Dzisiaj należy do mnie - Agnieszka Dydycz - ebook + audiobook + książka

Dzisiaj należy do mnie audiobook

Agnieszka Dydycz

3,7

Opis

„Dzisiaj należy do mnie” to optymistyczna, ale nie naiwna, opowieść o ponadczasowej determinacji w poszukiwaniu własnej drogi do szczęścia. Do spełnienia, które dla każdego może wyglądać zupełnie inaczej i znajdować się w innym miejscu na ziemi. To historia prawdziwych miłości i przyjaźni, strat i radości, a także siły i odwagi, która jest w każdym z nas. Kama, główna bohaterka z humorem i dystansem opowiada nam o sobie, a wiele jej wspomnień dotyczy ludzi, których kiedyś poznała, pokochała, a także straciła. Jedni przemknęli przez jej życie niemal niezauważeni, drudzy pojawili się znienacka i równie niespodziewanie zniknęli, a jeszcze inni zadomowili się w nim na dobre. Dlatego ona uczy się korzystać z ich doświadczeń, chociaż zdarza się też, że uczy się na własnych błędach. Bo przecież często to, co wydaje się końcem, jest zarazem początkiem...

Ta ciepła, choć czasem i gorzka opowieść, pełna barwnych postaci, zaskakujących wydarzeń, odważnych decyzji i trudnych wyborów, jest niepowtarzalną lekcją życia. Skłania do przemyśleń, inspiruje, bawi i wzrusza, a potem zostaje z nami na długo.

Książka wyróżniona przez Jury konkursu literackiego Brakująca Litera 2019.

Rekomendacje:

Od dziecka wiedziałam, że jestem starą duszą. Ta moja intuicja, dojrzałość nad wiek, wyczucie sytuacji i przeczucia... trudno to nawet opisać. Nie pamiętam, czy w poprzednim wcieleniu byłam rozpieszczonym pekińczykiem czy niewolnicą na dworze okrutnego władcy, jednak wiem, że nie jestem tu po raz pierwszy. Przebłyski skojarzeń i (może) wspomnień towarzyszą mi przez całe życie. Spotykają mnie także liczne przypadki i zbiegi okoliczności, które, jak wiemy, nie istnieją. Ostatnio takim przypadkiem było poznanie Agnieszki Dydycz. Poleciła mi swoją dopiero co napisaną książkę. Przeczytałam ją jednym tchem, coraz bardziej wciągając się w akcję i coraz bardziej dziwiąc się podobieństwem opisywanych postaci i zdarzeń do tych z mojego życia. Autorka też jest starą duszą, inteligentną, mądrą i dowcipną. Pewnie kiedyś i gdzieś byłyśmy przyjaciółkami. Polecam serdecznie tę lekturę i lekką refleksję nad życiem.

Nina Kowalewska-Motlik

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 20 min

Lektor: Ewa Mateuszuk

Oceny
3,7 (6 ocen)
1
3
1
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Agnieszka Dydycz

Dzisiaj należy do mnie

Opowieści duszy, serca i rozumu

Warszawa 2026

Jeśli chcemy, żeby wszystko pozostało tak jak jest,

wszystko będzie musiało się zmienić.

Giusseppe Tomasi di Lampedusa, Lampart

Ironia życia polega na tym, że żyje się je do przodu,

a rozumie do tyłu.

SØREN KIERKEGAARD

*     *

*

Gdy rodziła się po raz pierwszy, nie znała jeszcze życia.

Nie wiedziała, co ją czeka, więc sama również niczego nie oczekiwała. Najważniejsze, że dała radę. Przeżyła.

Za drugim razem łatwiej nie było, chociaż może nieco przyjemniej.

Za trzecim razem była przekonana, że wszystko już wie i wszystko pamięta. Myliła się. Po raz kolejny musiała uczyć się na własnych błędach, ale nigdy nie żałowała.

A teraz urodziła się po raz czwarty. A może piąty?

Była już nieco znużona, może nawet trochę znudzona, ale ciągle pełna nadziei. I bardzo ciekawa nowego życia.

– Tym razem będę szczęśliwa! – postanowiła hardo dusza.

PROLOG

Mam na imię Kama.

Jestem matką, siostrą, kochanką, kobietą, przyjacielem, człowiekiem...

A może w odwrotnej kolejności lub raczej wszystko naraz?

Kolejność ról nie jest jednak przypadkowa, gdyż zależy od etapu, na którym w danym momencie znajduje się moje życie. Dawno już przestałam się oszukiwać, że może być inaczej. Nie będę przecież udawała czułej kochanki, gdy moje dziecko ma czterdzieści stopni gorączki. Nie będę odgrywała zbawicielki świata, gdy sama cierpię i rozpaczam nad własnym losem. Lecz wiem także, że gdy tylko odzyskam radość i znowu będę szczęśliwa (lub przynajmniej mniej nieszczęśliwa), od razu zaopiekuję się każdym potrzebującym.

Zrozumiałam bowiem i zaakceptowałam prawdę, że nic nie trwa wiecznie. Każdy z etapów szczęścia czy nieszczęścia trwa przez określony czas, dłuższy lub krótszy, a potem po prostu przemija. By po nim mógł nastąpić kolejny. I kolejny...

Skąd to wiem?

Z doświadczenia, i to nie tylko własnego.

Otrzymałam bowiem od losu ten niezwykły dar i przywilej, że to właśnie do mnie trafiła stara dusza. O wiele starsza ode mnie, a przez to rozważniejsza i o wiele bardziej doświadczona.

Czy wiem o tym od dawna?

Tak, chociaż nie od zawsze, a dopiero od czasu, gdy zaczęły do mnie powracać jej wspomnienia. Najczęściej w snach, ale czasem także i na jawie. Te opowieści pojawiają się nagle, znienacka i z zaskoczenia. Nie da się ich zaplanować ani przewidzieć, choć zwykle przychodzą przywołane konkretną sytuacją czy zdarzeniem w obecnym życiu. Moja stara dusza miewa także przeczucia, że właśnie nadchodzi zmiana. Nie zawsze to rozumiem, a nawet zdarza mi się buntować, lecz wtedy ona uczy mnie, że trzeba cierpliwie poczekać. Że czasem po prostu muszę doświadczyć tego „czegoś”, aby inne „coś” mogło się wydarzyć, zaistnieć, by potem zmienić moje życie na lepsze. Żeby dzisiaj było lepsze dla mnie...

Na początku nie było to łatwe, ani tym bardziej przyjemne. Nie lubiłam tego osobliwego stanu „pomiędzy światami”, tych dziwnych snów, które jednocześnie były i moimi wspomnieniami, i opowieściami o kimś innym. Czułam się zagubiona. Zupełnie nie rozumiałam, czemu miałoby to wszystko służyć, i myślę też, że trochę się tego bałam... To niby byłam ja, ale nie do końca ja, a opowieści nie od razu przychodziły do mnie pełne i kompletne. Najczęściej zaczynały się od skrawków niepowiązanych ze sobą historii, luźnych obrazów, dźwięków, a nawet zapachów. Próbowałam je ignorować, zapomnieć o nich, lecz one się po prostu nie dały. Powracały uparcie, coraz częściej i z coraz większą intensywnością.

Co miałam robić? Udawać, że ich nie ma?

To nie mój styl. Postanowiłam więc, że zacznę się uważniej w nie wsłuchać. I z czasem, a może raczej z wiekiem, nie tylko je polubiłam, ale wręcz zaczęłam na nie czekać. Nauczyłam się je zbierać i zapamiętywać, a przede wszystkim układać w całość, w historię konkretnej osoby, z którą dawno, dawno temu dzieliłam kawałek siebie. Zaczęłam słyszeć swoje dawne myśli, rozumieć i czuć tę poprzednią siebie wszystkimi zmysłami, a wtedy zapachy, głosy, obrazy i emocje mieszały się ze sobą... To było niewiarygodne, niepowtarzalne uczucie, choć nie zawsze przyjemne i radosne. Bywało także smutne i bolesne, zwłaszcza gdy wracały te najtrudniejsze wspomnienia. Moje, ich, nasze...

Dzisiaj jednak nie wyobrażam sobie życia bez nich. Dzisiaj już wiem, że bez tych historii moje własne życie byłoby niekompletne. Czerpię więc z tej tajemniczej przeszłości, mojej i nie-mojej zarazem, siłę i nadzieję, i jestem niezmiernie wdzięczna moim poprzednikom za to, że dostałam od nich tak niezwykły dar. Żałuję jedynie, że nie mogę im o tym powiedzie i podziękować.

Bo oni naprawdę kiedyś żyli, kochali, cierpieli, śmiali się, więc to chyba dobrze, że ich trud, ich błędy i doświadczenia nie poszły na marne i nie przepadły na zawsze. Ja także mam nadzieję, że moja opowieść kiedyś komuś pomoże. W odnalezieniu radości, miłości, przyjaźni, spełnienia, a przede wszystkim w odszukaniu drogi do samego siebie.

A moje obecne życie...

Moje obecne życie to także niezły materiał powieść lub na film. Na jego podstawie można by napisać scenariusz do praktycznie każdego gatunku, z science fiction włącznie. Dramat obyczajowy, komedię, melodramat, tragedię, romans, thriller, kryminał, a nawet film katastroficzny! A najbardziej fascynujące jest to, że dopiero teraz, gdy zaczęłam wspominać i spisywać historię mojego życia, dotarło do mnie, jakie ono było i jest ciekawe!

Mój brat zapytał mnie ostatnio, jak udało mi się przeżyć to wszystko i nie zwariować. Dobre pytanie, bo tak do końca sama nie jestem tego pewna.

A może właśnie to moja stara dusza mi pomogła i nadal pomaga?

Bardzo chcę w to wierzyć.

Dlatego od lat próbuję zgłębić ten temat, od każdej możliwej strony, metafizycznej i naukowej. Zapoznałam się z najróżniejszymi teoriami wędrówki dusz, dotarłam do wszelkich możliwych prac naukowych i opracowań na temat reinkarnacji, ale znalazłam ich tak wiele, że się pogubiłam. Przeczytałam już chyba wszystko, co kiedykolwiek i gdziekolwiek napisano o duszy, jej ponadczasowej energii i mocy, jej sile przetrwania i możliwości przemiany. I z żadną z tych teorii czy wyobrażeń nie potrafię się do końca utożsamić, gdyż moje własne życie pokazało mi jeszcze coś innego.

Coś o wiele piękniejszego...

Dlatego postanowiłam, że opowiem wam swoją historię.

Rozdział 1

Moją pierwszą miłością był Robert.

Poznaliśmy się w przedszkolu, w drugiej grupie. Był malutki, a ja bardzo duża, ale to właśnie on podbił mi oko.

– Oddałaś mu? – zapytał mój tata, odbierając mnie tego dnia z przedszkola.

– Nie.

– Dlaczego nie? Zasłużył sobie przecież! – drążył niezwykle dydaktycznie tata. Niech córka wie, jak się bronić!

– Nie, tatusiu – odpowiedziałam grzecznie. – Robert jest taki malutki, że gdybym mu oddała, to chyba bym go zabiła...

Bo ja troskę o innych mam wrodzoną i pewnie zostanie już ze mną na zawsze. Jak kolor oczu.

Ciekawe, że właśnie od tego dnia staliśmy się z Robertem nierozłączni. Spaliśmy obok siebie na leżakowaniu, siedzieliśmy obok siebie przy jedzeniu i przy zabawie, a nasze szafki sąsiadowały ze sobą w szatni. Niestety, nasze drogi rozeszły się po kilku latach, gdy niespodziewanie poszłam do szkoły. Rodzice uznali bowiem, że jestem nad wiek rozwinięta i posłali mnie do pierwszej klasy w wieku lat sześciu, co wówczas nie było bardzo modne. A smutny i osamotniony Robert został w starszakach w przedszkolu.

Szkołę nawet polubiłam, więc szybko się pocieszyłam po rozstaniu z moją pierwszą miłością. I wtedy poznałam Rafała. Siedział w ławce za mną i ciągle mi dokuczał, a to oznaczało, że bardzo mu się podobam. Kiedyś bawiliśmy się na korytarzu w berka i pamiętam, że bardzo chciałam mu oddać. To znaczy dotknąć go i powiedzieć „berek” – też z miłości, oczywiście. Ale żeby to zrobić, najpierw musiałam go złapać. Starałam się tak bardzo, że niechcący ściągnęłam mu z pupy spodnie. Razem z majtkami... To wtedy właśnie po raz pierwszy w życiu zobaczyłam męski tyłek. Ja dostałam uwagę do dzienniczka, a moi rodzice zostali wezwani do szkoły na rozmowę o niestosownym zachowaniu ich córki. Dostałam potem w domu niezłą burę, ale widoku nigdy nie zapomniałam... Ten jeden raz wystarczył, żebym już do końca życia miała słabość do zgrabnych męskich tyłków. Jednak czegoś mnie ta historia nauczyła i już nigdy więcej żadnemu mężczyźnie publicznie majtek nie zdjęłam.

A Rafał wcale się na mnie nie obraził. Wprost przeciwnie – zakochał się na zabój. Był bardzo przedsiębiorczym młodym człowiekiem, który planował życie z dużym wyprzedzeniem. Któregoś dnia specjalnie czekał przed szkołą na moją mamę.

– Dzień dobry, nazywam się Rafał i jak dorosnę, zostanie pani moją teściową – przedstawił się elegancko.

– Tak? – zdumiała się mało przytomnie moja mama.

– Tak – potwierdził stanowczo Rafał. – Bo ja się z Kamą ożenię i wtedy będę pani zięciem. A pani będzie moją teściową, mama mi powiedziała, że to się tak nazywa. Do widzenia.

– Do widzenia – odparła zaskoczona przyszła teściowa i oczywiście natychmiast zrobiła wywiad środowiskowy, czy aby Rafał (oraz jego rodzina) nadaje się na męża jej ukochanej córeczki.

Niestety, miłość Rafała nie przetrwała próby czasu. W dorosłym już życiu odnowiliśmy nawet naszą znajomość na Facebooku, ale trochę trwało, zanim skojarzyłam, kto zaprosił mnie do grona przyjaciół. Jego nazwisko wyleciało mi z głowy, a facet na zdjęciu miał o wiele mniej włosów. Do tego był jakiś taki pękaty i zupełnie nie przypominał słodkiego chudziutkiego blondynka, w którym się kochałam. Wolałam nawet nie wyobrażać sobie, jak wygląda teraz jego tyłek...

Po tym pierwszym szkolnym zauroczeniu postanowiłam nie zakochiwać się w nikim. Uznałam, że to niepotrzebna komplikacja i tyle. Gdy jednak w szóstej klasie zapisałam się do harcerstwa, o obietnicy zapomniałam i od razu zakochałam się w druhnie drużynowej. Było to uczucie czyste i platoniczne. Niestety, jak się później okazało, dzieliłam swój obiekt westchnień z resztą naszej drużyny, oczywiście żeńskiej. A we mnie zakochał się wtedy Maciek, ale ja dowiedziałam się o tym dopiero wczoraj, gdy wpadliśmy na siebie przypadkiem w jakiejś galerii handlowej, i to Maciek mnie rozpoznał. On zresztą też zmienił się tylko trochę: urósł, a raczej rozrósł się i zmężniał. Ucieszeni ze spotkania, poszliśmy na wspominkową kawę i od razu odżyło w naszej pamięci wspólne zimowisko. Maciek przyznał mi się, że wtedy po raz pierwszy w swoim życiu zobaczył zupełnie gołe dziewczyny. Pod prysznicami! Dopiero po tylu latach dowiedziałam się, że w ścianie od strony sali, w której mieszkali chłopcy była szpara, którą szybko wyczaili, by do końca zimowiska regularnie obserwować całą żeńską drużynę w kąpieli. I tak się składało, że ja zwykle stałam najbliżej. Pewnie dlatego się zakochał...

W siódmej klasie nadal jeszcze byłam w harcerstwie, lecz zauroczenie druhną drużynową minęło. Powód był prosty – wszystkie naraz i jednogłośnie zakochałyśmy się w drużynowym drużyny męskiej. Miał na imię Jerzy i był od nas sporo starszy. Wydawał się nam taki dorosły. I mądry, i przystojny... Oczywiście, on sam nie miał pojęcia lub po prostu udawał, że nie wie, jak bardzo grupowo wzdychamy do niego, z naszą byłą ukochaną, czyli druhną drużynową włącznie. Oprócz męskiej urody i autorytetu, druh Jerzy znany był również ze swoich dowcipnych, choć nie zawsze celnych określeń na absolutnie każdą okazję.

– Żeby kózka nie skakała, toby nie zaszła w ciążę! – dogadywał tym, którzy się usprawiedliwiali, że nie dadzą sobie rady z jakimś zadaniem.

– Szczęście ma krótkie ręce i twardą dupę. A czasem na odwrót – zachęcał do marszu swoją męską drużynę.

Do dzisiaj wspominam jego pogadankę, mającą na celu uświadomienie młodych druhów, skąd biorą się dzieci. Nie pamiętam, w jakich okolicznościach udało mi się ją podsłuchać, ale jej bezcenna treść pozostała ze mną na zawsze.

– Uwaga, chłopaki – tłumaczył wpatrzonym w siebie pryszczatym harcerzom. – Kura, gdy znosi jajko, głośno gdacze, żeby dać światu o tym znać. U ludzi też nie zawsze odbywa się to po cichu, ale zawsze bez gdakania i bez ostrzeżenia. Dla was, chłopaki, wniosek jest taki, że zawsze trzeba uważać i zawsze pozostać czujnym!

Jednak cóż z tego, że druh Jerzy był taki wspaniały, skoro jako zbyt dorosły, był dla nas nieosiągalny. Choć mnie się prawie udało coś nawiązać i to w bardzo naturalny sposób, bo dzięki mojemu młodszemu bratu. Miałam już prawie trzynaście lat, a Marcin dziesięć, gdy i on także zapisał się do harcerstwa. Jak ja mu wtedy zazdrościłam, gdy okazało się, że Jerzy jest jego druhem drużynowym. I oto któregoś dnia mój obiekt westchnień osobiście przyprowadził mojego brata, zaryczanego i zakrwawionego, do naszego domu. Rodzice byli w pracy, ja w mieszkaniu sama, więc o mało nie zemdlałam z wrażenia. A może raczej z przerażenia, gdyż mój brat wyglądał jak ofiara ciężkiego wypadku.

– Spokojnie, siostro Marcina, to tylko krew z nosa – uspokoił mnie zaprawiony w bojach druh drużynowy.

Mój brat w tym czasie słaniał się, jakby miał za chwilę zemdleć, więc Jerzy posadził go w kuchni na krześle i bezpiecznie oparł o ścianę.

– Co się stało? – Moja wrodzona ciekawość wzięła górę nad przerażeniem.

– Marcin doświadczył niespodziewanego spotkania z drzwiami – wyjaśnił mi Jerzy.

Marcin w tym czasie nic nie mówił, tylko trzymał się za nos i jęczał

Ja od urodzenia byłam osobą praktyczną, no i oczywiście harcerką, dlatego ogarnęłam się i niezwłocznie przystąpiłam do udzielania pierwszej pomocy mojemu bratu. Sprawdziłam stan jego nosa, który był lekko spuchnięty i czerwony, ale krew już z niego nie leciała.

Będzie żył, pomyślałam, a może nawet wyraziłam to na głos. W każdym razie Jerzy powiedział to samo.

– Raz, dwa, trzy, moje szczęście... – Spojrzeliśmy na siebie i wtedy właśnie się zakochałam.

Ach, ta legendarna słabość kobiet do munduru! Poza tym Jerzy był przystojny, wysoki, no i miał szesnaście lat! Reszty nie pamiętam, zresztą to już dzisiaj nieważne. Ważne, że przez chwilę podobałam mu się z wzajemnością i wkrótce zaprosił mnie do kina, a potem na spacer. Niestety, na tym nasza znajomość się urwała. Nagle i ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu. Cierpiałam, ale przynajmniej koleżanki mi przez chwilę zazdrościły. A potem wypisałam się z harcerstwa.

W kolejnych latach szkolnych spotykałam się z Tomkiem, Bartkiem i Jaśkiem. Ale o druhu drużynowym Jerzym pamiętałam i każdy nowo poznany chłopak musiał przejść test porównania z moim idealnym wzorcem mężczyzny ze szkolnych lat. I większość, niestety, oblewała.

Po raz drugi spotkałam druha drużynowego Jerzego dopiero po kilku latach i zupełnie przez przypadek. Kupowałam sukienkę na bal maturalny i dobrze pamiętam, że to on mnie poznał i podszedł pierwszy.

– Cześć, Kama – przywitał się tak normalnie, jakbyśmy widzieli się tydzień temu, a nie kilka lat wstecz. – Co słychać?

Ja też od razu go poznałam – w ogóle się nie zmienił, a nawet jeśli, to na lepsze...

– Cześć, Jerzy – uśmiechnęłam się miło, choć z dystansem, gdyż wtedy miałam już kilkuletnie doświadczenie w kontaktach damsko-męskich. – W porządku. Szukam sukienki na bal maturalny.

– Zdałaś maturę?! To znaczy, że jesteś już dorosła, droga Kamo – podsumował z wyraźnym zachwytem Jerzy.

A przynajmniej ja ten zachwyt w jego głosie usłyszałam. Jednak nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć, bo nawet mnie ten komentarz wydał się nieszczególnie oryginalny. Jak na możliwości Jerzego, oczywiście, który na szczęście dla mnie, miał także więcej do powiedzenia.

– A oprócz sukienki wszystko inne na bal już masz? – zapytał niewinnie.

– Mmmm... – zastanowiłam się, bo brakowało mi jeszcze czerwonego stanika, majtek i pończoch, takich prawdziwych z podwiązkami, chociaż akurat o tym nie miałam ochoty opowiadać.

– A może przydałby ci się przystojny mężczyzna do towarzystwa? Na przykład ja? – zapytał ponownie Jerzy, ale tym razem z uśmiechem od ucha do ucha.

– Mmmm...

Niebo spadło mi na głowę, jak mawiała moja babcia, ale znowu nie wiedziałam, co powinnam odpowiedzieć.

– Nic nie kosztuję i dobrze się prezentuję – wyszczerzył zęby Jerzy.

Niezbyt mądrze to zabrzmiało, ale i tak lepiej niż mój totalny brak elokwencji, zwłaszcza że udało mi się jedynie wydusić z siebie ponowne:

– Mmmm...

– Świetnie, to jesteśmy umówieni – podsumował mój samozwańczy partner na bal maturalny. – To kiedy i o której? Przyjadę po ciebie.

I przyjechał... Żeby wkrótce odjechać, okazało się bowiem, że studiował w Holandii, a w kraju był jedynie przejazdem. Nie szkodzi, przynajmniej na bal maturalny poszłam z dorosłym facetem, do tego przystojnym, i znowu wszystkie koleżanki mi zazdrościły. Koledzy zresztą również, a ja nie do końca wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. Czułam się jak w bajce i trochę miałam rację, gdy nagle – jak w kołysance o Wojtusiu – iskiereczka zgasła, a bajka się skończyła. Jerzy wyjechał z kraju, ja zostałam. Nieco smutna i rozczarowana, że wszystko skończyło się, zanim się zaczęło, ale życie toczyło się dalej.

I wtedy po raz pierwszy przyśnił mi się Mark.

Możliwe, że już wcześniej miałam o nim jakieś sny, ale to właśnie ten zapamiętałam, chociaż jeszcze długo nie mogłam zrozumieć, dlaczego śni mi się jakiś facet z zamierzchłej przeszłości. Ciekawe, że akurat jego wspomnienia polubiłam najbardziej ze wszystkich. Z dwóch, równie ważnych, powodów. Po pierwsze, byłam w tych snach mężczyzną. Żeby była jasność – w moim realnym życiu nigdy nie żałowałam, że jestem kobietą i nigdy nie chciałabym zmienić płci. Jednak zawsze ciekawiło mnie, jaki jest ten męski punkt widzenia, tak od środka, naprawdę, bez udawania. Po drugie, Mark od razu mi się spodobał. O takim mężczyźnie chyba sama marzyłam. Mocny, konsekwentny, a jedocześnie wrażliwy i nieporadny w taki ciepły sposób. No i bardzo dbał o swoją kobietę. Dojrzale i mądrze.

A ja wtedy bardzo chciałam, żeby ktoś kiedyś też o mnie tak zadbał...

Mark. Sen pierwszy

Kurz.

Wszędzie tylko pył, piasek i kurz w kolorze rdzy. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem, szczególnie że w mieście, gdzie mieszkałem, kurz był koloru szarego.

Ten pył wdziera nam się do oczu, do nosa, jest we włosach, w butach, w każdym zakamarku ubrania, nawet w gaciach. W jedzeniu i w wodzie zresztą też. Mam już tego dosyć. Jestem wykończony podróżą i do tego przerażony dystansem, który został nam do pokonania. A przede wszystkim dotarło do mnie, jaka spoczęła na mnie odpowiedzialność. Czy dam sobie radę? Głupie pytanie, wszak już za późno na zmianę zdania. Nie ma powrotu i nie wolno mi martwić żony. Więc boję się sam i nigdy nikomu się do tego nie przyznam, ale czuję się jak jakaś rozklejona stara baba...

– Lepiej się już miewasz, Anno?

Nie chcę dłużej myśleć o własnych lękach, więc zaglądam do osłoniętego wozu, w którym jedzie żona.

Moja kobieta uśmiecha się do mnie, ale też wygląda na zdrożoną. Wiem, że martwi się o nas i o nasze dziecko, które nosi w sobie. Jest jeszcze maleńkie, ale bardzo dzielne i nie sprawia kłopotów. Czasem tylko kopnie nóżką, jakby niechcący, przy rozprostowywaniu małych kosteczek. Często też dostaje czkawki, ale to nic dziwnego, bo woda jest tutaj bezcenna. Musimy ją sobie racjonować, więc często oddaję Annie i dziecku swoją porcję.

– Wszystko dobrze, Mark – odpowiada mi Anna z dzielną miną, którą chce mi pokazać, jak dobrze się czuje.

Zeskoczyła ostrożnie z wozu i spojrzała na mnie ciepło tymi swoimi wielkimi niebieskimi oczyma.

– Spacer dobrze mi zrobi – powiedziała i obydwoje się roześmialiśmy.

Spacerować to można po parku, pod rękę i pod parasolką, a to tutaj przyjemnością na pewno nie jest. To ciężka i nierówna walka o przetrwanie.

Niespodziewanie podbiega do nas grupka umorusanych dzieciaków.

– Cukierek albo psikus! – zawołała dziewczynka, a jeden z chłopców pociągnął Annę za suknię.

– Oj, William, William, przecież to jeszcze nie Halloween – odpowiedziała moja żona ze śmiechem, ale wyciągnęła z kieszeni spódnicy słodkiego sucharka. – Proszę.

– Ja też, ja też! – odezwały się pozostałe dzieci. – Ja też chcę, ciociu, ja też!

– A magiczne słowo? – przekomarza się z nimi Anna.

– Cukierek albo psikus! – ze śmiechem odpowiedziały dzieciaki i pobiegły w stronę następnego wozu.

Szczerze podziwiam moją żonę. Jest zawsze taka promienna i tak łatwo nawiązuje kontakt z innymi. Ludziom zwykle wystarcza minuta rozmowy z Anną, jej uśmiech i ciepło spojrzenia, i już ją lubią. Jak to się stało, że ona w ogóle zwróciła na mnie uwagę? Ja nigdy nie byłem taki otwarty. Tak naprawdę, wolałem być tylko ze sobą, no i teraz z żoną. Nigdy nie wychodziły mi dobrze pogwarki, pogaduszki czy jak im tam... A swoją drogą, skąd te dzieciaki czerpią tyle energii? Jesteśmy w drodze od ponad dwóch miesięcy, nie dojadamy, nie dosypiamy, cały czas w ruchu, a one ciągle mają siłę na bieganie i psikusy!

Pewnie dlatego, że nie wiedzą, ba, w ogóle nie myślą o tym, co może się stać, co może pójść nie tak. A takie myślenie i martwienie się naprawdę osłabia. Ja sam przecież jestem bardziej znużony planowaniem i przewidywaniem czy wystarczy nam wody do następnej rzeki, niż samym marszem. To jest właśnie ten ciężar, który muszę nieść codziennie. Ale najbardziej ciąży brak pewności czy podjąłem dobrą decyzję dla naszej rodziny. To jest dla mnie najtrudniejsze i nikt mi na to pytanie nie odpowie!

– Wszystko będzie dobrze – powiedziała do mnie w tym momencie Anna, głaszcząc się jednocześnie po brzuchu. – Przecież czeka tam na nas nowe, lepsze życie, prawda, Mark?

– Tak, Anno – uśmiechnąłem się i też głaszczę ją po pokrytych rdzawym pyłem włosach.

Zachód. Tak, tam czeka na nas Zachód... Kraina nieprzebranych możliwości, spełnionych marzeń, złota i przygód. I ziemi, która podobno leży odłogiem i czeka na nowych właścicieli. Jeszcze tylko kilka setek mil i będziemy w nowym domu. Który najpierw sami musimy sobie zbudować.

Przypomniała mi się nasza rozmowa, gdy planowaliśmy z Anną tę wyprawę. Wtedy jeszcze myśleliśmy, że nasze pierwsze dziecko urodzi się już w nowym świecie. Stało się jednak inaczej i mam nadzieję, że naprawdę wszystko pójdzie dobrze. Zrobiło mi jakoś lżej i łatwiej, jak zawsze gdy Anna szła obok mnie. Mogłem sobie na nią zerkać i nie miałem już ochoty na rozglądanie się dookoła – wszędzie i tak tylko czerwony piasek, kamienie, czasem w oddali pojedyncze skały. Jeszcze gdzieniegdzie kępki suchej trawy. I tak po horyzont. To było trudne i zniechęcające, aż musieliśmy co i rusz przypominać sobie nawzajem, że za tą suchą i jałową krainą czeka na nas żyzny raj.

Anna chyba też się rozmarzyła, bo nie zauważyła sporego kamienia i się potknęła. Nie jęknęła, nie wydała z siebie żadnego dźwięku, jedynie przytrzymała się wozu, zanim ja zdążyłem cokolwiek zrobić. I nie umknęło mojej uwadze, jak czujnie zerknęła na mnie, czy też to widziałem. Wiem, wiem, przyznaję się! Trzęsę się nad nią jak kwoka nad jajkiem albo jeszcze bardziej. A ona dla odmiany uważa, że i bez tego mam dosyć zmartwień. Stara się więc, jak może, nie okazywać żadnych słabości, by nie dokładać mi nowych.

Jednak to jej potknięcie wyrwało mnie z marzeń o krainie mlekiem i miodem płynącej, która czeka na nas na krańcu świata. Znowu zacząłem się martwić, czy aby na pewno dobrze robimy... Przecież zaledwie cztery lata temu przypłynęliśmy do Ameryki, pełni nadziei na nowe życie. I wiary, że tu będzie nam lepiej. Rzeczywiście, wszystko było ciekawe i inne: miejsca i ludzie, ale łatwo nie było. Przez pierwszy rok uczyliśmy się tutejszych zwyczajów i języka. Było trudno, ale zawsze mogliśmy na sobie polegać. Przez kolejny rok próbowaliśmy żyć już nowym życiem i staliśmy się obywatelami Stanów Zjednoczonych Ameryki. Wszystko szło zgodnie z planem i życie nadal toczyłoby się spokojnie, gdyby brat Anny nie nasłuchał się opowieści o Zachodzie. Zawsze był nieokiełznany, więc i tym razem wpadł na pomysł, że tam pojedzie. Wyruszył z grupką kilku innych śmiałków na zachód. Długo nie mieliśmy od niego żadnych wieści, dopiero po trzynastu miesiącach przyszedł list z pochwałami na cześć Ameryki i jej drugiego krańca. Według brata Anny, tam wszystko było możliwe, ludzie bogacili się przez sen, a fortuny same wyrastały w przeciągu nocy. O tym, że czasami jedna noc też wystarczała, by ludzie stracili nie tylko fortunę, ale i życie, brat Anny nie napisał. O tym dowiedzieliśmy się po czasie sami.

W Chicago byliśmy już urządzeni. Może bez wygód, ale nasze życie było spokojne i pewne. A tam? Tam musielibyśmy zaczynać wszystko od nowa. Chociaż nie kryję, że ten Dziki Zachód kusił nas i wabił. Annę mniej, szczególnie gdy zorientowała się, że oczekuje naszego pierwszego dziecka... Znała mnie jednak dobrze i wiedziała, że będę chciał spróbować. Ukryła więc przede mną, iż jest przy nadziei, spakowaliśmy nasz dobytek i wyruszyliśmy. Wraz z grupką innych śmiałków, głównie naszych sąsiadów, utworzyliśmy kawalkadę dziesięciu wozów i wyruszyliśmy w podróż do naszej ziemi obiecanej.

Do dzisiaj pamiętam i nigdy nie zapomnę tego uczucia, gdy już w trasie, chyba po trzech tygodniach czy pięciu, do tego gdzieś na środku kamiennej pustyni, Anna powiedziała mi, że spodziewa się dziecka. Byłem szczęśliwy i przerażony zarazem! Bałem się, lecz jednocześnie miałem przeczucie, że będzie dobrze. I że to będzie córka. Wcale nie chciałem pierwszego syna. Może kiedyś, ale teraz marzyłem o małej dzielnej dziewczynce, której damy na imię Hope. Nadzieja. Wyrzucam sobie tylko, dlaczego wcześniej się nie zorientowałem, że Anna jest przy nadziei! Przecież to nie stało się wczoraj!

Moja żona znowu się potknęła, ale tym razem nie udawałem, że uszło to mojej uwadze.

– Anno, wsiadaj do wozu. Wystarczy ci na dzisiaj przechadzek po świeżym powietrzu – uśmiechnąłem się do niej groźnie i czule.

Bardzo ją kocham. Aż czasem się wstydzę, że tak bardzo...

Rozdział 2

Wtedy był to tylko sen.

Barwny, ciekawy, ale kompletnie bez związku z moim ówczesnym życiem. Nawet mnie trochę złościł jego główny bohater, bo ja wówczas nie miałam zupełnie pomysłu, co chciałabym robić w swoim dorosłym życiu. Tak jakby z rozpędu zdałam na uniwersytet, na lingwistykę kognitywną. Uznałam, że nawet gdybym później chciała robić coś zupełnie innego, na pewno na tym nie stracę. Języki obce warto jest znać, nigdy bowiem nie wiadomo, kiedy i gdzie się przydadzą. Podstawowym językiem na moim wydziale był angielski, a ja dodatkowo uczyłam się francuskiego, a później jeszcze innych języków. I rzeczywiście, każdy z nich mi się przydał, ale to już dużo później...

Pierwszy rok studiów upłynął mi bardzo szybko, bo nie tylko na studiowaniu, ale także (a może przede wszystkim) na intensywnym przeżywaniu miłości. A raczej zauroczenia połączonego z totalną i absolutną symbiozą z obiektem mojego uczucia. W moim wykonaniu był to totalny i wyjątkowo bezmyślny amorfizm, automatyczne przejęcie i przyjęcie zainteresowań oraz innych cech obiektu moich westchnień. Myślę, że przynajmniej raz w życiu każda kobieta przeżywa taki okres. I lepiej dla niej, by odbyło się to wcześniej niż później, żeby miała to już za sobą i mogła ruszyć dalej. To po prostu trzeba przetrwać, przeżyć i uodpornić się, jak na chorobę zakaźną wieku dziecięcego, na przykład ospę lub świnkę. Raz w życiu, najlepiej łagodnie, i nigdy więcej...

Na moje szczęście, ten mój amorficzny studencki związek był platoniczny – zaczął się i skończył w fazie pierwszej, czyli na tak zwanym etapie rozpoznawania terenu. I przeciwnika, a konkretnie zapalonego taternika, Tomasza. To uczucie, jako że było wyjątkowo intensywne, trwało bardzo krótko, choć sporo mnie kosztowało. Już po tygodniu znajomości zakupiłam profesjonalny (i odpowiednio drogi) sprzęt wspinaczkowy oraz byłam gotowa poświęcić swoje własne wypielęgnowane paznokcie dla ukochanych skałek wybranka. Płomień uczucia przetrwał nieco dłużej niż moje paznokcie, bo prawie cztery miesiące. Najpierw przygasł przy okazji pierwszego wywieszenia się tak zwaną dupą w luft. Moją dupą, a raczej głową w dół, co było jeszcze gorsze. To miało być moje pierwsze, samodzielne i dziewicze, zejście ze skały. Niestety, zakochany Tomasz patrzył mi chyba w oczy lub w inne części ciała, zamiast dopilnować prawidłowego zapięcia uprzęży. Gdy więc tylko zaczęłam schodzić po ścianie, zadziałała grawitacja i lina asekuracyjna odwróciła mnie do góry nogami, czyli właśnie głową w dół. Stało się to nagle, a ja w tej pozycji przeleciałam kilka najdłuższych metrów w moim życiu. Po czym zawisłam nad przepaścią, ciągle z głową skierowaną ku ziemi oddalonej o jakieś czterdzieści metrów. Trwało to najwyżej parę sekund, ale wystarczyło na podjęcie decyzji, że to był mój pierwszy i ostatni raz. Nigdy więcej. Zostałam wciągnięta z powrotem do góry przez przerażonego i skruszonego Tomasza. Już na twardym lądzie, bo na szczycie skały, wyzwoliłam się z feralnej uprzęży i pożegnałam ze sportem wspinaczkowym. Na razie tylko ze sportem, bo Tomaszowi wspaniałomyślnie dałam drugą szansę.

Pojechaliśmy razem na sylwestra, oczywiście w góry, on fundował i wszystko załatwiał. Miało być romantycznie: śnieg, gwiazdy, schronisko na szczycie i nasza pierwsza wspólna noc. Ta prawdziwie pierwsza noc... Niestety, już początek naszej podróży nie wróżył szczęśliwego zakończenia, ale wtedy zignorowałam te przeczucia. Tomasz spóźnił się na spotkanie ponad dwie godziny, po czym po kolejnych trzech, już w trasie, złapaliśmy gumę. A raczej opona w naszym samochodzie pękła, zapas okazał się dziurawy i musieliśmy szukać wulkanizatora w pobliskim miasteczku. Minęła kolejna godzina i wtedy niespodziewanie zabrakło nam benzyny, a na stacji benzynowej musieliśmy czekać, aż nocna zmiana zmieni tę dzienną. Noc była wyjątkowo mroźna, ja byłam zmęczona i śpiąca, lecz ciągle jeszcze liczyłam na to, że romantyczny pobyt w górach wynagrodzi mi wszystkie trudy podróży. Gdy wreszcie dojechaliśmy na miejsce, była trzecia nad ranem. My zmordowani, usmarowani i spoceni, bo po drodze musieliśmy zakładać łańcuchy na koła, gdyż szczyt góry okazał się bardzo wysoki. I śliski. Ja marzyłam jedynie o ciepłej kąpieli i łóżku, ale takim wyłącznie do spania, z miękką poduszką i cieplutką kołderką. Okazało się jednak, że schronisko już spało i było zamknięte na cztery spusty. Nikt nie słyszał naszego walenia w drzwi, a telefony komórkowe nie miały zasięgu.

Muszę przyznać, że Tomasz stanął wtedy na wysokości zadania, a konkretnie pod ścianą z największą ilością okien i po prostu zaczął wrzeszczeć. Przeraźliwie i głośno.

– Andrzej Melon! Andrzej Melon!

Tak ponoć nazywał się kierownik schroniska, z którym mój chłopak ustalał szczegóły naszego sylwestrowego pobytu. Minuty mijały, Tomasz darł japę, ja próbowałam nie zamarznąć, siedząc w samochodzie. Po jakichś dwudziestu minutach krzyków, walenia w drzwi i rzucania coraz większymi kamykami w okna, w jednym z nich zapaliło się wreszcie światło. Andrzej Melon się obudził. I nie tylko on, ale o tej porze nocy i przy mocno ujemnej temperaturze otoczenia po prostu nam to zwisało. Moglibyśmy obudzić pół miasta Zakopane, byle tylko zostać wpuszczonym do środka, do ciepłego budynku.

Niestety, nie czekał tam na nas żaden pokój, a kolejne rozczarowanie. Wszystko było zajęte, natomiast Andrzej Melon nie kojarzył ani Tomasza, ani żadnej rezerwacji. W ogóle słabo kojarzył i wyglądał na mocno wczorajszego... Chciało mi się wyć z zimna i ze zmęczenia, a przede wszystkim z bezsilności.

Musiałam wyglądać bardzo biednie, gdyż kierownik Melon wreszcie się nad nami zlitował.

– No, dobra, jest jeden pokój, ale nie do końca sprawny – wyznał.

– Co to znaczy „nie do końca sprawny”? – przejęłam inicjatywę.

– No... mieliśmy małą awarię hydrauliczną i jest trochę jakby... nie do końca suchy. To znaczy mokry – wyjaśnił, niczego nie wyjaśniając.

– Ale łóżko jest suche? – dopytywałam zdesperowana.

– Łóżko akurat tak – zdecydowanie potwierdził Melon. – Chodźcie, pokażę wam.

Byliśmy tak skonani, że gotowi spać nawet na korytarzu. Byle w cieple, przy kaloryferze.

Kierownik Melon nie kłamał. Łóżko było suche, ale już wykładzina podłogowa chlupała nam pod nogami. I śmierdziała jak skunks. Wyboru wielkiego nie było, więc zostaliśmy. W ubraniach padliśmy na suche łóżko i spaliśmy tak do rana.

A rano, nie czekając na atrakcje sylwestrowe, wyjechaliśmy z gościnnego schroniska i wróciliśmy do Warszawy. Tam pożegnaliśmy stary rok oraz siebie nawzajem. Rozstaliśmy się z Tomaszem bez żalu i na zawsze. To właśnie od czasu tej przygody nie przepadam za wykładzinami podłogowymi i nigdy w życiu żadnej nie kupiłam.

Zaczęłam za to kolejny rok studiów i naukę języka duńskiego. I jeszcze norweskiego, i szwedzkiego. Wszak to ta sama rodzina języków skandynawskich, ale uczył nas Duńczyk. A właściwie Duńczyk po mamie, a po tacie – Anglik. Peter był w związku z tym niezwykle brytyjski i jednocześnie bardzo skandynawski. Ta mieszanka genów okazała się wyjątkowo egzotyczna i już po chwili, trwającej może tydzień, byliśmy w sobie zakochani. Dzisiaj nie jestem pewna, czy zakochaliśmy się w sobie, czy raczej w naszych różnicach kulturowych. Niezwykle fascynujących, więc na nudę nie mogliśmy narzekać. Peter mówił do mnie po angielsku, duńsku i szwedzku, a ja do niego po polsku. Ale gdy naprawdę czegoś od niego chciałam, to zawsze po duńsku lub po angielsku, bo to na niego działało. I to jak działało... Według Petera, miałam wyjątkowo gęsty seksowny akcent, więc o co bym wtedy nie poprosiła, zgodziłby się bez wahania!

Na nasze pierwsze wspólne wakacje pojechaliśmy na Bornholm. Prom, rowery, morze i inne piękne krajobrazy, kąpiele w morzu, oczywiście nago, i do tego seks w naturze. Jak w bajce, więc nasz romans kwitł i się rozwijał, a pierwszy rok naszego związku upłynął nam na nieustannym porównywaniu siebie i odkrywaniu różnic. Kulturowych, obyczajowych, językowych. To było ciekawe i podniecające, choć niestety, znowu nie ominęła mnie faza adaptacji i amorfizmu. Zaczęłam jeść angielskie śniadania, pić piwo, a raczej ale, chodzić do pubów, spać nago i korzystać z roweru jako podstawowego środka transportu. W tamtych czasach w Polsce nie było to jeszcze takie popularne, a nawet bywało wręcz niebezpieczne.

Drugi rok naszego związku był równie ciekawy, ale już nieco mniej sielankowy. Zrobiło się burzliwie, a ja uświadomiłam sobie, że wbrew składanym samej sobie obietnicom, znowu zaczynam robić rzeczy, których wcale nie lubię i nie mam ochoty robić. I które nie sprawiają mi przyjemności, a robię je wyłącznie ze względu na Petera. Do tego zdałam sobie sprawę, że zaczynam siebie oszukiwać. Że niby to lubię i bardzo mi to odpowiada...

Jednak któregoś dnia nie wytrzymałam. Kupiłam mleko i płatki kukurydziane, bo mój żołądek po prostu odmówił codziennego spożywania na śniadanie smażonych jajek, kiełbasek, pieczarek i pomidorów.

– Why darling? – zapytał czule mój Peter. – Dlaczego nie chcesz ze mną zjeść śniadania? Nie kochasz mnie już?

– Kocham, Peter, kocham, ale nie mogę jeść więcej tej smażeniny. Zrozum, kochany – tłumaczyłam się tak gęsto, jakbym co najmniej popełniła straszny nietakt lub wręcz wykroczenie.

– Wiesz, podobno moja mama również na początku nie mogła się przyzwyczaić, a teraz nie wyobraża sobie innego śniadania – przekonywał mnie mój ukochany.

– Okej, okej! Spróbuję, ale robię to tylko dla ciebie.

Uległam i zjadłam.

Wieczorem poszliśmy do pubu z przyjaciółmi Petera.

– Poproszę sok jabłkowy – zamówiłam.

– Dlaczego, darling? – usłyszałam znowu. – James ma dzisiaj urodziny, musimy wznieść toast za jego pomyślność!

Wzniosłam więc toast winem i mocnym piwem, a następnie zwymiotowałam w damskiej toalecie. Nic nie mówiąc Peterowi, nadal udawałam, że dobrze się bawię.

Parę dni później dostałam takiego ataku woreczka żółciowego, że przerażony Peter sam wezwał pogotowie. Po polsku!

Wylądowałam w szpitalu. Operacja, bolesna rekonwalescencja. Peter cały czas był przy mnie. Opiekował się mną i karmił kleikami, a do pubu zaczął chodzić sam. To znaczy z kolegami, ale już beze mnie.

Po tej przygodzie mój ukochany nadal jadał swoje angielskie śniadania, ale ja przestawiłam się na kleiki i inne płatki, a naszym jedynym wspólnym daniem pozostał tost z masłem. Do pubu Peter też już chodził sam, ja zaś niespodziewanie zdałam sobie sprawę, jak bardzo zaniedbałam swoich własnych przyjaciół. Przez ostatni rok stanowiliśmy tak nierozłączną parę, że ludzie po prostu przestali zapraszać nas solo. Zaczęłam się więc znowu spotykać z moimi dawnymi kolegami i poznawać nowych, chociaż piłam tylko kawę lub herbatę, względnie wodę. Żadnego alkoholu...

Nadal jednak byliśmy z Peterem razem i na kolejne wakacje pojechaliśmy do Anglii. Czułam się wyróżniona i zaszczycona, bo miałam poznać jego rodziców. I poznałam... Zostałam im przedstawiona jako „znajoma z Polski”, a całe oficjalne spotkanie trwało jakieś czterdzieści minut, z herbatą włącznie.

– How are you? – czyli klasyczne pytanie nie oczekujące odpowiedzi, sztywny uścisk dłoni i angielski powściągliwy uśmiech.

Po tym ekspresowym zapoznaniu oraz spełnieniu obowiązków rodzinnych pojechaliśmy dalej. Na rowerach, oczywiście. Nocowaliśmy w różnych Bed & Breakfast i innych podobnych nastrojowych miejscach. Niestety, pogoda tego lata również była bardzo angielska, bo przez większość dnia (i nocy) mżyło lub padał deszcz. W efekcie nieustannie byliśmy jeśli nie mokrzy, to przynajmniej wilgotni, ale Peterowi wcale to nie przeszkadzało. Po tygodniu jazdy na rowerze w tych zbyt ekstremalnych, jak dla mnie, warunkach atmosferycznych, dotarliśmy do miejscowości słynnej ze średniowiecznego zamku, który pomimo swoich lat i zawirowań dziejów, zachował się w bardzo dobrym stanie. Sam jego widok budził respekt i czuło się oddziaływanie wieków historii... Nieopodal zamku, w miejscu, gdzie niegdyś znajdowały się zabudowania gospodarcze, postawiono mały hotelik także w stylu „z epoki”, więc całość wyglądała jak z planu filmu historycznego. Wysokobudżetowego. Było to miejsce niezwykle romantyczne, ale jednocześnie niedogrzane i wilgotne. A może o to właśnie chodziło? Żeby lepiej wczuć się w ducha epoki? Ja jednak czułam się już tak przemoczona i zmarznięta, że zamiast tiulowej koszulki nocnej, zdesperowana wyciągnęłam z torby cieplutkie milutkie dresy. Nastrój nastrojem, ale zapalenia płuc ryzykować nie chciałam.

– A to co, my dear?! – zawołał z obrzydzeniem mój ukochany Peter. – No way, nie ma mowy, ze mną w czymś takim spać nie będziesz!

Nie potrafiłam się oprzeć namiętnym argumentom, więc pierwszą noc spędziliśmy zgodnie z jego życzeniem. Nago, szczękając zębami pod cienkim kocykiem i próbując zasnąć. Co wcale nie było łatwe w tym historycznym zimnie. Próbowaliśmy się rozgrzać, kochając, ale też nam nie wyszło. Do udanego seksu potrzebne jest ciepło, każdy ekspert o tym wie.

Drugą noc przespaliśmy już oboje w dresach, a mnie zaczęły dręczyć dziwne męczące sny. Kamienne wilgotne lochy i uwięziona w nich młoda kobieta. Nie miałam pojęcia, o co chodzi, ale wyraźnie czułam strach. Tak właśnie poznałam Teodozję, jednak wtedy jeszcze tego nie rozumiałam. To przyszło kilka lat później.

W każdym razie z naszych drugich wspólnych wakacji wróciliśmy z Peterem przeziębieni i skłóceni. Jak się okazało, katar skutecznie przyspieszył moje procesy myślowe i dotarło do mnie, że różnice kulturowe mogą być interesujące i podniecające tylko wtedy, kiedy obie strony je akceptują. A przede wszystkim nie próbują zmieniać siebie nawzajem i na siłę, wbrew tej drugiej osobie. Niestety, w naszym związku to ja byłam tą stroną akceptującą mocniej.

Na studiach rozpoczął się kolejny semestr, nowe zajęcia, nowi ludzie, a dla wykładowców – nowe studentki. Także dla Petera. Młodsze, świeższe i w związku z tym wpatrzone w niego, jak ja niegdyś. Z kolei ja znowu zaczęłam sypiać w piżamie. Jak dawniej.

W święta próbowałam jeszcze ratować nasz związek, zapraszając Petera do moich rodziców, i przez chwilę miałam nadzieję, że się udało. Było miło, rodzinnie i świątecznie. Prezenty, uprzejmości, stymulujące rozmowy, w stylu porównywania polskich kolęd i angielskich Christmas Carols. Wypiliśmy trochę wina do świątecznego obiadu, więc mój brat uprzejmie zaproponował, że podrzuci nas do domu. A tam czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka. Zdecydowanie mniej świąteczna.

Wieczór był wyjątkowo jasny i ciepły jak na grudzień, więc gdy wysiadaliśmy z samochodu Marcina, od razu dostrzegliśmy jakąś sylwetkę czającą się pod drzewem. Na widok Petera owa sylwetka oderwała się od pnia i podbiegła do nas. To była kobieta, a właściwie jeszcze dziewczyna. Bardzo młoda, bardzo ładna i bardzo zapłakana.

– Peter, gdzie byłeś? – wyszlochała. – Ja tu czekam i czekam. Mieliśmy przecież pojechać do moich rodziców, a ty nawet telefonów nie odbierasz – teraz już wyła całkiem głośno.

Peter był wyraźnie zmieszany i próbował łagodzić sytuację ze swoim wrodzonym półbrytyjskim spokojem.

– Don’t worry, Monika, załatwimy to.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.