mijają się z realiami służby wojskowej. Ta rażąca niewiarygodność w przedstawieniu wojskowego świata sprawia, że momentami trudno traktować tę opowieść poważnie, co niestety odbiera przyjemność z lektury.
10
Aster22

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna, nie mogłam się oderwać. Dużo się dzieje, bohaterowie wielowymiarowi, ciekawie wykreowany świat. Też czekam na kolejny tom.
10
nksnpp

Nie oderwiesz się od lektury

Zupełnie się nie spodziewałam Fantastyczna Czekam na tom 2
10
AnnaTrz

Całkiem niezła

Przeczytana i tyle
00

Popularność




Close your eyes and call my name,

tho­ugh Time’s trans­for­med our love into pain

and scat­te­red our me­mo­ries like by­go­ne de­bris,

keep me in your he­art – re­mem­ber me.

Clo­se your eyes and take my hand,

let me mark you mine with a bur­ning brand.

Till the cur­sed path le­ads us whe­re I’m bo­und to be,

feel me on your skin – re­mem­ber me.

Clo­se your eyes and make a vow,

seal it with a pray­er, a de­vo­ted bow.

Till the jo­ur­ney’s over and Time sets you free,

tie me to your soul – re­mem­ber me.

Wezwij moje imię, kie­dy przy­mkniesz oczy,

choć Czas na­szą mi­łość w ból prze­isto­czył,

roz­rzu­cił wspo­mnie­nia na prze­szło­ści dnie,

za­cho­waj je w ser­cu – pa­mię­taj mnie.

Uj­mij moją dłoń, kie­dy przy­mkniesz oczy,

przyj­mij znak pa­lą­cy, niech na skó­rze wtło­czy

po­tę­pio­ny trakt, na któ­ryprze­zna­cze­nie pchnie,

wpleć go w swo­je pal­ce – pa­mię­taj mnie.

I złóż mi przy­się­gę, kie­dy przy­mkniesz oczy,

od­daj w mą nie­wo­lę, jej kres Czas od­ro­czy.

Skroń swą po­chyl kor­nie w nie­ła­ska­wym śnie,

zwiąż mnie z swo­ją du­szą – pa­mię­taj mnie.

Prolog

Nie ukry­wam, że gdy my­ślę o tym dniu z per­spek­ty­wy cza­su, mam mie­sza­ne uczu­cia. Nie raz za­sta­na­wia­łem się, jak po­to­czy­ło­by się moje ży­cie, gdy­bym pod­jął wte­dy inną de­cy­zję. Czy to moż­li­we, że mo­głem za­po­biec temu, co się wy­da­rzy­ło? Czy mo­głem ich oca­lić, czy też by­łem po pro­stu nic nie­zna­czą­cym try­bi­kiem w nie­po­wstrzy­ma­nej ma­chi­nie losu?

I – co naj­waż­niej­sze – czy gdy­bym wie­dział to, co wiem te­raz, po­now­nie za­mie­nił­bym swo­je bez­tro­skie ży­cie wśród ro­dzi­ny i przy­ja­ciół na te kil­ka lat z nią, na pust­kę po jej odej­ściu?

Je­den gor­szy dzień. Nie­wła­ści­wy wy­bór. Mło­dzień­czy wy­bryk.

Chwi­la py­chy, któ­ra mia­ła mnie tak wie­le kosz­to­wać.

Gdy wy­ska­ki­wa­łem z łóż­ka tam­te­go dnia, pod­eks­cy­to­wa­ny tym, co na mnie cze­ka, na­wet nie prze­szło mi przez myśl, że dla kil­ku klep­nięć w ple­cy stra­cę za­ufa­nie ojca i za­ry­zy­ku­ję ży­cie nas wszyst­kich.

Za­my­kam oczy i znów je­stem na skra­ju lasu. Po­mię­dzy źdźbła­mi su­chej tra­wy, na tle bez­kre­snych pia­sków Pust­ko­wia, wi­dzę bia­łe ki­tle i ciem­ne mun­du­ry. W uszach dud­ni huk zwal­nia­nych blo­kad Spo­pie­la­czy i wy­cie sil­ni­ków mak­sy­mal­­­nie ob­cią­żo­nych cię­ża­ró­wek.

I wresz­cie są oni.

Ska­że­ni, po­two­ry w ludz­kiej skó­rze.

To praw­da – w koń­cu coś o tym wiem.

Pa­mię­tam, że po­my­śla­łem, że wy­glą­da­ją zu­peł­nie nor­mal­nie.

A po­tem pa­ni­ka, prze­ra­że­nie, cha­os, ciem­ność.

Obu­dzi­łem się w szpi­ta­lu woj­sko­wym.

Chcia­łem usiąść, ale coś blo­ko­wa­ło moje ru­chy. Ro­zej­rza­łem się na wpół przy­tom­nie; mój wzrok był nie­ostry, umysł za­mglo­ny. Zmru­ży­łem oczy. Na łóż­ku obok le­żał Mi­cha­el, wpa­try­wał się w su­fit i po­ru­szał usta­mi, szep­ta­jąc coś do sie­bie. Co kil­ka mi­nut szar­pał sil­nie za gru­be pasy, któ­ry­mi był przy­pię­ty do łóż­ka, i zda­łem so­bie spra­wę, że to dla­te­go ja też nie mogę się ru­szyć.

Na­gle gdzieś w tyle gło­wy po­ja­wi­ło się bo­le­sne pul­so­wa­nie. Mo­ni­tor przy moim łóż­ku za­pisz­czał wście­kle, a ja za­ci­sną­łem zęby, gdy moją skroń prze­szy­ło nie­spo­dzie­wa­ne ukłu­cie. Mia­łem wra­że­nie, jak­by ktoś wsu­nął mi nóż w czasz­kę i po­wo­li nim ob­ra­cał.

To wła­śnie wte­dy usły­sza­łem go po raz pierw­szy – ten zło­wro­gi szept mó­wią­cy moim gło­sem. Szept, któ­ry spra­wiał, że przez moje cia­ło prze­ta­cza­ły się fale prze­ra­że­nia – i z po­cząt­ku nie cho­dzi­ło na­wet o to, co mó­wił, ale że w ogó­le tam był. Że nie po­tra­fi­łem go uci­szyć. Że w pew­nym mo­men­cie nie wie­dzia­łem już, czy to wciąż ja.

Krzyk­ną­łem gło­śno i szarp­ną­łem za trzy­ma­ją­ce mnie wię­zy. Ser­ce wa­li­ło mi w pier­si, a jego echo dud­ni­ło w uszach.

Przy moim łóż­ku po­ja­wi­ła się pie­lę­gniar­ka, rzu­ci­ła krót­kie spoj­rze­nie na wią­żą­ce mnie pasy i le­d­wie do­strze­gal­nie ode­tchnę­ła z ulgą. Przez chwi­lę spo­glą­da­ła na wskaź­ni­ki na sto­ją­cym obok mo­je­go łóż­ka ekra­nie i szyb­ko za­no­to­wa­ła coś na pod­kład­ce.

Za­mkną­łem oczy, a gdy je znów otwo­rzy­łem, stał tam mój oj­ciec. Oparł się o po­ręcz łóż­ka. Jego uło­żo­ne wło­sy prze­ci­nał rów­ny prze­dzia­łek, spod rę­ka­wów ma­ry­nar­ki wy­sta­wa­ły man­kie­ty śnież­no­bia­łej ko­szu­li spię­te zło­ty­mi spin­ka­mi. Głos uwiązł mi w gar­dle. Chcia­łem być dziel­ny – po­ka­zać mu, że się nie boję – ale zdra­dzi­ło mnie urzą­dze­nie mo­ni­to­ru­ją­ce bi­cie mo­je­go ser­ca.

Z jego ust nie pa­dło na­wet jed­no sło­wo wy­rzu­tu. Wiem, że ni­g­dy nie zra­nił­by mnie wprost. Sta­rał się mnie ko­chać. Mnie – dziec­ko, któ­re wy­rwa­ło ostat­nie tchnie­nie spo­mię­dzy warg wy­bran­ki jego ser­ca. Mimo to wi­dzia­łem, że cie­pły blask, z któ­rym za­zwy­czaj na mnie spo­glą­dał, znikł bez­pow­rot­nie.

Za­wio­dłem go.

Choć my­ślę, że w głę­bi du­szy, tam gdzie skry­wa­my swo­je naj­czar­niej­sze my­śli, spo­dzie­wał się, że tak bę­dzie.

Ock­ną­łem się w ko­lej­nym szpi­ta­lu.

Urzą­dze­nia wo­kół mnie szu­mia­ły mia­ro­wo. W gło­wie czu­łem bo­le­sne pul­so­wa­nie, choć nie był to już ten prze­szy­wa­ją­cy, nie­zno­śny ból, któ­ry unie­moż­li­wiał ze­bra­nie my­śli. Na­dal by­łem przy­wią­za­ny, ale pasy były luź­niej­sze. Mu­sia­łem le­żeć już w łóż­ku bar­dzo dłu­go, bo moje mię­śnie zdrę­twia­ły i każ­dy ruch spra­wiał wra­że­nie wy­mu­szo­ne­go. Z wy­sił­kiem unio­słem dłoń i do­tkną­łem opa­trun­ku za uchem.

Drgną­łem, gdy tuż przy nim roz­legł się zna­jo­my szept. Nie wiem, jak dłu­go le­ża­łem nie­ru­cho­mo, prze­ra­żo­ny, pod­czas gdy on prze­ma­wiał do mnie drwią­co, zło­wro­go, mo­no­ton­nie po­wta­rza­jąc moim gło­sem te same sło­wa:

Za­bij ich wszyst­kich. Mu­sisz za­bić ich wszyst­kich.

Wie­dzia­łem już, co to zna­czy.

By­łem ska­żo­ny.

Mój przy­ja­ciel też.

To wte­dy po raz pierw­szy do­tar­ło do mnie, że ni­g­dy już nie zo­ba­czę się z oj­cem, że nie będę mógł wró­cić do swo­je­go ży­cia, że będę le­żał przy­ku­ty do tego łóż­ka aż do śmier­ci, po­wo­li tra­cąc zmy­sły, aż zo­sta­nie tyl­ko po­wło­ka dla po­two­ra, któ­rym się sta­łem.

Po­my­śla­łem, że le­piej by­ło­by, gdy­bym umarł.

Chcia­łem umrzeć.

Nie. Jaza­słu­gi­wa­łem na to, żeby umrzeć.

Usły­sza­łem stłu­mio­ne gło­sy i sze­lest od­su­wa­nych drzwi. Ktoś wszedł do po­ko­ju i sta­nął przy moim łóż­ku. Głos w mo­jej gło­wie na­tych­miast roz­brzmiał pod­eks­cy­to­wa­niem:

Za­bij ich wszyst­kich. Mu­sisz za­bić ich wszyst­kich.

Pod­nio­słem dłoń.

– Za­bij mnie – wy­chry­pia­łem sła­bo. – Je­stem ska­żo­ny. Za­bij mnie. Pro­szę. Nie chcę być po­two­rem…

Klu­cha, któ­ra uro­sła mi w gar­dle, za­blo­ko­wa­ła dal­sze sło­wa. Nikt nie od­po­wie­dział, choć wie­dzia­łem, że nie je­stem sam. Ob­ró­ci­łem lek­ko gło­wę i roz­chy­li­łem po­wie­ki.

Przy moim łóż­ku sta­ła dziew­czyn­ka w moim wie­ku, o naj­bar­dziej błę­kit­nych oczach ja­kie kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem. Bu­rza splą­ta­nych brą­zo­wych lo­ków oka­la­ła jej twarz. Pa­trzy­ła na moją dłoń na­chmu­rzo­na, wy­dy­ma­jąc małe usta. Na­po­tka­ła moje spoj­rze­nie. Unio­sła brwi, a jej oczy się roz­sze­rzy­ły.

Dwa ka­wał­ki przej­rzy­ste­go nie­ba. Nie mo­głem ode­rwać od nich wzro­ku.

A po­tem do­tknę­ła mo­jej dło­ni.

Rozdział 1

Chloé Sha­dow­ta­il otwo­rzy­ła oczy i przez chwi­lę wpa­try­wa­ła się w ota­cza­ją­cą ją ciem­ność. Nie­za­leż­nie od pory roku za­wsze bu­dzi­ła się przed brza­skiem. Ser­ce tłu­kło się w jej pier­si jak dzi­ki ptak za­mknię­ty w klat­ce, za­wsze przez ten sam sen. Za­zwy­czaj pa­mię­ta­ła każ­dy szcze­gół, ale cza­sa­mi – jak dziś – bu­dzi­ła się z pust­ką w gło­wie i po­czu­ciem, że stra­ci­ła coś bar­dzo waż­ne­go. Do­tknę­ła mo­krych po­licz­ków i ode­tchnę­ła z tru­dem przez za­ci­śnię­te gar­dło.

Przez chwi­lę wsłu­chi­wa­ła się w od­gło­sy wy­da­wa­ne przez ich sta­ry drew­nia­ny dom, bo ci­sza po­ran­ka ni­g­dy nie była tu ab­so­lut­na. Wręcz prze­ciw­nie, zda­wa­ła się żywa, wi­bru­jąc dźwię­ka­mi, któ­re moż­na było usły­szeć tyl­ko o tej po­rze dnia. Bel­ki su­fi­tu skrzy­pia­ły lek­ko pod cię­ża­rem da­chu i raz po raz roz­le­gał się ci­chy trzask, jak­by dom prze­cią­gał się po dłu­gim śnie. Wiatr prze­ci­skał się przez szpa­ry i sze­le­ścił skrom­ną fi­ran­ką w oknie. Zbli­ża­ła się je­sień, a wraz z nią krót­sze dni i dłu­gie, chłod­ne wie­czo­ry.

Wes­tchnę­ła ci­cho. Wy­cią­gnę­ła dłoń i do­tknę­ła ple­ców śpią­cej obok ko­bie­ty, szu­ka­jąc kom­for­tu w jej bli­sko­ści.

– Śpij – po­wie­dzia­ła ta ochry­ple, ale od­wró­ci­ła się i za­mknę­ła ją w cie­płym uści­sku. – To tyl­ko zły sen.

Chloé uśmiech­nę­ła się i przy­mknę­ła oczy. Wie­dzia­ła do­brze, że już nie za­śnie, ale po­czu­ła po­wra­ca­ją­cy spo­kój.

Gdy tyl­ko za­czę­ło świ­tać, wy­su­nę­ła się spod cie­płej po­ście­li. Szyb­ko zdję­ła pi­ża­mę i za­ło­ży­ła sta­ran­nie od­wie­szo­ną ubie­głe­go wie­czo­ru zwy­kłą sza­rą su­kien­kę. Ze ści­śnię­tym gar­dłem spoj­rza­ła na wy­chu­dzo­ne cia­ło śpią­cej ko­bie­ty. Okry­ła ją tro­skli­wie do­dat­ko­wym ko­cem i usia­dła na łóż­ku, słu­cha­jąc jej płyt­kie­go od­de­chu. Na­gły atak kasz­lu spra­wił, że ko­bie­ta otwo­rzy­ła oczy.

– Już ra­nek? – za­py­ta­ła na wpół prze­bu­dzo­na.

– Śpij, mamo – od­po­wie­dzia­ła Chloé, ści­ska­jąc jej dłoń. – Za­wo­łam cię na śnia­da­nie.

– Do­brze. Jesz­cze tyl­ko dzie­sięć mi­nut.

Chloé uśmiech­nę­ła się uśmie­chem, któ­ry nie się­gnął jej oczu. Od lat bez­sil­nie ob­ser­wo­wa­ła roz­wój cho­ro­by mat­ki: mo­men­ty, gdy za­czę­ła tra­cić na wa­dze, gdy za­czę­ła się z tru­dem pro­sto­wać z po­wo­du bólu ple­ców, gdy płyt­ki od­dech w nocy prze­cho­dził w du­szą­cy ka­szel. Od kil­ku mie­się­cy po­da­wa­ła jej eks­trakt z ziół na zła­go­dze­nie bólu. Nic wię­cej nie mo­gła dla niej zro­bić.

Spraw­nie roz­nie­ci­ła ogień w kuch­ni i wsta­wi­ła wodę na her­ba­tę. W spi­żar­ni oprócz zgro­ma­dzo­nych nie­wiel­kich za­pa­sów żyw­no­ści wi­sia­ły pęki su­szo­nych ziół, a na pół­kach pię­trzy­ły się sło­iki peł­ne ma­ści, na­le­wek i lecz­ni­czych eks­trak­tów. Jej mat­ka, Ca­mil­la, była nie­gdyś zna­ko­mi­tą le­kar­ką i Chloé czu­ła, że po­win­na pójść w jej śla­dy, po­ma­gać tym, o któ­rych sys­tem za­po­mniał.

Po prze­gra­nej dzie­sięć lat temu woj­nie całe siły i środ­ki pań­stwo­we zo­sta­ły skie­ro­wa­ne na od­bu­do­wę miast, ochro­nę Fi­la­rów i roz­wój mi­li­tar­ny Re­pu­bli­ki. Małe wio­ski, ta­kie jak ta, w któ­rej miesz­ka­ły, zo­sta­ły po­zo­sta­wio­ne sa­mym so­bie. Więk­szość lu­dzi mia­ła do wy­bo­ru prze­pro­wadz­kę i ży­cie w nę­dzy na uli­cach wiel­kich miast albo we­ge­ta­cję w ska­za­nych na za­po­mnie­nie, po­zba­wio­nych ochro­ny spo­łecz­no­ściach. I choć ży­cie, któ­re pro­wa­dzi­ły, na­le­ża­ło do re­la­tyw­nie spo­koj­nych ze wzglę­du na bli­skość mia­sta sto­łecz­ne­go, bra­ko­wa­ło im wie­lu rze­czy do­stęp­nych tyl­ko dla miesz­czan i woj­ska – mię­dzy in­ny­mi elek­trycz­no­ści i środ­ków me­dycz­nych. To dla­te­go Ca­mil­la umie­ra­ła i Chloé nie mo­gła się z tym po­go­dzić.

Naj­gor­szy los jed­nak cze­kał na tych, któ­rzy zo­sta­li wy­gna­ni na Pust­ko­wie. Ten, kto raz prze­kro­czył wy­zna­czo­ne przez Spo­pie­la­cze gra­ni­ce, ni­g­dy nie wra­cał.

– Mamo, zejdź na śnia­da­nie – za­wo­ła­ła, kie­dy wszyst­ko było już go­to­we, i cier­pli­wie cze­ka­ła, aż Ca­mil­la bez­piecz­nie ze­szła po dra­bi­nie pro­wa­dzą­cej na pod­da­sze, gdzie mia­ły nie­wiel­ką sy­pial­nię. Po­my­śla­ła, że już nie­dłu­go będą mu­sia­ły się prze­nieść na dół. Wpraw­dzie mat­ka za­pew­nia­ła Chloé, że ta wspi­nacz­ka nie spra­wia jej trud­no­ści, ale ona wi­dzia­ła, że z każ­dym dniem mia­ła co­raz mniej sił; oba­wia­ła się też, że pod jej nie­obec­ność mo­gła­by spaść.

Ca­mil­la usia­dła przy sto­le, za­kasz­la­ła i otu­li­ła się szczel­nie cie­płą chu­s­tą. Chloé od­mie­rzy­ła na ły­żecz­kę pięć kro­pli eks­trak­tu i wy­mie­sza­ła je z her­ba­tą mat­ki. Spoj­rza­ła na fla­ko­nik pod świa­tło.

– Zo­sta­ło już tyl­ko kil­ka da­wek. Na szczę­ście wi­dzia­łam już kwit­ną­ce oka­zy w po­bli­żu rze­ki. Pój­dę je na­zbie­rać po po­łu­dniu i przy­go­tu­ję nowy eks­trakt. Po­wi­nien dzia­łać sku­tecz­niej.

Ca­mil­la kiw­nę­ła gło­wą.

– Przy oka­zji sprawdź, czy orze­chy są już wy­star­cza­ją­co zie­lo­ne i na­da­ją się do ze­bra­nia. Wy­da­je mi się, że w spi­żar­ni zo­sta­ła już tyl­ko jed­na bu­tel­ka na­lew­ki.

– Do­brze, mamo. Spró­buj coś zjeść, pro­szę. Ostat­nio chud­niesz w oczach.

Ich roz­mo­wę prze­rwa­ło do­no­śne pu­ka­nie do drzwi. Chloé z wes­tchnie­niem otwo­rzy­ła drzwi, wpusz­cza­jąc pierw­szych pa­cjen­tów. Cze­kał je pra­co­wi­ty dzień.

Było już do­brze po po­łu­dniu, gdy wy­szedł ostat­ni z nich – syn po­bli­skie­go go­spo­da­rza, któ­ry zra­nił się w ze­szłym ty­go­dniu w nogę i wy­ma­gał ścią­gnię­cia szwów oraz zmia­ny opa­trun­ku. Chloé z wdzięcz­no­ścią przy­ję­ła dwie drob­ne mo­ne­ty i bo­che­nek świe­żo upie­czo­ne­go chle­ba. Lu­dzie pła­ci­li im, czym mo­gli, i choć żyły skrom­nie, ni­g­dy nie gło­do­wa­ły – za samo to były za­wsze wdzięcz­ne lo­so­wi.

Za­pa­rzy­ła mat­ce świe­żą por­cję her­ba­ty. Ca­mil­la mu­sia­ła przyj­mo­wać śro­dek prze­ciw­bó­lo­wy co sześć go­dzin, by nor­mal­nie funk­cjo­no­wać.

– Chy­ba przez po­mył­kę da­łaś mi dwie ły­żecz­ki, mo­żesz jed­ną scho­wać.

Chloé za­mar­ła i spoj­rza­ła na stół. Z prze­ra­że­niem pa­trzy­ła, jak mat­ka prze­su­wa pal­ca­mi po pu­stym bla­cie, pró­bu­jąc pod­nieść ły­żecz­kę, któ­rej tam nie było.

– O… Więc to już – stwier­dzi­ła Ca­mil­la, kie­dy pierw­szy mo­ment za­sko­cze­nia mi­nął.

– Mamo… – szep­nę­ła Chloé, ale ta unio­sła tyl­ko uspo­ka­ja­jąco dłoń.

Bez słów wie­dzia­ły, że wła­śnie po­ja­wił się je­den z ostat­nich ob­ja­wów. Mia­ły mniej cza­su, niż są­dzi­ły.

– Po­roz­ma­wia­my o tym póź­niej.

– Ale prze­cież…

– Po­roz­ma­wia­my o tym póź­niej! – prze­rwa­ła jej Ca­mil­la sta­now­czo i wi­dząc na­pię­tą twarz cór­ki, do­da­ła ze spo­ko­jem: – Idź, pro­szę, ze­brać zio­ła, a ja w tym cza­sie ode­tchnę w ogro­dzie. Kil­ka chwil na słoń­cu do­brze mi zro­bi.

– Ale mamo…

– Ko­niec dys­ku­sji, Chloé.

Chloé rzu­ci­ła jej ura­żo­ne spoj­rze­nie, choć wie­dzia­ła, że nic nie prze­ko­na te­raz mat­ki do roz­mo­wy. Wzbu­rzo­na chwy­ci­ła ko­szyk i wy­pa­dła z domu bez sło­wa. Le­d­wie we­szła na zna­jo­mą ścież­kę pro­wa­dzą­cą nad rze­kę, a gniew mi­nął i do oczu na­pły­nę­ły jej łzy bez­sil­no­ści. Ża­ło­wa­ła te­raz swo­jej re­ak­cji. Lata spę­dzo­ne na służ­bie me­dycz­nej w woj­sku na­uczy­ły Ca­mil­lę nie oka­zy­wać emo­cji przy in­nych i na­wet jej cór­ka nie była wy­jąt­kiem. Chloé za­trzy­ma­ła się na ścież­ce roz­dar­ta po­mię­dzy chę­cią po­wro­tu do domu i przy­tu­le­nia mat­ki a świa­do­mo­ścią, że ona chce być te­raz sama.

Szła po­wo­li skra­jem nie­wiel­kie­go za­gaj­ni­ka, za­wie­szo­ny na przed­ra­mie­niu ko­szyk obi­jał się lek­ko o jej bio­dro z każ­dym kro­kiem. Po­chy­li­ła się nad sku­pi­skiem ziół, do­tknę­ła ich li­ści, a po­tem unio­sła kwia­to­stan i przyj­rza­ła mu się do­kład­nie, za­nim wpraw­nym ru­chem ucię­ła ło­dy­gę tuż przy zie­mi. Jej dło­nie po­ru­sza­ły się szyb­ko, z wpra­wą, więc jej ko­szyk szyb­ko wy­peł­nił się won­ny­mi zio­ła­mi. Wy­pro­sto­wa­ła się i otar­­­­ła czo­ło.

Wresz­cie mia­ła chwi­lę dla sie­bie.

Nogi same po­nio­sły ją wy­dep­ta­ną wśród traw ścież­ką i za­nim się obej­rza­ła, sta­ła w swo­im ulu­bio­nym miej­scu nad rze­ką. Przy ka­mie­ni­stym brze­gu rósł roz­ło­ży­sty klon, jak­by stwo­rzo­ny do tego, by w cie­niu jego po­wy­gi­na­nych ko­na­rów za­po­mnieć o cza­sie. Usia­dła na gę­stej tra­wie i opar­ła się o jego pień.

Uwiel­bia­ła wi­dok, któ­ry się przed nią roz­ta­czał – po­ły­skli­wą ta­flę prze­miesz­cza­ją­cej się po­wo­li wod­nej masy, zie­lo­ne łąki prze­ty­ka­ne zło­ty­mi wie­cha­mi wro­ty­czu i bia­ły­mi głów­ka­mi ru­mian­ku, kępy drzew przy­cup­nię­te na skra­ju pól roz­ta­cza­ją­cych się na dru­gim brze­gu i ma­ja­czą­cy w od­da­li mur mia­sta sto­łecz­ne­go.

Za­mknę­ła oczy, czu­jąc na­pły­wa­ją­ce pod po­wie­ki łzy, i się­gnę­ła na dno ko­szy­ka. Jej pal­ce za­ci­snę­ły się na wy­pło­wia­łej, pod­nisz­czo­nej okład­ce książ­ki. Wy­cią­gnę­ła ją ostroż­nie, sta­ra­jąc się nie zgnieść ze­bra­nych wcze­śniej da­rów na­tu­ry. Prze­su­nę­ła pal­ca­mi po wy­bla­kłych zło­tych li­te­rach. Czy­ta­ła ją tyle razy, że zda­wa­ło jej się, iż mo­gła­by wy­re­cy­to­wać ją na pa­mięć.

Drgnę­ła, gdy po­czu­ła lek­kie kop­nię­cie w udo. Unio­sła gło­wę i wes­tchnę­ła z za­sko­cze­niem na wi­dok mę­skiej syl­wet­ki. Po­grą­żo­na w my­ślach, nie usły­sza­ła jego kro­ków. Szyb­ko otar­ła sło­ną wil­goć z rzęs i ob­rzu­ci­ła nie­zna­jo­me­go za­cie­ka­wio­nym spoj­rze­niem.

Czar­ne spodnie miał woj­sko­wym spo­so­bem wsu­nię­te w wy­so­kie, wy­po­le­ro­wa­ne buty. Sza­ra ko­szu­la była nie­na­gan­nie wy­pra­so­wa­na, ale nie­dba­le roz­pię­ta przy szyi, przez ra­mię prze­rzu­cił kurt­kę z woj­sko­wy­mi ozna­cze­nia­mi, któ­rych nie roz­po­zna­wa­ła.

– To moje miej­sce – oznaj­mił su­cho, niby obo­jęt­nie.

Przez chwi­lę wpa­try­wa­ła się w nie­go bez sło­wa, za­sta­na­wia­jąc się, czy aby na pew­no po­wie­dział to do niej. Jego oczy za­kry­wa­ła gę­sta, zu­peł­nie nie­woj­sko­wa roz­czo­chra­na grzy­wa czar­nych wło­sów, ale za­uwa­ży­ła orli kształt nosa i moc­no za­ry­so­wa­ną, gład­ko ogo­lo­ną szczę­kę.

– Przy­kro mi, ale ja by­łam tu­taj pierw­sza, więc…

– To moje miej­sce – po­wtó­rzył bar­dziej sta­now­czo, opie­ra­jąc za­ci­śnię­tą pięść o pień drze­wa.

Wes­tchnę­ła z obu­rze­niem. Wi­dzia­ła, że nie mógł być wie­le star­szy od niej, a do tego, bio­rąc pod uwa­gę jego ni­ski wzrost i szczu­płą bu­do­wę cia­ła, bar­dziej spra­wiał wra­że­nie pre­ten­sjo­nal­ne­go miesz­czu­cha niż groź­ne­go żoł­nie­rza. Z lek­kim prych­nię­ciem nie­znacz­nie się po­pra­wi­ła, by sie­dzia­ło się jej wy­god­niej.

– Cóż, wy­glą­da na to, że bę­dziesz mu­siał po­szu­kać so­bie in­ne­go, bo tak się skła­da, że…

Urwa­ła, gdy po­chy­lił się gwał­tow­nie, chwy­cił ją za przód ko­szu­li i po­de­rwał bez wy­sił­ku do góry z trza­skiem ma­te­ria­łu. Książ­ka wy­su­nę­ła się jej z pal­ców, a ple­cy bo­le­śnie otar­ły o twar­dą korę drze­wa. Jak onie­mia­ła pa­trzy­ła na groź­ny błysk w lek­ko zmru­żo­nych zie­lo­nych oczach, wi­docz­nych te­raz mię­dzy czar­ny­mi ko­smy­ka­mi gę­stej grzyw­ki.

Żoł­nierz oparł rękę obok jej gło­wy i po­chy­liw­szy się ku jej twa­rzy, wy­ce­dził z lo­do­wa­tym spo­ko­jem:

– Gów­no mnie to ob­cho­dzi. Spie­przaj stąd!

Rozdział 2

Po­rucz­nik Tho­mas Moer, świe­żo upie­czo­ny se­kre­tarz puł­kow­ni­ka Lee, szyb­kim kro­kiem prze­mie­rzał ko­ry­tarz pro­wa­dzą­cy do sto­łów­ki. Otwo­rzyw­szy drzwi, ro­zej­rzał się i igno­ru­jąc sa­lu­tu­ją­cych mu niż­szych stop­niem żoł­nie­rzy, pod­szedł do sto­ją­ce­go w rogu po­miesz­cze­nia dłu­gie­go sto­łu, przy któ­rym sa­mot­nie spo­ży­wa­ła po­si­łek tyl­ko jed­na oso­ba. Część twa­rzy za­sła­nia­ła mu roz­wi­chrzo­na ciem­na czu­pry­na, co wy­wo­ła­ło nie­smak u Mo­era, bę­dą­ce­go zwo­len­ni­kiem su­ro­wych za­sad do­ty­czą­cych schlud­ne­go wy­glą­du u żoł­nie­rzy.

– Ka­pi­ta­nie Cain. – Po­rucz­nik za­sa­lu­to­wał prze­pi­so­wo i wy­pro­sto­wał się z sza­cun­kiem. – Puł­kow­nik wzy­wa pana do sie­bie.

Mło­dy męż­czy­zna, do któ­re­go się zwró­cił, ukro­ił so­bie ko­lej­ny ka­wa­łek pie­cze­ni, wło­żył go do ust i za­czął spo­koj­nie prze­żu­wać.

– Ka­pi­ta­nie? – Se­kre­tarz chciał jak naj­szyb­ciej wy­peł­nić swo­je za­da­nie oraz po­ka­zać, że kom­pe­tent­nie i spraw­nie po­tra­fi za­ła­twić każ­dą spra­wę. Nie do­cze­kaw­szy się żad­nej re­ak­cji, oparł dłoń na sto­le i do­dał: – Na­tych­miast, ka­pi­ta­nie.

Mi­cha­el Cain bły­ska­wicz­nie ob­ró­cił stę­pio­ny la­ta­mi uży­wa­nia nóż w dło­ni i wbił go po­mię­dzy roz­ło­żo­ne pal­ce po­rucz­ni­ka, jak­by wbi­jał go w ma­sło, tyl­ko gło­śniej. Dużo gło­śniej.

Moer wrza­snął i od­sko­czył jak ra­żo­ny pio­ru­nem. Stół skrzyp­nął prze­cią­gle, gdy ka­pi­tan płyn­nym ru­chem wy­cią­gnął nóż z bla­tu, wy­tarł go ser­wet­ką i ze spo­ko­jem wró­cił do kro­je­nia je­dze­nia.

Kur­czo­wo trzy­ma­jąc nie­na­ru­szo­ną dłoń przy pier­si, Moer ro­zej­rzał się błęd­nie do­oko­ła. Na­tych­miast zo­rien­to­wał się, że roz­mo­wy przy­ci­chły, a żoł­nie­rze zer­ka­ją na nich ner­wo­wo. Nie­omal pod­sko­czył, gdy po­czuł na ra­mie­niu cięż­ką dłoń. Za­sko­czo­ny uniósł gło­wę, by spoj­rzeć na twarz sto­ją­ce­go obok po­tęż­ne­go, pra­wie dwu­me­tro­we­go ol­brzy­ma.

– Star­szy cho­rą­ży Milo Yang, jed­nost­ka ope­ra­cyj­na 113B – za­mel­do­wał ten, sa­lu­tu­jąc. – Pa­nie po­rucz­ni­ku, pro­szę o wy­ba­cze­nie. Ka­pi­tan Cain jest dzi­siaj w nie­co draż­li­wym hu­mo­rze, ale za­pew­niam, że uda się nie­zwłocz­nie do puł­kow­ni­ka. Nie­zwłocz­nie – pod­kre­ślił sta­now­czo, a na­stęp­nie po­chy­lił się nie­co i z chło­pię­cym uśmie­chem po­tar­gał się z za­kło­po­ta­niem po ja­snej, pło­wej czu­pry­nie. – To jest, gdy tyl­ko za­koń­czy po­si­łek.

Moer, któ­re­mu ko­lo­ry po­wo­li wra­ca­ły na twarz, od­chrząk­nął, pro­stu­jąc się, aby za­cho­wać reszt­ki nad­szarp­nię­tej god­no­ści.

– Oby tak się sta­ło – mruk­nął, rzu­ca­jąc obu­rzo­ne spoj­rze­nie na prze­żu­wa­ją­ce­go ze znu­dze­niem ofi­ce­ra. Od­wró­cił się na pię­cie i wy­szedł z sali.

Yang rów­nież spoj­rzał na swo­je­go prze­ło­żo­ne­go i wes­tchnął głę­bo­ko. Ka­pi­tan Mi­cha­el Cain swo­im nie­kon­for­mi­stycz­nym i po­nu­rym obej­ściem nie­ustan­nie zy­ski­wał so­bie no­wych wro­gów wśród do­wódz­twa kor­pu­su, co prze­kła­da­ło się na ja­kość funk­cjo­no­wa­nia ich jed­nost­ki w ba­zie. Przy­dzie­la­no im naj­gor­sze za­da­nia, do­pro­sze­nie się o wy­mia­nę pod­nisz­czo­nych mun­du­rów gra­ni­czy­ło z cu­dem, a ich po­da­nia o prze­pust­ki i dni wol­ne wiecz­nie „przy­pad­kiem” tra­fia­ły w nie­wła­ści­we prze­gród­ki albo ty­go­dnia­mi le­ża­ły na sa­mym dnie sto­su do­ku­men­tów do pod­pi­sa­nia przez do­wód­cę kadr.

– Yang – rzu­cił zdaw­ko­wo Cain, prze­cho­dząc obok nie­go w dro­dze po do­kład­kę. Gło­wą się­gał swo­je­mu pod­wład­ne­mu le­d­wie do ra­mion. Na pierw­szy rzut oka cho­rą­ży wy­glą­dał, jak­by mógł zgnieść swo­je­go bez­po­śred­nie­go prze­ło­żo­ne­go jak mu­chę. Sam Yang wie­dział jed­nak, że były to tyl­ko po­zo­ry; ci, któ­rzy dali im się zwieść, szyb­ko się o tym prze­ko­ny­wa­li, naj­czę­ściej na wła­snej skó­rze, i to wy­jąt­ko­wo bo­le­śnie.

– Ka­pi­ta­nie – od­po­wie­dział na po­wi­ta­nie, uśmie­cha­jąc się i krę­cąc gło­wą, po czym wró­cił na swo­je miej­sce, wi­ta­ny klep­nię­cia­mi w ple­cy.

Pół go­dzi­ny póź­niej Cain szedł na spo­tka­nie z puł­kow­ni­kiem, środ­kiem ko­ry­ta­rza, jak to miał w zwy­cza­ju, lek­ko przy­gar­bio­ny, z rę­ko­ma wci­śnię­ty­mi w kie­sze­nie spodni, ze spusz­czo­ną, po­grą­żo­ną w my­ślach gło­wą. Nie re­ago­wał na po­wi­ta­nia i zmu­szał wszyst­kich do omi­ja­nia go sze­ro­kim łu­kiem. Jego za­cho­wa­nie od za­wsze było solą w oku prze­ło­żo­nych, ale kie­dy do­wódz­two zo­rien­to­wa­ło się, że żad­na kara czy na­ga­na nie daje re­zul­ta­tów, za­czę­to przy­my­kać oko na jego dzi­wac­twa. Poza tym ka­pi­tan Cain był nie­kwe­stio­no­wa­ną le­gen­dą – jego mi­sje za­wsze koń­czy­ły się nie­za­prze­czal­nym suk­ce­sem. Jego jed­nost­ka od dwóch lat nie pro­wa­dzi­ła na­bo­ru. Nie­waż­ne, jak trud­na była mi­sja, jak wy­ma­ga­ją­ce wa­run­ki, ja­kie za­sadz­ki za­sta­wił wróg – wszy­scy za­wsze wra­ca­li. Za­wsze.

Gdy do­tarł na miej­sce, drzwi otwo­rzy­ły się i Cain sta­nął przed star­szym stop­niem ofi­ce­rem.

– Z dro­gi, Cain – wy­ce­dził męż­czy­zna, wi­dząc, kogo ma przed sobą, i wy­cho­dząc, trą­cił go umyśl­nie ra­mie­niem.

Ka­pi­tan prych­nął, przy­zwy­cza­jo­ny do ta­kich po­wi­tań, i przy­trzy­mał sto­pą za­my­ka­ją­ce się drzwi. Wszedł do nie­wiel­kie­go po­miesz­cze­nia, któ­re słu­ży­ło jako ga­bi­net se­kre­ta­rza puł­kow­ni­ka Lee.

Po­rucz­nik Tho­mas Moer po­ru­szył się na krze­śle, go­tów po­de­rwać się i po­wi­tać wyż­sze­go stop­niem ofi­ce­ra, ale gdy uj­rzał Ca­ina, po­pra­wił je­dy­nie kra­wat, mruk­nął coś pod no­sem i mach­nął ręką w stro­nę drzwi.

Ten zda­wał się go nie do­strze­gać. Kil­ko­ma kro­ka­mi po­ko­nał ga­bi­net, za­trzy­mał się przed drzwia­mi i po­pa­trzył z nie­chę­cią na klam­kę.

– Może się pan ga­pić na nią, ile chce, ka­pi­ta­nie Cain – mruk­nął Moer iro­nicz­nie pod no­sem, otwie­ra­jąc gru­by dzien­nik i no­tu­jąc coś za­wzię­cie. – „Se­za­mie, otwórz się” ra­czej nie za­dzia­ła.

Cain już miał wy­cią­gnąć dłoń z kie­sze­ni, gdy drzwi jed­nak otwo­rzy­ły się nie­spo­dzie­wa­nie. Pierw­sze, co zo­ba­czył, to wy­po­le­ro­wa­ne pół­bu­ty z czar­nej skó­ry i nie­ska­zi­tel­ne, wy­pra­so­wa­ne w kant gra­na­to­we spodnie, któ­rych ide­al­ne do­pa­so­wa­nie świad­czy­ło o tym, że zo­sta­ły wy­ko­na­ne na za­mó­wie­nie. Cain był pe­wien, że za­pię­ta na wszyst­kie gu­zi­ki ma­ry­nar­ka skry­wa pod spodem śnież­no­bia­łą ko­szu­lę bez jed­ne­go za­gnie­ce­nia.

– Ach, ka­pi­tan Cain, jak mnie­mam – po­wi­tał go uprzej­mie mło­dy ofi­cer, choć z pew­no­ścią sły­szał sło­wa se­kre­ta­rza i od­su­nął się, by wpu­ścić go do ga­bi­ne­tu do­wód­cy bazy. – Puł­kow­nik Lee nie­ste­ty mu­siał na chwi­lę wyjść, ale z pew­no­ścią wkrót­ce się po­ja­wi.

Cain wma­sze­ro­wał do ga­bi­ne­tu. Zer­k­nął na roz­ło­żo­ne na biur­ku mapy, po­zo­sta­wio­ne na wi­do­ku, jak­by puł­kow­nik rze­czy­wi­ście mu­siał na­gle wyjść. Na sie­dze­niu jed­ne­go z dwóch obi­tych brą­zo­wą skó­rą fo­te­li sto­ją­cych przed tym po­tęż­nym dę­bo­wym me­blem le­ża­ła ofi­cer­ska czap­ka, a o jego nogę opar­ta była ele­ganc­ka skó­rza­na ak­tów­ka.

– Bar­dzo mi miło po­znać pana oso­bi­ście – kon­ty­nu­ował ofi­cer z sub­tel­nym en­tu­zja­zmem. – Pro­szę po­zwo­lić, że się przed­sta­wię: ma­jor Emil Stal­lard.

Cain z nie­chę­cią zer­k­nął na wy­cią­gnię­tą ku nie­mu dłoń o ide­al­nie przy­cię­tych, wy­pie­lę­gno­wa­nych pa­znok­ciach. Dłoń bez śla­du za­dra­pań i za­bliź­nio­nych ran. Dłoń ko­goś, kto spę­dzał czas w woj­sku, sie­dząc za biur­kiem. Pod­niósł gło­wę i spoj­rzał na twarz jej wła­ści­cie­la. Spod gę­stej blond czu­pry­ny, wy­sty­li­zo­wa­nej zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cym re­gu­la­mi­nem i prze­cię­tej nie­sy­me­trycz­nym, ale pro­stym jak od li­nij­ki prze­dział­kiem, pa­trzy­ły na nie­go przy­jaź­nie by­stre zie­lo­ne oczy. Emil Stal­lard był sta­now­czo zbyt mło­dy na swój sto­pień; wy­glą­dał, jak­by wczo­raj skoń­czył li­ceum, a po­tem – dla za­ba­wy – wziął udział w se­sji zdję­cio­wej do woj­sko­we­go biu­le­ty­nu. Per­fek­cyj­ny wy­gląd, nie­ska­zi­tel­na cera, smu­kła syl­wet­ka, ide­al­ny wzrost.

Cain od razu stwier­dził, że go nie po­lu­bi.

– Ka­pi­tan Mi­cha­el Cain – mruk­nął. Wy­cią­gnął dło­nie z kie­­­sze­ni i omi­ja­jąc wy­cią­gnię­tą do nie­go rękę, skrzy­żo­wał je na pier­si. Oparł się o brzeg biur­ka, spu­ścił gło­wę i przy­mknął oczy, uci­na­jąc moż­li­wość ja­kiej­kol­wiek roz­mo­wy.

Emil Stal­lard uniósł brwi, ale na­tych­miast uśmiech­nął się wy­ro­zu­mia­le i roz­siadł się na fo­te­lu, za­ło­żył nogę na nogę i umie­ścił na ko­la­nie swo­ją czap­kę. Przez kil­ka mi­nut cze­ka­li w ci­szy.

Gdy wresz­cie drzwi się otwo­rzy­ły i sta­nął w nich puł­kow­nik Fa­ra­ji Lee, ma­jor Stal­lard pod­niósł się i skło­nił z sza­cun­kiem. Ciem­ne rzed­ną­ce wło­sy do­wód­cy przy­pró­szo­ne były si­wi­zną, ale ciem­no­brą­zo­we so­ko­le oczy spo­glą­da­ły prze­ni­kli­wie, a do­pa­so­wa­ny fa­son mun­du­ru pod­kre­ślał brak choć­by gra­ma zbęd­ne­go tłusz­czu.

Puł­kow­nik zer­k­nął na Ca­ina i za­ci­snął usta w wą­ską li­nię.

– Wy­glą­da na to, że ka­pi­tan ze­chciał nas wresz­cie za­szczy­cić swo­ją obec­no­ścią, ma­jo­rze – wy­ce­dził, a ten, o któ­rym była mowa, drgnął le­d­wie do­strze­gal­nie, kie­dy do­wód­ca po­chy­lił się ku nie­mu i wark­nął pro­sto do ucha: – Za­bie­raj dup­sko z mo­je­go biur­ka, Cain!

Ka­pi­tan po­słusz­nie sta­nął obok Stal­lar­da, ob­ser­wu­ją­ce­go sy­tu­ację z lek­kim roz­ba­wie­niem, ale na­tych­miast wci­snął zwi­sa­ją­ce luź­no ręce w kie­sze­nie spodni.

– Nie bę­dzie­my tra­cić cza­su na zbęd­ne fra­ze­sy – za­czął Lee, gdy tyl­ko roz­siadł się wy­god­nie w ol­brzy­mim skó­rza­nym fo­te­lu za biur­kiem. – Ma­jor Stal­lard z Kor­pu­su Na­uko­wo-­Ba­daw­cze­go S5 przy­je­chał do nas z proś­bą o wspar­cie ope­ra­cyj­ne. Naj­wy­raź­niej, ka­pi­ta­nie Cain, sły­nie pan nie tyl­ko z bra­ku ma­nier, gdyż proś­ba do­ty­czy kon­kret­nie pana i pań­skiej jed­nost­ki ope­ra­cyj­nej 113B. Ma­jo­rze, ze­chce pan wy­ja­śnić szcze­gó­ły za­da­nia.

– Ależ oczy­wi­ście. – Emil Stal­lard się­gnął po ak­tów­kę i wy­cią­gnął z niej nową tecz­kę z ciem­nej tek­tu­ry, za­wią­za­ną bia­łą ta­siem­ką.

Cain nie mógł się po­wstrzy­mać od lek­kie­go unie­sie­nia brwi. We­wnątrz le­ża­ły po­ukła­da­ne rów­no kart­ki i czar­no-bia­łe zdję­cia, po­sor­to­wa­ne we­dług wiel­ko­ści. Nie na oko czy mniej wię­cej – ide­al­nie po­sor­to­wa­ne.

– Dzie­sięć lat temu atak na Pa­łac Ro­sen­tha­alów osta­tecz­nie za­koń­czył dzia­ła­nia mi­li­tar­ne na­szych wojsk i roz­po­czął fazę sta­bi­li­za­cyj­ną – zwró­cił się do nich ma­jor. – Tym sa­mym nasz cel, czy­li prze­ję­cie te­re­nów cen­tral­nych i włą­cze­nie ich do stre­fy kon­tro­li, zo­stał zre­ali­zo­wa­ny.

Stal­lard wy­cią­gnął zdję­cie kla­sycz­nej pro­sto­kąt­nej re­zy­den­cji z po­dwój­ny­mi drzwia­mi skry­ty­mi w cie­niu dwóch rzę­dów ko­lumn zwień­czo­ne­go fron­to­nem por­ty­ku. W bu­dyn­ku bra­ko­wa­ło okien, a jego bia­ła fa­sa­da była miej­sca­mi czar­na od sa­dzy po­zo­sta­łej po po­ża­rze. Za bu­dyn­kiem, w od­da­li, wzno­si­ła się dum­nie ciem­na ko­lum­na Fi­la­ru Cen­tral­ne­go.

Cain rzu­cił na nią po­bież­nie okiem i prze­niósł wzrok na kra­jo­braz roz­cią­ga­ją­cy się za oknem. Stal­lard tym­cza­sem roz­ło­żył na biur­ku pla­ny bu­dyn­ku, wy­gła­dził je lek­ko i po­ło­żył na nich dłoń.

– Od tam­te­go cza­su te­re­ny pa­ła­co­we i sam bu­dy­nek, któ­­­­ry po­zo­sta­je nie­kwe­stio­no­wa­nym sym­bo­lem nie­ży­ją­cej już ro­dzi­ny Ro­sen­tha­alów, znaj­du­ją się pod bez­po­śred­nim nad­zo­rem Re­pu­bli­ki. Od kil­ku mie­się­cy jed­nak bo­jów­ki lo­jal­ne Ro­sen­tha­alom pró­bu­ją na­prze­mien­nie od­bić lub znisz­czyć Pa­łac.

– Obec­ny sta­tus? – za­py­tał Cain, z pre­me­dy­ta­cją prze­su­wa­jąc zdję­cie tak, że jego róg na­cho­dził te­raz na plan bu­dyn­ku.

– Nie­zna­ny – od­parł Stal­lard z wes­tchnie­niem, po­pra­wia­jąc fo­to­gra­fię do po­przed­niej po­zy­cji. – Ostat­ni kon­takt z jed­nost­ką ba­daw­czą od­no­to­wa­no dwa dni temu. Ist­nie­je praw­do­po­do­bień­stwo, że obiekt zo­stał prze­ję­ty przez pod­ziem­ną or­ga­ni­za­cję mi­li­tar­ną dą­żą­cą do po­now­ne­go odłą­cze­nia te­re­nów we­wnętrz­nych od Re­pu­bli­ki…

– Mło­dy Świt – mruk­nął pod no­sem Cain.

Ma­jor spoj­rzał na nie­go z uzna­niem.

– Do­kład­nie.

– Cel mi­sji?

– Roz­po­zna­nie sy­tu­acji, prze­ję­cie kom­plek­su i za­bez­pie­cze­nie go przed do­tar­ciem za­stęp­czych jed­no­stek tech­nicz­nych i nad­zo­ru­ją­cych.

Cain kiw­nął ak­cep­tu­ją­co gło­wą.

– Sy­tu­acja jest pil­na. Za pana zgo­dą, puł­kow­ni­ku Lee, chciał­bym wy­ru­szyć jak naj­szyb­ciej. Naj­póź­niej za trzy, czte­ry go­dzi­ny – oznaj­mił Stal­lard, po­da­jąc tecz­kę do­wód­cy, a gdy ten ski­nął przy­zwa­la­ją­co gło­wą, do­dał: – Zo­sta­wiam pla­ny bu­dyn­ku i te­re­nów przy­pa­ła­co­wych, pro­szę za­po­znać z nimi swo­ich lu­dzi, ka­pi­ta­nie. Szcze­gó­ły ope­ra­cji omó­wi­my na od­pra­wie, po­wiedz­my… za go­dzi­nę?

Cain kiw­nął po­now­nie gło­wą, a ma­jor uśmiech­nął się sze­ro­ko, bły­ska­jąc ide­al­nym uzę­bie­niem. Wci­snął czap­kę na gło­wę i za­sa­lu­to­wał na po­że­gna­nie puł­kow­ni­ko­wi.

– Stal­lard – po­wie­dział na­gle Cain, od­wra­ca­jąc się i za­trzy­mu­jąc ma­jo­ra z ręką na klam­ce. – Dla­cze­go 113B? Jest wie­le in­nych jed­no­stek, in­nych baz, po­ło­żo­nych bli­żej S5 i bli­żej Pa­ła­cu.

– Wie­le o panu sły­sza­łem, więc za­łóż­my, że po czę­ści jest to pry­wat­na cie­ka­wość – od­parł za­py­ta­ny po krót­kim za­sta­no­wie­niu.

– A ta dru­ga część? – drą­żył Cain.

– Po­le­ce­nie służ­bo­we oczy­wi­ście – od­po­wie­dział spo­koj­nie Stal­lard i wy­szedł, za­my­ka­jąc za sobą ci­cho drzwi.

Cain i puł­kow­nik w mil­cze­niu pa­trzy­li na roz­ło­żo­ne na biur­ku mapy i zdję­cia.

– No i co o tym my­ślisz? – za­py­tał wresz­cie Lee.

– Nic mi­łe­go.

– Mhm – mruk­nął puł­kow­nik, wsta­jąc i opie­ra­jąc się cięż­ko na opar­ciu fo­te­la. – Nie po­do­ba mi się to, Cain. Ta mi­sja śmier­dzi na ki­lo­metr. Z chę­cią po­słał­bym tego wy­pa­cy­ko­wa­ne­go la­lu­sia do wszyst­kich dia­błów, ale zo­bacz, kto pod­pi­sał roz­kaz.

Cain przej­rzał szyb­ko do­ku­men­ty w tecz­ce i za­mknął ją z trza­skiem.

– Nie­zły ple­ca­czek – skwi­to­wał.

– Mhm, ko­muś bar­dzo za­le­ża­ło na tym, że­byś się tam po­ja­wił, a nasz świe­żo upie­czo­ny ma­jor ma…

– …mnie ob­ser­wo­wać.

– Coś jest na rze­czy – oznaj­mił puł­kow­nik z lo­do­wa­tym spo­ko­jem. – Jesz­cze nie wiem co, nie­ste­ty, ale do­wiem się wkrót­ce. Na ra­zie je­steś zda­ny na sie­bie.

Ka­pi­tan kiw­nął gło­wą i zgar­nął mapy pod pa­chę.

– Nic no­we­go.

Lee otwo­rzył tecz­kę i za­trzy­mał wzrok na pod­pi­sie pod roz­ka­zem.

– Cain, do­pil­nuj, żeby la­luś wró­cił w jed­nym ka­wał­ku.

– Mhm – mruk­nął ten bez en­tu­zja­zmu i wy­szedł, zo­sta­wia­jąc do­wód­cę bazy po­grą­żo­ne­go w my­ślach.

Wstą­pił do bu­dyn­ku jed­nost­ki szko­le­nio­wej i za­re­zer­wo­wał salę kon­fe­ren­cyj­ną, wpi­su­jąc nu­mer swo­jej jed­nost­ki w har­mo­no­gram przy drzwiach, po czym skie­ro­wał się do ba­ra­ków. Szedł szyb­kim kro­kiem przez be­to­no­we prze­strze­nie bazy woj­sko­wej, mi­ja­jąc rzę­dy sza­rych, ni­skich bu­dyn­ków z nu­me­ra­mi wy­bla­kły­mi od słoń­ca. Po­de­szwy jego bu­tów ude­rza­ły z chrzę­stem o żwi­ro­wą ścież­kę, ich rytm mie­szał się z od­gło­sa­mi ćwi­czeń i gło­śny­mi po­krzy­ki­wa­nia­mi, prze­ry­wa­ny­mi cza­sa­­­­mi krót­ki­mi wy­bu­cha­mi śmie­chu. Mi­nął sta­cję pa­liw i skrę­cił w bocz­ną alej­kę po­mię­dzy sto­łów­ką a warsz­ta­ta­mi tech­nicz­ny­mi. Po­wie­trze za­pach­nia­ło sma­rem, zupą i spa­le­ni­zną.

W od­da­li, za rzę­dem kon­te­ne­rów, uj­rzał wresz­cie bu­dy­nek, w któ­rym spa­li żoł­nie­rze ba­ta­lio­nu B. Stał na ubo­czu bazy, jak­by ce­lo­wo zo­stał od­se­pa­ro­wa­ny od resz­ty bu­dyn­ków, żeby zmę­cze­nie i sen nie wcho­dzi­ło w dro­gę woj­sko­wej dys­cy­pli­nie. Pro­sty, funk­cjo­nal­ny, bez żad­nej ozdo­by – zwy­kły par­te­ro­wy ba­rak z czer­wo­nej ce­gły, po­kry­ty po­ro­śnię­tą mchem bla­chą. Przy ścia­nie od za­cho­du sta­ły dwie zde­ze­lo­wa­ne ław­ki, na któ­rych wie­czo­ra­mi moż­na było zo­ba­czyć kil­ku żoł­nie­rzy wpa­tru­ją­cych się w dal z pa­pie­ro­sem w ustach. Mur przy ław­kach po­kry­ty był ry­sa­mi i śla­da­mi kop­nięć – pa­miąt­ka­mi po burz­li­wych po­wro­tach z ćwi­czeń.

Wej­ścio­we drzwi za­trzesz­cza­ły i po chwi­li sta­nął przed po­ko­jem swo­je­go od­dzia­łu. Tym ra­zem bez za­sta­no­wie­nia za­pu­kał i otwo­rzył drzwi.

Czte­rech męż­czyzn po­de­rwa­ło się z łó­żek i sta­nę­ło na bacz­ność, resz­ta od­dzia­łu wciąż koń­czy­ła przy­dzie­lo­ne im na ten dzień obo­wiąz­ki.

Cain kiw­nął gło­wą.

– Mamy nowe za­da­nie. Od­pra­wa o sie­dem­na­stej w trój­ce. Yang, po­wia­do­misz ma­jo­ra Stal­lar­da, któ­ry bę­dzie do­wo­dził.

– Tak jest!

– Mapy te­re­nu. – Wrę­czył kart­ki Yan­go­wi i ru­szył do swo­je­go po­ko­ju.

Chciał wy­ko­rzy­stać każ­dą chwi­lę na od­po­czy­nek. Nad ra­nem wró­cił z krót­kiej, ale wy­czer­pu­ją­cej jed­no­oso­bo­wej mi­sji i choć uzu­peł­nił część stra­co­nej ener­gii ob­fi­tym po­sił­kiem, wciąż czuł się zmę­czo­ny. Ma­rzy­ły mu się cho­ciaż trzy go­dzi­ny po­rząd­ne­go snu, ale wie­dział, że bę­dzie mu­siał się za­do­wo­lić zwy­cza­jo­wą czuj­ną drzem­ką. Dla­te­go gdy tyl­ko za­mknął drzwi po­ko­ju, na­tych­miast po­ło­żył się na łóż­ku z rę­ko­ma pod gło­wą i po­grą­żył w sta­nie re­ge­ne­ra­cyj­ne­go pół­snu – tech­ni­ki, któ­rej wie­le lat temu na­uczył go puł­kow­nik Lee.

Po chwi­li stał na zie­lo­nym traw­ni­ku. Nie obej­rzał się na sto­ją­cy za nim bu­dy­nek, ru­szył pro­sto przed sie­bie, pod wiel­ki klon ro­sną­cy na brze­gu rze­ki. Już z da­le­ka zo­ba­czył roz­ło­żo­ny w jego cie­niu koc i le­żą­ce na nim dwie wy­cią­gnię­te szczu­płe, bose nogi. Mi­mo­wol­nie uśmiech­nął się i przy­spie­szył kro­ku. Bez­sze­lest­nie pod­szedł do drze­wa i skrył się po dru­giej stro­nie pnia.

– Prze­cież wiem, że tam je­steś. – Dzie­cię­cy głos wy­buchł śmie­chem, a zza pnia wy­chy­li­ła się do­brze mu zna­na, peł­na brą­zo­wych lo­ków gło­wa. – Po­czy­ta­my?

Kiw­nął gło­wą i usa­do­wił się na kocu. Za­wsze otwie­ra­li książ­kę na tej sa­mej stro­nie, tam gdzie za­czy­na­ła się ich ulu­bio­na hi­sto­ria.

Chrząk­nię­cie za drzwia­mi spra­wi­ło, że sen roz­pły­nął się mo­men­tal­nie, i Cain usiadł na łóż­ku kom­plet­nie wy­bu­dzo­ny. Prze­cze­sał wło­sy pal­ca­mi. Gdy wy­cho­dził, rzu­cił okiem na dwa po­dob­ne grzbie­ty wśród sto­ją­cych na pół­ce nad jego biur­kiem ksią­żek – wciąż jesz­cze czuł w dło­niach cię­żar jed­nej z nich, w uszach wciąż dźwię­czał mu zna­jo­my śmiech. Wy­szedł na ko­ry­tarz i wci­snął pię­ści w kie­sze­nie spodni. Wol­nym kro­kiem ru­szył na od­pra­wę.

Gdy do­tarł do bu­dyn­ku szko­le­nio­we­go, był już – zgod­nie z pla­nem – kil­ka mi­nut spóź­nio­ny. Za­trzy­mał się na chwi­lę, wi­dząc wszyst­kich człon­ków swo­jej jed­nost­ki oraz ma­jo­ra Stal­lar­da z piąt­ką nie­zna­nych mu żoł­nie­rzy na ko­ry­ta­rzu przed salą. Zmarsz­czył brwi i ob­rzu­cił Yan­ga py­ta­ją­cym spoj­rze­niem, a ten z za­kło­po­ta­niem po­wie­dział:

– Ma­jor Bale. Nie skoń­czył jesz­cze spo­tka­nia.

Cain za­ci­snął zęby, pod­szedł po­wo­li do drzwi i otwo­rzył je na oścież. Sie­dzą­cy przy sto­le ob­ró­ci­li się i za­mar­li na jego wi­dok. Naj­star­szy stop­niem z nich, lek­ko ły­sie­ją­cy męż­czy­zna z po­tęż­nym brzu­chem wy­le­wa­ją­cym się znad pasa, sie­dział u szczy­tu sto­łu, no­tu­jąc coś w skó­rza­nym ka­len­da­rzu.

Cain po­czuł, jak pod skó­rą wzbie­ra mu gniew. Re­inard Bale re­pre­zen­to­wał wszyst­ko, co spra­wia­ło, że ar­mia gni­ła od środ­ka: ka­rie­rę zbu­do­wa­ną na do­no­sach, de­cy­zje po­dej­mo­wa­ne zza biur­ka, nie­udol­ne roz­ka­zy rzu­ca­ne z wyż­szo­ścią do lu­dzi, któ­rzy póź­niej tra­ci­li przez nie ży­cie – in­ny­mi sło­wy był uoso­bie­niem tchó­rzo­stwa i próż­niac­twa, za­pa­ko­wa­nym w mun­dur z za cia­snym koł­nie­rzy­kiem.

– Za­mknij drzwi, Cain – oznaj­mił su­cho Bale, od­pra­wia­jąc go pstryk­nię­ciem pal­ców. Gru­by, nie­przy­jem­ny głos, le­d­wie ma­sko­wał nutę po­gar­dy. – Dwa­dzie­ścia mi­nut i koń­czy­my.

Cain stał przez chwi­lę bez sło­wa, pa­trząc po­nu­ro przed sie­bie. Po obu stro­nach drzwi za­pa­dła krę­pu­ją­ca ci­sza.

– Yang, po­daj mi har­mo­no­gram.

Cho­rą­ży zer­k­nął na me­ta­lo­wą ram­kę przy­twier­dzo­ną śru­ba­mi do ścia­ny.

– Ka­pi­ta­nie… – za­czął, ale urwał, wi­dząc lo­do­wa­te spoj­rze­nie do­wód­cy. Z wes­tchnie­niem pod­szedł do ścia­ny, chwy­cił za har­mo­no­gram i z wy­sił­kiem wy­cią­gnął go ze ścia­ny ra­zem z koł­ka­mi.

Cain ode­brał ram­kę i ze spo­ko­jem od­krę­cił me­to­dycz­nie wszyst­kie śru­by. Przez chwi­lę wa­żył je w dło­ni, za­sta­na­wiał się, czy ci­snąć nimi w sie­dzą­cych, nie zwa­ża­jąc na kon­se­kwen­cje. Osta­tecz­nie scho­wał je do kie­sze­ni, wszedł do sali i za­mknął za sobą drzwi. Od­pro­wa­dza­ny spoj­rze­nia­mi ze­bra­nych, pod­szedł do szczy­tu sto­łu i sta­nął obok ma­jo­ra Bale’a. Męż­czy­zna chciał się pod­nieść z krze­sła, ale Cain bły­ska­wicz­nie po­sa­dził go z po­wro­tem, za­ci­ska­jąc dłoń na jego ra­mie­niu, i z trza­skiem po­ło­żył przed nim ram­kę z har­mo­no­gra­mem.

– Spo­koj­nie, Cain – wark­nął ma­jor.

Ze­bra­ni przy sto­le ka­pi­ta­no­wie mil­cze­li jak za­klę­ci.

– Je­stem spo­koj­ny, Bale – od­parł ten oschle. – Wła­ści­wie to chy­ba się jesz­cze do­brze nie prze­bu­dzi­łem. Ze­chciej ła­ska­­­­wie od­czy­tać, co tu jest na­pi­sa­ne – po­wie­dział, wska­zu­jąc pal­cem na ru­bry­kę ozna­czo­ną go­dzi­ną sie­dem­na­stą.

Ma­jor za­ci­snął usta w wą­ską li­nię, ale gdy Cain moc­niej wbił pal­ce w jego ra­mię, syk­nął:

– Sto trzy­na­ście B. Pro­wa­dzą­cy: Cain.

Ka­pi­tan po­chy­lił się nie­co, nie zwal­nia­jąc uchwy­tu, i omiótł po­nu­rym wzro­kiem sie­dzą­cych przy sto­le męż­czyzn.

– Jest kil­ka mi­nut po pią­tej, więc wy­ja­śnij mi, Bale, czy ja rze­czy­wi­ście wciąż jesz­cze śnię, czy two­je tłu­ste dup­sko jed­nak sie­dzi na moim krze­śle?

– Opa­nuj się, Cain! – Sie­dzą­cy po pra­wej stro­nie Kim Brandt, ka­pi­tan jed­nost­ki tak­tycz­nej 209C, ze­rwał się z miej­sca, ale na­tych­miast usiadł z po­wro­tem, gdy na­po­tkał lo­do­wa­te spoj­rze­nie zie­lo­nych oczu. Rok temu kon­flikt z Ca­inem kosz­to­wał go ty­dzień na od­dzia­le szpi­tal­nym ze zła­ma­nym no­sem i oboj­czy­kiem oraz dwo­ma nad­kru­szo­ny­mi zę­ba­mi. Cain spę­dził wte­dy trzy ty­go­dnie w izo­lat­ce. Brandt nie­świa­do­mie po­tarł dło­nią nos i z za­że­no­wa­niem przy­po­mniał so­bie, jak cze­kał na chwi­lę, gdy Cain zła­ma­ny po­ja­wi się w drzwiach wię­zie­nia, ale on tyl­ko po­dra­pał się po za­ro­śnię­tych po­licz­kach, prze­cią­gnął, ziew­nął i ru­szył pro­sto do sto­łów­ki, któ­ra wła­śnie za­czę­ła wy­da­wać śnia­da­nie.

Cain tym­cza­sem zdą­żył już zła­pać ma­jo­ra za kla­py ma­ry­nar­ki i wy­sy­czał mu pro­sto w twarz:

– Wy­pier­da­laj z mo­jej sali, Bale!

Ma­jor prze­łknął gło­śno śli­nę.

– Pa­no­wie, do­koń­czy­my spo­tka­nie póź­niej – wy­ce­dził upo­ko­rzo­ny, nie od­wra­ca­jąc od ka­pi­ta­na wzro­ku peł­ne­go nie­na­wi­ści.

Męż­czyź­ni na­tych­miast ze­rwa­li się z miejsc i ze­braw­szy go­rącz­ko­wo do­ku­men­ty, je­den za dru­gim opusz­cza­li w po­pło­chu salę. Cain wy­pu­ścił ma­jo­ra, wy­gła­dził po­mię­te kla­py jego ma­ry­nar­ki i od­su­nął się, ro­biąc mu przej­ście. Bale po­de­rwał się z krze­sła i wrzu­cił do tecz­ki swój ka­len­darz. Czu­jąc na swo­im przed­ra­mie­niu dłoń, spoj­rzał na nią z fu­rią.

– Nie za­po­mnij za­wie­sić har­mo­no­gra­mu – oznaj­mił ka­pi­tan, cho­wa­jąc dło­nie w kie­sze­nie. – Re­zer­wo­wa­nie sali z wy­prze­dze­niem jest w koń­cu klu­czo­wym prze­ja­wem do­brych ma­nier, ma­jo­rze.

Bale po­czer­wie­niał z wście­kło­ści, ale chwy­cił ram­kę i wy­padł na ko­ry­tarz, roz­trą­ca­jąc sto­ją­cych przed salą żoł­nie­rzy.

Ka­pi­tan bez sło­wa usiadł na zwol­nio­nym przez nie­go krze­śle, spu­ścił gło­wę i skrzy­żo­wał ra­mio­na na pier­si. Ze spo­ko­jem słu­chał, jak jego od­dział w mil­cze­niu zaj­mu­je miej­sca przy sto­le. Stal­lard od­chrząk­nął, skon­fun­do­wa­ny, ale jed­no­cze­śnie lek­ko roz­ba­wio­ny ca­łym zaj­ściem.

– Wi­tam wszyst­kich – za­czął od­pra­wę. – Na­zy­wam się ma­jor Emil Stal­lard i będę do­wo­dził pod­czas tej mi­sji. To­wa­rzy­szą mi po­rucz­nik Mor­gan Sta­le, po­rucz­nik Dan Ne­ther, cho­rą­ży Mira Ble­cev, pod­po­rucz­nik Ser­ge Blanc i ka­pi­tan Anna Stern. – Wska­zał po ko­lei na żoł­nie­rzy. – Wy­ja­śnię te­raz po­krót­ce cel mi­sji i prze­wi­dy­wa­ne pro­ble­my.

Wszy­scy ze­bra­ni sku­pie­ni byli na sło­wach ma­jo­ra, więc nikt nie za­uwa­żył, gdy Cain drgnął nie­spo­dzie­wa­nie i po­chy­liw­szy się lek­ko do przo­du, oparł dło­nie na sto­le, wbi­ja­jąc za­sko­czo­ny wzrok w sie­dzą­cą po le­wej stro­nie Stal­lar­da ko­bie­tę. Od­po­wie­dzia­ło mu roz­ba­wio­ne spoj­rze­nie i nie­omal nie­do­strze­gal­ny uśmiech na jej twa­rzy. Dal­sze sło­wa sły­szał jak przez mgłę.

Anna.

Na­gle wszyst­ko sta­ło się nie­co bar­dziej przej­rzy­ste. Za­wo­alo­wa­ne sło­wa ma­jo­ra na­bra­ły no­we­go zna­cze­nia:

„Wie­le o panu sły­sza­łem, więc za­łóż­my, że po czę­ści jest to pry­wat­na cie­ka­wość”.

Czy­li to ona mu o nim opo­wie­dzia­ła. Cain za­sta­na­wiał się, jak bli­sko była ze Stal­lar­dem i jak wie­le in­for­ma­cji mu prze­ka­za­ła. Do peł­nej ana­li­zy sy­tu­acji, w któ­rej się zna­lazł, bra­ko­wa­ło mu wie­lu klu­czo­wych da­nych, po­sta­no­wił więc od­su­nąć na póź­niej to, co nie­unik­nio­ne, i za­jąć się tym, co w tej chwi­li sta­no­wi­ło bie­żą­cy pro­blem.

Wy­ko­na­niem za­da­nia przy jak naj­mniej­szych stra­tach wła­snych.

Anna

Gdy ma­jor Stal­lard za­py­tał mnie kil­ka mie­się­cy temu, kie­dy pierw­szy raz spo­tka­łam Ca­ina, od­po­wie­dzia­łam, że było to w dniu, kie­dy przy­dzie­li­li go do mo­jej jed­nost­ki w ba­zie E3. Jed­nak dużo póź­niej przy­po­mnia­łam so­bie, że tak na­praw­dę zo­ba­czy­łam go pierw­szy raz kil­ka ty­go­dni wcze­śniej.

Było to za­raz po wkro­cze­niu od­dzia­łów sta­bi­li­za­cyj­nych. Po upad­ku Pa­ła­cu Ro­sen­tha­alów Dys­trykt Cen­tral­ny pod­dał się i prze­szedł pod kon­tro­lę Re­pu­bli­ki. Przy nowo wy­zna­czo­nych gra­ni­cach za­czę­to po­spiesz­nie two­rzyć bazy woj­sko­we. Bez­po­śred­nio po woj­nie za­po­trze­bo­wa­nie na żoł­nie­rzy było duże, ale też wie­le osób, któ­re stra­ci­ło ro­dzi­ny i do­by­tek ży­cia, szu­ka­ło miej­sca na zie­mi, w któ­rym moż­na było do­cze­kać ko­lej­ne­go dnia. Wi­dzia­łam set­ki ta­kich twa­rzy: zmę­czo­nych pie­szą wę­drów­ką i bra­kiem żyw­no­ści, w po­dar­tych ubra­niach i dziu­ra­wych bu­tach, dla któ­rych trzy po­sił­ki dzien­nie, świe­ży mun­dur i dach nad gło­wą były ni­czym speł­nie­nie ma­rzeń. Każ­de­go dnia w roz­sta­wio­nym przy bra­mie bazy na­mio­cie po­ja­wia­ły się dzie­siąt­ki chęt­nych. Nie każ­dy jed­nak­że zo­sta­wał przy­ję­ty i wi­dok tych po­zba­wio­nych wszel­kiej na­dziei twa­rzy nie opusz­cza mnie po dziś dzień.

Mi­cha­el Cain po­ja­wił się w ostat­nich dniach re­kru­ta­cji. Pod­szedł do sto­li­ka ze star­szym od sie­bie męż­czy­zną o ja­sno­brą­zo­wej kar­na­cji i sko­śnych, nie­omal pta­sich oczach, któ­ry oka­zał do­ku­men­ty po­twier­dza­ją­ce sto­pień ka­pi­tań­ski. Oczy­wi­ście przy­ję­to go z otwar­ty­mi rę­ko­ma; po woj­nie wy­szko­lo­ny ofi­cer był na wagę zło­ta. Na Ca­ina jed­nak pa­trzo­no po­dejrz­li­wie. Chło­pak był bla­dy, prze­raź­li­wie wy­chu­dzo­ny, do­bre dzie­sięć cen­ty­me­trów niż­szy niż obec­nie, choć i te­raz nie grze­szy wzro­stem, spod prze­ro­śnię­tej grzyw­ki spo­glą­da­ły pod­krą­żo­ne oczy, znak, że nie spał od kil­ku dni, na jego le­wym po­licz­ku zaś wszyst­ki­mi ko­lo­ra­mi tę­czy mie­nił się spo­ry si­niak.

Sko­śno­oki męż­czy­zna po­pchnął go w stro­nę sto­li­ka.

– Od­po­wia­daj, jak się cie­bie py­ta­ją, ba­ra­nie.

Chło­pak przy­gar­bił się jesz­cze bar­dziej i głę­biej wci­snął dło­nie w kie­sze­nie dziu­ra­wych spodni; od­ruch, któ­ry po­zo­stał mu do dziś.

– Cain – burk­nął przez za­ci­śnię­te usta. – Mi­cha­el, lat sie­dem­na­ście.

Sie­dzą­cy za sto­li­kiem sier­żant ob­rzu­cił go jesz­cze raz po­dejrz­li­wym spoj­rze­niem, ale osta­tecz­nie wy­pi­sał for­mu­larz i po­dał go star­sze­mu męż­czyź­nie. Gdy­by nie fakt, że to­wa­rzy­szył mu młod­szy ofi­cer, zo­stał­by nie­chyb­nie od­pra­wio­ny z kwit­kiem, ale tym szczę­śli­wym tra­fem, nie­omal na mo­ich oczach, roz­po­czę­ła się hi­sto­ria le­gen­dar­ne­go ka­pi­ta­na Ca­ina.

Sam za­in­te­re­so­wa­ny nie mógł oczy­wi­ście prze­wi­dzieć cze­ka­ją­cej go złej sła­wy. Choć z upły­wem lat zdo­łał na­ło­żyć na twarz ma­skę obo­jęt­no­ści, wciąż pa­mię­tam roz­pacz, z jaką obej­rzał się za sie­bie, prze­kra­cza­jąc bra­mę bazy.

Spo­tka­łam go po raz ko­lej­ny pra­wie dwa mie­sią­ce póź­niej, ale do tego cza­su jego oso­ba sta­ła się już le­gen­dą; wte­dy jesz­cze by­naj­mniej nie z po­wo­du jego suk­ce­sów. Mia­no­wi­cie ty­dzień po re­kru­ta­cji Cain zde­zer­te­ro­wał po raz pierw­szy. Jego do­wód­ca – ka­pi­tan Fa­ra­ji Lee – od­na­lazł go po dwóch dniach i przy­wiózł zwią­za­ne­go do bazy. Wy­mie­rzo­no mu pięć­dzie­siąt pa­sów i dwa ty­go­dnie izo­lat­ki o chle­bie i wo­dzie. Dzień po wy­pusz­cze­niu go z izo­lat­ki Cain uciekł po­now­nie, tym ra­zem ka­pi­tan Lee od­na­lazł go po czte­rech dniach. Wy­mie­rzo­no mu sto pa­sów i dwa ty­go­dnie izo­lat­ki o sa­mej wo­dzie. Dwa dni po opusz­cze­niu izo­lat­ki po­dob­no zła­pa­no go kil­ka­set me­trów za bra­mą; był tak wy­cień­czo­ny, że le­d­wie szedł, a jed­nak ja­kimś spo­so­bem nie­po­strze­że­nie wy­do­stał się z ba­ra­ków i poza ogro­dze­nie bazy. Sły­sza­łam, że pła­kał, kie­dy go wią­za­no, ale cięż­ko mi w to uwie­rzyć. Po­now­nie otrzy­mał sto pa­sów i dwa ty­go­dnie izo­lat­ki o sa­mej wo­dzie. Dwa ko­lej­ne ty­go­dnie spę­dził w szpi­ta­lu.

Kie­dy do­wie­dzie­li­śmy się, że Cain do­łą­czy do na­szej jed­nost­ki, wszy­scy z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­li­śmy na jego po­ja­wie­nie się. Gdy wresz­cie, ści­ska­jąc swój przy­dział, sta­nął w drzwiach – nie­po­zor­ny, ni­ski chło­pak, z ubra­nia­mi wi­szą­cy­mi na wy­chu­dzo­nym ty­go­dnia­mi gło­dów­ki w izo­lat­ce cie­le – by­li­śmy… cóż, roz­cza­ro­wa­ni.

Ka­pi­tan Lee po­pchnął go do środ­ka sali.

– Co tak ster­czysz, Cain – wark­nął po­iry­to­wa­ny. – Ma­lo­ne, po­każ mu, gdzie ma spać.

Le­d­wie za do­wód­cą za­mknę­ły się drzwi, a wszy­scy ru­szy­li do no­we­go człon­ka ze­spo­łu, któ­ry nie był tym za­in­te­re­so­wa­niem w ogó­le ura­do­wa­ny. Ob­rzu­cił ze­bra­nych wo­kół jego łóż­ka obo­jęt­nym spoj­rze­niem, po czym spo­koj­nie za­brał się za po­wle­ka­nie przy­dzie­lo­nej mu po­ście­li. Wzdry­gnął się, czu­jąc na swo­im ra­mie­niu cięż­ką dłoń ka­pra­la Ma­lo­ne’a. Wy­pro­sto­wał się, strą­ca­jąc ją, i cof­nął o krok na dźwięk la­wi­ny py­tań, któ­ra ru­nę­ła na nie­go z każ­dej stro­ny.

– Dla­cze­go chcia­łeś zde­zer­te­ro­wać?

– Jak to jest spę­dzić tyle cza­su w izo­lat­ce?

– Chło­pie, jak ty da­łeś radę wy­trzy­mać tyle pa­sów?!

– Skąd po­cho­dzisz?

– Jak da­le­ko uda­ło ci się uciec za pierw­szym ra­zem?

– Masz ja­kieś do­świad­cze­nie woj­sko­we?

– Kim jest dla cie­bie ka­pi­tan Lee?

Cain zmarsz­czył brwi, wci­snął dło­nie głę­bo­ko w kie­sze­nie i wbił wzrok w pod­ło­gę.

– Na­zy­wasz się Mi­cha­el, tak? – za­py­tał na ko­niec nie­śmia­ło Ed­mund Pri­ce, ja­sno­wło­sy dzie­więt­na­sto­la­tek, któ­ry do­łą­czył do na­szej dru­ży­ny ty­dzień wcze­śniej. Bie­da­czy­sko aż sku­lił się w so­bie, kie­dy jego py­ta­nie roz­brzmia­ło w ci­szy, któ­ra nie­spo­dzie­wa­nie za­pa­dła.

– Na­zy­wam się Cain – oznaj­mił obo­jęt­nie za­py­ta­ny, przyj­rzaw­szy mu się naj­pierw uważ­nie, i wró­cił do ście­le­nia łóż­ka.

– Te, de­zer­ter! – Ma­lo­ne ru­szył na nie­go. Zła­pał go za poły ko­szu­li i nie­omal pod­niósł z pod­ło­gi. – Masz się za ko­goś lep­sze­go od nas? My­ślisz, że dasz so­bie radę sam, tak? Taki je­steś choj­rak, tak? A może masz chęć znów zwiać przy naj­bliż­szej oka­zji, co?

Cain mu­siał unieść gło­wę, by spoj­rzeć mu w oczy, ale za­nim kto­kol­wiek zdą­żył się po­ru­szyć, uwol­nił się trze­ma bły­ska­wicz­ny­mi ude­rze­nia­mi. Chwi­lę póź­niej Ma­lo­ne zna­lazł się na pod­ło­dze, kasz­ląc gwał­tow­nie i klę­cząc przed nim z ra­mie­niem za­blo­ko­wa­nym w uchwy­cie, któ­ry mu­siał spra­wiać mu spo­ro bólu.

– Je­śli my­ślisz, że zna­la­złeś so­bie chłop­ca do bi­cia, to po­myśl jesz­cze raz – oznaj­mił spo­koj­nie Cain z ka­mien­ną twa­rzą. – Mam w du­pie, kim je­ste­ście, i was też gów­no po­win­no ob­cho­dzić, kim ja je­stem czy nie je­stem. Więk­szo­ści z was i tak nie bę­dzie tu­taj za kil­ka mie­się­cy. Nie mam ocho­ty na pie­przo­ne pitu-pitu przy śnia­dan­ku i wprost nie zno­szę, gdy ktoś mnie do­ty­ka. Zro­zu­mie­li­śmy się?

Ma­lo­ne po­ki­wał gło­wą i wes­tchnął z ulgą, gdy Cain uwol­nił go z uchwy­tu. Pod­niósł się po­wo­li i przez chwi­lę wpa­try­wał się w no­we­go człon­ka jed­nost­ki z nie­na­wi­ścią, któ­rej jesz­cze ni­g­dy nie wi­dzia­łam w jego oczach. Tak wła­śnie, zu­peł­nie nie­świa­do­mie, sze­re­go­wy Cain zy­skał pierw­sze­go za­cię­te­go wro­ga, i to naj­gor­sze­go z moż­li­wych. O tym bo­wiem, że ka­pral był wred­nym, mści­wym skur­wie­lem, wie­dział każ­dy w jed­no­st­ce.

Ma­lo­ne uniósł dło­nie i ki­wa­jąc gło­wą, wy­co­fał się w ci­szy. Cain przez chwi­lę jesz­cze stu­dio­wał z uwa­gą szcze­li­ny po­mię­dzy wy­tar­ty­mi de­ska­mi w pod­ło­dze, po czym po­wró­cił do prze­rwa­nej czyn­no­ści; stłu­mio­ny sze­lest jego po­ście­li brzmiał wręcz ogłu­sza­ją­co. Za­ście­lił łóż­ko nie­ska­zi­tel­nie, jak­by nie ro­bił nic in­ne­go przez ostat­nie kil­ka ty­go­dni, wy­cią­gnął się na koł­drze i wsu­nąw­szy dło­nie pod po­dusz­kę, spo­koj­nie za­snął.

At­mos­fe­ra w sali była tak gę­sta, że tego wie­czo­ru wszy­scy po­szli spać wy­jąt­ko­wo wcze­śnie.

Rozdział 3

Ma­jor szcze­gó­ło­wo omó­wił plan dzia­ła­nia, od­wo­łu­jąc się do map te­re­nu i pla­nów bu­dyn­ków. Cain zer­k­nął na nie­go z uzna­niem; jak do­tąd nie miał za­strze­żeń. Mu­siał przy­znać, że mło­dy do­wód­ca miał łeb na kar­ku i prze­wi­dział wie­le sy­tu­acji, ja­kie mo­gły się wy­da­rzyć. Mimo to na­dal w tyle gło­wy bły­ska­ło mu czer­wo­ne świa­tło ostrze­gaw­cze.

– Czy mają pań­stwo ja­kieś py­ta­nia? – za­py­tał ofi­cer na ko­niec, zbie­ra­jąc do­ku­men­ty w rów­ny sto­sik. Omiótł spoj­rze­niem lu­dzi Ca­ina, któ­rzy jak je­den mąż prze­nie­śli wzrok na swo­je­go do­wód­cę, to w nim szu­ka­jąc od­po­wie­dzi. Dla Stal­lar­da był to ja­sny sy­gnał: zro­bi­my to, co po­sta­no­wi nasz ka­pi­tan.

Naj­star­szy z nich, po­tęż­nej po­stu­ry bro­dacz, ka­pral Mark Si­lva – spe­cja­li­sta od ła­dun­ków wy­bu­cho­wych – przez cały czas sie­dział bez ru­chu, z łok­cia­mi wspar­ty­mi o blat sto­łu i dłoń­mi złą­czo­ny­mi na wy­so­ko­ści swo­jej ru­da­wej bro­dy, wpa­tru­jąc się w ma­jo­ra uważ­nie, jak­by w sza­rych oczach miał za­in­sta­lo­wa­ny ska­ner, któ­rym chciał prze­świe­tlić jego in­ten­cje. Po jego pra­wej stro­nie, bez­gło­śnie po­stu­ki­wał zwin­ny­mi pal­ca­mi o blat ciem­no­wło­sy sze­re­go­wy Seo Ji­soo, któ­re­go umie­jęt­no­ści we wła­da­niu bro­nią bia­łą bez pro­ble­mu za­pew­ni­ły­by mu miej­sce tre­ne­ra w naj­lep­szych ośrod­kach szko­le­nio­wych i re­la­tyw­nie pro­stą ścież­kę do awan­su, któ­re­go to upar­cie od­ma­wiał. Po le­wej na­to­miast, z dłoń­mi za­ło­żo­ny­mi na pier­si i od­strę­cza­ją­cym gry­ma­sem na twa­rzy, sie­dział sze­re­go­wy Igor Hicks – z po­tęż­ny­mi ra­mio­na­mi, któ­re le­d­wie mie­ści­ły się w rę­ka­wach mun­du­ru, był nie­kwe­stio­no­wa­nym mi­strzem w si­ło­wa­niu się na rękę w ba­zie, ale po­dob­no po­tra­fił też tra­fić no­żem w do­wol­ny cel z kil­ku­na­stu me­trów. Da­lej usa­do­wi­ło się dwóch ja­sno­wło­sych sze­re­go­wych – Emel Dar­by, zwia­dow­ca, oraz kie­row­ca Tim An­war.

Obok sze­re­go­we­go Seo miej­sce zaj­mo­wał ciem­no­skó­ry ka­pral Chris Em­mer­son, spe­cja­li­sta od wal­ki wręcz, któ­ry swe­go cza­su od­rzu­cił pro­po­zy­cję sta­no­wi­ska w West­fall, obec­nej sto­li­cy Re­pu­bli­ki, na rzecz do­łą­cze­nia do jed­nost­ki 113B. Na­prze­ciw­ko ka­pi­ta­na Ca­ina zaś sie­dzia­ło jesz­cze dwóch sze­re­go­wych: cały czas wier­cą­cy się na krze­śle Ian Snow, o roz­bie­ga­nym spoj­rze­niu i twa­rzy upstrzo­nej pie­ga­mi, oraz Ben Ha­mir, któ­re­go ostre rysy zda­wa­ły się być wy­ku­te w ka­mie­niu; ra­por­ty nie­wie­le mó­wi­ły o ich umie­jęt­no­ściach, ale sam fakt, że na­le­że­li do jed­nost­ki 113B, świad­czył o tym, że coś w nich za­in­te­re­so­wa­ło Ca­ina na tyle, by za­pro­po­no­wać im miej­sce w od­dzia­le. Na sa­mym koń­cu sto­łu sie­dział jesz­cze star­szy sze­re­go­wy Adam Mil­ko­vic, kar­nie usu­nię­ty z cen­tra­li wy­wia­dow­czej po bój­ce z sy­nem jed­ne­go z Ge­ne­ra­łów Bro­ni.

Emil Stal­lard wi­dział ich akta i wie­dział do­sko­na­le, co ich łą­czy­ło – każ­dy z nich miał pro­ble­my z dys­cy­pli­ną; bój­ki oraz awan­tu­ry były w ich po­przed­nich od­dzia­łach na po­rząd­ku dzien­nym i każ­dy z nich nie­je­den raz otarł się o usu­nię­cie ze służ­by. Co jed­nak cie­ka­we, nie od­no­to­wa­no u nich ani jed­ne­go wpi­su kar­ne­go od dnia, w któ­rym do­łą­czy­li do jed­nost­ki ka­pi­ta­na Ca­ina.

Naj­bar­dziej na­to­miast in­te­re­so­wa­ły ma­jo­ra Stal­lar­da dwie po­sta­ci sie­dzą­ce po obu stro­nach ka­pi­ta­na. Naj­młod­szy w od­dzia­le, sze­re­go­wy Ar­thur Var­gas, strze­lec wy­bo­ro­wy, któ­re­go ciem­ne, lek­ko opusz­czo­ne oczy nie­ustan­nie ucie­ka­ły spoj­rze­niem, jak­by każ­da pró­ba kon­tak­tu wzro­ko­we­go była dla nie­go wy­zwa­niem, i wresz­cie pra­wa ręka ka­pi­ta­na Ca­ina – cho­rą­ży Milo Yang, uta­len­to­wa­ny tak­tyk, któ­ry cie­szył się w ba­zie nie­po­szla­ko­wa­ną opi­nią i po­wszech­nie uwa­ża­no, że mar­nu­je się w jed­no­st­ce 113B. Mimo im­po­nu­ją­cej po­stu­ry jego szcze­ry uśmiech i peł­ne uwa­gi nie­bie­skie oczy spra­wia­ły, że roz­ta­czał wo­bec sie­bie aurę nie­groź­ne­go ol­brzy­ma, i Stal­lard nie po­tra­fił dojść, w jaki spo­sób uda­wa­ło mu się za­pa­no­wać nad po­zo­sta­ły­mi człon­ka­mi jed­nost­ki.

– My­ślę, że ka­pi­tan zgo­dzi się ze mną, że na chwi­lę obec­ną nie mo­że­my prze­wi­dzieć in­nych moż­li­wo­ści – do­dał z lek­kim uśmie­chem.

– Tak. – Cain za­stu­kał dwa razy w stół pal­cem i pod­niósł się z krze­sła, oznaj­mia­jąc tym sa­mym ko­niec spo­tka­nia. – Wy­ru­sza­my za go­dzi­nę. Yang zo­stań na chwi­lę.

Męż­czyź­ni cze­ka­li w ci­szy, aż zo­sta­li w sali sami. Cho­rą­ży zer­k­nął na do­wód­cę i zmarsz­czył czo­ło. Cain usiadł i ści­szo­nym gło­sem wy­ja­śnił mu całą sy­tu­ację. Yang słu­chał ze sku­pie­niem; nie za­da­wał py­tań, wie­dział, że do­wie się wszyst­kie­go, co było ko­niecz­ne. Na ko­niec kiw­nął gło­wą i za­py­tał:

– Ja­kie wy­po­sa­że­nie za­bie­ra­my?

– TPP.

– W mor­dę! Aż tak źle?

Cain tyl­ko rzu­cił mu zna­czą­ce spoj­rze­nie.

– O cho­le­ra! – za­klął Yang i wy­szedł szyb­ko z sali.

Cain ru­szył do swo­je­go po­ko­ju. W sku­pie­niu zmie­nił mun­dur na tak­tycz­ny i spraw­nie na­ło­żył czę­ści pan­ce­rza z na­now­łó­kien no­szą­cych sy­gna­tu­rę Kor­pu­su S5. Nie po­do­ba­ło mu się, że jego nie­za­wod­ny pan­cerz zo­stał stwo­rzo­ny przez kor­pus, któ­rym do­wo­dził Stal­lard. Spraw­dził broń, dwa dłu­gie noże na ple­cach, ma­skę. Przej­rzał za­war­tość ple­ca­ka. O wy­zna­czo­nej go­dzi­nie był go­tów.

Za­nim jed­nak zdą­żył opu­ścić bu­dy­nek, sta­nął przed nim pod­po­rucz­nik Moer.

– Puł­kow­nik wzy­wa do sie­bie – oznaj­mił su­cho.

Cain pró­bo­wał omi­nąć go bez sło­wa, ale Moer po­now­nie za­stą­pił mu dro­gę.

– Na­tych­miast – wark­nął. – Tym ra­zem to roz­kaz, ka­pi­ta­nie Cain. Pro­szę mnie nie zmu­szać do uży­cia… siły.

Ka­pi­tan uniósł brwi, ale ru­szył za nim z ci­chym prych­nię­ciem. Gdy tyl­ko otwo­rzy­li drzwi do biu­ra Mo­era, skrzy­wił się i za­klął pod no­sem. Z ga­bi­ne­tu puł­kow­ni­ka do­bie­gał roz­wście­czo­ny głos ma­jo­ra Bale’a.

– …mó­wię po raz ostat­ni, puł­kow­ni­ku. Żą­dam uka­ra­nia Ca­ina zgod­nie z re­gu­la­mi­nem. Nie za­mie­rzam wię­cej to­le­ro­wać jego za­cho­wa­nia. Je­śli pan nad nim nie za­pa­nu­je, to…

– Pan wzy­wał, puł­kow­ni­ku – wszedł mu w sło­wo Cain, sta­jąc w drzwiach.

– Za­pra­szam, ka­pi­ta­nie – wy­ce­dził puł­kow­nik Lee, a w tym ci­chym stwier­dze­niu za­warł wię­cej gro­zy niż w ja­kim­kol­wiek wrza­sku. Twarz miał na­pię­tą, z wy­raź­nie za­ry­so­wa­ną żyłą pul­su­ją­cą na skro­ni, w oczach zim­ny ogień. – Ze­chce mi pan wy­ja­śnić, dla­cze­go po raz ko­lej­ny nie po­wia­do­mił pan ma­jo­ra Bale’a o spo­tka­niu.

– Z ca­łym sza­cun­kiem, pa­nie puł­kow­ni­ku, po­wia­do­mi­łem. Zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cy­mi za­sa­da­mi.

Lee zer­k­nął na ma­jo­ra. W po­wie­trzu za­wi­sło na­pię­cie – gę­ste i dusz­ne, jak przed bu­rzą.

– Czy to praw­da, ma­jo­rze? Czy zo­stał pan po­wia­do­mio­ny zgod­nie z pro­ce­du­ra­mi?

– No… tak – za­jąk­nął się Bale – ale jego za­cho­wa­nie…

Cain prych­nął pod no­sem.

– Bale, kur­wa… – Lee po­chy­lił się do przo­du i opu­ścił dło­nie na biur­ko z gło­śnym pla­śnię­ciem. Każ­de jego ko­lej­ne sło­wo było ni­czym ude­rze­nie pię­ścią w stół. – Chy­ba ci się gło­wa z dupą po­mie­sza­ła, że przy­cho­dzisz do mnie z ta­kim gów­nem! Chcia­łeś, żeby wpi­sy­wał się w two­je pie­przo­ne ru­brycz­ki, wpi­su­je się. Cze­go jesz­cze chcesz?! Za­wia­do­mie­nia zło­tym dru­kiem na pa­pie­rze, kur­wa, czer­pa­nym? Ocze­ku­jesz, że ci się bę­dzie cym­bał kła­niał, to pisz skar­gę choć­by do sa­me­go Ge­ne­ra­ła Bro­ni. Po­wo­dze­nia, kur­wa mać! Tyl­ko nie za­wra­caj mi wię­cej dupy!

Ma­jor po­czer­wie­niał i otwo­rzył usta, ale wi­dząc wzrok puł­kow­ni­ka, na­tych­miast je za­mknął. Wci­snął czap­kę na gło­wę i wy­szedł, trza­ska­jąc drzwia­mi. Cain uśmiech­nął się drwią­co.

– Ja pier­do­lę, Cain! – zwró­cił się do nie­go do­wód­ca. W jego gło­sie nie było już tyl­ko gnie­wu, był też za­wód i zmę­cze­nie, jak­by miał już dość tej sa­mej roz­mo­wy, tej sa­mej wal­ki z kimś, kto znał obo­wią­zu­ją­ce gra­ni­ce, a mimo to ce­lo­wo je prze­kra­czał. – Je­steś nie­ule­czal­nym wrzo­dem na mo­jej du­pie. Wiecz­ny prze­ciąg w ga­bi­ne­cie, za­mon­tu­ję so­bie nie­dłu­go drzwi ob­ro­to­we, bo te od rana się nie za­my­ka­ją. Bo Cain, kur­wa, to, bo Cain, kur­wa, tam­to. Nie chcesz się kła­niać pa­lan­to­wi, za­pisz się na eg­za­min na ma­jo­ra. Albo nie, naj­le­piej od razu na puł­kow­ni­ka. Usiądź, kur­wa, choć na je­den dzień w tym fo­te­lu i po­sma­kuj, jaki to miód! Ostat­ni raz, mó­wię to ostat­ni, kur­wa, raz, bo wię­cej nie bę­dzie! Tyl­ko dla­te­go, że masz łeb na kar­ku i ja­kieś umie­jęt­no­ści, nie zna­czy, że mo­żesz pluć na dys­cy­pli­nę. To jest woj­sko, do cho­le­ry! Tu nie je­steś ja­kimś bo­ha­te­rem. Je­steś try­bem, a try­by, któ­re nie pa­su­ją, się wy­mie­nia, ja­sne?!

Cain wci­snął dło­nie w kie­sze­nie i wbił wzrok w pod­ło­gę.

– Tak jest.

– Tak jest, kur­wa, kto?!

– Tak jest, pa­nie puł­kow­ni­ku.

Lee pod­niósł się z fo­te­la i od­wró­cił się do nie­go ple­ca­mi, sta­jąc przy oknie.

– Spie­przaj mi stąd! I pil­nuj la­lu­sia! – wark­nął.

Cain wy­szedł z ga­bi­ne­tu i za­mknął ci­cho drzwi, igno­ru­jąc za­do­wo­lo­ny uśmie­szek se­kre­ta­rza Mo­era, któ­ry uda­wał, że uzu­peł­nia ja­kiś for­mu­larz, choć ka­pi­tan wie­dział, że bez­wstyd­nie pod­słu­chi­wał, gdyż do­ku­ment był do góry no­ga­mi.

Gdy tyl­ko po­ja­wił się na ko­ry­ta­rzu, jak­by spod zie­mi wy­rósł obok nie­go ma­jor Bale.

– Nie myśl so­bie, że to ko­niec, dup­ku. Lee nie bę­dzie tu­taj za­wsze, by pil­no­wać two­je­go tył­ka – wark­nął lo­do­wa­to, uśmie­cha­jąc się jed­no­cze­śnie, jak­by opo­wia­dał ja­kąś za­baw­ną hi­sto­rię, gdyż na ko­ry­ta­rzu krę­ci­ło się wie­le osób. – I wy­bij so­bie z gło­wy awans na ma­jo­ra. Gdy tyl­ko zdasz eg­za­min, oso­bi­ście za­ła­twię ci przy­dział do naj­bar­dziej za­py­zia­łej dziu­ry w gó­rach, przy sa­miut­kim Pust­ko­wiu. Aha, i pil­nuj ple­ców, dup­ku, bo na­wet się nie zo­rien­tu­jesz, kie­dy cię do­rwę.

– Dzię­ku­ję za do­brą radę – skwi­to­wał krót­ko Cain i nie oglą­da­jąc się za sie­bie, wy­szedł z bu­dyn­ku. Do­pie­ro tam ode­tchnął głę­bo­ko i cmok­nął po­iry­to­wa­ny. – Pa­lant – mruk­nął pod no­sem. Splu­nął z nie­sma­kiem i nie­spiesz­nie ru­szył przez plac przed gma­chem do­wódz­twa. Już i tak był spóź­nio­ny, więc nie za­mie­rzał mar­no­wać sił.

Gdy do­tarł na miej­sce zbiór­ki, zo­ba­czył dwa okry­te ciem­­ną plan­de­ką sa­mo­cho­dy i swo­ich lu­dzi zaj­mu­ją­cych miej­sca na pace. Każ­dy z nich, zgod­nie z jego roz­ka­zem, oprócz wy­zna­czo­ne­go wy­po­sa­że­nia bo­jo­we­go miał ze sobą rów­nież dłu­gą, pół­prze­zro­czy­stą tar­czę z sy­gna­tu­rą S5. Ław­ki na pace zo­sta­ły przez An­wa­ra do­sto­so­wa­ne do tego, by na czas prze­jaz­du moż­na było za­tknąć je za ple­ca­mi, co sta­no­wi­ło rów­nież do­sko­na­łą ba­rie­rę ku­lo­od­por­ną.

Sam Tim An­war sie­dział za kie­row­ni­cą jed­ne­go z po­jaz­dów, obok nie­go miej­sca za­ję­li dwaj ofi­ce­ro­wie Stal­lar­da. Ma­jor stał przy dru­gim sa­mo­cho­dzie, ewi­dent­nie cze­ka­jąc na nie­go. Ka­pi­tan zer­k­nął na kie­row­cę, spod czap­ki uśmie­cha­ły się do nie­go zna­jo­me, oto­czo­ne dłu­gi­mi rzę­sa­mi nie­bie­skie oczy.

Wes­tchnął po­iry­to­wa­ny.

Stal­lard uprzej­mym ge­stem wska­zał mu śro­dek ka­bi­ny, więc od­po­wie­dział mu tym sa­mym, ale gdy tyl­ko ma­jor za­jął miej­sce na środ­ku, za­trza­snął za nim drzwi, po czym bez po­śpie­chu ru­szył w kie­run­ku po­jaz­du An­wa­ra. Pod­niósł opar­tą o tył auta tar­czę i pod­pie­ra­jąc się dło­nią, zwin­nie wsko­czył na pakę. Zer­k­nął na umiesz­czo­ne w rogu po­jaz­du skrzy­nie. Nikt nie ode­zwał się sło­wem, kie­dy za­jął swo­je miej­sce przy ka­bi­nie i ude­rze­niem w prze­gro­dę dał znak do od­jaz­du. Gdy tyl­ko opu­ści­li bazę, wy­cią­gnął nogi przed sie­bie i oparł gło­wę na ple­ca­ku.

Po chwi­li od­niósł wra­że­nie, że ktoś go ukrad­kiem ob­ser­wu­je. Przy­zwy­cza­jo­ny do ta­kich spoj­rzeń, na­uczył się igno­ro­wać więk­szość z nich, ale ener­gia pły­ną­ca od tej oso­by była zde­cy­do­wa­nie wro­ga. Uchy­lił po­wie­ki i na­po­tkał wzrok sie­dzą­ce­go przy wyj­ściu po­rucz­ni­ka Mor­ga­na Sta­le’a. Po­chy­lił się po­wo­li do przo­du, oparł łok­cie na ko­la­nach i spoj­rzał na nie­go otwar­cie.

Nie roz­po­zna­wał tej po­dłuż­nej, nie­na­tu­ral­nie bla­dej ni­czym wy­rzeź­bio­nej z lodu twa­rzy. Skó­ra, cho­ro­bli­wie prze­zro­czy­sta, od­sła­nia­ła siat­kę nie­bie­ska­wych żył na jego skro­niach i szyi, a brak brwi i rzęs po­tę­go­wał wra­że­nie pust­ki w wod­ni­sto­nie­bie­skich oczach, śle­dzą­cych jed­nak­że każ­dy jego ruch z zim­ną, obo­jęt­ną pre­cy­zją. Przez po­li­czek Sta­le’a bie­gła po­szar­pa­na bli­zna, za­czy­na­ją­ca się tuż nad lewą brwią i koń­czą­ca tuż przy ką­ci­ku ust, jak­by ktoś jed­nym ru­chem chciał ze­trzeć z niej ostat­ni rys czło­wie­czeń­stwa.

Cain nie miał po­ję­cia, dla­cze­go ten czło­wiek miał­by mieć mu co­kol­wiek za złe, ale też nie ob­cho­dzi­ły go jego po­wo­dy. Im dłu­żej mu się jed­nak przy­glą­dał, tym wy­raź­niej­sze wra­że­nie od­no­sił, że było w tej nie­po­ko­ją­cej twa­rzy coś zna­jo­me­go, jak­by gdzieś wi­dział już go wcze­śniej. Nie po­tra­fił tyl­ko przy­po­mnieć so­bie gdzie.

Po­rucz­nik uśmiech­nął się lek­ce­wa­żą­co. Po­tarł po­zba­wio­ną wło­sów, lśnią­cą ni­czym wy­po­le­ro­wa­na kość gło­wę, za­ło­żył trzy­ma­ny w rę­kach hełm, skrzy­żo­wał ra­mio­na na pier­si i za­mknął oczy.

Cain prych­nął pod no­sem i wró­cił do po­przed­niej po­zy­cji. Po­grą­żył się w pół­drzem­ce. Po­trze­bo­wał od­po­czyn­ku, a sen ni­g­dy nie nad­cho­dził.

Otwo­rzył oczy, kie­dy sa­mo­chód za­ha­mo­wał dwu­krot­nie – umó­wio­ny sy­gnał An­wa­ra, że do­tar­li na miej­sce. Żoł­nie­rze nie ru­szy­li się z miejsc, do­pó­ki nie wy­sko­czył z lek­kim sze­le­stem na zie­mię. Na­ło­żył ma­skę i ak­ty­wo­wał nok­to­wi­zor. W ci­szy ob­ser­wo­wał roz­ła­do­wu­ją­cy się od­dział, nie prze­ga­pił rów­nież bacz­ne­go spoj­rze­nia ma­jo­ra i do­sko­na­le zor­ga­ni­zo­wa­nych czyn­no­ści jego ze­spo­łu. Usły­szał zna­jo­me stęk­nię­cie i zwin­nym ru­chem schwy­tał upa­da­ją­cą na zie­mię po­stać. Ar­thur Var­gas, naj­młod­szy i naj­drob­niej­szy czło­nek jego od­dzia­łu, ugi­nał się pod cię­ża­rem dłu­gie­go fu­te­ra­łu.

– Prze­pra­szam, ka­pi­ta­nie – mruk­nął chło­pak pod no­sem, po­pra­wia­jąc uchwyt na tar­czy.

Cain bez sło­wa zdjął mu z bar­ków fu­te­rał i rzu­cił Yan­go­wi, któ­ry prze­chwy­cił go zwin­nie i za­rzu­ciw­szy so­bie na ple­cy, wró­cił do swo­ich obo­wiąz­ków.

– Trzy­maj się Yan­ga – po­wie­dział i ści­snął po­krze­pia­ją­co za­wsty­dzo­ne­go chło­pa­ka za ra­mię. – Po­ra­dzisz so­bie, jak za­wsze.

– Tak jest – od­po­wie­dział Ar­thur, na­su­wa­jąc na twarz ma­skę.

W nie­ca­łe dzie­sięć mi­nut sa­mo­cho­dy zo­sta­ły za­bez­pie­czo­ne ma­sku­ją­cą plan­de­ką, a cały od­dział był go­tów do dzia­ła­nia. Stal­lard kiw­nął gło­wą i dał znak do wy­mar­szu. Od pierw­sze­go po­ste­run­ku dzie­li­ły ich nie­ca­łe dwa ki­lo­me­try dro­gi przez rzad­ki las. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach spraw­ne­go mar­szu uj­rze­li ota­cza­ją­cy po­sia­dłość mur. Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi wy­so­ka bra­ma z ku­te­go w ro­ślin­ne wzo­ry me­ta­lu była za­mknię­ta.

Od­dział za­trzy­mał się na skra­ju otwar­tej prze­strze­ni. Cain ru­szył bez­sze­lest­nie przed sie­bie, jego za­da­niem było obez­wład­nie­nie po­ten­cjal­nych straż­ni­ków w stró­żów­ce i otwo­rze­nie bram­ki.

Zwin­nie wspiął się na po­ro­śnię­ty mchem, skru­sza­ły, daw­no nie­re­pe­ro­wa­ny mur i już po chwi­li, z lek­kim sze­le­stem su­chej tra­wy, wy­lą­do­wał po jego dru­giej stro­nie. Za­trzy­mał się, czu­jąc głu­che tąp­nię­cie, roz­po­znał syl­wet­kę po­rucz­ni­ka Sta­le’a – Stal­lard ewi­dent­nie chciał go mieć cały czas na oku.

Cain przy­kuc­nął i ob­rzu­cił spoj­rze­niem bu­dy­nek stró­żów­ki, w jed­nym z okien pa­li­ło się świa­tło. Męż­czyź­ni po­de­szli bli­żej i ukrad­kiem zaj­rze­li do środ­ka. We­wnątrz, roz­par­tych na fo­te­lach, sie­dzia­ło dwóch wy­rost­ków w pod­nisz­czo­nych ubra­niach, roz­ma­wia­li przy­ci­szo­ny­mi gło­sa­mi i co chwi­la wy­bu­cha­li ner­wo­wym śmie­chem. Cain na­krę­cił tłu­mik na pi­sto­let i dał znak Sta­le’owi, by za­jął miej­sce przy drzwiach. Szarp­nął za spust. Roz­legł się trzask pę­ka­ją­cej szy­by i ża­rów­ki. Za­pa­dła ciem­ność. Na­cią­gnął ma­skę na twarz i sko­czył w stro­nę drzwi, ale na­tknął się w nich na ple­cy po­rucz­ni­ka.

– Pie­prze­ni re­be­lian­ci – prych­nął ten po­gar­dli­wie i mach­nął mu przed no­sem klu­czem, da­jąc znak, że idzie otwo­rzyć bra­mę.

Cain rzu­cił okiem na le­żą­ce na fo­te­lach cia­ła. Ra­mio­na i nogi mie­li roz­rzu­co­ne na bok jak po­rzu­co­ne w po­śpie­chu ma­ne­ki­ny. Przy no­gach fo­te­li le­ża­ły nowe ka­ra­bi­ny, zza ich ple­ców wy­sta­wa­ły woj­sko­we ma­ski. W zie­lon­ka­wym ekra­nie nok­to­wi­zo­ra ko­szu­le roz­kwi­ta­ły po­wo­li czar­ny­mi pla­ma­mi wo­kół ster­czą­cych z ich pier­si rę­ko­je­ści. Kuc­nął przy jed­nym z re­be­lian­tów. Chło­pak miał krót­ko, sta­ran­nie pod­cię­te wło­sy i gład­ko ogo­lo­ną twarz, któ­ra za­sty­gła w wy­ra­zie zdzi­wie­nia, jak­by nie do koń­ca do­cie­ra­ło do nie­go, że to już ko­niec. W sta­rym, po­ła­ta­nym, po­zba­wio­nym in­sy­gniów mun­du­rze na pierw­szy rzut oka wy­glą­dał jak dzie­ciak za­błą­ka­ny w cu­dzym kon­flik­cie, ale wy­star­czy­ło przyj­rzeć się bli­żej: jego buty były zbyt nowe, zbyt do­brze do­pa­so­wa­ne. To nie byli re­be­lian­ci. To byli żoł­nie­rze uda­ją­cy re­be­lian­tów.

Cain zer­k­nął na swo­ją jed­nost­kę prze­śli­zgu­ją­cą się przez uchy­lo­ną bra­mę. Znał to uczu­cie – cięż­kie, tłu­ste jak gę­sty, du­szą­cy dym, wy­peł­ni­ło jego płu­ca, utrud­nia­jąc mu od­dy­cha­nie. Coś było nie tak. A mimo to mu­siał grać da­lej, uda­wać, że wciąż jesz­cze nie do­strze­ga sznu­ra, któ­ry po­wo­li, nie­ubła­ga­nie za­ci­skał się na jego szyi. Wes­tchnął cięż­ko i za­nim wy­szedł, za­mknął za­bi­tym oczy.

W dro­dze do głów­ne­go celu Cain prze­kal­ku­lo­wał wszyst­ko, każ­dy strzęp in­for­ma­cji, któ­ry uda­ło mu się do­tąd zdo­być. Raz. Dru­gi. Trze­ci. Każ­dy moż­li­wy wa­riant był zbyt ry­zy­kow­ny, ni­czym dro­ga pro­wa­dzą­ca da­lej i da­lej, ku ko­lej­nym roz­dro­żom. Zo­rien­to­wał się zbyt póź­no. Ro­zum pod­po­wia­dał mu jed­no, in­stynkt dru­gie, a cia­ło par­ło na­przód jak na au­to­pi­lo­cie. Nie­świa­do­mie za­ci­skał tyl­ko co­raz moc­niej zęby.

Za­trzy­ma­li się na skra­ju piasz­czy­stej zie­mi, któ­ra nie­gdyś była zie­lo­nym roz­le­głym traw­ni­kiem. Tam, na tle czer­ni lasu, stał Pa­łac Ro­sen­tha­alów – daw­niej pe­łen ży­cia, te­raz za­le­d­wie sko­ru­pa – wy­pa­lo­ny re­likt in­ne­go świa­ta, in­nych, lep­szych cza­sów. Księ­życ roz­le­wał srebr­ną po­świa­tę na ja­sną bry­łę bu­dyn­ku. Dum­ne swe­go cza­su ko­lum­ny por­ty­ku przy­po­mi­na­ły te­raz po­ła­ma­ne ko­ści ol­brzy­ma, mury krzy­cza­ły czar­ny­mi usta­mi okien, oko­lo­ny­mi śla­da­mi po­ci­sków i pla­ma­mi, któ­re nie były tyl­ko dy­mem.

W od­da­li lśnił Fi­lar Cen­tral­ny – smu­kły ni­czym igła wbi­ta w nie­bo, miał w so­bie coś bo­skie­go, a jed­no­cze­śnie ema­no­wał zło­wiesz­czą aurą, jak­by stwo­rzo­no go bar­dziej dla kon­tro­li niż ochro­ny. Jego po­wierzch­nia po­ły­ski­wa­ła w bla­sku księ­ży­ca. Nikt nie wie­dział jaki ma­te­riał zo­stał wy­ko­rzy­sta­ny do jego bu­do­wy – ni to me­tal, ni szkło, żywy i mar­twy jed­no­cze­śnie. Na ogrom­nych wy­so­ko­ściach Fi­lar roz­sze­rzał się nie­znacz­nie, two­rząc pier­ście­nie, w któ­rych znaj­do­wa­ły się po­tęż­ne emi­te­ry – na­daj­ni­ki w re­gu­lar­nych im­pul­sach roz­sy­ła­ją­ce w at­mos­fe­rę ochron­ne fale.

Wo­kół pa­no­wa­ła nie­prze­nik­nio­na ci­sza. Fi­lar nie wy­da­wał dźwię­ku i nie było już ni­ko­go, kto był­by w sta­nie stwier­dzić, czy wciąż dzia­łał peł­ną mocą. Do­pó­ki jed­nak stał, miesz­kań­cy Re­pu­bli­ki mo­gli za­sy­piać spo­koj­nie.

Ci­sza przed bu­rzą z pio­ru­na­mi, po­my­ślał Cain po­nu­ro, ale zgod­nie z pla­nem po­ka­zał Yan­go­wi umó­wio­ny sy­gnał for­ma­cji.

Jego od­dział na­tych­miast roz­dzie­lił się na trzy gru­py. Yang z czwór­ką żoł­nie­rzy znik­nął w mro­ku ota­cza­ją­cych ich drzew. Ar­thur, ugi­na­jąc się pod cię­ża­rem od­zy­ska­ne­go fu­te­ra­łu, za­nu­rzył się w za­ro­śla po le­wej stro­nie ra­zem z to­wa­rzy­szą­cym mu Mil­ko­vi­cem.

– Ten mały da so­bie radę? – za­py­tał pół­szep­tem Stal­lard.

Cain rzu­cił mu chłod­ne spoj­rze­nie. W jed­no­st­ce Ar­thur Var­gas był nie­po­zor­nym kur­du­plem, prze­wra­cał się o wła­sne nogi i wy­glą­dał, jak­by mógł się zgu­bić w ko­lej­ce po chleb. Ty­po­wa ofer­ma. Cain z po­cząt­ku za­sta­na­wiał się, ja­kim cu­dem w ogó­le zo­stał przy­ję­ty do woj­ska. Ale oka­za­ło się, że gdy tyl­ko miał w rę­kach ka­ra­bin zni­ka­ła nie­pew­ność, zni­ka­ły drżą­ce dło­nie i po­tknię­cia. Przy­kła­dał oko do lu­ne­ty i jego cia­ło sta­wa­ło się ramą cze­goś więk­sze­go – ab­so­lut­ne­go spo­ko­ju, sku­pie­nia, pre­cy­zji.

– Rę­czę za swo­ich lu­dzi, Stal­lard – od­parł. – A ty za swo­ich?

Przez chwi­lę pa­trzy­li na sie­bie w ci­szy.

– Cho­rą­ży jest już na po­zy­cji – za­mel­do­wał Sta­le pół­gło­sem.

Stal­lard kiw­nął gło­wą.

– Ru­sza­my za sześć­dzie­siąt, ty, Cain, za sto dwa­dzie­ścia.

– Zro­zu­mia­łem.

Cain za­ci­snął zęby, pa­trzył, jak Stal­lard ze swo­imi ludź­mi prze­my­ka ku le­we­mu na­roż­ni­ko­wi bu­dyn­ku. Gdy znaj­do­wa­li się w po­ło­wie dro­gi, ru­szył z czwór­ką swo­ich żoł­nie­rzy po dru­giej stro­nie. Bie­gli ni­sko po­chy­le­ni, jak­by mo­gli dzię­ki temu scho­wać się we wła­snych cie­niach. Buty mia­ro­wo zgnia­ta­ły wy­schnię­te kępy tra­wy i każ­dy krok przy­bli­żał ich do ścian bu­dyn­ku.

W jed­nej chwi­li roz­pę­ta­ło się pie­kło.

Roz­dzie­ra­ją­cy po­wie­trze huk był ogłu­sza­ją­cy. Po­ci­ski ude­rza­ły wo­kół nich i raz za ra­zem się­ga­ły celu. Od­po­wie­dzie­li ogniem. Łu­ski spa­da­ły na zie­mię ni­czym pu­ste łu­pi­ny. Ude­rze­nia w tar­czę były po­tęż­ne, za każ­dym tra­fie­niem pra­wie gu­bił krok. Do­brze znał jej pa­ra­me­try – sie­dem po­ci­sków, mniej, je­śli kule przy­pad­kiem tra­fi­ły w to samo miej­sce, po­tem tar­cza sta­wa­ła się kru­cha jak szkło. Ką­tem oka zo­ba­czył, że Dar­by się po­tknął. Do­sko­czył ku nie­mu i po­cią­gnął za sobą bez sło­wa.

Na­gle ogień prze­ciw­ni­ka ze­lżał, Cain do­my­ślił się, że to Ar­thur me­to­dycz­nie zdej­mo­wał ostrze­li­wu­ją­cych ich nie­zmor­do­wa­nie wro­gów. Ru­szy­li do przo­du z nową siłą; wciąż byli ata­ko­wa­ni, ale każ­dy ko­lej­ny krok był już tro­chę mniej sa­mot­ny, bo gdzieś tam, w cie­niu drzew i buj­nych krze­wów, był ktoś, kto usu­wał z nich ce­low­nik, za­nim spust zo­stał wci­śnię­ty.

Byli już w po­ło­wie dro­gi, gdy tar­cza znaj­du­ją­ce­go się po jego le­wej stro­nie ka­pra­la Si­lvy pę­kła na ka­wał­ki. Męż­czy­zna za­to­czył się do tyłu, ale nie upadł. Na­tych­miast w ko­lum­nie za­stą­pił go sze­re­go­wy Hicks. Każ­da se­kun­da, każ­dy krok zbli­ża­ły ich do celu. Cain przy­jął ko­lej­ny strzał na tar­czę. Siód­my. Ob­ró­cił ją i przy­go­to­wał się na ude­rze­nie. Po­cisk prze­le­ciał przez tar­czę, roz­trza­skał ją i otarł się o jego udo. Emel Dar­by na­tych­miast skrył go w cie­niu wła­snej tar­czy, aż do chwi­li, gdy do­pa­dli ścia­ny bu­dyn­ku.

– Sta­tus – rzu­cił Cain, ła­piąc od­dech. Czuł lep­ką mo­krość są­czą­cej się po no­dze krwi.

– Si­lva: po­strzał w ra­mię – za­mel­do­wał ka­pral, ści­ska­jąc ranę.

– Dar­by: okej.

– Hicks: okej.

– An­war: okej.

Cain od­bez­pie­czył gra­nat ogłu­sza­ją­cy i wrzu­cił go przez okno. Po chwi­li cała piąt­ka spraw­nie zna­la­zła się we­wnątrz znisz­czo­ne­go po­miesz­cze­nia. Było pu­ste, głu­che i nie­ru­cho­me, jak­by na­wet kurz oba­wiał się unieść swo­je dro­bin­ki. W ką­cie po­ko­ju sta­ły reszt­ki ele­ganc­kiej ko­mo­dy. Wszyst­ko, co mia­ło ja­ką­kol­wiek war­tość, zo­sta­ło roz­kra­dzio­ne daw­no temu. Po­zo­sta­ły tyl­ko ścia­ny po­kry­te łusz­czą­cą się ta­pe­tą, któ­rej wzo­ry zni­kły pod war­stwą bru­du, sa­dzy i wil­go­ci, oraz zwi­sa­ją­cy z su­fi­tu frag­ment krysz­ta­ło­we­go ży­ran­do­la – ża­ło­sny strzęp daw­nej ele­gan­cji i splen­do­ru.

– Hicks, An­war, okna. Dar­by, zaj­mij się Si­lvą – roz­ka­zał Cain i pod­szedł do drzwi. Po­wo­li uchy­lił je i wyj­rzał na ko­ry­tarz. Wszę­dzie pa­no­wa­ła ci­sza, roz­pra­sza­na tyl­ko ich cięż­ki­mi od­de­cha­mi. Za­mknął drzwi i oparł się o ścia­nę. – An­war, jak two­ja tar­cza?

– Wy­trzy­ma czte­ry.

– Idziesz pierw­szy, ja za tobą. Hicks za­bez­pie­czasz lewą stro­nę, Dar­by pra­wą, Si­lva tyły.

Męż­czyź­ni ski­nę­li gło­wa­mi po­twier­dza­ją­co. Ru­szy­li ko­ry­ta­rzem, wol­no, nie­mal bez­sze­lest­nie, stłu­mie­ni jak cie­nie, przy­sta­wa­li przy każ­dych drzwiach. Me­to­dycz­nie spraw­dza­li ko­lej­no wszyst­kie po­miesz­cze­nia, po­kój po po­ko­ju. Oczy czuj­ne, pal­ce na spu­stach. Bu­dy­nek był ogrom­ny i roz­po­zna­nie za­bie­ra­ło im dużo cza­su. Z każ­dym pu­stym wnę­trzem Cain czuł wy­raź­niej ogar­nia­ją­cy go chłod­ny spo­kój. Wie­dział jed­nak zbyt do­brze, jak zdra­dli­we mogą być ta­kie mo­men­ty, by po­zwo­lić so­bie na­wet na chwi­lę utra­ty sku­pie­nia.

Klep­nął kro­czą­ce­go przed nim An­wa­ra w ra­mię, gru­pa za­trzy­ma­ła się i za­ję­ła wy­zna­czo­ne po­zy­cje obron­ne. Ple­ca­mi przy­lgnął do ścia­ny i wy­su­nął się do przo­du. Szyb­ko ro­zej­rzał się po pu­stej prze­strze­ni za ro­giem. Pal­ca­mi lek­ko wy­stu­ki­wał rytm na kol­bie ka­ra­bi­nu. Jego ser­ce biło rów­no, od­dech był spo­koj­ny, wzrok sku­pio­ny. Wy­ostrzył zmy­sły i za­nu­rzył się we wła­sny in­stynkt. Lu­bił ten stan. Był go­to­wy, co do tego nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści. Do­brze wie­dział, co po­tra­fi.

Uniósł dłoń i An­war ru­szył da­lej, za­sła­nia­jąc się tar­czą.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.