Dziewiąty Mag. Dziedzictwo. Tom 3 - A.R. Reystone - ebook + audiobook

Dziewiąty Mag. Dziedzictwo. Tom 3 ebook i audiobook

A. R. Reystone

3,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Ariel wycofuje się z aktywności w świecie dziewięciu miast po tym, jak zostaje pozbawiona pamięci. Amanda próbuje kontynuować misję matki, ale i jej zaprzysiężenie jest blokowane przez czarnoksiężników. Czas na ocalenie miast mija nieubłaganie - wąwóz, w którym uwięzieni są Rozpaczający, zaczyna się otwierać. Jeszcze chwila, a więźniowie opuszczą podziemia i zgładzą otaczający ich świat. Czy Ariel uda się w porę odzyskać świadomość?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 603

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 18 godz. 38 min

Lektor: Masza Bogucka

Oceny
3,7 (35 ocen)
14
7
6
6
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MonikaZ72

Z braku laku…

Przez dwa pierwsze tomy jakoś przebrnęłam, ale poziom psychodelicznej głupoty tej części mnie powalił. Mieszanie światów, namnażanie bohaterów, niezrozumiałe akcje i nielogiczne zachowania głównej bohaterki powalają na kolana, a mnogość zmartwychwstań zawstydziła by samego Jezusa.
00
masza186

Nie polecam

Trzeci tom 😭 jedna gwiazdka to za dużo. Totalna porażka. Autorka chciała jakoś dokończyć. Nie wiadomo po co, i aż tyle stron? Przerzucałam strony, aby zobaczyć zakończenie. Epilog? petarda😂 do tej pory nie mogę dojść do siebie 😲😂😭
00
Asiorek71

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00

Popularność




A.R. Reystone

Dziewiąty Mag. Dziedzictwo. Tom 3 

 

Saga

Dziewiąty Mag. Dziedzictwo. Tom 3 

 

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2022 A.R. Reystone i SAGA Egmont

© A.R. Reystone/ Syndykat Autorów - Agencja Literacka i Scenariuszowa, 2021 

Wszystkie prawa zastrzeżone

 

ISBN: 9788728247525 

 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

 

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

 

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Adriana

Prowadzenie księgarni. Czy rzeczywiście o tym marzyła? Lubiła książki, fakt, jednak co innego rozsiąść się w fotelu i zagłębić w intrygującej fabule, a co innego spędzać całe dnie w stertach faktur, opłat, zamówień i zwrotów. No i jeszcze to ciągłe wysłuchiwanie narzekań pracowników i marudzenia kontrahentów, a na dodatek walka o utrzymanie się na rynku, co w dobie ogólnoświatowego kryzysu przypominało nieco mission impossible. Na szczęście jej biznes – co było nieco zastanawiające – z jakiegoś powodu prosperował bez problemów. Jednak w roli bizneswoman nie czuła się zbyt komfortowo, więc właściwie po co jej to było?

„Przestań stękać, Addie” – pomyślała i bardzo starannie poprawiła makijaż, przeglądając się w monitorze laptopa, który dzięki kamerce posłużył jej jako lustro. Potem, popijając kakao, zaczęła sprawdzać finanse firmy. – „Praca jak każda inna. Pozwala ci opłacać rachunki, więc nie jęcz, kobieto. Jezu, zaczynam się zamieniać w zrzędliwą staruszkę” – skarciła się w myślach, lecz natychmiast przypomniała sobie pewną uroczą starszą panią, która regularnie przychodziła do jej księgarni i zabawiała pracowników anegdotami z czasów młodości. Uśmiechnęła się na to wspomnienie i już wiedziała, co lubi w swojej pracy. Pogawędki z klientami i to nieco nudne poczucie spokoju oraz bezpieczeństwa, gdy przechadzała się między regałami uginającymi się od książek. No i o tamtej starowince z całą pewnością nie mogła powiedzieć, że jest zrzędliwa.

– Addie – wyrwał ją z zamyślenia cichy głos. W drzwiach pakamery pojawiła się głowa Helen, młodej, energicznej sprzedawczyni i jednocześnie wspólniczki. – Terminal do kart kredytowych się zepsuł, ale już zadzwoniłam do serwisu. Aha, mówiłaś, że masz pomysł na nowy wystrój witryny. No to czekam…

– A tak, kompletnie zapomniałam, już idę.

Po chwili urządzanie okna wystawowego tak bardzo ją wciągnęło, że zapomniała o całej biurokratycznej mordędze związanej z prowadzeniem firmy i własnych kłopotach z pamięcią, a nawet o nawiedzających ją dziwnych snach. Jej uwagę zaprzątnęły niepodzielnie książki, lecz kiedy ostatni klient wyszedł, światła pogaszono i lokal zamknięto, a ona sama jechała pustym autobusem do domu, złapała się na myśli, że to nie jej czas i miejsce. Znowu.

„Co się ze mną dzieje, do licha? Mam fajny dom, stałą, dającą przyzwoity dochód pracę, a ciągle myślę, że to wszystko nie tak. Że to nie moje życie. Że jestem tu przez pomyłkę albo za karę i powinnam być teraz gdzie indziej, robić kompletnie coś innego. Jednak co by to miało być? Niee, to muszą być skutki urazu po pożarze poprzedniego domu. No i jest przecież Marc. – Uśmiechnęła się na myśl o mężu. – To świetny facet, a ja zanudzam go opowiadaniem swoich snów, narzekaniem, jak mi źle. Trzeba przyznać, że ma do mnie anielską cierpliwość. Rodzina. Najwyższy czas ją powiększyć. Aż dziw bierze, że jeszcze nie dorobiliśmy się stadka małych rozbrykanych trolli albo chociażby jednego…”.

Coś za oknem autobusu przykuło jej wzrok. Jakaś kamieniczka na skraju miejskiego parku. Czemu wydała jej się znajoma?

„Te kolorowe szybki… Pod Krzywym Kogutem… Skąd znam tę nazwę?”.

Jej mózg intensywnie starał się rozwikłać zagadkę tego nagłego déjà vu.

– Przystanek końcowy! – usłyszała wołanie kierowcy. Rozejrzała się półprzytomnie niczym ktoś dopiero co wyrwany z głębokiego snu. – Przystanek końcowy, proszę pani!

– A tak, jasne, już uciekam.

Uśmiechem przeprosiła za swoją gapiowatość.

„Czas zacząć żyć tu i teraz – pomyślała – a nie fantazyjnymi snami. Twoja rzeczywistość czeka na ciebie w domu i jest to cudowna rzeczywistość, więc przestań bujać w obłokach, kobieto! Tak, normalna rodzina i stadko niesfornych szkrabów to jest to, czego mi trzeba, a nie żałosnych prób przypomnienia sobie czegokolwiek sprzed pożaru”.

Stanowczym ruchem złapała torbę z zakupami i wysiadła z jasno oświetlonego pojazdu wprost w objęcia nadciągającego mroku. Dwie ulice dalej widok białych ścian bliźniaka i dorodnego bzu zdobiącego solidnie przystrzyżony trawnik sprawił, że uśmiechnęła się bezwiednie. Pewnym krokiem przemierzyła podjazd, stanęła pod drzwiami i energicznie zastukała. W salonie paliło się światło, więc Marc pewnie oglądał telewizję. W oczekiwaniu, aż jej otworzy, wyjęła z torby butelkę wina, którym zamierzała go zaskoczyć.

– Addie? Zapomniałaś kluczy?

Pokręciła głową.

– Nie, skarbie. Ręce miałam zajęte tym. – Pokazała butelkę.

– Wino? W środku tygodnia? Coś świętujemy? – Zainteresował się.

– Tak jakby…

– A co takiego?

– Będziemy pracować nad nowym pokoleniem Bryantów, słonko – szepnęła mu zmysłowo do ucha, uśmiechnęła się, a potem zgrabnie wyminęła go w drzwiach. Pantofle poleciały w kąt przedpokoju. Addie ruszyła do kuchni z torbą pełną zakupów w jednej i butelką wina w drugiej ręce.

– Chwila, zdaje się, że to my, faceci, „robimy” dzieci kobietom, a nie na odwrót – odparł Marc ze śmiechem, podczas gdy ona rozpakowywała sprawunki.

– Jasne, skarbie, ale jak facet się do tego nie garnie, to trzeba przejąć inicjatywę. Zresztą jest równouprawnienie. – Pokazała mu język. – Aha, i nie chcę słyszeć, że mamy jeszcze czas i że nadal nas na to nie stać. Zmienisz zdanie, jak zobaczysz moją nową bieliznę. Za minutę chcę cię widzieć na górze. Czy ci się to podoba, czy nie, rodzina Bryantów dzisiaj się powiększy. Wolisz w sypialni czy w wannie? – Posłała mu jedno z tych spojrzeń, po których zawsze miękły mu kolana.

– Jesteś dziś mało pomysłowa, Addie, i rzekłbym, że popadasz w rutynę – zakpił. – No dobra, niech będzie sypialnia. Potem zobaczymy…

– Świetnie. Striptizem też nie pogardzę, ale na razie wystarczy, jak przyniesiesz z kuchni kieliszki. I pamiętaj: żadnych gumek. – Ruszyła w stronę schodów na pięterko.

– Wielkie nieba, kobieto! Gdzie się podziała twoja romantyczna natura? – zachichotał.

– Mój zegar biologiczny spuścił jej niezły łomot. – Wybuchnęła śmiechem.

Zaczęła wchodzić po schodach.

– I nie jesteś ani trochę zmęczona? Po tylu godzinach pracy?

– Marc, do diabła! Nie szukaj wykrętów, tylko… – usłyszał jeszcze, a potem rozległ się huk, krzyk, a na koniec przekleństwa i jęki. Wyskoczył z kuchni, lecz zanim zdążył dopaść do schodów i złapać kobietę, ta rąbnęła o najbliższą ścianę. – A niech to jasna cholera! – Pozbierała się z podłogi, usiadła na najniższym stopniu i zaczęła rozcierać poobijane ramię. – Właśnie romantyczna natura zemściła się na mnie za te szyderstwa. Pomożesz mi wstać? Kurczę, Marc, popatrz, wino szlag trafił. A miało być tak fajnie. – Westchnęła rozżalona.

Ujrzała przerażenie w jego oczach.

– Ar… Adriana, wino to najmniejszy problem. Pokaż! – rozkazał. – Pokaż mi tę ranę!

Rzeczywiście, upaćkana winem podłoga, schody, a nawet ściany oraz wszechobecne kawałki szkła były niczym w porównaniu ze sporych rozmiarów fragmentem butelki wystającym z drugiego ramienia Addie. Odwróciła głowę, żeby zobaczyć, o co chodzi.

– Ożeż… – zmieliła w ustach przekleństwo, wstała i skierowała się do łazienki. Zerknęła w lustro. Zatroskany mężczyzna i kobieta w koszmarnie ubabranej winem i własną krwią bluzce. Nie ucieszył jej ten widok. Skaleczone ramię pulsowało coraz mocniejszym bólem. Zacisnęła zęby. – No nic, bluzka też na straty, a tak ją lubiłam. Na dodatek będzie nowa blizna do kolekcji – mruknęła. – Marc, znajdź nożyczki i rozetnij to cholerstwo.

Błyskawicznie zrobił, o co prosiła. Strzępy bluzki wylądowały na podłodze. Addie odwróciła się plecami do lustra i spoglądając przez ramię, oceniła sytuację.

– To nie wygląda dobrze. Jedziemy do szpitala – zdecydował Marc i już po chwili słyszała, jak dzwoni po taksówkę.

– Poczekaj, może nie będzie trzeba. – Stęknęła, chwyciła szkło w dwa palce i powolnym, lecz stanowczym ruchem wyjęła je z rany. Niestety efekt osiągnęła jedynie taki, że teraz rana krwawiła znacznie obficiej. Ciepły strumień płynął wzdłuż ramienia, kropla za kroplą, rozbryzgując się na kaflach. Addie przyglądała mu się bez emocji.

„Gdyby to się przydarzyło Helen…” – Uśmiechnęła się ponuro na myśl, w jaką histerię wpadłaby jej wspólniczka.

– Addie, nie jesteś żadnym komandosem, żeby sobie samej zszywać rany. Koniec dyskusji. No, zobacz, jak to krwawi!

Marc błyskawicznie zrobił jej opatrunek uciskowy, pomógł się przebrać w czyste ciuchy i już po kilku minutach byli w drodze do szpitala. Ku irytacji męża Addie zdążyła jeszcze w taksówce poprawić makijaż…

*

Amanda

„Ciekawe, co się stało, że wzywają mnie tak nagle. I to tutaj, do sali obrad. Pewnie w końcu ustalili termin mojego zaprzysiężenia. No bo ile można czekać? Chyba wystarczająco dobrze się sprawdziłam jako zarządzająca miastem? Potem muszę pogadać z Cyrusem. Tak, on najlepiej się do tego nadaje. Komuś powinnam opowiedzieć o tym liściku, o Julienie, o tylu sprawach…” – pomyślała, gdy dotarła terminalem na miejsce. Jednak nie zdążyła się przywitać z Naczelnymi ani nawet rozejrzeć.

– Obidientia! – usłyszała głosy pięciu Głównych Magów, gdy wspólnie stanowczo i dobitnie wypowiedzieli zaklęcie wymuszające posłuszeństwo.

Poczuła się dziwnie słabo. Przed upadkiem uratował ją Celestyn, delikatnie sadzając w fotelu należącym do któregoś z Naczelnych. Kręciło jej się w głowie. Nic nie rozumiała. Skronie pulsowały żywym ogniem. Zdało jej się, że świat przesłoniła płynna krwistoczerwona zasłona, lecz nawet przez nią dostrzegła, że czarnoksiężnicy idą w jej stronę. Chciała się zerwać, uciec. Nie mogła.

– Amando – dobiegł ją głos Cyrusa, ale jakiś taki przytłumiony. Jakby go oddzielały od niej dziesiątki kurtyn. – Wybacz, że musieliśmy to zrobić. I wybacz, że robimy to…

Pięciu Głównych Magów położyło dłonie na jej ramionach i ponownie wspólnie wyszeptało:

– Reverso!

Jeszcze bardziej pociemniało jej w oczach. Od zawrotów głowy niemal ją mdliło. Coś działo się także z jej ciałem, lecz nie była w stanie przebić wzrokiem krwawej kurtyny. Bolały ją wszystkie kości, mięśnie i trzewia. Zasłona przed oczami zrobiła się rzadsza niczym rozcieńczona wodą krew.

– Reverso! Reverso! – powtarzali w nieskończoność Naczelni, a w jej uszach brzmiało to niemal jak pieśń żałobna.

Kurtyna krwi rozrzedziła się jeszcze bardziej, lecz mimo to dziewczyna nadal nic nie widziała, bo teraz w jej umyśle zaczęły pojawiać się obrazy z jej życia, tyle że niczym film odtwarzany w szybkim tempie od końca. Klatka po klatce, sceny mknęły z zawrotną szybkością. Równie szybko zmieniało się ciało Amandy. Już nie przypominała seksownej młodej kobiety w gustownym kostiumie, jaką jeszcze przed chwilą była. W ogromnym fotelu któregoś z Naczelnych Magów tkwiła teraz wystraszona szesnastolatka w spranych dżinsach…

*

– Addie? To znowu ty? – Brwi lekarza w izbie przyjęć szpitala miejskiego ułożyły się w pełne dezaprobaty znaki zapytania.

„O nie, tylko nie Jeffrey” – pomyślała na jego widok.

Jakimś cudem za każdym razem, gdy potrzebowała pomocy medycznej, trafiała na tego prześmiewcę. Jak na lekarza miał irytująco luzackie podejście do pacjentów. A może to dotyczyło tylko jej, bo był znajomym Marca jeszcze sprzed pożaru domu? Chyba wolałaby być anonimową pacjentką, może wtedy traktowałby ją poważnie i nie musieliby udawać, że się lubią.

Skrzywiła się, ale uprzejmie odpowiedziała:

– Cześć, Jeff.

– Co tym razem? Przemoc w rodzinie? – zażartował mężczyzna, odwijając bandaże i oglądając głęboką ranę.

– Nie. Jak to mówią w tandetnych romansach, zgłębialiśmy tajemnice alkowy – palnęła, nim zdążyła się ugryźć w język.

– Tajemnice czego?! – miała wrażenie, że brwi Jeffreya nigdy nie przestaną się podnosić i zatrzymają się być może dopiero gdzieś z tyłu głowy albo przynajmniej pośrodku starannie wypielęgnowanej płowej czupryny. – Z potłuczoną butelką w roli głównej? Addie, słyszałaś o czymś takim jak bezpieczny seks?

– Jasne! Tyle że wtedy nie zajdę w ciążę – zadrwiła, lecz mężczyzna tylko się uśmiechnął.

– Addie, dość! – Marc stanowczym gestem złapał ją za dłoń, zanim na dobre się rozkręciła. Zmarszczył brwi, a kobieta natychmiast zreflektowała się, że przesadziła. Tych dwoje wzajemnie się nie znosiło, a on musiał tkwić w środku tego pokręconego układu. – Słonko, chcemy ci pomóc, tak? Więc nam tego nie utrudniaj. Z góry wielkie dzięki.

Wzruszyła ramionami.

– No to do dzieła, doktorze House.

– Nazywam się Moritz, Jeffrey Moritz, i, uwierz mi, jestem bardziej profesjonalny niż ten cały przereklamowany, niedomyty House. – Jeff zaczął przygotowywać sprzęt chirurgiczny, zupełnie nie przejmując się jej dogryzaniem. – Dobra, co my tu mamy…

Dokładnie obejrzał ranę przez szkło powiększające.

– Odłamków nie widzę…

– Wyjęłam wielki kawałek jeszcze w domu. Reszta musiała wypłynąć razem z krwią. Wystarczy znieczulić lignokainą tu i tu – pokazała brzegi rany – i założyć parę pojedynczych szwów surgilonem. Może być rozmiar 2-0 lub 3-0, byle z igłą atraumatyczną, do tego surowica przeciwtężcowa i jakaś amoksycylina z kwasem klawulanowym i będę jak nowa… No co? – Umilkła, bo zobaczyła, że patrzą na nią z konsternacją.

– To może jeszcze sama się pozszywasz? – zakpił Jeffrey.

– Nie kuś – odparowała, kompletnie nie zwracając uwagi na coraz bardziej wkurzonego Marca. – Interesująca propozycja, ale, jak widzisz, mam tylko dwie ręce, z czego jedną niesprawną, i nie przypominam sobie, żebym miała oczy na plecach.

– Fakt, to ociupinę utrudnia sprawę. – Teraz on się odgryzł. – A tak w ogóle to myślałem, że jesteś księgarzem. Zmieniłaś profesję?

– Nie, tylko dużo czytam.

– Rozumiem. Skoro jednak to ja mam cię pozszywać, bądź tak uprzejma i nie ucz mnie mojego zawodu, a najlepiej byłoby, gdybyś przez następne dziesięć minut poćwiczyła mięsień okrężny ust.

– A po co?

– W razie gdyby lignokaina nie zadziałała…

*

– Surgilon? Surgilon?! Co to, do cholery, jest ten surgilon?! Skąd w ogóle znasz takie słowa?! I czy zawsze musisz być dla niego taka wredna? On się naprawdę starał! – naskoczył na nią Marc, gdy tylko wrócili do domu.

– Pozwolę sobie mieć odmienne zdanie, sądząc po tym, jak mnie źle znieczulił. A jestem dla niego wredna, bo on jest wredny dla mnie. Pewnie dlatego, że jesteś moim mężem, a nie jego!

– Co ty pleciesz?!

– Musisz mieć problemy okulistyczne, skoro nie widzisz, że twojego najlepszego przyjaciela Jeffreya ciągnie do ciebie, jak ćpuna do strzykawki! – rozkręciła się na dobre. – On zwyczajnie na ciebie leci, kretynie!

– Co za bzdury! Nawet nie zamierzam tego słuchać!

Zdecydowanym krokiem ruszył schodami na pięterko do sypialni. Kobieta zgrzytnęła zębami i pobiegła za nim.

– A surgilon, jeśli koniecznie musisz wiedzieć, to nici do szycia skóry! – wrzasnęła, doganiając go przed drzwiami. – I nie, nie chcę słyszeć, że „jestem księgarzem i mam spisywać swoje kolorowe sny”, bo obydwoje doskonale wiemy, że… że…

Na końcu języka miała stwierdzenie, że „to nieprawda”, ale Marc zerknął na nią przez ramię. Coś w jego spojrzeniu powiedziało jej, że nie powinna kończyć tego zdania.

– A teraz, jeśli pozwolisz, idę spać, bo jakoś przeszła mi ochota na płodzenie nowego pokolenia Bryantów! Jeszcze mogłoby być tak głupie i krótkowzroczne jak poprzednie! – ominęła go i zniknęła w sypialni.

Chwilę później drzwi otworzyły się jednak ponownie i w stronę mężczyzny poleciała pościel.

– Miłych snów, panie Bryant! – warknęła Addie i trzasnęła drzwiami tak mocno, że Marc kolejny raz ucieszył się z solidności ekipy remontowej, która odnawiała dom, zanim się tu wprowadzili. Teraz to on zacisnął szczęki, zadowolony, że Adriana skryła się w sypialni, bo chociaż oczywiście bardzo ją kochał, w tej konkretnej chwili udusiłby ją bez wahania, tak bardzo wkurzyła go kłótnią z Jeffreyem.

Mamrocząc pod nosem przekleństwa, powędrował do salonu.

„Jeffrey gejem? Większej bzdury, jak żyję, nie słyszałem! Addie gada tak tylko, żeby gadać. Zresztą Jeff to nie problem. To ona nim jest”.

Leżąc kolejną godzinę ze wzrokiem wbitym w jakieś nierówności na suficie, bił się z myślami. Addie, jej kłopoty z pamięcią, jej wizje… Wszystko to zaczynało go coraz bardziej niepokoić.

„ Ale jeśli przyznam, że… jej sny tak naprawdę mówią o… Tak, będzie jeszcze gorzej. Zacznie drążyć temat, szukać odpowiedzi. Przeszłość wróci. O spokojnym życiu będzie można zapomnieć”.

Natłok myśli nie pozwalał mężczyźnie zasnąć. Po kolejnej bezsennej godzinie bezszelestnie wsunął się do sypialni, a potem jeszcze ostrożniej pod kołdrę, i nieśmiało przytulił się do pleców kobiety. Leżeli tak dłuższą chwilę.

– Nadal gniewamy się na siebie? – usłyszał cichutki szept.

Odwróciła się do niego i zobaczył, że ma mokre policzki.

– Jasne, że nie. Mogę tu zostać czy mam wracać na kanapę?

– Już się bałam, że zostaniesz tam do rana… – Teraz ona wtuliła się w niego. – Mogę cię poprzepraszać?

– A ręka?

– Aż tak bardzo nie boli. Poza tym do tego, co chcę zrobić, ręce mi niepotrzebne. – Uśmiechnęła się filuternie, a on odetchnął z ulgą, że nawałnica, jaką sobie zafundowali, właśnie dobiega końca. – Pamiętasz, jaki jest najstarszy znany ludzkości sposób nagradzania bohaterów? – Ujrzała zrozumienie w jego błękitnych oczach. – A wspominałam już, że to też najprzyjemniejsza forma naprawiania błędów i przyznawania się do winy?

Oblizał usta, bo już dotarło do niego, co będzie dalej.

– Lubię, kiedy mnie przepraszasz. Bardzo…

*

Pociągnęła nosem i otarła łzy końcem rękawa. Spojrzała spode łba na pięciu mężczyzn.

– Wiesz, co zrobiliśmy – stwierdził Celestyn. Kucnął przy niej, spojrzał w zapłakaną twarz dziewczyny i poklepał ją przyjaźnie po dłoni. – Musieliśmy, Amando…

– Wcale nie!

– Musieliśmy – powtórzył łagodnie. – Wiemy, że rzuciłaś sama na siebie zaklęcie. Dzięki niemu dorosłaś i dojrzałaś niemal z dnia na dzień. I przyznaję, dzięki twojej pomocy pokonaliśmy Orianę, jednak teraz… Zrozum, nie wolno nam zaprzysiąc cię jako Naczelnego Maga. Nie przeszłaś Próby i tak naprawdę nie jesteś jeszcze dorosła. Nawet nie skończyłaś edukacji w Oazie Szkolnej. Musimy szanować nasze prawo, a ono mówi, że Naczelnym zostaje ten dorosły czarodziej, który pomyślnie przejdzie Próbę na Arenie.

Odpowiedziała mu cisza. Dziewczyna przestała płakać. Siedziała z opuszczoną głową, w milczeniu przetrawiając słowa Celestyna. Ciemne włosy całkowicie zakryły jej twarz, więc Naczelny mógł jedynie podejrzewać, jaka jest jej reakcja.

– Amanda, musieliśmy cofnąć twoje zaklęcia. – Zrobiło mu się żal tego dzieciaka. – Bezpowrotnie. Sprawić, że twoje ciało znowu będzie odpowiadać rzeczywistemu wiekowi. Drugi raz nie zdołasz powtórzyć tych zaklęć, więc proszę, nawet nie próbuj tego robić. Mocą magiczną należy posługiwać się bardzo ostrożnie i z rozwagą. Postanowiliśmy, że wrócisz do Oazy Szkolnej, a w stosownym czasie staniesz do Próby, i nie mam żadnych wątpliwości, że przejdziesz ją zwycięsko, a wtedy z wszelkimi honorami przyjmiemy cię do naszego grona.

– A jeśli nie zechcę…

– Stanąć do Próby? Cóż, nikt cię nie będzie zmuszał…

– …wrócić do Oazy Szkolnej?! – przerwała mu i spojrzała hardo w oczy.

Naczelni zamarli, widząc tak wielki gniew w tak młodej osobie.

– Amanda – odparł ze smutkiem w głosie Celestyn – rozumiem, że się gniewasz, ale proszę, nie idź w ślady swego wuja. Nie popełnij błędów Darrena. Był wielkim czarnoksiężnikiem i mógł wiele osiągnąć, ale zaprzepaścił to, ulegając gniewowi, grzesząc brakiem pokory, zrozumienia, pychą. Zaślepiło go poczucie swojej wielkości. Jesteś wyjątkowa, Amando, naprawdę…

„ Kurczę, gdzie ja to już słyszałam?”.

– Będziesz wspaniałą Naczelną – kontynuował Celestyn – jednak pamiętaj, że nikt, zwłaszcza Naczelny, nie stoi ponad prawem, a to prawo pozwala ci przejść Próbę, ale dopiero wtedy, gdy będziesz pełnoletnia. Uszanuj je, jeśli chcesz, żeby mieszkańcy zaaprobowali i uszanowali ciebie.

Spojrzał w czarne, jakże podobne do Darrenowych, oczy Amandy i niepokój zagościł w jego sercu.

– Proszę, nie stań się kolejnym Darrenem… – Sam się zdziwił słowami, jakie wyszły z jego ust.

Spojrzała na niego tak, że ciarki przeszły mu po plecach. Gdzieś w głębi jego serca, paskudne podejrzenia, niczym trujące zielsko, zasiały się i zakwitły.

„Czyżby to dziecko…?”. – Zaniepokojony, nie dokończył myśli.

Jako jedyna nigdy nie przeszła oficjalnej próby kontaktu ze smokiem, a więc nikt nigdy nie sprawdził w ten sposób jej magicznych mocy. Czy będzie zagrożeniem dla miast, mimo że tak dzielnie o nie walczyła…?

– Nie truj! – Ciemne oczy dziewczyny stały się teraz niemal czarnymi bryłkami lodu. – Doskonale wiesz, że bez mojej pomocy Oriana nadal panoszyłaby się tutaj. Wiesz również, że prawo można zmieniać. Udowodniła to moja matka. Celestyn, ty po prostu nie chcesz, żebym była Naczelną, bo biję was wszystkich na głowę swymi umiejętnościami. Prawisz mi morały o manii wielkości, pysze, braku pokory, podczas gdy zżera cię zwykła, podła zazdrość? A fe, nieładnie! – Pogroziła mu teatralnie palcem.

– Amanda, dość! – rzucił ostro Cyrus i dopiero to sprowadziło rozgorączkowaną pannicę na ziemię. – Rozumiemy, że jesteś na nas zła, lecz kiedy wszystko przemyślisz, pojmiesz, że nie mogliśmy postąpić inaczej. Oczekujemy, że jako kandydatka na Naczelną będziesz respektować prawo dziewięciu miast. Choćby przez wzgląd na matkę… – Spojrzał na nią wyczekująco.

Zacisnęła szczęki. Wściekłość ukryła pod opuszczonymi powiekami. Na twarzy jednak nie pojawiły się już żadne emocje. Zmusiła się jedynie do skinienia głową, że rozumie Cyrusa, co nie znaczy, że się z nim zgadza.

– Świetnie. Nie zwlekajmy więc. Amanda, nie widzę twojej Bransolety. Załóż ją, proszę.

Wyjęła z kieszeni niewielką bransoletkę i posłusznie zacisnęła na lewym nadgarstku.

– Wrócę teraz z tobą do ratusza i spakujesz swoje rzeczy. Potem pomogę ci przenieść się do Oazy – powiedział Cyrus do dziewczyny. – A my – skinął kolegom głową – widzimy się za tydzień, tak jak było ustalone.

Odpowiedziały mu poważne spojrzenia pozostałych Naczelnych.

*

Stała samotnie pośrodku przeszklonego gabinetu w ratuszu, z którego Irfan zdążył już usunąć pozostałości Juliena. Jeszcze godzinę temu ten gabinet razem z resztą apartamentu Naczelnego należał do niej. Zamieszkała w nim tuż po zwycięstwie nad Orianą. Zdążyła się tu zadomowić, rozgościć i urządzić po swojemu. Teraz równie nagle miała go opuścić. Pierwsze emocje minęły. Już się nie wściekała. O dziwo, nawet rozumiała, czemu to zrobili.

„Jestem tak samo impulsywna jak mama. I tak samo jak ona kiedyś – samotna… To źle. Muszę się nauczyć kontrolować emocje. Gniew jest złym doradcą – pomyślała. – Ale Oaza Szkolna to jakiś dramat. Nie, nie mogę do niej wrócić. Strata czasu. I tak niczego więcej się tam nie nauczę”.

Poza tym to oczywiste, że będą kontrolowali każdy jej krok, a ona nie chciała mieć nadzorców.

Przyjrzała się miastu, które – odnosiła wrażenie – znała i kochała od zawsze. Z tego piętra roztaczał się najpiękniejszy widok. Co z tego, że miała z powrotem ciało nastolatki? Pozostały jej umysł, wiedza i umiejętności dorosłej, wykształconej kobiety. Na szczęście Naczelni o tym nie wiedzieli.

„Tiaa… Dobrze, że nie mają też pojęcia, iż tak naprawdę niedługo powinnam mieć jedenaście, a nie jakieś szesnaście lat. Skończyli reverso za szybko, no ale co oni mogą wiedzieć o rozwoju nastolatek? Na dodatek są przekonani, że nie potrafię go odwrócić, i chwilowo niech tak zostanie”.

Uśmiechnęła się i pomasowała płatek prawego ucha. Zawsze tak robiła, gdy intensywnie nad czymś rozmyślała.

„A ja? Cóż, kiedyś, pewnego dnia, przypomnę sobie, skąd wiem to wszystko co wiem i umiem”.

Ta wiedza, którą przyswoiła sobie z woluminów w ratuszu w pierwszych dniach pobytu tutaj, była jedynie dopełnieniem tego, co już wiedziała. Ją samą zaskakiwała myśl, że całą niezbędną wiedzę przyniosła do tego świata, niczym kufer pełen mądrych ksiąg. Tyle że tym kufrem był jej własny umysł, a wieko mogło otworzyć się dopiero po przekroczeniu progu portalu.

„Półsny, półsłowa… Chryste, jak bardzo chciałabym wiedzieć, co to oznacza. Czemu te słowa mnie prześladują. Kiedyś się dowiem, ale teraz trzeba wiać. Wsadzą mnie do tej klatki mentalnej zwanej Oazą Szkolną, a tam zrobią mi pranie mózgu. Wypiorą z wiedzy i umiejętności. Nie dopuszczę do tego. Za nic”.

– Amanda. – Do gabinetu zajrzał Cyrus. – Spakowałaś się już? To chodźmy.

– Daj mi jeszcze sekundkę, wujku Cyrusie, dobrze? – zaćwierkała niczym posłuszne dziecko.

Skinął głową z uśmiechem, pewny, że sytuacja została opanowana. Po chwili dziewczyna zobaczyła przez szklaną ścianę, jak na korytarzu Naczelny przegląda zawartość jakiegoś kryształu pamięci i ustala coś z urzędnikiem.

„Tak, muszę to zrobić teraz”.

Rozejrzała się po gabinecie, zatrzymując dłużej wzrok na gablocie z rzeczami Xaviere’a.

„Nie, nie mogę ich wziąć. Jeszcze nie”.

Omiotła ostatnim spojrzeniem gabinet, a potem jej ciało zaczęła oplatać wydobywająca się znikąd zielona mgiełka. Amanda stanęła nieruchomo, skierowała wnętrze dłoni ku podłodze i zaczęła wypowiadać w myślach zaklęcie. Podłoga pod jej stopami zmatowiała, ściany również. Widząc spojrzenia zaskoczonych urzędników i Cyrusa, który pędem ruszył w stronę gabinetu, na jego oczach zdjęła z lewego nadgarstka Bransoletę i schowała ją do kieszeni. Po chwili zielony obłok pochłonął ją całkowicie.

*

Resztki zielonej mgiełki jeszcze nie zdążyły się rozwiać, gdy drzwi gabinetu otwarły się z hukiem. Stanęło w nich pięciu rozgniewanych Naczelnych, którzy chyba wyłącznie z tej okazji postanowili pobić rekord świata w błyskawicznej teleportacji. Jednak ich wściekłość była niczym w porównaniu z zaskoczeniem po wysłuchaniu relacji Cyrusa.

– A żeby to gnomy obesrały! – zaklął szpetnie Konstancjusz, Naczelny siódmego miasta, na co dzień dżentelmen. – Zwiała! Ta mała spryciula mimo naszych zaklęć tak po prostu zwiała. – Strzelił palcami. – I to z ratusza! Patrzcie, jaka cwana: nie użyła portalu, żebyśmy nie wiedzieli, dokąd zmierza. W dzisiejszych czasach teleportacja bez portalu! Czy ktoś tak jeszcze robi? Że już nie wspomnę o takim drobiazgu jak zakaz bezpośredniej teleportacji! Ale czy kobiety z rodu Odgeon w ogóle kiedykolwiek przejmowały się przepisami? A ty – warknął w stronę Teobalda, żywo gestykulując – mówiłeś, że moce nas pięciu są silniejsze niż jej potęga! I zobacz, ile są warte twoje teorie!

– Ja tylko twierdziłem, że prawdopodobnie i że…

– Na Wielkiego Xaviere’a, twierdziłeś, twierdziłeś! Należało się upewnić, a teraz co? Zobacz, jaki mamy pasztet z trolla! Mała groźna wiedźma poza kontrolą! Jakąkolwiek! Masz pojęcie, co to oznacza?! Nie wiemy ani gdzie jest, ani co zamierza zrobić. Nie wiemy nawet…

– Przestańcie! – huknął Celestyn. – Personel nas obserwuje! – Ponownie zmatowił zaklęciem podłogę i ściany gabinetu. – Nie czas na potyczki słowne. Musimy ją namierzyć i złapać.

– Świetnie, przyjacielu – wtrącił Cyrus – ale jak zamierzasz to zrobić? Zdążyłeś jej wszczepić nadajnik w tyłek czy wyślesz w pościg ptakosmoki tropiące? A nawet jeśli ją w końcu znajdziesz, to co dalej? Zmienisz w krasnoludzie łajno? – zadrwił. – Zamkniesz w lochu? Wybatożysz publicznie? A właściwie za co? Za to, że się wkurzyła na naszą niewdzięczność i sobie poszła? Każda rozumna istota tak właśnie by zrobiła.

– Dziękuję za ten sarkazm, kolego. Ludzkość wiele by straciła bez twoich cennych uwag – odgryzł się Celestyn. – Nie, nie zamierzam jej zamykać w lochu, choćby dlatego, że nim nie dysponujemy. Chcę ją natychmiast poddać próbie kontaktu ze smokiem i sprawdzić, czy nie jest zagrożeniem dla miast.

– A jeśli jest, zabijesz ją? – Cyrus nie dawał za wygraną. – Zabijesz córkę Wszechwidzącej Ariel, wnuczkę samego Wielkiego Xaviere’a?

– Domniemaną wnuczkę, przypominam ci. Tak, jeśli się okaże zagrożeniem – odparł spokojnie Celestyn.

Powaga, z jaką to wypowiedział, zmroziła pozostałych, lecz w tym momencie drzwi gabinetu otworzyły się ponownie. Tym razem stanął w nich Zorian, którego zaraz po wyjściu Amandy na naradę, wezwano z powrotem przez portal do koszar.

– Witajcie. – Pochylił głowę, zaskoczony, że widzi tylu Głównych Magów w tym miejscu. Naczelni odkłonili się. – Jeśli posiedzenie się skończyło, chciałbym porozmawiać z Amandą. – Poszukał dziewczyny wzrokiem.

– Nie ma jej – odparł Cyrus.

– A kiedy będzie? To dość pilne i muszę…

– W najlepszym razie za jakieś cztery, pięć lat – wszedł mu w słowo Celestyn.

– Celestynie, z całym szacunkiem, ale to nie pora na żarty. Amanda jest mi potrzebna. Mamy kłopot z Cro…

– Amanda została odesłana do Oazy Szkolnej – przerwał mu Celestyn i spojrzał znacząco na pozostałych Naczelnych – bo jest niepełnoletnia i nie przeszła Próby na Arenie. Stąd nie może pełnić obowiązków Naczelnego. Od dziś będzie ponownie jedynie dzieciakiem kontynuującym edukację. Jeśli więc masz jakieś problemy, zwracaj się z nimi do nas.

– Ooo… – wyrwało się elfowi. – No to mamy kłopot. Z Croyem coś jest nie tak. Chyba jest chory, nie chce nikogo innego widzieć. Już zdemolował boks i zeżarł dwa chochliki. Jak tak dalej pójdzie, będę musiał użyć ogłuszacza, ale to może rozwścieczyć pozostałe smoki. Musicie wezwać Amandę z powrotem. Tylko ona…

– Nie ma takiej możliwości. Zawołaj któregoś z tych przeszkolonych przez Ariel magmedyków. Coś jeszcze?

Generał dawno nie widział tak posępnych i zaciętych min. 

„Coś musiało się wydarzyć, ale co?” – pomyślał.

– Skoro taka jest twoja wola, panie… – Skłonił głowę i ruszył do wyjścia, ale nim tam dotarł, coś sobie przypomniał. – Aha, jeszcze jedno. Co z Julienem?

Odpowiedział mu szereg uniesionych ze zdumienia brwi.

– No, z Julienem! Nie powiedziała wam? Ożeż…!

– Jaśniej, generale! Kto i o czym miał nam powiedzieć? – Cyrus zmarszczył brwi.

– Amanda. Przed naradą był u niej przywódca Kamiennych Strażników, Julien. Zanim się rozpadł…

– Co?!

– No, zanim zamienił się w pył, powiedział, że Otchłań się otwiera, wyjdą Rozpaczający…

– Co takiego?!

– …i że on już nie jest przywódcą Kamiennych Strażników albo coś w tym stylu.

Teobald z wrażenia aż usiadł na pobliskiej kanapie.

– Zechcesz nas oświecić powoli i drobiazgowo? – zapytał, gdy odzyskał mowę.

Pięciu mężczyzn w skupieniu słuchało Zoriana i z każdą chwilą ich miny stawały się coraz bardziej ponure.

– No to mamy kolejny cuchnący pasztet z jeszcze większego trolla! – podsumował Teobald, gdy elf zakończył swą opowieść. – Co teraz? – Przyjrzał się uważnie kolegom. – Macie jakąś wiedzę na temat Strażników? Jakąkolwiek?!

– Pięknie! – prychnął Cyrus. – Mamy „cudowny” system edukacji, skoro nawet my sami nic o nich nie wiemy. Powiedzieć, że to kompromitacja, to nic nie powiedzieć!

– Nie przesadzaj – zripostował Celestyn. – Społeczeństwo wie tyle, ile trzeba, a my i tak o niebo więcej. Do tej pory nie było potrzeby zgłębiać tematu Strażników.

– No właśnie, Celestynie, do tej pory. Nawet nie wiemy, co oznaczają słowa Juliena. Że już nie wspomnę o takim drobiazgu jak brak Strażników w Kamieniołomach!

– Więc trzeba nadrobić zaległości. Nie widzę powodu do paniki – odparł Naczelny pierwszego miasta. – Dla ścisłości przypomnę szanownym kolegom, że do Otchłani wrzucane są trupy. Martwych więźniów nie musimy się bać. Co do żywych… Zorian, wyślij oddział i zakończ sprawę. Szybko i po cichu.

– Celestynie! Nie masz prawa!

– Mamy kolejną sytuację kryzysową, jeśli jeszcze tego nie zauważyliście. Zdaje się, że ta mała magiczna cwaniara w jednym miała rację: nasze prawo jest zbyt skostniałe i najwyższy czas to zmienić. Trzymaliśmy się go tak ściśle, że Oriana razem z Darrenem niemal obrócili w perzynę nasz świat! Drugi raz do tego nie dopuszczę! Zorian, słyszałeś! Szybko i po cichu. Wykonać!

Elf zacisnął zęby, ale pokłonił się i wyszedł.

– Teraz trzeba wydać oficjalny komunikat, a potem obmyślić, jak dyskretnie odnaleźć Amandę. Potomkowie Xaviere’a sprawiają naszej społeczności stanowczo zbyt dużo kłopotów…

*

Biura prasowe Naczelnych Magów informują, że Amanda Odgeon, domniemana córka Wszechwiedzącej Ariel oraz być może wnuczka samego Wielkiego Xaviere’a D’Orione, przynajmniej na razie nie zostanie zaprzysiężona jako Naczelny Mag. Nie udowodniono bowiem jednoznacznie jej pochodzenia, nie została też poddana zwyczajowej próbie kontaktu ze smokiem, a co najważniejsze, nie przeszła Próby na Arenie, a to podstawowy warunek, jaki zgodnie z obowiązującym prawem musi spełnić każdy czarodziej czy czarodziejka pretendujący do tego urzędu.

Jako niepełnoletnia czarownica, Amanda została odesłana do jednej z Oaz Szkolnych w celu kontynuowania edukacji, a dla zapewnienia jej ochrony przed natrętnymi mediami jej dane osobowe zostały zmienione. Jednocześnie Naczelni Magowie zapewniają, że jeśli po zakończeniu edukacji w Oazie Amanda Odgeon zechce stanąć do Próby i przejdzie ją pomyślnie, zostanie z wszelkimi honorami przyjęta do grona Naczelnych Magów. Naczelni Czarnoksiężnicy doceniają ogromne zasługi Amandy Odgeon w walce z Orianą oraz jej poplecznikami i ubolewają, że nie mogą jej zaprzysiąc natychmiast, jednak pamiętają o tym, że nikt, nawet ona, nie może stać ponad prawem. A teraz dalsze informacje…

– A to stare, wyleniałe gnomosraje! Takie pierdoły mogą zapodawać elfiątkom z syndromem zaniku umiejętności magicznych, a nie inteligentnym czarodziejom drugiego stopnia. Laseczka jest po prostu od nich lepsza, więc stare gnomy zazdrość zżera. Gdyby jej pozwolili, przeszłaby próbę koncertowo! – żachnął się młodzik wpatrujący się intensywnie w lustro informacyjne opodal sklepu Orestesa.

– Nie wiem, czy pamiętasz, Jake, ale kiedy ostatni raz wypowiedziałeś się w ten sposób o Naczelnym Magu, na twojej dupie zakwitły dorodne kaktusy. Stary, ty się normalnie prosisz o kłopoty! – zaśmiał się inny chłopak stojący tuż obok.

– Weź mi nawet nie przypominaj, dobra, Dan? Tydzień wyciągałem z tyłka te cholerne kolce! Tamten staruch chyba był psychiczny…

– A ja myślę, że miał rację. Trzepałeś bezmyślnie ozorem o kobitce, która potem stała się legendą. A on, zdaje się, ją znał. To było kosmicznie głupie. Należało ci się, brachu, i tyle. – Chłopak zachichotał. – Ciesz się, że cię nie zamienił w krasnoludzicę z jakiegoś lokalu do płatnych, prywatnych Losowań. Dopiero miałbyś problemy z tyłkiem!

– Tamten staruch ma całkiem niezły słuch, pamięć zresztą też, jeśli choć trochę was to obchodzi – usłyszeli głos za plecami. Błyskawicznie odwrócili się do mówiącego.

– Tylko nie kaktusy! – krzyknął Jake na widok Orestesa.

Okręcił się na pięcie i zaczął zwiewać w podskokach. Dan zrobił to sekundę wcześniej. Mężczyzna zaś westchnął z dezaprobatą, podrapał się po szyi, a potem pstryknął palcami, nawet nie patrząc na chłopaka. Ten natychmiast zastygł, potem jego ciało, niczym przyciągane niewidoczną liną, zaczęło sunąć w stronę Orestesa.

– Może i jesteś już czarodziejem drugiego stopnia i niedługo skończysz Oazę Szkolną, ale to nie zmienia faktu, chłopcze, że zachowujesz się, jak powiedział twój przyjaciel Dan, kosmicznie głupio.

Mężczyzna zerknął na przerażoną twarz młodzika, a potem na podejrzanie szybko powiększającą się mokrą plamę na jego spodniach.

– Tym razem ci daruję – mruknął – bo coś mi mówi, że w tej konkretnej sprawie możesz mieć rację. Teraz cię odczaruję, zanim całkiem zafajdasz gacie, ale na przyszłość radzę, żeby twój mózg pracował szybciej niż język, zrozumiałeś?

Jake potwierdził skinieniem głowy.

– Spokojnie, kaktusów nie będzie. Chodź, doprowadzisz się do porządku na zapleczu sklepu. To trochę obciach, żeby czarodziej drugiego stopnia latał po mieście w obeszczanych portkach. – Orestes poklepał przyjaźnie skołowanego chłopaka po plecach, a ten posłusznie poszedł za nim. – Renee! – zawołał stary, gdy dotarli na zaplecze.

Śliczna elfka niemal natychmiast wyrosła jak spod ziemi.

– Renee, pomóż temu młodzieńcowi. Zdaje się, że zbyt emocjonalnie przyjmuje wszelkie informacje przekazywane z ratusza.

Kobieta uniosła brwi z uprzejmym zainteresowaniem.

– Ech, Orestes, Orestes. – Pokręciła głową z dezaprobatą, widząc mokre spodnie chłopaka. – Zdaje się, że to raczej ty podchodzisz za bardzo emocjonalnie do swobodnego języka dzisiejszej młodzieży. Normalnie jesteś staroświecki i nietolerancyjny, wiesz? Co tym razem zrobiłeś temu dzieciakowi? Nie przejmuj się, mały – teraz uśmiechnęła się do Jake’a – ty miałeś sporo szczęścia, tylko puściły ci zwieracze. Ostatniemu chłopakowi posadził na tyłku kolonię kaktusów. Wiesz, jak szczyl zwiewał? I za co? Bo ośmielił się skrytykować jego ulubienicę, no wiesz, Ariel Odgeon… – ciągnęła, kompletnie nie przejmując się coraz głupszymi minami i sklepikarza i chłopaka. – Ech, Orestes, no kto wytrzyma z takim szefem jak ty? Na Wielkiego Xaviere’a, powinnam dostać medal za cierpliwość!

– Aj tam, dziewczyno! Nie truj jak grzybki halucynogenki! – burknął czarownik.

Podejrzanie szybko zniknął w swojej kanciapie. Po chwili jednak wylazł stamtąd, trzymając w rękach coś, co przypominało czarny namiot. Jake zerknął na niego z przerażeniem.

– Wiem, są świetne, ale nie rób sobie nadziei, tylko ci je pożyczam – zarechotał Orestes. –

Żebyś nie musiał świecić gołym zadkiem, dopóki twoje własne porcięta nie wyschną. – Podał chłopakowi spodnie. – A teraz leć za Renee. Jak znam tę elfkę, dopucuje twoje rzeczy na cacy, a kto wie, może nawet poczęstuje cię swoimi sławnymi kanapkami z indykiem. No, spadaj. Aha, zapomniałem powiedzieć, że te spodnie są robione na miarę i nie dopasowują się do noszącej je osoby, więc lepiej nie wyłaź w nich przed sklep! – zawołał jeszcze za oddalającym się chłopakiem, ale nie miał pewności, czy tamten go usłyszał.

*

Ratusz trzeciego miasta

Zorian dotarł do windy i zjechał nią kilka pięter niżej, gdzie znajdował się gabinet naczelnego mag-medyka trzeciego miasta. Generał zamierzał dowiedzieć się od niego, który z przeszkolonych przez Ariel medyków mógłby zająć się Croyem. Właśnie szedł przeszkloną wewnętrzną galerią, która oddzielała rdzeń ze świętą wodą od reszty budynku i prowadziła do gabinetów najważniejszych urzędników, gdy jego oczom ukazał się komiczny widok. Oto maleńki chochlik ciągnął o wiele za duży i ewidentnie zbyt ciężki dla niego wór. Szarozielone policzki istoty nabrały purpurowej barwy, a rzadkie rozczochrane włosy były mokre od potu. Chochlik nie dawał jednak za wygraną i zapierając się nóżkami oraz mrucząc pod nosem: „Dasz radę, Irfan!”, dzielnie kontynuował pracę. Zoriana zrazu ten widok rozbawił, lecz potem zirytował się, że nikt z personelu nie zwraca uwagi na harówkę chochlika ani tym bardziej nie zamierza mu pomóc!

– Co tam taszczysz, Irfan?

Chochlik złapał się za pierś i ciężko sapiąc, pokłonił się, a potem powiedział:

– Pani Amanda kazała Irfanowi usunąć z dywanu pozostałości Strażnika, więc Irfan posprzątał, a teraz wynosi brudy. – Znowu się ukłonił.

Zorian spojrzał ze współczuciem na stworzenie. Banalne polecenie Amandy najwyraźniej okazało się ponad jego siły.

– A dokąd go targasz?

– Naczelny mag-medyk, pan Wilton, wyraził chęć obejrzenia tego, co zostało po Strażniku.

Mam dostarczyć ten worek do jego gabinetu. – Słowom chochlika towarzyszył kolejny pokłon.

– Hm, Wilton zainteresowany zwykłym kamieniem, ciekawe… – mruknął Zorian. – Ech, Irfan, przecież mogłeś użyć czarów, zamiast się tak męczyć. Daj ten wór, pomogę ci. – I nie bacząc na swoją pozycję, złapał worek i mocno pociągnął, by zarzucić go na ramię.

Gabinet mag-medyka był niedaleko. Zorian nie widział potrzeby użycia czarów. Nie przewidział tylko, że będą potrzebne. Okazało się bowiem, że nawet tak potężnie zbudowany mężczyzna jak generał może przesunąć wór jedynie o kilka centymetrów. Ponowna próba podniesienia ciężaru również zakończyła się niepowodzeniem. Przez chwilę Zorianowi wydawało się, że na ciemnej tkaninie błysnął jakiś napis.

– Irfan, a co ty masz w tym worku? Na pewno tylko prochy Strażnika?

Mężczyzna spojrzał podejrzliwie na chochlika. Ten ukłonił się i szybko rozwiązał worek. Obaj zajrzeli do środka. Czarny połyskliwy pył, nic więcej.

– Dziwne – mruknął generał i jeszcze raz pociągnął tkaninę. Nadgorliwy chochlik ruszył mu z pomocą.

Po chwili ta cudaczna para wspólnie starała się przesunąć magiczne cholerstwo, zgodnie sapiąc i pomstując pod nosem. Niezależnie jednak od tego, jak wiele wysiłku wkładali w swe dzieło, wór dał się przesunąć jedynie o kilka kolejnych centymetrów. Po paru następnych minutach generała i chochlika wspomogło dwóch oficerów, którzy akurat znaleźli się w pobliżu. Ale gdy ani siłą, ani zaklęciami Zorian nie był w stanie ruszyć worka, wysłał innego oficera, by ten sprowadził któregoś z Naczelnych Magów. Zanim jednak Naczelny zdążył przybyć, trzech mężczyzn i chochlik podjęli jeszcze jedną desperacką próbę. Stanowczo o jedną za dużo. Potężne szarpnięcie rozdarło bowiem sfatygowaną już tkaninę i czarny pył eksplodował, pokrywając wszystko i wszystkich cienką warstwą brudu. Cztery ofiary niezamierzonego ataku Strażnika zgodnie zaczęły kasłać, krztusić się, przecierać załzawione oczy i soczyście kląć.

– A żeby to troll przeleciał… – zagrzmiał jeden z oficerów.

– …a krasnoludzica obszczała… – dodał drugi.

– …i gnomy obesrały! – zawtórował im Zorian.

– …a moja matka przytuliła! – dołączył do nich ochoczo Irfan.

Spojrzeli na chochlika z konsternacją. Dziwne przekleństwa mają te chochliki, lecz cóż trójka oficerów mogła o tym wiedzieć?

Zajęci doprowadzeniem siebie i otoczenia do jako takiego porządku nie dostrzegli, że czarne drobinki pyłu zaczęły – jakby obciążone niewidzialnym balastem – przesypywać się przez szpary w balustradzie galeryjki! Nie opadały jednak bezwładnie na podobieństwo rozpylonej mąki, lecz jeszcze w powietrzu ukształtowały się w chmurę przypominającą Kamiennego Strażnika skaczącego głową w dół do wody! To, czego nie dostrzegli oficerowie i generał, bardzo dokładnie obejrzała za to reszta urzędników, których zainteresowało poruszenie na galerii.

Wewnętrzne galerie wszystkich pięter ratusza zapełniły się tłumem magów i czarodziejek, którzy z rozdziawionymi ustami obserwowali niezwykłe zjawisko. W końcu i Zorian zauważył opadający w dół dziwny obłok.

– I jeszcze to! – Przeczesał nerwowo czuprynę. – Irfan – zwrócił się do chochlika – kiedy ten pył osiądzie, trzeba będzie posprzątać.

Pokazał tropikalny ogród z fontannami znajdujący się na najniższym, niedostępnym poziomie ratusza.

– Weź kilku chochlików do pomocy, ale dopiero wtedy, gdy zajrzy tam Naczelny i zbada sytuację. Aha, nie zapomnijcie o kombinezonach ochronnych! Ten pył… Hm, no w każdym razie jest dziwnie podejrzany.

– Tak jest, panie. – Irfan pokłonił się i odszedł.

Zorian zaś przechylił się przez balustradę i podobnie jak reszta urzędników zerknął w dół, żeby ocenić sytuację. I jemu szczęka opadła na widok dziwnej chmury. Wpadł w osłupienie, gdy zobaczył, jak po opadnięciu rozlewa się ona po dnie ratusza, a potem… zaczyna pęcznieć i zwiększać objętość niczym ciasto rosnące na niezłych drożdżach!

– Co, u licha?

– No właśnie, co? – usłyszał za plecami głos Celestyna. – Co wy tu wyrabiacie? Zorian, zechcesz mnie oświecić? Oficer plótł coś o jakimś magicznym worku. O co chodzi? – burknął Naczelny, bo czuł przesyt złych nowin jak na jeden dzień.

– W tym był Julien, a raczej jego prochy – odparł generał, wskazując resztki tkaniny u swych stóp. – Teraz jest tam – pokazał na tropikalny ogród w dole – i zdaje się…

Lecz w tym momencie przerwały mu wołania, a potem krzyki przerażenia ludzi stojących na najniższych piętrach ratusza. Po chwili Naczelny razem z Zorianem ujrzeli tłum wycofujący się w panice do wind…

*

Plac przed ratuszem – w tym samym czasie

Na stopniach pomnika Wielkiego Xaviere’a, niedaleko bazaru, przysiadł płowowłosy chudy chłopak. Mimo podanego przez ratusz komunikatu dotyczącego Amandy Odgeon nie dostrzegał żadnego zagrożenia, doszedł więc do wniosku, że może nieco odpocząć i przemyśleć sprawę. Otworzył paczkę przekąsek, którą chwilę wcześniej wyjął z leżącego u stóp plecaka, potarł palcami płatek prawego ucha i zamyślony sięgnął do środka.

„Co teraz? Zwiałam, ale co dalej?”.

No właśnie, kiedy w emocjach zastanawiała się, co robić, jej plan obejmował jedynie ucieczkę, a kiedy, o dziwo, to się udało, nagle okazało się, że nie ma scenariusza na „ciąg dalszy”. Amanda – bo to była ona – przyjrzała się ratuszowi.

„Mama wiedziałaby, co należy zrobić. Marcelina zresztą też… Fuj, ale syf! Co oni dodają do tych czipsów?!”.

Splunęła z obrzydzeniem i zerknęła na opakowanie. Coś, co wyglądało jak zwykłe czipsy i w tamtym świecie miałoby prawdopodobnie smak bekonu, tu nazywało się Chrupiący Jednorożec, jednak w niczym nie przypominało ani bekonu, ani tym bardziej jednorożca.

„Chrupiący Jednorożec? Chyba ich pogięło. Raczej powinni to nazwać Niedomyty Krasnolud”.

– Albo Gówno Trolla – zawtórował ze śmiechem ktoś za jej plecami.

No tak, zaklęcie adger. Z nowu zapomniała go użyć. Miała tylko nadzieję, że intruz nie usłyszał za dużo. Odwróciła głowę, żeby zobaczyć autora wypowiedzi, i ujrzała mniej więcej siedemnastoletniego chłopaka z jasnymi, przetykanymi gdzieniegdzie rudymi pasemkami, włosami. Oczy miał bardzo ciekawe: jedno mieniło się odcieniami szarości i błękitu, drugie szmaragdu i złota. Ciemne, stanowczo za duże spodnie trzymały się na nim chyba tylko siłą woli, bo paska nie dostrzegła. Za to T-shirt pasował idealnie, jedynie jego wściekle czerwony kolor, zdjęcie Nereta zionącego ogniem i napis „Nawet z najbardziej niepozornego jajka może się wykluć ktoś wielki” zwracały powszechną uwagę. Pomyślała, że musi go jak najszybciej spławić, jeśli nadal chce pozostać anonimowa.

– Zawsze podsłuchujesz innych? – burknęła.

– Oczywiście. Od czasu, gdy tylko moi rodziciele spłodzili mnie na prywatnym Losowaniu – zachichotał. – A jak już przyszłem na świat, to się zaczęło na całego! Jacobinus, ale możesz mi mówić Jake.

Wyciągnął rękę w geście powitania.

– Mówi się „przyszedłem”.

Rozbawił ją ten lekkoduch, więc uścisnęła jego dłoń.

– Oooo, językoznawcę tu mamy – gwizdnął. – I konesera żywności przetworzonej. Mogę? – Wskazał na czipsy i sięgnął po jednego. – To przedstaw się, geniuszu.

– Am… Ambernorryn – palnęła pierwsze z brzegu, a zarazem najbardziej kretyńskie imię, jakie przyszło jej do głowy.

– Młoody! Coś ty zrobił rodzicielom, że cię tak skrzywdzili? – zainteresował się Jake, przegryzając czipsa. – Rąbnąłeś po Losowaniu eliksir niepamięci i tatuś elf zapamiętał, że spłodził cię z krasnoludzicą? Dobra, spokojnie, tylko żartowałem. Będę do ciebie mówił Amber, zgoda? – dodał szybko, widząc purpurową z gniewu twarz Amandy. – A tak w ogóle, co tu robisz, Am, to znaczy Amber?

– Jestem na praktykach u jednego sklepikarza, ale to raczej nie twoja sprawa.

– Jasne. Ale skoro nie moja, to czemu się tłumaczysz? Nawiałeś. Z której Oazy?

– Spadaj przeprowadzać gnomiątka przez ulicę!

– Czyli nawiałeś.

– Co mam zrobić, żebyś się odczepił?

– Wielkie nieba, aleś ty nerwowy! Chciałem się tylko zaprzyjaźnić! – Szaro-niebiesko-szmaragdowo-złote oczy spojrzały na nią ze zdumieniem.

– To spróbuj z chimerą. Wersja dla mięczaków: kup sobie chochlika!

– Dobra, dobra, zrozumiałem aluzję. Nie miotaj się tak. Już sobie idę. – Zerknął na nią zdegustowany i pokręcił złotorudą czupryną. – Może faktycznie to był zły pomysł chcieć się zaprzyjaźnić z kimś bez poczucia humoru i wiedzy, że chochlików się nie kupuje…

Podniósł się, jednak natychmiast usiadł z powrotem i opuścił głowę.

– Oficer – syknął. – Koło straganu kwiaciarki. Musimy wiać, Amber. Serio, i to szybko!

Spojrzała w tamtym kierunku. W kolorowym tłumie złożonym z najdziwniejszych magicznych istot przechadzał się między straganami jeden z tych oficerów, których poznała, mieszkając z matką w koszarach. Z pozoru mogło się wydawać, że jedynie spaceruje, nonszalancko zagadując straganiarki i oglądając produkty, jednak Amanda dostrzegła, że spod lekko opuszczonych powiek bardzo uważnie lustruje otoczenie.

„Naczelni nie tracą czasu”.

Ale na wycofanie się bez zwrócenia na siebie uwagi było już za późno, bo z sąsiedniej ulicy wyłonił się inny oficer, dostrzegł pierwszego, pozdrowił go gestem i szybkim krokiem ruszył w jego kierunku. Amanda złapała Jake’a za rękę i żelaznym uściskiem przytrzymała, nim rzucił się do ucieczki. Drugą dłonią wykonała dyskretny gest.

– Amber, ty pomiocie fauna i ropuchy! Nogi ci powyrywam! – syknął Jake, lecz nie zdołał się ruszyć. W odpowiedzi uścisk Amandy tylko się wzmocnił.

Tymczasem oficerowie dotarli do pomnika, pod którym siedzieli nasi bohaterowie.

– …dali jakieś dodatkowe instrukcje? – dotarły do Amandy strzępki ich rozmowy.

– Tylko obezwładnić i dostarczyć, ale mamy być ostrożni i dyskretni. To bardzo utalentowany dzieciak. Wiele potrafi.

– No to się rozejrzyjmy. Dobrze, że wymyślono Bransolety Blokujące. Strach pomyśleć, co by było, gdyby każdy szczyl mógł rzucić dowolne zaklęcie, jakie mu się tylko spodoba – westchnął oficer, zerknął na Amandę… uśmiechnął się i powiedział: – Chrupiący Jednorożec nie jest najsmaczniejszy. Proszę spróbować Szponów Harpii. Nowość, ale mam nadzieję, że przypadnie pani do gustu.

Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Amanda roześmiała się zalotnie.

– Słyszałam o nich. Z pewnością spróbuję, skoro tak je pan zachwala, ale najpierw skosztuję tego. – I pokazała nieotwartą jeszcze paczkę czipsów, którą trzymała w ręku.

– Rudowłosy Błazen? Ciekawe. Jaki ma smak? – zainteresował się mężczyzna.

– Pająków w miodzie. Komuś, kto tak jak ja ma domieszkę krwi krasnoluda, smakują wybornie. Spróbuje pan?

Podsunęła mu paczkę pod nos. Wymalowana na opakowaniu mała postać w czerwonej koszulce i ciemnych portkach zerknęła na nią gniewnie.

– Pająki… – Oficer zaśmiał się nerwowo. – Nie, raczej nie, nawet jeśli są w miodzie. Proszę uważać, bo chyba… tego… no… są tuczące i…

– Zapłacili ci za reklamę żarcia, Scott? Na podryw będziesz miał czas po służbie. Pani wybaczy koledze… – pospieszył mężczyźnie z pomocą drugi oficer. Tamten skinął Amandzie głową, a ona bez mrugnięcia okiem uprzejmie się odkłoniła.

– Miała domieszkę krwi krasnoluda?! – usłyszała jeszcze, zanim oficerowie się oddalili. – Ożeż, nigdy bym się nie domyślił! Przecież ona musi być z czasów Losowań! Na Wielkiego Xaviere’a, kogo oni nam tam losowali?! A żeby to troll przeleciał!

Amanda uśmiechnęła się pod nosem.

„Oszukać was, panowie, to była bułka z masłem. No jeśli wszyscy w Korpusie są tacy łatwowierni, to nie dziwota, że Orianie i Darrenowi bez trudu udało się podbić miasta”.

Odczekała jeszcze chwilę, aż oficerowie znikną na dobre za najbliższym rogiem, i dopiero wtedy ponownie wykonała dyskretny gest, dzięki któremu – zamiast jasnowłosej kobiety trzymającej paczkę czipsów – pod pomnikiem na powrót siedziało dwóch młodzików.

– Jak to zrobiłeś, młody? – Jake z nerwów zaczął się jąkać. – Bransoleta Blokująca! Nie masz jej! Jak ją zdjąłeś?!

Taaak, Bransoleta… Dizajnerskie cudo zdobione miniaturkami magicznych stworzeń, wykonane ze srebra z domieszką tajemniczego metalu. Śliczne, lecz wnerwiające cacko, nie dość, że blokujące możliwość rzucania zaklęć, to jeszcze wszem i wobec informujące otoczenie, że nadal jest się jedynie dzieciakiem z Oazy, czyli kimś gorszym. Takie kajdany dla małolatów. Bransoletę wręczono Amandzie pierwszego dnia i nakazano nosić za każdym razem, gdy będzie opuszczać Oazę Szkolną. Dziewczyna szybko zrozumiała, do czego to czarodziejskie świństwo służy, i od razu wykombinowała, jak obejść szkolną procedurę jej zakładania. Stworzenie imitacji było takie proste, a wyprowadzenie w pole miłego, lecz naiwnego nauczyciela nadzorującego – jeszcze łatwiejsze.

„Tiaa, jakby pobył trochę z dzieciakami z mojej poprzedniej szkoły, szybko straciłby niewinność…”.

Amanda uśmiechnęła się na to wspomnienie. Dalej poszło już gładko. Brak Bransolety dawał nieograniczone i niczym nieskrępowane możliwości eksplorowania tego świata. Poniekąd właśnie złamaniu szkolnego regulaminu miasta zawdzięczały ocalenie, bo dziewczyna zdążyła wystarczająco dobrze poznać ten świat i reguły nim rządzące oraz w tak wysokim stopniu opanować znajomość magii, by w decydującym momencie zniszczyć Orianę. W tej chwili jednak brak Bransolety na nadgarstku stanowił problem, a nazywał się on: wścibstwo Jake’a. Może i fajny byłby z niego koleś, gdyby nie jego beztroskie i nieodpowiedzialne podejście do życia. No i to ciągłe gadulstwo.

– I po co ta podnieta? – zbagatelizowała jego pytania. – Udało mi się wyprowadzić ich w pole dzięki zwykłemu złudzeniu optycznemu, ale teraz, kolego, musimy się rozstać.

– Młody, mnie nie interesuje, co im zrobiłeś. Takie rzeczy byle gnom potrafi. Chcę wiedzieć, jak się pozbyłeś Bransolety!

– Nic nadzwyczajnego. Wykombinowałem zwykłą podróbkę, zamieniłem i tyle.

– Młooody! – gwizdnął Jake, a w tym gwiździe było słychać olbrzymi podziw i szacunek. – I nikt się nie połapał?

– Chyba nikomu nie przyszło do głowy, że to możliwe. – Amanda wzruszyła ramionami. – Nie słuchałeś mnie, Jake. Ja spadam, ty zostajesz…

Zaczęła intensywnie wpatrywać się w oczy chłopaka, jakby spojrzeniem chciała wwiercić się w jego czaszkę. Trwało to dłuższą chwilę, po czym dłoń dziewczyny nakreśliła w powietrzu tajemniczy znak, a ona sama wypowiedziała w myślach zaklęcie wymazujące pamięć. Błękitno-szaro-zielono-złote oczy gapiły się w jej tęczówki. Jakiś czas trwali w tym skupieniu.

– Już? – usłyszała nagle.

– Co?

– Wypowiedziałeś? – Jake ponowił pytanie. – Bo jeśli to miało być zaklęcie wymazujące pamięć, to mam złą wiadomość: na mnie ono nie działa.

– Jak to?!

– Normalnie, nie działa. – Z pewną nonszalancją splunął pod nogi. – Eliksiry niepamięci też się nie sprawdzają, więc jeśli chcesz się mnie pozbyć, to nie trać czasu i wykombinuj coś innego.

– Jak to nie działa?!

– Będziesz tak za mną powtarzać? Co ty, echo jesteś? Nie mam pojęcia dlaczego, ale odkąd pamiętam, mam taki feler. – Chłopak podrapał się po czubku nosa. – Pewnie po rodzicielach, bo ja wiem?

– Uwarunkowany genetycznie – szepnęła z przejęciem.

– Ty, Amber, weź się wyrażaj, dobra?! Nie jestem żaden uwarunkowany, a już na pewno nie genetycznie!

– I kto tu jest nerwowy? – Pokręciła głową. – To po prostu też znaczyło, że masz to po rodzicielach – odparła na jego modłę i szybko gryząc jednego obrzydliwego czipsa za drugim, zaczęła sobie przypominać wszelkie znane jej zaklęcia, które mogłyby zmodyfikować pamięć Jake’a.

Z zamyślenia wyrwała ją… cisza. Ocknęła się, bo gwar ulicy ucichł niczym radio, w którym stopniowo wycisza się dźwięk. Zamilkła nawet ta płoworuda gaduła, Jake. Amanda zmarszczyła brwi i omiotła spojrzeniem placyk. Straganiarki i ich kolorowa klientela dosłownie zamarli niczym tłum fantazyjnych posągów. Wszyscy wpatrywali się w ratusz…

*

Zorian i Celestyn wychylili się przez balustradę, żeby zobaczyć, co jest przyczyną paniki ogarniającej pracowników ratusza. A oto czarna chmura, która jeszcze przed chwilą pokrywała jedynie ziemię w ogrodzie tropikalnym, teraz zaczęła rosnąć i wypełniać pierwsze piętro budynku. Na szczęście nikogo tam już nie było. Celestyn błyskawicznie ocenił sytuację: z minuty na minutę robiło się coraz groźniej, bo obłok wcale nie przestawał rosnąć! Teraz zagrażał już następnemu poziomowi ratusza. Nie zwlekając dłużej, Celestyn mruknął coś, jakby do siebie, a wtedy w uszach urzędników pojawiły się mikrosłuchawki.

– Proszę o uwagę! – obwieścił spokojnie, lecz dobitnie. – Mówi Naczelny Czarnoksiężnik Celestyn. Nie ma powodu do paniki. Zarządzam procedurę ewakuacyjną. Zakaz bezpośredniej teleportacji zostaje chwilowo zawieszony. Wszyscy, którzy potrafią, mają natychmiast teleportować się na plac przed ratuszem i czekać w okolicy fontanny Wielkiego Xaviere’a na dalsze instrukcje. Pozostali spokojnie udadzą się do wind.

– Idź, Zorian – rzucił do elfa, wiedząc, że ten nie posiada umiejętności bezpośredniej teleportacji.

– Jestem oficerem! – warknął tamten.

– Więc wydaję ci rozkaz: uciekaj natychmiast! Sam się zajmę tym… czymś.

– Panie!

– Nie czas na protesty, generale Zorian, ani tym bardziej na głupie popisywanie się odwagą! Jesteś potrzebny swoim ludziom! – fuknął Naczelny, a widząc, że elf jeszcze chce coś powiedzieć, uniósł dłoń, wymówił w myślach zaklęcie i przeniósł opierającego się Zoriana do najbliższej windy, a ta dostarczyła go na plac przed ratuszem. Tam generał, choć zirytowany, zaczął sprawnie zarządzać ewakuacją, wcześniej informując pozostałych Naczelnych o tym, co zaszło.

Tymczasem chmura w ratuszu nadal rosła. Po „zalaniu” drugiego i trzeciego poziomu zaczęła zagrażać kolejnym piętrom, na których ciągle przebywali ludzie, bo przepełnione już windy nie nadążały zwozić ich na dół. Celestyn wraz z kilkoma innymi czarnoksiężnikami próbowali wszelkimi znanymi im zaklęciami zlikwidować magiczny obłok, lecz ten mimo ich starań ciągle szybko rósł i pochłaniał następne piętra, zbierając pierwsze śmiertelne żniwo.

„Zgubiło nas lenistwo i zbyt wielkie zaufanie do techniki. Nie chciało nam się rzucać zaklęć, przyrządzać eliksirów, latać na miotłach” – pomyślał ze zgrozą Naczelny.

Zobaczył jakąś czarodziejkę porwaną przez ciemną chmurę kilka pięter niżej i wiedział, że widok przerażonej twarzy kobiety będzie go prześladował w wiele bezsennych nocy. Wzmógł swe wysiłki. Bezskutecznie

„Zapomnieliśmy, jak to się robi – zgrzytnął zębami zły na samego siebie i całe czarodziejskie społeczeństwo. – Nasze umiejętności magiczne zanikły. Mamy tak wiele pomocnych urządzeń, a wystarczy jedna taka sytuacja jak ta i cała nasza cywilizacja bierze w łeb. Co z nas za czarodzieje, skoro musimy korzystać z wind, portali i luster informacyjnych?”.

Nagle cały ten wygodnie urządzony świat zdał mu się obmierzły. Zatęsknił za czasami młodości, magią w jej czystej, niczym nieskażonej postaci, za… Dalsze gorzkie rozważania przerwała czarna fala, która tak bardzo przybrała na sile, że teraz on sam musiał poszukać drogi ucieczki. I to szybko!

*

„No i zostaw ich, człowieku, samych na pięć minut…”.

Amanda aż westchnęła, widząc, co się dzieje w ratuszu. Nie zauważyła, że Jake przygląda jej się podejrzliwie, bo znowu zapomniała o zaklęciu adger. W tej chwili jednak mało ją to obchodziło, ponieważ cała jej uwaga skupiona była tylko i wyłącznie na ciemnej chmurze widocznej przez szklane ściany ratusza, chaotycznej ewakuacji urzędników i rozpaczliwych próbach Celestyna, żeby opanować sytuację.

– To dobry moment, żeby zwiać, Amber. – Jake szturchnął ją bezceremonialnie w ramię.

– To spływaj – odparła, nawet na niego nie patrząc.

– Na Wielkiego Xaviere’a, co tam się dzieje?! – wykrztusiła jakaś stojąca koło niej straganiarka.

– To podobno atak Kamiennego Strażnika! – wyjąkał młody urzędnik, który dopiero co wyszedł z jednej z wind.

Amanda nastawiła uszu, skonsternowana, a młodzieniec ciągnął:

– Mówią, że zamienił się w pył, a jakiś chochlik umyślnie go wysypał przy fontannach ze świętą wodą. Po zmieszaniu z tą wodą prochy eksplodowały i wypełniły ratusz. Są setki ofiar…!

Straganiarka sapnęła, przerażona.

– Proszę nie opowiadać bzdur! – ofuknął mężczyznę jakiś staruszek i podskoczył ze strachu, gdy tuż koło niego teleportowała się z hukiem urzędniczka z ratusza. – Po pierwsze, po co Strażnik miałby nas atakować? Oni są po naszej stronie. A po drugie, w ratuszu nie ma aż tylu urzędników, młodzieńcze. Takim gadaniem tylko pan straszy ludzi!

– Ale…

Amanda nie usłyszała już dalszych tłumaczeń urzędnika, bo jego słowa zagłuszył zgiełk głosów innych świadków wydarzeń w ratuszu, którym udało się uciec przed ciemnym obłokiem. Z każdą chwilą tłum się powiększał. Przybywało magów urzędników, którzy wydostali się z budynku windami, i tych, którzy posłużyli się bezpośrednią teleportacją, ale przede wszystkim gapiów, bo nowina zdążyła roznieść się po całym mieście. Fantazja rozhisteryzowanego tłumu zdawała się nie mieć granic. Jedna sensacyjna wiadomość goniła drugą, a każda następna była bardziej idiotyczna od poprzedniej. Kilka chwil później zbiorowe ogłupienie osiągnęło apogeum, gdy gruchnęła wieść, że to zmasowany atak wszystkich Kamiennych Strażników na miasta i że wojna z Orianą wcale się nie skończyła, a ona sama… żyje!

– Aha, Elvis zresztą też… Razem z Ozzym i Madonną urządzają balangę w Watykanie – mruknęła zdegustowana Amanda.

Słuchała chaotycznych opowieści świadków, jednocześnie starając się zrozumieć, co się właściwie wydarzyło, i jakoś temu zaradzić. Nie mogła też oprzeć się wrażeniu, że w całej tej historii umknęło jej coś ważnego. Dopiero gdy ujrzała przez szklaną ścianę ratusza pylistą chmurę, która przybrała kształt rozgniewanej twarzy Juliena, dotarło do niej, że prawdopodobnie pogłoski jednak są prawdziwe.

– Irfan, coś ty zrobił? – szepnęła, teraz już przekonana o winie chochlika.

To była ostatnia chwila, żeby zacząć działać, bo w rozhisteryzowanym tłumie ktoś właśnie wpadł na pomysł zaatakowania ratusza!

W ogólnym rozgardiaszu nikt nie zwrócił uwagi na młodzika, który przykucnął na uboczu, niby zawiązać sznurowadło. Tak naprawdę nabrał w dłoń wody z manierki, którą wydobył z plecaka, szepnął: aquanubes, a wtedy ciecz transformowała w płynne złoto. Szybkim gestem, niczym gracz posyłający kule ku kręglom, cisnął jaśniejące drobinki płynu po chodniku w kierunku ratusza. Powtarzał ten zabieg wielokrotnie, pospiesznie okrążając budynek. Kropelki wdarły się do jego wnętrza sobie jedynie znanymi szlakami, a po dotarciu do tropikalnego ogrodu połączyły się ze świętą wodą z fontann. Efekt był piorunujący! W szybkim tempie zaczęła się formować kolejna zdumiewająca chmura, jak gdyby utkana z promieni słońca. Przypominała kształtem ogromnego płanetnika dzierżącego w ręku konewkę. Świetlisty obłok rósł zdecydowanie szybciej niż ciemna chmura. Po chwili zgromadzony tłum zaczął żywo komentować sytuację, gdy zobaczył, że wyczarowany płanetnik polewa czarny obłok złocistymi kroplami. „Woda” lała się i lała, a pod jej naporem ciemna postać Strażnika zaczęła się kurczyć!

Amanda obserwowała to wszystko uważnie, pocierając nerwowo ucho. Po półgodzinie mroczna chmura opuściła piętra, pozostawiając po sobie galerie i korytarze usłane ciałami nieszczęśników, którzy nie zdążyli uciec. Przez chwilę mieszkańcy mogli ujrzeć ich zastygłe w przerażeniu twarze, nim Celestyn zmatowił zaklęciem ściany na tych poziomach. Po kolejnym kwadransie obłok opadł na dno ratusza, a po następnym pozostała z niego jedynie górka czarnozłotego bagienka, które chochliki odziane w słoneczne kombinezony zaczęły zbierać szuflami do specjalnych pojemników. Tłum gapiów patrzył w najbliższe lustro informacyjne, z którego relacja cały czas była prowadzona na żywo.

– Świetnie sobie poradził! Ale ich załatwił! – komentowano w tłumie poczynania Głównego Maga, krzątającego się teraz wśród chochlików.

– Cudowny, cudowny Naczelny! Taki męski! Taki dzielny! – zachwycała się jakaś czarownica w słusznym wieku z przesadnie jaskrawym makijażem.

Tak oto Celestyn urósł do miana bohatera, zupełnie o tym nie wiedząc. On sam nie miał pojęcia, kto tak naprawdę ich uratował. Bardzo chciał się tego dowiedzieć, lecz najpierw musiał zająć się rannymi i doprowadzić ratusz do porządku.

Tymczasem Amanda doszła do wniosku, że kryzys został zażegnany i czas w końcu dyskretnie zniknąć, tyle że…

– Młooody! – dobiegł ją charakterystyczny gwizd podziwu.

„Znowu ten!” – pomyślała z niechęcią, bo już wiedziała, że kto jak kto, ale Jake, niczym wygłodniały kleszcz, tak łatwo się od niej nie odczepi. Nie po tym, czego był świadkiem.

– Skąd wiesz, że jestem młody? – warknęła, by odstraszyć natręta. – Że jestem chłopakiem albo że w ogóle człowiekiem? Powiedz tak do mnie jeszcze raz, a sam będziesz robił za krzyżówkę fauna i ropuchy. A teraz – wpatrzyła się w różnokolorowe tęczówki młodzika i zniżyła głos do złowróżbnego szeptu – zapomnisz o tym, co tu się stało, zapomnisz o mnie. Bez żadnych zaklęć, eliksirów. Sam, z własnej woli. Nikomu niczego nie zdradzisz. I niech ci do głowy nie wpadnie iść za mną. To byłoby kosmicznie głupie, przyjacielu...

Odwróciła się na pięcie i zniknęła w najbliższym zaułku.

„Kosmicznie głupie? Tylko Dan i Orestes używają takiego określenia. Hm, ciekawe” – pomyślał Jake.

Przez chwilę zastanawiał się, czy ujawnić wiwatującym na cześć Celestyna tłumom, kto tak naprawdę uratował ratusz, lecz potem ruszył niczym cień za Amandą…

*

– Czy trzecie miasto coś dzisiaj opętało?! – warknął zamiast powitania Teobald, którego na powrót sprowadzono do ratusza. – Bardzo przepraszam, ale w innych miastach też jest mnóstwo roboty, a trzecie nie jest pępkiem świata, żeby tu non stop przesiadywać! Musimy wyznaczyć urzędników, którzy będą mogli nas zastąpić. Takich wicenaczelnych.

Pozostali Naczelni spojrzeli na Celestyna, który właśnie streścił im ostatnie wydarzenia.

– Nikt lepiej ode mnie tego nie wie, Teobaldzie – westchnął zmęczony Naczelny pierwszego miasta. – Mamy największy od lat deficyt Głównych Magów, a do tego coraz dziwniejszy splot przypadków powodujących kryzys za kryzysem.

– Wiemy, kto zażegnał ten ostatni? – zainteresował się Cyrus.

Celestyn pokręcił głową.

– Tylko podejrzewam… – przygryzł usta. – Sam nie wiem… Doniesiono mi…

– A kto go wywołał? Niedobitki armii Oriany? Ten chochlik, Irfan, celowo wysypał prochy Strażnika?

– Nie, raczej nie. Zorian twierdzi, że to był wypadek. Poza tym widziano jakiegoś jasnowłosego chłopaka przed ratuszem…

– Celestynie, do rzeczy!

– Ten młodzik… On… Wiem, to zabrzmi nieprawdopodobnie, ale…

– Na Wielkiego Xaviere’a! Gadaj w końcu! – nie wytrzymał Konstancjusz.

– Zdaje się, że to on uratował ratusz. Nie wiem jak. Przesłuchania świadków jeszcze trwają, a ich opowieści są… hm, dziwne. Kiedy tylko czegoś się dowiem, wy też będziecie o tym wiedzieć. Teraz, panowie, proponuję nie tracić czasu i przedyskutować pomysł Teobalda o powołaniu zastępców Naczelnych. Przynajmniej do momentu pojawienia się nowych kandydatów na ten urząd.

*

Jasnowłosy chudzielec niespiesznie wędrował uliczkami miasta z rękami w kieszeniach i wzrokiem wbitym w płytki chodnika. I choć był święcie przekonany, że nikt go nie śledzi, zachował czujność niczym komandos w akcji. Jednak mimo wszelkich środków ostrożności nie zorientował się, że jest pilnie obserwowany przez parę niezwykłych oczu. Ich właściciel, inny chłopak w za dużych portkach i czerwonym podkoszulku, chociaż nie potrafił rzucić żadnego zaklęcia, by zmienić swój wygląd, z perfekcją kameleona wtapiał się w kolorowy tłum.

„Gdzie cię niesie, młody? – pomyślał »kameleon«. – Kim jesteś i co zamierzasz?”.

Tymczasem jasnowłosy chłopak szedł dalej. Minął cukiernię oferującą, jak głosił szyld, „słodkości na wszelkie okazje, od narodzin do zgonu”, czego dowodem miał być wykonany z białej czekolady tort w kształcie kołyski naturalnych rozmiarów, a obok niego inny, brązowy, podobny do otwartej trumny z czekoladowym nieboszczykiem w środku. Obydwa torty dumnie zaprezentowane w witrynie miały – zdaniem cukiernika – reklamować jego wszechstronne umiejętności.

„Nie ma to jak wgryźć się w rączkę nieboszczyka!” – skwitował to ironicznie i ruszył dalej.

Przeszedł obok gabinetu zębowego mag-medyka Sergiusza („U nas rozświetlisz swój uśmiech czarodziejskim blaskiem”), dłużej zatrzymał wzrok na witrynie sklepu mistrza jubilerstwa, Gracjana. Dalej jego droga wiodła obok niedawno otwartego sklepiku oferującego wszelkie gatunki miniaturowych ptakosmoków („Zakup dozwolony od dwudziestego pierwszego roku życia, po uprzednim przedstawieniu odpowiednich zezwoleń i zaświadczeń”) i przez mostek nad sztucznym stawem. Wreszcie dotarł do niepozornej kamieniczki pod numerem jedenaście przy ulicy Claveliusza Pierwszego. Tu przysiadł na murku, udając, że odpoczywa.

Młodzik przez chwilę obserwował otoczenie w poszukiwaniu zagrożenia. Kiedy go nie dostrzegł, zdecydowanym krokiem ruszył w stronę drzwi wejściowych. Dłoń wyciągnięta ku klamce zamarła jednak w połowie drogi, bo chłopakowi wydawało się, że coś słyszy. Na wszelki wypadek zapukał. Ledwo zdążył ukryć zaskoczenie, gdy drzwi otworzyły się z rozmachem i stanęło w nich uosobienie menelstwa: facet z pewnością zawdzięczający ogromne brzuszysko piwu imbirowemu, całą resztę zaś – brakowi higieny. Tłuste rzadkie włosy błagały o wizytę u jakiegoś szaleńczo odważnego fryzjera. Chudzielcowi zrobiło się niedobrze, gdy dojrzał podobny zarost wyłażący z uszu faceta i identyczne kłaki szukające drogi ewakuacji przez każdą szczelinę przepoconej koszuli.

– Niczego nie kupuję! Spierdalaj, mały, bo wściekłym ptakosmokiem poszczuję! – warknął facet i zatrzasnął młodzikowi drzwi przed nosem. W tym samym momencie w środku dało się słyszeć jakby szamotaninę, stłumioną eksplozję, a potem skowyt zwierzaka. – Do mnie?! Do mnie wyskakujesz z tymi płomieniami, ty pierzasty popaprańcu?! Ja ci zaraz dam płomienie!

„Chryste! Marcelina, komu oni przydzielili twój dom?!”.

Chłopak stał jeszcze chwilę, gapiąc się z przerażeniem w zamknięte drzwi. Gwałtowne mruganie i szybkie pociąganie nosem były sygnałem, że lada chwila może się rozpłakać. Tymczasem awantura za drzwiami nasilała się, podobnie jak zawodzenie maltretowanego zwierzaka.

„Mniejsza o dom, ale jemu trzeba pomóc”.

Amanda zawahała się i zajrzała przez okno. Rozterki minęły jednak natychmiast, gdy zobaczyła, w jakim stanie jest zwierzak. Niemal pół pokoju usłane było wyrwanymi piórami. Ich końcówki jeszcze nie zdążyły obeschnąć z krwi. Sam ptakosmok kulił się w kąciku i coraz ciszej skamlał, podczas gdy but menela unosił się i opadał, zadając cios za ciosem. W dziewczynie wszystko się zagotowało. Jednym skokiem dopadła do drzwi, zaklęciem wyrwała je z futryn. Przeleciały koło głowy faceta i z hukiem roztrzaskały się na najbliższej ścianie. Następnym urokiem odwróciła menela do siebie, zakneblowała i przygwoździła do muru. Podczas gdy jego własny but zaczął go okładać, wrzeszcząc przy tym: „Nigdy więcej nie podniesiesz ręki na nikogo słabszego!”, Amanda uklękła koło ptakosmoka i uważnie go obejrzała.

– Spokojnie, mały, mnie nie musisz się bać.

Wyjęła z plecaka chusteczkę, namoczyła ją w świętej wodzie, którą miała w manierce, i przetarła zwierzakowi rany. Kilkoma kroplami napoiła go, a potem zwyczajnie przytuliła. Ptakosmok był mocno poturbowany, lecz bardziej chyba trząsł się ze strachu niż z bólu. Z jego nozdrzy przy każdym spazmatycznym oddechu wydobywały się drobne obłoczki dymu. Małe szpony wczepiły się kurczowo w dłoń dziewczyny niczym palce przerażonego dziecka ściskające rękę rodzica. Miodowe oczy zerkały raz po raz na Amandę. Dziewczyna delikatnie chwyciła ptakosmoka i włożyła do plecaka.

– Chodź, znajdziemy ci lepszy dom. A ty, bohaterze – warknęła do menela – od dziś masz zakaz posiadania jakichkolwiek zwierzaków. Jeśli się dowiem, że masz choćby pchły, wrócę tu…

Nie musiała kończyć. Wiedziała, że nauczka była skuteczna, o czym świadczył smród wydobywający się ze spodni szmaciarza.

„No proszę, a taki był odważny – pomyślała z niesmakiem. – No to dom Marceliny odpada – westchnęła. – Zdaje się, że został mi tylko stary Orestes. Gdzie indziej mogłabym się skryć?”.

Chwyciła plecak i unikając wzroku przechodniów, zaczęła szybko się oddalać. Inny chłopak – w czerwonym podkoszulku i za dużych gaciach – zszokowany zajściem, którego dopiero co był świadkiem, ponownie podążył za nią…

*

– Amanda?! – krzyknął stary czarownik na widok chudzielca, który dopiero co zmienił się w ciemnowłosą dziewczynę w przetartych dżinsach.

– Portale pewnie są pod kontrolą, a lustra na podsłuchu – burknęła w odpowiedzi.

– To nie mogłaś się normalnie teleportować? Przecież wiem, że umiesz. – Zdziwienie uniosło krzaczaste brwi Orestesa na podobieństwo zdeformowanych znaków zapytania.

– Za dużo huku i zamieszania. Poza tym nie wiedziałam, co tu zastanę. Masz pojęcie, jaka patologia mieszka u Marceliny?! Zobacz, uratowałam tego biedaka z łap jakiegoś opryszka.

Wyjęła z plecaka nadal słabego ptakosmoka i podała staremu.

– To jak, wpuścisz mnie, Orestes?

– A mógłbym nie? Wchodź, wchodź, dziecino!

Odebrał z jej rąk zwierzaka, przepuścił ją w drzwiach, omiótł wzrokiem pobliskie uliczki, a potem trzaśnięciem w przycisk zamknął drzwi na dobre.

– Słyszałem komunikat z ratusza. Chyba powinnaś być w Oazie? – Ojcowskim gestem przytulił ją do swojego ogromnego brzuszyska, niemal miażdżąc w uścisku. – Renee!

Elfka natychmiast wyrosła jak spod ziemi.

– Zajmij się tym nieborakiem. – Ostrożnie podał jej ptakosmoka. – Wołowina powinna mu smakować, tylko uważaj przy karmieniu, potrafi boleśnie dziobnąć. Jak skończysz, podaj nam jakieś kanapki i nalewkę antydepresyjną dla Amandy. A dla mnie kubek kawy.

– Dwa kubki – poprawiła go dziewczyna. – Dla mnie bez dodatków. A za nalewkę dziękuję, nie będzie potrzebna.

Amanda uśmiechnęła się blado do Renee. Gdy elfka zamknęła za sobą drzwi, opowiedziała staremu czarownikowi o ostatnich wydarzeniach.

„Czyli Jake miał rację: Naczelni są zazdrośni” – pomyślał Orestes pod osłoną adger, a już na głos zapytał: – A co z tą aferą w ratuszu? To prawda, że Strażnik zaatakował?

– Nie jestem pewna. – Amanda upiła łyczek kawy i ugryzła kanapkę. – Kazałam Irfanowi zrobić porządek z prochami Strażnika po tym, jak Julien się rozsypał.

– Jak to rozsypał? Nikt się tak po prostu nie rozsypuje.

– Jak widać od tej zasady też są wyjątki. W ogóle to wszystko jest coraz dziwniejsze. Najpierw pozwolono mi pełnić obowiązki Naczelnego, potem nagle zakazano. Strażnik, istota – zdawałoby się – niezniszczalna, rozsypuje się w moim gabinecie, a przed śmiercią oświadcza, że nastąpił kres żywota jego ludu. No i jeszcze ten liścik…

Wpatrzyła się zamyślona w zawartość kubka, jakby tam spodziewała się znaleźć odpowiedzi na wszystkie swoje pytania.

– Jaki liścik?

– Co? – Zerknęła z roztargnieniem na czarownika.

– Liścik, mówiłaś coś o jakimś liściku.

– A tak. Rzuć na to okiem. Znalazłam go w moich rzeczach parę dni temu.

Wyjęła z kieszeni pomięty świstek.

– Co o tym sądzisz? – spytała, nim Orestes zdążył cokolwiek przeczytać.

– Daruj sobie – powiedział, gdy skończył. – To może być wszystko: poważna sprawa, w którą nie powinnaś się mieszać, ale równie dobrze głupi dowcip albo ktoś zwyczajnie cię podpuszcza. Nie wiadomo, co ktoś chce przez to osiągnąć. Radzę ci zignorować te bazgroły.

Oddał jej karteluszek.

– Dowcip? – Amanda skrzyżowała ramiona, zerknęła na czarownika z ukosa – No, nie wiem. Coś jest nie tak. Czuję to. Wiesz, zanim Julien się rozsypał, powiedział, że jacyś Rozpaczający wyjdą z Otchłani, że Fabien im uciekł, że Strażników już nie ma i żeby nie zmarnować jego prochów. W tym samym czasie Naczelni mnie wywalili, a jakiś osobnik poinformował, że zabicie Oriany było poważnym błędem. Zbyt dużo tych dziwactw jak na jeden zbieg okoliczności, nie uważasz, Orestes?

– Hm, niby tak. Rozpaczający? Nigdy o nich nie słyszałem. A ten elfi bękart, Fabien, zdechł w Kamieniołomach. Przecież Naczelny Cyrus wydał w tej sprawie oświadczenie. To wszystko jest zamulone jak bajorko bagiennika… Ariel wiedziałaby, co robić. Inteligentna, choć impulsywna, była z niej kobitka. Szkoda, że nie ma jej z nami – szepnął Orestes, zamyślony. – Wybacz, dziecko – zreflektował się.

– Mama? – Amanda przyjrzała się staremu uważnie. Zerwała się z taboretu, na którym od dłuższej chwili siedziała i zaczęła energicznie przemierzać pokój. Potarła płatek ucha i ponownie zerknęła na czarownika. – Chyba powinieneś o czymś wiedzieć przez wzgląd na waszą dotychczasową znajomość. Ale musisz to utrzymać w tajemnicy. Posłuchaj…

Stary czarnoksiężnik aż przysiadł z wrażenia po nowinach, jakie usłyszał chwilę później, osłupiały i niezdolny do ruchu czy mowy.

– Orestes, odezwij się. – Amanda pomachała mu dłonią przed oczami. – Orestes, zaczynam się bać!

Spojrzał na nią niewidzącym wzrokiem.

– Nooo – wyszeptał w końcu – różne cuda już widziałem, ale żeby w jednym świecie umrzeć, a zmartwychwstać w drugim…

– W tamtym świecie to się nazywa śmiercią kliniczną i reanimacją. Tak, udało się.

– Istnieje inny świat i ona tam żyje, nie pamiętając, kim jest?

– Przynajmniej na razie. Nie obawiaj się, wychowała się tam, a teraz ma naprawdę dobre warunki. Mieszkają z Marcusem w pięknym domu. On zajmuje się końmi, a ona prowadzi księgarnię. Zasłużyła na spokojne życie. Obydwoje zasłużyli. Jestem pewna, że są szczęśliwi. Regularnie dostaję o nich wiadomości. Sprowadzę ją tylko wtedy, jeśli będę musiała. A teraz posłuchaj, zamierzam dowiedzieć się, kto stoi za tym liścikiem.

– Tak wielka czarownica prowadzi banalną księgarnię? No ale skoro ją to uszczęśliwia… – Ta nowina najwyraźniej jednak nie uszczęśliwiła Orestesa. – Co do liściku… Jeśli nie chcesz wracać do Oazy, to po prostu powiedz. Zawsze znajdziesz u mnie schronienie. Nie musisz się w to pakować tylko dlatego, że nie masz dokąd pójść. Mogę pogadać z Naczelnymi, powiem im, że cię adorowałem, że zapewnię ci dom, edukację…

– Mówi się „adoptowałem”. – Kąciki ust Amandy drgnęły w uśmiechu – Dzięki, Orestes, ale nie. Tu naprawdę nie chodzi o to, że chwilowo jestem bezdomna. To akurat mały problem. Chodzi o liścik. Już postanowiłam: dowcip czy nie, rozwikłam tę zagadkę. Nie musisz się o mnie martwić. – Pogładziła go po dłoni. – Pokonałam Orianę, pamiętasz? A potem zajmę się czymś jeszcze… To dla mnie dużo ważniejsze.

Zobaczyła pytanie w oczach czarownika, pospieszyła z wyjaśnieniem.

– Nikomu tego nie mówiłam, ale chyba w końcu muszę. – Dolała sobie kawy, upiła łyczek, zerknęła z wahaniem na starego – Orestes, nie mam pojęcia, jak to możliwe, ale byłam gotowa na starcie z Orianą. Wiesz, teoretycznie mam jedenaście lat, wyglądam na szesnaście–siedemnaście, ale moja wiedza i emocje należą do osoby dojrzałej i bardzo doświadczonej. Czuję, jakby w moim ciele, w moim umyśle żyło kilka osób, które podpowiadają mi, co mam robić w konkretnej sytuacji. Kiedy przybyłam do tego świata… Wiesz, myślałam, że nie dam rady nauczyć się tych wszystkich zaklęć. Że nigdy nie ugotuję eliksiru, nie polecę na pegazie, nie rzucę uroku. Bałam się, że zwyczajnie sobie nie poradzę. I nagle okazało się, że po prostu to wszystko umiem. Ot tak! – Pstryknęła palcami. – Oaza nic mi nie dała. Księgi z ratusza jedynie uzupełniły moją wiedzę. Wyprawy do lasu… – Uśmiechnęła się. – Cóż, poznałam wiele interesujących istot, jednak ciągle nie wiem, skąd tę wiedzę mam!

– Ariel to twoja matka. – Dla Orestesa to było oczywiste. – Po prostu masz to po niej.

– Nie. – Dziewczyna pokręciła głową. – Ona sama wszystkiego się uczyła. Szybko, ale jednak się uczyła. Ja nie. Ale dowiem się, skąd mam te magiczne umiejętności, po prostu muszę się tego dowiedzieć. Dobra, więc zamierzam zrobić tak…

Kilka następnych minut objaśniała swoje plany, jednocześnie pakując resztę bułek do plecaka. Orestes nie wyglądał na zadowolonego, właściwie był zły.

– Nie jestem twoim piastunem z Oazy i zabronić ci tego nie mogę, ale uważam, że głupio i niepotrzebnie narażasz życie. Normalnie powinienem donieść Naczelnym, gdzie się podziewasz i co robisz. W końcu jesteś dzieciakiem, więc niby jestem zobowiązany cię chronić, ale po tych nowinach to kompletnie nie ma sensu. Jednak Ariel nigdy by tego nie pochwaliła! – burknął i machnął ręką.

– Nie wyjeżdżaj mi tu z matką! I nie opowiadaj bzdur. Znasz ją i doskonale wiesz, że postąpiłaby dokładnie tak samo, tyle że jeszcze szybciej!

– Ech, kobiety z rodu Odgeon! Jestem zdumiony, że przy waszym stopniu szaleństwa jeszcze was nic nie zeżarło! Jak sobie coś wbijecie do łbów, jesteście uparte niczym wodniki w zalotach!

Amanda zaśmiała się tylko i cmoknęła starego w rumiany policzek.

– Dobra, czyli wszystko ustaliliśmy? – upewniła się.

Nie zdążył odpowiedzieć, bo nagle dziewczyna wyciągnęła rękę w stronę drzwi, mruknęła: „Chcę” i po chwili w dziurce od klucza pojawiło się coś, co miało kształt… ucha! Nie wiadomo, czy to zamek w drzwiach stał się taki plastyczny, czy tkanki intruza, ale w ślad za uchem wyłoniła się płoworuda czupryna, a jeszcze później kawałek czoła i jedno oko. Szmaragdowozłote.

– Jake! – krzyknęli jednocześnie stary czarnoksiężnik i dziewczyna.

Zaskoczona Amanda odruchowo cofnęła zaklęcie i głowa chłopaka – niczym naciągnięta guma w procy – z impetem wróciła na swoje miejsce, tą samą drogą zresztą. Po drugiej stronie drzwi dało się słyszeć głośne „łup”, gdy chłopak wyrżnął o posadzkę, a potem jęki i przekleństwa. Dziewczyna szybko się zreflektowała, kolejnym zaklęciem otworzyła drzwi i wciągnęła intruza do wnętrza kanciapy.

– Znasz go? Znasz Jake’a? – zapytał Orestes, gdy chłopak ponownie rąbnął o podłogę, tym razem u jego stóp.

– Niestety. – mruknęła Amanda – I widzę, że nie ja jedna. Ten koleś powinien mieć na imię Problem. Co z nim zrobimy?

Stary czarownik wzruszył ramionami.

„Żegnajcie, tajemnice” – pomyślała z niechęcią. Już na głos zwróciła się do chłopaka: – Coś ci obiecałam, Jake!

Spojrzała na niego z tak srogą miną, że teraz nawet Orestes się zaniepokoił. Rudzielec zaś próbował się uśmiechnąć, lecz efekt był żałosny. Chłopak zerkał to na Amandę, to na starego, coraz bardziej wystraszony.

– Wolę kaktusy! – wrzasnął w końcu do aptekarza. – Widziałem, co zrobiła w ratuszu! Wiem, co zrobiła tamtemu menelowi! Orestes, nie pozwól jej zmienić mnie w fauno-żabę!

Czarnoksiężnik z zainteresowaniem uniósł brwi.

– A niby czemu miałbym cię bronić? Gwizdnąłeś moje ulubione spodnie.

– Miałem do załatwienia sprawy na mieście. A spodnie mi dałeś.

– Po-ży-czy-łem. Co do Amandy, nie wiem, czym ją tak wkurzyłeś, ale to musiało być coś wyjątkowo poważnego. Dobra, skoro wolisz kolce, ściągaj gacie, bratku!

Orestes chwilę patrzył groźnie na chłopaka, po czym… wybuchnął śmiechem. Ogromne brzuszysko staruszka trzęsło się i kołysało na wszystkie strony, a on śmiał się i śmiał, aż łzy żłobiły rowki w jego pomarszczonej twarzy. Śmiech okazał się tak zaraźliwy, że po chwili chichotali też Amanda, sam Jake i Renee, którą sprowadził do kanciapy dobiegający stamtąd hałas.

– Znowu Jake? – spytała, gdy minął jej wybuch wesołości. – Ten chłopak ma talent do pakowania się w kłopoty.

– Obiecałam, że go zmienię w krzyżówkę fauna i żaby, jeśli za mną pójdzie – potwierdziła Amanda, gdy też się uspokoiła. – Ale o co chodziło z tymi kolcami?

– Eee, nic takiego – wyjąkał pospiesznie Jake.

– Nic takiego? – zadrwił stary. – W dniu Próby twojej matki powiedział, że mu kaktus wyrośnie, jeśli ona ją przejdzie, i…

– Niech zgadnę: wyrósł? Na tyłku? Z twoją pomocą? – zachichotała dziewczyna. – Dobra, żarty na bok. Jake, nic do ciebie nie mam, ale przestań za mną łazić, zgoda? Muszę już iść. Orestes, znajdź naszemu przyjacielowi jakieś zajęcie. Chciałabym mieć pewność, że tam, dokąd idę, nikt mnie nie będzie śledził.

Skinęła głową staremu, elfce oraz Jake’owi i już po chwili jej nie było. Wyglądało na to, że chłopak też chce się zmyć w podskokach, ale słowa czarownika osadziły go w miejscu.

– Ty dokąd? Słyszałeś, masz się zająć czymś pożytecznym. Wskakuj w kombinezon, czas wypucować kadzie po fermentacji ziółek. A jak skończysz, czeka cię przyspieszony kurs hodowli ptakosmoków. – W stronę młodzieńca poleciało ubranie robocze.

– Kadzie?! Na Wielkiego Xaviere’a, będzie cuchnął cały tydzień! – Renee skrzywiła się z obrzydzeniem i zerknęła litościwie na chłopaka.

– Od czegoś musi zacząć – burknął stary. – A ty się ciesz, mały, właśnie zacząłeś terminować w zawodzie, który dostarczy ci wieeelu niezapomnianych wrażeń – zarechotał.

– Jakoś nie mam co do tego żadnych złudzeń.

*

Driadowy Jar – tej samej nocy