Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Przytułek położniczy po kilkunastu latach działalności okrzepł i na stałe wrósł w krajobraz miasta. W 1897 roku czekają go jednak bolesne straty, odejdą bowiem z pracy zarówno starsza akuszerka Jadwiga, jak i doktor Jaworski. Na posterunku zostanie pani doktor Dobrska z położnymi Zosią i Karolcią. Nadejdzie więc pora na dopływ świeżej krwi. O ile przyjęcie dwóch młodych sierot na uczennice wydaje się świetnym pomysłem i odrobinę zapełnia lukę kadrową, o tyle sprowadzenie nowej akuszerki o niejasnej przeszłości okazuje się zarzewiem niespodziewanych kłopotów.
Przybrana córka Karoliny szykuje się do wyjazdu na studia, co sprowadza na rodzinę problemy finansowe, rodzina Zosi zaś znów się powiększa.
Obie przyjaciółki stają na rozdrożu. Muszą podjąć znaczące decyzje życiowe, które wpłyną nie tyle na ich losy, ile na przyszłość ich dzieci.
Weronika Wierzchowska – z zawodu chemiczka, dawniej związana z przemysłem farmaceutycznym i kosmetycznym. Lubi mieszać – zarówno w reaktorach chemicznych, jak i w losach wymyślonych postaci. Fascynuje się historią nauki, zwłaszcza medycyny, kultury materialnej i ulubionego XIX wieku. Dociekliwie zgłębia historie kobiet, najbardziej tych zapomnianych lub lekceważonych, które chętnie przypomina w powieściach. Perypetie postaci historycznych zestawia z losami współczesnych dzielnych i niezwykłych Polek, tworząc opowieści o życiu kobiet.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 357
Copyright © Weronika Wierzchowska, 2026
Projekt okładki
Ilona Gostyńska-Rymkiewicz
Zdjęcia na okładce
© Nelly/Adobe Stock
Redaktor inicjujący
Michał Nalewski
Redaktor prowadzący
Anna Kubalska
Redakcja
Maria Talar
Korekta
Maciej Korbasiński
ISBN 978-83-8444-501-3
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
Grudzień 1896 roku
Miasto płonęło. Ściany kamienicy trzęsły się od wybuchów, powietrze wibrowało kolejnymi tąpnięciami walących się w gruzy budynków, a każde uderzenie cegieł spadających na ziemię szarpało trzewiami. Ostatnie kawałki szyb wypadały z okien z brzękiem, tłukąc się na podeptanej wojskowymi buciorami podłodze. Zosia była stara, bardzo stara i słaba. Siedziała w fotelu, pośrodku tego wszystkiego, krztusiła się dymem i bała, że Stasia po nią nie przyjdzie, nie zabierze jej, pozwoli zginąć w ruinach. Spojrzała na dłonie o pomarszczonej skórze pokrytej starczymi plamami. Co się stało? Minęło tyle czasu? Trudno, życie przeleciało. Szkoda, że jego koniec taki straszny. Lepiej niech Stasia ją tu zostawi, niech ucieka z tego miasta jak najdalej! Niech ratuje siebie i swoje dzieci!
Zosia złapała spazmatyczny oddech i wyprostowała się gwałtownie. Zasnęła przy biurku, z głową opartą o własną rękę. To tylko sen! Chwilę siedziała, oddychając szybko. Koszmar wydawał się tak realistyczny, że aż spojrzała na dłonie. Odetchnęła z ulgą, wyglądały normalnie, jednak nie jak staruszki, tylko trzydziestoletniej kobiety. Dokładnie niemal trzydziestodwuletniej, ale mniejsza z tym, najważniejsze, że obudziła się nadal młoda. Jej mała córeczka Stasia miała dopiero dwa latka. Może ten koszmar wziął się stąd, że Zosia się ciągle o nią martwiła? Mała ostatnio dużo chorowała, co prawda pomogło szczepienie przeciw ospie, za to złapała grypę. Całe szczęście, że nie krztusiec albo koklusz, zresztą mimo kilkudniowego gorączkowania wracała do zdrowia. Nie wystąpiło zagrożenie życia, pani doktor ją uspokajała, ale Zosia jak każda matka wiedziała swoje. Ryzyko zawsze jakieś było, śmiertelność wśród dzieci nadal pozostawała wysoka. Nigdy nie wiadomo, lepiej dmuchać na zimne.
Nie odstępowała małej i budziła się w nocy za każdym razem, kiedy Stasię męczyły ataki kaszlu. To dlatego siedziała teraz na dyżurze w przytułku ledwie przytomna i zasnęła nad księgą chorych podczas przepisywania danych z kart pacjentek. Wprawdzie nadciągnęły już grudniowe ciemności, ale przecież trwał dzień, ledwie minęła czwarta po południu. Zmęczenie dopadło ją nie tylko przez zarwaną noc i nerwy zszargane zamartwianiem się o córeczkę, ale i choćby dlatego, że przeszły w przytułku z systemu trójzmianowego na dwuzmianowy. Pracowały z Karolcią po dwanaście godzin, choć oczywiście zdarzało się, że obie siedziały dłużej. Ich szpital bowiem stracił trzecią akuszerkę, i to kilka miesięcy temu. Braki kadrowe jednak dopiero teraz zaczynały personelowi dawać w kość. Po prostu obie starsze akuszerki powoli się wypalały, pracując właściwie na okrągło. Karolina zawsze była silniejsza, zarówno psychicznie, jak i fizycznie, Zosia wiedziała, że padnie pierwsza, i właśnie to się jej przydarzyło.
– Ech, Jadziu – westchnęła – mam nadzieję, że choć ty się teraz dobrze bawisz.
Jadwiga Filipowska, najstarsza z akuszerek, latem ogłosiła, że wstępuje do Czerwonego Krzyża i wyrusza z nim w świat. Po czym wyjechała razem ze specjalnym zespołem na dalekie stepy zamieszkane przez Kirgizów, wśród których wybuchła epidemia cholery. Teraz pewnie siedziała w jakiejś jurcie i tłukła tym nieszczęśnikom do głów zasady zachowania higieny. Przepracowała w Warszawie jako położna niemalże czterdzieści lat i uznała, że to ostatni dzwonek, by zrobić coś ze swoim życiem, bo już dawno myśli i gada tylko o śmierci. To prawda, zatruwała wszystkim krew skwaszoną miną i fatalizmem oraz niedającym się wyleczyć pesymizmem, którego nawet ksiądz Aleksander nie był w stanie z niej wytrzebić. Wszyscy początkowo z ulgą odetchnęli, kiedy wyjechała, kiedy kracząca nieustannie wrona wyfrunęła z gniazda w świat daleki. Nie minął jednak miesiąc, a do Karolci i Zosi dotarło, ile Jadwiga dla nich znaczyła. Przecież to ona je przyjęła pod opiekuńcze skrzydła wprost z ulicy i wyuczyła wszystkiego, co sama umiała. To prawda, że nieraz na nie nawrzeszczała, ale finalnie zawsze okazywało się, że daje im serce na dłoni. Ta ponura, zgorzkniała kobieta tak naprawdę kryła w sobie wielkie pokłady miłości i traktowała obie panny jak przybrane córki. Była dla Karoliny matką, której ta nigdy nie znała, dla Zosi matką, którą ta straciła. Okazało się, że obie tęsknią za Jadwigą, nawet za jej przytykami i złośliwościami.
I co chyba najważniejsze, bez niej z trudem panowały nad ruchem w przytułku. Każda traciła tu masę czasu, który zwykle poświęcały rodzinie lub prywatnym, dobrze płatnym pacjentkom. Nie tylko niewyspanie, znużenie i ciągłe nerwy dawały im w kość, ale też to nieustanne zaabsorbowanie wyłącznie życiem przytułku. W dodatku nie mogły się nawet wzajemnie pokrzepić, bo właściwie mijały się w drzwiach, obie ledwie przytomne przekazywały sobie obowiązki i tyle się widziały. Wyczerpanie powoli wzrastało, do czego jeszcze dokładała się pogoda, najpierw deszczowa jesień, teraz zima ponura i o dniach tak krótkich, że jedna i druga akuszerka miały wrażenie, że ciągle panuje noc.
Zosia oburącz potarła twarz, by zetrzeć z niej resztki tego upiornego koszmaru, przez który obudziła się przerażona i z walącym sercem. To z pewnością przez zmęczenie, zbyt duże obciążenie robotą. Chyba wreszcie dojrzała do tego, by po tylu latach pracy po raz pierwszy wystąpić z protestem do szefowej. Będzie musiała pogadać z Karolcią i obie postawią Annie sprawę jasno – bezwzględnie potrzebna jest trzecia akuszerka. Nie będą strajkowały, po prostu wygarną pani doktor, że dłużej tak nie dadzą rady. Obie wreszcie się z wyczerpania rozchorują, kto wie, może psychicznie? Przynajmniej Zosi ewidentnie zaczęło grozić załamanie nerwowe. Ten sen o płonącej Warszawie, o lęku o córkę i starości jednocześnie czymże innym miał być, jak nie objawem choroby nerwowej? Kto to widział? Skąd się to jej wzięło w głowie? Otrząsnęła się i sięgnęła po szklankę z wypitą do połowy, zupełnie wystygłą herbatą. Teraz piła wyłącznie gorzką, by wreszcie nieco zrzucić wagę, bo podczas ciąży ze Stasią mocno sobie folgowała i solidnie się jej przytyło. Pani doktor poradziła, by unikała cukru, a ciało samo wróci do normy. Coś nie chciało, już od dwóch lat nadal czuła się ociężała i tyłek miała wielki niczym fortepian, tak przynajmniej powiedziała Karolcia.
– Pora zrobić obchód. – Spojrzała na zegar wiszący na ścianie.
Wyprostowała się i przeciągnęła, ziewnęła przy tym głośno. Całe szczęście, że już po godzinach przyjęć i w szpitaliku panował spokój. Jeśli nie liczyć zwyczajowego kwilenia któregoś niemowlaka, dobiegającego z izby położnic. I stękania z bólu, które słychać jakby z izolatki… Zaraz! To drugie jest zdecydowanie niepokojące. Dziś razem z doktorem Jaworskim umieścili tam problematyczną ciężarną. Problematyczną medycznie, rzecz jasna. Zosia natychmiast przypomniała sobie jej wszystkie dane: Katarzyna M., lat trzydzieści, wzrostu średniego, szczupła, zamężna, wyznanie rzymskokatolickie. Rodziła już cztery razy, wcześniejsze porody i połogi bezproblematyczne. Przed zajściem w obecną ciążę przeszła zapalenie stawu biodrowego, uniemożliwiające swobodne poruszanie. Silne bóle okolicy lędźwiowej, spowodowane widocznym pod skórą guzem w stawie biodrowym. Rozpoznanie: podejrzenie ścieśnienia miednicy przez guz o nieustalonej etiologii. Zalecenia: obserwować finalny przebieg ciąży, spodziewane problemy w czasie porodu.
Zosia zasnęła właśnie podczas przepisywania tych słów zanotowanych przez doktora Jaworskiego w karcie pacjentki. Od razu zatem poczuła niepokój, przez który zapomniała o zmęczeniu i wszelkich problemach osobistych. Wpadła do izolatki. Pacjentka siedziała w łóżku, właściwie półleżała zgięta wpół. Jej skóra błyszczała od potu, podłoga przy łóżku też lśniła od rozlanej cieczy.
Wody jej odeszły, pomyślała Zosia, która widziała takie sceny już dziesiątki razy.
W pierwszym odruchu chciała wezwać posługaczkę lub pomocnicę. Jedyna posługaczka, Baśka, poszła już do domu, za pomocnice robiły zwykle uczennice na akuszerki, ale o tej porze roku w przytułku nie było ani jednej. Musiała zatem sama wziąć się do roboty. Pacjentka oczywiście już wcześniej została wykąpana i przebrana w szpitalną koszulę, należało teraz tylko odkazić krocze i można przyjmować poród. Niepokoiło ją jednak to wpisane w kartę rozpoznanie. Józek, jak nazywała, przynajmniej w myślach, doktora Jaworskiego, nie należał do panikarzy, był świetnym lekarzem i znał się na rzeczy. Nie kazałby pacjentki mieć na oku, gdyby zagrożenie nie budziło jego szczerego niepokoju.
– Pani Katarzyno, chyba zaczynamy! – wysiliła się na entuzjazm, co zwykle przychodziło jej nadzwyczaj łatwo, należała bowiem do osób o pogodnym usposobieniu. – Pomogę pani wstać, przejdziemy do zabiegowego, gdzie mamy wspaniałe łóżko porodowe. Mój własny, osobisty mąż, człowiek o złotych rękach, je niedawno ulepszał. Właściwie to zespawał i poskręcał nowe, bo stare już się wysłużyło. Jest nie tylko wygodne, ale ma też podpory na nogi, do tego daje się łatwo dezynfekować, bo nie ma żadnych drewnianych części. Lepszego miejsca, by urodzić dziecko, ze świecą szukać. Nie znajdzie się w całym mieście.
Pacjentka tylko pokiwała głową i uśmiechnęła się blado. Musiała właściwie uwiesić się na Zosi całym ciężarem ciała, nie była w stanie samodzielnie chodzić. Dotarły na miejsce, obie sapiąc i dysząc z wysiłku. Zosia jeszcze pomogła kobiecie ułożyć się w odpowiedni sposób, po czym ruszyła do łaźni, by przygotować i siebie do zabiegu. Wyszorowała ręce aż do łokci, najpierw mydłem, później lizolem, na koniec przemyła je sublimatem. Założyła czysty fartuch i czepek, wreszcie wróciła do zabiegowego, podwinęła pacjentce koszulę szpitalną i obejrzała jej ujście dróg rodnych. Zagryzła wargę.
Rozwarcia nie dało się stwierdzić choćby w minimalnym stopniu, z trudem można by w pochwę wsadzić palce, o przejściu główki niemowlęcia nie było nawet mowy. Na razie przestrzyknęła pochwę pacjentki litrem roztworu karbolu. Miała nadzieję, że w międzyczasie coś się zacznie dziać. Pacjentka miała skurcze i boleści, na zmianę płakała i zagryzała rękę z bólu. Ciągle płonęła niczym rozgrzany piec, spływały z niej strumienie potu. Akcja porodowa z całą pewnością się rozpoczęła, ale dół miednicy zacisnął się przez guz w biodrze. Zosia uspokajała ją, próbowała przy tym zebrać myśli. Minął tak kwadrans, wreszcie zdecydowała się namydlić krocze pacjentki i ogolić okolice sromu, a następnie także brzuch, aż do pępka. Ciągle grała na zwłokę, zerkała na zegarek. Od odejścia wód nie minęła jeszcze pełna godzina, zgodnie z regulaminem ustalonym przez Annę alarm podnosiło się dopiero po dwóch. Nie zanosiło się jednak na to, żeby sytuacja miała się cudownie zmienić. Złapała za kartę i odnotowała nadal zupełny brak rozwarcia.
Dość, pora działać bardziej stanowczo. Zostawiła pacjentkę samą i przebiegła do gabinetu szefowej. Podeszła do wiszącej na ścianie skrzyni ze słuchawką na widełkach. Aparat telefoniczny zawdzięczały łaskawości głównego inspektora szpitali cywilnych, radcy stanu Troickiego, który dwoił się i troił, by choć trochę poprawić im warunki pracy. Zapewnił, jakimś cudem, podłączenie wszystkich warszawskich szpitali do linii telefonicznej, co okazało się strzałem w dziesiątkę i zdaje się, że uratowało już niejedno życie. Teraz dało się wezwać pomoc bez biegania piechotą po mieście. Zosia podniosła słuchawkę i zakręciła korbką. Zatrzeszczało, zaszumiało i odezwała się telefonistka z centrali przy Próżnej.
– Tysiąc dwieście dwanaście, proszę – Zosia rzuciła numer Anny, która miała swój prywatny aparat w domu.
– Słucham uprzejmie! – W słuchawce zabrzmiał radosny głos Ignacego, nastoletniego syna pani doktor.
– Serwus, Ignaś! Tu Zosia, potrzebuję twojej mamy, i to prędko!
Westchnął rozczarowany, może czekał na telefon od kogoś znajomego? Anna pojawiła się przy aparacie po paru chwilach, wysłuchała zwięzłego meldunku od Zosi, po czym przez chwilę nad czymś dumała. Wreszcie oznajmiła, że zaraz się stawi na miejscu.
– Naszykuj salę do zabiegu chirurgicznego – poleciła. – Spryskaj całe pomieszczenie sublimatem, przygotuj skrzynkę z narzędziami, nastaw wodę na wrzątek…
– Wiem, wiem. – Zosia przewróciła oczami, ale głosem starała się nie okazywać irytacji. – Coś jeszcze naszykować?
– Zrób jej lewatywę, tylko porządnie, do czysta, nie żałuj wody!
– Jaki właściwie zabieg zrobimy? Tu nacięcie krocza chyba wiele nie zmieni… – Zosia wyczuła, że święci się coś poważniejszego.
– Jedyny możliwy w tej sytuacji, cesarskie cięcie.
*
Cesarka uchodziła za ostateczność, której unikano jak tylko to możliwe. Właściwie przez całe kończące się stulecie podejmowano się jej wyłącznie przy wskazaniach określanych jako bezwzględne, czyli niemal jedynie przy zwężeniu miednicy uniemożliwiającym poród. Wszystko dlatego, że zabieg należał do skrajnie niebezpiecznych, wiązał się ze znacznym zagrożeniem życia zarówno matki, jak i dziecka. Nawet po odkryciu antyseptyki śmiertelność wśród pacjentek procentowo nadal pozostawała bardzo wysoka. Poza tym cesarskie cięcie wykonywali wyłącznie w szpitalach doświadczeni chirurdzy, potrafiący operować skalpelem z niezwykłą precyzją. Jedno drgnięcie ręki mogło się bowiem zakończyć tragicznie. Oczywiście w żadnym z przytułków do tej pory nie przeprowadzono tej operacji, pacjentki problematyczne przekazywano do szpitala, by tam się nimi zajęli. Zosia nie miała pojęcia, czemu szefowa postanowiła inaczej, podejrzewała, że to znów przez jej ambicję, by krok po kroku stawać się coraz bardziej niezależną, by pokazać całemu światu, że ze wszystkim daje sobie radę.
Nie miało sensu z nią dyskutować, jeśli coś postanowiła, potrafiła przeć do przodu niczym taran, Zosia zatem bez dręczenia się dalszymi rozterkami zabrała się do roboty. Zanim Anna przyjechała dorożką pod sam przytułek, sala i pacjentka czekały gotowe. Na wszelki wypadek akuszerka zlała podłogę sublimatem, przetarła ją szybko, po czym umyła nim nie tylko krocze, ale cały brzuch Katarzyny M. Ta ciągle cierpiała katusze, wiła się na łóżku czerwona jak burak i spocona jak mysz. Czas płynął, niemowlak w jej brzuchu nie posuwał się ani odrobinę w stronę światła, Zosia sprawdzała to właściwie co parę minut. Kiedy Anna wpadła do środka w towarzystwie nieznajomego mężczyzny, Zosia nawet się nie zdziwiła obecnością intruza, tylko obojgu składnie zameldowała:
– Puls właściwie stale w okolicach stu dwudziestu uderzeń, temperatura nieznacznie podwyższona, dziecko żyje. Nic jej jeszcze nie mówiłam o operacji, zresztą pewnie by się nie zgodziła lub kazała wołać księdza…
– Zanim ksiądz Aleksander się tu stawi, minie kolejne pół godziny. Chyba nie mamy czasu na dysputy i modły, trzeba działać szybko – rzuciła pani doktor, stając przed zlewem. Wzięła się do podwijania rękawów i szorowania rąk. – Darujemy sobie też namowy i tłumaczenia, po prostu powiedz jej, że spróbujemy jej ulżyć w cierpieniu, niech się nie denerwuje, odetchnie głęboko i zamknie oczy. Wkropl na maseczkę dwanaście kropli eteru.
– Chcesz operować bez zgody pacjentki? – upewnił się jej towarzysz, który właśnie zdjął marynarkę i odpiął spinki w mankietach, by także podwinąć rękawy.
– Ma czwórkę dzieci, będzie się bała i płakała, że na pewno je zaraz osieroci. – Anna pokręciła głową. – Nie mamy czasu na znoszenie łez, histerie i rozpacz, na prośby, dyskusje i zbieranie podpisów od całej jej rodziny. Później się biedaczce wszystko wytłumaczy. Zresztą jeśli nie wyjmiemy z niej dziecka, to i tak umrze, w dodatku razem z nim. O czym tu w ogóle dyskutować? Zosiu, pozwól tu na chwilę, to doktor Borysowicz. Mój znajomy, chirurg ze Szpitala Świętego Ducha. Zgodził się operować, my obie będziemy mu asystowały, dobrze?
– Oczywiście. Miło mi, panie doktorze. – Dygnęła przed lekarzem, który uśmiechnął się i skinął jej głową.
Pacjentka usnęła po kilku głębszych wdechach oparów eteru, jej ciało się wreszcie rozluźniło, napięte mięśnie zwiotczały, od razu też zaczerwieniona na twarzy skóra zaczęła nabierać normalnego koloru. Zosia poprawiła jej maseczkę, którą nasączała kropla po kropli eterem, by śpiąca stale znajdowała się zanurzona w jego oparach. Doktor jeszcze raz przetarł brzuch pacjentki, tym razem jodoformem. Wziął do ręki skalpel podany przez Annę. Zosia stanęła za ich plecami, patrzyła chirurgowi przez ramię, nigdy jeszcze nie widziała czegoś takiego. Dotknął ostrzem skóry pod pępkiem Katarzyny i przejechał nim po środkowej linii prosto w dół, w stronę kości łonowej. Cięcie miało jakieś dwadzieścia centymetrów, natychmiast napełniło się krwią, którą pani doktor zbierała sączkiem, czyli w tym wypadku gazą.
– Przeciąłem także otrzewną, z tym zawsze jest największy problem – mruknął Borysowicz. – Każdorazowo otwarcie otrzewnej to niebezpieczeństwo zakażenia, którego potem nie sposób opanować. Pani Zosiu, niech pani rozpyli wokół nas co tam jest bakteriobójczego pod ręką…
Posiadały różne specyfiki, przecież pani doktor miała od lat obsesję na punkcie niszczenia drobnoustrojów. Nawet w czasach największej biedy magazynek przytułku był wypełniony po brzegi truciznami do zwalczania niewidzialnych zabójców kobiet. Zosia, nie pytając nikogo o zdanie, wybrała sublimat, roztwór chlorku rtęci, bardzo silną, a przez to skuteczną truciznę. Jego zaletą było także to, że pozostawał bezwonny, więc po przelaniu do butli z gumową gruchą, taką jaką zwykle napełniało się wonnościami, i popryskaniu wokół wszyscy mogli swobodnie oddychać.
– Macica bardzo napięta i silnie ukrwiona, moim zdaniem to są widoczne objawy grożącego jej pęknięcia – powiedziała Anna. – Proszę ją otworzyć, na moją odpowiedzialność.
Zosia zamarła, patrząc, jak doktor Borysowicz wyciąga ręcznie macicę przez powłoki, Anna tymczasem zamykała klamerkami krwawiące naczynia krwionośne.
– Założymy na szyjkę macicy ligaturę1 elastyczną, asystentka będzie musiała ją trzymać zaciśniętą, dopóki nie skończę. – Doktor skinął na Zosię.
Przełknęła ślinę, i to z trudem, przez mocno zaciśnięte gardło. Przywykła już do różnych widoków, przeraźliwych krzyków i strasznych zapachów, ale trzymać rękę w czyimś brzuchu?
Nie możesz zemdleć! Nie możesz zemdleć!, powtórzyła sobie w myślach, po czym złapała gumowy zacisk i przytrzymała go z obu stron. Karolina zabije mnie śmiechem, jeśli padnę nieprzytomna podczas zabiegu. Poza tym mogę spowodować krwotok i jeszcze zabiję pacjentkę. Dam radę! To nic nadzwyczajnego.
Doktor uznał, że wszystko jest gotowe, po czym pewnym ruchem przeciął macicę. Oczom zebranych ukazało się łożysko z widocznym kawałkiem dziecka. To chyba rączka, poruszyła się! Doktor złapał niemowlę za bark i wyciągnął z brzucha matki właściwie bezceremonialnie, po czym tym samym gestem podał Annie, nieco zaskoczonej prędkością zabiegu. Anna przecięła pępowinę, podwiązała ją zręcznie, po czym natychmiast zajęła się cuceniem dziecka.
– Teraz nie możesz puścić, trzymaj mocno, Zosiu – Borysowicz mruknął do asystentki, nawet na nią nie patrząc.
Krwawiło bardzo nieznacznie, co szczerze zdumiało akuszerkę, nie była jednak w stanie wydusić z siebie ani słowa. Zdawała sobie sprawę, że to ona trzyma zamkniętą główną arterię i od niej zależy, czy pacjentka się nie wykrwawi. Nawet zatem nie drgnęła, kiedy doktor włożył do wnętrza Katarzyny obie ręce i zaczął delikatnie oddzielać łożysko. Miała tylko wrażenie, że trwa to godzinami, bo Borysowicz nagle stał się niezwykle powolny i skrupulatny. Tymczasem niemowlę złapało pierwszy oddech i wrzasnęło na całe gardło. Anna obmyła je w przygotowanej wcześniej misce z wodą i zawinęła w becik.
To moja robota, a ty powinnaś utrzymywać pacjentkę przy życiu, nie ja!, wrzasnęła Zosia w myślach, nie uległa jednak emocjom i nie wycedziła przez zaciśnięte zęby ani słowa.
Wreszcie doktor umieścił łożysko w kolejnej misce i zabrał się do oczyszczania wnętrza macicy gazikami nasączonymi karbolem. Anna ułożyła niemowlę w przeznaczonym na to łóżeczku i po chwili wahania, czy nie zastąpić akuszerki, zdecydowała, że lepiej nie ryzykować wymiany rąk, bo zacisk może puścić i zanim się obejrzą, jama brzuszna wypełni się krwią, w której strumieniach już nad niczym nie zapanują. Sama zatem zajęła się robotą asystentki, wyciągnęła z blaszanej skrzyneczki igły i nici, zawinięte w materiał nasączony bromobenzenem, parującym brunatnymi dymami.
– Nici katgutowe2? – rzucił przez ramię Borysowicz.
– Z baranich jelit, pierwszoklasowe – przytaknęła Anna.
– Proszę nawlec, będziemy szyli. Założę szef kuśnierski na macicę. Przez długie lata tego nie robiono po cesarkach, bojąc się zakażenia, które powodowały nici zostawione w pacjentce, ale odkąd wprowadzono nici z katgutu, stało się to bezpieczniejsze, rana zaś goi się szybko i bez komplikacji. Te nici po jakimś czasie po prostu się wchłoną i rozpuszczą w płynach ustrojowych – doktor zwrócił się z wyjaśnieniem do Zosi. – Aniu, przygotuj zimne kompresy z karbolem.
– Robi się! – rzuciła pani doktor, po raz pierwszy przy Zosi posłusznie i bez gadania wykonując polecenia mężczyzny. Nawet wobec męża chyba nigdy nie okazywała takiej potulności.
Dłonie Borysowicza nagle znów przyspieszyły. Zosia patrzyła z uniesionymi w zdumieniu brwiami, jak sprawnie szyje delikatną macicę, i to tak, by nie skaleczyć jej wewnętrznej ścianki. Nie widziała jeszcze rąk mężczyzny poruszających się z taką finezją i precyzją jednocześnie. Chowały się przy nim wszystkie znajome krawcowe, które widziała przy pracy. To wyglądało jak popis muzycznego wirtuoza wygrywającego jakąś skomplikowaną sekwencję dźwięków na niezwykle czułym instrumencie. Teraz stało się jasne, czemu Anna nigdy nie próbowała przeprowadzić sama cesarki. Opanowanie takich umiejętności musiało wymagać lat praktyki i po prostu wrodzonego talentu. Zosia pomyślała, że od dziś będzie patrzyła na chirurgów zupełnie inaczej niż do tej pory. Miała ich za rzeźników, a to tak naprawdę artyści.
Borysowicz odłożył igłę po odcięciu końcówki nitki, po czym niespodziewanie położył ręce na dłoniach Zosi. Stykali się ramionami, musieli przecież stać blisko siebie, miejsca nie było wiele. Czuła jego oddech i gorąco bijące od ciała.
– Teraz spokojnie, obłożymy to miejsce zimnym kompresem. Fenol podziała obkurczająco, wówczas naczynia się zamkną. Kiedy powiem, zdejmiesz zacisk. Dopiero kiedy powiem, rozumiesz?
– Tak jest, panie doktorze – wydusiła wreszcie z siebie pierwsze od początku operacji słowa.
Jeszcze kilka minut stania nieruchomo w niewygodnej pozycji i usłyszała „teraz”. Cofnęła się kilka kroków, zachwiała. Ręce kompletnie jej zdrętwiały, chyba naciągnęła sobie mięśnie łydek, bo cały czas sterczała na palcach, bolały ją też plecy i kark. Zakręciło się jej w głowie z wyczerpania zarówno nerwowego, jak i fizycznego. Nic to jednak przy tym, jaką poczuła ulgę, kiedy Anna zameldowała:
– Brak krwawienia, szwy czyste. Spryskam je jeszcze odrobiną karbolu i możemy zamykać powłoki brzuszne – powiedziała. – Zosiu, sprawdź jej puls. Dobrze się czujesz? Wyglądasz jakoś blado.
– Nic mi nie jest. – Z trudem zrobiła kilka kroków. Mimo tego, co powiedziała, myślała, że chyba zaraz zemdleje.
Kolejne polecenia jej ciało wykonywało mechanicznie, raczej dzięki pamięci mięśniowej i bez udziału świadomości, bo przestała z nerwów i wyczerpania kontrolować to, co robi. Doktor zszył pacjentkę tym razem nicią jedwabną, założył lekko uciskający opatrunek aseptyczny z materiału nasączonego jodoformem, następnie owinął jej brzuch bandażem. Zosia zmierzyła tętno położnicy, okazało się całkiem normalne, choć powolne i niezbyt szybkie, jak podczas głębokiego snu.
– Skończone boje – oznajmiła Anna. – Mamy chłopczyka! Masa trzy tysiące dwieście gramów, długość czterdzieści dziewięć centymetrów, wszystkie widoczne części ciała na swoim miejscu, czynności życiowe w normie. Prawdziwe dziecko szczęścia! Gdyby nie miał farta, nigdy by się nie urodził. Przynajmniej nie żywy. Uff, co za ulga, że się udało!
– Resztę musi dokończyć natura, rany niech się zasklepią, siły odbudują. Teraz niech oboje śpią, a my pójdziemy sobie na herbatę. – Doktor Borysowicz przeciągnął się z westchnieniem. – Zosiu, idziemy?
– Dołączę do państwa później, muszę tu przecież posprzątać. Trzeba też zapakować odpady do spalenia. – Wskazała na miski, jedną pełną gaz nasączonych krwią i drugą z łożyskiem. – Niestety jestem tu dziś sama, nawet bez posługaczki.
– Pomogę ci – oznajmiła pani doktor. – We dwie się migiem uwiniemy, a ty, Zbyszku, idź do kuchni i nastaw wodę na herbatę. Zaraz do ciebie dołączymy.
Gdy sobie poszedł, szybko wzięły się do uprzątnięcia pomieszczenia. Zosia, kiedy się pochyliła po miskę, nieoczekiwanie poczuła falę słabości i że nogi miękną jej, jakby nagle kolana stały się galaretą. Anna stała odwrócona i nie widziała, jak akuszerka osuwa się na podłogę.
– Przystojniak z naszego chirurga, prawda? – powiedziała. – Do tego porządny człowiek. Zatrudniłabym go u nas do pracy, oj, zatrudniła. Szkoda, że to zupełnie niemożliwe. Zosiu? Co się dzieje? Źle się czujesz? Zosiu!
Uklęknęła przy akuszerce, która już leżała na podłodze. Nie miała sił nawet odpowiedzieć, chciała oczywiście zapewnić, że zaraz wstanie. To tylko słabość chwilowa, która szybko minie. Zamiast tego jednak zamknęła oczy i zemdlała.
*
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
1 Zabieg polegający na zamknięciu światła szyjki macicy.
2 Katgut – nici chirurgiczne wytworzone z jelit baranich lub kozich, ulegają biodegradacji.
ROZDZIAŁ 1
Okładka
