Dziedzictwo. Trzy Światy Drzewa tom 1 - Gabriela S.M. - ebook
NOWOŚĆ

Dziedzictwo. Trzy Światy Drzewa tom 1 ebook

Gabriela S.M.

0,0

45 osób interesuje się tą książką

Opis

Aby przetrwać we wrogim imperium, musiała stać się nikim.

 

Przez jedenaście lat skutecznie tłumiła w sobie zakazaną magię i brzmienie własnego imienia. Teraz upomina się o nią przeszłość. Wplątana w wojnę między Trzema Światami Drzewa odkrywa, że nikt nie jest tym, za kogo się podaje, a największy sojusznik może okazać się jej zgubą.

 

Koniec z ukrywaniem. Koniec z byciem ofiarą.

 

Nadszedł czas na ogień.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 345

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



GABRIELA S.M.

DZIEDZICTWO

Dla mojego męża. Zawsze we mnie wierzyłeś, nawet gdy ja traciłam wiarę w siebie.

Dla tych, którzy wierzą, że miłość to prawdziwa magia łącząca światło i ciemność naszego życia.

Ostrzeżenie autorskie

Książka zawiera sceny nadużyć seksualnych, morderstw i tortur. Pojawiają się również akty niezgodne z przyjętymi normami społecznymi, które w niektórych środowiskach mogą być odbierane jako skrajna dewiacja. W treści znajdziecie również opisy obrzędów wykorzystywanych w folklorze oraz mitologii, które były inspiracją, nie są one jednak opisane w stu procentach zgodnie z podaniami.

Trzy Światy Drzewa

Podziemie – dzieli się na mniejsze królestwa, nad którymi władzę sprawują królowie. Najważniejsze miasta Podziemia to Purga, Mermed, Or i Cerion.

Stolicą jest Or, gdzie znajduje się siedziba Xerbera. Pozostałe miasta zarządzane są przez przedstawicieli trzech ras: w Purdze włada Fae, w Mermed człowiek, a w Cerionie Ukryty. Xerber pragnął, by równość stała się fundamentem Podziemia, gdzie każda istota ma takie samo prawo do istnienia i głosu.

Nadziemie – Świat rozdarty między upadkiem dawnych bogów a dyktaturą królowej Tene, która włada królestwem Svarta. Po jednej stronie leżą wyspiarskie terytoria Hekli i Katli, podczas gdy na przeciwległym krańcu kontynentu wciąż wolna pozostaje Lunea.

Bogowie Nadziemia zostali schwytani, ukrywają się lub opuścili ten Świat. To kraina głodu, nierówności i nieustannego buntu, gdzie jedynie bogini Vana próbuje przywrócić równowagę między tym, co upadłe, a tym, co jeszcze się tli. W świecie tym mieszkają różne rasy, choć nie wszystkie są traktowane tak samo.

Nieboskłon – Świat, w którym bogowie rządzą niepodzielnie, nie dzieląc ziem na królestwa ani granice. Każda mieszkająca w tym świecie rasa jest traktowana z szacunkiem.

Tu wojna jest jedynie echem minionych czasów, a mieszkańcy żyją w przekonaniu o harmonii i boskiej opiece. Ten Świat wypełniony jest jednak złudzeniem spokoju, a nad nim unosi się cień utraconej równowagi, której brak zaczyna wpływać nawet na Nieboskłon.

Prolog

Apokryf o stworzeniu Trzech Światów Drzewa

Ukryte zwoje Zakonu Gatsbar, spisane językiem korzeni, przetłumaczone na język powszechny i zakazane w Nadziemiu

Na początku nie istniało nic poza wszechogarniającą głuszą – równie uśpioną co brzemienną w napięcie. Ciemność i światło wyłoniły się z niej niespodziewanie, niczym dwie samotne iskry dryfujące w bezkresnej pustce. Nikt nie poznał ich źródła. Wiedzione ślepym losem, a może kaprysem nieznanej siły, zderzyły się ze sobą. Z tego potężnego wybuchu narodziło się Święte Drzewo Życia – filar istnienia i śmierci, którego tętniąca energia do dziś bije w każdej żyjącej istocie.

Wraz z przebudzeniem magii Drzewa z nicości wyłonił się Starzec niosący w dzbanie życiodajną wodę. Rozlał ją pożądliwie na korzenie Świętego Dębu, dając tym samym początek historii stworzenia. Zamieszkał tam, w wiecznym mroku, karmiąc Drzewo opowieściami o powstającym świecie.

Dawne ludy spierają się o pochodzenie bogów. Jedni powiadają, iż narodzili się z magii wody i korzeni. Inni wierzą, że zrodził ich kojący śpiew korony Drzewa. Są i tacy, którzy w najstarszych pieśniach słyszeli, że pierwsi władcy wyszli prosto ze splotu światła i ciemności. Lecz wszystkie księgi zgadzają się w jednym: ich przeznaczeniem było strzec porządku i wspierać kruche życie.

Tak oto Dąb podzielił przestrzeń na Trzy Światy, a jednocześnie splótł je wspólną magią. W jego korzeniach pulsowało Podziemie, w grubym pniu zakwitło Nadziemie, a w rozłożystej koronie rozciągnął się Nieboskłon.

Z bogami narodziły się emocje – to one stały się ich siłą napędową – miłość, pożądanie, uwielbienie, ale też nienawiść, gniew i ból. W korzeniach Drzewo obrało Dehanna, by tkał w Podziemiu sprawiedliwy rytm życia i śmierci. Rozłożysta korona przypadła Imli, która z Nieboskłonu strzegła doskonałości każdego świetlistego poranka. W pniu zaś, pośród gór i zielonych gajów Nadziemia, rządzili Tez i jego małżonka Oriana, bogini wodnych zjaw, które poiły ziemię i wspomagały jej dojrzewanie.

Harmonia okazała się jednak złudzeniem. W Nadziemiu, w nagrodę za swój trud, nieśmiertelni Fae otrzymali od bogów lądy na własność. Śmiertelni ludzie, pracowici, lecz czujący gorycz pominięcia, zaczęli podnosić głowy. Bogowie, dostrzegając to zrębło niesprawiedliwości i pragnąc ugasić konflikt, odebrali dary wszystkim. Zamiast pokoju wywołali bunt. Rozgoryczone Fae, odcinając się od mocy Drzewa, ruszyły na wojnę, a pragnący więcej śmiertelnicy stanęli u ich boku.

Z tego krwawego, wojennego sojuszu zrodzili się Ukryci – dziedzice potęgi obu ras. Ich moce odzwierciedlały spuściznę przodków: tak narodziły się syreny, zjawy, skrzydlaci, smoki i czarownice. Wszystkie te rasy rozproszyły się po Trzech Światach. Budują wspólnie rzeczywistość, koegzystując. Bogowie ukarali rebeliantów, lecz zrozumieli, że Świat składa się z przeciwieństw. Gdzie rodzi się światło, tam z drugiej strony kiełkuje ciemność, by razem budować imperium.

Aby przywrócić zrujnowany ład w Nadziemiu, Tez i Oriana błagali o pomoc władców Podziemia, Nieboskłonu oraz Starca z Korzeni. Z piekącej mocy Drzewa uformował on pierwotne Artefakty, by wspierały nieśmiertelnych Fae. Tak narodziły się trzy kobiety – Strażniczki Pierwotnej Magii, mające odtąd podtrzymywać równowagę świata, dzieląc się mocą ze Świętym Drzewem.

Ludzi zaś ukarano najdotkliwiej. Choć otrzymali swoje lądy, ich życie stało się ulotne niczym mrugnięcie boskiego oka – pozostali jedynie kruchą iskierką w wiecznych płomieniach Świata.

Imla

Milenium po stworzeniu

– IMLA! – rozbrzmiał krzyk władcy Podziemia.

Dźwięk niósł się echem po moim pałacu w Nieboskłonie. Głos boga był głęboki niczym ryk dzikiego zwierzęcia. Białe kolumnady w pracowni zaczęły drżeć z tego powodu.

Stukot butów przybysza przeganiał ciszę z moich myśli. Próbowałam ignorować tę nieprzyjemność, nie było to jednak łatwe.

Zaczęłam po raz kolejny czytać ostatni zapisany wers. Natomiast krzyk ponownie wyprowadził mnie z rytmu. Dehann miał w zwyczaju pojawiać się nieproszony. Spędzanie tak wiele czasu z umarłymi istotami musiało spowodować w jego umyśle coś na kształt degradacji manier.

Patrzyłam na spis spraw do przeanalizowania przed podziałem ziem między jej mieszkańców. Święte Drzewo stworzyło nas tysiąc lat temu. Cywilizacja Nieboskłonu budowała miasta i wprowadzała systemy życia. Czułam dumę z moich poddanych, ale musiałam podjąć decyzję, jaki system rządów wprowadzić w tak szybko rozwijającym się miejscu.

Relacje między rasami bywały napięte. Bogowie zrodzeni przez Drzewo wiedzą jednak, że zawsze muszą się opiekować mieszkańcami swoich Światów – rozstrzygać spory, słuchać ich błagań i żądań.

Pierwsi z nas przez pięćset lat zgłębiali wiedzę daną przez Święty Dąb, by móc ją przekazywać dalej. Wiedziałam, że powinnam być dumna z pracy, jaką włożyliśmy w stworzenie tego miejsca. Ale nadal się zastanawiałam, czy warto oddawać władzę w ręce ras. Nadziemie miało z tego tytułu problemy.

Może powinnam wybrać najwierniejszych… albo pozwolić, by turniej wskazał zwycięzców.

Odrzuciłam tę myśl, ponieważ głos Dehanna coraz natarczywiej wkradał się do mojej głowy. Jego impertynencja była karygodna, a zainteresowanie tym, co wyczyniał – zerowe. Poprawiłam się na krześle przed przybyciem władcy Podziemia. Nie miałam zamiaru dawać mu więcej atencji, niż na to zasługiwał.

– Imla! – Dehann wkroczył do gabinetu bez pukania.

Jego złota zbroja odbijała światło dnia. Zapach dymu i soli morskiej towarzyszył mu niczym niewidzialna zasłona. Zalała mnie przez to fala wspomnień z naszego ostatniego spotkania, gdy kończyłam nasz romans. Mężczyzna stanął naprzeciwko mnie z podniesionymi brwiami.

Uniosłam wzrok znad dokumentów. Jego wściekłość była namacalna. Niewidzialna ręka ściskała mi gardło. Chciałam ją zignorować, ale w moich trzewiach obudziło się pragnienie, które od czasu naszego ostatniego spotkania tłamsiłam w sobie. Rozluźniłam spięte ramiona, kładąc dłonie na blacie drewnianego biurka. Tym samym zdusiłam w sobie emocje, jakie budziła jego obecność. Spojrzałam pytającym wzrokiem na boga.

– Tylko ty potrafisz patrzeć na inną istotę z taką pogardą, że aż oślepia.

– Dziękuję za komplement – odparłam, uśmiechając się nonszalancko. – Czym zasłużyłam sobie na tę nieprzyjemność?

Skrzyżowałam ręce. Nie zamierzałam wstawać. To on wtargnął do mojego domu bez zaproszenia. Wił się po pałacu niczym wąż wśród jesiennych liści. Błysk złości w jego oczach przygasł, choć sam bóg wciąż emanował potęgą. Widziałam jego zawahanie, gdy próbował odparować moją ripostę. Złote włosy, przycięte równo z linią uszu, przypominały promienie słońca, które przed chwilą opuściły biurko.

– Czy masz mnie za głupca, Imla?! – wycedził, opierając dłonie o blat.

Nasze twarze znalazły się niebezpiecznie blisko siebie. Jego emocje kipiały. Za każdym razem, gdy się spotykaliśmy, kolana mi miękły, a w głowie wracały wspomnienia naszych wspólnych chwil. Zakończyło się to z dniem jego ślubu. Od tego czasu codziennie tłumiłam w sobie uczucia – wiedząc, że to, co nas łączyło, powinno na zawsze pozostać zakazane.

– Może nie za głupca, ale czasem twój tok myślenia to nie dar, lecz nieszczęście. – Zmrużyłam badawczo oczy.

– Nie igraj ze mną – Jego głos, stłumiony i przesycony gniewem, uderzył wspomnieniem naszych wspólnych chwil.

Byliśmy przepełnieni pożądaniem. Spędzaliśmy czas na odkrywaniu naszych Światów, a każda wolna chwila kończyła się eksploracją ciał. Wiedziałam, że to błąd, a mimo to wciąż pragnęłam powrotu.

Otrzeźwiałam, bo bóg zbliżył się na tyle, że nasze nosy niemal się stykały. Dostrzegałam, jak magia wymykała się spod jego kontroli. Dehann był moim zakazanym owocem, a ja… nie potrafiłam długo opierać się temu, co oferował.

– Nie igram, mój drogi. To ty wtargnąłeś do pałacu niczym huragan – rzekłam spokojnie, a następnie wstałam z krzesła. Niecierpliwość na chwilę opadła, pozwalając nam obojgu złapać oddech.

– W Nadziemiu trwają walki! Fae i ludzie zjednoczyli siły! Wszczęli bunt! – Uderzył dłońmi o dębowe biurko. – Zamierzasz zostawić Teza i Orianę bez wsparcia?

– Podział zwierzchnictwa, który wprowadził Tez, sprowadził na nas nieszczęście. Oddał władzę jednej rasie. Zapłacimy za to WSZYSCY. To będzie zapamiętane jako Pierwsza Boska Wojna. Ty też już to wiesz! Wszystko przez jego ślepotę wobec konsekwencji.

– Może i tak, ale to nie znaczy, że mamy ignorować zagrożenia dla wypracowanego balansu.

– Oczywiście. Ale czego dokładnie oczekujesz ode mnie?

Obeszłam biurko i usiadłam na jego krawędzi. Mój bawełniany szlafrok kończył się w połowie ud. Ciężkość powietrza powróciła. Dehann odchrząknął, nie odrywając wzroku od moich nóg. Zarumienił się. Drżenie między nami tworzyło małe wyładowania. Odwróciłam się w stronę wielkiego okna, za którym rozciągał się widok na ogrody Nieboskłonu. Bujna roślinność tworzyła złocisty park rozciągający się aż do granicy wzgórza.

Dehann odkaszlnął, a ja wyrwałam się z transu.

– Potrzebujemy twojego wojska – rzucił.

Odwróciłam się do niego, patrząc z politowaniem.

– „Potrzebujemy”? Mówisz też za Teza i Orianę?

Skinął głową. Podeszłam do niego. Stał nieruchomo jak żołnierz na warcie. Patrzyłam na jego twarz: piękną, dziką, bezduszną. Wrzenie ponownie zaczęło przeszywać moje ciało. Gdy tylko Dehann był obok, błyskawice w moim ciele przedzierały się przez jestestwo.

– Uwielbiam, gdy błagasz – szepnęłam mu do ucha.

Wypuścił powietrze, po czym ustami dotknął płatka mojego ucha. Ciepło jego dotyku rozlało się elektryzującym strumieniem po ciele.

– Będę błagał kolejne milenium, jeśli tego zapragniesz – szepnął. Wilgotnymi wargami tworzył ścieżkę na szyi.

– Pięknie powiedziane – rzekłam między pocałunkami.

Dłońmi eksplorował każdy skrawek mojego ciała. Poruszał się po moich udach, rozpalając mnie niczym ogień suchą roślinność.

– Dehann… a twoja żona?

– Między nami nic już nie ma – odpowiedział, przesuwając palce po wewnętrznej stronie moich ud.

Płonęłam od środka, pragnąc go bez opamiętania. Byłam bezsilna wobec tego, co dawał.

Rozpoczęliśmy taniec, który połączył nasze ciała i magię. Nie liczyło się nic prócz dotyku jego ciała. Chwyciłam go za włosy, a moją świadomość przeszył wstrząs.

Chciałam zapytać, co się między nimi wydarzyło. Dlaczego zakończyli relację, ale ciemność otoczyła mnie jak zasłona. Moim oczom ukazały się obrazy zniszczenia. Nie byłam już w pałacu z Dehannem. Stałam na środku polany otoczonej górami. Zaczęłam się odwracać, rejestrując każdy milimetr pola bitwy. Wszędzie porozrzucane były ciała istot. Ziemia chłonęła krew, której metaliczny zapach unosił się w powietrzu niczym dusząca mgła. Wzięłam haust powietrza, a ten wywołał bolesny ucisk w klatce piersiowej, zastępując tym samym podniecenie. To, co działo się w moim gabinecie, było niczym miraż senny.

– Gdzie ja jestem? – powiedziałam cichym głosem, pytając samą siebie.

– Wybacz, moja droga Imlo, nie miałem wyboru. Musiałem cię ściągnąć, zanim podejmiesz decyzję.

Podskoczyłam, nie spodziewając się odzewu. Głos dochodził zewsząd. Był spokojny i pouczający.

Zaczęłam obracać się chaotycznie, próbując zlokalizować jego formę. Wiedziałam, do kogo należał, ale bałam się tego, co powie. Wtem odezwał się jeden z martwych jeźdźców, przeszyty włócznią. Puste oczy wpatrywały się w horyzont. Koń, na którym siedział, również był w podobnej fazie rozkładu.

Podeszłam bliżej. Smród truchła wdarł się do moich nozdrzy. Z jednego oka konia zaczął wypełzać wielki biały robak.

Mdłości się wezbrały. Zamknęłam oczy, licząc w głowie do dziesięciu. Wzięłam kolejny haust powietrza, tym razem przez usta.

– Dlaczego przemawiasz przez trupy?

Starzec nie odpowiedział od razu. Zapach rozkładu wdzierał się do moich nozdrzy. Nudności podeszły do gardła. Zebrałam ślinę w ustach, aby choć trochę zniwelować kwaśny posmak.

– Musiałem ci pokazać to, co się wydarzy.

– Kiedy dokładnie?

– Stanie się to, jeśli nie wesprzesz Nadziemia. Lecz równie dobrze może nadejść wraz z rządami trzeciej bogini nad Nieboskłonem. Musisz wybrać.

– Precyzja nie jest twoją mocną stroną, stary przyjacielu.

Obraz rozkładu ciał zaczął zmieniać się z każdym moim mrugnięciem. Raz znajdowałam się na dryfującym statku, gdzie załoga wyżynała się nawzajem, a innym razem widziałam głodujące dzieci na ulicach miast. Jedyną stałą chroniącą mnie od szaleństwa był głos Starca z korzeni.

– Decyzje bogów też mają swoje konsekwencje – rzekł.

– Nie chcę zrzucać tego na swoich następców. Ale tyle piękna zbudowałam.

Zaczęłam przestępować z nogi na nogę. Moje myśli wirowały między odpowiedzialnością za istoty w Nieboskłonie a przyszłymi władcami. Nie byłam gotowa na niszczenie tego, co stworzyłam.

– Wojna nie jest sprawiedliwa.

– Czy to moja wina?

– Ty wybierzesz swoją decyzją jedynie jej czas. Nie miej jednak do siebie żalu – odpowiedział. Nadal go nie widziałam, ale był obok. Czułam jego obecność. Moje płuca rozsadzało powietrze, jakbym próbowała gromadzić je na zapas.

– Co teraz?

– Czekamy na Ogień Życia, Pieśń Młodości i Wspomnienie Starości.

Gdy tylko jego głos ucichł, ogarnęła mnie samotność. Mirmira już nie było.

Chwyciłam się za głowę. Kolejne sceny przesuwały się, tworząc brutalny spektakl. Chciałam, żeby to się skończyło. Nie byłam gotowa na zniszczenie. Obrazy coraz szybciej wirowały, a ciało płonęło jak rozżarzony metal. Żółć podeszła mi do gardła. Zacisnęłam powieki, a z moich ust wydobył się paniczny krzyk. Gdy je otworzyłam, ponownie byłam w swoim gabinecie.

– Boli! Boli! Zabierz to! Krew! Wszędzie krew!

– Imla? Co się dzieje?

Ocucił mnie znajomy głos. Nagle spokój, który został mi odebrany, powrócił. Wzrok mi się wyostrzył, a nade mną ukazał się Dehann. Głaskał mnie po policzku. Grymas przerażenia zniekształcił jego przystojną, kwadratową szczękę.

Leżałam na szezlongu. Ostatnie promienie słońca padały na moją skórę, pozostawiając ciepłe odciski. Wojownik lustrował mnie wzrokiem. Wyglądał, jakby poszukiwał fizycznych ran na moim ciele.

– Mirmir – powiedziałam ochryple, poprawiając się do pozycji siedzącej.

– Jak dotąd pojawiał się tylko w snach.

– Nie tym razem. – Ledwo wypowiedziałam kolejne słowa.

Dehann podał mi szklankę wody. Chłodna ciecz spłynęła po moim podrażnionym gardle. Wzięłam ponownie oddech. Znajomy zapach soli morskiej i dymu uspokoił drżenie ciała.

– Wiesz, co właśnie zrobiliśmy? – zapytałam.

– Co takiego?

– Przypieczętowaliśmy los niewinnych istot.

Rozdział 1

Leyn

Modlitwa oznacza miłość. Jest wyrazem, który posiada wszystkie emocje człowieka. Tylko ci, którzy się poświęcają, dotrą przed oblicza pierwszych bóstw Trzech Światów Świętego Drzewa.

Kapłan Wszystkich Twarzy Zakonu Gatsbar

Wiatr szarpał moimi włosami, a liście wirowały niczym ostrzeżenie. Czułam w kościach, że coś się zaraz wydarzy. Była to cisza przed burzą. Ten stan nie pasował do wszechobecnego gwaru Nadziemia, do którego przywykłam. Nawet w najbardziej spokojnym miejscu tego Świata czuć było szmery cierpienia.

Zadrżałam. Zimno wywołały podmuchy wdzierające się falami pod pelerynę. Dookoła polany ośnieżone góry tworzyły naturalną granicę między wodą a lądem.

Zawsze chciałam uciec z tego miejsca, ale cena za przejście między Światami mogła okazać się zbyt wysoka. Według Zakonników z Gatsbar podczas podróży Święte Drzewo zabiera to, co jest dla nas najważniejsze. Podobno samo wybiera, co odbiera osobie, która zdecyduje się na ten krok. Choć nie miałam wiele, wolałam nie kusić losu.

Nie wiadomo też, co znajduje się po drugiej stronie. Strach przed tym, co nieznane, ogranicza istoty. Mówi się, że w Nieboskłonie można jedynie latać, a syreny nie wytrzymałyby tam ani chwili. Natomiast w Podziemiu liczne wulkany trawią każdą pojawiającą się zieleń. Jaka jest jednak prawda, tego istoty żyjące w Nadziemiu nie wiedzą. Snują jedynie baśnie opowiadane z pokolenia na pokolenie.

Sprawdziłam uzbrojenie – wszystko było na swoim miejscu. Świst wiatru stawał się coraz silniejszy, muskał moją twarz chłodem. Zaczęłam robić szybki rekonesans, lecz nic nie pojawiało się na horyzoncie. Nawet ptaki nie przecinały nieba.

Moc iskrzyła się między moimi palcami, a w głowie pojawił się ciężar przeznaczenia. Gdy się dowiedziałam, że jestem Strażniczką Artefaktu Ognia Życia, ustanowiłam zasady używania magii. Pierwsza brzmiała: „Nie używaj mocy, dopóki twoje życie nie jest zagrożone”. To dzięki niej przetrwałam tutaj jedenaście lat.

Huk rozbrzmiał po całej polanie, zmuszając mnie do odwrócenia się w stronę dźwięku. Wiatr przybierał na sile. Wraz z kolejnym jego podmuchem rozniósł się zapach palonego drewna i pieprzu. Woń łaskotała w nos. Szara mgła oplotła moje nogi, mieszając się z wirującymi liśćmi. Postać w czerni stanęła twardo na ziemi. Maska zasłaniała jej połowę twarzy. Ciężar w żołądku przygwoździł mnie do ziemi.

– Jesteś – rzekłam drżącym głosem. – Nie spodziewałam się, że przybędziesz na moje wezwanie.

– Zawsze się zjawię, kiedy będziesz tego potrzebowała, księżniczko – odpowiedział przybysz.

Przyjemny prąd przepłynął przez ciało na to określenie. Głos przebijający się przez maskę był czysty i ciepły. Przypominał ogień trzaskający w kominku.

Istota stała pewnie, trzymając dłonie splecione z przodu. Przypominała mi tancerza w teatrze królewskim w Svarcie. Spektakle tam były pełne przepychu, bo królowa uwielbiała wszystko, co związane z bogactwem. Nadzorcy sztuki próbowali jej dogodzić, ale ona za każdym razem pozostawała nienasycona. Nigdy nie widziałam, by cieszyła się widowiskiem.

– Wiem, że… – zaczęłam, lecz w tej chwili rozprzestrzenił się zapach bzu, pieprzu i morskiej bryzy.

Ziemia zadrżała pod moimi stopami. Pomiędzy nami otworzyła się szczelina. Zza gór wyłoniły się hordy zniekształconych skrzydlatych postaci.

Wicher brzmiał jak lament. Moc Artefaktu przebudziła się we mnie, uderzając falą. W żyłach czułam bulgotanie siły. Ale było już za późno. Scena rozgrywała się tuż obok. Byłam i nie byłam jednocześnie. Noga ześlizgnęła się po krawędzi szczeliny, która pojawiła się za mną. Chwyciłam się mocno za wystający korzeń, ale dłonie odmówiły mi posłuszeństwa. Słyszałam, jak rozrywa się na nich skóra. Pojawiło się pieczenie i metaliczny zapach krwi.

– Zenith! – wykrzyknął z całych sił przybysz, próbując ruszyć się z miejsca, ale pnącza wyłaniające się z ziemi pochwyciły go i przygniotły do pobliskiego drzewa.

Spadałam w nicość, a mój krzyk był niemy, jakby z mojego gardła nie wydobywał się żaden dźwięk.

***

Zerwałam się na równe nogi. Oddech miałam płytki, a w płucach czułam ból.

– Nigdy więcej nie będę czytała przed snem historii o Imli i Dehannie – powiedziałam sobie to jak obietnicę, spoglądając na książkę leżącą na stoliku nocnym.

Byłam w swojej komnacie, obok spała Dio, chrapiąc raz po raz. Jej różowawa skóra mieniła się w pierwszych tego dnia, nieśmiałych promieniach słońca, a długie kolorowe włosy rozlały się na poduszce. Wyglądała niczym rzeźba, którą można postawić w miejscu kultu.

Pot spłynął mi po czole, wdzierając się do oczu. Przetarłam je, ale piekące uczucie nadal kąsało.

– Szlag – zaklęłam po cichu, masując je palcami.

– Leyn! Czy ty zawsze musisz się budzić z hukiem? – Dio zamlaskała, przeciągając się. Usiadła leniwie na łóżku. – Nie chcę wstawać tak wcześnie, skoro nie muszę.

– Przepraszam, miałam koszmar – powiedziałam cicho, rozważając jednocześnie jego realizm.

To wszystko nie było tylko snem. Gleba była lepka, zapach wyrazisty, a chłód wiatru wyraźnie smagał kości.

Pokręciłam głową, próbując wyrzucić z niej obrazy tego snu. Ciało poruszyło się niekontrolowanie na wspomnienie mojego prawdziwego imienia. Zenith. Dawno nikt tak do mnie nie mówił. Spojrzałam z nostalgią za okno, które było umiejscowione przy moim łóżku. Służki kroczyły przez most łączący zamkowe wieże. Niosły ręczniki do pralni, był to dla nas znak, że królowa skończyła poranną toaletę.

– Tene pewnie jeszcze nie wstała, a ty już tworzysz chaos – zawarczała poirytowana przyjaciółka.

– Służki właśnie niosą ręczniki do pralni. Zła królowa właśnie skończyła robić z potwora piękność. – Wskazałam na okno.

– Ciii, nie mów tak! A co, jak Regna cię usłyszy? – Dio przykryła twarz poduszką.

– Proszę, nie każ mi od rana słuchać o tej żmii. – Wspięłam się do niej na łóżko.

– Sss… Regnaaa… Sss. – Dio ze wściekłością zaczęła mnie okładać jaśkiem, którego trzymała w dłoniach.

Za naszymi drzwiami słychać było krzątające się służące. Nigdy nie budziły dwórek w wolny dzień wcześniej niż królowej. Zawsze byłyśmy im za to wdzięczne.

Królowa uwielbiała regularne zmiany personelu, a dzisiaj był dzień Viery oraz Lotti.

Pewnego razu, gdy Dio i ja byłyśmy na zmianie dłużej niż cztery dni, zostałyśmy wychłostane. Nowa para dwórek pojawiła się zaraz po wykonanej na nas karze. Weszły do sali z uśmiechami na twarzy. Nie zareagowały nawet na nasze leżące ciała. Krew sączyła się z ran Dio przez kolejne dwa tygodnie. Moje zasklepiły się szybciej – miałam przywilej bycia Fae. Czyniło mnie to odporniejszą, choć jeszcze nie byłam nieśmiertelna. Ten dar otrzymują tylko dojrzałe istoty, które zjednoczą swoje ciało i magię.

Dawno temu istniały tylko dwie nadrzędne rasy – Fae i ludzie. Z biegiem stuleci magia tych pierwszych zaczęła zanikać. Wielu uznaje, że był to efekt mieszania się z ludźmi oraz migracji między Światami. Potomków tych związków nazywano Ukrytymi. Mieli w sobie cząstki jednych i drugich, ale nie zawsze rozłożone równomiernie. Tworzyli własne tradycje, struktury i miasta. Fae, bojąc się o swoje dziedzictwo, wybłagali Drzewo o łaskę po Pierwszej Boskiej Wojnie. Chociaż w królestwie Lunei, z którego pochodzę, mówiło się, że bogowie pragnęli zastąpić zarządców Świata Strażniczkami Artefaktów. Stąd zapewne ich nienawiść.

– Dzisiaj Ainar ma nas zabrać nad jezioro przy Wyspie Kotów. Ale ja nie idę. Mam zamiar przeleżeć tutaj cały dzień. Wczoraj Tene kazała mi przez pół dnia podawać księgi. Narzekała, że musi wszystko robić sama. Ręce mi mdleją… To było okropne! A no i musimy znaleźć nowego bibliotekarza. – Dio westchnęła, opuszczając ciężko ręce na pościel.

– Nie mów, że znowu to zrobiła?! – zapytałam, choć dobrze wiedziałam, co stało się ze Stepenem.

Przyjaciółka spojrzała na mnie z ukosa. Jej srebrne oczy błyszczały jak wypolerowane miecze.

– Rzuciła na niego zaklęcie, zamieniając go w ptaka.

– To i tak dobrze… – Popatrzyłam jej w twarz z powagą. – Poprzedni został traszką. Chyba nadal można go zobaczyć przy rzece.

– Nie dziwi mnie to – parsknęła. – Stepen był przylepą. Los jako zwierzę był lepszym rozwiązaniem niż śmierć.

Zaczęłyśmy się niekontrolowanie śmiać. Dźwięk naszych głosów roznosił się prawdopodobnie po całym zamku. Widziałam przez chwilę, jak Dio próbuje złapać oddech. Wiłam się w spazmach rozbawienia, przepełniało mnie chwilowe szczęście, pomimo bólu codzienności oraz poczucia bezcelowości.

Usiadłam na skraju łóżka, pochyliłam głowę między nogi. Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam odliczać do pięciu. Zawsze tak robiłam, gdy pochłaniała mnie radość. Dio w tym czasie zazwyczaj śmiała się z tego, że ja nie mogę się uspokoić.

Wzięłam ostatni wdech i się wyprostowałam. Dopiero dostrzegłam, jak piękny był świt. Za oknem majaczyły pasma górskie dzielące zamek od morza nazwanego na cześć Liahony – pierwszej władczyni Fae. Zasłużyła się Nadziemiu tym, że wybiła smoki trawiące ogniem królestwa wyspiarskie. Westchnęłam, wyobrażając sobie scenę, gdzie smoczy ogień trawi Luneę i Svartę.

– To co, może jednak ruszysz z nami na Wyspę Kotów? – zapytałam, unosząc delikatnie głowę.

Dio zmarszczyła nos i opadła z powrotem na łóżko, zakrywając się pościelą.

– Jesteś irytująca – powiedziała przytłumionym głosem.

– Może i jestem, ale przynajmniej dbam o twoją rozrywkę.

– Ugh, Leyn, ja naprawdę nie mam siły.

– Leń! – zawołałam, gdy zniknęłam w części łaziebnej naszej komnaty.

Dwórki miały dużo przywilejów, ale ich główną pracą było dbanie o królową. Dio i ja nie odpowiadałyśmy jednak jedynie za jej rozrywkę. Byłyśmy jej osobistymi szpiegami. Wykorzystywałyśmy wszystko, co możliwe, aby zdobywać plotki oraz ujawniać spiski. Najczęściej mężczyźni otwierali się, gdy otrzymywali atencję. Seks to najłatwiejsze narzędzie, aby delikwent wszystko wyśpiewał. Musiałyśmy być idealne: jeśli trzeba było zdobyć informacje, miałyśmy je wyciągnąć za wszelką cenę; jeśli wyczuwałyśmy spisek, stawałyśmy się oczami i uszami królowej. Piękne, przebiegłe, śmiercionośne.

Położyłam się w wannie wypełnionej gorącą wodą, płatkami lawendy oraz hiacyntów. Zamknęłam oczy, a obrazy z koszmaru powróciły natychmiast. Znów ogarnął mnie zapach bzu, pieprzu i morskiej bryzy. Tym razem jeszcze intensywniej, ale nie dusząco. Zanurzyłam głowę w wodzie. Uczucie czystości ogarnęło moją duszę. Gdy się wyprostowałam, usłyszałam głos zza ściany:

– Dio, wstawaj albo przyprowadzę twoją ulubioną koleżankę! Jest najlepszym budzikiem!

Irytacja przeszyła moje ciało na te słowa.

– Powiem jedno, Ainarze! – krzyczała Dio z drugiego końca pokoju. – Jeśli przyprowadzisz tutaj Regnę, oficjalnie pojawisz się na mojej czarnej liście istot do dekapitacji!

– A może to ty chcesz się nas pozbyć z zamku, bo przychodzi dzisiaj do ciebie Volt?

Głosy moich przyjaciół rozbrzmiewały po pomieszczeniach. Na pewno było ich słychać na korytarzu. Ponownie zanurzyłam się w ciepłej wodzie.

– Jeszcze jedno słowo, Ainarze, a ten spór rozwiążemy na arenie!

– Chciałbym to zobaczyć – zwrócił się do niej. Jego głos był przesiąknięty nonszalancją.

Nie potrafiłam słuchać tych docinków, nie angażując się w nie.

– Słuchanie was to tortura! – krzyknęłam do nich z izby łaziennej. – Wolałabym już pracować dzisiaj z Regną, niż słuchać waszych przepychanek!

Ucichli. Rozkoszowałam się chwilowym spokojem, gdy nagle w drzwiach zobaczyłam Ainara. Opierał się o framugę, patrząc na mnie badawczo. Jego brązowe oczy błyszczały niczym najcenniejsze kamienie, z których robi się biżuterię.

Miałam szczęście, że wlałam do wanny więcej pieniących się produktów kąpielowych, ponieważ mydło stworzyło całe tabuny piany. Mogłam ukryć się w niej bez przeszkód, by nie zostać dostrzeżoną przez przyjaciela. Choć musiałam przyznać, że od dawna pragnęłam czegoś więcej niż tylko przyjaźni. Zaczęłam coś do niego czuć już kilka lat temu, gdy z Dio odkrywałyśmy tajniki pracy dla Tene.

W głowie mignęło wspomnienie, gdy po raz pierwszy zobaczyłam stojącego na straży Ainara. Wtedy serce zabiło mi szybciej i utrzymywało ten rytm tylko w jego obecności. Odrzuciłam tę myśl, ponieważ w żyłach z niebywałą prędkością roznosił się żar. Magia chciała się wymknąć. Zasada numer jeden – „Nie używaj mocy, dopóki twoje życie nie jest zagrożone” – nie działała, gdy on był w pobliżu. Niestety sztuczki oddziaływające na innych mężczyzn nie dotyczyły mojego przyjaciela.

– Wiesz, że piana nie ograniczy mojej wyobraźni – rzekł.

– To dobrze, może w końcu nauczysz się czegoś o kobiecej anatomii. Ostatnio jedna z arystokratek narzekała na twoją zręczność. – Zaczęłam wymachiwać palcami.

– Jeśli tak bardzo martwisz się o moją zręczność, Leyn, to mogę poćwiczyć na tobie. – Mrugnął do mnie.

W tym momencie cieszyłam się, że kąpałam się niemal we wrzątku. Chociaż uczucie w dole brzucha zaczęło mi ciążyć.

Dio, Ainar i ja wychowywaliśmy się razem, odkąd znaleźli mnie jedenaście lat temu. Z każdym rokiem zakochiwałam się w tym skrzydlatym ponuraku coraz bardziej. Nigdy mu tego nie powiedziałam, bo nie chciałam niszczyć naszej przyjaźni. A poza tym – był jeszcze Artefakt. Wiedziałam, że nadejdzie moment, gdy moja magia przebudzi się całkowicie, ciało dojrzeje, a ja stanę się kimś zupełnie innym. Nie mogłam sobie pozwolić na rozwinięcie tego uczucia. Było to zbyt niebezpieczne, szczególnie dla moich przyjaciół. Odgoniłam ponownie kolejną wizję – tym razem dotyczyła ona odejścia.

Mgła z pary stworzyła tajemniczy klimat. Była tak gęsta, że ledwo widziałam wejście do pomieszczenia. Delikatnie podkurczyłam stopy, gdy nagle Ainar zrobił krok w stronę wanny, a ja zaczęłam się modlić do Łady, by napełniła mnie wstrzemięźliwością. Na jego rogach osadziła się para, która zaczęła się powoli skraplać. Skrzydła pozostawił w spoczynku, choć na ich zakończeniach również dostrzegłam kształtujące się krople.

– Myślałam, że moja kolej nastąpi po Regnie. Och, jakże ją rozczarujesz, spędzając ze mną to popołudnie.

Ainar uniósł brwi, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. Ten uśmiech, za który kobiety mogłyby zabić swoje konkurentki. Długie włosy przykleiły się mu do szyi, a ja modliłam się jeszcze intensywniej do bogini, by zabrała ze mnie to piętrzące się uczucie.

– Pospiesz się, Leyn, bo wyleję na ciebie wiadro lodowatej wody. – Parsknął śmiechem i wyszedł z pomieszczenia.

– Tylko przynieś tę od królowej! Bo w niej jest jeszcze lód z jej serca, a on dobrze mi robi na cerę! – krzyknęłam za nim, zanurzając ponownie głowę w gorącej toni.

Rozdział 2

Leyn

Drzewo poświęca się dla nas każdego dnia. Tworząc to, co wy nazywacie balansem.

Kapłan Wszystkich Twarzy Zakonu Gatsbar

Szłam obok Ainara rynkiem, gdzie kramy różnych istot ciągnęły się aż po bramy prowadzące na zamknięty teren pałacu. Oferowały produkty importowane z różnych części Nadziemia. Wśród nich były kruszce z królestwa Hekli, soczyste owoce i warzywa z Lunei oraz miękkie materiały na odzież z Katli. Svarta była największym mocarstwem w Nadziemiu. Imperium, które zbudowała królowa Tene, zaczynało przyćmiewać różnorodność pozostałych, ale nie z powodu dumy, tylko z grozy. Rządziła przy pomocy strachu oraz manipulacji. I tak naprawdę… nigdy nie było wiadomo, czy wychodząc z audiencji, wciąż będziesz sobą, czy zamieni cię w zwierzę.

Miasto tętniło gwarem. Ulice wypełniało błoto po deszczu, a powietrze ciążyło zapachem strachu oraz głodu. Najgorzej było w dzielnicy przy rzece. Roiło się tam od oprychów, którzy za złotą monetę poderżną ci gardło, a następnie wyślą list do rodziny z żądaniem okupu.

Ludzi nie odstraszało jednak to miejsce. Było wręcz odwrotnie. Przybywali tu wszyscy, którzy pragnęli zmiany w swoim życiu. Dołączali do gildii. Trudnili się rabunkiem, a także szukali ukojenia w tanich napitkach miejskich karczm.

Najsłynniejszą bazą dla największych szumowin tego królestwa był przybytek w północnej części miasta o nazwie Zaułek Oprycha. Uwielbiałyśmy z Dio tam chodzić i grać w karty z wędrowcami. Oni dawali nam informacje, co dzieje się na świecie, a my cieszyłyśmy się każdą chwilą bycia daleko od zamku. Niestety, któregoś dnia karczmarz uświadomił sobie, że jesteśmy stamtąd. Musiałyśmy przestać się tam pokazywać w obawie, że Tene spali pół miasta za nasze jednanie się z niższą klasą istot.

Przechodziliśmy wraz z Ainarem koło straganu z dziwnymi rzeczami. Tuż obok wypchanej sowy dostrzegłam kryształowy sztylet, w którego wnętrzu znajdowało się płynne złoto. Ostrze wysadzano czarnymi kamieniami, a jego przezroczysta struktura nadawała mu dostojeństwa.

Jeszcze nigdy tak szybko nie podeszłam do stoiska. Zwykle nie spoglądałam na wystawione na nich rzeczy, ale ten sztylet miał coś w sobie, co wyraźnie mówiło „Kup mnie”.

Przy kramie stała kobieta, od razu rozpoznałam w niej Ukrytą. W Svarcie było ich niewielu. Charakteryzowali się pięknym wyglądem, który mnie zaskakiwał. Ukryci to mieszanka rasowa, co czyniło ich wyjątkowymi zarówno pod względem umiejętności, jak i aparycji.

Kobieta ta miała spiczaste uszy oraz złote oczy. Jej obsydianowa skóra pokryta była złotymi, nieregularnymi liniami przypominającymi marmur. Natomiast czarne długie włosy falowały luźno na plecach. Była piękna niczym posąg.

– Jaka jest cena za ten sztylet? – zapytałam.

Karczmarka zerknęła na mnie, uśmiechając się delikatnie. W jej oczach można było dostrzec błysk, który mówił, że dzisiaj zje dobry posiłek albo zapłaci za czynsz.

– Pięć złotych monet – odpowiedziała ciepłym głosem, którego nie da się zapomnieć.

Zmarszczyłam brwi, oglądając przedmiot. Czułam na sobie spojrzenie Ainara, mimo że stał za mną. Zawsze tak robił, gdy wychodziliśmy, był niczym rycerz gotowy do ataku, jeśli ktoś zacznie grozić jego bliskim.

– To dość niska cena za taki wyrób. Ten sztylet na pewno jest wart pięć razy tyle – powiedziałam, oglądając go w poszukiwaniu wad.

Kobieta nachyliła się w moją stronę.

– Jego cena nie odbiera mu sprawczości. Jest dopełnieniem broni, jaką jest jego posiadacz. Poprzedni właściciel chciał przekazać go komuś, kto bardziej go potrzebuje.

Spojrzałam na nią z zaciekawieniem. Niewątpliwie sztylet pochodził z jakiejś kradzieży. Wyciągnęłam dziesięć złotych monet i podałam je Ukrytej.

– Masz dar przekonywania – rzuciłam, odchodząc od straganu.

Obracałam sztylet w dłoniach. Był idealny. Złoto w środku wydawało się płynne niczym lawa.

– Dałaś jej więcej, niż chciała. – Ainar wplótł rzemyk w swoje długie włosy i poprawił lnianą koszulę, bo skrzydła zahaczyły o materiał.

– Wyglądała, jakby dawno nie miała kupca.

– Masz za dobre serce, Leyn. – Uśmiechnął się do mnie. – Powinnaś już dawno przyswoić, że tutaj każdy walczy tylko o siebie.

– Nawet jeśli, to dlaczego od czasu do czasu nie mogłabym wspomóc innych?

– Bo świat zawsze będzie się dzielił na biednych i bogatych. Nie da się uratować wszystkich – prychnął.

– Zawsze warto próbować. Ale z ciebie pesymista – odparłam, a on spojrzał na mnie kątem oka, jakbym właśnie obwieściła szaleństwo.

– Masz dzisiaj jakiś podejrzanie dobry humor. Co się stało? Był bekon na śniadanie? – Zaśmiał się dźwiękiem, który uzależniał.

– Postanowiłam spędzić ten dzień w moim ulubionym miejscu, kupić coś ładnego i… Tak, był bekon na śniadanie – przyznałam z uśmiechem.

Takie dni jak ten nie pojawiały się u mnie często. Było to związane z tym, co nieuchronnie musiałam zrobić. Opuścić moich przyjaciół i ruszyć, aby zająć swoje miejsce na Tronie Artefaktów.

Szliśmy w stronę głównej bramy. Odgłosy z pobliskiej kuźni wybijały rytm dla pędzących w pobliżu przechodniów. Na targu zaczęło robić się tłoczno od istot z okolicznych osad.

– Musimy się pospieszyć, jeśli chcemy wyjść w jednym kawałku z miasta – odparł Ainar, przyspieszając kroku.

Głosy zaczęły przybierać na sile. Jednocześnie nienawidziłam i kochałam dni targowe. Te wszystkie produkty z całego Nadziemia fascynowały mnie bardziej niż bale u królowej.

Kroczyliśmy boczną alejką, wzdłuż rzeki, wymijając tym samym największe tłumy. Niestety wyjście było jedno. Brama miasta była stworzona z białego kamienia i ozdobiona złotymi gargulcami. Odnosiłam wrażenie, że ich wzrok za mną podąża. Wzdrygnęłam się na tę myśl.

Ainar gwałtownie się zatrzymał i spojrzał w górę. Naszym oczom ukazała się postać mężczyzny zwisająca na haku. Jego ręce były przywiązane poziomo, a reszta ciała bezwładnie opadała. Na szyi miał zawieszoną tabliczkę z napisem „Okradłem królową”.

Grymas bólu zastygły na jego twarzy był przerażający. Z ran sączyła się krew, która spływała do czubków bosych stóp, tworząc pod nim kałużę. Skrzydła Ainara rozpostarły się za nami niczym tarcza obronna.

– Chodźmy, nie ma co tu sterczeć. Jemu już nie pomożemy – powiedział, złapał mnie za ramię i pokierował w stronę bramy.

Przez moment nasze spojrzenia spotkały się w porozumiewawczym milczeniu, ale parliśmy ku wyjściu z miasta, które z każdym kolejnym rokiem staczało się w otchłań szaleństwa.

***

Wyspa Kotów znajdowała się pół dnia pieszo od miasta. Swoją nazwę zawdzięczała bogini Tets, patronce dzikich zwierząt. Stanowiła azyl dla każdego, kto potrzebował opieki ogniska domowego.

Ainar i Dio zabierali mnie tam regularnie zaraz po moim przybyciu do pałacu Tene. Tylko tam czułam się spokojna, bo stanowiło to moją kryjówkę, odkąd przybyłam do Svarty.

Byłam wtedy wystraszonym jagnięciem, pragnącym jedynie bezpieczeństwa. To zmieniło się dość szybko, gdy moja prawdziwa natura wzięła górę.

Zawsze powtarzałam sobie w głowie: „Może i jestem posłuszną dwórką, ale do czasu”. Wiedziałam, że w momencie gdy moja moc osiągnie szczyt, będę musiała zająć miejsce na jednym z trzech Tronów Artefaktów. Niestety nadal nie odkryłam lokalizacji tego miejsca. Podobno znajdowało się poza czasem i przestrzenią.

Miałam świadomość, że dopóki jestem w aktualnym stanie, nie będę mogła odbezpieczyć drzwi prowadzących do bezpiecznej przystani Nosicieli Artefaktów.

Moc Artefaktów mogła zostać odebrana. Niektórzy zabijali takich jak ja ze względu na ich leczniczą krew, która podobno potrafiła uzdrowić każdego, kto się jej napije. Nigdy tego nie próbowałam, nawet gdy Dio cierpiała z powodu biczowania. Według części istot to jedynie legenda, lecz nie bez powodu założono Zakon Gatsbar. Gdy byłam dzieckiem, na dworze Lunei opowiadano o eksperymentach na Strażniczce. Podobno dzięki jej magii rozwijało się królestwo.

Moim oczom ukazała się rozległa tafla wody, w której odbijało się słońce. Wyspa Kotów znajdowała się w delcie jeziora. Była może nawet tak duża jak sam pałac królowej Tene. Moc znajdującej się tu świątyni ochraniała ją przed zalaniem przez rwącą rzekę Dnewę. Wyspa została odcięta dla zwykłych istot, legenda mówiła, że wejście ukazuje się tym, którzy pragną bezpieczeństwa w swojej samotności. Podobno jedną z osób, która dozna zaszczytu przejścia, będzie nowy Władca Krain, pobłogosławiony przez samą Tets. W przekładzie pojawił się również zapis: „Zmęczeni i znużeni, chwiejące się dzieci. Lecz ci, którzy zaufają, odzyskują siły. Otrzymują skrzydła. Biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą. Smutku nie ulęknie się ten, który uklęknie przed Drzewem. Krzywdy nie zazna ten, kto zapłacze przy Wodzie Życia”.

Pamiętałam, jak Dio zafiksowała się na punkcie tej zagadki. W wolnych chwilach przesiadywała w bibliotece, przeszukując każdą dawną księgę. Znalazła tylko wzmianki spisane przez kapłankę Świętego Drzewa.

Informacje mówiły, że ten, kto przejmie władzę, będzie potężniejszy od bogów. Zastanawiałam się, czy oni się zgodzą, by taka istota oddychała dłużej niż sekundę.

Wyrwałam się z rozmyślań, gdy razem z Ainarem nieustannie kroczyliśmy wzdłuż traktu. Jego długie, brązowe włosy skrzyły się w promieniach słońca. Pociągła, przystojna twarz idealnie współgrała z prostymi, cienkimi rogami i czarnymi skrzydłami. Jego uroda była pierwotna, dzika. Miał wydatne kości policzkowe, które delikatnie się napinały, gdy o czymś głęboko myślał.

Wskoczył na pobliski głaz, przykucając niczym świerszcz na gałęzi.

– Powiedz mi, moja droga Leyn, co dzisiaj siedzi w twojej głowie? Mam nadzieję, że nie ten wisielec, którego widzieliśmy po drodze? – Spojrzał na mnie z błyskiem w oku przypominającym przebiegłe knucie.

Przeczesałam swoje brązowo-złociste włosy i powiedziałam tak cicho, że tylko uważne uszy mogły to usłyszeć:

– Hm… Faktycznie, zastanawiałam się, co ten mężczyzna ukradł.

– Svarta jest brutalna, a pokuta Zakonu Gatsbar służy często jako narzędzie władzy Tene. Jej sznurki sięgają wszędzie. Pewnie Zakon złapał go, gdy próbował dobrać się do ich zapasów, a kartka miała pokazać siłę królowej. Wiesz, jak to jest, wystarczy, że jakiś biedak spojrzy na jednego z fanatyków Zakonu, i już stryczek gotowy.

– Masz rację, jednak ciekawa jestem, czy nie boją się, że istoty odejdą z miasta, jeśli będą prowadzić tak brutalną grę.

– Nie odejdą – powiedział Ainar bez zawahania, a błysk w jego oczach zdradzał pewność siebie.

– Skąd to wiesz? – zapytałam, ale wzruszył tylko ramionami, nie wypowiedziawszy ani słowa.

Zeskoczył pospiesznie, a miecz miał już skierowany ku mnie. Spojrzałam na niego badawczo, po czym rzuciłam się biegiem, ile sił w nogach. Odkąd pamiętałam, toczyliśmy niezapowiedziane pojedynki. Próbowaliśmy w ten sposób udowodnić sobie, kto jest lepszy w walce.

– Pokaż, na co cię stać, mała!

Zanim zdążyłam złapać rytm, już leżałam na ziemi. Toczyliśmy się razem po zboczu, wpadając w wir chaotycznej walki. Nasze ciała zatrzymały się na trakcie przy brzegu wody.

Wstałam, nie czekając na kolejne uderzenie. Plując trawą, wyjęłam sztylet i ruszyłam na Ainara. Cięłam powietrze z precyzją, a on z uśmiechem uskakiwał, jakby ta zabawa sprawiała mu czystą rozkosz.

– Za wolno, mała wojowniczko – powiedział ze śmiechem.

Gdy byłam coraz bliżej, za każdym razem znikał spod ostrza jak cień. Zatrzymałam się nagle, czekając na jego ruch. Pot zaczynał spływać po moim czole. Ainar natomiast uśmiechał się szeroko. Widziałam, że sycił się naszą walką. Dla niego to nie był tylko pojedynek. To był taniec. Dziwaczny rytuał, który łączył nasze powykręcane istnienia.

Skupiłam się na tym, by przewidzieć kolejny ruch mojego skrzydlatego przyjaciela. Wiedziałam, że w pojedynku ze mną używał tych samych, prostych technik – parowania i odskoków. Nie miał pojęcia, że ja zawsze wkładałam tylko ułamek siły podczas naszych sparingów.

Przesunęłam się w prawo, przeciągając jego manewry. Był pewny, że ma ze mną jakiekolwiek szanse. Tylko że to ja pociągałam za sznurki. Zawsze. Zależało to jedynie od nastroju. Czy pozwolę sobie wygrać, czy przegrać. Robiłam to z jednego powodu – w tym królestwie trzeba udawać przeciętność.

Odparowałam jego cios po raz ostatni i ruszyłam do natarcia. Wystawił brzuch, więc uderzyłam łokciem w odsłonięty punkt. Rączką sztyletu roztrzaskałam mu knykcie, jego miecz poleciał w trawę. Chwila jego zawahania i… moje ostrze wylądowało tuż przy jego pachwinie.

– Ćwiczyłaś uderzenia – prychnął głośno. Spojrzał na mnie z dumą. Ciepło rozlało się po moim żołądku.

– Mam dobry worek treningowy – rzuciłam i ruszyłam delikatnym krokiem.

Drzewo czarnego bzu wyrosło tuż przede mną. Znałam je dobrze, a to znaczyło, że zostało nam jeszcze trochę marszu. Zerwałam gałązkę i schowałam ją do torby.

– To wyjaśnia, dlaczego z waszego pokoju zawsze słychać te dziwne jęki!

Spiorunowałam go wzrokiem.

– Ainarze, pamiętaj, zawsze będziesz moim numerem jeden, jeśli chodzi o spranie komuś skrzydeł.

– A skąd wiesz, że nie daję ci wygrać?

Parsknęłam głośno, kiedy zrównał się ze mną krokiem.

– Wierz mi, twoja taktyka walki jest tak samo nudna i przewidywalna jak przemówienia Regny o waszej wspólnej nocy.

– Auć! – Złapał się za serce, a na moich policzkach pojawiło się ciepło rumieńca. – Leyn, czy ty jesteś zazdrosna?

– Nawet w moich najdzikszych snach nie znajdziesz we mnie zazdrości.

– No dobrze. Szkoda. – Wycofał się.

Nie skomentowałam tego. Znałam Ainara i wiedziałam, że nie jest stały w uczuciach. Nieważne, ile dziewczyn pojawiało się w jego sypialni, zawsze kończyło się ich płaczem, gdy z nimi zrywał. To był kolejny powód, dla którego powinnam trzymać swoje emocje na wodzy.

Polana, do której dotarliśmy, była opustoszała, jedynie wysokie rośliny powiewały na wietrze. Byliśmy już prawie przy wejściu. Podmuchy delikatnie ochładzały moją przegrzaną skórę, dając ukojenie. Szliśmy przed siebie, chłonąc chwilę.

– Zostało nam jeszcze trochę drogi. Chcesz odpocząć? – odparł Ainar, rozrywając w dłoniach liść, który chwilę wcześniej zerwał.

Kiwnęłam głową, potwierdzając. Wiatr zaczął się wzmagać, przez co okoliczne trawy kładły się pod jego naporem.

Zapach nadchodzącej zimy unosił się w powietrzu, a ja próbowałam wyrzucić z głowy każdą zbędną myśl. Usiedliśmy na wzniesieniu. Z tej perspektywy doskonale było widać rzekę ciągnącą się szerokim korytem. Odchyliłam głowę, spoglądając na czyste niebo.

– Czasami zastanawiam się, jakie życie miałbym, gdybym nie mieszkał w Svarcie – rzekł Ainar z nostalgią.

– Zapewne byłbyś rolnikiem…

– Dlaczego akurat rolnikiem? – obruszył się, spoglądając na mnie ze zmarszczonymi brwiami.

– No wiesz, przez skrzydła. Łatwiej byłoby ci płoszyć natrętne ptactwo, które zjadałoby twoje plony.

– Niedorzeczność. Kim jeszcze mógłbym być?

– Mógłbyś prowadzić dom uciech – rzuciłam z udawanym namysłem.

Ainar parsknął, zszokowany moją odpowiedzią.

– Burdel u Ainara. Świetna nazwa – dodałam złośliwie.

– Leyn, pytam poważnie. – Jego oczy były przepełnione bólem, gdy spojrzał w moją stronę. Wyrywał trawę, zaciskając mocno pięść. – Tonę w mule syfu Tene.

– Widzę to, ale nie wiem, co mam ci powiedzieć – odparłam, chwytając jego dłoń.

Spojrzał na mnie cielęcymi oczami. Widziałam, jak rdzawe pręgi przy źrenicy przecinały brązowe tęczówki.

– Wątpię codziennie w to, co robię – wyznał, biorąc głęboki wdech. Wypuścił powietrze, a jego szyja się napięła, ukazując mięśnie.

– Czasem warto odpuścić – powiedziałam cicho. – Płynąć z prądem, a gdy woda opadnie, znaleźć sposób na zmianę akwenu.

Wojownik z gwardii królewskiej spojrzał na mnie z półuśmiechem. Chciałam dotknąć jego policzka drugą ręką, ale powstrzymałam się, zanim ją uniosłam.

Ainar tego nie zauważył. Zresztą nie to było teraz najistotniejsze. Na jego pociągłej twarzy malowała się zgryzota. Przez głowę przemknęła mi lawina myśli.

Może to już czas, by wyjawić wszystko przyjaciołom oraz zaszyć się w jakiejś małej mieścinie, z dala od kontynentu…

Zanim jednak zdążyłam rozwinąć tę wizję, Ainar wstał i podał mi rękę z czarującym uśmiechem.

– Musimy ruszać, jeśli chcemy dotrzeć na Wyspę Kotów.

– Pamiętaj, jeśli kiedyś zechcesz zostać rolnikiem, pomogę ci przy uprawach. – Chwyciłam jego dłoń.

– Przy twoich umiejętnościach dbania o rośliny wolałbym, żebyś została tylko obserwatorką – odparł Ainar.

Pokazałam mu środkowy palec.

– Żadna z roślin nie narzekała na swój los. – Uśmiechnęłam się sarkastycznie.

Nachylił się ku mnie, a jego szept był tym, co chciałam chłonąć:

– Bo każda umarła, zanim zdążyła przekazać to bogom.

Wydęłam usta, a następnie popchnęłam go na tyle mocno, że się zachwiał i upadł. Jego głośny śmiech rozszedł się po wzgórzach.

Z irytacją dobyłam sztyletu i błyskawicznie przygwoździłam go do ziemi, przykładając ostrze do jego serca.

– Dbałam o nie – wycedziłam przez zęby.

Twarz Ainara nadal wykrzywiała się od rozbawienia.

– Tak, tak. A życie w Svarcie jest piękne, a Tene jest idealną królową – zakpił.

Mierzyłam go wzrokiem, pełna podziwu. Zawsze był taki otwarty, jeśli chodziło o krytykę królowej. Nigdy się nie bał, że to do niej dotrze.

Przyklękłam na jedno kolano przy jego talii. Prąd ekscytacji przeszedł przeze mnie, lecz nie zrezygnowałam z planu. Wbiłam sztylet w ziemię tuż przy jego uchu z takim impetem, że Ainar się wzdrygnął. Zbliżyłam się do jego już poważnej twarzy.

– Twoja mina jest dla mnie nagrodą – wyszeptałam.

– Jeśli oczekujesz innej, pomyliłaś adres – odparł i uniósł prawy kącik ust.

Fala irytacji przeszła przez moje ciało. Nie dam mu wygrać. Graliśmy w tę grę już zbyt długo.

– Nie wiem, o czym ty pomyślałeś, ale zamierzam skopać cię na następnym treningu tak, że będziesz błagać, żebym przestała prać ci dupę.

Uśmiechnął się szeroko. Jego oczy błysnęły. Dokładnie tego się spodziewał. Wstałam i podałam mu rękę, by pomóc mu się podnieść. Nie zorientowałam się, kiedy mnie odwrócił i przyszpilił do siebie. Teraz to on trzymał nóż przy moim gardle.

– Zakład przyjęty, ale pamiętaj, że nie jestem łatwym przeciwnikiem.

– A to ciekawe! Dwórki, z którymi sypiasz, mówiły coś innego.

– Jak na kogoś, kto nie interesuje się moim życiem łóżkowym, wiesz zaskakująco dużo.

Fala gorąca zalała mi policzki. Dobrze, że nadal trzymał mnie w stalowym uścisku, bo bez kłopotu podniosłam nogę i z impetem nastąpiłam mu na stopę, by się uwolnić.

– Wystarczająco. Zapominasz, mój drogi, że to sama Tene szkoliła mnie w pozyskiwaniu informacji. A nigdy nie wiadomo, co mi się przyda.

Otrzepałam włosy z ramienia. Kaskada brązowych loków prezentowała się po tej potyczce jak ptasie gniazdo. Spojrzałam na przyjaciela, który wciąż cierpiał z powodu tego małego teatrzyku. Chwyciłam go za podbródek, a nasze spojrzenia się spotkały. Entuzjazm uderzył we mnie jak mocny alkohol.

Zbliżyłam się, ale zaraz się odsunęłam. Zasada przekazana przez Tene była prosta: „Zawsze pozostawiaj po sobie tęsknotę”.

Zeszłam z pagórka, nie patrząc, czy Ainar za mną podąża.

© Gabriela S.M.

© Wydawnictwo Black Rose, Zamość 2026

ISBN 978-83-68677-97-3

Wydanie pierwsze

Redakcja

Justyna Szymkiewicz

Korekta

Kinga Dąbrowicz

Magda Adamska

Skład i łamanie

Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl

Projekt okładki

Melody M. – Graphics Designer

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autorki i wydawcy.