Wydawca: Stara Szkoła Sp. z o.o. Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 196

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Ekożona - Michal Viewegh

Zabawna powieść o kobietach i mężczyznach. Tę książkę kupił co setny Czech!

Ekożona stawia wiele aktualnych pytań: Czego oczekujemy od swoich partnerów? Jakie jest znaczenie porodu naturalnego? Co tak naprawdę oznacza życie w zgodzie z naturą i z samym sobą? Czy naturalny jest na przykład ogród? Albo małżeństwo?

Poruszane przez autora poważne tematy zostały ubrane w brawurową narrację. Szczerość, autoironia i humor sprawiają, że mamy do czynienia z powieścią niezwykle inteligentną i nowoczesną.

Ta książka rozbawi i pozwoli dowiedzieć się wiele o płci przeciwnej - zarówno kobietom, jak i mężczyznom.

Opinie o ebooku Ekożona - Michal Viewegh

Fragment ebooka Ekożona - Michal Viewegh

Okładka

Karta tytułowa

Veronice, z miłością

Nigdy nie opisuję wydarzeń takimi,

jakie były naprawdę.

Wprawdzie we wszystkich moich tekstach

pojawiają się moje najintymniejsze przeżycia,

lecz nie są to wydarzenia z mojego życia...

Opisywanie rzeczywistości

byłoby równoznaczne

z byciem niewolnikiem własnej pamięci,

która w procesie twórczym

stanowi zaledwie element podrzędny.

PHILIP ROTH

I

Oto ja – staruszka. La Loba. Nie jestem królową, czarodziejką ani amazonką – jestem doulą*. Tańczę z życiem i śmiercią. Jestem kobietą, która porzuciła czółenka i teraz biega z wilkami. Biegnijcie ze mną, siostry moje, zabiorę was z powrotem w rejony duszy, które kiedyś należały do nas.

Nigdy nie miałam wątpliwości, że małżeństwo Mojmira i Hedviki stanowi nowoczesną soft wersję pradawnej opowieści o Sinobrodym mordującym swoje żony. Z pewnością ją znacie: niedoświadczona piękna dziewczyna poślubia lubieżne bogate monstrum, które pozornie daje jej wiele swobody, ale tak naprawdę zabija jej naturalne piękno, talent i naturalne żywioły.

Naturalnie Mojmir twierdzi, że dzięki niemu Hedvika żyje w bajce o współczesnym Kopciuszku. Gdy wypowiedział tę typowo męską arogancką opinię po raz pierwszy, Hedvika podobno mu przytaknęła (spytam ją o to przy najbliższej okazji), ale kiedy słyszy to dzisiaj, zazwyczaj tylko uśmiecha się bez przekonania lub rzuca ironiczną uwagę typu: – Wasza książęca mość ma zaiste rację.

Niemniej porównaniu do Kopciuszka nie można odmówić pewnej logiki – męskiej logiki oczywiście. Ojciec Hedviki jest woźnicą, więc to się zgadza, a ja z pewnością jestem złą macochą… Chi chi! Prawdą jest również to, że kiedy jesienią 2000 roku Mojmir po raz pierwszy spotkał Hedvikę, pracowała w dziale dziecięcym praskiej biblioteki publicznej, zarabiała zaledwie jedenaście tysięcy koron brutto i mieszkała z dwiema koleżankami w wynajętej kawalerce gdzieś na obrzeżach miasta. Jej przestrzeń życiowa wynosiła (jak wyliczył Mojmir) dziewięć metrów kwadratowych, co go, jakże by inaczej, niezwykle wzruszyło. Ówczesny jadłospis Hedviki składał się wyłącznie z jogurtów, warzyw, taniego makaronu, mrożonych ryb i zupek w proszku. Nigdy w życiu nie była nad morzem (ciekawe, czy Mojmir byłby w stanie zakochać się w dziewczynie, która co roku jeździ na przykład na Wyspy Kanaryjskie). Najdroższa butelka wina, jaką kiedykolwiek kupiła Hedvika, kosztowała dziewięćdziesiąt koron. I tak dalej.

Ale rzekomy książę już był w drodze.

Przypadek (oświadcza Mojmir) lub los (wierzy Hedvika) połączył ich dziesięć lat temu w dość banalny sposób. Mojmir wracał z jakiegoś spotkania autorskiego w Niemczech i międzynarodowe Eurocity zatrzymało się na tym samym peronie, na którym Hedvika tego deszczowego październikowego popołudnia czekała na pociąg podmiejski do swojej kawalerki na peryferiach. Trzydziestosześcioletni wtedy Mojmir, oczywiście w nieformalnej marynarce Armaniego, wychylił się z okna przedziału pierwszej klasy, a jego ofiara znalazła się tuż pod nim.

– Jedzie pani w złą stronę – oznajmił Hedvice trochę wstawiony (większą część podróży spędził jak zawsze w wagonie restauracyjnym). – Życie jest w tamtym kierunku.

Trzeba dodać, że był wtedy już na tyle znany, że Hedvika wiedziała, z kim rozmawia. Wprawdzie czytała tylko dwie jego książki, ale w czytelni jej biblioteki były do dyspozycji gazety i czasopisma, w których co jakiś czas pojawiała się charakterystyczna twarz Mojmira. Trzeba również wspomnieć, że Hedvika z nikim wtedy nie chodziła oraz – co również jest nie bez znaczenia – że nie czuła się tą sytuacją zagrożona, ponieważ dyżurny ruchu właśnie dawał sygnał do odjazdu, mogła więc bez obaw uśmiechnąć się do Mistrza, a nawet podobno z zauważalną kokieterią wzruszyć ramionami (Hedvika niczego takiego nie pamięta, ale Mojmir jest gotów przysiąc, że tak było). Konduktor zatrzasnął drzwi.

– Musi pani zdecydować, czy chce pani żyć w centrum życia, czy przyglądać się mu z boku? – wybełkotał Mojmir (to zdanie pamiętają oboje).

– W centrum – odpowiedziała ta ufna łania.

– To proszę wsiadać!

Pociąg szarpnął i powoli ruszał. Hedvika niezdecydowanie pokręciła głową. Nie chciała znaleźć się w przedziale sam na sam z podpitym pisarzem, ale z drugiej strony jego nieskrywane zainteresowanie niestety jej schlebiało. Mojmir musiał zauważyć to zawahanie, bo tylko w ten sposób można wyjaśnić to, że przez trzy kolejne popołudnia przyjeżdżał autem na dworzec i szukał Kopciuszka na peronie.

Co go zmusiło, żeby w samym środku szczytu komunikacyjnego trzy razy przejechać przez całą Pragę? Co go zmusiło – kiedy wreszcie trafił na Hedvikę – by zaprosić ją na kolację? A za dwa dni znowu?

– Musiałeś czuć jakiś bodziec podprogowy, tylko nie możesz tego przyznać, bo nie chcesz wierzyć w tego typu rzeczy – jest przekonana Hedvika. – Posłuchałeś swojego wewnętrznego głosu.

– Jasne! A ten wewnętrzny głos szeptał mi: przeleć ją! Przeleć ją! – uśmiecha się Mojmir i łapie się za rozkrok. – Jedyny bodziec czułem tutaj!

Rzeczywiście, tak jak miliony innych mężczyzn, Mojmir również nie jest w stanie dostrzec prawdziwego blasku kobiecej osobowości, tylko zawsze piersi i tyłek… Hedvika też podniecała go wyłącznie w ten najprymitywniejszy sposób.

– Ta zadarta górna warga, te gęste ciemne włosy! – opisywał Feliksowi z zachwytem.

Lecz nawet taki prymityw jak Mojmir rozumiał, że nie można całego żaru początków ich znajomości przypisać wyłącznie popędowi seksualnemu. Gdyby chodziło tylko o chcicę (ileż dziewczyn już potraktował w ten sposób…), raczej nie zaproponowałby Hedvice po czternastu dniach znajomości, żeby się do niego wprowadziła. Właśnie tego Mojmir nie chciał przyznać sam przed sobą: zakochał się. Pragnął tę biedną dziewczynę chronić. Pragnął kupić jej suknię z salonu Kláry Nademlýnskiej i zabrać ją na czerwony dywan swojego życia. To sprawiało, że czuł się dobrze. Ona oczywiście też. Naiwne pragnienie raju czyni z kobiety łatwą zdobycz. Widziałam to tysiąc razy.

Pierwsze miesiące ich wspólnego życia były – jakżeby inaczej – idylliczne. Rano jedli razem śniadanie, a wieczorem książę nie mógł się wręcz doczekać, kiedy usłyszy klucz Kopciuszka w drzwiach. Miał wrażenie, że stał się centralnym punktem jej życia. Wydawało mu się, że nie istnieje nic, co byłoby dla Hedviki ważniejsze. Kiedy bez zapowiedzi zadzwonił do niej i zaprosił na premierę filmu Hřebejka, odwołała spotkanie z koleżankami. Kiedy musiała wybierać między nim a jogą, bez namysłu wybierała jego. Uważnie go słuchała. Wymyślała dla niego niespodzianki. Kupowała mu drobne prezenty. Gotowała dla niego. Ubierała się tylko w te rzeczy, o których wiedziała, że mu się podobają. Nosiła buty na obcasach. Malowała się! Chodziła do fryzjera! Cha!

Naturalnie nie było w tym żadnego wyrafinowania, o jakimś cynizmie czy choćby kalkulacji nie mogło być nawet mowy. Bez wątpienia szczerze wierzyła, że to dla Mojmira ładnie się ubiera i maluje – ale w rzeczywistości robiła to dla młodych. Wierzcie lub nie, Hedvika robiła tylko to, co robią wszystkie samiczki, kiedy chcą się zagnieździć. Owszem, być może myślała, że chodzi jej o Mojmira, lecz jej jajniki tak naprawdę interesowało wyłącznie jego DNA. Do fryzjera chodziła z powodu jego plemników. (Te cierpkie prawdy trzeba oczywiście taić przed mężczyznami.)

Czy Hedvika i Mojmir, jak wszyscy zakochani, instynktownie unikali tematów, które mogłyby do ich idylli wnieść sprzeczki? Nie – twierdzi Mojmir, podobno takie tematy nie istniały. Między jej i jego wyobrażeniem o życiu podobno nie było żadnych rozbieżności. Hedvika pragnęła mieć dobrego męża, wiejski domek z ogródkiem i trójkę zdrowych dzieci. Mojmir sądził, że troje dzieci to za dużo, ale poza tym był tą wizją oczarowany.

– Nie wystarczyłoby ci dwoje? – zapytał. – Bo ja już jedno mam.

(To dla mężczyzn typowe: swoje dzieci kochają wręcz histerycznie, są najważniejsze na świecie i tak dalej, ale obowiązuje to wyłącznie przy założeniu, że tych dzieci jest nie więcej niż troje. Przy czworgu, pięciorgu czy sześciorgu nagle wszystko ulega diametralnej zmianie.)

– No dobra.

Mojmir jest zachwycony. Ma wrażenie, że wreszcie znalazł tradycyjną kobietę.

Pod pojęciem tradycyjna kobieta od zawsze wyobrażał sobie, podobnie jak wielu innych mężczyzn, kogoś, kto lubi, gdy przepuszcza się go w drzwiach i kto nie ma za złe, że pomaga mu się włożyć płaszcz. Życiowym marzeniem tradycyjnej kobiety jest według Mojmira dobry mąż, wiejski domek z ogródkiem i dwoje zdrowych dzieci. Sposób wyrażania się tradycyjnej kobiety nie jest zainfekowany wymaganiami poprawności genderowej, jej myślenie nie zostało zindoktrynowane nieokiełznanym liberalizmem czasopism dla kobiet (Pozwólcie, by wasz kochanek was rozpieszczał!), a tym bardziej najróżniejszymi pseudofeministycznymi wymysłami (Dlaczego nie mogłybyśmy sikać na stojąco?). Tradycyjna kobieta jest wierna, sika na siedząco i nie uważa ciepłego obiadu z dwóch dań za drobnomieszczański przeżytek. Dobrowolnie, wręcz chętnie, podąża za swoim mężem w jego życiowej wędrówce. Nie odczuwa potrzeby ogólnonarodowej debaty medialnej na temat menstruacji, a wiersz Halasa Powiedz mi, dziewczę, jak ty to robisz, że zegar nie milknie, gdy naga przez pokój przechodzisz, nie wydaje się jej seksistowski. Tradycyjna kobieta potrafi spierać plamy. Właściwie jako tradycyjną kobietę Mojmir wyobraża sobie kogoś takiego, jak jego od dawna nieżyjąca babcia. A Hedvika – jak się wydaje – taka właśnie jest (Mojmir nie przeczuwa, że ona nie tylko nie umie spierać plam, ale wręcz przeciwnie – na jego koszulach i podkoszulkach będzie ich przybywać, paradoksalnie właśnie podczas prania). I tak dalej.

Zwróćcie uwagę: nawet w dwudziestym pierwszym wieku te prajaszczury w krawatach wciąż oceniają nas według tego, jak pierzemy. Ponieważ chcą uważać się za nowoczesnych mężczyzn, nie wymagają, żebyśmy były doskonałymi praczkami lub kucharkami, ale jeśli nie jesteśmy doskonałymi praczkami lub kucharkami, swoje braki musimy im jakoś wynagrodzić. Wymownie oddaje to znany głupi dowcip: Może i dzisiejsze kobiety nie potrafią szyć, ale za to świetnie robią na drutach… Mam być jeszcze bardziej dosłowna? Niedawno słyszałam, jak dwaj wyrostkowie rozmawiają w tramwaju o swoich dziewczynach: Gotować nie umie, ale za to połyka…

Żeby było jasne, drogie siostry: to właśnie w tych homo erectusach się zakochujecie.

Tych neandertalczyków bierzecie za mężów.

Wprawdzie to, co działo się po rozpadzie pierwszego małżeństwa, Mojmir wspomina z udawaną dumą jako niekończącą się balangę dla prawdziwych mężczyzn, ale w rzeczywistości wszystkie te imprezy, pijatyki, kluby nocne i związki na kilka nocy męczyły go i nudziły. Chciał żyć inaczej. Mimo że po rozwodzie przy każdej okazji oświadczał, że po raz drugi na pewno się nie ożeni, przy meblowaniu nowego mieszkania sprawił sobie kilka rzeczy, które tę rzekomo kategoryczną decyzję o spędzeniu reszty życia w pojedynkę (co uparcie wmawiał swoim przyjaciołom) poddawały w pewną wątpliwość. O ile to wielkie dwuosobowe łóżko do sypialni mógł jeszcze sam przed sobą wytłumaczyć potrzebą wygodnego snu, to kupno piekarnika z termoobiegiem (biorąc pod uwagę, że nigdy w życiu niczego nie upiekł), a przede wszystkim ponad pięciometrowej szafy zajmującej całą boczną ścianę przestronnego przedpokoju, wymownie świadczyły o nieodpartym pragnieniu życia w związku. Nasz mały harcerzyk po prostu nie chciał usypiać sam… Nie lubi, biedaczek, budzić się w pustym mieszkaniu… Jak napisała kiedyś Gertruda Stein o Hemingwayu: Literatura sztucznych włosów na klatce piersiowej… Rozumiecie? To jest ta ich odwaga! Ta ich męskość! Na zewnątrz bicepsy i tricepsy, a pod spodem deprexolet i diazepam. Uwierzcie, siostry, że potrzebują nas dużo bardziej, niż myślimy. Potrzebują nas dużo bardziej, niż my ich.

Kiedy na początku listopada na wyraźną prośbę Mojmira Hedvika wprowadziła się do niego, opróżnił dla niej połowę tej olbrzymiej szafy oraz podzielił się z nią komodą w sypialni i półkami w łazience. Potem codziennie z małostkową podejrzliwością obserwował, czy ubrania lub kosmetyki nie zaczynają przekraczać ustalonych granic – lecz z zaskoczeniem stwierdzał, że Hedvika szanuje ustalony porządek i przestrzega wyznaczonych miejsc ze wzruszającą konsekwencją.

Innymi słowy: Sinobrody nie mógł jej jeszcze zabić, ponieważ nie dała mu wystarczającego pretekstu.

Albowiem Kopciuszek był sprytny. Jeśli odważył się kupić do zamku księcia choćby obrus, nie wspominając już o zasłonach do salonu, za każdym razem oczywiście najpierw konsultował swój wybór i prosił o akceptację koloru czy wzoru. Przeczytane czasopisma (niestety wtedy jeszcze „Marianne" i „Elle", podczas gdy dziś dzięki mnie czyta wyłącznie te gazety, w których nie ma zakazu używania mózgu) trzymał w swojej części szafy. I tak dalej.

– Nie zajęła ani jednego dodatkowego centymetra – opowiada Mojmir. – Sprawiała wrażenie osoby tak skromnej, nieekspansywnej. A ja dałem się na ten trik nabrać!

Podsumowując: pan pisarz w swoim zadufaniu wierzył, że wyciągnął Kopciuszka z pyłu peronu kolejowego i pokazał mu świat. Bo czyż nie przedstawił jej Karela Gotta? Czy nie zabrał jej na Mauritius? Nie wziął na festiwalu filmowym w Karlowych Warach do Grandhotelu Pupp? Ale przede wszystkim (bądźmy obiektywni, nawet męscy głupcy pokroju Mojmira w wyjątkowych sytuacjach potrafią odróżnić sprawy istotne od nieistotnych): czyż nie wybudował dla niej domu z ogródkiem? Nie poczęli dwójki zdrowych dzieci? Czyż nie spełnił snu jej życia?

Tak naiwny i krótkowzroczny naprawdę może być tylko mężczyzna.

Mojmir nie pojmuje, że spełnił swoją rolę efemerydy i stał się niepotrzebny. Nie wie, że był jedynie katalizatorem, który przyśpieszył proces emancypacji Hedviki. Nie rozumie, że wprawdzie pomógł jej odnaleźć drogę do siebie samej, ale że właśnie w ten sposób podciął gałąź, na której siedział.

Bowiem Hedvika już nie jest nieszczęśliwa. Już nie trzeba jej ratować. Nie potrzebuje już Mojmira, by żyć. Już go tak nie podziwia. Już go tak uważnie nie słucha. Dziś to Mojmir jest tym, kogo trzeba ratować.

– Bohater, który oczekuje nieustannych braw, nie jest żadnym bohaterem – cytuję mu przy obiedzie jego ulubioną książkę o mężczyznach (z radością wykorzystuję ją przeciwko niemu).

Sinobrody spogląda na mnie z niekrytym obrzydzeniem. Nienawidzi mnie od samego początku, ale ponieważ jestem dla Hedviki kimś w rodzaju matki zastępczej, musiał pogodzić się z moją obecnością w swoim domu. Hedvika posyła mi uśmiech, a potem pomaga Basi, młodszej córce, pokroić ziołowy klopsik z płatków owsianych (Mojmir nie cierpi ziołowych klopsików, ale Hedvika, ja i dzieci je uwielbiamy).

– Ja nie oczekuję nieustannego podziwu, aż takim idiotą nie jestem – warczy. – W zupełności wystarczyłaby mi umiarkowana sympatia, a tymczasowo zadowoliłbym się nawet minimalną sympatią, ale nie zamierzam pogodzić się z absolutnym ignorowaniem. To wszystko.

Hedvika taktycznie unika jego wzroku.

– Kopciuszek ignorujący swojego wybawcę, to naprawdę wydaje mi się niesprawiedliwe!

Mojmirze, wybacz, ale nie mogę powstrzymać śmiechu. Tak kończą wszyscy samozwańczy książęta. Mężczyźni i ich wieczne bolączki! Chodź do mnie, malutki, mamusia tam podmucha! No proszę was, po co tak stękać!

Oczywiście narzeka, bo w październiku 2000 roku zajmował na liście Hedviki miejsce pierwsze, natomiast dziś jest dziesiąty. Niedawno sporządził następującą chronologiczną listę zainteresowań Hedviki, która to jasno potwierdza:

1. Dom

2. Ogród

3. Dzieci

4. Doula

5. Poradnia laktacyjna

6. Centrum Matki

7. Ekoklub

8. Edukacja domowa

9. Działalność charytatywna

10. Mojmir

Cha! Sinobrody czuje się odrzucony! Pan wszelkiego stworzenia ma wrażenie, że jest pokrzywdzony! Zmusza Hedvikę do salt myślowych, które prezentuje jej jako racjonalne rozumowanie. Obłudnie podkreśla przesadne obciążenie Hedviki, stres i wyczerpanie, by wmówić jej, że taka ilość zadań nawet przy najszczerszych chęciach przekracza ludzkie możliwości. Tendencyjnie twierdzi, że to, co pierwotnie miało być rozrywką oraz przyjemnym urozmaiceniem ich małżeńskiej i rodzicielskiej codzienności, stało się codziennym wycieńczającym obowiązkiem.

– Jaki jest cel tego wszystkiego: autorealizacja czy autodestrukcja? – pyta demagogicznie i z teatralnym obrzydzeniem odsuwa od siebie talerz z niedojedzonym klopsikiem.

– Kobieta jest jak woda – mówię i uśmiecham się do Sary. – Jej zadaniem jest płynąć.

– Podmywać! Rozmiękczać! – piekli się Mojmir. – To jak najbardziej, ma pani rację!

Według niego wszystko, co on z wysiłkiem wybuduje, do rana zostaje zniesione przez przypływ rzekomej irracjonalności mojej i Hedviki.

– Co pan ciągle wyjeżdża z tą racją? Serce ma swoje racje, których rozum nie zna – cytuję mu znaną myśl Pascala.

W duchu wyobrażam sobie przerwaną zaporę wodną – i Mojmira jako wyczerpanego ochotnika wlokącego worki z piaskiem.

– Kobieta to ocean, a pan próbuje ustanawiać jej granice? – chichram, co (wraz z kolejnym dzwonieniem telefonu Hedviki) zawsze doprowadza Mojmira do szału.

– Bzdury! – ryczy. – Bzdury!

Trzaska sztućcami, wstaje od stołu, wychodzi. Po chwili wraca, już z torbą i w płaszczu. W ręce trzyma kluczyki od auta. Hedvikę, która wciąż rozmawia przez telefon (tym razem z Lindą z Centrum Matki), jego nagły wybuch wyraźnie zaskoczył (widocznie zapomniała, że mężczyźni noszą ze sobą niewidzialne naczynia, które w każdej chwili mogą się przepełnić).

– Gdzie idziesz, tato? – pyta nic nierozumiejąca Basia.

– Nie wiem.

Mojmir całuje obie córki, jakby miał ich więcej nie zobaczyć. Jesteśmy świadkami kolejnej sceny teatru amatorskiego; tym razem pod tytułem Ucieczka z domu… Jakbyśmy już tego nie znały: za dwa dni wróci, płacząc z tęsknoty… Byłoby to śmieszne, gdyby nie było tak smutne. Kiedy dowiedziałam się od Hedviki, że Mojmir najzupełniej poważnie doradzał jej, żeby wybrała ze wszystkich swoich zainteresowań dwa i im w pełni się poświęcała, byłam przerażona. Patrzcie go, Sinobrodego jednego! Nie proponuje żonie wolności, tylko iluzję wolności! Możesz robić, co chcesz, ale tylko w tych pokojach… Do pokoju na górze masz wstęp wzbroniony! Podstępnie podsuwa jej myśl, że życiowe spełnienie można osiągnąć dzięki hobby. To wstrząsające, że nawet stosunkowo wykształcony pisarz na początku dwudziestego pierwszego wieku wciąż wierzy, że nowoczesna wyemancypowana kobieta może odnaleźć sens życia na aerobiku lub dziecięcym kółku teatralnym…

Lecz myli się fatalnie.

* Doula – kobieta wspierająca kobiety podczas ciąży, porodu i połogu – przyp. tłum.

II

Mówi się, że prowadzenie auta uspokaja. Mojmirowi pomaga psychicznie nawet sam widok deski rozdzielczej: czysta funkcjonalność, przejrzystość, każdy przycisk ma jasno określoną funkcję. To musiał wymyślić mężczyzna – myśli. Po dziesięciu latach życia z Hedviką nie wierzy, że deskę rozdzielczą mogłaby zaprojektować kobieta. Hedvika. Albo Ksenia. Albo Lidka. Zachwyca go przede wszystkim to, że cała ta elektronika za każdym razem działa dokładnie w ten sam sposób – bez względu na przykład na cykl lunarny. To daje człowiekowi cudowne poczucie pewności – uśmiecha się Mojmir. Wyobraża sobie, że na przykład tłoki silnika lub wycieraczki byłyby uzależnione od fazy księżyca. Komputer pokładowy pokazuje, że paliwa wystarczy na czterysta dziesięć kilometrów, czyli na przykład aż do Bratysławy. Albo do Monachium. Mojmir uświadamia sobie, że myśli, jakby z jakiegoś powodu nie mógł zatankować. A oczywiście może. Może spokojnie jechać choćby do Rzymu. Albo do Petersburga. Kiedy Sherwood Anderson opuścił rodzinę, osiadł w Chicago. Natomiast Tołstoj nie uciekł daleko, biedak szedł na piechotę, chyba nawet po torach. Gauguin po ucieczce przed żoną skończył aż na Tahiti. Mógłbym pojechać do Monachium, zostawić auto na lotnisku i polecieć na Mauritius, powtarza w duchu Mojmir. Jednocześnie usiłuje sobie wmówić, że jedzie nerwowo, czyli niebezpiecznie, choć przecież dobrze wie, że jeśli chciałby dotknąć prawdziwego ryzyka, musiałby wyraźnie przyśpieszyć. Zawsze był i będzie Panem Ostrożnym. Panem Odpowiedzialnym. Właśnie opuścił swoją rodzinę, ale na stole w kuchni zostawił im kartę kredytową (mimo że wszyscy wiedzą, że wróci najpóźniej za tydzień). Kiedy wyjeżdża z zakrętu, wyobraża sobie (całkowicie niezobowiązująco), jak by to było, gdyby odszedł od Hedviki na zawsze. Wyobraża sobie wolność – i ten ból. Wspomina rozpad swojego pierwszego małżeństwa, wspomina kawalerkę w piwnicy. Już wie, że by sobie poradził. Z tej dziesięciometrowej wieży już raz skoczył. Owszem, bolało, ale dał radę. A za drugim razem skoczyłby przecież lepiej.

Wjeżdża do lasu, prześwitujące przez gałęzie słońce tworzy wręcz stroboskopowe efekty: światło, ciemność, światło, ciemność. Czytał gdzieś, że u wyjątkowo wrażliwych ludzi to zjawisko może wywołać epilepsję, a nawet szaleństwo. Mojmir w desperackim geście otwiera szeroko oczy, ale szaleństwo nie nadchodzi, za to sporo wysiłku kosztuje go utrzymanie auta na jezdni. Jeśli nie oszalał przez to, że od lat musi dzielić się swoją żoną z grubą pięćdziesięcioletnią feministką, raczej nie zwariuje z powodu naprzemiennego słońca i cienia – przypomina sobie cierpko. Przed zjazdem na autostradę przez kilka sekund zastanawia się między wschodem i zachodem, a potem zgodnie z przewidywaniami (dobrze się zna) wybiera Pragę. Sam przed sobą tłumaczy się tym, że musi pisać nową książkę, a tam ma drugi komputer – ale właściwie dlaczego musi? Przecież czy już dawno nie zdecydował, że życie będzie dla niego ważniejsze niż literatura? Tyle że – rozważa Mojmir gorzko – czy jego obecne życie zasługuje na taki przywilej? Czy jest tego warte? Codziennie rozłamuje czekoladę całej swej energii twórczej i większą jej część oddaje żonie i córkom – a one za każdym razem zjadają ją, jak gdyby nigdy nic. Jego codziennego poświęcenia żadna z nich nie komentuje choćby jednym słowem. A jeśli już ktoś wyjątkowo go pochwali, jest to zazwyczaj pięcioletnia Basia. (Fajny urlop wybrałeś, tato – powiedziała mu w zeszłym roku na Mauritiusie, kiedy wracali przez palmowy gaj do pięciogwiazdkowego bungalowu, i spontanicznie go pocałowała.) Hedvika zazwyczaj chwali Mojmira tylko wtedy, gdy to na niej wymusi. Nawet to pięcioletnie dziecko ma w sobie więcej empatii niż ona. Co roku Mojmir wyrusza (mówiąc metaforycznie) na kilkumiesięczny ciężki bój, z którego jak dotąd zawsze powracał jako zwycięzca: pięćdziesiąt, osiemdziesiąt, sto tysięcy sprzedanych egzemplarzy! Rozdaje trofea wojenne (na przykład urlopy na Mauritiusie) i logicznie oczekuje, że będzie wielbiony. Ale tu się myli. Jak zareagowała niedawno Hedvika, kiedy oświadczył jej, że dzięki świetnej sprzedaży nowej książki właśnie wniósł do rodzinnego budżetu ponad dwa miliony koron?

– Nieźle – powiedziała.

Rozochocony Mojmir czekał, co będzie dalej. Spodziewał się wycia. Spodziewał się wawrzynów, które żona włoży mu na głowę. Uśmiechał się z samozadowoleniem. Chciał usłyszeć, że nikt inny z całej gromady nie upolował tak wielkiego mamuta. Chciał, żeby Hedvika przylgnęła do niego i niższym niż zazwyczaj głosem powiedziała:

– To wystarczy nawet na dopłatę za lodzika, przystojniaku.

Lecz ona powiedziała tylko:

– To naprawdę świetnie! Aha, słuchaj, bojler przecieka, mógłbyś kogoś do tego zamówić?

Dziesięć lat temu był dla niej numerem jeden. Dziesięć lat temu na liście ich życiowych celów na pierwszym miejscu znajdowało się małżeństwo. A dziś jego żona żyje w przeświadczeniu, że swoje zadanie spełniła, więc po prostu wykreśliła je z listy. Dziś musi zajmować się innymi sprawami: śniadaniami ekologicznymi, grantami na place zabaw, pomocami naukowymi do edukacji domowej i giełdą dziecięcą – twierdzi skwaszony Mojmir. Mężem zajmować się już nie musi… Przecież już się nim zajmowała, czyżby zapomniał?

Właśnie że nie zapomniał. Dla niego przeszłość to nie pusty pojemnik po kremie do twarzy, który człowiek wyrzuci lub w najlepszym razie umyje i będzie w nim trzymać spinacze. Mówiła, że go kocha. Że jest z niego dumna. Dziś prawie nigdy mu tego nie mówi. Pozwoliła, by zrobił jej dwójkę dzieci, a potem odłożyła go jak każdy inny przedmiot, który przestał jej być potrzebny. Jak tę jasnoniebieską wanienkę do kąpania niemowlaków. Albo jak dziecięcy nocnik. W pewnym sensie wykorzystała go seksualnie – przychodzi Mojmirowi do głowy. Jeśli powiedziałby to na głos, wszyscy myśleliby, że się zgrywa. W telefonie zaufania bez wątpienia nikt nie chciałby z nim rozmawiać. Twierdziliby, że jest śmieszny.

I właśnie dlatego musiał dziś wyjechać: żeby choć przez chwilę nie wydawać się sobie śmiesznym.

III

Kto przemienił tę rozkosznie nieśmiałą (ja powiedziałabym, że bez powodu zahukaną) bibliotekarkę czekającą na pociąg podmiejski w niemal najpopularniejszą feministyczną aktywistkę w Czechach Środkowych? – pyta czasem Mojmir swojego przyjaciela Feliksa. Kto mu ją zepsuł?

Wyciąga dziesięcioletnią fotografię z pierwszego wspólnego urlopu: obejmują się na plaży, w tle turkusowy przypływ, oboje uśmiechnięci, opaleni… Mojmir i Felix widzą niewątpliwie zakochaną, wręcz oddaną dziewczynę (topless), ja widzę samiczkę w czasie rui, której nikt nie powiedział nic o życiu.

– Kto wsadził ją do tego emancypacyjnego pociągu ekspresowego, którym dojechała aż do ręcznie szytych podpasek, ekopasztetów sojowych, zapalenia cudzych piersi, ezoteryki, odnawiania tradycji celtyckich, działalności charytatywnej i innych tego typu obrzydliwości? – pyta retorycznie Mojmir (Feliks się śmieje, ale powinien uświadomić sobie, że nawarstwianie nonsensów nie jest jeszcze równoznaczne z satyryczną hiperbolą). – Kto odebrał jej niewinność?!

Mojmir szuka winnego. Potrzebuje kogoś, na kogo mógłby skierować swój rzekomo sprawiedliwy gniew. Nie, o dziwo, nie jestem to ja. Wprawdzie według jego pokrzywionych kryteriów moralnych spoczywa na mnie wielka część odpowiedzialności, jednak jeśli chodzi o inicjację, mam niepodważalne alibi: kiedy nasze drogi życia przecięły się, Hedvika już dawno była otwarta (słownik Mojmira). Całą indoktrynację (znów słownik Mojmira) rozpoczął Architekt i Ogrodnik (do pisania obu zawodów z dużej litery zmusiła mnie nienawistna intonacja Mojmira); podobno ja ze swoim anarchistycznym (sic!) centrum przedporodowym jedynie dokończyłam dzieła zniszczenia… Czyż pan pisarz nie jest słodziutki?

– Wiesz kto? – powtarza Mojmir.

Feliks wzrusza ramionami.

– Powiem ci: ja!

Rzeczywiście, paradoksalnie to on sam zaprowadził Hedvikę do miejsc, w których na zawsze zaraziła się wirusem mistycyzmu (mistycznym nasz mały Einstein nazywa wszystko, czego nie potrafi zrozumieć). To Mojmir wysłał zapytanie do Architekta, ponieważ podobały mu się jego projekty z nowoczesnym murem pruskim – ale czyż mógł przewidzieć, że sprawiające wrażenie lekkości, lecz jednocześnie solidne domy z drewna zostały wybudowane w stylu feng shui lub że sam Architekt jest aktywnym członkiem Hare Kriszna? Czy mógł przeczuwać, że na te uduchowione brednie (ach, Mistrzu, jakże podziwiam pańskie precyzyjne określenia) natknie się w pracowni architektonicznej, gdzie człowiek spodziewa się konsekwentnego i rzeczowego rozumowania? Czy mogło przyjść Mojmirowi do głowy, że w rozmowach na temat konstrukcji domu czy optymalnego wykorzystania przestrzeni może być miejsce na jin, jang i inne tego typu pierdoły? Czy mógł podejrzewać, że nawet w rysunkach technicznych płyty fundamentowej mogą skrywać się bakterie irracjonalności?

Ale niestety były tam.

Gdyby spotkanie z Architektem uznał za potencjalne niebezpieczeństwo, nigdy nie zabrałby na nie Hedviki – ale czy mógł cokolwiek podejrzewać?

– Nie szliśmy do slumsów w Rio de Janeiro, tylko do praskiego architekta, do cholery!

Niemniej wyrzuca sobie, że powinien zachować większą czujność. Podobno gdyby nie był takim ślepym osłem, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Być może dziś w hierarchii wartości swojej żony znajdowałby się na drugim miejscu (zaraz za dziećmi), a nie na dziesiątym. I tak dalej.

Żeby zachować obiektywność trzeba przyznać, że w wystroju biura Architekta nie było prawie nic, co mogłoby wzbudzić niepokój. Wprawdzie na jednej z półek Mojmir zauważył małe figurki Buddy, ale nie przywiązywał do nich większej uwagi. Architekt, krótko ostrzyżony i ubrany po europejsku pięćdziesięciolatek, podobno wydał mu się sympatyczny. Przedstawili mu swoją wizję domu (ograniczoną wysokością hipoteki): chcieli duży salon połączony z kuchnią, kominek, sypialnię, pokój dla dzieci, oddzielną pracownię dla Mojmira i na szczęście również pokój dla gości (mieszkam w nim od lat, więc kiedy do Mojmira przyjeżdża w odwiedziny Feliks, musi spać na kanapie w salonie, chi chi!). Architekt naszkicował ołówkiem kilka możliwych rozwiązań, a dla lepszej orientacji pokazał im parę fotografii już istniejących domów. O feng shui wspomniał tylko na marginesie: przestrzenie odpowiedniej wielkości, czyste i przejrzyste linie bez strzał ostrych rogów czy siedzenia tyłem do drzwi i tak dalej. Mojmirowi wydawało się to sensowne, wręcz ciekawe. Niemniej miał wrażenie, że powinien zabrać głos.

– Panie inżynierze, wie pan, że wśród ptaków wiele samiczek ocenia samca, jeszcze zanim złączy się z nim w parę, według tego, jakie gniazdo potrafi zbudować?

– Słyszałem o tym.

– Więc pański dom weźmie udział w, że tak powiem, przetargu publicznym, dlatego proszę, żeby szczególnie się pan do tego przyłożył. Z pewnością rozumie pan, że muszę wygrać.

I tak dalej.

– Czy mógłbym poznać państwa daty urodzin? – pod koniec spotkania spytał Architekt ze swoim typowym łagodnym uśmiechem.

Mojmir chciał wiedzieć, do czego są mu potrzebne.

– Zajmuję się trochę numerologią. Przed rozpoczęciem pracy zawsze sprawdzam swoich klientów.

Hedvikę oczywiście ciekawiło, jak to robi, więc Architekt wyjaśnił jej zasady tzw. tabeli numerologicznej – a od tego był już tylko krok do chińskiego zodiaku i chińskiej medycyny (nie muszę dodawać, że gdy Hedvika mi o tym opowiedziała, Architekt od razu zdobył moją sympatię; tak, dzięki Bogu istnieją również mężczyźni, których spojrzenie na świat jest szersze niż szpara w średniowiecznej przyłbicy). Ale wracając do Hedviki i naszego tragikomicznego bohatera: po krótkim wykładzie o akupunkturze i meridianach (czyli szlakach, po których w ludzkim ciele krąży energia życiowa qi), Hedvika opowiedziała temu charyzmatycznemu mężczyźnie o swoich powracających co jakiś czas dolegliwościach urologicznych.

– Rozmawiać o swoim pęcherzu z architektem! – do dziś wścieka się Mojmir.

Architekt od razu podyktował jej numer telefonu chińskiego lekarza, który mieszka w Pradze, oraz czeską nazwę oryginalnej mieszanki ziołowej, która zawsze pomagała jego żonie (Prześwit ciemnej głębi).

– I gotowe! To był przełomowy moment – jest przekonany Mojmir.

Do myśli ze środkowych Czech wtargnęły całe Chiny – twierdzi. Piechur jej zdrowego chłopskiego rozumu został zaatakowany przez armię wschodniego uduchowienia! Oczywiście wtedy Mojmir niczego jeszcze nie podejrzewał, więc tylko przyjaźnie podśmiewywał się z Hedviki. Zdecydowanie nie podzielał jej nowego podziwu dla orientalnej wiedzy.

– Zawsze kiedy czułem ten modny głód chińszczyzny – twierdził – zaspokajałem go w restauracji Huang–He na Vrszowicach.

No właśnie, to cały Mojmir. Otworzenie się na nową kulturę sprowadza w najlepszym razie do kurczaka z pędami bambusa. A smażony makaron z czarnymi jajkami to dla niego już szczyt spirytyzmu...

– Jak to mówiłaś? Tao rodzi jedno, jedno rodzi dwa, dwa rodzą trzy, a trzy wszystkie istoty? – wyśmiewał się z Hedviki. – Serio? A ja na to mówię: jeden plus jeden to dwa, dwa plus dwa to cztery, a wszystko inne to bujda!

Mojmir jest przeciwny życiu w irracjonalnym nieładzie. Uwielbia porządek i nienawidzi chaosu. Żadnych tych rzekomo kultowych przestrzeni między porządkiem i chaosem po prostu nie uznaje.

– A co jeśli właśnie ta przestrzeń jest jedynym miejscem, w którym człowiek może istnieć jako ludzka całość?

– To już wolę być człowiekiem niecałkowitym niż hodować w mózgu jakieś mistyczne karaluchy.

Kiedy tak o tym myślę, widzę, że właściwie przez całych tych dziesięć lat Mojmir notorycznie zmuszał Hedvikę, by podążała za nim przez terytorium Porządku. Jeśli chce dzielić z nim życie, to tylko tam – mówił jej (nie wprost) bezkompromisowo. A zanim na to terytorium wkroczy, niech łaskawie skorzysta z wycieraczki i wytrze z podeszew ten duchowy syf (proszę, oto wizja równości płci według Mistrza!).

Po kolejnym spotkaniu Architekt zaprasza ich na obiad do indyjskiej restauracji wegetariańskiej Govinda (tę historię naprawdę uwielbiam; opowiadali mi ją oboje, więc cały ten pełen napięcia dialog znam na pamięć). Mojmir wprawdzie od razu uświadomi sobie, że do Chin dołączają jeszcze całe Indie, ale nawet twarzą w twarz z setkami milionów nowych ideologicznych wrogów nie traci rezonu.

– Dobrze, dlaczego nie – przyjmuje zaproszenie.

(Dziś już to wie.)

Swojej uprzejmości pożałuje zresztą już pół godziny później. Ku jego zaskoczeniu restauracja jest pełna ludzi. Wszyscy troje siedzą bez butów na drewnianym podwyższeniu w dość niewygodnej pozycji półsiedzącej i jedzą coś, co według Mojmira przyjemność mogłoby sprawić jedynie komuś, kto – cytując Buddę – znajduje uciechę nawet w pustym lesie, ponieważ nie pragnie niczego.

– Na przykład dobrego obiadu – dodaje zawsze Mojmir.

Piwa ani żadnego innego alkoholu oczywiście tu nie podają, więc z ukrywanym obrzydzeniem popija jakąś gorzką herbatę. Zastanawia się, czy wszystkie te nietypowe zapachy i smaki pochodzą z jedzenia, czy z faktu, że wszyscy goście siedzą bez butów. Obserwuje młodych kelnerów z wygolonymi głowami i zaczyna wątpić, czy jego życie zmierza w dobrym kierunku. Ma nieodparte wrażenie, że w zeszłym tygodniu skręcił nie tam, gdzie trzeba. Wygląda przez okno (na szczęście widać przez nie ruchliwą praską ulicę) i obserwuje tramwaje, auto rozwożące pieczywo i grupę robotników kładących asfalt. Natomiast Hedvice jedzenie bardzo smakuje. Jest cała rozpromieniona.

– To bakłażan? – pokazuje Architektowi kawałek warzywa na widelcu.

– Nie, ślimak – warczy Mojmir.

Jej nieukrywany zachwyt go irytuje. Zazwyczaj unika konfrontacji, ale tym razem to jest silniejsze od niego.

– A więc medytacja to stan bez myśli? – zaczyna. – To dziwne. Logicznie zakładałbym, że medytacja to coś w rodzaju uspokojenia i wyczyszczenia myśli. Stan, który pozwala człowiekowi, by skupić się na tym, co jest w życiu istotne.

– Bynajmniej – sprzeciwia się Architekt. – W prawdziwej medytacji świadomość jest wolna od jakichkolwiek myśli.

– Czyli coś na kształt śpiączki? Właściwie taki stan wegetacji?

Mojmir słyszy młoty pneumatyczne, pisk hamulców, dzwonek tramwajowy, karetkę – i jest za te dźwięki wdzięczny. Byłby jeszcze wdzięczniejszy, gdyby mógł zamówić sobie befsztyk. Jego wdzięczność byłaby bezgraniczna.

– Mistrz Osho twierdzi, że medytacja to zwierciadło, w którym nic się nie odbija – kontynuuje Architekt.

Mojmir połyka coś rozgotowanego, co wygląda jak ogórek, ale smakuje jak kaktus (oczywiście nie wie, jak smakują kaktusy, ale podejrzewa, że jakoś tak).

– W takim razie cmentarze są pełne medytujących – zażartuje.

Jeden z wygolonych kelnerów rzuca mu nieprzyjazne spojrzenie.

(Najwyraźniej zapomniał, że według Buddy nienawiści nigdy nie zwalczy się nienawiścią – opowiada ze śmiechem Mojmir.)

Na przekór inwektywom Architekt wciąż sprawia wrażenie zadowolonego. Hedvika przyciska kolana do siebie, ale i tak widać jej majtki. Mojmir marzy o tym, żeby ten obiad już się skończył.

– Mam coś dla pani – mówi Architekt i podaje Hedvice prezent (najwyraźniej pierwotnie był przeznaczony również dla Mojmira, ale ze względu na rozwój sytuacji Architekt zdecydował, że da go tylko jej). Pięćdziesiąt trzy karty do medytacji z tekstami sutry, pomagające odnaleźć wewnętrzny spokój i wyciszenie – czyta na opakowaniu Mojmir.

– Co to jest sutra? – pyta z obraźliwym chłodem.

Pyta jak celnik, którego w ogóle nie interesuje zawartość waszego bagażu, ale mimo to musi o nią spytać. Pyta jak rodzic dziecka, które właśnie dostało cukierka od niezbyt godnych zaufania ludzi. Podjął stanowczą decyzję, że nie pozwoli się ogłupiać.

– Podstawowa mądrość – mówi Architekt. – Zwięzłe, łatwe do zapamiętania sedno jakiejś konkretnej nauki.

Architekt przegląda karty (zbyt długo, żeby Mojmir nie oskarżył go w duchu o cenzurę), aż wreszcie wyciąga jedną z nich.

– Na przykład ta – mówi i pokazuje ją Mojmirowi.

Nieosądzająca myśl

Obserwuje i rozumie.

Mojmir podejrzewa, że wie, dlaczego to trwało tak długo. Robi odpowiednio sarkastyczną minę. Natomiast Hedvika jest tą mądrością zauroczona i pomimo że napięcie między oboma mężczyznami nie umknęło jej kobiecej intuicji, poniekąd mało taktycznie staje po stronie Architekta (i Buddy).

– Dokładnie ten stan chciałam tu osiągnąć! – krzyczy. – Oczywiście nie umiałabym tego tak sformułować, ale o to mi chodziło! Naprawdę!

Jej prostoduszna twarz przekonuje nawet wiecznie powątpiewającego Mojmira, że jego żona mówi prawdę. Architekt się uśmiecha. Mojmir oczywiście widzi w tym uśmiechu samozadowolenie.

Kolejne, niestety nieuniknione, rozmowy na temat projektu z tym buddyjskim szamanem Mojmir umawia zawsze tak, żeby Hedvika nie mogła na nie pojechać. Jak wiadomo mężczyźni są zazdrośni o wszystko co większe, wliczając w to również mózg.

Dlatego następne spotkanie zaplanuje na środowe popołudnie, kiedy (jak wie) Hedvika nie może wyjść z pracy, a w kolejnym tygodniu spotyka się z Architektem w porze, kiedy Hedvika ma wizytę u chińskiego lekarza. Ale Hedvika niespodziewanie pyta Mojmira, czy nie chciałby pójść do lekarza razem z nią – może dałby mu coś na hemoroidy?

– Maść czerwonej jaskini? – drwi z czterech tysiącleci tradycji chińskiej medycyny nasz czeski mędrzec i stara się zyskać czas, żeby wymyślić jakąś wymówkę. – Nie, dzięki.

– Balsam dymiącego parowu – poprawia go spokojnie Hedvika, która już przeczytała książkę Na falach chińskiej medycyny.

Mojmir pojął, że w poglądach jego żony na temat medycyny doszło do nieodwracalnych zniszczeń. Ucieka się do banalnej wymówki: twierdzi, że nie może iść do lekarza, ponieważ umówił się na obiad z Feliksem.

Pozwólcie, miłe siostry, na krótką dygresję na temat Feliksa. Jest to tak zwany najlepszy kumpel Mojmira. Podejrzewam, że wiecie, co mam na myśli: najlepszy kumpel to dla mężczyzny najstarsza karta, trumf (wprawdzie żona też jest najstarszą kartą, ale z innej gry, powiedzmy, że jeśli najlepszy kumpel to as treflowy – żona jest dżokerem; a nie można grać jednocześnie w kanastę i mariasz). Dwóch najlepszych kumpli los zazwyczaj nierozerwalnie łączy następującymi rzeczami: utratą dziewictwa na tej samej imprezie, oblaniem matury z tego samego przedmiotu, uwielbieniem dla tej samej marki alkoholu, byciem świadkiem na ślubie tego drugiego, kupnem motoru tego samego dnia. Czasem najmocniejszym spoiwem ich przyjaźni jest to, że obaj chodzili z tą samą dziewczyną (żeby nie musieli się pozabijać, decydują, że zostaną najlepszymi kumplami i wzniosą się ponad prymitywną zazdrość). I tym podobne. W przypadku Feliksa i Mojmira przyjaźń na całe życie opiera się (oprócz wspólnej licealnej przeszłości) na żałośnie przecenianej przynależności do wyższej klasy średniej, snobistycznym umiłowaniu drogich win i jednosłodowych whisky i wreszcie na prymitywnym męskim szowinizmie, który bezczelnie prezentują jako światopogląd.

(Feliks będzie też świadkiem na ślubie Mojmira, ale nie uprzedzajmy faktów).

Kiedy tylko Hedvika znika z pola widzenia, Mojmir dzwoni do Feliksa, żeby w razie potrzeby mieć potwierdzone alibi (w przeszłości wyświadczali sobie tę przysługę wiele razy). Lecz przyjaciel najwyraźniej się waha.

– Nie mówiłeś przypadkiem, że to Kobieta Twojego Życia?

– Mówiłem – potwierdza Mojmir. – To jest Kobieta Mojego Życia.

– Hedvika, czy ta, z którą idziesz na obiad?

Mojmir stara się wymyślić jakieś wytłumaczenie.

– Nie za wcześnie na to? Po paru miesiącach związku? – pyta bezkompromisowo Feliks.

Feliksowi Hedvika też się podoba, ale uważa się przede wszystkim za jej przyjaciela (na szczęście bez wzajemności) i nie chciałby jej zdradzić… (Tylko proszę bez żadnych pośpiesznych wniosków na temat jego charakteru! Lepsze ja odzywa się czasem nawet w łajdaku.)

– Nie idę z kobietą, tylko z jednym facetem – odkaszluje Mojmir.

– Rozumiem – mówi po dłuższej chwili Feliks. – Ale trzeba było powiedzieć wcześniej. Jakieś dwadzieścia lat temu. Mogliśmy się nieźle zabawić.

I tak dalej (ostatecznie chłopaki ze śmiechem wszystko sobie wyjaśnią).

Być może zastanawiacie się, skąd mogę wiedzieć, o czym Mojmir rozmawia z Hedviką albo znać treść rozmowy telefonicznej z Feliksem? Wyjaśnienie jest proste: Hedvika ma doskonałą pamięć i intuicyjny kobiecy zmysł do detali – i zawsze opowiada mi wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Ponadto sporo doniesie się do mojego pokoju gościnnego, a dzięki tym olbrzymim oknom niejedno zobaczę, kiedy więc skompletuję swoje źródła informacyjne, mogę bez przesady stwierdzić, że jestem permanentnym naocznym świadkiem tego niezbyt szczęśliwego małżeństwa. A ta rozmowa telefoniczna? Będę z wami szczera: jeśli wyjątkowo umknie mi jakaś informacja lub dialog, z łatwością mogę je sobie wyobrazić. Przecież Mojmir to wręcz komicznie prosty człowiek. Jest przewidywalny jak każdy mizogin. Naprawdę nie muszę słuchać całej tej jego paplaniny, bo znam ją na wylot. Zresztą nigdy nie rozumiałam, dlaczego wokół literatury robi się tyle hałasu. W pisaniu książek nie ma nic trudnego – możecie mi wierzyć.