Dzieci lodu - Tom Rob Smith - ebook

Dzieci lodu ebook

Tom Rob Smith

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Epicki thriller postapokaliptyczny.

Mrożąca krew w żyłach wizja nowego świata – społeczeństwa, które po inwazji obcych musi odbudować się w przerażających warunkach.

Lato 2023 roku. Niespodziewana inwazja Obcych staje się wyrokiem śmierci dla ludzkości na Ziemi. Kolonizatorzy nie negocjują i nie składają wyjaśnień, stawiają tylko jedno ultimatum: jeśli chcesz przeżyć, masz trzydzieści dni, by dotrzeć do jedynego miejsca na Ziemi, gdzie może ci się uda – do Antarktydy.

Garstka ludzi rozpoczyna rozpaczliwy exodus do najbardziej ekstremalnego ekosystemu na naszej planecie. Jednak ich celem jest nie tylko przetrwanie. Muszą nie tylko walczyć o życie w świecie, w którym wszelkie dokonania człowieka uległy zniszczeniu, ale muszą też zmierzyć się z jeszcze większym wyzwaniem – stworzyć podwaliny przyszłej cywilizacji.

Czy są gotowi, by błyskawicznie dostosować się do panujących warunków i ewoluować wystarczająco szybko, by zapewnić ludzkości jakąkolwiek przyszłość? Czy da się zbudować nowe, doskonalsze społeczeństwo na bezkresnym pustkowiu w temperaturze znacznie niższej od zera?

Ambitna i oryginalna, napisana z kinowym rozmachem epicka powieść, która porusza najważniejsze problemy naszych czasów.

Szalona, niezwykle wciągająca, mroczna futurystyczna fantazja z wątkami godnymi H.P. Lovecrafta i przywodzącymi na myśl „Frankensteina” Mary Shelley. „Vogue” – jedna z najbardziej wyczekiwanych książek roku

Powieść, która mrozi krew w żyłach – pod wieloma względami. „Los Angeles Times”

Spektakularna powieść. Dobór naturalny jest wspaniały w teorii i gdy działa stopniowo przez tysiąclecia, ale obserwowanie go w przyspieszonym tempie, na przestrzeni jednego pokolenia, jak pokazuje to Tom Rob Smith, odsłania jego niebywałą brutalność. „Washington Post”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 436

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PRAWDZIWE ZAGROŻENIE NIE PŁYNIE Z GWIAZD, LECZ CZAI SIĘ POD LODEM.

Inwazja nie przypominała wojny. To było ultimatum: trzydzieści dni na ucieczkę na Antarktydę. Kto nie zdąży, zginie. Rozpoczyna się najbardziej desperacka migracja w dziejach, w której stawką jest przetrwanie gatunku na jedynym ocalałym skrawku Ziemi.

Dwadzieścia lat później Echo, dziewczyna urodzona przy wsparciu genetyków jako jedna z nadziei ludzkości, nie czuje chłodu, ale czuje się obco we własnym otoczeniu. Wkrótce stanie jednak przed o wiele większym wyzwaniem. W mrokach rządowych laboratoriów w siłę rośnie Eitan, kolejny produkt genetycznych eksperymentów. Istota o potężnej mocy i… własnej wizji nowego porządku. Ich spotkanie stanie się iskrą, która może podpalić ten zamarznięty świat.

Czy ewolucja wymuszona przez ekstremalne zimno okaże się naszym zbawieniem, czy ostatecznym wyrokiem?

TOM ROB SMITH

jest autorem cenionej bestsellerowej trylogii sensacyjnej z agentem Lwem Demidowem. Jej pierwsza część, System, sprzedała się w nakładzie ponad dwóch milionów egzemplarzy, znalazła się na liście nominacji do Man Booker Prize oraz Costa First Novel Prize, a także zdobyła nagrodę CWA Steel Dagger. Ekranizacja powieści, z Tomem Hardym, Noomi Rapace i Garym Oldmanem w rolach głównych, była kinowym hitem.

Smith jest także autorem thrillera psychologicznego Farma, którym ponownie zawojował listy bestsellerów, oraz scenariuszy, m.in. do serialu American Crime Story:Zabójstwo Versace, który zdobył siedem nagród Emmy i dwa Złote Globy (sam Smith za pracę przy nim otrzymał Writers’ Guild Award).

Tego autora

FARMA

DZIECI LODU

Lew Demidow

SYSTEM

TAJNY REFERAT

AGENT 6

Tytuł oryginału:COLD PEOPLE

Copyright © Tom Rob Smith 2023 All rights reserved Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2026 Polish translation copyright © Robert Ginalski 2026

Redakcja: Piotr KrólakKorekta: Dorota JakubowskaProjekt graficzny layoutu: Matt Johnson/S&S Art Dept.Projekt graficzny okładki: Aneta SkwaraIlustracje na okładce: Aneta Skwara, Freepik, Matt Johnson/S&S Art Dept.

ISBN 978-83-8439-019-1

Wydawca

Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa

wydawnictwoalbatros.com

Facebook.com/WydawnictwoAlbatros|Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI

Katarzyna Ossowska

woblink.com

Dla Suzanne Baboneau, mojej wydawczyni od piętnastu lat

Część pierwsza WYDARZENIA POPRZEDZAJĄCE

Dwa tysiące lat temu pierwsze zaobserwowanie Antarktydy

Spoglądając w nocne niebo, Ui widział tylko nieznane gwiazdy. To nie były gwiazdozbiory, które prowadziły go między wyspami ojczystej Polinezji – te tutaj świeciły na samym skraju nieba. Jego lud nigdy nie nadał im nazw, bo i po co, skoro nie służyły do nawigacji; lekceważąco określano je jako petuu vare, „głupie gwiazdy”. Dziś jednak wyobrażał sobie, że patrzą na niego z góry i pytają, kto tu jest głupi – one czy on, samotny i z dala od domu. Łódź mknęła chyżo, gdy silny wiatr wydymał splecione z liści pandanu żagle. Dwa kadłuby w kształcie kajaków, wydrążone z pnia najstarszego na rodzinnej wyspie drzewa tamanu i połączone kratownicą z bambusa, z gracją śmigały po oceanie. Ojciec Ui, wyśmienity szkutnik, pracował nad nimi miesiącami – za pomocą pasty błotnej sprawdzał każdą spoinę, pokrywał wszystkie złącza, składał i rozkładał całą konstrukcję, szukając najmniejszej luki, przez którą mogłaby przedostać się woda. Zapotrzebowanie na jego usługi było tak wielkie, że zabiegali o nie żeglarze z najdalszych wysp, on jednak odrzucał wszystkie oferty i pracował wyłącznie nad łodzią dla syna, najwspanialszą, jaką kiedykolwiek zbudowano.

Wielu członków wspólnoty uważało, że budowa łodzi i ta podróż służą jedynie zaspokojeniu próżności Ui, skoro wyprawa w nieznane nie mogła im przynieść żadnego pożytku. Powszechnie było wiadomo, że jako żeglarz nie ma sobie równych i jest niedoścignionym nawigatorem. Niczego nie musiał już udowadniać. Był obiektem uwielbienia licznych kochanek i zazdrości równie wielu przyjaciół. Według nich ta przygoda była kaprysem, obsesją na punkcie mitycznego lądu zwanego Iraro.

Ui po raz pierwszy usłyszał tę nazwę jako młody chłopiec, gdy w ramach nauki geografii Polinezji ojciec wyrysował na piasku mapę. Oglądając wyspy, chłopak stuknął palcem w skraj oceanu.

– A tu co jest?

– Wody, które nazywamy Iraro.

– Czym jest Iraro?

– To miejsce, o którym nic nie wiemy.

– Nie wiemy? Dlaczego?

– Dlatego że nikt tam nie popłynął.

– Kiedyś ja tam dopłynę.

Ojciec nie wyśmiał go, nie zbył tych słów jako dziecięcej przechwałki. Przykucnął i starł rysunek, wystraszony, że zasiał w łatwowiernym umyśle ryzykowny pomysł.

– Ale jeżeli tam popłyniesz, synu, którego bardzo kocham i bez którego nie wyobrażam sobie życia, czy wrócisz potem do domu?

Teraz Ui zatrzymał łódź, zrzucił żagle i stojąc na pokładzie, lustrował wzrokiem horyzont. Jeśli wkrótce nie odkryje lądu, będzie zmuszony zawrócić. Wydrążone kadłuby były pełne prowiantu – paczek sfermentowanych warzyw, wiązek trzciny cukrowej, a przede wszystkim wody kokosowej, bo o żywność na oceanie było bardzo łatwo. Podczas podróży widział nieodkryte gatunki fauny morskiej, ławice eleganckich, niewyobrażalnie licznych ryb z łuskami o barwie mleka i oczami jak perły. Dotychczas zakładał, że ciepło oznacza życie, a zimno to śmierć, lecz teraz zrewidował ten pogląd. Zimno wiązało się po prostu z innym trybem życia.

Wyciął karb na maszcie – znak, że od sześćdziesięciu dziewięciu dni jest na morzu; przez ten czas nie widział żadnego lądu. W Iraro panował ziąb, więc opatulił się najgrubszymi futrami, które wziął specjalnie na tę podróż. Sączył cenną wodę kokosową – pił tylko tyle, żeby jego umysł i mięśnie nie osłabły – i zastanawiał się, czy może wrócić, nie dokonawszy odkrycia. Gdyby zarzucono mu, że nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań, z próżności mógłby skłamać i zatuszować porażkę, wymyślając opowieści o dziwnej ziemi zamieszkanej przez dziwne stworzenia. Większość wierzyłaby mu i słuchała go w nabożnej ciszy, bez względu na to, jak bardzo wyssane z palca byłyby te historie. I tylko ojciec nie dałby się wywieść w pole, bo Ui nigdy nie potrafił go okłamać. A to by znaczyło, że ta wspaniała łódź, wydrążona z pnia najstarszego drzewa na wyspie, przywiozła z powrotem jedynie hańbę i oszustwo. Ojcu ze wstydu pękłoby serce. Lepiej nie wracać, lepiej zginąć, niż skłamać.

Siedząc na pokładzie, opuścił rękę i musnął powierzchnię wody. Wielu uważało zdolność czytania fal za coś magicznego, dostępnego wyłącznie tym, których dotknął duch morza. Fale na pełnym morzu dysponowały donośnym głosem, ruszały się w przód i w tył, w przeciwieństwie do fal odbitych od lądu, które przemawiały ciszej, w górę i w dół, a w miarę oddalania się od brzegu ich głos stawał się niesłyszalny. Drżąc z zimna, Ui błagał ocean, by do niego przemówił, poprowadził go. Z ulgą przekonał się, że tym razem ocean mu odpowiedział – szepnął, że ląd jest już blisko.

Ui szybko przeskoczył na drugą stronę kratownicy i grzebał w zapasach, aż znalazł drewnianą klatkę z fregatą; zestresowany uwięzieniem ptak wydymał pierś. Ten gatunek nie lądował na wodzie, bo jego pióra szybko nasiąkały wodą i nie mógłby latać. Gdyby ptak nie wypatrzył suchego lądu, z konieczności musiałby wrócić na łódź. Ui nakarmił go resztkami suszonej ryby i wypuścił na wolność. Po tylu dniach w niewoli fregata nie rozumiała, że jest wolna, więc stała bez ruchu i wzbiła się w niebo dopiero, kiedy ją szturchnął. Przeszedł na dziób i obserwował jej lot. Powoli zatoczyła koło nad łodzią, a potem pofrunęła w dal. Widocznie dostrzegła ląd. Widocznie dojrzała Iraro.

Ui śledził ptaka przez wiele godzin, aż wpłynął na dziwny ocean pełen niezliczonych wysepek, białych i gładkich jak chmury. Było tak zimno, że jego oddech zamieniał się w parę. Zrzucił żagiel i sterując za pomocą pagaja, skierował się do najbliższej wyspy. Nie było na niej roślin, drzew ani żadnych stworzeń. Gdy podrapał jej powierzchnię kantem pagaja, w powietrze wzbił się drobny biały proszek i w jego palcach zamienił się w wodę. Wziął trochę proszku na język. Woda nie była słona jak ocean, tylko słodka jak deszcz, jakby te wysepki były chmurami, które spadły do morza. Może dotarł do miejsca, gdzie wpadają chmury, które zakończyły swój lot, a może to tutaj chmury się rodziły, więc gdyby został dostatecznie długo, zobaczyłby, jak wyspy pęcznieją i wzlatują w niebo.

Wdrapał się na maszt, usadowił na szczycie i zachowując doskonałą równowagę, oceniał roztaczający się przed nim widok. W oddali dostrzegał białe urwiska, wysokie i gładkie, rozciągające się po całym horyzoncie. Był ciekaw, jak doszło do tego, że są takie. Być może za tymi białymi klifami znajdowały się białe wulkany, które nie wyrzucały czerwonej, gorącej lawy, tylko białą i zimną. Może były tam białe lasy, gdzie drzewa miały białe pnie i liście. Może były tam stada zwierząt o białym futrze oraz plemiona kobiet i mężczyzn o białej skórze. Zastanawiał się, jacy ludzie mogliby mieszkać na takim lądzie. Na pewno inni, plemię dzikusów… bo tylko dzikus zdołałby przetrwać na takim mrozie.

Sto pięćdziesiąt lat temu Wyspa Georgia Południowa Dwa tysiące kilometrów na północ od Antarktydy

Tylko wyrzutki społeczeństwa są w stanie przeżyć na tych lodowatych wodach – z biegiem lat kapitan Moray doszedł do wniosku, że od tej reguły nie ma wyjątków. Niektórzy członkowie jego załogi umieli na chwilę odnaleźć się w cywilizowanym towarzystwie i zabawiać je opowieściami o swoich przygodach, ale jeśli ktoś im się nie spodobał, a nie podobało im się całe mnóstwo ludzi, ochoczo sięgali po nóż.

Jako kapitan najskuteczniejszego statku poławiaczy fok pływającego u wybrzeży Georgii Południowej, Moray jak nikt umiał dobierać załogę spośród najróżniejszych mętów; upodobał sobie zwłaszcza melancholików, zboczeńców i złodziei. Złodzieje nie mieli tu czego kraść, melancholicy mogli sobie dumać nad oceanem, zboczeńcy zaś mieli innych zboczeńców. Nikomu nie zwierzał się ze swojej przeszłości, podtrzymując wizerunek człowieka stanowczego, ale sprawiedliwego, bastionu porządku w tej skądinąd barbarzyńskiej branży. Na tej łajbie było miejsce tylko dla jednego mordercy.

Statek ten, o nazwie Czerwona Róża – jednostka parowo-żaglowa o wyporności dwustu ton – kotwiczył w King Edward Cove. Moray zamierzał po raz ostatni zawinąć do brzegu, a następnie popłynąć do Kantonu w Chinach, gdzie miał już kupca na ładunek foczych skór, po cenie trzech i pół dolara za sztukę, a więc znacznie niższej od rekordowych dziewięciu dolarów, które uzyskał w czasach, kiedy był jednym z niewielu poławiaczy fok ośmielających się zapuszczać tak daleko na południe. Dziś u wybrzeży Georgii Południowej kotwiczyło ponad sześćdziesiąt statków, a rynek był tak zasypany futrami, że Moray osiągał marne trzy dolary tylko dzięki temu, że słynął z jakości towaru.

Przed wypłynięciem do Kantonu czekało go ostatnie zadanie – kolacja z sędzią pokoju Jego Królewskiej Mości, przedstawicielem rządu Falklandów i Georgii Południowej sprawującego zwierzchnictwo nad tym odległym przyczółkiem. Bez błogosławieństwa sędziego nie można było działać na tych wodach. Inspektor celny nałożyłby wygórowane opłaty, stacjonujący na wyspie policjant aresztowałby załogę za prawdziwe bądź zmyślone wykroczenia i tak oto wykończyliby interes Moraya.

Czterej członkowie załogi odstawili więc kapitana na brzeg szalupą – zwinną płaskodenną łodzią używaną do polowań i wycieczek. Gdy przybili do świeżo zbudowanego nabrzeża, Moray przypomniał sobie, że jeszcze niedawno ta wyspa była nietknięta ludzką ręką, a na brzegach foki zalegały tak gęsto, że ledwo dostrzegał kamieniste plaże pod ich tłustymi brzuchami. Teraz na skałach pozostały jedynie czaszki fok, objedzone przez petrele, oraz fabryka tłuszczu produkująca olej w cenie pięćdziesięciu centów za galon i dym, od którego zbierało się na mdłości, a który przeganiały tylko najsilniejsze wichury. Stały tam też rozklekotane baraki dla robotników – ludzkie kolonie zastawione pryczami i poprzecinane sznurami do suszenia skarpet ze zgrzebnej wełny. Za tymi sypialniami znajdowały się szpital oraz prymitywna drewniana kaplica z krzyżem z wyrzuconego na brzeg drewna.

Podchodząc do rezydencji sędziego, Moray zauważył niepasujący tu płot ze sztachet, otaczający ogród, gdzie z czarnej ziemi wyrastały kępy traw. Żona sędziego nienawidziła tej wyspy, więc próbowała przekształcić ich dom w coś, co można zobaczyć na brytyjskiej wsi. Na pociechę sprowadziła króliki, ale zżarły je szczury ze statków. Zasadziła polne kwiaty, lecz zabiły je rozbryzgi morskiej soli. W obawie przed rozpustnymi łowcami fok sędzia kazał jej nosić rewolwer Beaumont–Adams, gdy tylko wychodziła poza płot – i to nie ukryty pod ubraniem, lecz na widoku, w zaciśniętej garści. Z tego, co wiedział Moray, wystrzeliła tylko raz, za to celnie.

Drzwi otworzył lokaj, także sprowadzony z Wielkiej Brytanii; z jego twarzy nie schodził grymas świadczący o tym, że i on nie czuje się tu dobrze. Moray zdjął wysokie skórzane buty, włożył jedwabne laczki z Savile Row i przeszedł za mężczyzną do salonu, który urządzono modnymi meblami z mahoniu pozyskanego z wykarczowanych karaibskich lasów; na ścianach wisiały sielskie olejne pejzaże angielskiej wsi. Na kominku trzaskał ogień, a ponieważ zaciągnięte kotary zasłaniały ponurą rzeczywistość na dworze, była to marna namiastka okazałej bawialni.

Wszedł sędzia pokoju i przyjął butelkę château margaux, którą kapitan przywiózł mu w prezencie. Nawet nie raczył podziękować. Na kolację podano ozór słonia morskiego z wody, pokrojony w trójkąty, a do tego gotowane na parze warzywa morskie. Nie użyto żadnych importowanych zapasów sędziego. Moray nie poczuł się urażony, choć miało go to obrazić. W hierarchii zawodów morskich poławiacze fok stali na samym dole, dużo niżej niż marynarze Jego Królewskiej Mości czy kupcy, a nawet rybacy dalekomorscy i wielorybnicy. Nigdy nie pisano o poławiaczach fok, ponieważ było to wstydliwe zajęcie. Na tych dalekich wodach również obowiązywał system klasowy, jak gdyby nigdzie na ziemi nie było miejsca, gdzie jeszcze się nie zakorzenił. Moray czym prędzej skierował rozmowę na interesy.

– Przyjechałem, żeby zapytać, czy mam jakieś nieuregulowane opłaty.

Zazwyczaj sędzia chętnie omówiłby wysokość łapówki, dziś jednak te szczegóły najwyraźniej go nie obchodziły. Zapytał kapitana o co innego.

– Słyszałem, że to pański ostatni rok. Podobno upatrzył pan sobie dom przy Cavendish Square. Czyżby to była prawda?

Moray odkroił kawałeczek ozora słonia morskiego i przeżuwał go w zamyśleniu. To była prawda. Z winy niezdyscyplinowanych załóg wybijających szczenięta oraz ciężarne samice foki niemal już wyginęły. Niegdyś nieprzebrane zasoby wyspy dawno się skurczyły. Branża nie przetrwa kolejnych pięciu lat. A winę ponosił sędzia pokoju. Zamiast wprowadzać zmiany prawne, wolał brać łapówki. Ale jeśli poławianie fok się załamie, to nawet dalekie położenie wyspy nie uratuje tego człowieka przed śledztwem urzędników z Londynu.

– Ta wyspa jest skończona, panie sędzio. Zrujnowaliśmy ją.

– Ruiny to tylko koniec jednej możliwości i początek następnej.

Sędzia zaklaskał i wszedł lokaj. Moray oparł się na krześle, zaskoczony podaniem wina, które przywiózł sędziemu w prezencie – z takim przejawem szczodrości jeszcze się tu nie spotkał.

– W zeszłym tygodniu widziałem ekipę poławiaczy przy klifach nad Cumberland Bay. Osaczyli samice słonia morskiego i ich szczeniaki, tak że nie miały gdzie uciec. Zabijali je bez pośpiechu, a te, które próbowały ucieczki, walili pałkami i zaganiali z powrotem. Jedna samica w rozpaczy zdołała się wyrwać i rzucić z urwiska… runęła trzydzieści metrów, odbiła się od podłoża, ale przeżyła i niezdarnie wpadła do wody. Żeby uniknąć masakry, w jej ślady poszła następna, i kolejna, aż cała kolonia skoczyła z klifu. Wiele z nich nie przeżyło upadku, choć niektóre ocalały, bo spadły na tę tłustą masę. Szczeniaki poszły za matkami, ale były za małe i żaden nie przeżył.

Sędzia pokoju popijał wino, przyglądając się Morayowi.

– Wyobraża pan sobie, że londyńska socjeta będzie postrzegała pana jako dżentelmena, za którego próbuje pan uchodzić? – powiedział w końcu. – Że będą zapraszać pana do domu albo zabiegać o pańskie towarzystwo? Rzecz jasna, będzie pan kłamał na temat swojej przeszłości. Będzie pan opowiadał, że pływał po oceanach jako kupiec handlujący drogimi przyprawami. Będzie pan mówił o szafranie i cynamonie. Będzie pan nosił szykowne stroje i obwieszał ściany dziełami sztuki. Ale wyczują bijący od pana smród zwierzęcego tłuszczu, a pod pańskimi paznokciami dostrzegą podłość. W ich oczach będzie pan rzeźnikiem. Dzikusem w jedwabnej koszuli.

Moray zastanowił się nad słowami sędziego.

– Niewykluczone – przyznał. – Ale foki zniknęły, panie sędzio. Wkrótce jedynym fachem będzie wyrywanie kłów z czaszek słoni morskich i szlifowanie ich dla jubilerów. A to nie jest zajęcie dla mężczyzny. Nawet dzikusa.

Sędzia był o krok przed nim.

– Na południe, Moray. Musi pan się zapuścić na południe, w ten bezmiar lodu… Na niezbadany kontynent, pełen nieodkrytych stworzeń i niewyobrażalnych bogactw, do których nikt się jeszcze nie dobrał.

Położył na stole teczkę z rysunkami przedstawiającymi niezwykłe stwory dostrzeżone na niezbadanym lodzie. Były tam rogate jak jednorożec foki – morska kość słoniowa. Był mors z mieniącym się srebrnym futrem. Były ptaki o piórach tak pięknych, że zabiegałyby o nie najświetniejsze paryskie domy mody.

– Ten lód jest nie do przebycia.

– Wcale nie, są tam przesmyki, a pan je znajdzie. To niebezpieczne, ale ryzyko się opłaci.

– A pan?

– Ja zapewnię panu ochronę. Na tej wyspie będzie pan miał swoją bazę. Będzie pan jadał przy tym stole. W Londynie nie może pan być dżentelmenem, ale tutaj i owszem. Będzie pan kimś ważnym i szanowanym. W Anglii nigdy pan tego nie osiągnie. Moray, my nie możemy wrócić. Nie mamy powrotu. Ta wyspa nas napiętnowała. Więc czy nam się to podoba, czy nie, nasze miejsce jest tutaj.

Wrócił lokaj. Na tacy niósł desery – egipskie daktyle, miód z kwiatów lawendy, ciemną czekoladę i śmietanę zaprawioną koniakiem. Wkrótce Moray był upojony marzeniami o zimnych stworach mających kły z poskręcanej masy perłowej i miękką jak śnieg skórę.

A sędzia, przez zabarwione portweinem zęby, zagrzmiał:

– Lód, kapitanie! Musimy splądrować lód!

Piętnaście lat temu Antarktyda stacja Mcmurdo

Nowo przybyłych na Stację McMurdo Doug Reynolds tradycyjnie raczył mądrościami w rodzaju: „Na Antarktydzie trudno się żyje, ale nie z powodu mrozu, tylko ludzi”.

Jako weteran, który żył tutaj od ośmiu lat, napawał się osłupieniem, w jakie wprawiało to stwierdzenie. Przecież Antarktyda była najzimniejszym, najbardziej wietrznym i wrogim kontynentem na Ziemi. Sugestia, że najgorszą stroną życia na nim są ludzie, wydawała się absurdalna. Przede wszystkim nie było ich tu zbyt wielu. Latem na Stacji McMurdo przebywało tysiąc osób – naukowcy i personel pomocniczy; zimą ich liczba spadała do niecałych dwustu. Mało tego, ta praca była niezwykle prestiżowa – przysyłano tu najlepszych fachowców w danej dziedzinie, wybranych po silnie obsadzonym konkursie przez Program Antarktyczny Stanów Zjednoczonych. W teorii byli to najbardziej zrównoważeni ludzie, których zebrano w jednym miejscu, i wszyscy przeszli gruntowną ocenę zdrowia psychicznego, obejmującą odpowiedzi na takie oto pytania:

Czy kiedykolwiek byłeś w depresji klinicznej?

Czy kiedykolwiek nadużywałeś alkoholu albo środków odurzających?

Czy kiedykolwiek przejawiałeś skłonności do przemocy?

Psychiatrzy dokonujący oceny poszli dalej, zadając pytania w rodzaju:

Jakie teorie spiskowe cię interesują?

Czy kiedykolwiek zezłościłeś się podczas seksu?

Widząc roześmianych ludzi, pytasz, co ich rozbawiło, ale śmieją się tak, że nie są w stanie odpowiedzieć. Co czujesz w tej sytuacji?

Doug wiedział, że bez względu na to, ilu ekspertów uzna, że nadajemy się do życia na lodzie, nie będziemy tego pewni, dopóki się tu nie zjawimy. Ten kontynent zmieniał ludzi. Nawet mądrzy, stateczni i przyzwoici tracili rozum i żadne badania nie mogły przewidzieć, komu najszybciej puszczą nerwy. Mimo to po ośmiu udanych latach nie sądził, że przyjdzie kolej na niego.

Zakwaterowany w Budynku 201, codziennie budził się o szóstej rano – nawet w dni wolne, żeby nie łamać ustalonej rutyny. Pod prysznicem spędzał nie więcej niż dwie minuty, ze stoperem w ręce, by oszczędzać cenne zapasy wody uzyskiwanej na miejscu w paliwożernym procesie odwróconej osmozy. Przed kilku laty kobieta badająca nieodkryte jak dotąd bakterie żyjące głęboko pod powierzchnią zamarzniętych jezior, jeden z najtęższych umysłów w McMurdo, zaczęła brać coraz dłuższe prysznice: trzy minuty przeszły w pięć, pięć przeszło w dziesięć, aż w końcu jej zatroskana współlokatorka zgłosiła to władzom. A kiedy delikatnie zapytano ją o długość kąpieli, wpadła w szał, nazwała współlokatorkę zdrajczynią i zagroziła, że spali jej dobytek, który, jak mówiła, zajmuje w ich ciasnym pokoju dużo więcej miejsca niż jej rzeczy. Wykrzyczała, że odkrywa nowe formy życia, więc może brać prysznic tak długo, jak zechce. W rezultacie zaaplikowano jej środki uspokajające, zamknięto ją w izolatce i pierwszym lotem medycznym odesłano z kontynentu.

Doug spojrzał na stoper przypięty do plastikowej półeczki na mydło i zobaczył, że dzisiejszy prysznic trwał minutę i pięćdziesiąt pięć sekund. Oświadczył więc donośnym, spokojnym głosem, jakby występował w reklamie społecznej:

– Czas zakręcić wodę.

Jego ręce ani drgnęły. Nie zrobił tego w porę. Dwie minuty jedenaście, dwanaście, trzynaście. Oparł głowę o ścianę, woda spływała mu z nosa i ust.

– Zakręć wodę, Doug. Weź się w garść i wyłącz wodę.

Dwie minuty dwadzieścia, dwie minuty dwadzieścia jeden… Teraz jego głos brzmiał jak błaganie kochanka o drugą szansę.

– Proszę, wyłącz wodę. Proszę cię…

Dwie minuty trzydzieści. Dwie minuty czterdzieści.

– Wyłącz tę wodę, ale już! – krzyknął.

Jednym ruchem nadgarstka zakręcił kurek i stał zdyszany, ociekając wodą i patrząc na stoper. Po raz pierwszy od ośmiu lat złamał swoje zasady.

Wbrew jednej ze swoich mądrości – że nawet małe ubytki zdrowego rozsądku zawsze zapowiadają dużo większe – ubrał się i wmawiając sobie, że nie dzieje się nic złego, włożył kurtkę z puchu gęsiego z kapturem, po czym ruszył do Budynku 155, gdzie serwowano śniadanie. Wszedł do kuchni, by sprawdzić, co oferuje samoobsługowy bufet. Zimą wybór rzadko się zmieniał, nie było świeżych ziół, owoców ani warzyw. Patrząc na jajecznicę usmażoną ze sproszkowanej mieszanki, nie potrafił oderwać oczu od jej nienaturalnie żółtego koloru. Nie mógł się dłużej wzbraniać przed myślą, że coś jest nie tak. A raczej ktoś – konkretnie nowo przybyły facet, którego wołali Zack.

Zack, Nowozelandczyk, wchodził w skład ich ekipy ratunkowej. W powszechnym mniemaniu był niezwykle miły, równie uprzejmy jak przystojny i równie czarujący jak silny. Gdyby stacja organizowała konkurs popularności, nie dość, że by go wygrał, to jeszcze by się zdziwił. Doug przez lata starał się być bardziej sympatyczny. Zapewne nie kipiał energią i z pewnością nie grzeszył urodą, ale był interesujący i miły. Za wszelką cenę próbował pomóc nowo przybyłym przystosować się do życia na stacji. Pokazywał im zabawne cytaty z Poradnika dla uczestników programu antarktycznego, a oni wysyłali je potem mailem do przyjaciół i rodziny.

PORADNIK DLA UCZESTNIKÓW PROGRAMU ANTARKTYCZNEGO:

Pieniądze. Z powodu ograniczonej łączności satelitarnej na biegunie południowym nie ma bankomatów i nie działają karty płatnicze.

Te wysiłki nie zaowocowały jednak nawiązaniem bliższych stosunków. Jedynym partnerem Douga była praca. Żeby się do kogoś przystawiać, musiał być nieźle pijany. Tyle że nazajutrz zawsze dostawał kosza, a nawet jeśli do czegoś doszło, zbywano to jako nieistotne wygłupy z braku innych możliwości. Zawsze się zgadzał, przyznawał, że powinni pozostać jedynie przyjaciółmi. Odtrącenie nigdy nie stanowiło dla niego problemu, dopóki nie poznał Zacka. Znienawidził go. Było to bez sensu, ale nic na to nie mógł poradzić. Odetchnął głęboko i mruknął pod nosem:

– Chodzi o przełamanie lodów. Nie czujesz do niego nienawiści. Jego nie da się nienawidzić. Tego faceta wszyscy kochają.

Trzymając tacę ze śniadaniem, zajął miejsce przy wolnym stoliku w kącie sali; usiadł plecami do reszty, na znak, że tego dnia nie życzy sobie towarzystwa. Zaledwie skosztował jaskrawożółtego jajka z proszku, usłyszał czyjś głos:

– Mogę się przysiąść?

Zack. Jego zadaniem było wyczuwanie, kto akurat przeżywa problemy emocjonalne. Im bardziej ktoś się krył, tym łatwiej Zack potrafił go przejrzeć. Uśmiechnął się, siadając. Doug w pierwszym odruchu miał ochotę wyjść, ale ocenił, ile jedzenia zostało na talerzu. Dopiero co napoczął śniadanie; gdyby je zostawił, zwróciłby na siebie uwagę. W McMurdo nie znosili marnowania żywności. Posypałyby się pytania. Pisaliby raporty. Doug upomniał się w duchu:Bądź grzeczny. Powiedz coś miłego.

A tymczasem zapytał:

– Słyszałeś o locie dziewięćset jeden linii Air New Zealand?

Katastrofa lotu 901 była jedynym wypadkiem lotniczym na Antarktydzie. Szczątki samolotu nadal spoczywały na zboczach wulkanu Erebus położonego niedaleko bazy.

Pytanie zaskoczyło Zacka.

– O locie dziewięćset jeden?

– Samolot rozbił się o wulkan Erebus, zginęli wszyscy na pokładzie. To był lot widokowy na niskiej wysokości, wystartował w Christchurch i tam miał wrócić. Jesteś z Christchurch?

– Z Auckland.

– No więc wystartował z Christchurch, choć część pasażerów mogła być z Auckland. W każdym razie podczas lotu mogli się kręcić po pokładzie i robić zdjęcia. Niektóre aparaty fotograficzne ocalały. Powiedzieć ci, co było w tym najbardziej niesamowite? Po wypadku spece od katastrof lotniczych wywołali filmy. I wiesz, co odkryli? Że niebo było błękitne i bezchmurne, ani obłoczka w pobliżu. Więc jak to się stało, że samolot wbił się w zbocze góry, skoro nie miał awarii, a widoczność była doskonała? W raporcie powypadkowym napisano, że przyczyną katastrofy było „złudzenie optyczne występujące w warunkach polarnych”. A wyznawcy teorii spiskowych twierdzą, że samolot zderzył się z UFO. Ale prawdziwa przyczyna była zupełnie inna. Chcesz ją poznać?

Tak właśnie przełamywało się lody, bez dwóch zdań. Zack nie jadł, patrzył tylko na niego wielkimi, życzliwymi, pełnymi troski oczami.

– Co to za przyczyna?

– Ludzie.

– Ludzie?

– To ludzie rozbili ten samolot. Postradali rozumy. Może kapitan był oczarowany wulkanem. A może sądził, że patrzą na warstwę chmur, choć w rzeczywistości mieli przed sobą lód. Na Antarktydzie sposób, w jaki postrzegasz świat, a jaki ten świat jest naprawdę, to dwie różne rzeczy.

– To zawsze chyba się różni, nie sądzisz?

– Tak, ale tutaj ta różnica jest najbardziej widoczna.

– Ciekawa hipoteza.

– Smakują ci te jajka, Zack?

– Słucham?

– Jak ci smakują te sztuczne, jaskrawożółte jajka? Ich barwa jest niesamowita, przyznasz? Brakuje nam tu słońca, za to mamy jajka z proszku.

– Doug, dobrze się czujesz?

– Dlaczego miałbym się źle czuć? Moim zadaniem jest badanie gwiazd, a do tego nie ma lepszego miejsca na Ziemi. Stacja Amundsena–Scotta leży na płaskowyżu na poziomie prawie trzech tysięcy metrów nad poziomem morza, gdzie wiatry katabatyczne nie mają jeszcze siły, a niebo prawie nie zawiera wody… Więc jak możesz mnie pytać, czy dobrze się czuję, skoro mam taki widok na gwiazdy, jakbym je oglądał z kosmosu? Wiesz, co niedawno widziałem?

– Nie, Doug. Co widziałeś?

– Spadającą gwiazdę. Podróżowała po niebie i ni stąd, ni zowąd się zatrzymała… ta spadająca gwiazda zatrzymała się, skręciła o dziewięćdziesiąt stopni i dalej mknęła po niebie w zupełnie innym kierunku.

– Zmieniła kierunek?

– Spadająca gwiazda zmieniła kierunek. Widziałem to na własne oczy.

– Jak to możliwe?

– Ty mi powiedz, Zack. Ty mi powiedz.

– Nie wiem, Doug. Nie widziałem tego.

Doug wstał raptownie; odepchnął krzesło tak szybko, że Zack aż się wzdrygnął.

– Wybacz, mam dużo pracy. Nowe galaktyki czekają na odkrycie. Miłego dnia – powiedział, po czym odszedł od stołu, z dala od Zacka.

Od razu poczuł się lepiej. Ale gdy kucharz spojrzał na niego krzywo, wrócił na miejsce i zmiótł wszystko do czysta.

– Co się tak gapisz? To nawet nie są prawdziwe jajka.

Przy drzwiach poczuł, że ktoś kładzie mu rękę na ramieniu. Odwrócił się i ujrzał Zacka.

– Posiedź tu ze mną. Wiatr się wzmaga, za chwilę przejdzie w huragan kategorii drugiej.

– Nie możesz mnie karać za to, że wyjdę podczas huraganu.

– Kto mówi o karaniu? Ale może warto go przeczekać. Posiedź ze mną, napij się kawy. Nie musisz nic mówić. Poczekamy, aż wiatr zelżeje.

Pogodę dzielili na trzy klasy. Kategoria trzecia oznaczała normalne warunki pracy, bez ograniczeń w poruszaniu się; kategoria druga obejmowała wiatry o prędkości powyżej dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę; jeśli zaś wiatr przekraczał sto pięć kilometrów na godzinę, a temperatura odczuwalna spadała poniżej siedemdziesięciu stopni Celsjusza, mówiono o kategorii pierwszej, podczas której nikomu nie wolno było wychodzić na dwór, a tym bardziej opuszczać bazy. Zack, jako odpowiedzialny za bezpieczeństwo, miał prawo meldować o wszelkich ryzykownych zachowaniach. Kierownictwo bazy miało fioła na punkcie wypadków i dlatego pracownicy przeważnie nie zgłaszali się do lekarza z drobnymi skaleczeniami czy stłuczeniami, w obawie, że zapoczątkują proces oceny ryzyka i w rezultacie zostaną odesłani do domu, bo niegroźne obrażenia zostaną uznane za zwiastun poważnych kłopotów.

– Nie chce mi się z tobą przesiadywać, Zack. I nie mam ochoty na kawę. Chcę obserwować gwiazdy. Obserwacja gwiazd to moja praca, a nie mogę jej wykonywać, siedząc z tobą przy stole i udając, że jesteśmy przyjaciółmi, chociaż to nieprawda.

Nie czekając na odpowiedź, Doug otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Nawet nie skończył się ubierać, tylko ruszył pod silny wiatr, a niezapięte poły kurtki powiewały za jego plecami. Zack pewnie pójdzie za nim, pełen troski i współczucia. Na myśl o tym Doug puścił się biegiem. Wiatr świszczał tak głośno, że nie słyszało się własnych myśli. Ziąb ogarniał ręce i nogi, przenikał całe ciało. Z każdym krokiem Doug tracił siły. Zatrzymał się i opadł na kolana. Pogodził się z prawdą – po ośmiu latach przyszła kolej na niego.

Powoli wstał i mozolnie ruszył w inną stronę, do szpitala. Gdyby wszedł do środka i wyznał im prawdę, wszyscy by mu współczuli – nikomu nie zrobił krzywdy. Wiedział jednak, że szaleństwo będzie się pogłębiało i w końcu ktoś ucierpi, najprawdopodobniej on. Gdyby wyjaśnił sytuację, zabroniliby mu pracować, uśpili go i pilnowali aż do przylotu samolotu medycznego. Jedno nie ulegało wątpliwości – już nigdy nie wróci na Stację Amundsena–Scotta. Jego kariera na lodzie była skończona. Skończone było jego życie na Antarktydzie. Otworzył drzwi do szpitala i oświadczył:

– Zimno mi.

Część druga WSPÓŁCZEŚNIE

Dostępne w wersji pełnej

Część trzecia DWADZIEŚCIA LAT PÓŹNIEJ

Dostępne w wersji pełnej

Część czwarta DWADZIEŚCIA LAT WCZEŚNIEJ

Dostępne w wersji pełnej

Część piąta DWADZIEŚCIA LAT PÓŹNIEJ

Dostępne w wersji pełnej

Część szósta HISTORIA SONG FU

Dostępne w wersji pełnej

Część siódma DWADZIEŚCIA LAT PÓŹNIEJ

Dostępne w wersji pełnej

Część ósma BUNT W MIEŚCIE NADZIEI

Dostępne w wersji pełnej

Część dziewiąta PROCES JOTAMA PENZAKA

Dostępne w wersji pełnej

Część dziesiąta TYDZIEŃ PÓŹNIEJ

Dostępne w wersji pełnej

Epilog DWA MIESIĄCE PÓŹNIEJ

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej