Dziewczynka z Sobiboru - Franco Forte, Scilla Bonfiglioli - ebook + książka

Dziewczynka z Sobiboru ebook

Franco Forte, Scilla Bonfiglioli

4,5
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Opowieść inspirowana faktami

Czy uda się ocalić własne człowieczeństwo?

Niemcy, rok 1943. Hans Heigel, oficer rezerwy SS z miasteczka Osnabrück, nie popiera polityki Trzeciej Rzeszy, jednak z obawy przed represjami ukrywa swoje poglądy. Najważniejsze dla niego są żona i córeczka. Hans musi stawić czoła rzeczywistości w chwili, gdy spotyka go największa tragedia, jaka może dotknąć ojca.

Wkrótce potem otrzymuje rozkaz wyjazdu do okupowanej Polski, do obozu zagłady Sobibór. Wśród więźniów wyselekcjonowanych do komór gazowych spotyka Leę, dziewczynkę łudząco podobną do ukochanej córeczki. Postanawia uratować ją przed śmiercią. Najpierw w Sobiborze, a potem w obozie na Majdanku podejmuje dramatyczne decyzje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 311

Oceny
4,5 (256 ocen)
171
59
18
7
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Malgosiazol60

Nie oderwiesz się od lektury

Ksiazka , nieodkladalna....pomimo przerazajacej tresci , ale takie wlasnie byly obozy śmierci. Goraco polecam zainteresowanym tematem . Jedna z lepszch jakie ostatnio czytalam .
20
edyta19701970

Nie oderwiesz się od lektury

Co dzień wymyśla nowe strategie, szuka sprzymierzeńców wśród więźniów, okłamuje przełożonych, podejmuje straszliwe decyzje, ryzykuje. Wszystko po to, aby nie pozwolić dziewczynce umrzeć. Inspirowana dramatycznymi losami więźniów nazistowskich obozów zagłady powieść o rozdziale historii, którego nie wolno zapomnieć.
10
CelSki

Nie oderwiesz się od lektury

Książka super. Opowiada o bardzo dużej odwadze dobrego nazisty, który stracił swoją jedyną córkę, a potem ocalił z objęć śmierci mała dziewczynkę. Ukrywał ją, jak tylko mógł. Ratował ją. W każdym narodzie zdarzają się źli i dobrzy ludzie. Ten człowiek był odważny, dobry i szkoda, że tak niewielu ludzi było takich jak on. Ta mała odnalazła w nim ojca, a on w niej córkę.
00
AnnaPiech84

Nie oderwiesz się od lektury

super warto posłuchać
00
aneczka60

Nie oderwiesz się od lektury

jednym słowem, cudowna
00



Motto

Mojemu synowi Ste­fano, który mimo że nie kocha ksią­żek, to z cie­ka­wo­ści wtyka nos (i ręce) we wszystko, co zoba­czy. I czę­sto rozu­mie to lepiej ode mnie…

Franco Forte

Vale­rii i Has­sa­nowi, z całego serca

Scilla Bon­fi­glioli

Rozdział 1

1

Hans Heigel wie­dział, że zmiany ni­gdy nie zacho­dzą nie­spo­dzie­wa­nie.

Każ­dego ranka, gdy otwie­rał okno, widział wzgó­rze Pies­berg zato­pione we mgle prze­ry­wa­nej cienką kre­ską hory­zontu Osnabrück. Potem odwra­cał spoj­rze­nie, wkła­dał mun­dur i masze­ro­wał do pracy, zapo­mi­na­jąc o kon­tu­rach spo­wi­tych mgłą. Dopiero po połu­dniu, gdy uno­sił wzrok znad doku­men­tów, dostrze­gał, że wzgó­rze o zbo­czach poprze­ty­ka­nych różo­wymi i fio­le­to­wymi nit­kami dostoj­nie góruje nad mia­stem. Dla Hansa, który nie pozwa­lał sobie na roz­pro­sze­nie pod­czas sza­rych, mono­ton­nych godzin pracy w małym biu­rze, pozo­sta­wało zagadką, kiedy wzgó­rze wyło­niło się z mgły. Z pew­no­ścią jed­nak zmiana nastę­po­wała stop­niowo, w ciszy, jakby w opo­zy­cji do dzi­kich wrza­sków wojny, która sza­lała gdzieś w oddali.

Hans okrył się szczel­niej czy­stą, sta­ran­nie poce­ro­waną kurtką. Defen­sywna postawa, nie tylko zamy­ka­nie się w mun­du­rze, lecz także w swoim małym świe­cie zło­żo­nym z liczb i logi­styki, pro­stym i na swój spo­sób prze­ra­ża­ją­cym, była mu nie­zbędna w cza­sach, gdy Niemcy otrzą­snęły się po porażce w pierw­szej woj­nie świa­to­wej i ata­ko­wały każ­dego, kto nie rozu­miał, iż nad­szedł czas, by pod­nieść głowę.

Tak naprawdę to i on nie rozu­miał. Ta cała wście­kłość, to okru­cień­stwo, które zda­wało się nie mieć końca… Ale mil­czał i pochy­lał się nad kart­kami, pochło­nięty pracą, aby nie sły­szeć, jak świat poza jego skrom­nym biu­rem ulega prze­mia­nie.

Wie­dział jed­nak, że zmiany nadejdą, nie­unik­nione, kiedy czło­wiek naj­mniej się ich spo­dziewa. Może nie nagle, lecz dzień po dniu. Stop­niowo, tak jak mgła, która zsuwa się po zbo­czach wzgó­rza Pies­berg.

Tym­cza­sem lepiej pochy­lać głowę i cze­kać, aż będzie można pod­nieść wzrok, gdy dokona się zmiana.

Poza ścia­nami jego biura.

Poza wzgó­rzem.

Poza mia­stem.

Kiedy cała mgła, która zaciem­nia świat, roz­pro­szy się osta­tecz­nie.

2

– Włącz radio – popro­sił żonę Hans, sia­da­jąc do śnia­da­nia.

Ingrid unio­sła tylko kącik ust i nalała mu her­baty, naj­wy­raź­niej sku­piona, by nie roz­lać ani kro­pli na śnież­no­biały obrus. Posta­wiw­szy przed nim fili­żankę, pochy­liła się, chcąc popra­wić mu koł­nie­rzyk mun­duru. Ale nie posłu­chała.

– Ingrid, radio…

Od kilku dni likwi­do­wano getto w Kra­ko­wie, a w war­szaw­skim trwało powsta­nie. Komu­ni­katy radiowe na­dal kre­śliły sytu­ację w Pol­sce, coraz bar­dziej nie­przej­rzy­stą, coraz bar­dziej kry­tyczną. Akcja „Rein­hardt” osią­gnęła wła­śnie szczy­towy moment, a eli­mi­na­cja getta żydow­skiego była jed­nym z eta­pów ope­ra­cji, która prze­wi­dy­wała oczysz­cze­nie ziem pol­skich z Żydów.

– Hans, pro­szę – wes­tchnęła, odgar­nia­jąc z czoła jasny lok, który wysmyk­nął się z fry­zury. Nie dodała nic wię­cej, ogra­ni­cza­jąc się do spoj­rze­nia mówią­cego, że przy niej nie musi uda­wać. Ni­gdy nie donio­słaby do sto­sow­nych władz, że mąż nie zacho­wuje się codzien­nie jak praw­dziwy syn Rze­szy.

Hans powi­nien był zmu­sić żonę. Wie­dział, jak nie­bez­pieczne było odprę­że­nie, ule­ga­nie poku­som har­mo­nii kró­lu­ją­cej w jego domu, gdzie nikt nie mógł nagle wtar­gnąć i go zde­ma­sko­wać. Ale Ingrid była taka piękna, kiedy pochy­lała głowę, wzdy­cha­jąc: „Hans, pro­szę”; kiedy obra­cała się w bla­do­zie­lo­nej sukience; kiedy roz­chy­lała usta, szu­ka­jąc w sku­pie­niu płyty, żeby ją poło­żyć na gra­mo­fo­nie… że nie wytrzy­mał długo z miną, którą tak świet­nie nauczył się przy­bie­rać.

Obser­wo­wał ją, zwró­coną do niego tyłem, jak opusz­cza igłę gra­mo­fonu na płytę. Dźwięki Wagnera wypeł­niły całą jadal­nię. Oboje uwiel­biali muzykę i ich dom zawsze roz­brzmie­wał sym­fo­niami Beetho­vena, muzyką kla­syczną i nie­miec­kimi pie­śniami.

– Czy tak nie jest lepiej? – Uśmiech­nęła się do niego przez ramię.

Hans nie odpo­wie­dział, ale w duchu się wzdry­gnął: Ingrid była zbyt dosko­nała. Wszystko w tym domu wyda­wało się zbyt dosko­nałe, z dala od wojny, od wście­kłego huku armat i krzy­ków umie­ra­ją­cych. Nie mógł pozwo­lić, by mgła opa­dła rów­nież na nich. Nie mógł dopu­ścić, by nazi­stow­skie sza­leń­stwo wdarło się przez mur, który wzniósł dla obrony sie­bie i rodziny.

Wytarł usta i wstał, czu­jąc, że nogi ma jak z waty.

– Gdzie Hanne? – spy­tał, roz­glą­da­jąc się. – Jesz­cze śpi?

3

Hanne spała. A raczej uda­wała, że śpi. Hans od razu się zorien­to­wał i powstrzy­mał uśmiech.

Blade pro­mie­nie słońca wpa­da­jące przez okno muskały jej twa­rzyczkę, dłu­gie, zło­ci­ste włosy były roz­rzu­cone na poduszce; jed­no­cze­śnie upar­cie zamy­kała oczy.

– Śnia­da­nie na stole – zde­cy­do­wał się wresz­cie powie­dzieć.

– O nie – zapro­te­sto­wała, odwra­ca­jąc się na bok.

Usiadł na skraju łóżka.

– Grzeczna dziew­czynka nie kaprysi, kiedy trzeba wsta­wać.

Hanne wes­tchnęła.

– Nie chcę.

– Nie chcesz kapry­sić czy nie chcesz wsta­wać?

Zaci­snęła usta w gry­ma­sie dzie­cię­cego gniewu, na któ­rego widok Han­sowi zro­biło się cie­pło na sercu. Pogła­dził jej włosy, po czym nachy­lił się, by je pową­chać i poca­ło­wać. Pach­niały czy­sto­ścią i tym, co świat zda­wał się utra­cić już dawno temu: nie­win­no­ścią.

– Chodź, śliczna gołą­beczko. Wyska­kuj z łóżka. Zaraz przyj­dzie mama.

– A ty nie możesz zostać? – Hanne otwo­rzyła oczy, żeby na niego popa­trzeć. Ogromne, wil­gotne i błę­kitne jak let­nie niebo. – Zostań ze mną.

Hans tysiąc razy oddałby życie za swoją córkę. Dla niej sto­czyłby samot­nie każdą wojnę. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak nie umiał opie­ko­wać się dziec­kiem. Ingrid robiła to lepiej, dokład­nie tak, jak przy­stało na dobrą matkę. Jego miej­sce było w gar­ni­zo­nie w Osnabrück.

– Przyjdę wie­czo­rem – obie­cał. Wło­żył jej w obję­cia Fräulein Kuken, uko­chaną lalkę, która w nocy zsu­nęła się pod łóżko. – I opo­wiesz mi o wszyst­kim, co robi­ły­ście z mamą.

Zszedł na dół, nio­sąc w sercu obraz jej błę­kit­nych oczu. Na progu domu cmok­nął Ingrid w poli­czek, następ­nie ruszył szyb­kim kro­kiem do miej­sca, w któ­rym speł­niał swój obo­wią­zek wobec Nie­miec.

Wzdry­ga­jąc się, zapra­gnął umieć uda­wać lepiej od swo­jej córki.

4

Osnabrück był sku­pi­skiem domów o czte­ro­spa­do­wych dachach i bla­dych ścia­nach, które zle­wały się z nie­bem wio­sen­nego poranka. Pośród drzew na kra­wę­dziach ulic i w panu­ją­cej wokoło ciszy wyda­wał się małym rajem z dala od fetoru wojny.

Idąc, Hans nie mógł prze­stać powta­rzać po cichu tego słowa: „wojna”. Zosta­wiało na pod­nie­bie­niu dziwny posmak, jakby zardze­wia­łego żelaza z odra­ża­jącą nutą smoły. Przy­wo­ły­wało w jego umy­śle poru­sza­jące obrazy, bły­ski na ciem­no­si­nym nie­bie, eks­plo­zje i zgiełk arty­le­rii, ryt­miczne odczy­ty­wa­nie mate­ria­łów pro­pa­gan­do­wych w radiu. Ale kiedy patrzyło się na Osnabrück, te wszyst­kie obrazy i słowa wyda­wały się tylko kłam­stwami, baj­kami dla doro­słych, zebra­nymi przez kogoś, kogo wyłącz­nym celem było wywo­ła­nie zgrozy. Albo uda­wa­nie, tak jak robił to on.

Uśmiech­nął się. Był to gorzki uśmiech z odcie­niem wstydu, ponie­waż Hans nie tylko nie robił nic, by prze­ciw­sta­wić się temu sza­leń­stwu, ale w dodatku spusz­czał głowę i har­to­wał wzrok, by dopa­so­wać go do koloru oło­wiu, który widział w oczach ludzi wokół sie­bie.

Zmiany nie zacho­dzą nagle, wie­dział o tym, ale od cza­sów jego dzie­ciń­stwa zmie­niło się bar­dzo wiele. Nawet w bla­dym Osnabrück, gdzie wszystko wyda­wało się bez­władne i nie­ru­chome. Uno­siły się niczym mgła, z tą ospałą powol­no­ścią, którą trudno było dostrzec.

Hans pamię­tał, jak przed wojną rodziny rezy­gno­wały z pie­czeni z ziem­nia­kami w sobotę, aby zaosz­czę­dzić i prze­ka­zać pie­nią­dze armii. Pamię­tał, że gett nie było ni­gdzie, ani w mia­stach, ani poza nimi, a Żydzi mogli swo­bod­nie cho­dzić po uli­cach. Pamię­tał biedę wsi i ponure oczy ludzi.

Teraz, jak poda­wano w radio­wych mate­ria­łach pro­pa­gan­do­wych, ulice były czy­ste, woj­sko silne, a w oczach Niem­ców lśniła duma.

On zaś był zmu­szony ukry­wać się coraz głę­biej w swoim fik­cyj­nym świe­cie.

5

Gar­ni­zon był insty­tu­cją, w któ­rej pano­wały porzą­dek i orga­ni­za­cja. I jeśli to miej­sce można nazwać kró­le­stwem, to kró­lem był tu bez cie­nia wąt­pli­wo­ści Haupt­mann Franz Meyer, bar­czy­sty i bystro­oki, mimo że miał już swoje lata.

Widząc nad­cho­dzą­cego Hansa, Meyer przy­wi­tał go, stu­ka­jąc pal­cami w stół na znak, by usiadł naprze­ciwko. Poło­żył przed nim gruby plik doku­men­tów do spraw­dze­nia i ostem­plo­wa­nia zgod­nie z pro­ce­du­rami. Wojna toczyła się być może daleko od Osnabrück, ale gar­ni­zon był jedną z tych insty­tu­cji, które ją napę­dzały, nale­żał do zło­żo­nej sieci jed­no­stek i poste­run­ków woj­sko­wych opla­ta­ją­cych całe tery­to­rium Nie­miec niczym sys­tem naczyń krwio­no­śnych.

– Wię­cej niż zwy­kle – zauwa­żył Hans.

Meyer odchy­lił się na opar­cie fotela.

– Jest ich wię­cej niż zwy­kle, bo i wojny jest wię­cej niż zwy­kle – odparł. – Prze­czy­taj raporty z akcji „Rein­hardt”.

Hans nie­spiesz­nie zabrał się do pracy. Prze­glą­dał akta, stu­diu­jąc infor­ma­cje o obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych otwar­tych przez Rze­szę w zeszłym roku na tere­nie Pol­ski. Wybu­do­wano i uru­cho­miono cztery: w Chełm­nie, Bełżcu, Sobi­bo­rze i Tre­blince; wszyst­kie dobrze ukryte pośród gęstych lasów, sma­gane wia­trem i słu­żące tylko jed­nemu celowi: wchła­nia­niu trans­por­tów Żydów, jed­nego za dru­gim.

Pró­bu­jąc nie zdra­dzać emo­cji, Hans powę­dro­wał wzro­kiem do danych zebra­nych na końcu akt: liczby Żydów wysła­nych do kre­ma­to­riów lub zamor­do­wa­nych i pocho­wa­nych w zbio­ro­wych mogi­łach elek­try­zo­wały. Trudno mu było pomy­śleć, że za tymi licz­bami kryją się osoby, a wśród nich z całą pew­no­ścią był też ktoś, kto przed 1941 rokiem cho­dził uli­cami Osnabrück.

– Co jest? – Meyer wyrwał go z zamy­śle­nia. – Zbla­dłeś.

– Nic – zaprze­czył, pró­bu­jąc zro­bić coś z oczami. Udał nawet atak kaszlu, a następ­nie ude­rzył pal­cami w kartki. – Widzia­łeś to? Cię­ża­rówki do gazo­wa­nia. Co to takiego?

Meyer pod­niósł się, żeby spoj­rzeć, następ­nie usiadł i w zamy­śle­niu zaczął pocie­rać brodę opusz­kami pal­ców.

– Pomysł Him­m­lera. Pakują więź­niów do samo­cho­dów i duszą ich gazem pro­du­ko­wa­nym przez sil­niki ze sta­rych radziec­kich czoł­gów. Nie jest to być może przy­jemny spo­sób umie­ra­nia, oka­zuje się jed­nak szyb­szy i eko­no­micz­niej­szy.

Hans poczuł, że ma lodo­wate dło­nie. Nie­czę­sto się zda­rzało, aby roz­ma­wiali o tych spra­wach w taki spo­sób, nie potra­fił roz­szy­fro­wać odcieni w bar­wie głosu prze­ło­żo­nego. Zgorzk­niały sar­kazm? Nie­uf­ność? A może coś cał­kiem innego? Nie wie­dział, zazwy­czaj ogra­ni­czał się do przy­bi­ja­nia pie­czą­tek nad pod­pi­sem Haupt­manna.

– To budzi w tobie odrazę, prawda? – Meyer wpa­try­wał się w niego zie­lo­nymi oczami jak kot w mysz. – Takie rze­czy.

Lód z dłoni powę­dro­wał wyżej, do samego serca Hansa.

– Ja naprawdę…

– Nie przej­muj się, ja też czuję odrazę.

Zasko­czony Hans stwier­dził, że prze­ło­żony mówi prawdę: Franz Meyer nie uda­wał, on naprawdę był zde­gu­sto­wany.

– Bra­łem udział w Wiel­kiej Woj­nie – mruk­nął Haupt­mann. – Już raz widzia­łem upa­dek Nie­miec. Sły­sza­łem nadzieję na odro­dze­nie, gdy mówiono o wspól­no­cie krwi i ziemi. Kiedy mówiono, że powsta­niemy w bogac­twie naszych pól i dzi­kiej przy­rody, w czy­sto­ści marzeń i krwi, która czyni z nas naj­sil­niej­szą rasę, godną domi­na­cji nad innymi. – Prze­rwał na moment, wpa­tru­jąc się w pustkę, po czym potrzą­snął głową. – To wszystko nie ma nic wspól­nego z marze­niami, Hans. Zawar­tość tych rapor­tów to czy­sty kosz­mar.

Hans rozej­rzał się wokoło, nie mogąc pozbyć się wra­że­nia, że zna­lazł się w pułapce, że oto wysta­wiona została na próbę jego wier­ność Rze­szy.

– Mówisz rze­czy…

Meyer wybuch­nął śmie­chem.

– Spo­koj­nie, nikogo nie ma. – Następ­nie pochy­lił się do niego. – Niemcy się zmie­niły, Hans. A wraz z nimi my wszy­scy.

Rozdział 2

1

Gdy wra­cał do domu, mia­sto spo­wił już wie­czór. Ulice pociem­niały, a w powie­trzu czuć było chłód dopiero co minio­nej zimy.

Nie zawra­cał sobie głowy zapi­na­niem płasz­cza narzu­co­nego na mun­dur, zimno prze­ni­kało go teraz do szpiku kości, a wraz z nim suchy ton słów Mey­era; ole­isty posmak spa­lin radziec­kich czoł­gów roz­cho­dził mu się na języku, w duszy.

Przy­śpie­szył, a jego ofi­cerki ryt­micz­nie ude­rzały o asfalt. Poczuł ulgę, kiedy wresz­cie poja­wił się zarys jego domu.

2

Miał piękny dom z czy­stą fasadą i spa­dzi­stym dachem. Budy­nek, któ­rego, jak się wyda­wało, odle­gła wojna nawet nie dra­snęła. Z małym ogro­dem z przodu i rzę­dem drzew liścia­stych wzdłuż płotu z kutego żelaza, oddzie­la­ją­cego go od ulicy, był raj­skim zakąt­kiem, któ­rego Hans trzy­mał się kur­czowo i któ­rego był gotów bro­nić aż do końca.

Otwo­rzył furtkę i wszedł na ścieżkę. Na scho­dach pro­wa­dzą­cych do drzwi wej­ścio­wych, obok kolo­ro­wego, drew­nia­nego bączka, leżała sterta szy­szek. Hans uśmiech­nął się, myśląc o córce, która bawiła się tu na zewnątrz. Pod­niósł wzrok na gniazda gołębi pod dachem, któ­rych powietrzne akro­ba­cje tak cie­szyły Hanne.

Nie zauwa­żył ani jed­nego ptaka. Zapadł wie­czór i gołę­bie scho­wały się do swo­ich gniazd. On też zamie­rzał to zro­bić.

– Ingrid! – zawo­łał, otwie­ra­jąc drzwi. Zamknął je za sobą.

Nikt mu nie odpo­wie­dział.

Zdjął płaszcz i rzu­cił go na opar­cie fotela, roz­glą­da­jąc się. Jak zawsze dom był wzo­rem czy­sto­ści i porządku. A jed­nak nie wyczuł zapa­chu zupy lub pie­czeni, który zwy­kle docho­dził z kuchni. Prze­su­nął czu­bek buta z dywanu, ponie­waż zabło­ce­nie go było jedną z nie­wielu rze­czy, które dopro­wa­dzały jego żonę do szew­skiej pasji.

– Ingrid? – zawo­łał powtór­nie.

I znów nie dostał odpo­wie­dzi. Dobiegł go tylko cichy odgłos kro­ków na pię­trze.

Hans poczuł, jak w jego klatce pier­sio­wej kieł­kuje zimny strach. Coś było nie tak.

„Nie sły­chać muzyki”, pomy­ślał. Było to na tyle nie­zwy­kłe, że ści­snęło go w żołądku. Nie witał go ani utwór Wagnera, ani sym­fo­nia Beetho­vena, ani nawet któ­raś z pie­śni. Nic, co towa­rzy­szyło Ingrid i Hanne, kiedy były same w domu.

Z nie­po­ko­jem spoj­rzał na schody pro­wa­dzące do sypialni na górze.

„Dla­czego się mar­twię?” Nie wie­dział, ale w tych cza­sach każda naj­mniej­sza zmiana w codzien­nej ruty­nie sta­no­wiła groźbę, praw­do­po­do­bień­stwo, że coś mrocz­nego, nie­bez­piecz­nego zbiera się rów­nież nad ich gło­wami.

Spięty pod­szedł do scho­dów i już miał na nie wejść, gdy na szczy­cie poja­wiła się jego żona.

– Hans…

Ulga, która na jej widok przy­wró­ciła mu oddech, natych­miast ustą­piła miej­sca wręcz nama­cal­nemu stra­chowi.

Ingrid miała na sobie tę samą bla­do­zie­loną sukienkę co rano, teraz jed­nak tak pognie­cioną, że cał­kiem stra­ciła fason. Zaci­skała i otwie­rała białe pię­ści, tłam­sząc przy tym mate­riał, jakby chciała się go przy­trzy­mać. Jej deli­katna twarz, zwy­kle zaró­żo­wiona na policz­kach, posi­niała. Kosmyki wło­sów wysu­nęły się spod spi­nek i w nie­ła­dzie zwi­sały jej na ramio­nach.

– Hans… – powtó­rzyła.

Gdy wszedł na schody, Ingrid się zachwiała, zro­biła krok naprzód i się potknęła. Dosko­czył do niej w ostat­niej chwili i zdą­żył ją pod­trzy­mać. Wydała mu się mała i lekka. Nagle zaczęła szlo­chać.

– Ingrid, co się dzieje?

– To ich wina – syk­nęła, mnąc sukienkę. – Może te wszyst­kie opo­wie­ści… były praw­dziwe. Powin­ni­śmy byli ich słu­chać.

Hans potrzą­snął głową.

– O czym ty mówisz? Co się stało?

Chwy­ciła go za rękaw mun­duru i zamknęła jego dłoń w swo­ich. Palce miała lodo­wate. Hans pró­bo­wał dostrzec odpo­wiedź w jej oczach, ale ujrzał tylko nie­po­kój i prze­ra­że­nie.

– Z Hanne jest źle. Jest blada, z tru­dem oddy­cha. Lekarz… powie­dział, że musiała zła­pać któ­rąś z tych żydow­skich cho­rób i że teraz nie­wiele już może zdzia­łać.

Hans poczuł, jak serce prze­staje mu bić w piersi.

– Pro­szę cię, zrób coś – wyszep­tała Ingrid.

– Gdzie ona jest? – spy­tał. – W pokoju? Lekarz wciąż tu jest?

Pokrę­ciła głową. Ponow­nie wzięła go za rękę i tym razem ją objął. Razem udali się do pokoju Hanne.

3

– Witaj, córeczko, jak się czu­jesz?

Hanne nie odpo­wie­działa. Jej włosy leżały w nie­ła­dzie na poduszce, tak jak rano. Roz­chy­lone usta łap­czy­wie chwy­tały powie­trze. Fräulein Kuken znów wylą­do­wała pod łóż­kiem.

Hans ją pod­niósł, ale się zawa­hał. Stał przy łóżku w mun­du­rze zbyt ciem­nym jak na dzie­cinny pokój, w czar­nych ofi­cer­kach na małym, okrą­głym dywa­nie.

– Rano nie chciała wstać – wyja­śniła Ingrid. Przy­klę­kła obok córki, gła­dząc ją po zło­tych lokach, i otarła jej wil­gotne czoło. – Myśla­łam, że kaprysi, ale kiedy wysze­dłeś, nie chciała zjeść śnia­da­nia. Pomy­śla­łam, że pozwolę jej jesz­cze tro­chę pospać i zosta­wię ją dziś w łóżku.

– Dobrze zro­bi­łaś.

Hanne była blada i śliczna jak baj­kowa księż­niczka ze złota i śniegu. Była piękna, mimo że chwy­tała powie­trze roz­chy­lo­nymi, posi­nia­łymi war­gami, a drobne dło­nie przy­ci­skała do koca, który matka pod­cią­gnęła jej pod samą brodę.

– Tatu­siu? – ode­zwała się gło­sem tak sła­bym, że aż go zmro­ziło.

Hans zro­bił krok naprzód i pochy­lił się nad nią.

– Jestem tu, córeczko. Mówi­łem ci, że wrócę.

Hanne kiw­nęła głową, mru­żąc oczy, żeby go lepiej widzieć. Wsu­nął lalkę pod koce i uło­żył obok niej.

– Trzy­maj ją bli­sko sie­bie, to będzie cię chro­nić.

– Fräulein Kuken zawsze mi spada. Prawda, mamo?

Ingrid uśmiech­nęła się, ocie­ra­jąc pot z jej twa­rzyczki.

– Tej nocy zosta­nie z tobą, zoba­czysz – zapew­niła.

Hanne roz­cią­gnęła usta w uśmie­chu i patrzyła na niego dużymi, jasnymi oczami, jakby chciała o coś zapy­tać. Te oczy zawsze były pełne cudow­nych świa­tów: bajek, które opo­wia­dała jej Ingrid, nor­dyc­kich poema­tów, któ­rych Hans uczył ją na pamięć, fan­ta­zyj­nych zabaw szysz­kami na scho­dach domu. Świa­tów, któ­rych czę­ścią on ni­gdy się nie sta­nie, ale cie­szył go ich obraz w spoj­rze­niu córki.

Teraz jej oczy były przy­ga­szone, przy­ćmione cier­pie­niem.

– Kiedy to się zaczęło? – zapy­tał Ingrid, pod­czas gdy Hanne zamknęła oczy i pra­wie znik­nęła w poduszce.

– Spała cały ranek, ale nie nabrała sił – odparła udrę­czo­nym gło­sem żona. – Kiedy ponow­nie do niej zaj­rza­łam przed obia­dem, była w takim sta­nie jak teraz: roz­pa­lona i jed­no­cze­śnie drżąca z zimna. Nic nie zja­dła. Hans, sam zobacz, jaka jest gorąca. Mówi, że kiedy oddy­cha, boli ją w pier­siach.

Głos Ingrid prze­szedł w płacz, Hans przy­tu­lił ją do sie­bie.

– A co powie­dział dok­tor Wal­der? Badał ją?

Ingrid pod­nio­sła ku niemu oczy pełne prze­ra­że­nia.

– Mówił te rze­czy… o Żydach… o ich cho­ro­bach.

Hans poczuł rosnącą wście­kłość.

– Co to za bzdury? Co mają z tym wspól­nego Żydzi?

– Dok­tor Wal­der powie­dział, że to oni. Oni roz­no­szą cho­roby swo­jej rasy, zara­ża­jąc naszą.

Hans przy­mknął oczy, pró­bu­jąc się uspo­koić.

– Ingrid – wyszep­tał. – Na uli­cach nie ma już Żydów. Zamknęli ich wszyst­kich w get­tach.

– Jacyś widać zostali. Któ­ryś z nich zara­ził Hanne…

– Na litość boską, Ingrid!

Wie­dział, kogo miała na myśli: Gold­ber­gów, któ­rzy miesz­kali w pobliżu Caro­li­num, zabyt­ko­wego gim­na­zjum nie­da­leko jego pracy. To byli Żydzi z wyż­szych sfer, któ­rym udało się zostać w swoim miesz­ka­niu, ale oni nie wyściu­biali nawet nosa za drzwi. Z gar­ni­zonu Haupt­manna Mey­era nie wysy­łano już wnio­sków o depor­ta­cję, jakby posta­no­wiono igno­ro­wać ich obec­ność, ale pro­te­sto­wali miesz­kańcy dziel­nicy.

– Jak możesz w ogóle tak myśleć? – spy­tał. – A dok­tor Wal­der jest nie­kom­pe­tentny, uspra­wie­dli­wia w ten spo­sób swoją bez­sil­ność.

Ingrid popa­trzyła na niego pełna stra­chu.

– Powie­dział, że żydow­ska rasa ma chorą krew. I wystar­czy ich plwo­cina na ziemi, aby cho­roba się roz­nio­sła. Roz­prze­strze­niają zarazki przez oddech, w powie­trzu. A robią to chęt­nie, żeby poza­bi­jać dobrych ludzi.

Hans zro­zu­miał, że jego żona bre­dzi. Nie wie­dział, czy Wal­der fak­tycz­nie zasu­ge­ro­wał jej tak absur­dalną teo­rię, czy może była ona wytwo­rem jej fan­ta­zji. Powi­nien skon­tak­to­wać się z leka­rzem i poroz­ma­wiać z nim oso­bi­ście.

Wró­cił myślami do Gold­ber­gów i wyobra­ził ich sobie jako kartkę z któ­rychś akt na biurku Mey­era. Przy­wo­łał w myślach słowa prze­ło­żo­nego: „Niemcy się zmie­niły. A wraz z nimi my wszy­scy”.

Wypu­ścił żonę z objęć, po czym pochy­lił się nad córką i przy­ci­snął usta do jej czoła. Było roz­pa­lone. Nie pamię­tał, aby kie­dy­kol­wiek miała tak gorące czoło, nawet gdy była młod­sza i w zimowe noce nie­kiedy gorącz­ko­wała.

– Zara­zili naszą córeczkę – mam­ro­tała Ingrid ze wzro­kiem utkwio­nym w pustkę. – Msz­czą się. Msz­czą się za te wszyst­kie złe rze­czy, które im wyrzą­dzi­li­śmy.

Hans zaci­snął powieki. Naj­chęt­niej zapo­mniałby o wszyst­kim, wyma­zał całe to sza­leń­stwo, jakby było tylko kosz­ma­rem, i obu­dził się w bieli pokoju córki, aby chwy­cić ją w ramiona, gdy ska­cze roz­ba­wiona po swoim łóżku, a Ingrid się śmieje, uda­jąc obu­rzoną hała­sem.

Kiedy ponow­nie otwo­rzył oczy, ujrzał jedy­nie bla­dość Hanne i prze­ra­że­nie swo­jej żony.

– Pocze­kaj tu na mnie – powie­dział, wsta­jąc.

– Dokąd idziesz? – spy­tała.

– Do Wal­dera.

Rozdział 3

1

Dok­tor Wal­der był niskim męż­czy­zną o wąskich ramio­nach i lekko zgar­bio­nych ple­cach kogoś, kto spę­dził życie, stu­diu­jąc książki.

Kiedy Hans przy­szedł do jego domu, gdzie mie­ścił się także gabi­net, w któ­rym lekarz przyj­mo­wał pacjen­tów, gospo­sia popro­siła go do jadalni. Wal­der sie­dział przy stole, przy­glą­da­jąc się wni­kli­wie tale­rzowi z gula­szem i goto­wa­nymi ziem­nia­kami.

– Porucz­niku Heigel. – Zasa­lu­to­wał zmę­czony. Żółte świa­tło lampy w salo­nie spra­wiało, że wyglą­dał jak duch z podłużną twa­rzą za okrą­głymi oku­la­rami odbi­ja­ją­cymi poświatę. – Przy­nosi mi pan pozdro­wie­nia z gar­ni­zonu?

– Moja córka jest chora – odparł Hans. – Był pan u niej z wizytą.

Wal­der mruk­nął pod nosem, po czym ski­nął na gospo­się, która ode­szła z sze­le­stem.

– Co chce pan wie­dzieć? Wszystko powie­dzia­łem już pań­skiej mał­żonce.

Hans z tru­dem powstrzy­my­wał gniew.

– Te bzdury o Żydach… że to oni roz­no­szą cho­roby i…

Wal­der prze­rwał mu, uno­sząc dłoń w geście jesz­cze bar­dziej zmę­czo­nym i nie­uf­nym niż pozdro­wie­nie, jakim go przy­wi­tał.

– Pań­ska córka ma gruź­licę – oświad­czył.

Te słowa wystar­czyły, by Hansa prze­szył dreszcz. Bez żad­nego powodu wró­cił myślami do pew­nego dnia minio­nego lata, kiedy dla zabawy wło­żył córce na głowę swoją czapkę, a Hanne zaczęła bie­gać po całym ogro­dzie, cią­gle ją popra­wia­jąc, gdyż czapka była za duża na jej małą główkę i zsu­wała się jej na oczy.

– Pró­bo­wa­łem wytłu­ma­czyć to pań­skiej żonie, ale ona… – Wal­der powoli pokrę­cił głową. – Zaczęła coś prze­bą­ki­wać o Żydach, o cho­ro­bach, które roz­no­szą się w powie­trzu… – Zro­bił pauzę, grze­biąc widel­cem w tale­rzu. – Istne sza­leń­stwo, które ogar­nia nas wszyst­kich.

Hans spoj­rzał na niego, pró­bu­jąc opa­no­wać strach.

– Co mogę zro­bić, dok­to­rze? – zdo­łał tylko zapy­tać sła­bym gło­sem.

2

Wal­der wbił w niego wod­ni­ste oczy pełne żalu.

– Nie­stety nie­wiele – odparł. – Już za późno. Trzeba było inter­we­nio­wać wcze­śniej.

Wytłu­ma­czył mu, jak pod­stępna jest ta cho­roba, odporna na far­ma­ceu­tyki, trudna do lecze­nia, nie wspo­mi­na­jąc już, że gdy ata­kuje płuca, nie od razu daje o sobie znać. Zagnież­dża się po cichu, bez obja­wów.

Także Wal­der brał udział w Wiel­kiej Woj­nie, podob­nie jak Haupt­mann Meyer. Pod­czas gdy Hans patrzył na niego nie­obec­nym wzro­kiem, lekarz pró­bo­wał wytłu­ma­czyć mu istotę tej cho­roby na przy­kła­dzie oko­pów, w któ­rych żoł­nie­rze czu­wają dniem i nocą w ocze­ki­wa­niu, aż coś się wyda­rzy, nara­żeni na zimno. Jedyny kom­fort, na jaki mogą sobie pozwo­lić, gdy jest w miarę bez­piecz­nie, to zapa­le­nie lampki oliw­nej. W takich samych oko­pach po dru­giej stro­nie czai się wróg. I może kazać na sie­bie cze­kać godzi­nami, dniami czy tygo­dniami, nie pozwa­la­jąc na jedze­nie lub sen. Nie anon­suje się i nie zadaje sobie trudu, by ata­ko­wać. Jed­nak kiedy już ruszy do ataku, to wpada do oko­pów prze­ciw­nika z kara­bi­nem lub bagne­tem i ude­rza bły­ska­wicz­nie.

W ten spo­sób działa rów­nież gruź­lica, zagnież­dża­jąc się w klatce pier­sio­wej i cze­ka­jąc, żeby się ujaw­nić. I kiedy to robi… zwy­kle jest już za późno.

– Powin­ni­śmy byli inter­we­nio­wać wcze­śniej – powtó­rzył z przy­kro­ścią lekarz.

Hans patrzył na niego, przy­po­mi­na­jąc sobie, że gdy wró­cił do domu, zasko­czył go brak muzyki. A mimo to sto­sow­niej­sza byłaby zwod­ni­cza sło­dycz kłam­stwa, jakie nio­sły w sobie pie­śni: war­stewka per­fek­cji pokry­wa­jąca okrop­no­ści. Wagner przy­ćmie­wa­jący komu­ni­katy wojenne w radiu, dom będący obra­zem czy­sto­ści i porządku, mia­sto, które wyda­wało się oazą spo­koju, jakby zasty­głe we śnie. I okropna cho­roba cza­jąca się w stwo­rze­niu naj­słod­szym i naj­pięk­niej­szym, jakie kie­dy­kol­wiek zaata­ko­wała.

– Dałem pań­skiej żonie lek, który uła­twi Hanne oddy­cha­nie – kon­ty­nu­ował dok­tor Wal­der, jakby prze­ma­wiał z innego świata, z kosmosu. – Posta­raj­cie się, żeby jadła, ponie­waż musi mieć siły. Coś lek­kiego i pożyw­nego.

Hans przy­wo­łał w myślach twarz córeczki, jej piękne loki i ogromne błę­kitne oczy, które, gdy się w niego wpa­try­wały, potra­fiły sto­pić w nim wszel­kie lęki i obawy.

– Gorączka się pod­nie­sie, trzeba będzie ją zbić – kon­ty­nu­ował bez­li­to­śnie Wal­der. – Uży­waj­cie w tym celu kawał­ków czy­stego mate­riału i zim­nej wody, ale nie lodo­wa­tej. Powinna mieć cie­pło i dużo wypo­czy­wać. Obser­wuj­cie ją tej nocy. Jeśli będziemy mieć szczę­ście, gorączka minie do jutra rana i Hanne będzie bez­pieczna.

Hans spoj­rzał na niego, nagle spro­wa­dzony do rze­czy­wi­sto­ści sło­wami leka­rza, które jako jedyne prze­biły się do jego świa­do­mo­ści i nim wstrzą­snęły.

„Będzie bez­pieczna…”

Chciał coś powie­dzieć, ale Wal­der wstał i zbli­żył się do niego zmę­czo­nym kro­kiem.

– Zaj­rzę jutro, żeby ją zba­dać, jak tylko będę mógł – obie­cał.

Hans potak­nął w mil­cze­niu głową. Był zdez­o­rien­to­wany i zdru­zgo­tany, a mimo to ucze­pił się tej iskierki nadziei.

– I pro­szę też poświę­cić tro­chę uwagi swo­jej żonie – mruk­nął Wal­der, odpro­wa­dza­jąc go do drzwi. – Potrze­buje jej tak samo jak córka.

Rozdział 4

1

– Kasz­lała krwią?

Haupt­mann Meyer utkwił w nim wzrok zdra­dza­jący wciąż nie­uśmie­rzony ból.

– Tak, całą noc, aż do świtu. Potem zasnęła.

– Na­dal ma gorączkę?

– Teraz tro­chę spa­dła, ale w nocy była gorąca jak piec.

Hans zaci­snął szczęki. Za każ­dym razem, gdy zamy­kał powieki, widział oczy córki. Teraz też widział ją przed sobą, bladą i kru­chą jak szkło, tak wychu­dzoną, że można by pomy­śleć, iż wyschła do kości. Sta­rał się wytrzy­mać wzrok prze­ło­żo­nego, ale nie zdo­łał.

– Gorączka rzadko jest wysoka w takich przy­pad­kach – wes­tchnął Meyer. Sie­dząc przy biurku, pocie­rał dło­nią kan­cia­sty pod­bró­dek. Mię­dzy pal­cami dru­giej ręki wciąż trzy­mał pióro, któ­rym zło­żył pod­pis na akcie wywłasz­cze­nia. Na widok Heigla wcho­dzą­cego z doku­men­tami akcji „Rein­hardt” spy­tał, czy Hans balo­wał przez całą noc i stąd te pod­krą­żone oczy.

Szybko poża­ło­wał żartu.

Haupt­mann Franz Meyer stra­cił przez gruź­licę syna zale­d­wie dwa lata wcze­śniej. Był to silny chło­pak o pięk­nym uśmie­chu, powo­łany do wojsk tery­to­rial­nych Lan­dwehry. Zmarł na fron­cie, pozo­sta­wia­jąc w sercu ojca nie­za­bliź­nioną ranę.

– Łatwiej bym to zniósł, gdyby Bóg zaszczy­cił go śmier­cią na polu walki – mawiał zazwy­czaj w chwi­lach przy­gnę­bie­nia. – Tym­cza­sem odszedł, krztu­sząc się krwią na zde­ze­lo­wa­nym łóżku polo­wym, zmarł jak tchórz, zasłu­gu­jąc na Hel­heim.

W sta­ro­żyt­nych legen­dach Pół­nocy wojow­nik umie­ra­jący śmier­cią natu­ralną nie miał wstępu do Wal­halli, kra­iny wiecz­nego szczę­ścia, lecz tra­fiał do nor­dyc­kiego pie­kła. Meyer zawsze wypo­wia­dał te słowa przez zaci­śnięte usta, pełen gniewu.

– Przy­po­mi­nasz mi go, Hans – stwier­dzał nie­kiedy, gdy byli sami i Haupt­mann mógł sobie pozwo­lić na wspo­mnie­nia. – Jesteś silny, ale łagodny. Bar­dzo bym chciał, aby Gus, gdyby żył, był takim czło­wie­kiem jak ty.

Hans ni­gdy nie zro­zu­miał powodu tego podziwu. Ale odczu­wał żałobę prze­ło­żo­nego jak wła­sną, zda­jąc sobie sprawę, że w jego życiu nie było nikogo, kto bar­dziej przy­po­mi­nałby mu ojca niż Franz Meyer.

Na pewno nie był tym kimś ary­sto­krata von Brünner, wynio­sły ojciec Ingrid. Kiedy się pobrali, Lars von Brünner poło­żył mu rękę na ramie­niu, mówiąc, że teraz Hans dołą­cza do rodziny jako syn, i zmie­rzył go lodo­wa­tym wzro­kiem. To samo powtó­rzył, gdy uro­dziła się Hanne, ani tro­chę nie ocie­pla­jąc wyrazu twa­rzy. A mimo to w rzad­kich przy­pad­kach, gdy odwie­dzali go razem z Ingrid, Hans dotrzy­my­wał towa­rzy­stwa Lar­sowi. Sie­dzieli w fote­lach lub stali przy oknie, popi­ja­jąc likier zio­łowy. Mało słów ich łączyło, za to dzie­lił zimny dystans.

Haupt­mann Meyer ni­gdy mu nie powie­dział: „Jesteś moim synem”, ale trak­to­wał go w taki wła­śnie spo­sób.

– Jesteś dumą tego gar­ni­zonu, Hans! – oznaj­miał nie­kiedy gło­śno w obec­no­ści innych.

A kiedy ktoś pytał: „Dla­czego? Co takiego zro­bił Obe­rleut­nant Heigel?”, zaczy­nał swoją opo­wieść.

– Czy ktoś z was poznał komen­danta Frie­dri­cha Fromma?

Było to pyta­nie reto­ryczne, na które znano już odpo­wiedź: żaden z obec­nych w gar­ni­zo­nie w Osnabrück żoł­nie­rzy nie znał komen­danta armii rezer­wo­wej, która nie uczest­ni­czyła w wal­kach na fron­cie jak armia polowa, ale zaopa­try­wała Niemcy w posiłki i wspar­cie. Nie wal­czyła w pierw­szym sze­regu, ale kon­ty­nu­owała tra­dy­cje krwi i ziemi, Blut und Erde. Frie­drich Fromm, który dowo­dził rezer­wi­stami z Ber­lina, był jedną z naj­waż­niej­szych osób w Rze­szy, pod­le­gał wyłącz­nie samemu Führerowi.

Wszy­scy wstrzy­my­wali oddech, gdy wymie­niano jego nazwi­sko.

I trwali tak, gdy Haupt­mann je z dumą lite­ro­wał, dekla­mu­jąc tę aneg­dotę, jakby była jedną z nor­dyc­kich bal­lad.

– Otóż nasz Hans go zna. W zeszłym roku komen­dant Fromm przy­je­chał do Osnabrück w waż­nych spra­wach. Nasze mia­sto odgrywa klu­czową rolę jako węzeł prze­siad­kowy i komen­dantowi zale­żało, by trzy­mać rękę na pul­sie. Kiedy wszedł do naszego gar­ni­zonu, nikogo w nim nie zastał, ponie­waż wszy­scy byli­śmy zajęci w mie­ście. Nie­obecny byłem nawet ja, prze­pro­wa­dza­łem kon­trolę na sta­cji. Był tylko Hans, jak zwy­kle nie­na­ganny, tu, przy biurku.

W tym momen­cie robił efek­towną pauzę, aby jego żoł­nie­rze wyobra­zili sobie, co by było, gdyby Frie­drich Fromm zastał pusty gar­ni­zon i od nikogo nie uzy­skał infor­ma­cji.

– Porucz­nik Heigel wyja­śnił mu wszystko, poka­zał reje­stry i akta, wszyst­kie po kolei. I kiedy się wresz­cie zja­wi­łem, Fromm odwró­cił się do mnie, kom­ple­men­tu­jąc naszą pracę, z twa­rzą poważną i twardą, jakby wykutą w mar­mu­rze. Zanim wyszedł, uści­snął dłoń naszemu Heiglowi. Wyobra­ża­cie to sobie? Uści­snął mu dłoń!

W trak­cie opo­wia­da­nia Mey­era Hans zawsze czuł, jak palą go skro­nie. W rze­czy­wi­sto­ści była to wizyta pro forma. I podob­nie pro forma był też uścisk ręki Fromma, który Han­sowi wcale nie wyda­wał się tak nie­zwy­kły, jak w ubar­wio­nej for­mie przed­sta­wiał to Meyer. Prawdą jed­nakże było to, że prze­peł­niała go duma, gdy tak stał przed tym męż­czy­zną, żyla­stym i twar­dym jak skała, który przy­je­chał zapy­tać o wyniki pracy rezer­wi­stów. Czuł się ważny, a przede wszyst­kim silny. Kiedy ści­skali sobie dło­nie, wyda­wało mu się, że siła Frie­dri­cha Fromma prze­szła na niego, pozwa­la­jąc mu poczuć się boha­te­rem.

Teraz, wspo­mi­na­jąc oczy Hanne, pełne bólu i bez­gra­nicz­nego zmę­cze­nia, cała ta siła, którą prze­cho­wy­wał w sobie, w tym drob­nym wspo­mnie­niu, w tym prze­bły­sku, roz­pa­dła się w drobny mak.

Pozo­sta­wia­jąc w nim pustkę.

Czy­niąc go bez­u­ży­tecz­nym.

2

– Nie wiem, co robić.

Hans poło­żył doku­menty na biurku i zaci­snął dło­nie.

Nie wie­dział tego rów­nież Meyer: Hans zro­zu­miał to, gdy prze­ło­żony, zamiast odpo­wie­dzieć, zagryzł usta w wąską linię.

– A jak się czuje Ingrid?

– Jakby ampu­to­wano jej nogi. Przez cały czas sie­dzi na dywa­nie w pokoju Hanne, obej­mu­jąc dłońmi rączki naszej córki.

– To silna kobieta. Kobieta Rze­szy. Pora­dzi sobie z tą sytu­acją.

Hans nie dopa­trzył się hipo­kry­zji w sło­wach prze­ło­żo­nego. Wie­dział, że Meyer mówi tak, by go tro­chę pocie­szyć, bo prze­cież żaden z nich nie wie­rzył, że waleczny duch Nie­miec mógłby się w jaki­kol­wiek spo­sób prze­nieść na biedną Ingrid.

„A już na pewno nie na mnie”, pomy­ślał Hans, czu­jąc się kom­plet­nie pozba­wiony ener­gii. Był tylko ofi­ce­rem rezerwy, co mógł zro­bić?

– Dok­tor Wal­der był na wizy­cie u małej? – upew­nił się Haupt­mann.

Hans zre­fe­ro­wał mu pokrótce roz­mowę z leka­rzem, a przy­naj­mniej te frag­menty, które zapa­mię­tał, te, które dry­fo­wały pośród nie­po­koju i stra­chu.

– Coś na oddy­cha­nie? – Meyer zro­bił dziwną minę. – Nie wystar­czy, tu są potrzebne anty­bio­tyki.

– Anty­bio­tyki?

Hans był zasko­czony. Sły­szał już o takich lekach. Wszyst­kie jed­nak były jesz­cze w fazie eks­pe­ry­men­tal­nej, poza zasię­giem zwy­kłych ludzi. Może robiono je we Fran­cji, jesz­cze przed wojną, ale… gdzie miałby je dostać?

– Tu, w Osnabrück, są nie do zdo­by­cia – mruk­nął Haupt­mann, jakby czy­ta­jąc mu w myślach. Spo­chmur­niał, przez chwilę wyda­wało się, że pogrą­żył się w daw­nej udręce, być może się­ga­ją­cej aż frontu wschod­niego, gdzie zmarł jego syn. – Sia­daj. – Otrzą­snął się, nim Hans zdą­żył zadać mu kolejne pyta­nia. – Musimy o czymś poroz­ma­wiać.

Hans oparł dło­nie na kola­nach, pró­bu­jąc się sku­pić. Był zdez­o­rien­to­wany, oszo­ło­miony, ale kiedy Meyer zaczął mówić o anty­bio­ty­kach, poczuł, jak roz­pala się w nim iskierka nadziei. Posta­no­wił, że zgłębi ten temat natych­miast po wyj­ściu z pracy, jeśli bowiem ist­niała szansa na wyle­cze­nie jego córki…

– Wiesz, co się dzieje w War­sza­wie? – zagaił Haupt­mann.

Hans zmarsz­czył czoło.

– Oczy­wi­ście – odparł. – Powsta­nie w get­cie żydow­skim.

Meyer powoli ski­nął głową.

– Trzy dni temu Him­m­ler wydał roz­kaz stłu­mie­nia powsta­nia. Za wszelką cenę.

Hans zaci­snął usta. Czy­tał ofi­cjalne raporty o powsta­niu w get­cie. Wybu­chło z począt­kiem roku. Na sku­tek wyso­kiej umie­ral­no­ści z głodu i cho­rób, a także depor­ta­cji do obozu w Tre­blince, liczba Żydów w War­sza­wie dra­stycz­nie zma­lała. Grupa bun­tow­ni­ków uzbro­jo­nych w broń z prze­mytu otwo­rzyła ogień do hitle­row­skiej poli­cji, powo­du­jąc kilka ofiar śmier­tel­nych. W odpo­wie­dzi oddziały SS ską­pały całą dziel­nicę w morzu krwi, a mimo to opór, z jakim się tam spo­tkały, zmu­sił je do wstrzy­ma­nia akcji i wyco­fa­nia się. Roz­wście­czony tą porażką Him­m­ler naka­zał likwi­da­cję getta. Zale­d­wie kilka dni wcze­śniej poli­cja zro­biła nalot na dziel­nicę, a wszystko miało się zbiec z uro­dzi­nami Hitlera. Tyle mówiły raporty, ale ze spoj­rze­nia Mey­era Hans wyczy­tał, że nie była to cała prawda.

– W pla­nach Him­m­lera ope­ra­cja miała potrwać tylko trzy dni. – Haupt­mann skrzy­żo­wał ramiona na pier­siach. – Ale rebe­lianci wzięli naszych w krzy­żowy ogień. Ci sza­leńcy nie mają naj­mniej­szych szans na wygraną, mimo to przy­się­gli, że zginą w walce.

Hans nie sko­men­to­wał. Jego wzrok padł na nowe akta akcji „Rein­hardt”, które prze­czy­tał i pod­stem­plo­wał. Na samą myśl o cię­ża­rów­kach peł­nych zaga­zo­wa­nych ludzi ogar­nęły go mdło­ści.

– W rezul­ta­cie – kon­ty­nu­ował Meyer – nasi chłopcy wciąż się tam biją, a wynik wcale nie wydaje się taki oczy­wi­sty.

Hans popa­trzył zdzi­wiony na prze­ło­żo­nego.

– Jak to moż­liwe? Ci ludzie są prze­cież wyczer­pani, jakim cudem sta­wiają opór wyszko­lo­nym oddzia­łom?

– Ni­gdy nie wolno lek­ce­wa­żyć siły despe­ra­cji – odparł Meyer schryp­nię­tym gło­sem. – Albo tych ludzi, któ­rzy nie widzą i nie czują niczego poza potrzebą walki i wytrwa­nia. Ci się nie pod­da­dzą, wierz mi.

Hans zaci­snął i roz­luź­nił pię­ści. Pomy­ślał o Hanne w łóżeczku mokrym od potu i o tym, co chciałby dla niej zro­bić. On też nie zamie­rzał się pod­dać i w despe­ra­cji szu­kał siły, któ­rej tak bar­dzo potrze­bo­wał.

– Dziś rano przy­szedł tele­gram z Ber­lina – mówił dalej Meyer, pro­stu­jąc plecy. – Chcą zor­ga­ni­zo­wać dys­ku­sję o War­sza­wie i doma­gają się, abym wziął w niej udział: jak widzisz, Niemcy wal­czą na wielu fron­tach. Już przez samą obec­ność Armii Czer­wo­nej na wscho­dzie mamy ogromne zmar­twie­nie, takie zrywy wol­no­ściowe w gra­ni­cach naszego tery­to­rium nie są nam potrzebne.

– Boją się, że powsta­nie może być wzo­rem dla innych – domy­ślił się Hans.

– Wła­śnie. I zdaje mi się, że nie­stety mają rację. Dla­tego ważne jest, aby nasz gar­ni­zon był repre­zen­to­wany na tym spo­tka­niu.

– Rozu­miem. – Hans ski­nął głową, pró­bu­jąc odsu­nąć od sie­bie myśl o anty­bio­ty­kach. – Zajmę się tutaj wszyst­kim.

– Prawdę mówiąc – Meyer schy­lił się po kartkę, na któ­rej coś napi­sał – od jakie­goś czasu mie­wam straszne bóle ple­ców. To pew­nie wio­sna, rozu­miesz?

– Nie – odparł szcze­rze Hans.

Haupt­mann pisał dalej ele­ganc­kim, ale zde­cy­do­wa­nym cha­rak­te­rem pisma.

– Nie sądzę, abym podo­łał takiej podróży – wyznał. – Dla­tego poje­dziesz ty.

Hans popa­trzył na niego zasko­czony.

– Ja? Do Ber­lina?

– Do Ber­lina – potwier­dził Meyer. – Poje­dziesz na zebra­nie jako przed­sta­wi­ciel gar­ni­zonu w Osnabrück. Będziesz miał moż­li­wość spo­tka­nia wielu waż­nych ludzi, takich, któ­rzy znają wybit­nych leka­rzy Rze­szy i któ­rzy mogliby, gdy­byś ich odpo­wied­nio prze­ko­nał, zdo­być anty­bio­tyki dla two­jej córki.

Hans poczuł drże­nie warg.

– Ja… – spró­bo­wał coś powie­dzieć, ale z emo­cji nie mógł wydo­być z sie­bie słowa.

– Weź – ode­zwał się prze­ło­żony, wrę­cza­jąc mu kartkę. – To peł­no­moc­nic­two, będziesz mnie repre­zen­to­wał. Nie zmar­nuj tej oka­zji.

Hans spoj­rzał na kartkę, następ­nie wycią­gnął do niego drżącą rękę.

– Dzię­kuję – wykrztu­sił.

Meyer dał mu znak, żeby wyszedł.

– Nie trać czasu. Każda chwila jest cenna.

Rozdział 5

1

Hans stał na pero­nie pierw­szym i cze­kał na pociąg z godziny siód­mej pięt­na­ście. Długi płaszcz narzu­cony na mun­dur łopo­tał na poran­nym wie­trze, przez co wyda­wało mu się, że jest kamienną sta­tuą umiesz­czoną przy torach.

Nawet nie posta­wił na ziemi lek­kiej walizki, nie odry­wał wzroku od hory­zontu, od punktu, w któ­rym powi­nien się poja­wić pociąg do Ber­lina. Ingrid spa­ko­wała go w ciszy, patrzyła wpraw­dzie w pustkę, ale o niczym nie zapo­mniała i nie wło­żyła do walizki niczego zbęd­nego. Hans ni­gdy nie poj­mo­wał, jak uda­wało jej się prze­wi­dzieć, któ­rych ubrań i któ­rych rze­czy będzie potrze­bo­wał. Po pro­stu prze­wi­dy­wała to dzięki typo­wej dla kobiet zdol­no­ści trzy­ma­nia pie­czy nad wszyst­kim.

Zro­biła to bez towa­rzy­szą­cej jej zwy­kle muzyki z płyty gra­mo­fo­no­wej, w nie­mym domu, który w niczym nie przy­po­mi­nał ich domu. Sto­jąc w drzwiach, Hans mógł ją tylko obser­wo­wać, z pli­kiem doku­men­tów w jed­nej ręce i płasz­czem zarzu­co­nym na drugą.

Nie odwa­żył się do niej ode­zwać, Ingrid też led­wie na niego spoj­rzała. Kiedy na koniec ich oczy się spo­tkały, niczego w nich nie dostrzegł. Wyda­wało mu się tylko, że przez uła­mek sekundy widzi w nich iskrę smut­nego gniewu. „Wyjeż­dżasz”, wyczy­tał w ukrad­ko­wym spoj­rze­niu, „zosta­wiasz mnie i naszą córkę”.

A może wszystko to sobie wyobra­ził. Może w oczach Ingrid odbi­jały się jedy­nie świa­tła poranka, mie­niące się na szy­bie, i nic poza tym. Tylko ból i rezy­gna­cja.

Wró­cił myślami do Hanne, swo­jej małej i kru­chej gołą­beczki. Nie udało mu się z nią poże­gnać. Kiedy wszedł do jej pokoju, spała, przez przy­mknięte okien­nice sączyło się do wewnątrz nie­śmiałe świa­tło, zapew­nia­jąc jej spo­kojny sen i piesz­cząc jej loki roz­rzu­cone wokół twa­rzy. Patrzył na śpiącą córkę tak, jak patrzy się na pisklę w gnieź­dzie, które nie potrafi roz­wi­nąć skrzy­deł. Wstrzy­mał oddech, obser­wu­jąc koc na jej piersi, aby się upew­nić, że się pod­nosi i opada w rytm odde­chów. Po krót­kim waha­niu pochy­lił się i przy­tknął usta do jej czoła, chcąc spraw­dzić tem­pe­ra­turę. Nie było już tak roz­pa­lone jak tej nocy, gdy oboje z Ingrid drżeli ze stra­chu o córkę, ale gorączka była, zdra­dziecka, ukryta pod jej deli­katną skórą.

– Wrócę szybko – powie­dział do Ingrid, sto­jąc w drzwiach. – Wrócę szybko i przy­wiozę pomoc.

Nie odpo­wie­działa. Odwró­ciła się i usia­dła na kana­pie, wypro­sto­wana, z rękami zło­żo­nymi na kola­nach. I taki obraz żony tego dnia zapa­mię­tał.

Kiedy pociąg wresz­cie nad­je­chał przy akom­pa­nia­men­cie stu­kotu kół i kłę­bów pary, Hans wsiadł do wagonu i zajął miej­sce przy oknie.

Wzgó­rze Pies­berg było led­wie widoczne, jego kon­tury wrzy­nały się w mleczny szron poranka. Wpa­try­wał się w nie, wcale go nie widząc, przy­ci­ska­jąc plecy do opar­cia, z głową zaprząt­niętą przy­wo­ły­wa­niem wspo­mnie­nia twa­rzy córki, jej sze­roko otwar­tych oczu, błę­kit­nych i peł­nych życia. Z tępym bólem zdał sobie sprawę, że mu się to nie udaje.

Pod­czas podróży wzgó­rze powoli wycho­dziło zza mgły, uka­zu­jąc się na tle czy­stego nieba, we wszyst­kich odcie­niach fio­letu i różu, zanim zro­biło się zbyt odle­głe, by można było je dostrzec. Gdyby podą­żał za nim wzro­kiem, nie umiałby dokład­nie okre­ślić, kiedy prze­stało być jedy­nie wzo­rem na mgle.

2

W odróż­nie­niu od Osnabrück Ber­lin był ogromny. Z sze­ro­kimi jezd­niami, sza­rymi budyn­kami, któ­rych okna wycho­dziły na ulice, i bla­do­błę­kit­nym nie­bem, roz­pi­na­ją­cym się nad domami, jak gdyby nie mogło objąć całego mia­sta i aby zostać tam wysoko, gdzie było, musiało nieco roz­rze­dzić swoją kon­sy­sten­cję i kolory.

W odróż­nie­niu od Osnabrück w Ber­li­nie czuć było wojnę. Wiła się, szara, uli­cami i wspi­nała po ścia­nach domów, draż­niąco pach­niała pro­chem strzel­ni­czym i ludz­kim stra­chem. Hans miał wra­że­nie, że gdyby wycią­gnął rękę w stronę któ­re­goś z para­pe­tów i prze­su­nął po nim pal­cami, miałby pełno popiołu na ręka­wicy. Natu­ral­nie tak nie było, jego serce jed­nak zapa­mię­tało mia­sto pokryte czar­nym pyłem, przy­tła­cza­jące.

Wska­zano mu miej­sce na tyl­nym sie­dze­niu woj­sko­wej tere­nówki, ciem­nej, z otwie­ra­nym dachem. Nie­liczne samo­chody na dro­dze ustę­po­wały pojaz­dowi woj­sko­wemu, a Hans z prze­ra­że­niem patrzył przez okno na ruiny mia­sta: całe dziel­nice Ber­lina wyglą­dały jak wypa­tro­szone i roz­sy­pu­jące się.

Skutki bom­bar­do­wa­nia z lata 1940 roku, doko­na­nego przez Angli­ków, na­dal były widoczne jako głę­bo­kie rany i nie było oznak, aby się zabliź­niały.

3

Spo­tka­nie na szczy­cie odby­wało się przy Prinz Albrecht Strasse 9, w hotelu pierw­szej kate­go­rii, trzy­kon­dy­gna­cyj­nym, nie licząc par­teru z ele­ganc­kimi cegla­nymi arka­dami. Hotel Prinz Albrecht sły­nął jako punkt spo­tkań poli­ty­ków i waż­nych oso­bi­sto­ści lat dwu­dzie­stych, jed­nak od jakie­goś czasu to się zmie­niło. Piękna i solidna kamie­nica gościła teraz Reichsführera SS Hein­ri­cha Him­m­lera i jego naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków, któ­rzy uczy­nili z niej swoją kwa­terę główną.

– Porucz­nik Hans Heigel – zamel­do­wał się przy wej­ściu głów­nym, poka­zu­jąc upo­waż­nie­nie pod­pi­sane przez Mey­era. – Z gar­ni­zonu w Osnabrück.

Sto­jące wzdłuż jezdni i za rogiem cię­ża­rówki ze straż­ni­kami dener­wo­wały go. Nawet widok psów na łań­cu­chach, wycią­gnię­tych na chod­niku przed wej­ściem, spra­wiał, że sztyw­niały mu plecy, mimo że zwie­rzęta aku­rat w tym momen­cie były, jak mu się wyda­wało, spo­kojne. Hans nie lubił psów, zwłasz­cza takich jak te, szko­lo­nych do zabi­ja­nia.

Zapro­wa­dzono go do salonu ume­blo­wa­nego w dzie­więt­na­sto­wiecz­nym stylu. Krze­sła z masyw­nego drewna ota­czały długi, lśniący stół, któ­rego rzeź­bione nogi stały na dywa­nie w ponu­rych bar­wach.

W ciszy, wita­jąc się tylko ski­nie­niem głowy z ofi­ce­rami znaj­du­ją­cymi się w sali, Hans zajął miej­sce odle­głe od szczytu stołu, gotów słu­chać, a nie odpo­wia­dać na pyta­nia. Po prze­ciw­nej stro­nie, daleko od niego, poja­wił się komen­dant i dowódca rezerwy Frie­drich Fromm. Cha­rak­te­ry­styczny twardy pro­fil, okrą­gła twarz i ogo­lona głowa prze­nio­sły Hansa w prze­szłość, do jego wizyty w ich gar­ni­zo­nie. Wpa­try­wał się we Fromma z taką inten­syw­no­ścią, że komen­dant wresz­cie się do niego odwró­cił. Zimne oczy świ­dro­wały Hansa bez emo­cji, linia warg zakrzy­wiała się w dół, świad­cząc o kom­plet­nym braku reak­cji. Jeśli ten czło­wiek kie­dyś mu gra­tu­lo­wał i uści­snął dłoń, to teraz kom­plet­nie sobie tego nie przy­po­mi­nał.

4

– Ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa – roz­po­czął Hein­rich Him­m­ler zde­cy­do­wa­nym tonem, sie­dząc u szczytu stołu – wyda­łem roz­kaz likwi­da­cji getta w War­sza­wie. Zrów­na­nie go z zie­mią jest konieczne, w prze­ciw­nym razie ni­gdy nie przy­wró­cimy w Pol­sce spo­koju.

Reichsführer nie ogra­ni­czył się do wypo­wie­dze­nia tych słów, on je wyszcze­kał.

Hans mimo­wol­nie wes­tchnął, roz­cza­ro­wany. Nie wie­dzieć czemu wyobra­żał go sobie jako zim­nego, opa­no­wa­nego żoł­nie­rza o ide­al­nej postu­rze, tym­cza­sem Him­m­ler nawet w tym dosko­nale skro­jo­nym mun­du­rze, z wypie­lę­gno­wa­nymi wło­sami i wąsami, ciskał oczami gromy zza cien­kich socze­wek.

– Jeśli pozo­sta­wimy getto – kon­ty­nu­ował – ni­gdy nam się nie uda zdła­wić żydow­skiego buntu. Wła­śnie w tej chwili wyda­łem roz­kazy naszym siłom spe­cjal­nym, aby użyły mate­ria­łów wybu­cho­wych.

Wokół stołu prze­szedł pomruk zado­wo­le­nia. Wizja budyn­ków walą­cych się na zbun­to­wa­nych Żydów i zabi­ja­ją­cych tysiące z nich wywo­łała uśmie­chy na twa­rzach wielu ofi­ce­rów. A mimo to Hans nie dostrze­gał chwały w wygra­niu takiej bitwy.

Wście­kłość Him­m­lera była widoczna. Kazał roz­ło­żyć na stole mapę, wyda­jąc roz­kazy samymi oczami.

– Vos­sel! – szczek­nął. – Przy­je­cha­łeś z Tre­blinki. Jakie masz wie­ści do prze­ka­za­nia?

Hans prze­chy­lił się, by zoba­czyć wywo­ła­nego, który zerwał się na równe nogi z suchym trza­skiem obca­sów, wyko­nu­jąc ide­alny salut. Major Kurt Vos­sel miał włosy tak jasne, że wyda­wały się wręcz białe, i deli­katną twarz, którą można by uznać za łagodną. Kiedy jed­nak prze­mó­wił, jego głos zabrzmiał w sali niczym ude­rze­nie mło­tem.

– Przy­je­cha­łem z Tre­blinki po nowe roz­kazy, Herr Reichsführer – rzekł. – Obóz działa na peł­nych obro­tach. W ramach osta­tecz­nego roz­wią­za­nia w minio­nych mie­sią­cach przyj­mo­wa­li­śmy trans­porty nie­mal dwu­dzie­stu tysięcy Żydów dzien­nie.

Zro­bił wystu­dio­waną pauzę. Hans dostrzegł, jak pod­nosi kącik ust w sar­ka­stycz­nym gry­ma­sie.

– Dni, w któ­rych przy­jeż­dżało ich led­wie sześć czy sie­dem tysięcy – kon­ty­nu­ował Vos­sel, wpa­tru­jąc się w Him­m­lera – były uwa­żane za chude.

Ktoś się roze­śmiał, ktoś inny, roz­ba­wiony, zaczął kle­pać dło­nią w udo. Hein­rich Him­m­ler pozo­stał nie­wzru­szony.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki