Dziewczyna z wieży - Katherine Arden - ebook
Opis

W średniowiecznej Rusi młoda kobieta ma niewielki wybór: małżeństwo albo życie w klasztorze. Wasia wybierze trzecią drogę: magię.

Na dworze Wielkiego Księcia Moskiewskiego trwają walki o władzę i narastają niepokoje. Tymczasem na okoliczne wsie napadają bandyci, którzy podpalają domy i porywają dziewczynki. Wielki Książę i jego wierny druh, brat Aleksander, wyruszają, by pokonać rozbójników. Po drodze spotykają młodzieńca na wspaniałym koniu. Jedynie Sasza, mnich wojownik, rozpoznaje w tym znakomitym jeźdźcu swoją młodszą siostrę, Wasię, w rodzinnej wiosce uznaną za zmarłą oraz za czarownicę. Kiedy jednak dziewczyna sprawdza się w walce, Sasza dochodzi do wniosku, że musi zachować w tajemnicy jej tożsamość – być może jedynie Wasia zdoła ocalić Moskwę przed zagrożeniami zarówno ze strony ludzi, jak i tajemnych mocy…

Piękna zimowa opowieść, pełna magii, potworów i problemów związanych z dorastaniem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 474

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Girl in the Tower

Projekt okładki: www.headdesign.co.uk

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja:Beata Słama

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Korekta:Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

© 2018 by Katherine Arden. All rights reserved

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019

© for the Polish translation by Katarzyna Bieńkowska

ISBN 978-83-287-1155-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

Dla Taty i Beth,

 z miłością i wdzięcznością

Zamieć mgłami niebo kryje,

Wichrów śnieżnych kłęby gna,

To jak dziki zwierz zawyje,

To jak małe dziecię łka.

To ze strzechy nam słomianej

Wyrwie z szumem kępę mchów,

To jak pielgrzym zabłąkany

W okieneczko stuknie znów.

A.S. Puszkin, Wieczór zimowyprzekład Juliana Tuwima

Prolog

Późną nocą jechała przez las dziewczyna na gniadym koniu. Las nie miał nazwy. Rósł daleko od Moskwy – daleko od czegokolwiek – a jedynym dźwiękiem w śnieżnej ciszy było grzechotanie skutych lodem drzew.

Dochodziła północ – podstępna, magiczna godzina – na wędrowców czyhały lód, śnieżyca i czeluść bezbarwnego nieba. A jednak dziewczyna i jej koń wytrwale przemierzali las.

Delikatne włoski na pysku konia pokrywał lód, na jego bokach zbierał się śnieg. Spojrzenie miał jednak łagodne pod ośnieżoną grzywą i strzygł wesoło uszami w przód i w tył.

Ich ślady biegły daleko w las, na wpół zatarte przez świeży śnieg.

Nagle koń się zatrzymał i uniósł głowę. Przed nimi, wśród grzechoczących drzew, rósł jodłowy zagajnik. Pierzaste gałęzie splatały się ze sobą, pnie pochylały niczym staruszkowie.

Śnieg sypał coraz gęściej, oblepiając rzęsy dziewczyny i szare futro jej kaptura. Słychać było jedynie wiatr.

– Nie widzę go – zwróciła się dziewczyna do konia.

Koń przekrzywił ucho i strząsnął z niego śnieg.

– Może nie ma go w domu? – dodała niepewnie. Ciemność pod jodłami zdawały się przepełniać szmery przypominające szept.

I nagle, zupełnie jakby jej słowa stanowiły wezwanie, między jodłami z trzaskiem pękającego lodu otworzyły się drzwi – drzwi, których wcześniej nie widziała. Blask ognia zalał dziewiczy śnieg krwawą poświatą. Teraz całkiem wyraźnie widać było dom stojący wśród jodeł. Drewniane ściany wieńczyły długie wygięte okapy, a w szarpanym śnieżycą świetle ognia dom zdawał się oddychać, przycupnięty w gęstwinie.

W szczelinie drzwi ukazała się postać mężczyzny. Koń postawił uszy, dziewczyna zesztywniała.

– Wejdź, Wasiu – powiedział gospodarz. – Jest zimno.

Część pierwsza

1.Śmierć Śnieżynki

W Moskwie, tuż po zimowym przesileniu, ku ciężkiemu niebu unosił się dym z dziesięciu tysięcy pieców. Na zachodzie utrzymywała się jeszcze odrobina światła, na wschodzie jednak gromadziły się chmury, sine o zmierzchu i nabrzmiałe od niespadłego śniegu.

Gęstwinę lasu Rusi przecinały dwie rzeki. Moskwa leżała w ich rozwidleniu, na szczycie porośniętego sosnami wzgórza. Chałupy i cerkwie otaczały przysadziste białe mury, oblodzone wieże pałaców na tle nieba wyglądały niczym rozczapierzone palce. W miarę jak gasło światło dnia, na wieżach rozbłyskiwały wąskie okna.

Przy jednym z tych okien stała odziana z przepychem kobieta i patrzyła, jak blask ognia zlewa się z burzowym zmierzchem. Za nią dwie inne kobiety siedziały przy piecu i szyły.

– Olga w ciągu godziny już trzeci raz podeszła do okna – szepnęła jedna z nich. W półmroku błysnęły jej upierścienione dłonie, a olśniewający kokosznik odwracał uwagę od czyraków na jej nosie.

Tuż obok tłoczyły się dwórki, kiwając głowami niczym kwiaty. Pod zimnymi ścianami stały służące w chustkach na wiotkich ulizanych włosach.

– To przecież jasne, Darinko! – odparła druga kobieta. – Czeka na brata, tego szalonego mnicha. Ile czasu minęło, odkąd brat Aleksander wyruszył do Saraju? Mój mąż spodziewa się go od pierwszego śniegu. A teraz biedna Olga usycha z tęsknoty przy oknie. No cóż, powodzenia. Brat Aleksander pewnie leży martwy w zaspie – powiedziała to Jewdokia Dmitrijewa, Wielka Księżna Moskiewska. Suknię miała naszywaną klejnotami, usta niby pączek róży ukrywały kikuty trzech sczerniałych zębów. Podniosła głos, który przeszedł w pisk. – Wykończysz się, stercząc tak na wietrze, Olu. Gdyby brat Aleksander miał przyjechać, już by tu był.

– Zapewne masz rację – odparła Olga chłodno, odwracając się od okna. – Cieszę się, że tu jesteś i uczysz mnie cierpliwości. Może pokażesz mojej córce, jak powinna zachowywać się księżniczka.

Jewdokia zasznurowała usta. Sama nie miała dzieci. Olga urodziła dwoje i spodziewała się trzeciego przed Wielkanocą.

– Cóż to?! – wykrzyknęła nagle Darinka. – Słyszę jakiś hałas. Wy też słyszycie?

Na zewnątrz wzmagała się śnieżyca.

– To wiatr – stwierdziła Jewdokia. – To tylko wiatr. Głuptas z ciebie, Darinko. – Wzdrygnęła się jednak. – Olgo, poślij po więcej miodu, w tej komnacie jest zimno od przeciągów.

Prawdę powiedziawszy, w komnacie do szycia i robótek było ciepło – nie miała okien, nie licząc jednej wąskiej szpary, a ogrzewały ją piec i ciepło kobiecych ciał. Olga skinęła jednak na służącą, a ta zeszła po schodach w mroźną noc.

– Nie znoszę takich nocy – wyznała Darinka. Otuliła się szalem i podrapała czyrak na nosie. Wodziła wzrokiem od świecy do cienia i z powrotem. – W takie noce przychodzi ona.

– Ona? – spytała kwaśno Jewdokia. – Jaka ona?

– Jaka ona? – powtórzyła Darinka. – Czyżbyś nie wiedziała? – Spojrzała na Jewdokię z wyższością. – Ona jest duchem.

Dzieci Olgi, kłócące się przy piecu, przestały piszczeć. Jewdokia prychnęła wzgardliwie. Olga na swoim posterunku przy oknie ściągnęła brwi.

– Tu nie ma żadnego ducha – parsknęła Jewdokia. Sięgnęła po śliwkę w miodzie, ugryzła ją i przeżuła ze smakiem, po czym zlizała słodycz z palców. Ton jej głosu dawał do zrozumienia, że ten pałac raczej nie zasługuje na ducha.

– Ja ją widziałam! – zapewniła Darinka z urazą. – Widziałam ją, kiedy nocowałam tu ostatnio.

Szlachetnie urodzone kobiety, którym przeznaczone było żyć i umrzeć w wieżach, uwielbiały składać sobie wizyty. Od czasu do czasu spędzały noc jedna u drugiej, by mieć towarzystwo pod nieobecność mężów. Szczególnie upodobały sobie pałac Olgi – czysty, porządny, zamożny – zwłaszcza teraz, kiedy Olga była w ósmym miesiącu ciąży i nie opuszczała jego murów.

Olga skrzywiła się jeszcze bardziej, słysząc słowa Darinki, ta jednak, złakniona uwagi, paplała dalej.

– Było tuż po północy. Kilka dni temu. Tuż przed zimowym przesileniem. – Pochyliła się, a jej kokosznik niebezpiecznie się przekrzywił. – Obudziłam się… Już nie pamiętam, co mnie wyrwało ze snu. Jakiś hałas… – Olga prychnęła drwiąco. Darinka przeszyła ją wzrokiem. – Obudziłam się, a wokół panowały cisza i spokój. Przez szpary w okiennicach przenikał zimny blask księżyca. Wydawało mi się, że słyszę coś w kącie. Może chrobotanie szczura? – Darinka mówiła teraz ciszej. – Leżałam bez ruchu otulona kocami, ale nie mogłam już zasnąć. I nagle usłyszałam łkanie. Otworzyłam oczy i potrząsnęłam Nastką, która spała obok mnie. „Nastko, zapal lampę – poleciłam jej. – Ktoś płacze”. Ale ona nawet nie drgnęła.

Darinka przerwała. W komnacie zapadła cisza.

– A wtedy – Darinka podjęła opowieść – ujrzałam światło. To była niechrześcijańska łuna, zimniejsza niż blask księżyca, zupełnie inna niż poświata bijąca od ognia. Ta łuna zbliżała się coraz bardziej i bardziej… – Darinka znów zamilkła. – I wtedy ją zobaczyłam – dokończyła szeptem.

– Ją? Kogo? Jak wyglądała? – ozwał się z tuzin głosów.

– Była biała jak kość – wyszeptała. – Miała zapadnięte usta, bez warg, a zamiast oczu czarne dziury gotowe pochłonąć cały świat. Wpatrywała się we mnie, a ja próbowałam krzyczeć, ale nie mogłam.

Jedna ze słuchaczek pisnęła, pozostałe złapały się za ręce.

– Dość – syknęła Olga, odwracając się od okna. To słowo przecięło narastającą histerię, zapadła nieprzyjemna cisza. – Straszysz mi dzieci – dodała.

Nie była to tak do końca prawda. Starsza, Masza, siedziała wyprostowana, a jej oczy błyszczały. Natomiast synek Olgi, Daniła, przywarł do siostry, cały drżący.

– A potem zniknęła – zakończyła Darinka, bezskutecznie siląc się na niefrasobliwość. – Pomodliłam się i znów zasnęłam.

Uniosła do ust kielich z miodem. Dzieci wpatrywały się w nią w milczeniu.

– Dobra opowieść – stwierdziła Olga nieco ostrym tonem. – Ale już dobiegła końca. Posłuchajmy innych bajek.

Podeszła do swojego miejsca przy piecu i usiadła. Blask ognia złocił jej warkocze. Na zewnątrz śnieg sypał gęsto. Olga nie spojrzała już w stronę okna, chociaż kiedy służące zamknęły okiennice, zesztywniała.

Dołożono polan do ognia, w komnacie zrobiło się cieplej i wypełniło ją łagodne światło.

– Może ty opowiesz bajkę, mamo?! – wykrzyknęła córka Olgi, Masza. – Opowiesz bajkę o czarach?

Przez komnatę przeszedł szmer entuzjazmu. Jewdokia zgromiła towarzyszki wzrokiem. Olga się uśmiechnęła. Chociaż była teraz księżną sierpuchowską, dorastała z dala od Moskwy, na skraju dzikiej puszczy. Znała dziwne opowieści z północy. Szlachetnie urodzone kobiety, spędzające życie między cerkwią, kuchnią i wieżą, ceniły wszelką odmianę.

Księżna przyjrzała się swoim słuchaczkom. Na jej twarzy wciąż widoczny był smutek, który czuła, stojąc samotnie przy oknie. Dwórki odłożyły igły i z ochotą usadowiły się wygodnie na poduszkach.

Na zewnątrz syk wiatru mieszał się z ciszą śnieżycy, która sama w sobie jest rodzajem dźwięku.

– Posłuchajcie zatem – zaczęła Olga, układając w głowie opowieść. – W pewnym księstwie, w małej wiosce w środku wielkiego lasu, żył sobie drwal z żoną. Mąż miał na imię Misza, a jego żona Alena, i oboje byli bardzo smutni. Bo chociaż modlili się żarliwie, całowali ikony i zanosili błagania, Bóg nie raczył obdarzyć ich dzieckiem. Czasy były ciężkie, a oni nie mieli potomka, który pomógłby im przetrwać srogie zimy.

Olga położyła dłoń na brzuchu. Jej trzecie dziecko – wciąż bezimienne i nieznajome – właśnie kopnęło.

– Pewnego ranka, po gęstych opadach śniegu, mąż i żona wybrali się do lasu, żeby narąbać drewna na opał. Gdy tak rąbali i układali drwa na stos, rozgarniali śnieg, tworząc zaspy, Alena, ot tak, zaczęła lepić ze śniegu bladą dziewczynę.

– Czy była tak ładna jak ja? – wtrąciła się Masza.

– To była dziewczyna ze śniegu – prychnęła Jewdokia. – Cała zimna, sztywna i biała. Ale – Jewdokia zmierzyła dziewczynkę wzrokiem – z całą pewnością była ładniejsza od ciebie.

Masza zarumieniła się i rozdziawiła buzię.

– No tak – podjęła pospiesznie Olga – to prawda, śnieżna dziewczyna była biała i sztywna. Ale była także wysoka i szczupła. Miała słodkie usteczka i długi warkocz, bo Alena rzeźbiła ją z uczuciem, wkładając w tę pracę całą swoją miłość do dziecka, którego nie mogła mieć. „Widzisz, żono? – odezwał się Misza, oglądając śnieżną dziewczynkę. – A więc jednak sprawiłaś nam córkę. Oto nasza Snieguroczka, Śnieżynka”. Alena uśmiechnęła się, chociaż łzy napłynęły jej do oczu. I w tym właśnie momencie nagimi gałęziami zagrzechotał lodowaty podmuch wiatru, bo w pobliżu skrył się Morozko, demon mrozu, i obserwował małżonków i ich śnieżne dziecko. Niektórzy twierdzą, że zlitował się nad kobietą. Inni z kolei, że magia kryła się w jej łzach, którymi zrosiła Śnieżynkę, kiedy mąż nie patrzył. Tak czy owak, gdy Misza i Alena mieli już wracać do domu, twarzyczka śnieżnej dziewczynki zaróżowiła się, jej oczy pociemniały i oto w śniegu stała żywa panienka, goluteńka, jak nowo narodzona! Uśmiechnęła się do małżonków i oznajmiła: „Przybyłam tu, by zostać waszą córką. Jeśli mnie przyjmiecie, będę się o was troszczyć jak o własnych rodziców”.

Małżonkowie wpatrywali się w nią najpierw z niedowierzaniem, a po chwili z radością. Alena z płaczem rzuciła się ku dziewczynie, ujęła ją za zimną rękę i poprowadziła do chaty.

Dni mijały w spokoju. Śnieżynka zamiatała, gotowała posiłki i śpiewała. Czasami jej piosenki były dziwne i wprawiały rodziców w zakłopotanie, jednak dziewczyna była miła i zręczna. Kiedy się uśmiechała, wydawało się, że to świeci słońce. Misza z Aleną nie mogli uwierzyć w swoje szczęście.

Księżyca przybywało i ubywało, aż wreszcie nastało zimowe przesilenie. Wioskę wypełniły zapachy i dźwięki: dzwonki sań i złote kołacze. Od czasu do czasu ludzie mijali chatę Miszy i Aleny, przybywając do wsi lub ją opuszczając. Śnieżynka obserwowała ich zza sągu drewna.

Pewnego dnia obok jej kryjówki przechodziła dziewczyna z wysokim chłopakiem. Trzymali się za ręce i uśmiechali do siebie, a Śnieżynkę zdumiał radosny żar bijący z ich twarzy.

Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym mniej rozumiała, nie mogła jednak przestać o nich myśleć. Tak jak przedtem była zadowolona, tak teraz ogarniał ją coraz większy niepokój. Chodziła tam i z powrotem po izbie i zostawiała zimne ślady w śniegu pod drzewami.

Wiosna była już blisko, gdy pewnego dnia Śnieżynka usłyszała w lesie piękną muzykę. To młody pasterz grał na fujarce. Zafascynowana podkradła się bliżej i pasterz zobaczył bladą dziewczynę. A kiedy się uśmiechnęła, jego ciepłe serce podskoczyło ku jej zimnemu.

Mijały tygodnie i pasterz się zakochał. Śnieg miękł, niebo błękitniało, a Śnieżynka wciąż się zamartwiała.

„Jesteś ulepiona ze śniegu – upominał ją Morozko, kiedy spotykali się w lesie. – Nie możesz kochać i pozostać nieśmiertelna”. W miarę jak zima się kończyła, demon mrozu słabł, aż był widoczny już tylko w najgłębszym leśnym cieniu. Ludziom wydawało się, że to zwykły wiatr w zaroślach. „Jesteś córką zimy i będziesz żyła wiecznie. Lecz jeśli dotkniesz ognia, umrzesz”.

Miłość pasterza sprawiła jednak, że śnieżna dziewczyna stała się nieco wyniosła. „Dlaczego miałabym na zawsze pozostać zimna? – odparła. – Ty jesteś stary i nieczuły, ale ja stałam się teraz zwykłą dziewczyną, nauczę się, czym jest ten ogień”.

„Lepiej trzymaj się cienia” – przestrzegł ją znowu.

Nadchodziła wiosna. Ludzie częściej opuszczali chaty, by zbierać młode listki w leśnych zakątkach. Pasterz zachodził raz po raz do izby Śnieżynki. „Chodź ze mną do lasu” – zachęcał, a ona wychodziła z cienia przy piecu i szła tańczyć z nim wśród drzew. Lecz chociaż tańczyła, jej serce nadal pozostawało zimne.

Śnieg zaczął topnieć na dobre, Śnieżynka zrobiła się blada i słaba. Zapłakana poszła do najciemniejszego zakątka lasu. „Proszę – powiedziała. – Chcę czuć tak jak ludzie. Błagam cię o to”.

„Poproś zatem Wiosnę” – odrzekł niechętnie demon mrozu. Coraz dłuższe dni wycieńczyły go, był bardziej szumem niż głosem. Wiatr musnął policzek śnieżnej dziewczyny współczującym palcem.

Wiosna jest niczym dziewicza panna, stara i wiecznie młoda. Wokół jej silnych członków wiły się kwiaty. „Mogę dać ci to, czego pragniesz – rzekła. – Jednak z pewnością umrzesz”.

Śnieżynka nic nie odpowiedziała i zapłakana wróciła do domu. Przez kilka tygodni nie opuszczała chaty, kryjąc się w cieniu.

Pewnego dnia młody pasterz zapukał do jej drzwi. „Proszę, skarbie – przemówił – wyjdź do mnie. Kocham cię całym sercem”. Śnieżynka wiedziała, że gdyby chciała, mogłaby żyć wiecznie jako śnieżna dziewczyna w skromnej wiejskiej chacie. Ale… tam była muzyka. I oczy jej ukochanego.

Uśmiechnęła się więc, ubrała na biało-niebiesko i wybiegła z chaty. Kiedy dotknęły jej promienie słońca, z jej płowych włosów zaczęły spływać krople wody.

Poszła z pasterzem na skraj brzozowego gaiku.

„Zagraj mi na fujarce” – poprosiła.

Woda spływała coraz szybciej po jej rękach i dłoniach, po włosach. Choć twarz miała bladą, jej krew i serce były ciepłe. Młodzieniec grał na fujarce, a Śnieżynka kochała go i płakała.

Melodia dobiegła końca. Pasterz podszedł do ukochanej, by wziąć ją w ramiona, lecz kiedy wyciągnął do niej ręce, jej stopy się rozpuściły. Upadła na wilgotną ziemię i zniknęła. W słoneczny błękit nieba uniosła się lodowata mgiełka i chłopak został sam.

Po zniknięciu Śnieżynki Wiosna rozścieliła swój welon na całej ziemi i wszędzie zaczęły rozkwitać polne kwiatki. A pasterz czekał w leśnym mroku, opłakując utraconą miłość.

Misza i Alena także płakali. „To były tylko czary – Misza starał się pocieszyć żonę. – Nie mogły trwać wiecznie, bo ulepiłaś ją ze śniegu”.

***

Olga przerwała opowieść, a kobiety szeptały między sobą. Daniła spał teraz w objęciach matki, Masza siedziała oparta o jej kolano.

– Niektórzy twierdzą, że duch Śnieżynki pozostał w lesie – podjęła Olga. – I kiedy padał śnieg, ożywała, by kochać swego pasterza w długie noce – zamilkła na chwilę. – Inni mówią jednak, że umarła – dodała ze smutkiem. – Bo taka jest cena miłości.

Powinna zapaść cisza, jak zawsze, gdy kończy się dobrze opowiedziana bajka, tym razem jednak tak się nie stało. W chwili gdy głos Olgi ucichł, jej córeczka Masza wyprężyła się nagle i wrzasnęła przeraźliwie:

– Patrz! Mamo, patrz! To ona, o tam! Patrz! Nie… nie! Odejdź! – Dziewczynka poderwała się na nogi, a jej oczy zbielały ze strachu.

Olga gwałtownie odwróciła głowę i spojrzała tam, gdzie wpatrywała się jej córka: w róg komnaty skryty w gęstym cieniu. Mignęło tam coś białego. Nie, to tylko blask ognia. W komnacie wybuchła wrzawa. Daniła się obudził i wtulił w sarafan matki.

– Co to?

– Ucisz to dziecko!

– Mówiłam! – pisnęła Darinka triumfująco. – Mówiłam, że ten duch jest prawdziwy!

– Dość! – krzyknęła Olga.

Jej głos przebił się przez inne. Krzyki i paplanina ustały. W ciszy słychać było tylko szloch Maszy.

– Myślę – stwierdziła Olga spokojnie – że jest już późno i wszystkie jesteśmy zmęczone. Pomóżcie lepiej waszej pani położyć się do łóżka. – Te słowa skierowała do służących Jewdokii, bo Wielka Księżna miała skłonność do histerii. – Dziecku coś się przyśniło – dodała stanowczo.

– Nie, nie, to był duch – mruknęła Jewdokia z satysfakcją. – Powinnyśmy się bać.

Olga rzuciła ostre spojrzenie swojej pokojowej Warwarze, kobiecie o jasnych włosach i w nieokreślonym wieku.

– Dopilnuj, by Wielka Księżna Moskiewska bezpiecznie trafiła do łóżka – przykazała jej.

Warwara również wpatrywała się w ciemny kąt wskazany przez Maszę, jednak na polecenie księżnej natychmiast się odwróciła, energiczna i opanowana, choć Olga miała wrażenie, że w blasku ognia na jej twarzy przez moment malował się smutek.

Darinka znów trajkotała:

– To ona! Po co dziecko miałoby kłamać? Duch! Sam diabeł…

– Zadbaj też o to, by Darinka przewietrzyła się i spotkała z popem – dodała Olga.

Pochlipująca Darinka została wyprowadzona z pokoju. Jewdokia także, choć z większą delikatnością, i zgiełk ucichł.

Olga podeszła do pieca, do swoich pobladłych dzieci.

– To prawda, matuszka? – chlipnął Daniła. – Tam jest duch?

Masza nic nie mówiła. Splotła dłonie, w jej oczach wciąż lśniły łzy.

– To bez znaczenia – powiedziała Olga spokojnie. – Cichajcie, dzieci, nie bójcie się. Bóg nas chroni. Chodźcie, pora spać.

2.Dwaj święci mężowie

W nocy Masza dwukrotnie budziła nianię krzykiem. Za drugim razem, niemądrze, niania dała jej klapsa i dziewczynka wyskoczyła z łóżka, niczym jastrząb pomknęła przez korytarze teremu[1] matki i wpadła do komnaty Olgi, zanim niania zdołała ją powstrzymać. Przelazła przez ciała śpiących służek i drżąca przypadła do matki.

Olga nie spała. Słyszała kroki córki i kiedy dziewczynka podeszła do łóżka, czuła, jak drży. Czujna Warwara podchwyciła w półmroku spojrzenie Olgi, po czym bez słowa podeszła do drzwi, by odprawić piastunkę. Chrapliwy oddech oburzonej niani wycofał się w głąb korytarza. Olga westchnęła i tak długo głaskała Maszę po włosach, aż dziewczynka się uspokoiła.

– Opowiedz mi, Maszo – poprosiła, kiedy córeczce zaczęły opadać powieki.

– Śniła mi się kobieta – opowiedziała dziewczynka cienkim głosikiem. – Miała siwego konia. Była bardzo smutna. Przyjechała do Moskwy i nigdy już jej nie opuściła. Próbowała mi coś powiedzieć, ale ja nie słuchałam. Bałam się! – Masza znów wybuchnęła płaczem. – A potem się obudziłam i ona wciąż tam stała. Tylko że teraz jest duchem…

– To tylko sen – szepnęła Olga. – Tylko sen…

***

O świcie obudziły je głosy na dziedzińcu.

W chwili pomiędzy śnieniem a jawą Olga próbowała zatrzymać swój sen: sosny na wietrze, ona boso w pyle drogi śmiejąca się z braćmi. Hałas jednak narastał i Masza drgnęła obudzona, a wiejska dziewczyna, którą Olga kiedyś była, znowu odeszła i popadła w zapomnienie.

Olga odrzuciła kołdrę. Masza usiadła wyprężona jak struna. Olga ucieszyła się, widząc, że buzia dziewczynki odzyskała kolor, a światło dnia przegnało nocne koszmary. Wśród głosów dobiegających z dziedzińca był jeden, który rozpoznała.

– Sasza! – szepnęła z niedowierzaniem. – Wstawać! – krzyknęła do służących. – Na dziedzińcu jest gość. Przygotujcie gorący miód i napalcie w łaźni.

Do pokoju wpadła Warwara, miała śnieg we włosach. Wstała przed świtem, żeby nanieść drewna i wody.

– Wrócił twój brat – oznajmiła bez ceregieli. Twarz miała bladą i napiętą, Olga odniosła wrażenie, że nie zasnęła już po tym, gdy Masza je obudziła.

Olga, w przeciwieństwie do służącej, czuła się o kilkanaście lat młodsza.

– Wiedziałam, że niestraszna mu żadna śnieżyca – powiedziała, wstając z łóżka. – Jest człowiekiem bożym.

Warwara nie odpowiedziała, pochyliła się tylko, by napalić w piecu.

– Zostaw – poleciła jej Olga. – Idź do kuchni i zadbaj, by w piecach huczało. Dopilnuj, żeby jedzenie było gotowe. On będzie głodny.

Służące Olgi pospiesznie ubierały księżną i jej dzieci, jednak zanim Olga była gotowa i zanim napiła się wina, zanim Daniła i Masza zdążyli zjeść kaszę z miodem, na schodach rozbrzmiały kroki.

Masza poderwała się na równe nogi. Olga ściągnęła brwi. Nieziemska radość tego dziecka nie szła w parze z jego bladością. Może jednak nocne strachy nie zostały zapomniane?

– Wujek Sasza wrócił! – wykrzyknęła dziewczynka. – Wujek Sasza!

– Przyprowadźcie go tutaj – poleciła Olga. – Maszo…

Nagle w drzwiach stanęła ciemna postać z twarzą przesłoniętą kapturem.

– Wujek Sasza! – znowu krzyknęła Masza.

– Maszo, nie godzi się tak zwracać do świętego męża! – zgromiła ją niania, lecz dziewczynka przewróciła już trzy stołki oraz kielich z winem i podbiegła do wuja.

– Bóg z tobą, Maszo – odezwał się ciepły spokojny głos. – Cofnij się, dziecino, jestem cały w śniegu. – Mnich zdjął kaptur i pelerynę, sypiąc śniegiem na wszystkie strony, nakreślił znak krzyża nad głową Maszy i ją przytulił.

– Bóg z tobą, bracie – przywitała go Olga spod pieca. Mówiła spokojnym głosem, lecz światło rozjaśniające jej twarz odjęło jej zim. – Martwiłam się o ciebie, ty hultaju – dodała, nie mogąc się powstrzymać.

– Bóg z tobą, siostro – odrzekł Sasza. – Nie powinnaś się o mnie martwić. Kieruję się tam, dokąd posyła mnie Ojciec. – Mówił to z powagą, lecz zaraz się uśmiechnął. – Cieszę się, że cię widzę, Olu.

Futrzana peleryna i kaptur odsłoniły mnisi habit, czarne włosy z tonsurą oraz czarną brodę z grzechotką sopli. Własny ojciec z trudem by go rozpoznał, bo dumny chłopiec wyrósł na mężczyznę o szerokich barach, spokojnego i stąpającego cicho niczym wilk. Tylko jasne bystre oczy – oczy jego matki – nie zmieniły się od tamtego dnia przed dziesięciu laty[2], kiedy opuścił Leśną Ziemię.

Służące Olgi popatrywały na niego ukradkiem. Tylko mnich, pop, mąż, sługa albo mały chłopiec mogli wejść do moskiewskich teremów. Ci pierwsi byli na ogół starzy, nigdy wysocy i szaroocy, o skórze pachnącej dalekimi podróżami.

Jedna ze służek, gamoniowata i skłonna do romansów, odezwała się nierozważnie i zbyt głośno do sąsiadki:

– To brat Aleksander Pierieswiet, wiesz, ten, który…

Warwara pacnęła dziewczynę, a ta ugryzła się w język. Olga rozejrzała się po komnacie i zaproponowała:

– Chodźmy do kaplicy, Saszo. Podziękujemy Bogu za twój powrót.

– Za chwilę, Olu – odparł, zawahał się, po czym dodał: – Przywiozłem ze sobą wędrowca napotkanego na pustkowiu. Jest bardzo chory. Leży w twojej komnacie do robótek.

Olga ściągnęła brwi.

– Wędrowiec? Tutaj? Dobrze, chodźmy więc do niego. Nie, Maszo, dokończ kaszę, dziecino, zanim zaczniesz biegać dziko po pałacu jak żuk w butelce.

***

Mężczyzna leżał na futrze przy piecu, a topiący się śnieg spływał z jego odzienia na podłogę.

– Bracie, kto to? – Olga była w zaawansowanej ciąży i nie mogła uklęknąć, zamiast tego postukała w zęby palcem wskazującym, przyglądając się leżącemu przed nią żałosnemu strzępowi człowieka.

– Pop. – Sasza strząsnął wodę z brody. – Nie znam jego imienia. Napotkałem go zabłąkanego, chorego i bredzącego dwa dni drogi od Moskwy. Rozpaliłem ognisko, ogrzałem go trochę i przywiozłem tutaj. Wczoraj, gdy nadeszła śnieżyca, musiałem wykopać jamę w śniegu i zamierzałem przeczekać tam dzisiejszy dzień, ale jemu się pogorszyło, miałem wrażenie, że umrze mi na rękach. Uznałem, że warto zaryzykować dalszą podróż, by dać mu schronienie przed tą pogodą.

Pochylił się nad chorym i odsłonił pled zakrywający jego twarz. Oczy popa, zaskakująco intensywnie niebieskie, patrzyły tępo na krokwie stropu. Kości zdawały się napierać na skórę, wychudły policzek był rozpalony od gorączki.

– Możesz mu pomóc, Olu? – spytał Sasza. – W klasztorze dostanie jedynie zimną celę i chleb.

– Tu dostanie znacznie więcej – odparła Olga, odwracając się, by wydać służbie szereg prędkich poleceń. – Jego życie jest jednak w rękach Boga i nie mogę obiecać, że go uratuję. Jest bardzo chory. Służące zaniosą go do łaźni. – Przyjrzała się bratu. – Ty też powinieneś się tam udać.

– Czy wyglądam na aż tak przemarzniętego? – Gdy śnieg i lód na jego twarzy stopniały, uwidoczniły się niepokojąco zapadnięte policzki i skronie. Strząsnął z włosów resztki śniegu. – Jeszcze nie, Olu – powiedział, podnosząc się. – Pomodlimy się i zjem coś gorącego. Potem muszę iść do Wielkiego Księcia. Będzie zły, że od razu do niego nie przyszedłem.

***

Przejście między kaplicą i pałacem wyłożone było drewnem i zadaszone, żeby Olga i jej dwórki mogły wygodnie udawać się na nabożeństwa. Kaplica przypominała szkatułkę na biżuterię. Każda ikona miała złoconą sukienkę. Blask świec migotał na złocie i perłach. Gdy Sasza się modlił, jego dźwięczny głos wprawiał płomyki w drżenie. Olga uklękła przed Matką Boską i ukradkiem otarła łzy bolesnej radości.

Później usiedli na krzesłach przy piecu w jej komnacie. Dzieci wyprowadzono do innej komnaty, a Warwara odprawiła dwórki. Podano gorącą zupę. Sasza pochłonął swoją porcję i poprosił o dokładkę.

– Jakie wieści? – zapytała go Olga, gdy jadł. – Co cię zatrzymało w drodze? I nie zbywaj mnie sentencjami o wyrokach boskich, braciszku. Spóźnianie się nie leży w twojej naturze.

Mimo że byli sami, Olga ściszyła głos. W zatłoczonym teremie rozmowy w cztery oczy były prawie niemożliwe.

– Pojechałem do Saraju i z powrotem – odparł Sasza lekkim tonem. – Takiej podróży nie da się odbyć jednego dnia.

Olga spojrzała mu w oczy.

Westchnął.

Czekała.

– Na południowe stepy wcześnie przyszła zima – ustąpił w końcu. – W Kazaniu straciłem konia i przez tydzień musiałem wędrować pieszo. A pięć dni od Moskwy, może trochę więcej, natknąłem się na spaloną wieś.

Olga się przeżegnała.

– Wypadek?

Pokręcił powoli głową.

– Bandyci. Tatarzy. Zabrali małe dziewczynki, żeby je sprzedać na południu na targu niewolników, resztę ludności bestialsko wymordowali. Kilka dni zajęło mi pobłogosławienie i pochowanie zabitych.

Olga znów się przeżegnała.

– Wreszcie, kiedy nie mogłem już zrobić nic więcej, ruszyłem w dalszą drogę – ciągnął Sasza. – Natknąłem się jednak na kolejną wieś. Też była spalona, a mieszkańcy wybici. A potem na jeszcze jedną. – Gdy to mówił, wyostrzyły mu się rysy.

– Boże, daj im spoczywać w pokoju wiecznym – wyszeptała Olga.

– To zorganizowane bandy. Mają własną twierdzę, inaczej rozbójnicy nie mogliby najeżdżać wsi w styczniu. Mają też lepsze konie niż zwykle, bo zdołali zaatakować szybko i odjechać. – Sasza zacisnął dłonie na misce, rozchlapując zupę. – Szukałem, jednak nie trafiłem na żaden ich ślad, nie licząc pogorzelisk i coraz to straszniejszych opowieści wieśniaków.

Olga milczała. Za czasów ich dziadka Orda była zjednoczona pod wodzą jednego chana – nie do pomyślenia, żeby Tatarzy atakowali moskiewskie imperium, które zawsze pozostawało oddanym państwem lennym. Moskwa nie była już jednak tak potulna, ostrożna ani tak oddana, natomiast Orda nie była już tak zjednoczona. Chanowie zmieniali się teraz często, to ten, to tamten wysuwał roszczenia do tronu. Przywódcy walczyli między sobą. A w takich czasach zawsze pojawiają się bezpańskie bandy i wszyscy w zasięgu Ordy na tym cierpią.

– Spokojnie, siostrzyczko – rzekł Sasza, błędnie odczytując jej minę. – Nie bój się. Moskwa to dla tych bandytów zbyt twardy orzech do zgryzienia, a włości ojca w Leśnej Ziemi są dla nich zbyt odległe. Trzeba ich jednak wytępić. Wyruszam znowu, najszybciej jak się da.

Olga zamarła, starając się opanować, po czym spytała:

– Znowu wyruszasz? Kiedy?

– Kiedy tylko zdołam zebrać ludzi. – Dostrzegł wyraz jej twarzy i westchnął. – Wybacz. Następnym razem zostanę na dłużej, jednak w ciągu ostatnich tygodni widziałem zbyt dużo rozpaczy.

Co za człowiek, zmęczony i dobry, o duszy ze stali.

Olga napotkała jego spojrzenie.

– Tak, musisz jechać, bracie – stwierdziła spokojnie, wrażliwe ucho mogłoby jednak wyczuć w jej głosie nutę goryczy. – Jedziesz tam, dokąd Bóg cię wysyła.

3.Wnuki Iwana Sakiewki

Sala biesiadna Wielkiego Księcia była długa, niska i ciemna. Bojarzy siedzieli albo rozwalali się jak psy przy długich stołach, a Dymitr Iwanowicz, Wielki Książę Moskiewski, królował u szczytu stołu, olśniewający w sobolach i szafranowej wełnie.

Był człowiekiem o szaleńczo dobrym humorze, o muskularnej piersi, żywiołowym, niecierpliwym i samolubnym, rozpustnym i życzliwym. Jego ojciec zyskał przydomek Iwan Piękny, a młody książę odziedziczył po nim jasną urodę: płowe włosy, delikatną skórę i szare oczy.

Kiedy Sasza wszedł do długiej sali, Wielki Książę poderwał się na nogi.

– Kuzynie! – ryknął, a jego twarz rozjaśniła się pod wyszywaną klejnotami czapą. Ruszył mnichowi na spotkanie i nim się zatrzymał, przypominając sobie swoją rangę, potrącił służącego. Otarł usta i się przeżegnał. Efekt tego gestu zepsuł nieco kielich z winem, który trzymał w drugiej ręce. Dymitr odstawił go pospiesznie, ucałował Saszę w oba policzki i wykrzyknął: – Obawialiśmy się najgorszego!

– Niech Bóg cię błogosławi, Dymitrze Iwanowiczu – odpowiedział Sasza z uśmiechem. Gdy byli chłopcami, zanim Dymitr osiągnął pełnoletność, mieszkali w monastyrze Saszy, Ławrze Troickiej.

Zadymioną salę biesiadną wypełniał gwar męskich głosów. Siedzieli nad resztkami knura. Kobiety lekkich obyczajów prędko wypchnięto za drzwi, lecz Sasza czuł ich zapach, a także woń wina i tłustego mięsiwa.

Oprócz tego czuł na sobie wzrok bojarów, ciekawych, co też zapowiada jego powrót.

Sasza nigdy nie mógł pojąć, co sprawia, że ludzie chcą się tłoczyć w zatęchłych pomieszczeniach, bez świeżego powietrza.

Dymitr musiał dostrzec jego odrazę.

– Łaźnia! – zarządził od razu. – Każcie napalić w łaźni. Mój kuzyn jest zmęczony, a ja chcę z nim pomówić na osobności. – Poufałym gestem wziął Saszę pod ramię. – Ja też jestem znużony całym tym zgiełkiem – wyznał, choć Sasza mu nie dowierzał. Dymitr spełniał się wśród krzykliwych moskiewskich intryg, Ławra zawsze była dla niego za ciasna i za cicha. – Ty tam! – krzyknął Wielki Książę do swego zarządcy. – Dopilnuj, żeby ci ludzie mieli wszystko, czego im trzeba.

***

Dawno temu, kiedy Mongołowie po raz pierwszy przemierzyli Ruś, Moskwa była prymitywną faktorią z pretensjami – zaledwie dodatkiem do zwycięskiej Ordy, po wspaniałościach Włodzimierza, Suzdalu i samego Kijowa.

To nie wystarczyło, by miasto przetrwało najazd Tatarów, jednak Moskwa miała mądrych książąt i zaraz po podboju, zanim jeszcze góry popiołów przestały dymić, moskwianie natychmiast przystąpili do sojuszów ze zdobywcami.

Byli lojalni wobec Ordy, by wspierać własne ambicje. Kiedy chanowie domagali się podatków, książęta dostarczali je, cisnąc swoich bojarów, by móc je zapłacić. W zamian zadowoleni chanowie przyznali Moskwie większe terytorium, mało tego – dali Włodzimierzowi patent i tytuł Wielkiego Księcia. Moskiewscy władcy doskonale prosperowali, a ich małe księstwo rosło w siłę.

Jednak w miarę jak Moskwa się umacniała, Złota Orda słabła. Ostre spory pomiędzy dziećmi wielkiego chana zatrzęsły tronem i moskiewscy bojarzy zaczęli szemrać: Tatarzy nie są nawet chrześcijanami i nie potrafią przez sześć miesięcy utrzymać władcy na tronie, bo co i raz pojawia się nowy pretendent. Dlaczego w takim razie płacimy daninę? Dlaczego mamy być wasalami?

Dymitr, śmiały, acz praktyczny, obserwując niepokoje w Saraju, doszedł do wniosku, że chan rejestruje wpływy z pięcioletnim opóźnieniem, i po prostu przestał płacić jakiekolwiek lenno. Zamiast tego gromadził pieniądze i wyprawił swego świątobliwego krewniaka, brata Aleksandra, do krainy pogan, by przekonał się, jakie panują tam nastroje. Sasza ze swej strony wysłał zaufanego przyjaciela, brata Rodiona, do ojcowskiego domu w Leśnej Ziemi, z ostrzeżeniem, że szykuje się wojna.

A teraz Sasza w środku zimy powrócił z Saraju, przywożąc wieści, których wolałby nie przekazywać.

Oparł głowę o drewnianą ścianę łaźni i zamknął oczy. Para zmyła część brudu i znużenia po podróży.

– Okropnie wyglądasz, bracie – zauważył Dymitr pogodnie. Zajadał bliny. W jego pocie czuć było nadmiar mięsa i wina.

Sasza otworzył jedno oko.

– A ty robisz się gruby – odparował. – Podczas wielkiego postu powinieneś pojechać do monastyru i przez dwa tygodnie sumiennie pościć.

Kiedy Dymitr jako chłopiec przebywał w Ławrze, w dni postu często wykradał się do lasu polować na króliki, które potem piekł. Sasza, sądząc po wyglądzie kuzyna, podejrzewał, że nie zaniechał tych praktyk.

Dymitr się roześmiał. Jego energia i jowialność mogły zmylić, stanowiły zasłonę dymną dla czujności i wyrachowania. Ojciec Wielkiego Księcia zmarł, zanim ten skończył dziesiąty rok życia, i to w krainie, gdzie następcy tronu rzadko dożywali pełnoletności. Dymitr wcześnie nauczył się uważnie oceniać ludzi i nikomu nie ufać. Kiedy za jego chłopięcych lat mieszkali w Ławrze, brat Aleksander najpierw był jego nauczycielem, a potem przyjacielem, więc Dymitr uśmiechnął się tylko i stwierdził:

– Skoro we dnie i w nocy sypie gęsty śnieg, co możemy robić poza jedzeniem? Nie mogę nawet mieć dziewki, ojciec Andrzej mi zakazuje, przynajmniej dopóki Jewdokia nie da mi dziedzica. – Książę rozparł się na ławie i dodał, krzywiąc wargi: – Jakby mogła mi go dać, bezpłodna suka! – Siedział przez chwilę z ponurą miną, lecz zaraz się rozchmurzył. – No, ale wreszcie wróciłeś. Już traciliśmy nadzieję. Powiedz, kto zasiada na tronie w Saraju? Jakie nastroje panują wśród przywódców? Opowiadaj wszystko.

Saszy, najedzonemu i wykąpanemu, chciało się tylko spać, gdziekolwiek, byle nie na ziemi. Otworzył jednak oczy i powiedział:

– Tej wiosny nie może być wojny, kuzynie.

Książę wbił w niego spojrzenie.

– Nie? – to był głos księcia, pewnego siebie i niecierpliwego. Wyraz jego twarzy dobitnie wyjaśniał, dlaczego po dziesięciu latach i trzech oblężeniach wciąż trwa na tronie.

– Byłem w Saraju – zaczął Sasza ostrożnie. – I jeszcze dalej. Odwiedziłem obozowiska nomadów, rozmawiałem z wieloma ludźmi. Ryzykowałem życie niejeden raz. – Umilkł, a przed oczami znowu stanął mu gorący pył, wyblakłe stepowe niebo, w ustach poczuł dziwne korzenne przyprawy. W porównaniu z tamtym skrzącym się pogańskim miastem Moskwa wyglądała jak zamek z piasku wybudowany w jeden dzień przez nieudolne dzieci. – Chanowie pojawiają się teraz i znikają jak liście na drzewach, to prawda – podjął. – Jeden panuje może sześć miesięcy i już zastępuje go wuj, kuzyn albo brat. Wielki Chan spłodził za dużo dzieci. Ale to wydaje się bez znaczenia. Przywódcy mają armie i ich władza nie słabnie, nawet jeśli tron się chwieje.

Dymitr rozważał przez chwilę jego słowa.

– Ale pomyśl tylko! Zwycięstwo byłoby trudne, a jednak uczyniłoby mnie władcą całej Rusi – rzekł. – Nie płacilibyśmy więcej lenna niewiernym. Czy to nie jest warte odrobiny ryzyka i poświęcenia?

– Tak – przyznał Sasza. – W ostatecznym rozrachunku. Ale to niejedyne wieści, jakie przynoszę. Tej wiosny masz też inne kłopoty, bliżej domu.

I brat Aleksander z ponurą miną opowiedział Wielkiemu Księciu Moskiewskiemu o spalonych wsiach, rozbójnikach i łunie pożaru na horyzoncie.

***

Podczas gdy brat Aleksander doradzał swemu książęcemu kuzynowi, służące Olgi wykąpały chorego, którego przywiózł do Moskwy. Przebrały popa w czyste ubranie i umieściły w komnacie przeznaczonej dla pałacowego spowiednika. Olga otuliła się obszytą króliczym futrem burką i zeszła do niego na dół.

W rogu pomieszczenia stał piec, w którym właśnie napalono. Blask ognia nie zdołał w pełni rozproszyć ciemności, kiedy jednak dwórki Olgi weszły do środka z glinianymi kagankami w dłoniach, cienie wycofały się spłoszone.

Mężczyzna nie leżał w łóżku. Skulony na podłodze modlił się przed ikonami. Jego długie włosy jaśniały w świetle kaganków.

Kobiety, skupione za Olgą, szeptały i wyciągały szyje. Ich szemranie przeszkodziłoby nawet świętemu, lecz ten człowiek ani drgnął. Czyżby umarł? Olga ruszyła ku niemu pospiesznie, zanim jednak zdążyła go dotknąć, wyprostował się, przeżegnał i chwiejnie wstał.

Olga wpatrywała się w niego, a Darinka, która wprosiła się do celi wraz ze swą świtą wybałuszającą oczy, nabrała gwałtownie powietrza i zaczęła chichotać. Rozpuszczone włosy popa opadały mu na ramiona, złociste niczym korona świętego, oczy, ukryte pod gęstymi brwiami, były niebieskie jak burzowe niebo. Dolną wargę miał czerwoną: jedyna miękkość w wychudłej kościstej twarzy.

Kobietom głos uwiązł w gardłach. Olga pierwsza odzyskała rezon i podeszła jeszcze bliżej.

– Ojcze, pobłogosław – przemówiła.

Błękitne oczy popa błyszczały od gorączki, złociste włosy były splątane i wilgotne od potu.

– Niech Bóg cię błogosławi – powiedział. Jego głos wydobywał się z głębi piersi i sprawiał, że płomienie świec zadrżały. Nie odwzajemnił jej spojrzenia, szklanym wzrokiem spoglądał na cienie pod sufitem.

– Podziwiam twoją pobożność, ojcze – rzekła Olga. – Wspomnij o mnie w modlitwach. Teraz jednak musisz wracać do łóżka. Ten ziąb jest zabójczy.

– Będę żył lub umrę zgodnie z wolą bożą. Lepiej… – Zachwiał się. Warwara podtrzymała go, nim upadł, była znacznie silniejsza, niż na to wyglądała. Przez chwilę na jej twarzy malował się lekki wstręt.

– Dołóżcie do ognia – fuknęła Olga na służące. – Zagrzejcie zupę. Przynieście gorącego miodu i koce.

Burcząc pod nosem, Warwara zaprowadziła popa do łóżka i przysunęła Oldze krzesło. Olga usiadła na nim, a pozostałe kobiety tłoczyły się i gapiły za jej plecami. Pop leżał nieruchomo. Kim on jest i skąd przybywa?

– Proszę, oto miód – odezwała się Olga, gdy zatrzepotał powiekami. – Usiądź, ojcze. Wypij.

Dźwignął się na łokciach i pił łapczywie, przyglądając jej się znad krawędzi pucharu.

– Bardzo dziękuję… Olgo Władimirowo – wyszeptał, gdy skończył.

– Skąd znasz moje imię, batiuszka? Jak to się stało, że wędrowałeś chory przez las?

Mięsień na jego policzku drgnął.

– Przybywam z domu twego ojca w Leśnej Ziemi. Długo szedłem, marznąc w ciemności… – jego głos ucichł, lecz po chwili nabrał mocy: – Dostrzegam rodzinne podobieństwo.

Leśna Ziemia… Olga pochyliła się do przodu.

– Przynosisz jakieś wieści? Co z moimi braćmi i siostrą? Co z ojcem? Opowiadaj! Od lata nie miałam od nich żadnych wieści.

– Twój ojciec nie żyje.

Zapadła taka cisza, że słychać było trzask polan rozpadających się w rozgrzanym piecu.

Olga siedziała oniemiała. Ojciec nie żyje? Nawet nie zdążył poznać jej dzieci.

Co z tego? Jest teraz szczęśliwy, dołączył do mamy. Ale… już zawsze będzie leżał w swojej ukochanej zimowej ziemi, a ona już nigdy go nie zobaczy.

– Niech spoczywa w pokoju – szepnęła przepełniona smutkiem.

– Przykro mi.

Olga pokręciła głową, przełykając ślinę.

– Proszę – dodał nieoczekiwanie pop i włożył jej puchar w dłonie. – Napij się.

Olga wysączyła resztę miodu i oddała pusty puchar Warwarze. Otarła oczy rękawem i zdołała zapytać spokojnie:

– Jak umarł?

– To nieprzyjemna historia.

– Mimo to jej wysłucham.

Wśród kobiet przeszedł szept.

– Dobrze zatem – zgodził się pop. W jego głosie dało się teraz wyczuć zjadliwy ton. – Umarł z powodu twojej siostry.

Rozległy się stłumione okrzyki, dwórki zwietrzyły sensację. Olga przygryzła wnętrze policzka.

– Wyjść – rozkazała, nie podnosząc głosu. – Darinko, błagam, wracajcie na górę.

Kobiety zrzędziły, ale wyszły. Tylko Warwara, przez wzgląd na obyczajność, została ze swoją panią. Wycofała się w cień, krzyżując ręce na piersi.

– Wasia? – spytała Olga chrapliwie. – Moja siostra Wasilisa? Co ona mogła mieć wspólnego z…

– Wasilisa Pietrowna nie znała ani Boga, ani posłuszeństwa – stwierdził pop. – W jej duszy mieszkał diabeł. Próbowałem, długo i usilnie, przywołać ją do porządku, lecz mi się to nie udało.

– Nie rozumiem… – zaczęła Olga, a pop dźwignął się wyżej na poduszkach. We wgłębieniu jego szyi zbierał się pot.

– Patrzyła na rzeczy, których wcale tam nie było – wyszeptał. – Chodziła po lesie, ale nie znała strachu. Wszyscy we wsi o tym gadali. Ci życzliwsi twierdzili, że jest szalona. A inni oskarżali ją o czary. Wyrosła na kobietę i, jak to czarownica, przyciągała wzrok mężczyzn, choć wcale nie była pięknością… – głos mu się załamał, lecz zaraz znów podjął opowieść: – Wasz ojciec, Piotr Władimirowicz, pospiesznie zaaranżował małżeństwo, żeby, zanim spotka ją coś gorszego, była mężatką. Ona jednak mu się przeciwstawiła i przegoniła zalotnika. Piotr Władimirowicz zamierzał wysłać ją do klasztoru. Bał się – do tego doszło! – bał się o jej duszę.

Olga próbowała wyobrazić sobie swoją szaloną zielonooką siostrę jako dziewczynę, którą opisał pop, i udało jej się to aż za dobrze. Do klasztoru? Wasia?

– Dziewczynka, którą znałam, nie mogła znieść żadnych ograniczeń – powiedziała.

– Walczyła – zgodził się pop. – Mówiła nie i nie. Nocą, w środku zimy, uciekła do lasu. Piotr Władimirowicz pojechał jej szukać, podobnie jak Anna Iwanowna, jej biedna macocha…

Pop urwał.

– I co? – wyszeptała Olga.

– Dopadła ich dzika bestia. Sądziliśmy… mówiono, że to niedźwiedź.

– Zimą?

– Wasilisa musiała wejść do jego jaskini. Młode panny są niemądre – pop podniósł głos. – Ja nic nie wiem. Nie widziałem tego. Piotr ocalił córce życie, sam jednak został zabity, a jego biedna żona wraz z nim. Następnego dnia Wasilisa, wciąż obłąkana, uciekła znowu i od tamtej pory słuch o niej zaginął. Możemy się tylko domyślać, że też nie żyje, Olgo Władimirowo. I ona, i twój ojciec.

Olga zakryła ręką oczy.

– Kiedyś obiecałam Wasi, że będzie mogła ze mną zamieszkać. Mogłam ją tu sprowadzić. Mogłam…

– Nie smuć się – przerwał jej pop. – Twój ojciec jest w niebie, a twoja siostra zasłużyła na swój los.

Zdumiona Olga uniosła głowę. Błękitne oczy popa były pozbawione wyrazu – pewnie tylko jej się wydawało, że słyszy zjadliwość w jego głosie. Opanowała się.

– Naraziłeś się na niebezpieczeństwo, by dostarczyć mi te wieści – powiedziała. – Czego… czego pragniesz w zamian? Wybacz mi, ojcze, nie znam nawet twojego imienia.

– Nazywam się Konstanty Nikonowicz. I niczego nie pragnę. Zostanę w monastyrze i będę się modlił za ten nikczemny świat.

4.Pan kościanej wieży

Klasztor pod wezwaniem Michała Archanioła w Moskwie założył metropolita Aleksy, a jego igumen[3], ojciec Andrzej, był, podobnie jak Sasza, uczniem świątobliwego Sergiusza. Andrzej przypominał grzyb, był okrągły, miękki i niski. Miał twarz wesołego i rozpustnego anioła, zaskakująco dobrze orientował się w polityce i prowadził kuchnię, której inne klasztory mogłyby mu pozazdrościć. „Żarłok nie skieruje swych myśli ku Bogu – mawiał niefrasobliwie. – Ale człowiek głodujący też nie”.

Kiedy tylko Wielki Książę pozwolił mu odejść, Sasza udał się prosto do klasztoru. Podczas gdy Konstanty modlił się w cieple pałacu Olgi, Andrzej i Sasza rozmawiali w klasztornym refektarzu przy solonej rybie i kapuście (bo była to pora postnej kolacji). Kiedy Andrzej wysłuchał opowieści młodszego mnicha, odezwał się, przeżuwając w zamyśleniu:

– Przykro mi słuchać o spalonych wsiach, lecz niezbadane są wyroki boskie, a te wieści nadeszły w samą porę. – Nie takiej reakcji spodziewał się Sasza, więc uniósł pytająco brew. Splecione dłonie, nieco spękane od mrozu, trzymał złożone na drewnianym stole. Andrzej ciągnął niecierpliwie: – Musisz wyrwać Wielkiego Księcia z miasta. Weź go ze sobą, niech walczy z bandytami. Niech się zabawi z jakąś ładną dziewczyną, od której rozpaczliwie nie oczekuje syna. – Stary mnich powiedział to bez wstydu. Zanim złożył śluby zakonne, był bojarem i zdążył spłodzić siedmioro dzieci. – Dymitr jest niespokojny, żona nie daje mu przyjemności w łóżku, nie ma też dzieci, z którymi mógłby wiązać nadzieje. Jeśli potrwa to dłużej, wypowie wojnę Tatarom albo komukolwiek innemu jako szalone lekarstwo na nudę. A czas nie jest na to odpowiedni, jak mówisz. Więc zamiast tego zabierz go, by walczył z bandytami.

– Tak zrobię – postanowił Sasza, wychylając kielich i wstając. – Dziękuję za ostrzeżenie.

***

Cela brata Aleksandra została wysprzątana na jego powrót. Na wąskiej pryczy leżała gruba niedźwiedzia skóra. W rogu naprzeciwko drzwi wisiała ikona przedstawiająca Najświętszą Marię Pannę z Dzieciątkiem.

Sasza modlił się długą chwilę, podczas gdy dzwoniły moskiewskie dzwony, a nad ośnieżonymi wieżami miasta świecił pogański księżyc.

– Matko Boża, miej w opiece mego ojca, braci i siostry. Pamiętaj o moim mistrzu w klasztorze na odludziu i o moich braciach w Chrystusie. Proszę, nie gniewaj się, że nie będziemy jeszcze walczyć z Tatarami, gdyż nadal są zbyt silni i zbyt liczni. Odpuść mi moje grzechy. Odpuść mi…

Na wąskiej twarzy Marii Panny tańczyło światło świecy, a mały Jezus zdawał się przyglądać Saszy ciemnymi nieludzkimi oczami.

Następnego ranka Sasza wraz z innymi zakonnikami udał się na jutrznię. Pokłonił się przed ikonostasem, dotykając twarzą posadzki. Po nabożeństwie od razu poszedł do miasta, skrzącego się i na wpół przysypanego śniegiem.

Dymitr Iwanowicz miał swoje wady, jednak bierność do nich nie należała. Sasza zastał go na dziedzińcu przed pałacem, rumianego i wesołego, wymachującego mieczem w otoczeniu młodszych bojarów. Jego ulubiony zbrojmistrz z Nowogrodu wykuł mu nowy miecz z wężową rękojeścią. Dwaj kuzyni, książę i mnich, oglądali miecz krytycznie.

– Będzie siać popłoch wśród moich wrogów – oznajmił Dymitr.

– Dopóki nie spróbujesz uderzyć kogoś w twarz rękojeścią, a wtedy ona rozpadnie się na kawałki – skwitował Sasza. – Spójrz na to zwężenie, o tu, gdzie głowa węża łączy się z resztą ciała.

Dymitr przyjrzał się rękojeści.

– No to wypróbuj ją ze mną – rzucił.

– Boże uchowaj – odparł pospiesznie Sasza. – Jeśli zamierzasz złamać na kimś tę rękojeść, niech to nie będę ja.

Dymitr właśnie się odwracał, by przywołać któregoś z bardziej irytujących bojarów, jednak powstrzymał go głos Saszy:

– Dość zabawy. Chodźmy, śnieżyca ustała. Tam płoną wsie. Wyruszysz ze mną w drogę?

Odpowiedź Dymitra zagłuszyło wołanie i jakieś zamieszanie za bramą książęcego pałacu. Obaj mężczyźni milczeli, nasłuchując.

– Z tuzin koni – ocenił Sasza, unosząc brew i spoglądając na księcia. – Kto…

W tym momencie podbiegł zarządca Dymitra.

– Przybył wielki pan – wysapał. – Twierdzi, że musi się widzieć z Wielkim Księciem. Przywiózł podarek.

Między brwiami Dymitra pojawiły się głębokie bruzdy.

– Wielki pan? Kto? Wiem, gdzie są moi bojarzy, i żaden nie miał… No nic, wpuść go, zanim zamarznie pod bramą na śmierć.

Zarządca odszedł, zawiasy zapiszczały na mrozie i przez bramę wjechał nieznajomy na pięknym kasztanie, a za nim jego świta. Kasztan spłoszył się i próbował stanąć dęba, lecz jeździec osadził go wprawną ręką i zeskoczył na ziemię, wzbijając tuman świeżego śniegu, po czym rozejrzał się po tętniącym życiem dziedzińcu.

– Cóż – mruknął Wielki Książę, włożywszy dłonie za pas. Bojarzy porzucili ćwiczebne potyczki i szepcząc między sobą, zebrali się za plecami księcia, wpatrzeni w przybysza.

Ten przyjrzał się zgromadzonym, po czym przemierzył dziedziniec i skłonił się przed Wielkim Księciem.

Sasza zmierzył go uważnym spojrzeniem. Niewątpliwie był bojarem: barczysty i wytwornie ubrany, ciemnooki, o długich rzęsach. Kosmyki włosów wystające spod czapy były czerwone jak jesienne jabłka. Sasza nigdy wcześniej go nie widział.

– Czy to ty, panie, jesteś Wielkim Księciem Moskwy i Włodzimierza? – zwrócił się bojar do Dymitra.

– Jak widzisz – odparł Dymitr chłodno. Ton rudowłosego przybysza wydał mu się nieco bezczelny. – A kim ty jesteś?

Przybysz przeniósł spojrzenie niepokojąco ciemnych i lśniących oczu z Wielkiego Księcia na jego kuzyna.

– Zwą mnie Kasjan Lutowicz, gosudar – przedstawił się. – Mam ziemie dwa tygodnie drogi na wschód.

– Nie przypominam sobie, bym otrzymał lenno z… Jak się nazywa twój majątek? – odrzekł Dymitr z kamienną twarzą.

– Kościana Wieża – odparł rudowłosy, a widząc ich uniesione brwi, dodał: – Mój ojciec miał poczucie humoru i pod koniec trzeciej zimy głodu, kiedy byłem chłopcem, nadał naszemu domostwu tę nazwę. – Sasza dostrzegł, że wyprężył się dumnie, gdy ciągnął: – Zawsze żyliśmy w naszym lesie, nikogo o nic nie prosząc. Teraz jednak przybywam z podarkiem, Wielki Książę, i z prośbą, bo moi ludzie są dotkliwie nękani.

To powiedziawszy, Kasjan dał znak członkom swojej świty, ci zaś podprowadzili młodą klaczkę o stalowej sierści, rasy tak szlachetnej, że nawet Wielki Książę na chwilę zaniemówił.

– Podarek – powtórzył Kasjan z naciskiem. – Może twoi wartownicy mogliby udzielić moim ludziom gościny?

Wielki Książę obejrzał dokładnie klacz, ale powiedział tylko:

– Nękani?

– Przez ludzi, których nie możemy dopaść – wyjaśnił Kasjan ponuro. – Bandytów. Palą moje wsie, Dymitrze Iwanowiczu.

***

Koniom Kasjana dano owsa, jego ludziom przydzielono kwatery, a on sam został zaproszony do sali audiencyjnej księcia, gdzie sączył piwo pod niskim malowanym sufitem, podczas gdy Sasza i Dymitr czekali z niecierpliwą kurtuazją. Wreszcie Kasjan otarł usta i rozpoczął opowieść.

– Zaczęło się w zeszłym roku od pogłosek i opowieści z trzeciej ręki o utraconych wioskach. Rabusie. Pożary. – Obracał kufel w twardej dłoni, spoglądając w dal. – Nie zważałem na to. Zawsze są jacyś desperaci, a plotki wszystko wyolbrzymiają. Wyrzuciłem to z pamięci, kiedy spadł pierwszy śnieg… – Kasjan przerwał, by się napić. – Teraz widzę, że popełniłem błąd. Zewsząd dochodzą mnie słuchy o pożarach, a zrozpaczeni wieśniacy niemal codziennie przychodzą do mnie, błagając o ziarno lub ochronę.

Dymitr i Sasza spojrzeli na siebie. Bojarzy i służący wyciągali szyje, by lepiej słyszeć.

– Cóż – przemówił Dymitr do swego gościa, pochylając się do przodu na rzeźbionym tronie – ty jesteś ich panem, czyż nie? Czy udzieliłeś im pomocy?

Kasjan zacisnął usta w surowym grymasie.

– Odkąd zaczął padać śnieg, nie raz, lecz wiele razy tropiliśmy tych rozbójników. Mam w gospodarstwie mądrych ludzi, wspaniałe psy i wprawnych myśliwych.

– A zatem nie rozumiem, po co do mnie przyjechałeś – rzekł Dymitr, przyglądając się Kasjanowi. – Teraz, gdy poznałem twoje imię, nie możesz już liczyć na to, że unikniesz płacenia lenna.

– Nie przyjechałbym, gdybym miał wybór. Nie trafiliśmy na żaden ślad tych bandytów, choćby najmniejszy, taki jak odcisk kopyta. Nic, tylko pożary, lament i zgliszcza. Wśród moich ludzi krążą pogłoski, że to nie ludzie, lecz demony. A więc, choć wolałbym zostać w domu, przybyłem do Moskwy, ponieważ w tym mieście są wojowie i święci mężowie, których muszę błagać o pomoc dla moich ludzi – dokończył z rozpaczą, której nie zdołał ukryć.

Sasza zauważył, że Dymitr, wbrew sobie, jest pod wrażeniem słów przybysza.

– Żadnych śladów? – spytał.

– Żadnych, gosudar – odparł Kasjan. – Może ci bandyci to wcale nie ludzie?

– Za trzy dni wyruszamy – oznajmił Dymitr.

5.Pożar na odludziu

Olga nie wyjawiła bratu, czego dowiedziała się o śmierci ich ojca i siostry. Saszę czekało dość niebezpieczeństw i musiał mieć jasny umysł, by stawić im czoła. Uznała, że zasmuciłyby go szczególnie wieści o Wasi. Bardzo ją kochał.

Tak więc Olga tylko ucałowała brata, kiedy przyszedł się pożegnać, i życzyła mu wszystkiego dobrego. Miała dla niego nową pelerynę i porządny bukłak z miodem pitnym.

Sasza przyjął podarunki z roztargnieniem. Jego myśli zaprzątała już wyprawa: bandyci i spalone wsie, a także rozważania, w jaki sposób zapanować nad młodym księciem, który nie chce już być wasalem.

– Niech Bóg ma cię w swej opiece, siostrzyczko – powiedział.

– I ciebie, braciszku – odparła Olga spokojnie. Przywykła do pożegnań. Jej brat pojawiał się i znikał niczym letni wiatr w koronach sosen, a jej mąż, Włodzimierz, był nie lepszy. Teraz jednak myślała o ojcu i siostrze, którzy odeszli, by nigdy już nie powrócić, i zachowanie spokoju dużo ją kosztowało. Zawsze to oni odchodzą, a ja zostaję, pomyślała. – Błagam, pamiętaj o mnie w swoich modlitwach.

***

Dymitr i jego ludzie wyjechali z Moskwy w dniu dojmującej bieli: biały śnieg i białe słońce rozbłyskujące na białych wieżach. Kiedy Dymitr wyszedł w podróżnym stroju na dziedziniec i lekko wskoczył na grzbiet konia, pod ich peleryny i kaptury wdzierał się szyderczy wiatr.

– Chodź, kuzynie! – krzyknął do Saszy. – Pogodny dzień i suchy śnieg. W drogę!

Słudzy stali w pogotowiu z jucznymi końmi gotowymi do drogi, a wojownicy na koniach czekali wyprężeni i uzbrojeni w miecze i krótkie włócznie.

Ludzie Kasjana dołączyli do wojowników Dymitra z pewnym ociąganiem. Sasza zastanawiał się, co kryją ich twarze bez uśmiechu. Kasjan siedział spokojnie na potężnej kasztance, wodząc wzrokiem po tętniącym życiem dziedzińcu.

Brama pałacu Wielkiego Księcia otworzyła się ze skrzypieniem i mężczyźni spięli konie. Wierzchowce wyrwały raźno do przodu z brzuchami pełnymi obroku. Sasza dosiadł swojej siwej klaczy, Mgły, i jako ostatni skierował ją na lśniący okrutnie mróz. Brama zamknęła się za nimi z łoskotem.

Żegnały ich moskiewskie dzwony rozbrzmiewające ponad drzewami.

***

W północnej Rusi dla tych, którzy mogli znieść jej trudy (a wielu nie mogło), zima była porą podróżowania. Latem przemierzano dzikie ostępy drogami i ścieżkami często zbyt wąskimi dla wozów i zawsze z błotem aż po osie kół. Zimą natomiast dukty zamarzały na gładko i sanie mogły przewozić ogromne ciężary, a skute lodem rzeki stawały się drogami bez drzew czy pniaków. Nic nie spowalniało podróży, a przy tym biegły szeroko i przewidywalnie z północy na południe, ze wschodu na zachód.

Zimą na rzekach panował ożywiony ruch. Wzdłuż obu brzegów leżały wsie rozwijające się dzięki dostępowi do wody i wspaniałe domostwa bojarów, chętnych ugościć Wielkiego Księcia Moskiewskiego.

Pierwszego dnia jechali na zachód, a pod wieczór dostrzegli światła Kupawny: jakże pożądany blask ognia o zmierzchu. Dymitr wysłał naprzód kilku ludzi z żądaniem gościny i posilili się pierogiem, kiszoną kapustą i marynowanymi grzybami.

Następnego ranka opuścili zamieszkane tereny i nie mogli już liczyć na schronienie przed nocą. Las zrobił się ciemny i bezdrożny, jedynie gdzieniegdzie pojawiały się maleńkie osady. Jeźdźcy Dymitra jechali wytrwale za dnia, a nocą obozowali w śniegu i trzymali straż.

Przez kilka dni nie widzieli żadnego zwierzęcia, nawet ptaka, a już na pewno żadnych bandytów, jednak siódmego dnia natrafili na spaloną wieś.

Mgła pierwsza wyczuła dym i parsknęła nerwowo. Sasza osadził ją pewną ręką i skierował twarz pod wiatr.

– Dym – stwierdził.

Dymitr też wstrzymał konia.

– Czuję.

– Tam – odezwał się Kasjan jadący obok nich. Wskazał kierunek dłonią w rękawicy.

Dymitr pospiesznie wydał rozkazy i jeźdźcy skupili się wokół niego. Nie mogli liczyć na to, że podjadą niepostrzeżenie, bo było ich zbyt wielu. Suchy śnieg chrzęścił pod kopytami koni.

Wieś została spalona na popiół, zupełnie jakby zmiażdżyła ją olbrzymia ognista dłoń. Z początku wydawała się całkowicie wymarła, pusta i zimna, jednak pośrodku stała cerkiewka, którą ogień w większości oszczędził, a z dziury wyrąbanej w dachu unosiła się smużka dymu.

Wojowie podjechali jeszcze bliżej, wyciągnęli miecze i czekali na świst strzał. Mgła łypnęła niespokojnie na swego jeźdźca. Wieś była kiedyś otoczona palisadą, z której teraz pozostała jedynie nieregularna hałda.

Dymitr wydał kolejne rozkazy – część mężczyzn miała stać na straży, reszta szukać w okolicznym lesie ocalałych z pożaru. Ostatecznie tylko Sasza i Kasjan wraz z kilkoma ludźmi przeskoczyli pozostałości palisady.

Ciała leżały tam, gdzie padły, czarne tak jak i spalone chaty, z wyciągniętymi błagalnie kośćmi palców i wyszczerzonymi zębami. Dymitr Iwanowicz nie był mężczyzną o szczególnie bujnej wyobraźni ani też zbytnio sentymentalnym, lecz teraz zbielały mu usta. Kiedy jednak odezwał się do Saszy, głos miał opanowany:

– Idź i zapukaj do wrót cerkwi.

Z jej wnętrza dochodziły bowiem jakieś odgłosy.

Sasza zeskoczył z siodła na śnieg, zastukał do drzwi świątyni rękojeścią miecza i zawołał:

– Bóg z wami!

Bez odzewu.

– Nazywam się brat Aleksander! Nie jestem bandytą ani Tatarem. Pomogę wam, jeśli zdołam!

Chwila ciszy w środku, następnie szmer rozmowy. Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie i stanęła w nich kobieta z posiniaczoną twarzą i toporem w ręku, a obok niej pop ubrudzony krwią i sadzą. Kiedy ujrzeli Saszę – niewątpliwie był mnichem z tonsurą – opuścili nieco prowizoryczną broń.

– Niech Bóg was błogosławi – przemówił Sasza, chociaż te słowa z trudem przeszły mu przez gardło. – Możecie mi powiedzieć, co tu się stało?

– Po co? – żachnął się pop, śmiejąc się obłąkańczo. – Przybyliście za późno.

***

To kobieta spełniła prośbę Saszy, choć niewiele potrafiła powiedzieć. Bandyci zjawili się o świcie, kopyta ich koni wzbijały tumany śniegu. Była ich co najmniej setka – a w każdym razie tak się wydawało. Byli wszędzie. Prawie wszyscy mężczyźni i kobiety zginęli od ich mieczy. Potem zajęli się dziećmi.

– Dziewczynki zabrali ze sobą – mówiła kobieta. – Nie wszystkie, ale dużo. Jeden z bandytów zaglądał w twarze kolejnych dziewczynek i brał te, które chciał. – Kobieta trzymała w dłoni małą kolorową chustkę, która najwyraźniej należała do jakiejś dziewczynki. Uniosła niepewnie wzrok i napotkała spojrzenie Saszy. – Błagam, módl się za nie.

– Będę się za nie modlił – obiecał. – Znajdziemy tych bandytów, jeśli tylko zdołamy.

Jeźdźcy podzielili się z wieśniakami częścią jedzenia i pomogli wznieść stos pogrzebowy dla na wpół spalonych ciał. Sasza wykorzystał tłuszcz i płótno, by opatrzyć rany ocalałym, chociaż część z nich lepiej byłoby dobić.

O świcie ruszyli w dalszą drogę.

Wielki Książę z niechęcią spojrzał na spaloną wieś, zanim zniknęła za drzewami.

– Spędzimy w drodze całą zimę, kuzynie, jeśli będziesz błogosławił wszystkich zmarłych i karmił wszystkich żywych, których napotkamy. Już straciliśmy jeden dzień. Żaden z tych wieśniaków nie przetrwa tutaj zimy, spłonęło im całe zboże, a naszym koniom nie posłużył dzień przerwy.

Dymitr wciąż miał zbielałe wargi.

Sasza nie odpowiedział.

***

W ciągu trzech dni natrafili na dwie spalone wsie. W pierwszej wieśniakom udało się zabić konia bandytów, lecz najeźdźcy odpowiedzieli straszliwą rzezią, po czym spalili cerkiew. Z ikonostasu zostały drzazgi i dymiący popiół. Wieśniacy wpatrywali się w niego bezradnie.

– Bóg nas opuścił – powiedzieli Saszy. – Zabrali dziewczynki. Czeka nas sąd ostateczny.

Sasza pobłogosławił ich, a oni patrzyli na niego bez wyrazu.

Jechali dalej. Widzieli bardzo niewyraźne tropy. A może nie widzieli żadnych.

Trzecia wieś po prostu opustoszała. Zniknęli wszyscy: mężczyźni, kobiety, małe dzieci i starcy, nawet bydło i kury, a ich ślady przysypał świeży śnieg.

– Tatarzy! – wybuchnął Dymitr, stojąc w tej ostatniej wsi, w której wciąż jeszcze unosił się zapach bydła i dymu. – Tatarzy, bez dwóch zdań! A ty mi mówisz, Sasza, że nie będę miał mojej wojny i nie dokonam boskiej zemsty na niewiernych!

– Ludzie, których szukamy, to bandyci – odrzekł Sasza, zdejmując sople, które zebrały się na włoskach wokół chrapów Mgły. – Nie możemy się mścić na całym narodzie z powodu czynów kilku niegodziwców.

Kasjan milczał. Nazajutrz oświadczył, że on i jego ludzie zamierzają odłączyć się od wojów Wielkiego Księcia.

– Boisz się, Kasjanie Lutowiczu? – spytał Dymitr zimno.

Inny człowiek mógłby się obruszyć, lecz Kasjan trwał w zamyśleniu. Wszyscy jeźdźcy byli sini z zimna, tylko na nosach i policzkach mieli czerwone plamy. Różnice między panem, mnichem i wojownikiem zniknęły. Wszyscy przypominali rozdrażnione niedźwiedzie, tak byli okutani w warstwy filcu i futer. Wyjątek stanowił Kasjan: opanowany i blady tak jak na początku, oczy nadal miał bystre i błyszczące.

– Nie boję się – odparł spokojnie. Rudowłosy bojar mówił niewiele, na ogół słuchał, a pewność, z jaką posługiwał się łukiem i włócznią, wzbudziła szacunek Dymitra. – Chociaż ci bandyci bardziej przypominają demony niż ludzi. Muszę jednak wracać do domu. Zbyt długo mnie tam nie było. – Po chwili milczenia dodał: – Przywiozę wypoczętych myśliwych. Proszę tylko o kilka dni, Dymitrze Iwanowiczu.

Dymitr zastanawiał się, w roztargnieniu strzepując szron z brody.

– Jesteśmy niedaleko Ławry – powiedział wreszcie. – Moim ludziom dobrze zrobi porządny sen pod dachem. Spotkajmy się tam. Mogę dać ci tydzień.

– Dobrze – zgodził się Kasjan. – Wrócę nad rzekę, popytam w tamtejszych osadach i wsiach, bo te duchy muszą coś jeść, jak inni ludzie. Potem zbiorę silnych mężczyzn i dołączę do was w klasztorze.

Dymitr skinął głową. Starał się nie okazywać znużenia, ale nawet jego męczyły dym, niepewność i niesłabnący mróz.

***

Kasjan i jego ludzie wyruszyli mroźnym świtem, kiedy wschodzące słońce przemieniło obozowe ogniska w czerwono-złoto-szare wstęgi. Sasza, Dymitr i reszta mężczyzn milczeli, czując się dziwnie opuszczeni, kiedy ich towarzysze odjeżdżali.

– Jedźmy – zarządził Wielki Książę, opanowując się. – Będziemy wypatrywać bandytów. Już niedaleko do Ławry.

Jechali więc wytrwale, choć nerwy mieli napięte. Mimo że kopali rowy pod legowiskami do spania i piętrzyli tam węgle z ognisk, noce były długie i zimne. Za dnia wiał ostry wiatr sypiący im śniegiem w twarze. Długa jazda w mroźną pogodę sprawiła, że końskie boki się zapadły. Nie natrafili na żaden trop, mieli natomiast nieprzyjemne poczucie, że są obserwowani.