Wydawca: Sine Qua Non Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2018

Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne ebook

Aneta Jadowska  

4.52554744525547 (137)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 423 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne - Aneta Jadowska

Najpyszniejsze opowiadania tej zimy!

Świąteczny koniec roku, okres od Halloween do sylwestra. Magiczny czas między dynią a jemiołą.
Dora Wilk, Nikita, Witkacy, Karma, Malina, Roman, Baal i inni przybywają z nowymi historiami. Burzliwe przygody i ciepłe opowieści to wszystko, czego trzeba, by przegonić zimową chandrę.
Słodkie i ostre, romantyczne i całkowicie nieprzewidywalne. Opowiadania ze świata Thornu są jak czekoladki w doskonale skomponowanej bombonierce. Nie poprzestaniesz na jednym.

 

Jedno opowiadanie – tyle wystarczy, by rozbudzić w czytelniku ciekawość, którą można by wybrukować bezdroża piekieł. Jedno opowiadanie – to aż nadto, byś pokochał Koźlaczki, Nikitę lub Dorę miłością prawdziwą, bezgraniczną i bezwarunkową. Między dynią a jemiołą dzieją się prawdziwe cuda. To książka, która bawi, zachwyca, wzrusza. Panie i panowie! Przed wami Aneta Jadowska w upiornie dobrej formie!
Aleksandra Szwed

Opinie o ebooku Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne - Aneta Jadowska

Fragment ebooka Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne - Aneta Jadowska

Byłam przygotowana. Po południu sprawdziłam kręgi ochronne, zasieki, pułapki, wnyki. Mój dom zwykle był twierdzą, ale o tej porze roku wzmacniałam wszystkie zabezpieczenia. Testowałam też nowe pomysły.

W oczach innych mieszkańców byłam potworem, straszakiem na dzieci, Cieniem z paskudną reputacją, który z jakiegoś powodu kupił sobie dom przy ich ulicy, dotąd takiej miłej i spokojnej… Tak jakby ulice w Warsie były miłe i spokojne. Nie pasowałam do wiedźm, wielodzietnych rodzin, małych piekarni, kwiaciarni, sklepików z rzemiosłem, eliksirami płodności i syropem na kaszel.

Mieli jednak pecha – jednopiętrowy dom przy Kasztanowej po prostu mi się spodobał i nie zamierzałam z niego zrezygnować dla ich psychicznego komfortu. Nie w tym życiu.

Zwykle mieszkańcy trzymali dystans. Wystarczyło, że kilka razy pojawiłam się pokrwawiona, obwieszona bronią, z truchłem przywiązanym do samochodu. Rzecz w tym, że aby dostać nagrodę za niektóre stworzenia, musiałam zawieźć zwłoki do utylizacji, by nie ożyły. (Zasadę wprowadzono po tym, jak jakiś Cień co tydzień otrzymywał gratyfikację za ghula, którego różne części ciała przedstawiał jako kolejne dowody pomyślnych łowów). Martwego ghula musisz spalić, inaczej może mu odrosnąć prawie wszystko.

Nabrano do mnie szacunku po pierwszej solidnej czkawce – skoku magii, który nieprzygotowanych zamieniał w potwory. Jeśli twój krąg ochronny nie przetrwał albo czkawka złapała cię z zaskoczenia, było po tobie, przyjacielu. W ułamku chwili stawałeś się łaknącym krwi potworem. Czasami czymś znanym, jak wilkołak czy wąpierz, a czasami po prostu stworzeniem z koszmarów. Jedyna cecha wspólna polegała na tym, że po przemianie czułeś nieodpartą potrzebę zamienienia bliskich w takie same monstra albo żądzę ich zagryzienia. Zmiany były nieodwracalne.

Po pierwszej większej czkawce w sąsiedztwie wyszłam z domu uzbrojona po zęby. Byłam akurat wkurzona na matkę (znowu), więc potrzebowałam spuścić nieco adrenaliny i szukałam zwady. Od świtu do południa uporałam się ze wszystkim, co po skoku magii wypełzło na ulicę. Stosy ciał zostawiłam służbom miejskim obok kontenerów na śmieci, ale wcześniej zgromadziłam portfele i dokumenty zabitych potworów. No i wysłałam ich krewnym mieszkającym po sąsiedzku rachunki za usługi. Brzmi bezwzględnie, ale dałam im rabat. Całe dwadzieścia procent sąsiedzkiego upustu. Wszyscy oni wiedzieli, że uratowałam im życie, a to byli w stanie uszanować, nawet jeśli nie kosiłam trawnika do przepisowych trzydziestu milimetrów wysokości. Pieprzyć równy trawnik, lubiłam, jak długie źdźbła trawy muskały stopy, jeśli miałam ochotę przejść się po niej na bosaka. Nie, żebym często znajdowała na to czas, ale była to kolejna potencjalnie miła rzecz, z której nie planowałam rezygnować dla czyjegoś dobrego samopoczucia.

Ta zasada ostrożnego dystansu i szacunku przestawała obowiązywać na dwa dni w roku. Wtedy cała moja reputacja i zabezpieczenia działały na wszystkich jak miód na niedźwiedzie. A mój dom stawał się pokusą nie do odparcia.

Szturm zaczynał się, gdy tylko zaszło słońce. Tak było i tym razem.

Na monitorach systemu ochrony próbowałam policzyć napastników. Dwudziestu, może dwudziestu dwóch. Niektórzy byli ruchliwi jak pchły, więc cholernie trudno było ustalić, ilu dokładnie ich jest.

Wyjadając łyżeczką lody z litrowego pojemnika, obserwowałam ekrany. Liczyłam przebłyski energii, gdy któryś ze szturmujących został porażony przez najdalszy krąg ochronny. Poczułam szarpnięcie, gdy któremuś udało się sforsować tę barierę. Skubaniec musiał mieć bardzo grubą skórę i twardą czaszkę, bo zanim padł zemdlony, zrobił jeszcze jeden krok. Kolejny przeszedł przez zaporę w tym samym, osłabionym przez poprzednika miejscu. Tylko po to, by wpaść w głęboki na dwa metry wilczy dół. Następny próbował szczęścia w tym samym punkcie kręgu.

Dwie jasne plamy, powiewające luźnymi bandażami, wspięły się na drzewo stojące na granicy mojej posesji. Naiwniaki sądziły, że przegapiłam tak oczywistą lukę. Przesuwały się powoli i ostrożnie wzdłuż najgrubszej gałęzi, licząc, że jej koniec będzie po drugiej stronie kręgu ochronnego. Zsunęły się, zakołysały, uwieszone dłońmi na chropowatym konarze, po czym opadły wprost w pułapkę. Miotały się pół metra nad ziemią, nie będąc w stanie wyzwolić się od pola energetycznego. Zaśmiałam się zimno i zrobiłam zbliżenie kamerą, by zatrzymać kilka klatek. Zrobię odbitki i wyślę matkom tych bęcwałów, bo wyglądali wyjątkowo głupio.

Zdekoncentrowałam się i prawie umknęło mi trzech cwaniaczków, którzy właśnie szturmowali drugi krąg. Wstałam zza monitora, sięgnęłam po Zębuszkę i podeszłam do okna. Otworzyłam je, wsparłam lufę na kracie po zewnętrznej stronie, po czym oddałam trzy strzały. Bez ostrzegawczych. Przecież doskonale wiedzieli, co robią. Usłyszałam krzyk bólu i wściekłości, dzikie prychanie przeobrażonego kota. Uśmiechnęłam się, widząc, że się wycofują. Kolejny wrzask przeszył wczesnowieczorną ciszę, gdy skurczybyk, który próbował się przedostać pod kręgiem, odkrył, że jest on nie tylko wkopany naprawdę głęboko, ale i ma w sobie srebro. Wilki nie przepadają za srebrem. Ojej, jakże mi przykro. Strzeliłam do wypełzającego z podkopu typka, mierząc w wypięty zadek. Uciekał na czterech łapach.

Zadzwonił telefon. Oddałam jeszcze dwa strzały, zanim poszłam do kuchni odebrać.

– Nikito – usłyszałam chłodny głos, który z trudem rozpoznałam. – Czy ty właśnie strzelasz do moich dzieci?

Sąsiadka.

– A to twoje dzieci próbują się włamać do mojego domu? – spytałam.

– Nikito. Jest Halloween. Cukierek albo psikus nie zakłada użycia broni palnej.

– Wybrałam psikus. Cukierki zjem sama.

– Ale to one mają robić psikusy. Wiesz, owinąć ci motocykl papierem toaletowym, wymalować klamki pastą do zębów, napisać na chodniku złośliwy wierszyk…

– No widzisz, a zamiast tego wykopały dwumetrowy dół w moim trawniku, lazły po moim drzewie, uszkodziły część osłon…

– Postawiłaś dynię na ganku.

– I co z tego? – Nie rozumiałam.

– To znaczy, że zapraszasz dzieci na cukierki.

– Bzdura. To znaczy, że lubię dynie. I Halloween. Ale nie, że lubię dzieci albo że chcę się z nimi dzielić cukierkami.

– Nie strzelaj do moich dzieci, bo pożałujesz.

Westchnęłam. Była wiedźmą powietrza, żoną zmiennokształtnego. Była też w ciąży. Spełniała trzy podstawowe wskazania niepoczytalności i niestabilności. Dałabym jej radę, ale za chwilę miałabym na głowie cały jej klan i nici ze spokojnego wieczoru.

– To gumowa amunicja. Z zaklęciem swędzącym. Nie zrobi im poważnej krzywdy. Ale będą się drapać, jakby mieli pchły.

– To wcale nie jest śmieszne – powiedziała, ale usłyszałam nutki rozbawienia w jej głosie.

– Właściwie to jest.

– Stuknięta suka – dobiegło mnie ze słuchawki, zanim ta uderzyła o widełki.

Wróciłam do okna, ciekawa, co zrobi moja sąsiadka. Wyszła na ganek przysadzistego domku i zawołała swoją hałastrę.

– Jeśli jeszcze nie załapaliście, że nie jesteście tam mile widziani, uwierzcie mi na słowo. Albo idziecie dalej, albo wracacie do domu! – wrzasnęła.

Markotne i pokonane dzieciaki porzuciły plan podbicia mojej fortecy i szurając nogami, oddalały się, by podręczyć kolejnych sąsiadów. Niektóre drapały się jak szalone. Mali pchlarze.

Większość była zmiennokształtna, część kotowata, jak rysie z domu obok, ale co roku przyprowadzały licznych kolegów, zmiennokształtnych, magów, wiedźmy. Niech was nie zwiedzie ich młody wiek. Tacy są groźniejsi, napędzani hormonami, niestabilni, i gdy takiego zabijesz, wszyscy nagle wytykają cię palcami.

Sprawdziłam na monitorach okolice domu. Cisza, spokój, bez intruzów. Bardzo dobrze.

Nadszedł czas na tę przyjemniejszą część wieczoru.

Stosik DVD czekał na maraton. Dwie miski czekoladek, batoników i ciastek, wiaderko popcornu, litrowe opakowanie lodów, waniliowo-czekoladowo-truskawkowych – moja dekadencka kolacja. Przebrałam się w miękką piżamę i ciepłe skarpetki, owinęłam się kocem i byłam gotowa nagrodzić się za wygraną w corocznym starciu halloweenowym.

W połowie odcinkaSherlocka usłyszałam podejrzany szelest. Wcisnęłam na pilocie pauzę i nasłuchiwałam. Bez wątpienia nie przesłyszałam się. Ktoś naciskał właśnie klamkę tylnych drzwi. Odrzuciłam koc naprawdę wkurzona. Coś się przedarło przez wszystkie moje osłony! I przerwało mi oglądanie Sherlocka!

Nabuzowana wściekłością ruszyłam przez pokój.

Stał w korytarzu. Miał nie więcej niż metr wysokości. Ledwie go było widać spod dużej, doszczętnie zakrwawionej wojskowej kurtki. Mojej kurtki. O bogowie kudłaci.

Wychylił nos spod kołnierza i powiedział głosem trochę wystraszonego, ale wciąż bardzo z siebie zadowolonego dzieciaka:

– Cukierek albo psikus.

Próbowałam schować glocka za gumkę od piżamy, ale nie była w stanie utrzymać takiego ciężaru. Ze zbolałym westchnieniem przeszłam kilka metrów i odłożyłam go na kuchennym stole.

Mały ryś człapał za mną. Jego stopy tonęły w za dużych o kilka numerów trampkach, sztywnych od krwi i mocno zniszczonych. Wiedziałam bez oglądania ich z bliska, że to moje trampki. Wyrzuciłam je może trzy miesiące temu, wiedząc, że nie zdołam ich doprać. Krew, która wsiąkła w tkaninę, częściowo pochodziła od wilkołaka, którego upolowałam po czkawce, ale całkiem spora ilość należała do mnie. Zanim go dopadłam, rozharatał mi łydkę, i gdy dotarłam do domu, krew chlupała mi w bucie.

Wojskową kurtkę wyrzuciłam jakieś sześć tygodni temu. Krew na rękawie i plecach była moja: pamiątka po ciężkiej wyprawie do Sawy. Cieszyłam się, że wyszłam stamtąd żywa i że jestem potworem w wystarczającym stopniu, by się wykurować z obrażeń, które zadało mi coś zębatego, pazurzastego i przeklętego. Spędziłam kilkanaście godzin w leczniczej kąpieli, zanim wygoiły się wszystkie rany, więc krwi na tkaninie było naprawdę sporo.

Podeszłam do dzieciaka i zdjęłam z niego kurtkę. Pod spodem miał kostium Spider-Mana, niebiesko-czerwony kombinezon z lycry, trochę za luźny na jego drobne ciało. Złapałam go pod pachami i wyciągnęłam z trampek. Nawet w grubych wełnianych skarpetkach jego stopy miały rozmiar góra 24, więc gdy uniosłam małego, moje buty o numerze 39, mimo że były zasznurowane, zostały na podłodze.

Postawiłam chłopca na ziemi, a kurtkę i trampki wepchnęłam do worka na śmieci. Będę musiała zabezpieczyć kontener na odpadki. Skubaniec znalazł lukę w moim systemie ochrony.

– Sam na to wpadłeś? – zapytałam.

Energicznie pokiwał głową.

– Gdybym im powiedział, zabraliby mi pomysł i rzeczy… a to ja chciałem wygrać wyścig do cukierków.

– Skąd wiedziałeś, że mam cukierki?

– Widziałem, jak wnosiłaś zakupy. Zawsze masz bardzo dużo cukierków. I nie masz dzieci, które je zjadają.

– Sama zjadam moje słodycze.

– Suuuper! – powiedział z podziwem w głosie.

Dorosłość na długo będzie mu się kojarzyć z tym, że nie trzeba się dzielić słodyczami. Miał czterech starszych braci, pewnie niełatwo było obronić cokolwiek słodkiego przed ich wiecznie głodnymi pyszczkami. Nie znałam tego z doświadczenia, ale umiałam sobie wyobrazić, jak to jest.

Wróciłam na kanapę, wiedząc, że przyjdzie za mną.

– Jak wpadłeś na to rozwiązanie? – zapytałam.

– Mama mówiła, że masz bardzo silne osłony. I że jestem za słaby, żeby je przerwać. No to pomyślałem, że muszę je przechytrzyć. Tak, żeby uznały, że to ty, nie ja. Jestem bardzo mały, a moja sygnatura jest lekka, więc mogłem się ukryć pod twoją. Tylko musiałem mieć coś, co ją nosi.

– I pilnowałeś śmietnika?

– Rozglądałem się. Kiedy wracałaś bardzo pokrwawiona, czekałem, aż wyrzucisz śmieci. Ale zwykle to wcale nie była twoja krew. Dopiero trampki i kurtka…

– Ile ty właściwie masz lat?

– Prawie sześć.

Popatrzyłam na niego uważnie. Nie wyglądał. Rysie w ludzkiej formie zwykle są drobne, ale nie aż tak. Rozwijają się bardzo szybko, szybciej niż ludzkie dzieci. Są bardziej samodzielne, silniejsze i inteligentniejsze. Gdyby w dzieciństwie zostały sierotami, dałyby sobie radę, w ludzkiej czy zwierzęcej formie. Ale ten gagatek nie miał sześciu lat.

Pękł pod moim spojrzeniem.

– Cztery. I pół.

No ładnie. Moje luksusowe, skomplikowane, czasochłonne i napakowane magią osłony pokonał czterolatek. Niech to szlag. Przesunęłam w jego stronę miskę z czekoladkami. Zasłużył sobie. Łakomstwo walczyło z ostrożnością całą minutę. Pełną garść szeleszczących sreberkami czekoladek wepchnął do kieszeni w kombinezonie. Jest bardzo konkretny powód, dla którego strój Spider-Mana zwykle nie ma kieszeni. Z trudem powstrzymałam uśmiech. Nie mogłam skurczybyka przesadnie ośmielać.

– Mogę jeszcze? – zapytał cicho.

– Tylko się nie porzygaj, nie będę po tobie sprzątać. Nie wiem, czy koty nie reagują na czekoladę tak jak psy.

– Rysie mogą jeść czekoladę. I lody też – dodał.

Wstałam z kanapy i poszłam do kuchni po dodatkową łyżeczkę. Akurat w samą porę, by odebrać telefon, który nagle się rozdzwonił.

– Czy on żyje? – zapytała sąsiadka.

– Kto?

– Mój syn! – krzyknęła. – Nie ma go w pokoju. Nie poszedł z braćmi. Zrobiłaś mu coś?

– Możesz go opisać? – droczyłam się.

– Cztery lata. Kombinezon Spider-Mana. Rude włosy. Huncwot.

– A tak. Jest tu.

– Przyjdę po niego… Jeśli krwawi, na boginię, opatrz go, dzieci mają bardzo mało krwi…

Podroczyłabym się z nią jeszcze, ale była półprzytomna z przerażenia. I… poczułam ucisk w gardle. To musi być miłe mieć matkę, która tak się o ciebie martwi, że jest gotowa iść po ciebie w środku nocy do domu płatnego zabójcy. Poza tym była w zaawansowanej ciąży. Pod wpływem stresu mogła zacząć rodzić na moim ganku, a to zupełnie pokrzyżowałoby mi plan spędzenia spokojnego i relaksującego wieczoru.

– Uspokój się – powiedziałam. – Dzieciak przeżywa przygodę życia. Jedyne, co mu grozi, to niestrawność po całej tej czekoladzie, którą w siebie wpakował w czasie naszej rozmowy.

Odetchnęła głośno i zaczęła szlochać.

– Mówisz prawdę? Nic mu nie jest? – wyjąkała.

– Mały, jak masz na imię? – krzyknęłam głośno.

– Michał! – zawołał z pokoju.

– Słyszałaś? Michał ma się świetnie – zapewniłam. – Odstawię go za godzinę, jak skończymy oglądać Sherlocka.

– Czy to nie jest zbyt brutalny serial dla niego?

Prychnęłam.

– Pomyśl, u kogo go ogląda. Chyba da sobie radę z BBC, nie sądzisz?

– Fakt – powiedziała i usłyszałam, że się uśmiecha.

Odłożyłam słuchawkę i z łyżeczką do lodów wróciłam do pokoju.

Przewinęłam piętnaście minut filmu, które zdołałam obejrzeć, zanim ryś wdarł się do mojej twierdzy. Oglądaliśmy spokojnie, w ciszy. Co jakiś czas mały pytał o coś, czego nie rozumiał. Żyjąc w Warsie, nie wiedział, co to jest metro ani że mogą być tak wysokie wieżowce, że potrzebna jest winda. W naszym mieście nie było zbyt wiele budynków wyższych niż cztery piętra.

Kiedy odcinek się skończył, dochodziła dziesiąta. Ryś pochrapywał od kilku minut, nie dotrwał do rozwiązania sprawy.

Założyłam buty i kurtkę. Wzięłam dzieciaka na ręce. Owinął ramiona wokół mojej szyi jak boa dusiciel. Ważył tyle co nic.

Wyszłam tylnymi drzwiami na podwórko. Nie chciałam, by widział mnie ktoś z ulicy. Mała furtka łącząca posesje moją i sąsiadów, zwykle zamknięta kłódką wiszącą po ich stronie, teraz była uchylona. Kłódka leżała w trawie. Przeszłam przez trawnik i po schodkach weszłam na werandę.

Nim zdążyłam zapukać, drzwi się otwarły. Brzuch, brzuch, brzuch, a za nim ona. Blada, z rozszerzonymi niepokojem źrenicami.

– Śpi – szepnęłam.

Zaśmiała się i szybko zasłoniła usta dłonią.

– Daj, wezmę go – powiedziała i wyciągnęła ręce.

– I zaczniesz mi tu rodzić? Nie, dziękuję, wciąż mam dwa odcinki do obejrzenia dziś wieczorem. Zawołaj męża albo pokaż mi drogę do sypialni małego.

Zawahała się, ale przytrzymała drzwi, pozwalając mi wejść.

– W lewo – powiedziała cicho, wskazując drzwi z namalowaną na nich żółtą koparką.

Popchnęłam je stopą. W bladym świetle lampki nocnej odnalazłam łóżeczko z kolorową pościelą. Położyłam Michała. Dobrą minutę zajęło mi wyplątanie się z jego ciasnego uchwytu na szyi. Nie obudził się nawet na chwilę.

Wyszłam na korytarz, a potem na werandę. Wiedźma szła za mną, przytrzymując miękki szlafrok na wielkim brzuchu.

– Nie mów nikomu o tym, co się dziś zdarzyło – powiedziałam spokojnie. – Mam swoją reputację i nie chcę zabić was wszystkich tylko po to, by ją utrzymać.

– Słowa nie pisnę. Jak widać, w noc taką jak dziś dzieci przebierają się za potwory, a potwory znajdują w sobie okruch dziecka.

– Może – przyznałam. – Niewiele o tym wiem.

Słowa „dziecko” i „dzieci” brzmiały w jej ustach jak coś, co można utożsamić z bezpieczeństwem i szczęściem. W żaden sposób nie kojarzyło mi się to z moim dzieciństwem.

– Pilnuj go na przyszłość. Jest zbyt sprytny, by to mu wyszło na dobre.

Przytaknęła.

Kiedy schodziłam po schodkach, czułam na plecach jej spojrzenie.

– Cieniu – zawołała, gdy byłam w połowie długości trawnika.

Przystanęłam i odwróciłam się do niej.

– Przygotuj okiennice. Idzie duża czkawka. Jutro wieczorem, najpóźniej pojutrze rano. Dziewiątka, może więcej – dodała.

Była wiedźmą powietrza, a one czuły takie rzeczy. Przepowiadały pogodę za duże pieniądze.

– Dzięki. Zabezpieczę dom.

Wróciłam do siebie. Na kanapę, pod kocyk, do Sherlocka i resztki lodów. Magia powstrzymywała je przed rozpuszczeniem, ale nie przed zjedzeniem. Rysie mają niezły spust, gagatek wyjadł wszystkie czekoladowe i większość truskawkowych. Na szczęście waniliowe zostawił, bo inaczej mielibyśmy kosę na długo.

Ciszę nocy przerwały podekscytowane okrzyki przebierańców, którzy wracali do domu z łupami. Przez chwilę obawiałam się, czy dzisiejsza sytuacja nie odbije się na mojej opinii, ale potem machnęłam ręką.

Jeśli Halloween było świętem potworów, równie dobrze mogłam uznać, że to moje święto. Kto mi zabroni świętować po swojemu? Włączyłam kolejny odcinek Sherlocka i wsypałam do ust pół paczki drażetek czekoladowych. Cukrowe skorupki trzaskały głośno pod naporem zębów. Potwory też czasem potrzebują dnia wolnego.

Jeśli czegoś się nauczyłam w ostatnim tygodniu tego roku, to tego, że biurokracja jest w stanie wyssać z życia każdą przyjemność nie mniej skutecznie niż Roman krew z żyły dziewicy.

Nawet śmierć nie była bezpieczna – trup i tajemnica także traciły cały powab w konfrontacji z niezłomną machiną przepisów i papierologii.

Nauczyłam się też, że kiedy robię plany, bogowie chichoczą. A jeśli nie bogowie, to na pewno Roman, którego nie doceniałam. W rzeczywistości potrafi być większym dupkiem, niż sądziłam. Choć ma też swoje lepsze momenty.

A z wróżami i jasnowidzami rzeczywiście na dwoje babka wróżyła – mają rację, chyba że kompletnie jej nie mają.

Chciałabym powiedzieć, że dla tej lekcji było warto stracić wszystko, co zaplanowałam na koniec tego roku dla siebie i moich bliskich. Ale to byłoby kłamstwo.

Po prawdzie, były to być może jedne z najgorszych świąt w moim życiu. Jedne z tych, które przechodzą do anegdoty. To opowieść, która zaczyna się wkurzającym wampirem, płynnie przechodzi w mumię, a kończy się… Nie, jeszcze wam tego nie zdradzę. Pozwolę też zgadywać, czy ten wkurzający wampir i dobrze zakonserwowane zwłoki to ta sama osoba.

Posłuchajcie.

– Nienawidzę cię, Roman, szczerze i z całego serca.

– Moja droga Doro, zawsze łączyły nas silne emocje. Przejdzie ci. Przypomnisz sobie, dlaczego mnie uwielbiasz.

– Na twoim miejscu nie stawiałabym na to.

– Czy to nie ty trzy tygodnie temu zrobiłaś mi wykład, jak poważnie traktujesz swoją pracę i przepisy, w związku z czym nie możesz od nich odstąpić, choćbym cię błagał? Więc uznajmy, że teraz jesteśmy kwita.

Był z siebie zbyt zadowolony. Miałam ochotę go uderzyć. Zdekapitować. Zakopać w miejskim parku, łamiąc wszelkie przepisy sanitarne i te dotyczące pochówków.

Wiedziałam, że za postawienie mu się dostanę w dupę. Ale sam się prosił, rozkręcając całą tę szopkę z samowolą budowlaną… Pod osłoną nocy zaczął wyburzać szesnastowieczny budynek. Owszem, dom był w nie najlepszym stanie i wymagał remontu, ale przed wyburzeniem zabezpieczał go, przynajmniej na papierze, traktat o ochronie dziedzictwa kulturalnego Thornu. Niestety nie stanął on na drodze buldożerowi, sprowadzonemu przez Romana pod osłoną nocy. Za to nad ranem na drodze Romana stanął urzędnik, który zaprotestował na widok tak jawnego łamania zakazów. Wampirze książątko nie było w nastroju do dyskusji, więc zaatakowało urzędnika i niemal go osuszyło. Roman poszedł na całość w stylu lokalnego Janusza modernizacji. Uznał, że przepisy go nie obowiązują.

Działka była ekskluzywna, sąsiadowała bezpośrednio z budynkiem Starszyzny, w samym sercu Thornu, a Roman postanowił wybudować na niej centrum dialogu, co w rzeczywistości oznaczało nową siedzibę klubu dla wampirów. Dialogi miały się ograniczać do tych między krwiopijcami a krwiodajkami. Pozwolenia i przepisy były poniżej godności Romana.

Dopóki nie ucierpiał urzędnik, nie planowałam się w to mieszać. Było oczywiste, że chodzi o jakąś rozgrywkę i próbę sił między Romanem a Katarzyną i Klaudią, członkiniami Starszyzny, które miały własne plany wobec tej nieruchomości. Ale w chwili, gdy Roman napił się krwi człowieka, który nie był ochotniczym dawcą, stał się moim problemem jako Namiestniczki. Były na to paragrafy w kodeksie karnym i to ja byłam odpowiedzialna za ich egzekwowanie. Jednoosobowy oddział policji w Thornie musiał zareagować.

Wystawiłam mandat, zgłosiłam wykroczenie do wampirzego Konklawe i wnioskowałam o wstrzymanie budowy do czasu wyjaśnienia sprawy. Roman się wściekł. Od początku pogrywał sobie z pozostałymi członkami Starszyzny, a ja – co mi zaciekle wyrzucał – dałam im broń do ręki.

Pozycja Namiestniczki zmuszała mnie do uczestnictwa w wielu posiedzeniach Starszyzny, ale starałam się możliwie długo utrzymywać status Szwajcarii. Przywykłam też, że regularnie zarzuca mi się stronniczość, ilekroć moja opinia była nie w smak reszcie szacownego grona. Im dłużej z nimi obcowałam, tym bardziej byłam przekonana, że w Thornie przydałby się etat niani, która uczyłaby ich manier i dyscypliny. I na przykład wymierzała kary cielesne linijką. Nie popieram ich w stosunku do dzieci, ale wobec magicznych o archaicznym podejściu wydawały się niezłym pomysłem.

Więc zemsta Romana niespecjalnie mnie zaskoczyła. Jego perfidia już tak. Nie sądziłam, że potrafi być tak wredny. Zepsuł frajdę, na którą cieszyłam się od miesięcy.

To było dla mnie ciężkie pół roku. Połamałam kości w walce z demonami. Nic nowego, ale tym razem Jemioła postanowiła dać mi nauczkę. Jej zdaniem pakowałam się w takie sytuacje, wiedząc, że dzięki jej magii szybko się wyleczę, więc po ostatnim incydencie uznała, że ponosi częściową odpowiedzialność za to, co się stało. Rzuciła na mnie urok i zdrowiałam w absolutnie ludzkim tempie, ze wszystkimi konsekwencjami – bólem, operacją, śrubami w nodze, gipsem i wózkiem inwalidzkim. Po dwóch miesiącach, gdy kości stopy i kostki się zrosły, okazało się, że potrzebuję kilku tygodni intensywnej i bolesnej rehabilitacji. Nienawidziłam każdej minuty. Z bezczynności dostawałam ataków paniki. Wszyscy bliscy kwokowali mi bez opamiętania, przez co każdy dzień był dla mnie próbą cierpliwości.

Z nudów zajmowałam się czym popadło. Przeczytałam nawet wszystkie ustawy, kodeksy i regulaminy, które dotyczyły pracy Namiestnika, moich praw, obowiązków i uprawnień. Miałam dość tego, że członkowie Starszyzny ze mną pogrywają. Odkąd byłam na wózku, byli nawet bardziej upierdliwi, jakbym nosiła koszulkę z napisem „Jestem słaba, kopnij szczeniaczka”.

Ale miałam to już za sobą i starałam się jak najszybciej o tym zapomnieć. Zrekompensować czymś przyjemnym i wyjątkowym – jak święta Jul z moim stadem i przyjaciółmi w Trójprzymierzu. Cieszyłam się na nie od sierpnia, kiedy zaczęliśmy wszystko organizować. Myślałam o nich, pocąc się i jęcząc na macie rehabilitanta. To była moja nagroda i główny motywator.

A Roman mi to spieprzył.

Czas miedzy dwudziestym a trzydziestym pierwszym grudnia mieliśmy spędzić razem – ja, Miron, Joshua i stado. To miało być świętowanie z ogniskami, toną pyszności, litrami alkoholu i śpiewami do rana. Chcieliśmy wspólnie witać Freyę, podróżującą na niedźwiedziu i niosącą ludziom miłość, światło i nadzieję. A także oczekiwać prezentów od wszechojca Odyna (nie mieliśmy złudzeń, co do jego reputacji, więc sami kupiliśmy prezenty, by nikt nie został z pustymi rękoma).

Tegoroczne święto miało być dla nas wyjątkowe jeszcze z innego powodu. Miesiąc wcześniej przyszła na świat maleńka wilczyca, córeczka Olafa i Inge. Podczas Jul miała zostać uroczyście przyjęta do stada. Rodzice wybrali dla niej imię Luna, ja miałam być magicznym odpowiednikiem matki chrzestnej. Całe stado szalało za tą malutką dziewczynką. Świat żył narodzinami potomka Windsorów, my żyliśmy pierwszą przemianą małej, która miała silne wilcze geny – zanim skończyła tydzień, pokryła się futerkiem i ugryzła ojca do krwi. Stado uznało to za szczyt słodyczy. Mamy swoje własne standardy.

I wszystko szło świetnie. Dwudziestego przed południem dotarliśmy z chłopakami do Trójprzymierza. Wieczorami paliliśmy wysokie na dwa piętra ogniska, piliśmy litry grzańca. Mieliśmy swoje wieńce, choinki i latarnie – bez ograniczeń czerpaliśmy z różnych aspektów naszej skomplikowanej kultury, wybierając to, co wydawało się nam pozytywne i optymistyczne.

Wpadły nawet Badb i Fanny. Przekonałam je do obietnicy, że będą świętować odrodzenie Baldra bez krwawych ofiar. Prawie zdołały jej dotrzymać, ale nie będę przecież wyciągać przeciwko nim tych zajęcy. Obie nie są najlepsze w kontrolowaniu swoich impulsów, więc gdy zające wystraszyły się ich zapachu i zaczęły uciekać, dziewczyny nie mogły za nimi nie pobiec.

Dwudziestego piątego grudnia, gdy celebracja trwała w najlepsze, Roman podrzucił mi bombę i rechotał nieprzystojnie, kiedy się wkurzyłam. Czy wiedział, że przez to spędzę święta sama i nieszczęśliwa? Zapewne. Czy się tym przejmował? Ani trochę.

Pismo, które dostarczył mi jego kurier, brzmiało jednoznacznie.

Dnia 25.12.2016 roku odbędzie się nadzwyczajne posiedzenie Starszyzny miasta Thorn, na którym obecność Namiestniczki jest wymagana i konieczna.

§26.1 §26.2 i §26.3.

Przewodniczący Komisji ds. Prekognicji i Magii Granicznej

Książę Roman

Znałam treści ukrywające się pod tymi paragrafami. Sama walczyłam o to, by zaistniały jako prawo.

Gdy tkwiłam na wózku, Witkacy przyszedł do mnie, by zgłosić istotne zastrzeżenia do przestarzałych przepisów odnoszących się do jego branży. Uznałam, że zamiast popaść w ostateczne uzależnienie od Netflixa, mogłabym przepchnąć ich modernizację. Nastała najwyższa pora, by ustawa dogoniła dwudziesty pierwszy wiek, skoro trwała w niezmienionej formie od dziewiętnastego stulecia.

Dwa pierwsze ustępy paragrafu dwudziestego szóstego dotyczyły konieczności uzyskania licencji na działalność mediumiczną, szamańską i jasnowidzenie komercyjne. Ustęp trzeci mówił o karach dyscyplinarnych dla tych członków Starszyzny, którzy utrudnialiby wdrożenie nowych przepisów. A teraz Roman, kanalia zębata, użył tego paragrafu przeciwko mnie. Gdybym się nie stawiła w Thornie na posiedzeniu, musiałabym zapłacić wysoką grzywnę i odbębnić trzydzieści dni karceru. Urlop nie był wystarczającym usprawiedliwieniem, tym bardziej że nawet nie pomyślałam o złożeniu druku T24, czyli podania o urlop.

Biurokracja i Roman rujnowali mi życie.

Miron i Joshua chcieli jechać ze mną, ale się nie zgodziłam. Nie mogłam dopuścić, by zrujnowali sobie pierwsze Jul z wilkami, poza tym to byłoby jak głośne przyznanie się do tego, że i dla mnie reszta świąt jest stracona.

Więc pożegnałam się ze wszystkimi i wsiadłam do samochodu. Przez cztery godziny jechałam z Trójprzymierza do Thornu po realnej stronie. W śnieżycy, bo oczywiście zaczęło padać, a wiatr zawiewał mi białym puchem w szyby tak intensywnie, że wycieraczki piszczały arie z Nędzników.

I tak znalazłam się sama w Thornie. W środku świąt, w zimnym mieszkaniu, z lodówką opróżnioną niemal do zera przed wyjazdem na prawie dwa tygodnie. Byłam zmęczona i głodna – w święta Bożego Narodzenia stacje benzynowe i restauracje na autostradzie były pozamykane co do jednej. Z każdą minutą pęczniała moja złość na Romana.

I jakby odgadując, że fantazjuję o jego śmierci, łajdak stanął na moim progu. Nieznośnie elegancki, w kaszmirowym płaszczu i pieprzonym szaliku, zadowolony z siebie do wyrzygania, z triumfującym uśmieszkiem ledwie skrywanym za maską profesjonalizmu.

– Co było tak ważne, że nie mogło poczekać do drugiego stycznia? – warknęłam.

– Och, to brzmi, jakbyś podejrzewała, że celowo zepsułem ci święta. Tymczasem to twoje przepisy, a potem twoje zaniedbanie, zmuszają wszystkich do pracy w tym okresie. Starszyzna też nie będzie tym zachwycona, możesz mi wierzyć.

Dupek ściągnął wszystkich na walne zebranie i zrzucał winę na mnie? Teraz na pewno nie dostanę od nich prezentów świątecznych.

– Więc? – ponagliłam go.

– Jak pamiętasz, wedle prawa, za którym tak natarczywie lobbowałaś (nie doceniając potem swoich sojuszników, co pozwolę sobie przy tej okazji wytknąć), każdy, kto zarabia na życie wróżeniem jako medium, jasnowidz, szaman, nekromanta czy psychopomp, ma obowiązek stanąć przed komisją, w której skład wchodzisz, by udowodnić, że nie jest oszustem i nie stosuje czarnej magii. Inaczej nie otrzyma licencji, czyż nie?

– Znam to na pamięć. Do czego zmierzasz? – zapytałam wprost.

– Przepisy, jak wiesz, wchodzą w życie od Nowego Roku, więc zainteresowani mają na to zaledwie siedem dni, między dwudziestym piątym a trzydziestym pierwszym grudnia – kontynuował tym samym formalnym tonem.

O bogowie frywolni, pomyślałam z niepokojem.

– Dramatyzujesz, Roman. Wszyscy zostali o tym powiadomieni z trzymiesięcznym wyprzedzeniem. Większość już dawno przeszła weryfikację i otrzymała licencję. Część wolała usunąć te umiejętności ze swojej oferty, co jest dosyć czytelnym komunikatem. Należałeś do tej komisji, więc doskonale o tym wiesz.

– Takie były fakty. Tydzień temu. Ale wtedy wypłynęły dwa nowe zgłoszenia i musimy je rozstrzygnąć jeszcze w tym roku.

– Wiedziałeś, że coś się święci, już tydzień temu, dwa dni przed moim wyjazdem z Thornu?

Błysnął zębami w rozbawieniu. Mnie nie było do śmiechu.

– Być może. Ale nie o to chodzi.

– Więc o co? – traciłam cierpliwość.

– Dwóch jasnowidzów nie tylko chce wyrobić sobie licencję. Domagają się od nas arbitrażu i rozstrzygnięcia sporu merytorycznego. Uznali, że nikt nie ma do tego większych uprawnień niż nasza komisja.

Wizja powrotu do Trójprzymierza coraz bardziej się oddalała.

– Nienawidzę cię, Roman. Z całego serca.

– Już to słyszałem. I wciąż wierzę, że przesadzasz. I że ci szybko minie. W końcu nie tylko ty tracisz czas i frajdę. Gdyby nie twoje przepisy i ta cholerna komisja, byłbym teraz w Krypcie, z ochoczymi dawczyniami. Zamiast tego mam ciebie, zirytowaną Starszyznę i dwóch dziwaków. Sama to na siebie ściągnęłaś. Trzeba było doceniać sojuszników, a nie wlepiać im mandat i straszyć Konklawe. O zdradzie nie wspominając.

Cieszyłam się, że nie pozwoliłam mu przekroczyć progu. Trzaśnięcie mu drzwiami przed nosem naprawdę było tego warte.

Gdzieś tam, w odmętach przeszłości popełniłam błąd. Jakiś ułamek chwili zdecydował, że znalazłam się właśnie w tym miejscu.

Mogłam być treserką pcheł, opiekunką szympansów w zoo, taksydermistką czy toruńską policjantką. W tym momencie wszystko wydawało się bardziej atrakcyjne od funkcji Namiestniczki Thornu.

Jak podejrzewałam, członkowie Starszyzny byli wkurwieni – na mnie, bo to moje nazwisko figurowało na wezwaniu, które wysłał im Roman. A wkurzeni byli jeszcze bardziej kłótliwi niż zwykle. Proste sprawy urastały do rozmiarów wojny domowej. Różnice charakterów i poglądów, opozycyjność magiczna czy starcia hierarchiczne tylko podsycały płomień konfliktu.

Klaudia i Borys nienawidzący się, jak tylko szyszymora i rosyjski wilk mogą się nienawidzić, warczeli na siebie wręcz dosłownie i nie byli w stanie zgodzić się nawet w kwestii dnia tygodnia i godziny.

Katarzyna zachowywała się jak ktoś, kto w wigilię przeholował z czerwonym winem i teraz walczy z migreną i kacem, więc dźwięki i światło doprowadzały ją do szału.

Gardiasz miał przygotowaną diatrybę pełną nienawiści na każdy temat i korzystał ze swobody wypowiedzi, by obrażać wszystkich zgromadzonych.

A Roman odstawiał męczennika za sprawę.

Nie zapominajmy tez o Szczapie i Kuleczce. Dwóch powodach, dla których musieliśmy się stawić w Thornie.

Szymon Brwinowski miał czterdzieści parę lat, łysiał, a kępki rudawych włosów nad uszami oraz brwi przypominające szczotki ryżowe uwydatniały mocne zaczerwienienie twarzy. Wysoki, chudy, w zbyt obszernym i niechlujnym ubraniu wyglądał jak ktoś, kto mógłby wykładać na uniwersytecie średniowieczną retorykę. Teraz ze zdenerwowania sapał jak lokomotywa.

Z kolei Marian Kuczko był niewysokim pękatym gościem, z czarną kędzierzawą czupryną i takąż brodą sięgającą do piersi. W chwilach stresu ściągał z nosa okulary o grubych szkłach i polerował je irchową ściereczką. Od kilku minut czyścił je z zaciekłą intensywnością.

Każdy z nich był jednocześnie pozywającym i pozwanym.

Przeglądałam dostarczoną przez nich dokumentację i pozwy, próbując w pełni zrozumieć podłoże konfliktu. Dzięki temu miałam zajęte ręce i nie mogłam sięgnąć po miecz. Podrzynanie gardeł na modłę przecinania węzła gordyjskiego byłoby archaiczną formą rozstrzygania sporów, a bardzo starałam się uchodzić za nowoczesną Namiestniczkę. Gdybym dała się ponieść emocjom, raczej nie spotkałyby mnie konsekwencje, ale uznano by to za precedens.

Próbowałam wydać im tymczasowe pozwolenia na okres przejściowy, a w styczniu, na ponownym przesłuchaniu, poddać weryfikacji ich umiejętności (w okresie urlopowym nikt nie zdołałby przeprowadzić ich skanu), jak również odnieść się do pozwów. A te były idiotyczne. Obaj panowie używali w swoich reklamach tytułu „najlepszego jasnowidza w Thornie” i uważali, że ten drugi posługuje się nim bezprawnie, oszukując w ten sposób potencjalnych zainteresowanych. Mieliśmy rozstrzygnąć, który z nich rzeczywiście jest najlepszym jasnowidzem, więc zasługuje na tytuł, koronę i śmietankę klientów. Obaj planowali używać naszego werdyktu jako rekomendacji w przyszłych reklamach.

Niestety zaproponowane przeze mnie rozwiązanie tymczasowe storpedował Roman.

– Nie wydaje mi się, by wydanie im pozwoleń „na słowo honoru”, bez rozstrzygania konfliktu, było najrozsądniejsze – stwierdził. – Nie możemy robić z prawa dziwki tylko dlatego, że chcielibyśmy być w tym czasie w innym miejscu i w innym towarzystwie.

– Jakbyś kiedykolwiek miał z tym problem. Zwykle prawo interesuje cię tylko wtedy, gdy możesz je skurwić – rzuciła Klaudia z przekąsem.

Miała w nosie jasnowidzów i ich konflikt. Ale kością niezgody między nią a Romanem była dziś nieruchomość, którą on zajął. Jego czyn dotykał ją osobiście, bo miała własne plany wobec tego budynku. Niewykluczone, że zamierzała zrobić dokładnie to samo co Roman, i jej złość wynikała z faktu, że ją ubiegł, a nie z miłości do szesnastowiecznej architektury.

– Czy możemy mieć to już za sobą? – zapytała Katarzyna, pocierając skronie.

– Zawsze mówiłem, że wprowadzenie tej pannicy do Starszyzny, choćby tylko w roli Namiestniczki, skończy się kłopotami i migreną. Ale czy ktoś mnie słuchał? – zrzędził Gardiasz, wpatrując się we mnie ze złośliwą satysfakcją.

Borys niecierpliwie czochrał brodę, drugą ręką wystukiwał nerwowe rytmy o blat stołu. Wolałby być teraz zupełnie gdzie indziej. Nie on jeden.

Nie paliłam, ale nagle nabrałam ochoty na papierosa. Wzięłam pod pachę teczkę z pozwami i rzucając: „Piętnaście minut przerwy”, wyszłam z pomieszczenia. Potrzebowałam świeżego powietrza. Nawet odgłos młotów pneumatycznych rozwalających ściany był mniej uciążliwy od jazgotu w sali posiedzeń. Mimo świąt robotnicy uwijali się jak mróweczki. Roman dobrze płacił i bardzo mu zależało, by przed drugim stycznia z budynku nie zostało już nic, co warto byłoby ratować. Tego dnia miała się tu pojawić komisja urbanistyczna. Dziś z budynku zostało już niewiele – parter, piwnice i fundamenty.

Śnieg, świeży i delikatny jak puch, osiadał mi na twarzy i włosach, topiąc się szybko na rozpalonych z irytacji policzkach. Szukałam rozwiązania, które nie zajęłoby mi więcej niż czterdzieści osiem godzin. Naprawdę chciałam wrócić do Trójprzymierza na sylwestra.

I wymyśliłam, z bogini pomocą. Nie było to rozwiązanie idealne, ale wystarczające.

Wróciłam do środka i usiadłam na swoim miejscu. Roman uniósł brew, jakby mój powrót go zaskoczył. Szczapa i Kuleczka wciąż obrzucali się inwektywami, zupełnie nie przejmując się obecnością Starszyzny. Nawet Klaudia i Borys byli już zbyt zmęczeni kłótnią, więc siedzieli cicho. Uderzyłam dłonią w blat stołu i powiedziałam do zdeklarowanych jasnowidzów:

– Jest jeden prosty sposób, który pozwoli nam rozstrzygnąć oba problemy. Zweryfikujemy wasze umiejętności i pretensje za jednym razem – oświadczyłam stanowczo. – Test waszego jasnowidzenia to najbardziej efektywne rozwiązanie tego impasu. W ciągu najbliższej godziny przygotujecie przepowiednię dla jednego z nas na najbliższe trzy dni. Po tym czasie zdecydujemy, czyj dar jest większy.

Miron nauczył mnie, że nawet jeśli nie jestem czegoś pewna, wystarczy, że powiem to tak, jakbym w piekle obwieszczała nowe święto państwowe, a wszyscy będą z miejsca przekonani. Może piekielników łatwiej przekonać do swego, a może miałam mniej charyzmy od diabła, bo natychmiast dobiegły mnie pomruki sprzeciwów ze strony jasnowidzów. Znów ich uciszyłam, stukając dłonią w blat.

– Zanim na dobre się rozpędzicie z gadką o wenie i głosach w waszych głowach, pozwólcie, że coś wam powiem. Czytałam wasze pozwy i dokumentację waszej działalności zarobkowej. Każdy z was przyjmuje klientów w konkretnych godzinach. Każdy z was przeznacza na klienta godzinę i w tym czasie produkuje dla niego przepowiednię, za którą delikwent niemało płaci. Skoro przy nich nie wykręcacie się weną i głosami, skoro niezależnie od natchnienia bierzecie od nich forsę, nie możecie użyć tego argumentu.

Wyjęłam z kieszeni dwie stówki i położyłam na stole przed nimi.

– Proszę bardzo, wedle stawki. Proszę o przepowiednię dla któregoś z członków Starszyzny. Ale coś sprawdzalnego, bo za „będziesz śnił złote rybki, ale do rana zapomnisz” nogi z dupy powyrywam.

Starszyzna nie protestowała. Nawet Roman wyglądał na zainteresowanego tym rozwiązaniem. Za to sprawcy zamieszania wymieniali między sobą spanikowane spojrzenia. Nie wiem, czego się spodziewali, ale nie tego.

– Ależ to nie działa w ten sposób! – zaprotestował Brwinowski.

– Zupełnie nie tak działa – zgodził się z nim Kuczko.

– A czym się niby moje życzenie różni od życzenia klienta? – zapytałam, bliska utraty cierpliwości.

– Oni żyją – zakrzyknął triumfalnie Kuczko.

– I są ludźmi – dodał jego oponent, teraz nad wyraz zgodny.

Spojrzałam po obecnych. Wymóg życia wykluczał Romana, Gardiasza i Klaudię. Wymóg człowieczeństwa usuwał z równania Borysa i Katarzynę. Byli sprytni, ale nie wyczerpali wszystkich opcji.

– Jestem jeszcze ja – przypomniałam. Nawet jako wiedźma byłam bardziej człowiekiem niż elfia wiedźma czy wilk. Poza tym żyłam.

Katarzyna zamrugała zaskoczona. Wiedziała, że jestem przesądna i nigdy nie chodzę do wróżów i jasnowidzów. Uważałam, że to niepotrzebne kuszenie losu, bo i bez tego jest niczym wyszczekany i złośliwy nastolatek.

– To musi być wróżba na najbliższe czterdzieści osiem godzin – przypomniałam – by była możliwa szybka weryfikacja. Żadnych dzieci za iks lat, żadnych przepowiedni długodystansowych.

– Ale jeśli będziesz znała nasze przepowiednie, co cię powstrzyma przed zmianą przeznaczenia, tak byśmy zawiedli? – dopytywał Kuczko.

– Nie będę znała. Zapiszecie je, a Roman zalakuje je w kopertach, do których nie będę miała dostępu. Otworzymy je pojutrze. I wszystko będzie jasne.

Im bardziej się krzywili, tym bardziej właściwe wydawało mi się to rozwiązanie.

– Wóz albo przewóz, panowie – oświadczył Roman – albo przyjmujecie ofertę, albo nici z licencji na najbliższy rok, a pozwy trafią do śmietnika.

Rzekomi jasnowidze, zjednoczeni w nieszczęściu, pokiwali głowami.

– Czyli my już jesteśmy wolni – powiedziała Katarzyna z satysfakcją. – Składam wniosek, by tą sprawą w dalszym ciągu zajmowali się tylko Dora Wilk i Roman. Nie widzę powodu, byśmy na tym etapie byli niezbędni.

Nikt nie protestował. Klaudia nagrodziła Katarzynę małą owacją. Bez słowa zaczęły się zbierać. Gardiasz i Borys też nie zwlekali. Borys wybiegł tak szybko, że nawet się nie pożegnał.

Zostałam sama z Romanem. I jasnowidzami, by ubarwić tę scenkę rodzajową. Dwoje pastuszków i dwa barany.

– Czego potrzebujecie? – zapytałam. – Mam dać wam dłoń do odczytu linii? Przełożyć karty? Nachuchać na szklaną kulę?

– To nie jarmark – oświadczył urażony Kuczko.

– To poważna sprawa – dodał Brwinowski.

„To idiotyzm”, uzupełniłam w duchu. Mina Romana sugerowała, że był się gotów ze mną zgodzić.

– To miejsce ma złą energię. Muszę wróżyć w mojej pracowni. – Kuczko czochrał gęstą brodę.

– Tak, tutejsza aura nie sprzyja prekognicji – zgodził się jego dotychczasowy przeciwnik, skubiąc rudą brew.

Jak tak dalej pójdzie, będą mówili jednym głosem.

– Macie godzinę – zastrzegłam.

Zaczęli się pospiesznie zwijać, świadomi stawki, o jaką toczy się gra.

Jeśli los był mi dziś łaskawy, za godzinę sprawa będzie zamknięta i wrócę do Trójprzymierza. Nawet jeśli przywloką się tu z wróżbami, będę mogła wpakować dupę w samochód i wrócić pojutrze czy choćby dzień później rano. Wtedy stracę tylko kilka godzin w podróży, a nie trzy pełne dni. Może jeszcze zdążę na trzecią kolację, zwaną podwieczorkiem. W czasie Jul w wilkach budzą się żarłoczne bestie, które pochłaniają jedenaście posiłków i przekąsek w ciągu doby. Jakaś firma cateringowa przeżywała właśnie złotą erę i zarabiała na wczasy na Seszelach.

Podeszłam do okna, by sprawdzić, czy lekki śnieg nie przeobraża się znów w śnieżycę.

Roman starannie składał teczki na stole. Wciąż był oficjalny i sprawiał wrażenie urażonego. Źle się z tym czułam. Powinnam być bardziej odporna. Dorośli mężczyźni, z którymi musiałam obcować, regularnie odstawiali fochy z najbłahszego powodu. Wkurzało mnie to. Ale choć chciałam się dalej wściekać na Romana za tę szytą grubymi nićmi zemstę, to złość ustępowała miejsca smutkowi. Owszem, ja i Roman nie zawsze się zgadzaliśmy, ale uważałam, że jesteśmy niepokojąco blisko stanu, w którym nazwałabym go prawie przyjacielem. Wiele razy mi pomagał. I naprawdę nie był skończoną kanalią, jak wielu wampirzych mistrzów. A poznałam ich paru. Męczyło mnie to napięcie i pretensje.

– Roman, nie zrobiłam ci na złość tym mandatem i Konklawe – powiedziałam, wciąż patrząc w okno. – Zaatakowałeś człowieka, był bliski śmierci i wymagał transfuzji. Jaką byłabym Namiestniczką, gdybym przymknęła oko na coś takiego?

Przez chwilę milczał, a potem powiedział:

– Gdyby tylko o to chodziło, wybaczyłbym ci. Ale ty spiskowałaś za moimi plecami, gdy się zaczęła cała ta sprawa z nieruchomością, odrzucałaś moje zaproszenia. Za to codziennie biegałaś do Katarzyny, która zawarła z Klaudią ten przedziwny sojusz dwóch jędz.

Zamrugałam zaskoczona i odwróciłam się od okna.

– Czy ty na głowę upadłeś? Nie spotykałam się z Katarzyną, dziś widziałam ją po raz pierwszy od października, od walnego zgromadzenia Starszyzny. Może kilka lat temu brzmiałoby to prawdopodobnie, ale sam wiesz, że nasze relacje już dawno się ochłodziły.

– Widziałem cię, Doro. Jak w zegarku, codziennie, o jedenastej.

– Roman, chodziłam do Sanktuarium, do Jemioły.

Łatwo o pomyłkę – Sanktuarium mieściło się w dużej przybudówce na tyłach siedziby Starszyzny i najłatwiej można było się tam dostać właśnie biegnącym przez nią korytarzem. Ale Roman mi nie wierzył.

– Całe tygodnie chodziłam na rehabilitację. Połamałam kości stopy i kostki.

Prychnął z pogardą.

– Jasne. Odkąd wiedźma o twojej sile potrzebuje rehabilitacji?

– Odkąd Jemioła uznała, że to będzie dla mnie nauczka. Myślisz, że dla zgrywy miesiącami jeździłam na wózku? To przez ten cholerny wózek nie przyjęłam twojego zaproszenia. Nie zmieściłabym się do windy, a nie chciałam pozwolić, żeby ktoś mnie wnosił po schodach, bo byłoby to zwyczajnie upokarzające, gdybym nie mogła wyjść, kiedy zechcę. Pytałam, czy możemy przenieść spotkanie do Szatańskiego Pierwiosnka, ale odmówiłeś.

– Bo to twoje terytorium, nie moje.

– Ale na parterze i bez schodów, co dla mnie było w tym czasie kluczowe.

Nie do końca mi uwierzył. Wzdychając, ściągnęłam but, skarpetę i podwinęłam nogawkę. Wciąż było widać blizny po śrubach.

Roman patrzył na moje blizny i westchnął, pocierając grzbiet nosa. Przysunęłam sobie krzesło i założyłam skarpetę i but.

– Nie spiskowałabym z Katarzyną. Nie z nią. Nie po tym, jak okazała się rasistką, nie po tym, gdy odkryłam, co zrobiła dzieciom Nissima. Klaudia nienawidzi mnie od zawsze. Gardiasz też, nawet bardziej, odkąd wspieram Witkaca w jego nieposłuszeństwie. Gdybyś zapytał każdego z nich, z kim mogłabym wchodzić w konszachty, wskazaliby ciebie. I nie byliby dalecy od prawdy, bo tylko z tobą przez lata miewałam układy i ciche porozumienia.

Przyglądał mi się uważnie, szukając w mojej twarzy śladów kłamstwa. Widać nie znalazł, bo zaklął.

– Nie mogłem zrozumieć, czemu trzymasz się na dystans, czemu nie interweniujesz…

– Miałam swoje zmartwienia. O całej aferze z nieruchomością dowiedziałam się, gdy w nocy wprowadziłeś na ten teren buldożer.

Znów zaklął.

Naszą małą chwilę szczerości, na sekundę przed potencjalnymi przeprosinami ze strony Romana, przerwał potężny huk, w ślad za nim rozległ się rumor i krzyki. Wrzask bólu, którego nie dawało się pomylić z niczym innym.

Ruszyliśmy do wyjścia. Coś się wydarzyło na sąsiedniej posesji.

W kłębach dymu i pyłu widziałam niewiele, ale siarkowego smrodu czarnej magii nie można pomylić absolutnie z niczym. Był tak intensywny, że nie poczułam niczego poza nim. To Roman wyczuł krew.

– Dużo, świeża – szepnął.

Znów usłyszeliśmy krzyk, pojedynczy i zdesperowany.

– Ratunku! Jesteśmy na dole!

Użyłam znaku widzenia, by się upewnić, że nie wchodzimy w pułapkę. Fioletowa poświata zaklęcia bladła z każdą sekundą, nie było już aktywne. Ale coś tam wybuchło i mogło być tego więcej. Ostrożnie przekroczyłam próg. Kurz i czerwony ceglany pył opadał na podłogę zawaloną gruzem. Uważnie stawiałam kroki.

– Właśnie o takie sytuacje wścieka się Jemioła – powiedziałam do Romana. Jeśli coś mi się stanie w tych ruinach, pewnie znów będę się goić jak człowiek. Ale nie to było teraz najważniejsze: musiałam jak najszybciej dotrzeć do rannych.

Roman nie zamierzał iść za mną – jego męska ambicja by tego nie zniosła.

– Jesteście sami? – zawołał.

– Tak, to była pułapka! – odpowiedź z dołu brzmiała słabiej. – Są ranni!

Roman znał ten budynek, więc szybko znalazł zejście do piwnicy. To zawsze musi być piwnica. Na dół prowadziły nas drewniane, niezbyt stabilne schody z chybotliwą balustradą. Przyświecałam sobie małą latarką, którą miałam przy kluczach. Roman nie potrzebował światła, nie miał piwnicznej fobii i w razie ataku uzdrowiłby się błyskawicznie, więc się popisywał, przeskakując po dwa stopnie.

Na dole było więcej światła niż na schodach, bo w kątach rozstawione były reflektory na stojakach.

Roman odnalazł pierwszego robotnika. Leżał dziwnie skręcony tuż przy stopniach, cichy i nieruchomy. Pochylił się nad nim.

– Żyje, choć ledwo – powiedział – musimy go stąd zabrać, nie widzę ran, ale pachnie krwią.

Drugi robotnik wciąż ściskał rączkę młota pneumatycznego. Eksplozja cisnęła nim przez całe pomieszczenie, prosto na ścianę. Miał zakrwawioną głowę, palcami wyczułam odłamki kości na potylicy. Nie oddychał. Dla niego nic już nie mogłam zrobić.

Trzeci leżał nieco z boku. Był przytomny, ale nie mógł się ruszyć – nogi przyciskała mu ciężka belka. Jęczał i usiłował się unieść na łokciach. Podeszłam i próbowałam dźwignąć belkę, ale nawet nie drgnęła.

– Roman, pomóż mi – poprosiłam.

Uniósł belkę bez trudu. Nogi wydawały się całe, nie widziałam krwi czy ran.

– Możesz wstać? – zapytał robotnika.

Pokiwał głową. Stęknął raz i drugi, ale zdołał zgiąć kolana, a potem podnieść się na nogi.

– Byłem najdalej, dlatego nie oberwałem tak jak oni. – Kiwnął na kolegów z załogi. – Światło zaczęło migać, podszedłem sprawdzić przedłużacz. – Wskazał zgnieciony teraz reflektor i kłąb kabli. – To mnie ocaliło. To był potężny wybuch, rzuciło nimi jak szmaciankami.

Potrząsnął głową. Z ucha pociekła mu krew. Potrzebowali uzdrowiciela, natychmiast.

Roman dźwignął nieprzytomnego i wspinał się z nim po schodach. Nawet nie sapnął. Podparłam drugiego ocalonego, który chwiał się na nogach. Szczęśliwie do Sanktuarium i Jemioły było blisko. Zostawiliśmy rannych pod jej opieką.

Wróciłam na miejsce zdarzenia. Było tam coś niepokojącego, a ja musiałam wiedzieć, co dokładnie.

– Zanim cokolwiek powiesz, przypominam, że to moja nieruchomość. Nie zamierzam się odsuwać od sprawy – powiedział Roman, schodząc za mną do piwnicy.

– Nawet nie śmiałam sugerować, że powinieneś – zapewniłam – ale nie trzymaj się za blisko. Jeśli znów coś wybuchnie, przynajmniej jedno z nas nie grzmotnie o ziemię.

Nietrudno było znaleźć ślady. Osmalenia i wyraźne ślady fali uderzeniowej rozchodziły się od ściany najbardziej odległej od schodów, naprzeciwko tej, przy której leżał trup z młotem pneumatycznym. Podeszłam bliżej do wykruszonego otworu. W głębi znajdowało się jakieś pomieszczenie. Gdy robotnicy naruszyli mur, magiczna mina wybuchła. Ktoś włożył sporo energii, by chronić swoje tajemnice. Czarne zaklęcie wymagało śmiertelnej ofiary. Nikt nie chroniłby tak schowka na rowery czy słoików z kompotem.

Poświeciłam latarką w otwór, jednak był za mały, by dało się zobaczyć, co jest wewnątrz.

Rozejrzałam się za jakimiś narzędziami. W stercie gruzu na podłodze odkryłam młotek i łom. Tynk między cegłami był kruchy, więc uznałam, że poszerzenie wyrwy pójdzie prędko. Znów użyłam znaku widzenia. Z tej strony ściany nie było śladu innych pułapek, ale nie wiedziałam, czy nie ma ich po drugiej stronie.

– Odsuń się, może znów wybuchnąć – powiedziałam do Romana.

Odebrał mi łom, mówiąc:

– Z nas dwojga ty jesteś wrażliwsza na wybuchy. Nie będę ryzykował gniewu Jemioły.

To był argument, z którym nie dyskutowałam. Czy wciąż byłam na cenzurowanym? Wolałam nie sprawdzać.

Roman z każdym uderzeniem powiększał otwór. Wyszarpywał cegły z sypiącej się zaprawy. Dziura miała już ponad pół metra. Zajrzał do środka i natychmiast się cofnął z dziwną miną. Spojrzałam w głąb, przyświecając sobie latarką.

– O cholera jasna – wyjąkałam.

Mumia była doskonale zakonserwowana. Nie miałam wątpliwości, że nieszczęśnik został tu zamurowany żywcem. Jego twarz zamarła w przerażeniu, palce rozdrapywały ścianę, pod którą klęczał. Mógł tu tkwić od roku albo stu czy dwustu lat, nie byłam w stanie tego stwierdzić. Czy znałam jakiegoś specjalistę od mumii?

Nagle do mnie dotarło: gdyby Roman się nie uparł, by zburzyć ten budynek, mumia klęczałaby między ścianami kolejne sto lat.

– Jak to się stało, że jesteś właścicielem tego domu? I dlaczego chciałeś go zburzyć? – zapytałam.

Westchnął.

– Po prostu go kupiłem. Właściciel wystawił go na sprzedaż, przyjął moją ofertę, podpisaliśmy umowę i już. Od początku wiedziałem, że budynek jest w fatalnym stanie. Ten poprzedni właściciel zrobił ekspertyzę: zagrożenie katastrofą budowlaną. Mój specjalista potwierdził tę ocenę. To była rudera, ale w dobrej lokalizacji. Uznałem, że sama działka ma potencjał wart tego, by zainwestować w rozbiórkę i postawienie nowego budynku.

– Wprowadziłeś buldożery nocą – przypomniałam.

– Bo część Starszyzny próbowała mi dyktować, co mogę, a czego nie mogę robić ze swoją własnością. A im bardziej starano mi się zakazywać, tym bardziej chciałem się pozbyć tej rudery.

Cały Roman i jego logika. Na swojej liście podejrzanych z miejsca umieściłam Katarzynę i Klaudię. Żadna z nich nie kojarzyła mi się z miłością do architektury i zabytków, a jednak zaangażowały się w krucjatę przeciwko przebudowie czy likwidacji tego budynku. Każda z nich potrafiłaby stworzyć czarne zaklęcie do ochrony tajemnicy.

– Dlaczego robiły awanturę, jakbyś planował zburzyć Kaplicę Sykstyńską?

Roman westchnął, patrząc w wybitą dziurę.

– Sam chciałbym wiedzieć. Przypominasz sobie, by kiedykolwiek mieszały się w takie sprawy? Żeby choć raz w ostatniej dekadzie blokowały wydanie pozwolenia na budowę czy remont? Żeby w ogóle się tym interesowały?

Miał rację. Takie kwestie nigdy nie były przedmiotem debaty na posiedzeniach. Katarzyna scedowała analizowanie podań na jednego z urzędników, a sama bez czytania podpisywała te, które jej przedłożył. Jednak tym razem zrobiła wszystko, by uprzykrzyć Romanowi życie. I rozpętała kampanię przeciw niemu, stosując czarny PR.

– Pożarłeś się z nią o coś? Nie skoczyłeś, gdy klasnęła? Nie dostała, czego chciała?

– Nic mi o tym nie wiadomo. – Skrzywił się. – Chyba nieprędko pojedziesz do Trójprzymierza…

Znów miał rację, niestety.

– Ciekawe, czy jasnowidze to przewidzieli – powiedziałam z przekąsem. – Wtedy przynajmniej ich mielibyśmy z głowy.

Roman sprowadził pomocników. Rozebrali ścianę i wyciągnęli mumię, tak twardą, że nie umiałam jej sobie wyobrazić jako miękkie ciało. Ważyła niewiele więcej niż kilkuletnie dziecko. Skóra twarzy ciasno przylegała do kości i nawet gdybym go znała za życia, raczej bym go nie rozpoznała. Bo bez wątpienia był to mężczyzna. Z długimi ciemnymi włosami związanymi w kucyk. Pochyliłam się i zajrzałam w jego wciąż otwarte do krzyku usta: większość zębów miał na miejscu, nie dostrzegłam śladu wypełnień czy mostków. A szkoda, bo na ich podstawie można by określić przybliżony czas zgonu. Przyglądałam się uważnie szczątkom, szukając czegoś, co ułatwiłoby identyfikację, starannie omijałam jednak zapadnięte, głębokie oczodoły. Nie wyglądało to obiecująco. Był boso, w prostych lnianych ubraniach, które przywodziły na myśl uniwersalność więziennego uniformu na przestrzeni ostatnich dwustu–trzystu lat. Nie nosił biżuterii, a skóra tak pociemniała wskutek mumifikacji, że nawet gdyby miał tatuaże, nie byłyby widoczne.

Twarz mumii robiła upiorne wrażenie – grymas niewyobrażalnej męczarni, czystego zwierzęcego przerażenia. W zaprawie między cegłami wciąż tkwiły połamane paznokcie.

Staliśmy przed nim, strapieni i wkurzeni. Roman nic nie mówił, ale wyczuwałam, że buzują w nim te same emocje. Mógł emanować cynizmem i zblazowaniem na co dzień, ale już z nim pracowałam. Chętnie wymierzał kary tym, którzy w jego odczuciu na to zasługiwali. Nawet jeśli sam nie miał czystych rąk.

Ja z kolei miałam robotę policyjną we krwi. Chciałam wiedzieć, kim była ofiara i kto jej to zrobił. Poza tym zależało mi, by sprawiedliwości stało się zadość.

– Nie możemy go tu zostawić – oświadczył Roman – wkrótce plotki o naszym znalezisku się rozejdą.

– Jeśli sprawca się dowie, może chcieć zniszczyć dowody.

– Mógłbym postawić strażników, ale to chyba nie jest najlepszy pomysł.

– Mogą dołączyć do robotników w Sanktuarium, jeśli ten, kto zostawił czarne zaklęcia, wróci, by po sobie posprzątać.

Zastanowiłam się. Jako Namiestniczka nie miałam fizycznej siedziby, z komendą i magazynem na dowody. Te zwykle zostawiałam w mieszkaniu, pod warunkiem że nie były „kontrowersyjne zapachowo”. Niektórych rzeczy jednak nie chciałam mieć u siebie, bo wiedziałam, że chłopaki zaprotestują, znajdując je w lodówce czy na kuchennym stole. Korzystałam wtedy z niewielkiego pomieszczenia, które mi przydzieliła Katarzyna w budynku Starszyzny – kanciapy z napisem „Namiestnik” na drzwiach. Miałam tam lodówkę, szafę pancerną i szafkę na dokumenty, na stół nie starczyło już miejsca. Rzadko tam bywałam. Gdyby nie niejasności wokół zaangażowania Katarzyny i Klaudii w tę sprawę, mogłabym tam przechować mumię.

– Przetransportujmy go do mnie. Mam w podziemiach coś w rodzaju kostnicy – przerwał moje rozważania Roman.

Tak mógłby powiedzieć seryjny zabójca, ale w przypadku Romana przyjęłam to bez zdziwienia. Poza tym jego pałac miał lepszą ochronę niż większość miejsc po tej stronie bramy. Miałam tylko jedną wątpliwość.

– Jeśli dojdzie do procesu, mogą cię oskarżyć o manipulowanie dowodami.

– Mam wrażenie, że ta sprawa nie trafi do sądu. A ciało znaleźliśmy w piwnicy mojego budynku, więc właściwie jest moje.

– Właściwie nie. To zwłoki, a więc nie własność prywatna. Ustalono to w traktatach z szesnastego wieku, żeby powstrzymać hieny cmentarne. Skoro ciała nie należały do nich, nie mogły ich sprzedawać.

– Praktyczne. Ale ja nie planuję tej mumii sprzedać. Uznajmy, że zabezpieczam ją na czas trwania śledztwa.

– Czy to ten moment, kiedy mianuję cię moim zastępcą i daję ci gwiazdę szeryfa?

– Dostałaś swoją ode mnie, więc to byłoby bez sensu. – Błysnął kłami w uśmiechu.

– Czy naprawdę naszymi głównymi podejrzanymi są dwie członkinie Starszyzny?

– W tym momencie to logiczne założenie. Zobaczymy, co powiedzą nam zwłoki.

To był kolejny problem do rozwiązania. Skąd wziąć eksperta od mumii? W samym środku świąt.

W realnym mieście zadzwoniłabym do Bogny, lekarki sądowej i patolożki, z którą wiele razy współpracowałam w czasie zatrudnienia w policji. W jakimś stopniu była magiczna, ale nigdy nie przeszła szkolenia, nie została w pełni wtajemniczona. Nikt nie odkrył, że nosi magię, gdy była dzieckiem. Całe życie podporządkowała nauce i nie potrafiła zaakceptować tego, że istnieje coś poza nią. Nie wolno mi było ściągnąć Bogny na tę stronę bramy. Zawiezienie mumii do realnego miasta też odpadało, bo mogła być skażona czarną magią.

– Masz w szybkim wybieraniu kogoś, kto ogarnia temat mumii? – zapytałam.

– Właściwie to mam – przyznał Roman.

Jego lista kontaktów była imponująca.

– Tyle że to trochę potrwa – zaznaczył – mój znajomy mieszka w Wiedniu i może podróżować wyłącznie nocą. Dam mu znać, jeśli będziemy mieli szczęście, wyruszy najwcześniej jutro.

– Mumii się nie spieszy. A ja powoli godzę się z tym, że zamiast z rodziną, spędzę czas z truposzem, tobą i kodeksem karnym.

– Brzmi jak odcinek pokręconego serialu – zauważył.

Albo jak moje życie. Czemu mnie to jeszcze dziwi?

Wyszliśmy z piwnicy. Na ulicy przed siedzibą Starszyzny czekali jasnowidze. Kompletnie o nich zapomniałam. Podali Romanowi koperty i czmychnęli przestraszeni.

Spojrzałam na nasze ubrania. Byliśmy brudni, pokryci kurzem i pyłem, jakbyśmy się tarzali po podłodze. Roman miał na koszuli plamy krwi jednego z robotników.

Ciekawe, czy to przewidzieli?

Roman zajrzał do kopert, uśmiechnął się krzywo i schował je do kieszeni, nie mówiąc ani słowa.

Noc była koszmarna. Zimne mieszkanie, samotność i puste łóżko. Jakbym potrzebowała przypomnienia, jak bardzo zmieniło się moje życie w ciągu ostatnich lat. Prawie nigdy nie byłam sama. Trudno być samotną, będąc w związku z gorącym diabłem, mając współlokatorów, rozległą sieć przyjaciół i znajomych, stado wilków uznających mnie za członka rodziny, kilka wampirów, pierzastych i piekielników nieznających pojęcia przestrzeni osobistej. Zjadłam zupkę chińską (bez mojego diabła zawartość lodówki nie doznawała cudownego rozmnożenia) i zadzwoniłam do Mirona. Opowiedziałam mu o mumii, Romanie, Klaudii, Katarzynie, pomylonych jasnowidzach i pytaniach bez odpowiedzi.

– Powiedz słowo i rano jestem u ciebie.

Kusiło. Ale nie byłam aż taką egoistką, prawda?

– Baw się tam za nas oboje, poradzę sobie z trupem i całą resztą.

Zrobił więc to, w czym jest naprawdę dobry. Zajął moje myśli czym innym i rozbawił. Chichotałam, oglądając zdjęcie Joshui, który wpadł w ręce małych wilczyc i skończył z setką warkoczyków. Owinęłam się kołdrą w zbyt wielkim łóżku i zasnęłam, słuchając jego opowieści o wybrykach szczeniąt. Tuż przed zaśnięciem doznałam mglistego przeczucia, że coś powinno być dla mnie oczywiste i jest na wyciągnięcie ręki, ale mózg odmówił współpracy.

Obudziłam się o świcie i nagle już wiedziałam. Owszem, musieliśmy poczekać na speca od mumii, ale miałam jeszcze swojego asa w rękawie.

Zadzwoniłam do niego, nie odbierał. Ale przecież wiedziałam, gdzie mieszka.

Toruń w czasie świąt zamiera. Jechałam przez starówkę tonącą w świątecznych dekoracjach, jeszcze wspanialszych niż ubiegłoroczne. Dwudziestego szóstego grudnia o ósmej trzydzieści ludzie jeszcze spali, ulice były zupełnie puste. Ta pustka podsycała mój melancholijny nastrój.

Dotarłam na Balonową przed dziewiątą. Z trudem wjechałam na nieodśnieżony parking i ustawiłam auto częściowo na chodniku, licząc na to, że straż miejska jeszcze śpi.

Zapukałam. Najpierw delikatnie, potem mocniej. Bez efektu. Wyciągnęłam komórkę i wybrałam numer. Wydawało mi się, że słyszę melodyjkę po drugiej stronie drzwi, odległą, stłumioną i być może istniejącą tylko w mojej wyobraźni. Przyznaję, trochę spanikowałam. Waliłam w drzwi jak komornik, mając przed oczami katastroficzne wizje wszystkiego, co mogło pójść nie tak. Zatrzaśnięta brama Zaświatów, pobicie ze skutkiem śmiertelnym, wyczerpanie aury, krwotok wewnętrzny, przedawkowanie substancji powszechnie uważanych za zakazane… Znaliśmy się na tyle długo, bym mogła dodać do tej listy jeszcze kilka punktów.

Podskoczyłam, gdy zgrzytnął zamek. Na progu mieszkania – o dziwo, nie własnego, lecz tego po przeciwnej stronie korytarza – stał Witkacy, w samych bokserkach i polarowym szlafroku z dziurkami wypalonymi przez fajki. Czochrał przydługie włosy, patrząc na mnie półprzytomnie.

– Czemu śpisz u sąsiadów? – zapytałam zaskoczona.