Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
20 osób interesuje się tą książką
Trzy przyjaciółki, dwa morderstwa, jeden rozwód, a w tle kolekcja fałszywych obrazów…
Na rynku dzieł sztuki pojawia się nieznana dotąd kolekcja obrazów Jacka Malczewskiego. Wkrótce okazuje się, że są to falsyfikaty, a antykwariusz, który nimi handlował, zostaje zamordowany. Motywów nie brakuje, a lista podejrzanych rośnie.
W tym samym czasie trzy przyjaciółki zastanawiają się, jak zdobyć na potrzeby sprawy rozwodowej dowody na niewierność męża jednej z nich. Rozpoczynają akcję niczym prawdziwi detektywi. Obserwują i nagrywają każdy ruch mężczyzny. Ich poczynania krzyżują się z działaniami policji. Gdy ginie kolejna osoba, która prawdopodobnie zna mordercę, sprawa się komplikuje. Prowadzący śledztwo komisarz Alojzy Żarek musi znaleźć podwójnego zabójcę, a także fałszerza obrazów Malczewskiego. Naciskany przez prokuratora, w gąszczu fałszywych tropów, staje przed zagadką, w której nic nie jest tym, czym się wydaje.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 137
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026
© Copyright by Jadwiga Buczak, 2026
Redaktor inicjujący: Paweł Pokora
Redakcja: Magdalena Białek
Korekta: Joanna Dzik
Skład: Klara Perepłyś-Pająk
Projekt okładki: Magdalena Wójcik-Zienkiewicz
Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: © natalyalevish,
© marinavorontsova, © mrspopman/123RF
Zdjęcie autorki: © archiwum własne
Redakcja techniczna: Igor Nowaczyk
Producenci wydawniczy:
Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz
Wydawca: Marek Jannasz
Lira Publishing Sp. z o.o.
Wydanie pierwsze
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-68577-95-2 (EPUB); 978-83-68577-96-9 (MOBI)
Lira Publishing Sp. z o.o.
al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa
www.wydawnictwolira.pl
Wydawnictwa Lira szukaj też na:
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
...na polskich drogach widział skrzydlate anioły,
którym towarzyszyły wiejskie pacholęta i gęsi
Tadeusz Dobrowolski
Marta Czerwińska – sąsiadka Szymczaków
Dorota Florek (zwana Dolores) – koleżanka Sylwii
Katarzyna Kicińska-Zaleśna (dla przyjaciół Kićka) – Agent numer 1
Izabela Kroś – prokurator
Anna Miedziańska (Anka) – Zleceniodawca
Piotr Miedziański – prawnik, mąż Anki, Obiekt
Szczepan Mordka – ksywka Długi
Daria Ossowska (Osa) – aspirant sztabowy
Pies – kudłaty wielorasowiec przygarnięty przez Gośkę
Ernest Pijawa (ksywka Pijawka) – były narzeczony Dolores
Małgorzata Pisarska (Gośka) – Agent numer 2
Amelia Pisarska z d. Kalina – synowa Gośki
Lucjan Pisarski – syn Gośki
Michał Potocki – prawnik, współpracownik Piotra
Rudolf Racewicz – właściciel galerii w Gdyni
Sylwia – kochanka Piotra, Kobieta
Miłosz Szymczak – antykwariusz
Janina Szymczakowa – żona Miłosza
Marian Wrona – kolega Pijawki
Tomasz Zaleśny – nadkomisarz z Krakowa, prywatnie mąż Kićki
Alojzy Żarek – komisarz prowadzący śledztwo
I jeszcze kilka innych osób...
Krzesło było bardzo twarde. Wierciłam się przez dłuższą chwilę, chcąc znaleźć najwygodniejszą pozycję. W końcu zrezygnowałam. Nie wypadało się tak kręcić. Drżącą ręką sięgnęłam po szklankę z wodą. Wolałabym kawę, ale nie miałam odwagi o nią poprosić. Upiłam kilka łyków, starając się nie rozchlapać zawartości i nie dzwonić zębami o szkło. Ostrożnie odstawiłam wodę i spojrzałam na mężczyznę z wyraźną nadwagą, siedzącego naprzeciwko. „Miał niebieskie, wyblakłe oczy. Takie zimne, bezduszne” – pomyślałam. „Nic z nich nie można odczytać”. W ogóle był jasnym blondynem. Łysiejącym, jasnym blondynem z białą, nieopalającą się nigdy cerą. „Ile może mieć lat?” – zaczęłam się zastanawiać. „Czterdzieści? Nie, chyba więcej. Czterdzieści pięć? Obrączki brak. Samotny? Singiel? Nie, to nic nie znaczy. Mój były też nie nosił obrączki, jak jeszcze był aktualnym, a nie byłym. Dlaczego tu nie ma klimatyzacji?”
Czułam, jak bluzka lepi mi się do pleców. Dobrze, że włożyłam lekką sukienkę. Facet ma koszulę z krótkim rękawem, marynarka wisi na krześle, ale i tak na pewno mu gorąco. Twarz mu się błyszczy. Ma taką nalaną gębę. Właściwie to dlaczego się tak mówi?
– Proszę mi to wszystko jeszcze raz opowiedzieć.
Drgnęłam.
– Jeszcze raz? – westchnęłam teatralnie.
Kątem oka widziałam, jak ten drugi, siedzący z boku przy małym biureczku, ziewnął dyskretnie. „Tamten to chociaż jest przystojny” – przemknęło mi przez myśl. „Dużo młodszy”. Poprawiłam się na krześle i ponownie sięgnęłam po szklankę. Poczułam, że zaczyna mi brakować powietrza. Drobnymi łykami opróżniłam zawartość naczynia. Pomogło. Trochę się uspokoiłam.
– Mówiłam prawdę – wychrypiałam.
– Wierzę pani, ale musimy spisać zeznania... – Zawiesił na moment głos. – Wyjaśnić parę szczegółów.
– A więc, panie komisarzu, zacznę od początku.
– Świetnie. Gdzie pani była...
– To nie jest początek. Wszystko zaczęło się od starej chałupy, a właściwie od momentu otrzymania spadku po mojej ciotecznej babci. Nie, nie jakieś miliony, ale mały drewniany domek pod lasem na Zaborzu.
Akt notarialny został sporządzony 20 stycznia 2021 roku przez Aleksandrę Mirosławę Dobrowolską z d. Zarucką i adwokata Jana Sebastiana.
Małgorzacie Pisarskiej z domu Mariackiej, wnuczce mojej ukochanej siostry Adelajdy Mariackiej z domu Zaruckiej, zostawiam w spadku cały swój majątek: dom z ogrodem i inwentarzem we wsi Zaborze. Zapisuję również rodową biżuterię: złoty łańcuszek z krzyżykiem, różaniec z drzewa różanego przywieziony z pielgrzymki do Ziemi Świętej, dwie złote obrączki, pierścionek z rubinem i dziewiętnaście obrazów olejnych oprawionych w złocone ramy.
Podpisano:
Aleksandra Mirosława Dobrowolska z domu Zarucka
Kancelaria Adwokacka Sebastian i spółka: adwokat Jan Sebastian.
Małgorzata Pisarska stała pod walącą się ruderą i zastanawiała się, co z tym fantem zrobić. Pamiętała ten dom z dzieciństwa. Przyjeżdżała tu z babcią Adelą. Te dwie babcie były jej całą rodziną. Rodzice zginęli w wypadku samochodowym, kiedy miała dziesięć lat. Pamiętała ten dzień bardzo dobrze. Siedziała w swoim pokoju i czytała W pustyni i puszczy, gdy w przedpokoju posłyszała jakieś męskie głosy oraz drżący głos babci: „To niemożliwe” i „Proszę ciszej, tam jest ich córeczka”. Głosy przeszły w szept, a potem nastała cisza. Małgorzata bała się wyjść z pokoju. Czuła, że stało się coś okropnego. Po bardzo długim czasie weszła do niej babcia Adela z czerwonymi oczami i mówiła. Mówiła i mówiła, a mała Gosia zrozumiała tylko, że już nigdy rodziców nie zobaczy. Kochana babcia Adela dała jej tyle miłości i ciepła... I babcia Ala...
Przetarła oczy wierzchem dłoni i pociągnęła nosem. Wspomnienia wróciły. Mąż babci Ali zmarł wkrótce po ślubie. Gośka nigdy nie zapytała, co było przyczyną jego śmierci. Mąż babci Adeli, czyli rodzony dziadek Małgorzaty, był zapalonym myśliwym i zginął podczas polowania. Pomyłka czy celowe działanie? Nigdy nie wyjaśniono. Z kolei mąż Gośki po prostu pewnego słonecznego ranka powiedział: „Mam kogoś, wyprowadzam się”. I tyle go widziała. Od tej pory zostały we trzy. „Dom kobiet” – śmiała się babcia Ala, nawiązując do dramatu Zofii Nałkowskiej. Babcia Ada, Adelajda Mariacka, zmarła na zawał. Nigdy nie pogodziła się ze śmiercią syna i synowej. Gdy czuła, że zbliża się już koniec, zobowiązała siostrę do opieki nad wnuczką.
– Pamiętaj, teraz ty jesteś całą rodziną Gosi. Masz się nią opiekować, choćby nie wiem co! Bo jak nie, to będę cię po śmierci straszyć.
– No wiesz! – oburzyła się babcia Ala. – Niepotrzebnie to mówisz. Gosia jest tak samo moją wnuczką, jak i twoją. Wychowywałyśmy ją razem, więc po co to gadanie?
Małgorzata z kilkuletnim synkiem Luciem wyprowadziła się do swego nowo zakupionego mieszkania na Osiedlu Chemików. Gośka często odwiedzała babcię Aleksandrę na Zaborzu, a potem w domu spokojnej starości. To tam właśnie jej samodzielna krewna dziesięć lat temu wykupiła sobie miejsce, mimo protestów wnuczki. Urządziła się w maleńkim pokoiku z charakterystyczną dla niej fantazją: obrazki, koronki i kwiaty, zarówno sztuczne, jak i doniczkowe. W pokoiku zawsze pachniało świeżo zaparzoną kawą i drożdżowym ciastem. O domku pod lasem zupełnie nie myślały.
Małgorzata stała teraz wpatrzona w rozwalający się dom, z którym wiązało się tyle miłych wspomnień, i czuła, jak po policzkach płyną jej łzy. Nagle ktoś objął ją ramieniem, a inna ręka podała jednorazową chusteczkę. Spojrzała na wysokiego mężczyznę i uśmiechnęła się przez łzy. „Jak to dobrze, że was mam” – pomyślała.
– Chodź już, pojedziemy do nas na obiad. Musisz coś zjeść i przestać się martwić. Trzeba też się zastanowić, co zrobić z tym fantem. – Lucjan Pisarski ruchem głowy wskazał na dom, a Amelia objęła ją i pocałowała w policzek.
Przez następne trzy miesiące Małgorzata prawie codziennie przychodziła do domu babci Ali. Trochę porządkowała, przeglądała pamiątki, stare listy – wspomnienia. Siadała przed domem i patrzyła w stronę lasu, na połyskującą wodę stawów. Drzewa szumiały, śpiewały ptaki. Tak jak dawniej. Zamykała oczy i wsłuchiwała się w te głosy, tak różne od zgiełku miasta. Potem wracała do swego dwupokojowego mieszkania.
Amelia zadzwoniła do teściowej, że będzie u niej wieczorem. Gośka po drodze kupiła ptysie, a teraz siedziały w małym pokoiku przy ulicy Kochanowskiego, nazywanym przez gospodynię szumnie salonem.
– I naprawdę to zrobiłaś?
– Mhm.
– I pomyśleli, że prawdziwy?
Amelia kiwnęła głową.
– Przecież jak to się wyda...
– To mama będzie sławna.
Małgorzata przestała mieszać kawę, do której zapomniała wsypać cukier.
– Albo będę zamknięta w celi z mordercami.
– Jak już, to z morderczyniami. Ale to tym bardziej będzie mama sławna. Sława wymaga wyrzeczeń.
Amelia podsunęła sobie krzesło bliżej fotela i przysiadła na jego brzegu. Z okrągłego, małego stoliczka wzięła dwa kieliszki z czerwonym winem i jeden podała teściowej.
– Proponuję opić ten sukces.
– Tak, pozostało mi tylko się rozpić. Kryminalistka i alkoholiczka. Co na to powiedzą moje wnuki?
– Że babcia jest the best, a życie jest pełne niespodzianek. À propos wnuków. Możemy podrzucić młode dzisiaj wieczorem?
– Możecie, ale ścianę w przedpokoju malujecie w przyszłym tygodniu, bo ten wzór z czekolady jakoś nikomu nie przypadł do gustu.
– Jasne! To ja już lecę! – Szybko opróżniła kieliszek, odstawiła na stolik i cmoknęła teściową w policzek. – Wiesz, że cię kochamy!
– Wiem, bo nie macie innego wyjścia.
Amelia Pisarska z domu Kalina była ładną blondynką o rubensowskich kształtach, co stanowiło dla niej ogromny problem.
Lucjana Pisarskiego po raz pierwszy zobaczyła na balu maturalnym i od razu się zakochała w tym wysokim i przystojnym chłopaku. On nawet na nią nie spojrzał. Tańczył z jakąś chuderlawą szatynką w bardzo obcisłej sukience i w dodatku zezowatą. Tak, to było złośliwe ze strony Amelii, ale nie mogła sobie odmówić takiego komentarza. Oczywiście tylko w myślach. Potem okazało się, że to siostra jego najlepszego kolegi Marka, która nie miała z kim przyjść na bal. Lucjan zwrócił uwagę na dziewczynę stojącą w kącie z ponurą miną. W końcu przeprosił swoją partnerkę i do następnego tańca poprosił Amelię.
Był od niej o kilka lat starszy i cudowny. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie i Amelia już od ośmiu lat była szczęśliwą żoną i matką bliźniaków. Jednak czegoś jej brakowało. Kochała męża i dzieci, ale... No właśnie, było „ale”. Nic się nie działo. Nudne życie kury domowej. Nie narzekała, nie skarżyła się, a teraz nadarzyła się okazja. Troszkę adrenaliny nikomu nie zaszkodzi.
Małgorzata z Amelią dogadywały się bez problemu. Były żywym zaprzeczeniem twierdzenia, że „synowa z teściową zawsze żyją jak pies z kotem”. Jak obrały wspólny front, to Lucjan nie miał nic do powiedzenia. Gośka wiedziała, że jej jedynakowi się poszczęściło. „Lucjan dobrze trafił” – myślała, patrząc pod światło na czerwony płyn połyskujący na dnie kieliszka. „Amelka jest dobrą matką i żoną. Zwariowana, z szalonymi pomysłami, ale z sercem na dłoni”.
Wzrok jej spoczął na pliku banknotów leżącym na stoliku. Dziesięć tysięcy. Chciała je dać synowej, ale ta nie wzięła. Przeleje im na konto. Przyda się na remont. Jeśli zdecydują się zamieszkać w domu po babci Ali. Ta odziedziczona po ciotecznej babce chałupa pod Oświęcimiem wymaga generalnych przeróbek, a to sporo kosztuje. Odwróciła głowę w stronę okna. Na razie nie chciała patrzeć na dużą paczkę zawiniętą w szary papier i opartą o ścianę. Na razie. Zastanowi się, co z tym zrobić. Ale... To kusi. Bardzo kusi.
– No, zobaczymy – powiedziała głośno do kieliszka i wypiła resztę wina.
Nad ranem obudził ją jakiś szmer. Otworzyła oczy. Była w pokoju. Przez okno wpadały promienie słońca. Nagle pojawiły się dwa cienie. Dwie kobiety pochylały się nad nią i uśmiechały przyjaźnie. Znała je doskonale.
– Gosieńko, skarbie, musimy ci coś powiedzieć.
– Tak, kochanie, musimy.
– Będziesz bogata i sławna.
– Ale kłopoty cię nie ominą.
– Będziesz bogata i sławna.
Zaszeleściły powłóczystymi sukniami i zniknęły. Chciała się o coś zapytać. Powiedzieć, że cieszy się z ich powrotu, ale zniknęły.
Otworzyła oczy. To był sen. Tylko sen. Poczuła, jak coś ściska ją za gardło, a łzy napłynęły do oczu. Babcie przyszły do niej po raz pierwszy. „Będziesz bogata i sławna”. Westchnęła. „Dobre”. Spojrzała na zegar. „O rany! Jak już późno! Spóźnię się do pracy!” Zerwała się na równe nogi i w pół godziny była gotowa do wyjścia.
Katarzyna Kicińska-Zaleśna z niewiadomego powodu nazywana przez przyjaciół Kićką stanęła przed ponurym, ceglanym budynkiem. Stał tak samo jak trzydzieści lat temu. Jak od 1915 roku. Straszył dziesiątkami okien, zionął wejściem. Nawet majowe słońce go nie musnęło, osłonięty był od drogi drzewami. Wypluwał ze swego wnętrza co jakiś czas grupki młodych ludzi. Roześmiane, kolorowe dziewczyny, gestykulujący chłopcy rozmawiający o czymś bardzo ważnym. Jakaś para przystanęła, całując się ostentacyjnie.
„Nie do pomyślenia za moich czasów! To było okropne miejsce. Brr”. Aż się otrząsnęła. Nie miała dobrych wspomnień z Konara, to znaczy Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Konarskiego w Oświęcimiu. Nieważne. Ważne, żeby się spotkać z Gośką. Ostatnio nie odbiera telefonów. Na Fejsa też nic nie wrzuca. Musi się dowiedzieć, co jest grane. Niesforny rudy kosmyk włosów założyła za ucho. Poprawiła spódnicę. Westchnęła ciężko i przekroczyła próg. Na korytarzu kręciło się paru uczniów. Zaczepiła wysokiego okularnika:
– Gdzie znajdę panią Małgorzatę Pisarską?
– Profesor Menzurkę? O, sorry. – Chłopak się speszył. – Pani profesor będzie chyba jeszcze w pracowni. To tam, na końcu korytarza.
Małgorzata była wysoka i bardzo chuda. Na długiej cienkiej szyi tkwiła mała główka zakończona burzą czarnych loczków, a w dodatku uczyła chemii. To przezwisko pasowała do niej świetnie.
– Menzurka. Dobre! Dzięki!
Pisarska siedziała przy długim stole, co jakiś czas spoglądała na fiolki z różnymi płynami i skrzętnie coś zapisywała.
– Cześć...
Drgnęła i zaskoczona spojrzała na gościa.
– Kićka! Co tu robisz!?
– Odwiedzam cię. A wiesz, że nazywają cię Menzurka?
– Wiem. – Zdjęła okulary i zamknęła zeszyt. – Od dwudziestu lat. – Uśmiechnęła się szczerze, rozbrajająco, jak zawsze. – A pamiętasz, za naszych czasów też każdy profesor miał jakąś ksywkę. To były czasy!
– Mimo wszystko!
Obie, jak na komendę, westchnęły z nostalgią.
– Co cię sprowadza do naszego pięknego trzynastowiecznego grodu?
– Przyjaźń, kochana, przyjaźń. A poza tym, pamiętasz o lipcowym plenerze?
– Pamiętam, ale nie jadę. Robert...
Robert jeździł na wszystkie możliwe plenery malarskie. Wyrażał swoje opinie o obrazach koleżanek i kolegów, chociaż nikt go o to nie prosił. W końcu nikt inaczej o nim nie mówił jak tylko Smerf Ważniak.
– Co ma Robert do gadania? Krytykuje wszystkich. Mnie powiedział, że tło jest za ciemne i perspektywa mi kuleje. Sam jest ciemny i jak może kuleć perspektywa?
Obie się zaśmiały.
– A gdzie Kicia?
– Chyba się starzeje. Woli leżeć na parapecie i obserwować przez okno gołębie. Została pod dobrą opieką, bo nadkomisarza policji.
– To twój szanowny małżonek awansował?
– Tak, chodzi dumny jak paw.
– Muszę mu w takim razie pogratulować. A co u Irki?
– Pilnuje interesu, a ja mam wychodne do jutra. Mogę się u ciebie zatrzymać? Przepraszam, że nie uprzedziłam, ale zdecydowałam się na wyjazd w ostatniej chwili. Dzwoniłam, ale ty telefonów nie odbierasz – skomentowała z wyrzutem.
– Fakt, nie odbieram, a co do nocowania to nie ma sprawy. Poza tym to się świetnie składa. Anka ma dzisiaj wieczór autorski w bibliotece. To się ucieszy, jak cię zobaczy. Potem wyskoczymy na jakieś winko.
– Czyli będzie jak dawniej. Sabat czarownic.
– Czarujących czarownic.
– Jasne! Zbieraj się.
Kićka w ostatnim czasie ze zdziwieniem stwierdziła, że jej ulubione spódnice są nieco za ciasne.
– Przytyłam – zanudzała swoją wspólniczkę. – To wszystko przez ten siedzący tryb życia.
– Prowadzimy biuro podróży – zdenerwowała się w końcu Irka. – Weź i jedź na jakąś wycieczkę. Połaź po górach. Zimą na narty albo w ogóle gdzieś. – Nie zwróciła uwagi na niecierpliwy ton koleżanki i narzekała dalej: – Nic się nie dzieje. Człowiek zestarzeje się w tym biurze. Ciągle tylko: „Jaką macie ciekawą ofertę?”, „Czemu tak drogo?”, „Macie coś egzotycznego?”, „...tylko nie samolotem, boję się latać” – przedrzeźniała klientów. – Ta rutyna mnie zżera. Żeby coś się wydarzyło. Nie mówię, że morderstwo, ale jakiś przekręt, napad na bank. Cokolwiek!
Irka wzruszyła ramionami i popukała się w czoło. Chciałaby mieć nudne życie, a nie pełne problemów z niewydarzonym synem i rozhisteryzowanym mężem.
Sylwia stała na balkonie swego niewielkiego mieszkania na trzecim piętrze i paliła. Stać ją teraz na drogie, porządne papierosy, a nie to badziewie, co dawniej. Zaciągnęła się głęboko i powoli wypuściła dym. Nareszcie przestało padać, ale te cholerne kałuże. Szkoda nowych szpilek. No nic! Zamówi taksi. Stać ją przecież. Jak wreszcie zda ten upiorny egzamin, to Misiaczek kupi jej autko. Obiecał. Wszystko kupi, co tylko będzie chciała. Swoją drogą, to ten palant na egzaminie robi jej na złość. Ciągle się czepia. To co, że przejechała na czerwonym? Skrzyżowanie było puste. A poprzednio? Wjechała na rondo z impetem. Ma się ten temperament, a że jakiś głąb hamował z piskiem opon i jeszcze trąbił jak głupi... Może dobrze by było, żeby Misiaczek powiedział słówko, komu trzeba. Ostatecznie jest tym prawnikiem. Powinien mieć wpływy. Misiaczek zrobi dla niej wszystko.
Zgasiła papierosa i bacznie przyjrzała się swoim tipsom. Dłoń miała szczupłą i długie palce. „Okej” – pomyślała z zadowoleniem. „Misiaczek lubi zadbane kobiety, nie takie kury domowe jak jego żona”. Weszła do pokoju. Ze sterty ubrań rzuconych na łóżko wybrała bordową bluzkę, która podkreślała jej jasną cerę i złote włosy. Tak mówił Misiaczek: „Masz takie piękne złote włosy”. No jasne! Chodzi przecież do najlepszego i najdroższego fryzjera w mieście.
Zaczęła powoli się ubierać. Już od godziny powinna być w sklepie. Ale się stara zdziwi, jak jej powie, żeby szukała innej naiwnej, która za parę groszy będzie harować w tym warzywniaku.
Michał pochylił się nad Klaudynką.
– Kochanie, tatuś musi iść do pracy. – Pogłaskał jasne loczki. – Pani Iwonka robi już kakałko i bułeczkę z dżemikiem, tak jak lubisz.
Dziecko kiwnęło główką na znak, że rozumie i że się godzi. Było przecież tak codziennie. Wiedziała, że tatuś musi chodzić do pracy i zarabiać pieniążki. Nie pamiętała już innego życia. Czasem śniła się jej piękna pani, a ona mówiła do niej „mamusiu”. Ale mamusi już nie ma. Jest tatuś i pani Iwonka. I babcia. Babcia jest kochana, przyjeżdża, jak dostanie urlop w szpitalu. Jest tam bardzo ważna. A jak przyjeżdża, to robi się wtedy wesoło. Piją z panią Iwonką kawę, a jej serwują lody malinowe. Bo malinowe są najpyszniejsze na świecie! Pani Iwonka jest chyba starsza od babci. Jest duża, gruba, ma siwe włosy związane w śmieszny koczek. I lubi opowiadać o swoim Burku. Klaudynka też chciałaby mieć takiego mądrego pieska, ale jak by go wyprowadzała na spacer? Pieska trzeba wyprowadzać na smyczy. Trzeba by było zjechać windą i iść do parku, a ona by sobie z tym nie poradziła.
Michał stanął w drzwiach, odwrócił się i posłał córeczce buziaka. Dziewczynka uśmiechnęła się promiennie, zakręciła zwinnie i skierowała się do kuchni.
„Jak szybko opanowała poruszanie się na wózku” – pomyślał. „Ma takie małe, delikatne rączki, a kręci kołami z wprawą dorosłego”.
Westchnął i cichutko zamknął drzwi. Z niechęcią chodził do pracy. Jego wspólnik zrobił się nie do zniesienia. Wszystko go denerwowało, a przecież był to kiedyś jego najlepszy przyjaciel. Spotykali się we czwórkę... Kiedyś.
Anna Miedziańska stała przy oknie i patrzyła przed siebie pogrążona w myślach. To nieprawda, że na świecie istnieje tylko zło. Gdzieś musi być dobro. Przynajmniej okruchy dobra, uśmiechu, życzliwości, miłości. Wystarczy popatrzeć, jak promienie słońca padają na mokrą po deszczu trawę i lśnią jak diamenty. Odbijają się w kałużach i wesoło skaczą po szybie, aż człowiekowi robi się ciepło na sercu. W taki dzień wszyscy powinni być szczęśliwi. Uśmiechnęła się do męża.
– Popatrz, jaki dzisiaj piękny dzień.
– Bzdura! – Piotr podniósł się z fotela i zaczął krążyć po pokoju. – Bzdura – powtórzył już ciszej i nerwowo przeczesał palcami niegdyś czarne, a teraz szpakowate włosy. – Gdzie schowałaś moje papierosy? – warknął.
– Są w twoim gabinecie, na biurku. Wiesz, że nie ruszam niczego, co należy do ciebie. – Kobieta uśmiechnęła się niepewnie, a on bez słowa przeszedł do drugiego pokoju.
To był JEGO pokój, JEGO bałagan i JEGO azyl. Ze złością kopnął krzesło, które stało na środku. Sam je zresztą tam postawił. Krzesło uderzyło w regał z hukiem, aż Anna się skuliła. „Co się z nim dzieje?” – pomyślała.
– Gdzie, do cholery, są te papierosy?
– Nie wiem, kochanie, muszą być tam, gdzie je zostawiłeś.
