Eurotrash - Christian Kracht - ebook
NOWOŚĆ

Eurotrash ebook

Christian Kracht

0,0

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Christian Kracht, pisarz i narrator tej osobliwej opowieści, wypisuje swoją osiemdziesięcioletnią matką z zakładu psychiatrycznego i wyrusza z nią w podróż przez Szwajcarię. Przemierzając kraj wynajętą taksówką próbują rozdać majątek, którego rodzina pisarza dorobiła się na Holokauście, inwestując w czasie drugiej wojny światowej w przemysł zbrojeniowy. To wyprawa pełna nieoczywistych spotkań, gorzkiego humoru i powracających wspomnień, podczas której granice między autobiografią, fikcją i rodzinną legendą nieustannie się zacierają.

W Eurotrash Christian Kracht tworzy błyskotliwą, bezlitośnie ironiczną, a zarazem zaskakująco czułą opowieść o pamięci, winie i dziedzictwie, którego nie sposób się pozbyć. To literacka podróż przez rodzinne sekrety, europejską historię i współczesną świadomość, napisana z charakterystyczną dla autora lekkością, inteligencją i przewrotnym humorem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 185

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Eurotrash

Christian Kracht

Eurotrash

albo z europejskiego lamusa

Przełożył

Ryszard Wojnakowski

OSTROGI

Kraków 2026

Publikacja ukazała się przy wsparciu Instytutu Książki w ramach programu wydawniczego Inne Tradycje.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej Nr 3/DF-VII/2026

Eurotrash

Dla mojej żony, mojej córki, mojej siostry i mojej matki.

What is fully, completely understood leaves no trace as memory1.

Jiddu Krishnamurti

Jeśli kochasz Niemcy, lepiej ich nie odwiedzaj.

Jorge Luis Borges

Rozdział I

A więc znowu musiałem się wybrać na parę dni do Zurychu. Matka chciała ze mną pilnie porozmawiać. Kiedy zadzwoniła i powiedziała, że mam rychło przyjechać, jej głos w słuchawce brzmiał niesamowicie. Po tym telefonie przez cały przedłużony weekend czułem się ze zdenerwowania tak źle, że cierpiałem na mocne zatwardzenie. W związku z tym muszę też napomknąć, że ćwierć wieku temu napisałem historię, którą z jakiegoś, niestety nieznanego mi już powodu zatytułowałem Faserland. Kończy się ona w Zurychu, że tak powiem, pośrodku Jeziora Zuryskiego, dość traumatycznie.

Z całą historią zetknąłem się powtórnie po raz pierwszy właśnie wtedy, gdy, jak wspomniałem, w Zurychu, na dole przy Bahnhofstrasse, kupiłem ciemnobrązowy, trochę szorstki wełniany sweter na małym, zbitym z desek straganie niedaleko Paradeplatzu. Nastał już wieczór, a ponieważ wcześniej zażyłem porcję waleriany, działanie tabletek i beznadziejny nastrój szwajcarskiej jesieni oraz dwadzieścia pięć minionych lat kładło się ołowianym ciężarem na mojej psychice.

Trochę wcześniej przechadzałem się po starówce. W Niederdorfie po drugiej stronie rzeki wyświetlano na zamkniętym pokazie In girum imus nocte et consumimur igni, ostatni film Guya Deborda, ukończony tuż przed jego samobójczą śmiercią. Przyszło nas czworo lub pięcioro, co wydało mi się cudem, zważywszy na wciąż jeszcze jasny i ciepły słoneczny wieczór oraz bezkrwiste, usypiające dzieło.

Kiedy publiczność, czyli dwaj profesorowie, operator i bezdomny, który chciał się chwilę przespać w fotelu kinowym, została pożegnana, a dłonie uściśnięte, powędrowałem z powrotem przez noc w kierunku Paradeplatzu w dole, bez żadnego celu i zamiaru. I tam, po drugiej stronie Limmatu, znalazłem ten prowizoryczny stragan jakiejś szwajcarskiej komuny, na którym dwie kobiety w okularach w nieokreślonym wieku i sympatyczny młody człowiek z brodą sprzedawali ciężkie wełniane swetry oraz koce w naturalnych kolorach, własnoręcznie zrobione na drutach.

W porównaniu z konfekcją wystawianą w dawno już zamkniętych, lecz w dalszym ciągu jasno oświetlonych butikach przy Bahnhofstrasse te proste wełniane rzeczy wydawały mi się w przyjemny sposób autentyczne, podobnie jak przeniknięty realnością i sensem, tak trzeba to określić, wydawał mi się uśmiech obu sprzedawczyń. W każdym razie przynajmniej mnie jawił się on bardziej realny niż cała Bahnhofstrasse i porozwieszane co rusz dziesiątkami po obu stronach ulicy szwajcarskie flagi oraz luksusowy, prowincjonalny, nic nieznaczący sztafaż w oknach wystawowych. Gdy wręczałem ludziom z komuny banknot stufrankowy – wcześniej pomimo chłodu zdjąłem sweter, który przymierzyłem bez wahania, i kazałem go zapakować do ekologicznej, jasnobrązowej torby z papieru pakunkowego – przez chwilę miałem także może rzeczywiście fałszywe wrażenie, że w wyniku tej transakcji otrzymałem coś istotnego.

Jakkolwiek było, wręczono mi torbę oraz kolorowy, nieco wyblakły prospekt, który wsunąłem do niej z lekkim zawstydzeniem. Pomyślałem, że później będę mógł dyskretnie go usunąć i pożegnałem się z trochę nieporadnym uśmiechem, po czym pomaszerowałem, lekko marznąc, w kierunku Münsterplatzu, z tą myślą w głowie, że w barze Kronenhalle jeszcze się czegoś napiję, nim wrócę do hotelu, położę się do łóżka, wezmę kolejny roślinny środek nasenny i wyłączę światło.

Sprawy mojej matki – i teraz przechodzę do tego, z jakiej przyczyny co dwa miesiące musiałem odwiedzać Zurych, to miasto pozerów i blagierów, a także poniżania innych – paraliżowały mnie kompletnie już od szeregu lat. To było naprawdę straszne, do cna wstrętne, to było coś więcej, niż mogłem znieść, niż zwykle powinno się znosić. Moja matka była bowiem bardzo chora, to znaczy chora także na głowę, nie tylko tam, ale tam przede wszystkim.

Żeby nie tracić z nią kontaktu, ale i nie ulegać stanowi rezygnacji i beznadziei, w pewnym momencie postanowiłem odwiedzać ją co dwa miesiące. Tak, po prostu postanowiłem zaakceptować tę stajnię Augiasza, w jakiej matka wegetowała od dziesiątków lat, otoczona turlającymi się po podłodze pustymi butelkami powódce, nieotwartymi kopertami kryjącymi rachunki z różnych zuryskich magazynów sobolich futer i szeleszczącymi foliami z opakowań środków przeciwbólowych.

Teraz jednak to ona skontaktowała się ze mną i wezwała mnie do siebie, zwykle po prostu zawsze czekała, aż się pojawię w Zurychu w tym rytmie dwumiesięcznym. Przeważnie domagała się ode mnie, bym opowiadał jej jakieś historie. Jak wspomniałem, jej telefon zdenerwował mnie bardziej niż moje wcześniejsze wizyty u niej, ponieważ zamierzała coś zrobić, nagle miała nade mną przewagę, to wyszło, można powiedzieć, od niej samej, poza tym zawsze milczała i czekała.

Nie miała e-maila ani telefonu komórkowego i odrzucała Internet. „To zbyt skomplikowane”, mawiała, a te klawisze, one są dla niej za małe. Podejrzewałem jednak, że wzbraniała się przez arogancję, a nie dlatego, że po prostu nie potrafiła posługiwać się klawiszami. Udawała, że lubi czytać gazety i Stendhala. Jej skóra miała teksturę suchego jedwabiu, zawsze była odrobinę opalona, choć matka nigdy nie siadywała na tarasie przy hortensjach.

Była okradana przez gospodynię, jej portmonetka co drugi dzień była pusta. Mimo że prawie nie wydawała pieniędzy, wszystko zawsze znikało, podobnie zresztą jak pewnego dnia zniknął jej czarny Mercedes, zabrany z garażu kamienicy czynszowej i przetransportowany do Bukowiny przez bukowińskiego męża bukowińskiej gospodyni. Po prostu koszmar, lecz przynajmniej nie była już w Winterthurze.

Bo osiemdziesiąte urodziny musiała obchodzić tam, na zamkniętym oddziale psychiatrycznym. Jeśli potraktować rzecz z humorem, było jak u Dürrenmatta, ale właściwie o wiele smutniej niż u Dürrenmatta, ponieważ chodziło o moją, a nie o jakąś matkę i nie o jakiś psychiatryk, tylko ten o najbardziej mrocznej, najokropniejszej nazwie: Winterthur.

Zapomniałem lub wyparłem fakt, że klinika ma jeszcze inną nazwę, coś w rodzaju „Frankenstein”, było coś takiego, ale już nie pamiętam. W każdym razie zwolniono ją z tego Winterthuru, musiano zwolnić, ponieważ mogła być dłużej trzymana w klinice psychiatrycznej jedynie na mocy postanowienia sądowego, a takowego nie było i nigdy zresztą nie będzie. Moja matka, dzięki wyrafinowanym manipulacjom i deklarowanej szorstkim tonem zimnej krwi, potrafiła bowiem zasugerować badającej ją osobie, że wszystko jest w najlepszym porządku, należy tylko pozwolić jej mieszkać znowu we własnym mieszkaniu, a wtedy wszystko będzie po staremu, czyli w najlepszym porządku. Należy tylko dopuścić ją z powrotem do jej ukochanego fenobarbitalu, do skrzynek z lichym fendantem – to białe wino w butelkach z zakrętką za siedem i pół franka – i do odwoływanego co tydzień i co tydzień zamawianego na nowo abonamentu „Neue Zürcher Zeitung”, a także do przeciętnych ekspresjonistycznych obrazów, które w latach małżeństwa podarował jej mąż, a mój ojciec, natomiast munchy, kirchnery i nolde, gromadzone w NRD razem z Lotharem-Güntherem Buchheimem, wolał oczywiście zostawiać sobie. Zrolowane trzymał pod łóżkiem w château2 nad Jeziorem Genewskim, gdzie mieszkał, kiedy rozwiódł się z moją matką.

Myśli o tej kolekcji obrazów, która zniknęła po śmierci ojca, dręczyły mnie za każdym razem, ilekroć dowiadywałem się, że u Grisebacha w Berlinie albo w Christie’s w Londynie, albo u Kornfelda w Bernie znów sprzedano na aukcji jedno czy drugie dzieło. Były to obrazy, które znałem od wczesnego dzieciństwa, bo wisiały u nas w szalecie w Gstaad, każde pociągnięcie pędzla wykonane zawiesistą farbą, każda niebiesko-żółta chmura z czarną obwódką była mi boleśnie bliska. Ilekroć przyjeżdżałem do matki, straszyły mnie wiszące w jej mieszkaniu trzeciorzędne obrazy niemieckich ekspresjonistów, pozostałości fantastycznej kolekcji naszej rodziny. Na przykład obrazy Georga Tapperta albo Maksa Kausa i wcale nie można jednoznacznie stwierdzić, co było gorsze, stan mojej matki czy smętne bohomazy, które wisiały tam w Zurychu na ścianach niczym oprawione w ramy szyderstwo.

Rozpad tej rodziny, ba, jej atomizację – jako dno jej upadku należy nazwać osiemdziesiąte urodziny mojej matki w świetlicy kliniki psychiatrycznej w Winterthurze – znamionowała bezdenna beznadzieja, co chętnie powtórzę jeszcze raz i będę powtarzał wciąż na nowo.

Matka siedziała skulona w jasnoniebieskim frotowym dresie, przetłuszczone popielato blond włosy związane miała w koński ogon. Na stoliku przed nią stał bukiet kwiatów za osiemset franków przywieziony z Bahnhofstrasse, zapadnięty palimpsest jej twarzy znaczonej szramami po pijackiej wywrotce pokrywały bordowe strupy, a brwi były ledwo widoczne, bo zasłonięte wypukłym zygzakowatym ściegiem ciemnych nici, którymi zszyto pęknięcia skóry. Tak to się przedstawiło, to staczanie się, zjazd rodziny po równi pochyłej jako mapa jej twarzy, jeśli tak można to określić.

Zamiast więc wrócić od razu do hotelu na starówce, faktycznie poszedłem do baru Kronenhalle, którego drzwi wejściowe zawsze wykonywały czynność odwrotną do tego, co zakładało się przy ich uruchamianiu. Kiedy chciało się je pociągnąć do siebie, dawały się otworzyć tylko przez pchnięcie i tak samo było na odwrót. To tam usiadłem potem po prawej stronie na samym końcu baru przy toaletach, stoliki z przodu zawsze były zarezerwowane dla mężczyzn z Zurychu i ich towarzystwa, przeważnie ukraińskiego płci żeńskiej. Dawno się nie zdarzyło, żeby ktoś inny dostał stolik z przodu lub żeby któryś z nich był niezarezerwowany. Z czasem straciłem nadzieję, że kiedykolwiek zdobędę taki stolik i zrezygnowałem.

Podczas pobytu w Zurychu człowiek zawsze myślał, że owionie go tutaj duch Joyce’a i Cabaret Voltaire, a w rzeczywistości było to tylko miasto chciwych poruczników i panoszących się alfonsów. Przy barze z tyłu po prawej obok toalet miejsce jest przecież równie dobre, tak myślałem, ostatecznie tam też każdemu podawano do napoju takie same trzy białe miseczki z solonymi migdałami, chipsami paprykowymi i mini paluszkami słonymi jak na stoliki z przodu, a gdyby pewnego dnia przestano podawać, to przypuszczalnie w dalszym ciągu można by wpadać do baru Kronenhalle, bo w gruncie rzeczy było to zupełnie bez znaczenia.

Całkiem podobnie jak u matki, która może teraz, dziś wieczorem, w mieszkaniu znów upadła twarzą na podłogę, wszystko zależało od tego, czy zażyła zolpidem, fenobarbital czy kwetiapinę, a więc tylko jedną z trzech substancji, czy od razu wszystkie trzy i popiła jedną lub dwiema butelkami rzeczonego fendantu po siedem i pół franka. Potem – po upadku i pozostawieniu śladów stóp w kałuży krwi, wyobrażając sobie twarze wstydzących się za nią sąsiadów za zasłonami z gazy, po przejeździe biało-pomarańczową karetką i przyjęciu na szpitalny oddział ratunkowy, a następnie ponownym skierowaniu do Winterthuru i wypisaniu tydzień później, bo nie było żadnego postanowienia sędziowskiego, i po powrocie taksówką do Zurychu, gdy taksówkarz zabrał jej z portmonetki banknot tysiącfrankowy i nie wydał reszty, za to elegancko odprowadził ją pod rękę do samych drzwi mieszkania – potem tak czy owak pewnie już nic nie pamiętała, oczywiście prócz tego, że pilnie musi zrealizować w aptece receptę na kolejne opakowania zolpidemu, fenobarbitalu i kwetiapiny.

Ostatnim razem, podczas ostatnich odwiedzin dwa miesiącetemu, wziąłem wiadro, szczotkę ryżową i mokrą ścierkę i starannie wytarłem jej krew z marmurowej posadzki, na co matka stwierdziła, że pewnie spałem w jej łóżku, a nie w hotelu. „Z tym hotelem to na pewno kłamstwo”, orzekła, a potem zapytała, jakim prawem w ogóle to zrobiłem, tak po prostu zabrudziłem krwią jej prześcieradło i podłogę, co na miłość boską przyszło mi do głowy, to naprawdę wielka bezczelność.

Tak więc siedziałem w barze Kronenhalle, a ona tymczasem spała w swoim mieszkaniu. Nie chciało mi się wracać do hotelu, ale musiałem wyjść, bo co miałem robić w tym barze, który mnie przyciągał, a jednocześnie odpychał?

Przeszedłem zatem z powrotem przez most, pod którym czysty Limmat wypływał z jeziora, a łabędzie przed snem wtulały głowy w skrzydła. Zastanawiałem się, czy postać jeszcze parę minut przy murze na placu Lindenhof i wśród opadających liści może zapalić papierosa i popatrzeć stamtąd na ciemne miasto w dole i jego mroczne miejsca, czego koniec końców nie zrobiłem, tylko stanąwszy przed drzwiami hotelu, poszukałem w kieszeniach klucza, ponieważ tak późno w nocy recepcja nie była obsadzona, a podczas tego szukania całkiem nagle i niespodziewanie ukazał mi się ojciec mojej matki.

Ukazała mi się cała kolekcja sadomasochistycznych utensyliów, po jego śmierci znaleziona w zamkniętej szafie w pokoju gościnnym domu na wyspie Sylt. Owo upiorne instrumentarium upokorzeń, które dziadek, mój dziadek – od 1928 roku członek partii, untersturmführer SS i pracownik Kierownictwa Propagandy Rzeszy NSDAP w Berlinie – po wojnie, a także po niestety zupełnie nieskutecznej akcji denazyfikacyjnej w brytyjskim obozie internowania w Delmenhorst-Adelheide zgromadził w swym domu na Sylcie i stosował, jeśli nie w rzeczywistości, to na pewno w mokrych od potu snach na jawie, podczas potajemnych spotkań w piwnicy ze zwerbowanymi w Islandii młodymi dziewczętami. Bo tylko one, tak uważał dziadek, mój dziadek, miały odpowiednio uosabiać ideał nordycki. Norwegowie, Niemcy, Duńczycy są bowiem za słabi, nie, to musiały być Islandki, które zapraszał do swojego domu na Sylcie jako au pair, dziewczęta, w których krwi śpiewała po wszystkie wieki święta Edda.

Czy rzeczywiście poddawał się upokorzeniom ze strony tych Islandek, których tak wiele wtedy na przestrzeni lat mieszkało u niego? Jedną z nich, tę o imieniu Sigridur, pamiętam całkiem dobrze. Miała pewnie dziewiętnaście lat, wyrośnięta, włosy jak len, kirgiska powieka, drobniutkie piegi na wręcz przesadnie bladej skórze. To z Sigridur uczono się, pochylając się nad biurkiem i z koniuszkiem języka w kąciku ust, pisma runicznego, czyli nordyckiego alfabetu, w którym niemieccy namiestnicy rasy nordyckiej mogli odczytywać przeszłość i przyszłość ludzkości. W zapchanym stosami książek gabinecie dziadka studiowano wszelkie tego rodzaju ezoteryczne czary-mary.

Z cierpliwą Sigridur omawiało i uwewnętrzniało się każdy temat, latające spodki, Nową Szwabię na Antarktydzie, teorię lodową i naturalnie ekspedycję SS do Tybetu, którą dziadek pomagał zorganizować, poniekąd jako łącznik między Kierownictwem Propagandy Rzeszy a Dziedzictwem Przodków SS, czyli wszystkie te bzdury, a równocześnie zajadało się kanapki z krewetkami i popijało lemoniadę i czekało, aż rodzina pójdzie wreszcie na górę do sypialni, bo wtedy, może, wreszcie, pojawi się upragniona okazja i młoda, blada, piegowata Sigridur będzie mogła przywiązać go do nogi stołu drutem kolczastym. „Já, elskan min”, możliwe, że tak wtedy mówiła. „Przyjdź do mnie, mały człowieku”.

Czasami, często mówiłem sobie, naprawdę, że umiejętność dostosowania się do mocno dysfunkcyjnej rodziny nie jest oznaką zdrowia psychicznego. Jak w ogóle udało mi się, mogło mi się kiedykolwiek udać wyjście z rodzinnej choroby psychicznej, z tych otchłani, które nie mogły być głębsze i bardziej przepaściste i żałośniejsze, i zostanie w miarę normalnym człowiekiem, tego wolałem już nie dociekać, kiedy leżałem w Zurychu na hotelowym łóżku i gapiłem się w sufit, a na zewnątrz pod oknem przechodzili skamlący pijani zuryscy młodzieńcy i świętowali swoje pierwsze smutne upojenie alkoholowe.

Moja matka, o czym już wspominałem, była wprawdzie absolutnie nie do zaakceptowania, a jej sytuacja, jak mówiłem, zupełne beznadziejna, ale może pomimo to udało jej się zachować w swoim szaleństwie pewną przyzwoitość. Może dążyła nieugięcie do celu, który tylko jej jawił się jako taki, może patrzyła w przyszłość innymi oczami, a może po prostu tylko się bała, jak wtedy, poprzednim razem, gdy sama do mnie zadzwoniła, pięć lat temu, i płakała do słuchawki, choć poza tym nigdy nie płakała, przed operacją kręgosłupa, gdy powiedziała, że tak strasznie się boi.

Tamtej chwili nigdy nie zapomnę, stałem przed Balthasarem w Nowym Jorku, była wiosna i ludzka fala płynęła w górę Broadwayu, a ja starałem się uspokoić matkę przez telefon.

Wiesz, mówiłem, to będzie tylko mały zabieg i tak dalej, ale ona oczywiście sama wiedziała, jak zawsze wiedziała wszystko z góry, że to będzie koniec jej normalnej egzystencji, że po operacji pojawią się komplikacje, że ciągłe bóle brzucha, które miała już jako dziecko, będą się teraz objawiać jako katastrofalne, ciągnące się przez dziesiątki lat przewlekłe zapalenie.

Zapalenie, które ujawniło się dopiero w konsekwencji operacji pleców i zaatakowało jej zmniejszoną odporność do tego stopnia, że pacjentka zapadła w śpiączkę. W celu udrożnienia dróg oddechowych musiała poddać się tracheotomii i potem miesiącami leżała jak mumia w prywatnej klinice na oddziale intensywnej terapii, podłączona do różnych rurek, otoczona przez pompujące coś maszyny i upiornie pikającą aparaturę, przez bardziej lub mniej życzliwe pielęgniarki i lekarki oddziałowe, które robiły wszystko, co w ich mocy, żeby nie pozwolić jej umrzeć, co właściwie nie było takie oczywiste w Szwajcarii, mającej szczególny stosunek do śmierci.

„W Szwajcarii człowiek ma prawo umrzeć”, powtarzała matka, i tak samo mówili mi lekarze. Podobnie wypowiedziała się też na swoim zebraniu rada etyki w klinice i zasugerowała mi, żebym się zgodził na niepodejmowanie żadnych zabiegów i tylko trochę szersze odkręcenie plastikowego kraniku przy kroplówce z morfiną, no bo jak miałaby z tego wyjść i co by to było potem za życie? Życie, a co to takiego?

Ale ja, ja nie mogłem udzielić wymaganej zgody, bo gdy zamykałem oczy, widziałem matkę w bikini od Pucciego na basenie w Saint-Jean-Cap-Ferrat, a nie na katafalku, z tą nieprzyzwoitą rurką, która zwisała z nacięcia w tchawicy pod jej pomarszczonym podbródkiem. I naturalnie wyszła z tego, pewnego ranka obudziła się ze śpiączki, jakby nic się nie stało, i kilka tygodni później wzięła taksówkę i wróciła do domu.

Zawsze powtarzała, ta moja matka, że już nie może się kąpać w Jeziorze Zuryskim, odkąd Vivienne, jej najlepsza przyjaciółka, skorzystała z usług szwajcarskiej firmy Exit we wspomaganym samobójstwie i zarządziła, że jej prochy mają być potem rozsypane nad czystymi, przyjaznymi wodami Jeziora Zuryskiego. Twierdziła, że podczas pływania całkiem nieumyślnie mogłaby łyknąć jeziornej wody i wtedy przecież piłaby Vivienne, a to dla niej makabryczne wyobrażenie. „Nie ma nawet takiej możliwości”, odpowiadałem niezmiennie, bo ile oryginalnych cząsteczek Vivienne może być w jednym małym łyku z Jeziora Zuryskiego? „Przecież wcale nie chodzi o rzeczywistą ilość”, odpowiadała, „ale raczej o ducha, którego by się przyjęło, a więc nie o materialny popiół, tylko o coś niematerialnego”. O cień jej najlepszej przyjaciółki, który by w niej zamieszkał, a tego mimo najlepszych chęci by nie zniosła.

Ja zaś, gapiąc się nadal w sufit pokoju hotelowego w Zurychu, wspominałem rozmowę telefoniczną sprzed kilkudziesięciu lat z inną przyjaciółką mojej matki, z Margie Jürgens, która chciała mi sprzedać swój dom po śmierci męża Curda, swój beach shack3, jak go nazywała, na Great Harbour Cay, na Bahamach, tam, gdzie Curd zawsze się czuł nad podziw dobrze. Zwykły drewniany dom, zbity z desek, był dla nich, Margie i Curda, zbawieniem duszy, tak wyraziła się przez telefon. Kwoty, jaką chciała za niego dostać, już nie pamiętam, ale nie była wysoka, nawet wtedy. Ale ja się wahałem lub może tylko nie oddzwoniłem, bo mieszkałem wówczas w Azji, a drewniany dom na Great Harbour Cay wydawał mi się zbyt odległy, jakby położony był w innym świecie, do którego nie można dotrzeć.

Pamiętałem pobyty w willi Curda i Margie w Saint-Paul-de-Vence, pachnące gaje cytrynowe, chorobliwie słodki jaśmin, piosenkę Harry’ego Belafonte albo Nat King Cole’a, pod tytułem Perfidia, ojciec zawsze uwielbiał Harry’ego Belafonte. Nie, pomyślałem, nie, to był chyba jednak Nat King Cole na dawnym magnetofonie szpulowym, tam na marmurowym stoliku, w cieniu pinii, to on śpiewał La Perfidia de tu Amor.

Poza tym pamiętałem ciemnoniebieskie, prawie fioletowe, obrębione cyprysami wzgórza w oddali i ojca chrzestnego Philipa Kinnboota, którego imię nosiłem na poły z dumą, a na poły ze wstydem pomiędzy własnym imieniem i nazwiskiem. Philip Kinnboot, który kierując jedną ręką srebrnym Chevroletem Corvette i machając drugą, zajeżdżał przed willę Curda i Margie, i powiedział mi, że powinienem go zawsze całować na powitanie w oba policzki, bo bardzo lubi być całowany w oba policzki. Prawda, on również nie mógł się uwolnić od tej piosenki, La Perfidia de tu Amor.

Kiedy mój chrzestny Philip Kinnboot później umarł, w jego londyńskim mieszkaniu przy Brook Street znaleziono elektrycznie podnoszony bezcenny gobelin, a kiedy włączono urządzenie, makata powoli się uniosła i odkryto za nią sekretny pokój, zastawiony aparaturą sadomasochistyczną, dokładnie taką samą jak u ojca mojej matki, tylko o wiele lepiej wykonaną, na przykład dilda ze złota, kaskady łańcuchów, piękne maski gazowe i czarne kaptury z aksamitu i stali bez otworów na oczy. Czy mój ojciec wiedział o tym pokoju za gobelinem przy Brook Street? Czy możliwe, że sam był w nim kiedyś? Czy dotykał wiszących tam łańcuchów?

Mój ojciec Christian, którego Amerykanie zaraz po wojnie ściągnęli do Ameryki, żeby nauczył się demokracji i wracając przywiózł ją do zniszczonych Niemiec, z Ameryki, skąd przysyłał do domu ewidentnie sfałszowane zdjęcia, na przykład ze swojej graduation na Uniwersytecie Montany w Missouli. Na owych czarno-białych zdjęciach stał w czarnej todze przed szacownym regałem z książkami, w również czarnym birecie na szczupłej, pięknej głowie. Te opisane przez siebie na odwrocie ołówkiem fotografie posyłał do Hamburga swojej matce – a mojej babce ze strony ojca, której nigdy nie poznałem.

W końcu zasięgnąłem informacji na miejscu, Uniwersytet Montany nie posiadał żadnych zapisków świadczących o tym, że mój ojciec kiedykolwiek tam studiował, a co dopiero mówić o dyplomie. Ani Alumni Association, ani prowadzone od 1893 roku archiwum uniwersytetu nie znalazły żadnego Christiana Krachta. Były zdjęcia przedstawiające go podczas zmyślonej pracy w „San Francisco Chronicle”. Potem wrócił do Niemiec i trafił w życzliwe szpony Philipa Kinnboota oraz brytyjskiego majora George’a Clare’a, którego rodzice zostali zamordowani w Auschwitz i który działał w biurze denazyfikacyjnym w Hamburgu jako oficer łącznikowy do spraw powstającej właśnie na nowo demokratycznej prasy niemieckiej i zobowiązał Axela Springera do wiecznej przyjaźni z Izraelem, podczas gdy wielu zniesmaczonych tym byłych esesmanów przeszło do „Spiegla” Rudolfa Augsteina.

Mój ojciec i Augstein często jadali razem w swojej ulubionej restauracji Mühlenkamper Fährhaus, każdy brał tylko tak zwaną kanapkę łasucha, czyli kawior i tatar z wołowiny na grubo posmarowanym masłem czarnym chlebie, którą, według Augsteina, zamawiał tam zawsze przed wojną także Hans Albers. Augstein pijał do tego kilka kieliszków zmrożonej akwawity równikowej, a mój ojciec wodę mineralną.

Ojciec wciąż mi powtarzał, że jeśli chcę usłyszeć prawdę, to powinienem pogadać z jego przyjacielem Ralphem Giordanem, on wie wszystko. W ogóle Giordano to jedyny człowiek, który zachował się przyzwoicie i ocalił przyzwoitość dla Niemców. Odwiedziłem więc Giordana w jego mieszkaniu w wieżowcu w Kolonii, bo chciałem, żeby opisał mi sytuację w powojennych Niemczech, a w szczególności powiązania byłych esesmanów z wszelkimi obszarami życia społeczeństwa zachodnioniemieckiego, czy to w polityce, gospodarce, dziennikarstwie, tajnych służbach czy w reklamie. I Giordano, który nosił jedwabny szalik i baki jak Lampart Lampedusy, opowiedział mi wszystko w ciągu pięciu godzin, a potem odesłał mnie do majora Clare’a do Anglii.

Major George Clare, którego odwiedziłem parę miesięcy później w jego domku w Suffolk, miał zegarek firmy Longines noszony przez angielskich pilotów, zegarek z czarnym cyferblatem umocowany na zielonym, rozpruwającym się powoli pasku z materiału, szczupłymi palcami sprawnie zdjął go z przegubu i podał mi ze słowami, żebym zechciał go przyjąć, jako prezent od niego. Podarował mi także obie swoje książki, Ostatni walc w Wiedniu i Berlińskie dni, podpisał je piórem z ostrą stalówką, którą wydrapał swoje i moje nazwisko na stronie tytułowej jednej i drugiej książki, a tymczasem za oknem w ogrodzie cichutko rosił róże angielski deszczyk.

W ten sposób połączyły się nasze losy, czyli los majora George’a Clare’a i mój. Philip Kinnboot natomiast podarował mi, swojemu chrześniakowi, z okazji narodzin złoty kubek i złote sztućce oraz serwis do herbaty, również z czystego złota, wykonany w Hamburgu przez jubilera Wilma, z wygrawerowanym moim nazwiskiem, ale zawsze wydawało mi się, że z tym niewspółmiernie bogatym prezentem musiała się wiązać jakaś potworna, niewymowna tajemnica, której wyjaśnienie pozostanie jednak przede mną ukryte do samej śmierci.

Ilekroć później odwracałem zegarek na drugą stronę i odczytywałem „dla Georga Klaara od ojca Ernsta”, takie nazwisko w Niemczech nosił George Clare, czułem i widziałem coś, czego brakowało złotemu kubkowi od Philipa Kinnboota, a mianowicie kontekst. Temu kubkowi brakowało historii Żyda, którego rodzice zostali zamordowani, który uciekł do Anglii, walczył z Niemcami, a potem wrócił, by Niemcy odbudowywać. Mój kubek z chrzcin był tylko złotym kubkiem wielkości kufla do piwa, nieosadzonym w żadnym kontekście. Nie rozumiałem tego i nigdy nie miałem zrozumieć. Zegarek od George’a Clare’a był relikwią, natomiast złoty kubek od Philipa Kinnboota jedynie wyrazem żądzy posiadania, narzędziem oszustwa, martwą materią, martwym złotem, jak wszystko w naszej rodzinie czymś martwym i bez duszy.

Dotyczyło to również letniego domu w Saint-Jean-Cap-Ferrat, który ojciec odkupił od Philipa Kinnboota, ale także szaletu w Gstaad, należącego wcześniej do Karima Agi Chana, wszystko było ściśle i nierozerwalnie połączone ze sobą: złote sztućce, jeden czy drugi dom, kolekcja niemieckich ekspresjonistów i nieapetyczne narzędzia tortur, ekspedycja SS do Tybetu i trwające od dziesięcioleci staczanie się matki, zuryskie banki, konserwatywna prasa niemiecka oraz fikcyjne firmy w Panamie i Jersey.

Brakowało mi więc wyjaśnienia powiązań w mojej rodzinie w szerszym kontekście. Miałem wrażenie, jakbym przez dziesiątki lat poruszał się na granicy ogromnych złośliwości i nie potrafił ich rozpoznać, jakby wewnątrz moich przypuszczeń kryły się tylko kolejne przypuszczenia, jakby powaliła mnie choroba pola morficznego, jakaś okrutna podłość, która wypływała z przeszłości. Jakby mi sugerowano, że moje dzieciństwo i młodość przebiegały w jakiś szczególny lub nadzwyczajny sposób, a tymczasem były one przeniknięte nie tylko przeciętnością i deprymującą mieszczańskością – bo z tym pewnie jakoś bym się pogodził – lecz także głębokim fatalizmem.