Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Opowieść inspirowana faktami
Czy uda się ocalić własne człowieczeństwo?
Niemcy, rok 1943. Hans Heigel, oficer rezerwy SS z miasteczka Osnabrück, nie popiera polityki Trzeciej Rzeszy, jednak z obawy przed represjami ukrywa swoje poglądy. Najważniejsze dla niego są żona i córeczka. Hans musi stawić czoła rzeczywistości w chwili, gdy spotyka go największa tragedia, jaka może dotknąć ojca.
Wkrótce potem otrzymuje rozkaz wyjazdu do okupowanej Polski, do obozu zagłady Sobibór. Wśród więźniów wyselekcjonowanych do komór gazowych spotyka Leę, dziewczynkę łudząco podobną do ukochanej córeczki. Postanawia uratować ją przed śmiercią. Najpierw w Sobiborze, a potem w obozie na Majdanku podejmuje dramatyczne decyzje.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 311
Mojemu synowi Stefano, który mimo że nie kocha książek, to z ciekawości wtyka nos (i ręce) we wszystko, co zobaczy. I często rozumie to lepiej ode mnie…
Franco Forte
Valerii i Hassanowi, z całego serca
Scilla Bonfiglioli
Hans Heigel wiedział, że zmiany nigdy nie zachodzą niespodziewanie.
Każdego ranka, gdy otwierał okno, widział wzgórze Piesberg zatopione we mgle przerywanej cienką kreską horyzontu Osnabrück. Potem odwracał spojrzenie, wkładał mundur i maszerował do pracy, zapominając o konturach spowitych mgłą. Dopiero po południu, gdy unosił wzrok znad dokumentów, dostrzegał, że wzgórze o zboczach poprzetykanych różowymi i fioletowymi nitkami dostojnie góruje nad miastem. Dla Hansa, który nie pozwalał sobie na rozproszenie podczas szarych, monotonnych godzin pracy w małym biurze, pozostawało zagadką, kiedy wzgórze wyłoniło się z mgły. Z pewnością jednak zmiana następowała stopniowo, w ciszy, jakby w opozycji do dzikich wrzasków wojny, która szalała gdzieś w oddali.
Hans okrył się szczelniej czystą, starannie pocerowaną kurtką. Defensywna postawa, nie tylko zamykanie się w mundurze, lecz także w swoim małym świecie złożonym z liczb i logistyki, prostym i na swój sposób przerażającym, była mu niezbędna w czasach, gdy Niemcy otrząsnęły się po porażce w pierwszej wojnie światowej i atakowały każdego, kto nie rozumiał, iż nadszedł czas, by podnieść głowę.
Tak naprawdę to i on nie rozumiał. Ta cała wściekłość, to okrucieństwo, które zdawało się nie mieć końca… Ale milczał i pochylał się nad kartkami, pochłonięty pracą, aby nie słyszeć, jak świat poza jego skromnym biurem ulega przemianie.
Wiedział jednak, że zmiany nadejdą, nieuniknione, kiedy człowiek najmniej się ich spodziewa. Może nie nagle, lecz dzień po dniu. Stopniowo, tak jak mgła, która zsuwa się po zboczach wzgórza Piesberg.
Tymczasem lepiej pochylać głowę i czekać, aż będzie można podnieść wzrok, gdy dokona się zmiana.
Poza ścianami jego biura.
Poza wzgórzem.
Poza miastem.
Kiedy cała mgła, która zaciemnia świat, rozproszy się ostatecznie.
– Włącz radio – poprosił żonę Hans, siadając do śniadania.
Ingrid uniosła tylko kącik ust i nalała mu herbaty, najwyraźniej skupiona, by nie rozlać ani kropli na śnieżnobiały obrus. Postawiwszy przed nim filiżankę, pochyliła się, chcąc poprawić mu kołnierzyk munduru. Ale nie posłuchała.
– Ingrid, radio…
Od kilku dni likwidowano getto w Krakowie, a w warszawskim trwało powstanie. Komunikaty radiowe nadal kreśliły sytuację w Polsce, coraz bardziej nieprzejrzystą, coraz bardziej krytyczną. Akcja „Reinhardt” osiągnęła właśnie szczytowy moment, a eliminacja getta żydowskiego była jednym z etapów operacji, która przewidywała oczyszczenie ziem polskich z Żydów.
– Hans, proszę – westchnęła, odgarniając z czoła jasny lok, który wysmyknął się z fryzury. Nie dodała nic więcej, ograniczając się do spojrzenia mówiącego, że przy niej nie musi udawać. Nigdy nie doniosłaby do stosownych władz, że mąż nie zachowuje się codziennie jak prawdziwy syn Rzeszy.
Hans powinien był zmusić żonę. Wiedział, jak niebezpieczne było odprężenie, uleganie pokusom harmonii królującej w jego domu, gdzie nikt nie mógł nagle wtargnąć i go zdemaskować. Ale Ingrid była taka piękna, kiedy pochylała głowę, wzdychając: „Hans, proszę”; kiedy obracała się w bladozielonej sukience; kiedy rozchylała usta, szukając w skupieniu płyty, żeby ją położyć na gramofonie… że nie wytrzymał długo z miną, którą tak świetnie nauczył się przybierać.
Obserwował ją, zwróconą do niego tyłem, jak opuszcza igłę gramofonu na płytę. Dźwięki Wagnera wypełniły całą jadalnię. Oboje uwielbiali muzykę i ich dom zawsze rozbrzmiewał symfoniami Beethovena, muzyką klasyczną i niemieckimi pieśniami.
– Czy tak nie jest lepiej? – Uśmiechnęła się do niego przez ramię.
Hans nie odpowiedział, ale w duchu się wzdrygnął: Ingrid była zbyt doskonała. Wszystko w tym domu wydawało się zbyt doskonałe, z dala od wojny, od wściekłego huku armat i krzyków umierających. Nie mógł pozwolić, by mgła opadła również na nich. Nie mógł dopuścić, by nazistowskie szaleństwo wdarło się przez mur, który wzniósł dla obrony siebie i rodziny.
Wytarł usta i wstał, czując, że nogi ma jak z waty.
– Gdzie Hanne? – spytał, rozglądając się. – Jeszcze śpi?
Hanne spała. A raczej udawała, że śpi. Hans od razu się zorientował i powstrzymał uśmiech.
Blade promienie słońca wpadające przez okno muskały jej twarzyczkę, długie, złociste włosy były rozrzucone na poduszce; jednocześnie uparcie zamykała oczy.
– Śniadanie na stole – zdecydował się wreszcie powiedzieć.
– O nie – zaprotestowała, odwracając się na bok.
Usiadł na skraju łóżka.
– Grzeczna dziewczynka nie kaprysi, kiedy trzeba wstawać.
Hanne westchnęła.
– Nie chcę.
– Nie chcesz kaprysić czy nie chcesz wstawać?
Zacisnęła usta w grymasie dziecięcego gniewu, na którego widok Hansowi zrobiło się ciepło na sercu. Pogładził jej włosy, po czym nachylił się, by je powąchać i pocałować. Pachniały czystością i tym, co świat zdawał się utracić już dawno temu: niewinnością.
– Chodź, śliczna gołąbeczko. Wyskakuj z łóżka. Zaraz przyjdzie mama.
– A ty nie możesz zostać? – Hanne otworzyła oczy, żeby na niego popatrzeć. Ogromne, wilgotne i błękitne jak letnie niebo. – Zostań ze mną.
Hans tysiąc razy oddałby życie za swoją córkę. Dla niej stoczyłby samotnie każdą wojnę. W rzeczywistości jednak nie umiał opiekować się dzieckiem. Ingrid robiła to lepiej, dokładnie tak, jak przystało na dobrą matkę. Jego miejsce było w garnizonie w Osnabrück.
– Przyjdę wieczorem – obiecał. Włożył jej w objęcia Fräulein Kuken, ukochaną lalkę, która w nocy zsunęła się pod łóżko. – I opowiesz mi o wszystkim, co robiłyście z mamą.
Zszedł na dół, niosąc w sercu obraz jej błękitnych oczu. Na progu domu cmoknął Ingrid w policzek, następnie ruszył szybkim krokiem do miejsca, w którym spełniał swój obowiązek wobec Niemiec.
Wzdrygając się, zapragnął umieć udawać lepiej od swojej córki.
Osnabrück był skupiskiem domów o czterospadowych dachach i bladych ścianach, które zlewały się z niebem wiosennego poranka. Pośród drzew na krawędziach ulic i w panującej wokoło ciszy wydawał się małym rajem z dala od fetoru wojny.
Idąc, Hans nie mógł przestać powtarzać po cichu tego słowa: „wojna”. Zostawiało na podniebieniu dziwny posmak, jakby zardzewiałego żelaza z odrażającą nutą smoły. Przywoływało w jego umyśle poruszające obrazy, błyski na ciemnosinym niebie, eksplozje i zgiełk artylerii, rytmiczne odczytywanie materiałów propagandowych w radiu. Ale kiedy patrzyło się na Osnabrück, te wszystkie obrazy i słowa wydawały się tylko kłamstwami, bajkami dla dorosłych, zebranymi przez kogoś, kogo wyłącznym celem było wywołanie zgrozy. Albo udawanie, tak jak robił to on.
Uśmiechnął się. Był to gorzki uśmiech z odcieniem wstydu, ponieważ Hans nie tylko nie robił nic, by przeciwstawić się temu szaleństwu, ale w dodatku spuszczał głowę i hartował wzrok, by dopasować go do koloru ołowiu, który widział w oczach ludzi wokół siebie.
Zmiany nie zachodzą nagle, wiedział o tym, ale od czasów jego dzieciństwa zmieniło się bardzo wiele. Nawet w bladym Osnabrück, gdzie wszystko wydawało się bezwładne i nieruchome. Unosiły się niczym mgła, z tą ospałą powolnością, którą trudno było dostrzec.
Hans pamiętał, jak przed wojną rodziny rezygnowały z pieczeni z ziemniakami w sobotę, aby zaoszczędzić i przekazać pieniądze armii. Pamiętał, że gett nie było nigdzie, ani w miastach, ani poza nimi, a Żydzi mogli swobodnie chodzić po ulicach. Pamiętał biedę wsi i ponure oczy ludzi.
Teraz, jak podawano w radiowych materiałach propagandowych, ulice były czyste, wojsko silne, a w oczach Niemców lśniła duma.
On zaś był zmuszony ukrywać się coraz głębiej w swoim fikcyjnym świecie.
Garnizon był instytucją, w której panowały porządek i organizacja. I jeśli to miejsce można nazwać królestwem, to królem był tu bez cienia wątpliwości Hauptmann Franz Meyer, barczysty i bystrooki, mimo że miał już swoje lata.
Widząc nadchodzącego Hansa, Meyer przywitał go, stukając palcami w stół na znak, by usiadł naprzeciwko. Położył przed nim gruby plik dokumentów do sprawdzenia i ostemplowania zgodnie z procedurami. Wojna toczyła się być może daleko od Osnabrück, ale garnizon był jedną z tych instytucji, które ją napędzały, należał do złożonej sieci jednostek i posterunków wojskowych oplatających całe terytorium Niemiec niczym system naczyń krwionośnych.
– Więcej niż zwykle – zauważył Hans.
Meyer odchylił się na oparcie fotela.
– Jest ich więcej niż zwykle, bo i wojny jest więcej niż zwykle – odparł. – Przeczytaj raporty z akcji „Reinhardt”.
Hans niespiesznie zabrał się do pracy. Przeglądał akta, studiując informacje o obozach koncentracyjnych otwartych przez Rzeszę w zeszłym roku na terenie Polski. Wybudowano i uruchomiono cztery: w Chełmnie, Bełżcu, Sobiborze i Treblince; wszystkie dobrze ukryte pośród gęstych lasów, smagane wiatrem i służące tylko jednemu celowi: wchłanianiu transportów Żydów, jednego za drugim.
Próbując nie zdradzać emocji, Hans powędrował wzrokiem do danych zebranych na końcu akt: liczby Żydów wysłanych do krematoriów lub zamordowanych i pochowanych w zbiorowych mogiłach elektryzowały. Trudno mu było pomyśleć, że za tymi liczbami kryją się osoby, a wśród nich z całą pewnością był też ktoś, kto przed 1941 rokiem chodził ulicami Osnabrück.
– Co jest? – Meyer wyrwał go z zamyślenia. – Zbladłeś.
– Nic – zaprzeczył, próbując zrobić coś z oczami. Udał nawet atak kaszlu, a następnie uderzył palcami w kartki. – Widziałeś to? Ciężarówki do gazowania. Co to takiego?
Meyer podniósł się, żeby spojrzeć, następnie usiadł i w zamyśleniu zaczął pocierać brodę opuszkami palców.
– Pomysł Himmlera. Pakują więźniów do samochodów i duszą ich gazem produkowanym przez silniki ze starych radzieckich czołgów. Nie jest to być może przyjemny sposób umierania, okazuje się jednak szybszy i ekonomiczniejszy.
Hans poczuł, że ma lodowate dłonie. Nieczęsto się zdarzało, aby rozmawiali o tych sprawach w taki sposób, nie potrafił rozszyfrować odcieni w barwie głosu przełożonego. Zgorzkniały sarkazm? Nieufność? A może coś całkiem innego? Nie wiedział, zazwyczaj ograniczał się do przybijania pieczątek nad podpisem Hauptmanna.
– To budzi w tobie odrazę, prawda? – Meyer wpatrywał się w niego zielonymi oczami jak kot w mysz. – Takie rzeczy.
Lód z dłoni powędrował wyżej, do samego serca Hansa.
– Ja naprawdę…
– Nie przejmuj się, ja też czuję odrazę.
Zaskoczony Hans stwierdził, że przełożony mówi prawdę: Franz Meyer nie udawał, on naprawdę był zdegustowany.
– Brałem udział w Wielkiej Wojnie – mruknął Hauptmann. – Już raz widziałem upadek Niemiec. Słyszałem nadzieję na odrodzenie, gdy mówiono o wspólnocie krwi i ziemi. Kiedy mówiono, że powstaniemy w bogactwie naszych pól i dzikiej przyrody, w czystości marzeń i krwi, która czyni z nas najsilniejszą rasę, godną dominacji nad innymi. – Przerwał na moment, wpatrując się w pustkę, po czym potrząsnął głową. – To wszystko nie ma nic wspólnego z marzeniami, Hans. Zawartość tych raportów to czysty koszmar.
Hans rozejrzał się wokoło, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że znalazł się w pułapce, że oto wystawiona została na próbę jego wierność Rzeszy.
– Mówisz rzeczy…
Meyer wybuchnął śmiechem.
– Spokojnie, nikogo nie ma. – Następnie pochylił się do niego. – Niemcy się zmieniły, Hans. A wraz z nimi my wszyscy.
Gdy wracał do domu, miasto spowił już wieczór. Ulice pociemniały, a w powietrzu czuć było chłód dopiero co minionej zimy.
Nie zawracał sobie głowy zapinaniem płaszcza narzuconego na mundur, zimno przenikało go teraz do szpiku kości, a wraz z nim suchy ton słów Meyera; oleisty posmak spalin radzieckich czołgów rozchodził mu się na języku, w duszy.
Przyśpieszył, a jego oficerki rytmicznie uderzały o asfalt. Poczuł ulgę, kiedy wreszcie pojawił się zarys jego domu.
Miał piękny dom z czystą fasadą i spadzistym dachem. Budynek, którego, jak się wydawało, odległa wojna nawet nie drasnęła. Z małym ogrodem z przodu i rzędem drzew liściastych wzdłuż płotu z kutego żelaza, oddzielającego go od ulicy, był rajskim zakątkiem, którego Hans trzymał się kurczowo i którego był gotów bronić aż do końca.
Otworzył furtkę i wszedł na ścieżkę. Na schodach prowadzących do drzwi wejściowych, obok kolorowego, drewnianego bączka, leżała sterta szyszek. Hans uśmiechnął się, myśląc o córce, która bawiła się tu na zewnątrz. Podniósł wzrok na gniazda gołębi pod dachem, których powietrzne akrobacje tak cieszyły Hanne.
Nie zauważył ani jednego ptaka. Zapadł wieczór i gołębie schowały się do swoich gniazd. On też zamierzał to zrobić.
– Ingrid! – zawołał, otwierając drzwi. Zamknął je za sobą.
Nikt mu nie odpowiedział.
Zdjął płaszcz i rzucił go na oparcie fotela, rozglądając się. Jak zawsze dom był wzorem czystości i porządku. A jednak nie wyczuł zapachu zupy lub pieczeni, który zwykle dochodził z kuchni. Przesunął czubek buta z dywanu, ponieważ zabłocenie go było jedną z niewielu rzeczy, które doprowadzały jego żonę do szewskiej pasji.
– Ingrid? – zawołał powtórnie.
I znów nie dostał odpowiedzi. Dobiegł go tylko cichy odgłos kroków na piętrze.
Hans poczuł, jak w jego klatce piersiowej kiełkuje zimny strach. Coś było nie tak.
„Nie słychać muzyki”, pomyślał. Było to na tyle niezwykłe, że ścisnęło go w żołądku. Nie witał go ani utwór Wagnera, ani symfonia Beethovena, ani nawet któraś z pieśni. Nic, co towarzyszyło Ingrid i Hanne, kiedy były same w domu.
Z niepokojem spojrzał na schody prowadzące do sypialni na górze.
„Dlaczego się martwię?” Nie wiedział, ale w tych czasach każda najmniejsza zmiana w codziennej rutynie stanowiła groźbę, prawdopodobieństwo, że coś mrocznego, niebezpiecznego zbiera się również nad ich głowami.
Spięty podszedł do schodów i już miał na nie wejść, gdy na szczycie pojawiła się jego żona.
– Hans…
Ulga, która na jej widok przywróciła mu oddech, natychmiast ustąpiła miejsca wręcz namacalnemu strachowi.
Ingrid miała na sobie tę samą bladozieloną sukienkę co rano, teraz jednak tak pogniecioną, że całkiem straciła fason. Zaciskała i otwierała białe pięści, tłamsząc przy tym materiał, jakby chciała się go przytrzymać. Jej delikatna twarz, zwykle zaróżowiona na policzkach, posiniała. Kosmyki włosów wysunęły się spod spinek i w nieładzie zwisały jej na ramionach.
– Hans… – powtórzyła.
Gdy wszedł na schody, Ingrid się zachwiała, zrobiła krok naprzód i się potknęła. Doskoczył do niej w ostatniej chwili i zdążył ją podtrzymać. Wydała mu się mała i lekka. Nagle zaczęła szlochać.
– Ingrid, co się dzieje?
– To ich wina – syknęła, mnąc sukienkę. – Może te wszystkie opowieści… były prawdziwe. Powinniśmy byli ich słuchać.
Hans potrząsnął głową.
– O czym ty mówisz? Co się stało?
Chwyciła go za rękaw munduru i zamknęła jego dłoń w swoich. Palce miała lodowate. Hans próbował dostrzec odpowiedź w jej oczach, ale ujrzał tylko niepokój i przerażenie.
– Z Hanne jest źle. Jest blada, z trudem oddycha. Lekarz… powiedział, że musiała złapać którąś z tych żydowskich chorób i że teraz niewiele już może zdziałać.
Hans poczuł, jak serce przestaje mu bić w piersi.
– Proszę cię, zrób coś – wyszeptała Ingrid.
– Gdzie ona jest? – spytał. – W pokoju? Lekarz wciąż tu jest?
Pokręciła głową. Ponownie wzięła go za rękę i tym razem ją objął. Razem udali się do pokoju Hanne.
– Witaj, córeczko, jak się czujesz?
Hanne nie odpowiedziała. Jej włosy leżały w nieładzie na poduszce, tak jak rano. Rozchylone usta łapczywie chwytały powietrze. Fräulein Kuken znów wylądowała pod łóżkiem.
Hans ją podniósł, ale się zawahał. Stał przy łóżku w mundurze zbyt ciemnym jak na dziecinny pokój, w czarnych oficerkach na małym, okrągłym dywanie.
– Rano nie chciała wstać – wyjaśniła Ingrid. Przyklękła obok córki, gładząc ją po złotych lokach, i otarła jej wilgotne czoło. – Myślałam, że kaprysi, ale kiedy wyszedłeś, nie chciała zjeść śniadania. Pomyślałam, że pozwolę jej jeszcze trochę pospać i zostawię ją dziś w łóżku.
– Dobrze zrobiłaś.
Hanne była blada i śliczna jak bajkowa księżniczka ze złota i śniegu. Była piękna, mimo że chwytała powietrze rozchylonymi, posiniałymi wargami, a drobne dłonie przyciskała do koca, który matka podciągnęła jej pod samą brodę.
– Tatusiu? – odezwała się głosem tak słabym, że aż go zmroziło.
Hans zrobił krok naprzód i pochylił się nad nią.
– Jestem tu, córeczko. Mówiłem ci, że wrócę.
Hanne kiwnęła głową, mrużąc oczy, żeby go lepiej widzieć. Wsunął lalkę pod koce i ułożył obok niej.
– Trzymaj ją blisko siebie, to będzie cię chronić.
– Fräulein Kuken zawsze mi spada. Prawda, mamo?
Ingrid uśmiechnęła się, ocierając pot z jej twarzyczki.
– Tej nocy zostanie z tobą, zobaczysz – zapewniła.
Hanne rozciągnęła usta w uśmiechu i patrzyła na niego dużymi, jasnymi oczami, jakby chciała o coś zapytać. Te oczy zawsze były pełne cudownych światów: bajek, które opowiadała jej Ingrid, nordyckich poematów, których Hans uczył ją na pamięć, fantazyjnych zabaw szyszkami na schodach domu. Światów, których częścią on nigdy się nie stanie, ale cieszył go ich obraz w spojrzeniu córki.
Teraz jej oczy były przygaszone, przyćmione cierpieniem.
– Kiedy to się zaczęło? – zapytał Ingrid, podczas gdy Hanne zamknęła oczy i prawie zniknęła w poduszce.
– Spała cały ranek, ale nie nabrała sił – odparła udręczonym głosem żona. – Kiedy ponownie do niej zajrzałam przed obiadem, była w takim stanie jak teraz: rozpalona i jednocześnie drżąca z zimna. Nic nie zjadła. Hans, sam zobacz, jaka jest gorąca. Mówi, że kiedy oddycha, boli ją w piersiach.
Głos Ingrid przeszedł w płacz, Hans przytulił ją do siebie.
– A co powiedział doktor Walder? Badał ją?
Ingrid podniosła ku niemu oczy pełne przerażenia.
– Mówił te rzeczy… o Żydach… o ich chorobach.
Hans poczuł rosnącą wściekłość.
– Co to za bzdury? Co mają z tym wspólnego Żydzi?
– Doktor Walder powiedział, że to oni. Oni roznoszą choroby swojej rasy, zarażając naszą.
Hans przymknął oczy, próbując się uspokoić.
– Ingrid – wyszeptał. – Na ulicach nie ma już Żydów. Zamknęli ich wszystkich w gettach.
– Jacyś widać zostali. Któryś z nich zaraził Hanne…
– Na litość boską, Ingrid!
Wiedział, kogo miała na myśli: Goldbergów, którzy mieszkali w pobliżu Carolinum, zabytkowego gimnazjum niedaleko jego pracy. To byli Żydzi z wyższych sfer, którym udało się zostać w swoim mieszkaniu, ale oni nie wyściubiali nawet nosa za drzwi. Z garnizonu Hauptmanna Meyera nie wysyłano już wniosków o deportację, jakby postanowiono ignorować ich obecność, ale protestowali mieszkańcy dzielnicy.
– Jak możesz w ogóle tak myśleć? – spytał. – A doktor Walder jest niekompetentny, usprawiedliwia w ten sposób swoją bezsilność.
Ingrid popatrzyła na niego pełna strachu.
– Powiedział, że żydowska rasa ma chorą krew. I wystarczy ich plwocina na ziemi, aby choroba się rozniosła. Rozprzestrzeniają zarazki przez oddech, w powietrzu. A robią to chętnie, żeby pozabijać dobrych ludzi.
Hans zrozumiał, że jego żona bredzi. Nie wiedział, czy Walder faktycznie zasugerował jej tak absurdalną teorię, czy może była ona wytworem jej fantazji. Powinien skontaktować się z lekarzem i porozmawiać z nim osobiście.
Wrócił myślami do Goldbergów i wyobraził ich sobie jako kartkę z którychś akt na biurku Meyera. Przywołał w myślach słowa przełożonego: „Niemcy się zmieniły. A wraz z nimi my wszyscy”.
Wypuścił żonę z objęć, po czym pochylił się nad córką i przycisnął usta do jej czoła. Było rozpalone. Nie pamiętał, aby kiedykolwiek miała tak gorące czoło, nawet gdy była młodsza i w zimowe noce niekiedy gorączkowała.
– Zarazili naszą córeczkę – mamrotała Ingrid ze wzrokiem utkwionym w pustkę. – Mszczą się. Mszczą się za te wszystkie złe rzeczy, które im wyrządziliśmy.
Hans zacisnął powieki. Najchętniej zapomniałby o wszystkim, wymazał całe to szaleństwo, jakby było tylko koszmarem, i obudził się w bieli pokoju córki, aby chwycić ją w ramiona, gdy skacze rozbawiona po swoim łóżku, a Ingrid się śmieje, udając oburzoną hałasem.
Kiedy ponownie otworzył oczy, ujrzał jedynie bladość Hanne i przerażenie swojej żony.
– Poczekaj tu na mnie – powiedział, wstając.
– Dokąd idziesz? – spytała.
– Do Waldera.
Doktor Walder był niskim mężczyzną o wąskich ramionach i lekko zgarbionych plecach kogoś, kto spędził życie, studiując książki.
Kiedy Hans przyszedł do jego domu, gdzie mieścił się także gabinet, w którym lekarz przyjmował pacjentów, gosposia poprosiła go do jadalni. Walder siedział przy stole, przyglądając się wnikliwie talerzowi z gulaszem i gotowanymi ziemniakami.
– Poruczniku Heigel. – Zasalutował zmęczony. Żółte światło lampy w salonie sprawiało, że wyglądał jak duch z podłużną twarzą za okrągłymi okularami odbijającymi poświatę. – Przynosi mi pan pozdrowienia z garnizonu?
– Moja córka jest chora – odparł Hans. – Był pan u niej z wizytą.
Walder mruknął pod nosem, po czym skinął na gosposię, która odeszła z szelestem.
– Co chce pan wiedzieć? Wszystko powiedziałem już pańskiej małżonce.
Hans z trudem powstrzymywał gniew.
– Te bzdury o Żydach… że to oni roznoszą choroby i…
Walder przerwał mu, unosząc dłoń w geście jeszcze bardziej zmęczonym i nieufnym niż pozdrowienie, jakim go przywitał.
– Pańska córka ma gruźlicę – oświadczył.
Te słowa wystarczyły, by Hansa przeszył dreszcz. Bez żadnego powodu wrócił myślami do pewnego dnia minionego lata, kiedy dla zabawy włożył córce na głowę swoją czapkę, a Hanne zaczęła biegać po całym ogrodzie, ciągle ją poprawiając, gdyż czapka była za duża na jej małą główkę i zsuwała się jej na oczy.
– Próbowałem wytłumaczyć to pańskiej żonie, ale ona… – Walder powoli pokręcił głową. – Zaczęła coś przebąkiwać o Żydach, o chorobach, które roznoszą się w powietrzu… – Zrobił pauzę, grzebiąc widelcem w talerzu. – Istne szaleństwo, które ogarnia nas wszystkich.
Hans spojrzał na niego, próbując opanować strach.
– Co mogę zrobić, doktorze? – zdołał tylko zapytać słabym głosem.
Walder wbił w niego wodniste oczy pełne żalu.
– Niestety niewiele – odparł. – Już za późno. Trzeba było interweniować wcześniej.
Wytłumaczył mu, jak podstępna jest ta choroba, odporna na farmaceutyki, trudna do leczenia, nie wspominając już, że gdy atakuje płuca, nie od razu daje o sobie znać. Zagnieżdża się po cichu, bez objawów.
Także Walder brał udział w Wielkiej Wojnie, podobnie jak Hauptmann Meyer. Podczas gdy Hans patrzył na niego nieobecnym wzrokiem, lekarz próbował wytłumaczyć mu istotę tej choroby na przykładzie okopów, w których żołnierze czuwają dniem i nocą w oczekiwaniu, aż coś się wydarzy, narażeni na zimno. Jedyny komfort, na jaki mogą sobie pozwolić, gdy jest w miarę bezpiecznie, to zapalenie lampki oliwnej. W takich samych okopach po drugiej stronie czai się wróg. I może kazać na siebie czekać godzinami, dniami czy tygodniami, nie pozwalając na jedzenie lub sen. Nie anonsuje się i nie zadaje sobie trudu, by atakować. Jednak kiedy już ruszy do ataku, to wpada do okopów przeciwnika z karabinem lub bagnetem i uderza błyskawicznie.
W ten sposób działa również gruźlica, zagnieżdżając się w klatce piersiowej i czekając, żeby się ujawnić. I kiedy to robi… zwykle jest już za późno.
– Powinniśmy byli interweniować wcześniej – powtórzył z przykrością lekarz.
Hans patrzył na niego, przypominając sobie, że gdy wrócił do domu, zaskoczył go brak muzyki. A mimo to stosowniejsza byłaby zwodnicza słodycz kłamstwa, jakie niosły w sobie pieśni: warstewka perfekcji pokrywająca okropności. Wagner przyćmiewający komunikaty wojenne w radiu, dom będący obrazem czystości i porządku, miasto, które wydawało się oazą spokoju, jakby zastygłe we śnie. I okropna choroba czająca się w stworzeniu najsłodszym i najpiękniejszym, jakie kiedykolwiek zaatakowała.
– Dałem pańskiej żonie lek, który ułatwi Hanne oddychanie – kontynuował doktor Walder, jakby przemawiał z innego świata, z kosmosu. – Postarajcie się, żeby jadła, ponieważ musi mieć siły. Coś lekkiego i pożywnego.
Hans przywołał w myślach twarz córeczki, jej piękne loki i ogromne błękitne oczy, które, gdy się w niego wpatrywały, potrafiły stopić w nim wszelkie lęki i obawy.
– Gorączka się podniesie, trzeba będzie ją zbić – kontynuował bezlitośnie Walder. – Używajcie w tym celu kawałków czystego materiału i zimnej wody, ale nie lodowatej. Powinna mieć ciepło i dużo wypoczywać. Obserwujcie ją tej nocy. Jeśli będziemy mieć szczęście, gorączka minie do jutra rana i Hanne będzie bezpieczna.
Hans spojrzał na niego, nagle sprowadzony do rzeczywistości słowami lekarza, które jako jedyne przebiły się do jego świadomości i nim wstrząsnęły.
„Będzie bezpieczna…”
Chciał coś powiedzieć, ale Walder wstał i zbliżył się do niego zmęczonym krokiem.
– Zajrzę jutro, żeby ją zbadać, jak tylko będę mógł – obiecał.
Hans potaknął w milczeniu głową. Był zdezorientowany i zdruzgotany, a mimo to uczepił się tej iskierki nadziei.
– I proszę też poświęcić trochę uwagi swojej żonie – mruknął Walder, odprowadzając go do drzwi. – Potrzebuje jej tak samo jak córka.
– Kaszlała krwią?
Hauptmann Meyer utkwił w nim wzrok zdradzający wciąż nieuśmierzony ból.
– Tak, całą noc, aż do świtu. Potem zasnęła.
– Nadal ma gorączkę?
– Teraz trochę spadła, ale w nocy była gorąca jak piec.
Hans zacisnął szczęki. Za każdym razem, gdy zamykał powieki, widział oczy córki. Teraz też widział ją przed sobą, bladą i kruchą jak szkło, tak wychudzoną, że można by pomyśleć, iż wyschła do kości. Starał się wytrzymać wzrok przełożonego, ale nie zdołał.
– Gorączka rzadko jest wysoka w takich przypadkach – westchnął Meyer. Siedząc przy biurku, pocierał dłonią kanciasty podbródek. Między palcami drugiej ręki wciąż trzymał pióro, którym złożył podpis na akcie wywłaszczenia. Na widok Heigla wchodzącego z dokumentami akcji „Reinhardt” spytał, czy Hans balował przez całą noc i stąd te podkrążone oczy.
Szybko pożałował żartu.
Hauptmann Franz Meyer stracił przez gruźlicę syna zaledwie dwa lata wcześniej. Był to silny chłopak o pięknym uśmiechu, powołany do wojsk terytorialnych Landwehry. Zmarł na froncie, pozostawiając w sercu ojca niezabliźnioną ranę.
– Łatwiej bym to zniósł, gdyby Bóg zaszczycił go śmiercią na polu walki – mawiał zazwyczaj w chwilach przygnębienia. – Tymczasem odszedł, krztusząc się krwią na zdezelowanym łóżku polowym, zmarł jak tchórz, zasługując na Helheim.
W starożytnych legendach Północy wojownik umierający śmiercią naturalną nie miał wstępu do Walhalli, krainy wiecznego szczęścia, lecz trafiał do nordyckiego piekła. Meyer zawsze wypowiadał te słowa przez zaciśnięte usta, pełen gniewu.
– Przypominasz mi go, Hans – stwierdzał niekiedy, gdy byli sami i Hauptmann mógł sobie pozwolić na wspomnienia. – Jesteś silny, ale łagodny. Bardzo bym chciał, aby Gus, gdyby żył, był takim człowiekiem jak ty.
Hans nigdy nie zrozumiał powodu tego podziwu. Ale odczuwał żałobę przełożonego jak własną, zdając sobie sprawę, że w jego życiu nie było nikogo, kto bardziej przypominałby mu ojca niż Franz Meyer.
Na pewno nie był tym kimś arystokrata von Brünner, wyniosły ojciec Ingrid. Kiedy się pobrali, Lars von Brünner położył mu rękę na ramieniu, mówiąc, że teraz Hans dołącza do rodziny jako syn, i zmierzył go lodowatym wzrokiem. To samo powtórzył, gdy urodziła się Hanne, ani trochę nie ocieplając wyrazu twarzy. A mimo to w rzadkich przypadkach, gdy odwiedzali go razem z Ingrid, Hans dotrzymywał towarzystwa Larsowi. Siedzieli w fotelach lub stali przy oknie, popijając likier ziołowy. Mało słów ich łączyło, za to dzielił zimny dystans.
Hauptmann Meyer nigdy mu nie powiedział: „Jesteś moim synem”, ale traktował go w taki właśnie sposób.
– Jesteś dumą tego garnizonu, Hans! – oznajmiał niekiedy głośno w obecności innych.
A kiedy ktoś pytał: „Dlaczego? Co takiego zrobił Oberleutnant Heigel?”, zaczynał swoją opowieść.
– Czy ktoś z was poznał komendanta Friedricha Fromma?
Było to pytanie retoryczne, na które znano już odpowiedź: żaden z obecnych w garnizonie w Osnabrück żołnierzy nie znał komendanta armii rezerwowej, która nie uczestniczyła w walkach na froncie jak armia polowa, ale zaopatrywała Niemcy w posiłki i wsparcie. Nie walczyła w pierwszym szeregu, ale kontynuowała tradycje krwi i ziemi, Blut und Erde. Friedrich Fromm, który dowodził rezerwistami z Berlina, był jedną z najważniejszych osób w Rzeszy, podlegał wyłącznie samemu Führerowi.
Wszyscy wstrzymywali oddech, gdy wymieniano jego nazwisko.
I trwali tak, gdy Hauptmann je z dumą literował, deklamując tę anegdotę, jakby była jedną z nordyckich ballad.
– Otóż nasz Hans go zna. W zeszłym roku komendant Fromm przyjechał do Osnabrück w ważnych sprawach. Nasze miasto odgrywa kluczową rolę jako węzeł przesiadkowy i komendantowi zależało, by trzymać rękę na pulsie. Kiedy wszedł do naszego garnizonu, nikogo w nim nie zastał, ponieważ wszyscy byliśmy zajęci w mieście. Nieobecny byłem nawet ja, przeprowadzałem kontrolę na stacji. Był tylko Hans, jak zwykle nienaganny, tu, przy biurku.
W tym momencie robił efektowną pauzę, aby jego żołnierze wyobrazili sobie, co by było, gdyby Friedrich Fromm zastał pusty garnizon i od nikogo nie uzyskał informacji.
– Porucznik Heigel wyjaśnił mu wszystko, pokazał rejestry i akta, wszystkie po kolei. I kiedy się wreszcie zjawiłem, Fromm odwrócił się do mnie, komplementując naszą pracę, z twarzą poważną i twardą, jakby wykutą w marmurze. Zanim wyszedł, uścisnął dłoń naszemu Heiglowi. Wyobrażacie to sobie? Uścisnął mu dłoń!
W trakcie opowiadania Meyera Hans zawsze czuł, jak palą go skronie. W rzeczywistości była to wizyta pro forma. I podobnie pro forma był też uścisk ręki Fromma, który Hansowi wcale nie wydawał się tak niezwykły, jak w ubarwionej formie przedstawiał to Meyer. Prawdą jednakże było to, że przepełniała go duma, gdy tak stał przed tym mężczyzną, żylastym i twardym jak skała, który przyjechał zapytać o wyniki pracy rezerwistów. Czuł się ważny, a przede wszystkim silny. Kiedy ściskali sobie dłonie, wydawało mu się, że siła Friedricha Fromma przeszła na niego, pozwalając mu poczuć się bohaterem.
Teraz, wspominając oczy Hanne, pełne bólu i bezgranicznego zmęczenia, cała ta siła, którą przechowywał w sobie, w tym drobnym wspomnieniu, w tym przebłysku, rozpadła się w drobny mak.
Pozostawiając w nim pustkę.
Czyniąc go bezużytecznym.
– Nie wiem, co robić.
Hans położył dokumenty na biurku i zacisnął dłonie.
Nie wiedział tego również Meyer: Hans zrozumiał to, gdy przełożony, zamiast odpowiedzieć, zagryzł usta w wąską linię.
– A jak się czuje Ingrid?
– Jakby amputowano jej nogi. Przez cały czas siedzi na dywanie w pokoju Hanne, obejmując dłońmi rączki naszej córki.
– To silna kobieta. Kobieta Rzeszy. Poradzi sobie z tą sytuacją.
Hans nie dopatrzył się hipokryzji w słowach przełożonego. Wiedział, że Meyer mówi tak, by go trochę pocieszyć, bo przecież żaden z nich nie wierzył, że waleczny duch Niemiec mógłby się w jakikolwiek sposób przenieść na biedną Ingrid.
„A już na pewno nie na mnie”, pomyślał Hans, czując się kompletnie pozbawiony energii. Był tylko oficerem rezerwy, co mógł zrobić?
– Doktor Walder był na wizycie u małej? – upewnił się Hauptmann.
Hans zreferował mu pokrótce rozmowę z lekarzem, a przynajmniej te fragmenty, które zapamiętał, te, które dryfowały pośród niepokoju i strachu.
– Coś na oddychanie? – Meyer zrobił dziwną minę. – Nie wystarczy, tu są potrzebne antybiotyki.
– Antybiotyki?
Hans był zaskoczony. Słyszał już o takich lekach. Wszystkie jednak były jeszcze w fazie eksperymentalnej, poza zasięgiem zwykłych ludzi. Może robiono je we Francji, jeszcze przed wojną, ale… gdzie miałby je dostać?
– Tu, w Osnabrück, są nie do zdobycia – mruknął Hauptmann, jakby czytając mu w myślach. Spochmurniał, przez chwilę wydawało się, że pogrążył się w dawnej udręce, być może sięgającej aż frontu wschodniego, gdzie zmarł jego syn. – Siadaj. – Otrząsnął się, nim Hans zdążył zadać mu kolejne pytania. – Musimy o czymś porozmawiać.
Hans oparł dłonie na kolanach, próbując się skupić. Był zdezorientowany, oszołomiony, ale kiedy Meyer zaczął mówić o antybiotykach, poczuł, jak rozpala się w nim iskierka nadziei. Postanowił, że zgłębi ten temat natychmiast po wyjściu z pracy, jeśli bowiem istniała szansa na wyleczenie jego córki…
– Wiesz, co się dzieje w Warszawie? – zagaił Hauptmann.
Hans zmarszczył czoło.
– Oczywiście – odparł. – Powstanie w getcie żydowskim.
Meyer powoli skinął głową.
– Trzy dni temu Himmler wydał rozkaz stłumienia powstania. Za wszelką cenę.
Hans zacisnął usta. Czytał oficjalne raporty o powstaniu w getcie. Wybuchło z początkiem roku. Na skutek wysokiej umieralności z głodu i chorób, a także deportacji do obozu w Treblince, liczba Żydów w Warszawie drastycznie zmalała. Grupa buntowników uzbrojonych w broń z przemytu otworzyła ogień do hitlerowskiej policji, powodując kilka ofiar śmiertelnych. W odpowiedzi oddziały SS skąpały całą dzielnicę w morzu krwi, a mimo to opór, z jakim się tam spotkały, zmusił je do wstrzymania akcji i wycofania się. Rozwścieczony tą porażką Himmler nakazał likwidację getta. Zaledwie kilka dni wcześniej policja zrobiła nalot na dzielnicę, a wszystko miało się zbiec z urodzinami Hitlera. Tyle mówiły raporty, ale ze spojrzenia Meyera Hans wyczytał, że nie była to cała prawda.
– W planach Himmlera operacja miała potrwać tylko trzy dni. – Hauptmann skrzyżował ramiona na piersiach. – Ale rebelianci wzięli naszych w krzyżowy ogień. Ci szaleńcy nie mają najmniejszych szans na wygraną, mimo to przysięgli, że zginą w walce.
Hans nie skomentował. Jego wzrok padł na nowe akta akcji „Reinhardt”, które przeczytał i podstemplował. Na samą myśl o ciężarówkach pełnych zagazowanych ludzi ogarnęły go mdłości.
– W rezultacie – kontynuował Meyer – nasi chłopcy wciąż się tam biją, a wynik wcale nie wydaje się taki oczywisty.
Hans popatrzył zdziwiony na przełożonego.
– Jak to możliwe? Ci ludzie są przecież wyczerpani, jakim cudem stawiają opór wyszkolonym oddziałom?
– Nigdy nie wolno lekceważyć siły desperacji – odparł Meyer schrypniętym głosem. – Albo tych ludzi, którzy nie widzą i nie czują niczego poza potrzebą walki i wytrwania. Ci się nie poddadzą, wierz mi.
Hans zacisnął i rozluźnił pięści. Pomyślał o Hanne w łóżeczku mokrym od potu i o tym, co chciałby dla niej zrobić. On też nie zamierzał się poddać i w desperacji szukał siły, której tak bardzo potrzebował.
– Dziś rano przyszedł telegram z Berlina – mówił dalej Meyer, prostując plecy. – Chcą zorganizować dyskusję o Warszawie i domagają się, abym wziął w niej udział: jak widzisz, Niemcy walczą na wielu frontach. Już przez samą obecność Armii Czerwonej na wschodzie mamy ogromne zmartwienie, takie zrywy wolnościowe w granicach naszego terytorium nie są nam potrzebne.
– Boją się, że powstanie może być wzorem dla innych – domyślił się Hans.
– Właśnie. I zdaje mi się, że niestety mają rację. Dlatego ważne jest, aby nasz garnizon był reprezentowany na tym spotkaniu.
– Rozumiem. – Hans skinął głową, próbując odsunąć od siebie myśl o antybiotykach. – Zajmę się tutaj wszystkim.
– Prawdę mówiąc – Meyer schylił się po kartkę, na której coś napisał – od jakiegoś czasu miewam straszne bóle pleców. To pewnie wiosna, rozumiesz?
– Nie – odparł szczerze Hans.
Hauptmann pisał dalej eleganckim, ale zdecydowanym charakterem pisma.
– Nie sądzę, abym podołał takiej podróży – wyznał. – Dlatego pojedziesz ty.
Hans popatrzył na niego zaskoczony.
– Ja? Do Berlina?
– Do Berlina – potwierdził Meyer. – Pojedziesz na zebranie jako przedstawiciel garnizonu w Osnabrück. Będziesz miał możliwość spotkania wielu ważnych ludzi, takich, którzy znają wybitnych lekarzy Rzeszy i którzy mogliby, gdybyś ich odpowiednio przekonał, zdobyć antybiotyki dla twojej córki.
Hans poczuł drżenie warg.
– Ja… – spróbował coś powiedzieć, ale z emocji nie mógł wydobyć z siebie słowa.
– Weź – odezwał się przełożony, wręczając mu kartkę. – To pełnomocnictwo, będziesz mnie reprezentował. Nie zmarnuj tej okazji.
Hans spojrzał na kartkę, następnie wyciągnął do niego drżącą rękę.
– Dziękuję – wykrztusił.
Meyer dał mu znak, żeby wyszedł.
– Nie trać czasu. Każda chwila jest cenna.
Hans stał na peronie pierwszym i czekał na pociąg z godziny siódmej piętnaście. Długi płaszcz narzucony na mundur łopotał na porannym wietrze, przez co wydawało mu się, że jest kamienną statuą umieszczoną przy torach.
Nawet nie postawił na ziemi lekkiej walizki, nie odrywał wzroku od horyzontu, od punktu, w którym powinien się pojawić pociąg do Berlina. Ingrid spakowała go w ciszy, patrzyła wprawdzie w pustkę, ale o niczym nie zapomniała i nie włożyła do walizki niczego zbędnego. Hans nigdy nie pojmował, jak udawało jej się przewidzieć, których ubrań i których rzeczy będzie potrzebował. Po prostu przewidywała to dzięki typowej dla kobiet zdolności trzymania pieczy nad wszystkim.
Zrobiła to bez towarzyszącej jej zwykle muzyki z płyty gramofonowej, w niemym domu, który w niczym nie przypominał ich domu. Stojąc w drzwiach, Hans mógł ją tylko obserwować, z plikiem dokumentów w jednej ręce i płaszczem zarzuconym na drugą.
Nie odważył się do niej odezwać, Ingrid też ledwie na niego spojrzała. Kiedy na koniec ich oczy się spotkały, niczego w nich nie dostrzegł. Wydawało mu się tylko, że przez ułamek sekundy widzi w nich iskrę smutnego gniewu. „Wyjeżdżasz”, wyczytał w ukradkowym spojrzeniu, „zostawiasz mnie i naszą córkę”.
A może wszystko to sobie wyobraził. Może w oczach Ingrid odbijały się jedynie światła poranka, mieniące się na szybie, i nic poza tym. Tylko ból i rezygnacja.
Wrócił myślami do Hanne, swojej małej i kruchej gołąbeczki. Nie udało mu się z nią pożegnać. Kiedy wszedł do jej pokoju, spała, przez przymknięte okiennice sączyło się do wewnątrz nieśmiałe światło, zapewniając jej spokojny sen i pieszcząc jej loki rozrzucone wokół twarzy. Patrzył na śpiącą córkę tak, jak patrzy się na pisklę w gnieździe, które nie potrafi rozwinąć skrzydeł. Wstrzymał oddech, obserwując koc na jej piersi, aby się upewnić, że się podnosi i opada w rytm oddechów. Po krótkim wahaniu pochylił się i przytknął usta do jej czoła, chcąc sprawdzić temperaturę. Nie było już tak rozpalone jak tej nocy, gdy oboje z Ingrid drżeli ze strachu o córkę, ale gorączka była, zdradziecka, ukryta pod jej delikatną skórą.
– Wrócę szybko – powiedział do Ingrid, stojąc w drzwiach. – Wrócę szybko i przywiozę pomoc.
Nie odpowiedziała. Odwróciła się i usiadła na kanapie, wyprostowana, z rękami złożonymi na kolanach. I taki obraz żony tego dnia zapamiętał.
Kiedy pociąg wreszcie nadjechał przy akompaniamencie stukotu kół i kłębów pary, Hans wsiadł do wagonu i zajął miejsce przy oknie.
Wzgórze Piesberg było ledwie widoczne, jego kontury wrzynały się w mleczny szron poranka. Wpatrywał się w nie, wcale go nie widząc, przyciskając plecy do oparcia, z głową zaprzątniętą przywoływaniem wspomnienia twarzy córki, jej szeroko otwartych oczu, błękitnych i pełnych życia. Z tępym bólem zdał sobie sprawę, że mu się to nie udaje.
Podczas podróży wzgórze powoli wychodziło zza mgły, ukazując się na tle czystego nieba, we wszystkich odcieniach fioletu i różu, zanim zrobiło się zbyt odległe, by można było je dostrzec. Gdyby podążał za nim wzrokiem, nie umiałby dokładnie określić, kiedy przestało być jedynie wzorem na mgle.
W odróżnieniu od Osnabrück Berlin był ogromny. Z szerokimi jezdniami, szarymi budynkami, których okna wychodziły na ulice, i bladobłękitnym niebem, rozpinającym się nad domami, jak gdyby nie mogło objąć całego miasta i aby zostać tam wysoko, gdzie było, musiało nieco rozrzedzić swoją konsystencję i kolory.
W odróżnieniu od Osnabrück w Berlinie czuć było wojnę. Wiła się, szara, ulicami i wspinała po ścianach domów, drażniąco pachniała prochem strzelniczym i ludzkim strachem. Hans miał wrażenie, że gdyby wyciągnął rękę w stronę któregoś z parapetów i przesunął po nim palcami, miałby pełno popiołu na rękawicy. Naturalnie tak nie było, jego serce jednak zapamiętało miasto pokryte czarnym pyłem, przytłaczające.
Wskazano mu miejsce na tylnym siedzeniu wojskowej terenówki, ciemnej, z otwieranym dachem. Nieliczne samochody na drodze ustępowały pojazdowi wojskowemu, a Hans z przerażeniem patrzył przez okno na ruiny miasta: całe dzielnice Berlina wyglądały jak wypatroszone i rozsypujące się.
Skutki bombardowania z lata 1940 roku, dokonanego przez Anglików, nadal były widoczne jako głębokie rany i nie było oznak, aby się zabliźniały.
Spotkanie na szczycie odbywało się przy Prinz Albrecht Strasse 9, w hotelu pierwszej kategorii, trzykondygnacyjnym, nie licząc parteru z eleganckimi ceglanymi arkadami. Hotel Prinz Albrecht słynął jako punkt spotkań polityków i ważnych osobistości lat dwudziestych, jednak od jakiegoś czasu to się zmieniło. Piękna i solidna kamienica gościła teraz Reichsführera SS Heinricha Himmlera i jego najbliższych współpracowników, którzy uczynili z niej swoją kwaterę główną.
– Porucznik Hans Heigel – zameldował się przy wejściu głównym, pokazując upoważnienie podpisane przez Meyera. – Z garnizonu w Osnabrück.
Stojące wzdłuż jezdni i za rogiem ciężarówki ze strażnikami denerwowały go. Nawet widok psów na łańcuchach, wyciągniętych na chodniku przed wejściem, sprawiał, że sztywniały mu plecy, mimo że zwierzęta akurat w tym momencie były, jak mu się wydawało, spokojne. Hans nie lubił psów, zwłaszcza takich jak te, szkolonych do zabijania.
Zaprowadzono go do salonu umeblowanego w dziewiętnastowiecznym stylu. Krzesła z masywnego drewna otaczały długi, lśniący stół, którego rzeźbione nogi stały na dywanie w ponurych barwach.
W ciszy, witając się tylko skinieniem głowy z oficerami znajdującymi się w sali, Hans zajął miejsce odległe od szczytu stołu, gotów słuchać, a nie odpowiadać na pytania. Po przeciwnej stronie, daleko od niego, pojawił się komendant i dowódca rezerwy Friedrich Fromm. Charakterystyczny twardy profil, okrągła twarz i ogolona głowa przeniosły Hansa w przeszłość, do jego wizyty w ich garnizonie. Wpatrywał się we Fromma z taką intensywnością, że komendant wreszcie się do niego odwrócił. Zimne oczy świdrowały Hansa bez emocji, linia warg zakrzywiała się w dół, świadcząc o kompletnym braku reakcji. Jeśli ten człowiek kiedyś mu gratulował i uścisnął dłoń, to teraz kompletnie sobie tego nie przypominał.
– Ze względów bezpieczeństwa – rozpoczął Heinrich Himmler zdecydowanym tonem, siedząc u szczytu stołu – wydałem rozkaz likwidacji getta w Warszawie. Zrównanie go z ziemią jest konieczne, w przeciwnym razie nigdy nie przywrócimy w Polsce spokoju.
Reichsführer nie ograniczył się do wypowiedzenia tych słów, on je wyszczekał.
Hans mimowolnie westchnął, rozczarowany. Nie wiedzieć czemu wyobrażał go sobie jako zimnego, opanowanego żołnierza o idealnej posturze, tymczasem Himmler nawet w tym doskonale skrojonym mundurze, z wypielęgnowanymi włosami i wąsami, ciskał oczami gromy zza cienkich soczewek.
– Jeśli pozostawimy getto – kontynuował – nigdy nam się nie uda zdławić żydowskiego buntu. Właśnie w tej chwili wydałem rozkazy naszym siłom specjalnym, aby użyły materiałów wybuchowych.
Wokół stołu przeszedł pomruk zadowolenia. Wizja budynków walących się na zbuntowanych Żydów i zabijających tysiące z nich wywołała uśmiechy na twarzach wielu oficerów. A mimo to Hans nie dostrzegał chwały w wygraniu takiej bitwy.
Wściekłość Himmlera była widoczna. Kazał rozłożyć na stole mapę, wydając rozkazy samymi oczami.
– Vossel! – szczeknął. – Przyjechałeś z Treblinki. Jakie masz wieści do przekazania?
Hans przechylił się, by zobaczyć wywołanego, który zerwał się na równe nogi z suchym trzaskiem obcasów, wykonując idealny salut. Major Kurt Vossel miał włosy tak jasne, że wydawały się wręcz białe, i delikatną twarz, którą można by uznać za łagodną. Kiedy jednak przemówił, jego głos zabrzmiał w sali niczym uderzenie młotem.
– Przyjechałem z Treblinki po nowe rozkazy, Herr Reichsführer – rzekł. – Obóz działa na pełnych obrotach. W ramach ostatecznego rozwiązania w minionych miesiącach przyjmowaliśmy transporty niemal dwudziestu tysięcy Żydów dziennie.
Zrobił wystudiowaną pauzę. Hans dostrzegł, jak podnosi kącik ust w sarkastycznym grymasie.
– Dni, w których przyjeżdżało ich ledwie sześć czy siedem tysięcy – kontynuował Vossel, wpatrując się w Himmlera – były uważane za chude.
Ktoś się roześmiał, ktoś inny, rozbawiony, zaczął klepać dłonią w udo. Heinrich Himmler pozostał niewzruszony.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
