Dwanaście niedokończonych snów - Natasza Socha - ebook
Opis

ZIMOWY WIECZÓR JEST SENNY, MAGICZNY I PEŁEN CUDÓW. JAK ŻYCIE…

Momo ma dwadzieścia osiem lat i żyje w gorsecie własnych ograniczeń. Nie pije kawy, nie patrzy ludziom w oczy, nie kupuje kolorowych ubrań, boi się podróżować. Ma za sobą nieudane małżeństwo i skomplikowane relacje z ojcem. Jej światem jest sztuka – Momo projektuje biżuterię i meble z recyklingu.

I wtedy pojawiają się sny. Są jak pomost łączący noc z dniem. Próbują jej coś powiedzieć, kłują palcem, puszczają oko. Stają się pośrednikiem między Momo a prawdziwym światem, który ją otacza. Wyznaczają jej kolejne zadania, które musi wypełniać, żeby pójść dalej. Czas kończy się wkrótce...

Kim jest osoba, na którą podświadomie czeka?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 287

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Au­tor: Na­ta­sza So­cha

Re­dak­cja: Jo­an­na Ma­chaj­ska, Agniesz­ka Pie­trzak

Ko­rek­ta: Pra­cow­nia Co­gi­to, Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Skład/przy­go­to­wa­nie e-Bo­oka: Ma­riusz Kur­kow­ski

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ma­graf

Zdję­cia na okład­ce: Ar­can­gel: JA­SEN­KA AR­BA­NAS; Dre­am­sti­me: Fo­to­plan­ner

Zdję­cie au­tor­ki: Naj­ka Pho­to­gra­phy

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Ka­ta­rzy­na Ko­cur

Re­dak­tor pro­jek­tu: Agniesz­ka Fi­las

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Na­ta­sza So­cha

© Co­py­ri­ght for this edi­tion Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2017

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­[email protected]­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-156-1

To, co w snach jest naj­pięk­niej­sze, to nie­wia­ry­god­ne spo­tka­nie lu­dzi i rze­czy, któ­re w nor­mal­nym ży­ciu ni­g­dy by się nie spo­tka­ły.

Mi­lan Kun­de­ra

Rozdział 1

Momo

Momo pro­wa­dzi­ła ży­cie pu­deł­ko­we. Każ­da rzecz, każ­da de­cy­zja, każ­da czyn­ność mia­ły swo­je od­po­wied­nie miej­sce, od po­cząt­ku do koń­ca za­pla­no­wa­ne. Kie­dy go­to­wa­ła obiad, wcho­dzi­ła do pu­deł­ka z na­pi­sem „kuch­nia” i wy­ko­ny­wa­ła tyl­ko te czyn­no­ści, któ­re były nie­zbęd­ne. Żad­nej spon­ta­nicz­no­ści, żad­ne­go roz­le­wa­nia mle­ka na bla­cie, żad­nych resz­tek je­dze­nia w porę nie­sprząt­nię­tych czy też za­po­mnia­ne­go i za­schnię­te­go ogór­ka w lo­dów­ce. Kie­dy go­to­wa­ła, nic jej nie ki­pia­ło, kie­dy otwie­ra­ła pusz­kę, nic ni­g­dy zło­śli­wie nie pry­snę­ło, na­wet olej był dość po­słusz­ny i skwier­czał na pa­tel­ni do­kład­nie tyle, ile mu­siał. A pa­tel­nię mia­ła jed­ną – śred­niej wiel­ko­ści. Dwa garn­ki nie­zbyt duże oraz bia­ły gar­nu­szek na jaj­ko. Czte­ry noże oraz jed­ną de­skę do kro­je­nia. Momo wcho­dzi­ła do kuch­ni na pal­cach, jak­by chcia­ła, żeby ża­den sprzęt jej nie za­uwa­żył i nie szturch­nął zna­czą­co. Nie każ­dy musi lu­bić go­to­wać, nie każ­dy też się do tego na­da­je. Są lu­dzie, któ­rzy sta­ją się je­dze­niem, któ­rzy na dźwięk sło­wa „pu­lar­da” lub „fi­let z ha­li­bu­ta” do­sta­ją śli­no­to­ku, a kie­dy sły­szą „car­pac­cio z dyni z wia­nusz­kiem kre­we­tek aro­ma­ty­zo­wa­nych świe­ży­mi zio­ła­mi, w łożu z li­ści mło­de­go szpi­na­ku”, do­sta­ją drga­wek ga­stro­no­micz­ne­go za­chwy­tu.

Nie. Momo nie lu­bi­ła pre­ten­sjo­nal­no­ści, na­pu­sze­nia ani żad­nych po­traw ser­wo­wa­nych przy akom­pa­nia­men­cie sa­łat. W ogó­le nie lu­bi­ła jeść.

Z ku­chen­ne­go pu­deł­ka prze­cho­dzi­ła do na­stęp­ne­go, któ­re moż­na było na­zwać sa­lo­nem, ale na ta­kiej za­sa­dzie jak okre­śle­nie mi­nia­tu­ro­wej ła­zien­ki po­ko­jem ką­pie­lo­wym. Było to dość małe po­miesz­cze­nie, urzą­dzo­ne bar­dziej niż mi­ni­ma­li­stycz­nie. Sta­ła w nim bia­ła ka­na­pa, drew­nia­ny sto­lik i to chy­ba było wszyst­ko. Nie, jesz­cze na ścia­nie wi­siał ob­raz, przed­sta­wia­ją­cy czar­ne koło na bia­łym tle. Momo nie po­sia­da­ła te­le­wi­zo­ra, dla­te­go ka­na­pa sta­ła na­prze­ciw­ko du­że­go okna, przed któ­rym sia­da­ła z kub­kiem kawy zbo­żo­wej i pa­trzy­ła przed sie­bie, a wła­ści­wie w okna bu­dyn­ku, któ­ry stał po dru­giej stro­nie.

Momo to oczy­wi­ście nie jest imię. To prze­zwi­sko, pseu­do­nim, któ­ry kie­dyś wy­my­ślił tata i tak już zo­sta­ło, w prze­ci­wień­stwie do sa­me­go taty. On bo­wiem znik­nął na za­wsze, choć nie w zna­cze­niu śmier­tel­nym. Zresz­tą tego też nie wie­dzia­ła na pew­no. Mama uwa­ża­ła jed­nak, że żył gdzieś tam, wol­ny i szczę­śli­wy, a Momo za­cho­wa­ła po nim kil­ka zdjęć oraz pseu­do­nim, bo ja­koś dziw­nie do niej pa­so­wał. Poza tym to dość dzie­cin­ne ob­ra­żać się na tak faj­ne prze­zwi­sko.

Momo miesz­ka­ła na dru­gim pię­trze, pod­czas gdy na par­te­rze znaj­do­wa­ło się ko­lej­ne pu­deł­ko z jej ży­cia, któ­re na­zy­wa­ła ga­le­rią. Lub ga­le­rio-pra­cow­nią. To wła­śnie tam prze­sia­dy­wa­ła naj­czę­ściej, two­rząc ko­lej­ne dzie­ła sztu­ki, cie­szą­ce się umiar­ko­wa­nym po­wo­dze­niem, któ­re i tak ją sza­le­nie dzi­wi­ło, bo Momo nie do koń­ca wie­rzy­ła w co­kol­wiek, co sama wy­my­śli­ła. Cza­sem jed­nak los jest prze­wrot­ny i na­wet je­śli ktoś my­śli „nie”, do­sta­je dla od­mia­ny coś na „tak”. To bywa my­lą­ce i tro­chę nie­po­ko­ją­ce, bo prze­cież łat­wiej by­ło­by po pro­stu ode­tchnąć z ulgą, kie­dy nasz scep­ty­cyzm i nie­uf­ność znaj­du­ją swo­je od­bi­cie w rze­czy­wi­sto­ści.

Czy na­praw­dę ktoś kupi na­szyj­nik ze sta­rych wi­del­ców?

Pier­ścio­nek z gwoź­dzia?

A może pa­te­rę z nóż­ką ze spa­ty­no­wa­nej cho­chli?

A jed­nak od cza­su do cza­su ku­po­wa­li. Rzad­ko, tro­chę nie­uf­nie, ale w koń­cu de­cy­zja za­pa­da­ła. I nie­mal za­wsze wo­ła­li: „och!” na prze­mian z „ach!”, a cza­sem na­wet wy­da­wa­li oba te okrzy­ki na­raz.

Momo De­sign. Sztu­ka użyt­ko­wa. Re­cyc­ling nie­po­trzeb­nych rze­czy.

Cu­dow­nie było przy­wra­cać do ży­cia sta­re sztuć­ce, na­czy­nia, buty, pa­ski od ze­gar­ków, lam­py czy zam­ki bły­ska­wicz­ne i fun­do­wać im swo­istą re­in­kar­na­cję, po któ­rej wra­ca­ły na sa­lo­ny jesz­cze pięk­niej­sze niż przed­tem. Od­świe­żo­ne, no­wo­cze­sne, a jed­nak z tchnie­niem hi­sto­rii i pa­mię­cią daw­nych wy­stę­pów.

– Och! – to wła­śnie je­den z tych okrzy­ków, któ­ry wy­da­ła z sie­bie pew­na ko­bie­ta na wi­dok ła­wi­cy ry­bek ucie­ka­ją­cych przed re­ki­nem.

Ryb­ki zro­bio­ne były z ły­że­czek do her­ba­ty z uchwy­ta­mi za­baw­nie wy­gię­ty­mi na kształt płetw, a re­ki­na od­gry­wał sta­ry nóż z ząb­ka­mi. Ca­łość umiesz­czo­no na po­zbi­ja­nych ze sobą szta­che­tach ogro­do­wych, wy­ma­lo­wa­nych w spo­koj­ne od­cie­nie zie­le­ni i tur­ku­su.

Momo uśmiech­nę­ła się skrom­nie, spusz­cza­jąc wzrok na drew­nia­ną pod­ło­gę. Nie umia­ła przyj­mo­wać kom­ple­men­tów, zu­peł­nie jak­by na nie nie za­słu­gi­wa­ła.

– To bę­dzie cu­dow­ny pre­zent pod cho­in­kę dla mo­je­go męża. Bo on jest węd­ka­rzem. To zna­czy jest in­for­ma­ty­kiem, ale z za­mi­ło­wa­nia węd­ka­rzem. Fa­scy­nu­je go to nie­ru­cho­me sie­dze­nie nad brze­giem je­zio­ra, bo jest cał­ko­wi­tym za­prze­cze­niem szyb­ko­ści, z jaką zmie­nia się cały ten kom­pu­te­ro­wy świat – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta i do­da­ła dla od­mia­ny: „ach!”.

Dzie­ło zo­sta­ło sprze­da­ne, za­pa­ko­wa­ne w sza­ry pa­pier, na któ­rym Momo szyb­ko wy­ma­lo­wa­ła kil­ka ry­bek, i owi­nię­te zwy­kłym sznur­kiem z trze­ma ga­łąz­ka­mi świer­ku dla ozdo­by. Dziew­czy­na chcia­ła do­dać jesz­cze małą, błysz­czą­cą bom­becz­kę, ale po chwi­li się roz­my­śli­ła. Ni­g­dy nie lu­bi­ła prze­sa­dy i eg­zal­ta­cji, na­wet w pa­ko­wa­niu pre­zen­tów. Chęt­nie sta­wa­ła w po­przek bo­żo­na­ro­dze­nio­wej afek­ta­cji i wszyst­kie­mu, co błysz­czą­ce, słod­kie i pach­ną­ce cy­na­mo­nem. Ow­szem, świę­ta rzą­dzą się swo­imi pra­wa­mi, ale to nie ozna­cza jesz­cze, że na­le­ży gwał­cić wła­sne.

– Wró­cę do pani – obie­ca­ła ko­bie­ta na po­że­gna­nie, po­pra­wi­ła sza­lik i umie­ściw­szy pod pa­chą dzie­ło z ryb­ka­mi z ły­że­czek, opu­ści­ła pu­deł­ko­wą ga­le­rię Momo.

To do­brze. Przed świę­ta­mi każ­da go­tów­ka zmie­rza­ją­ca w na­szym kie­run­ku jest wi­ta­na rów­nie chęt­nie jak kie­dyś Trzej Kró­lo­wie.

Pierw­sze­go grud­nia.

Dzień, w któ­rym mie­siąc roz­po­czy­na za­wrot­ny bieg w kie­run­ku Wi­gi­lii, przy­spie­sza­jąc przed sa­mym koń­cem do tego stop­nia, że moż­na cza­sem przez nie­uwa­gę po pro­stu się po­tknąć i wy­lą­do­wać tuż po świę­tach, nie pa­mię­ta­jąc sma­ku barsz­czu. Cha­os, za­mie­sza­nie, okrzy­ki, ner­wy, a wszyst­ko prze­pla­ta­ne ko­lę­da­mi i de­ko­ro­wa­niem pier­ni­ków. Fal­star­ty barsz­czo­wo-grzy­bo­we, lą­du­ją­ce w za­mra­żal­ni­kach, za­mó­wie­nia pie­ro­go­we, ob­my­śla­nie ciast, któ­re i tak za­wsze koń­czy się na ser­ni­ku i ma­kow­cu. Po­wta­rzal­ne i od lat nie­zmien­ne.

I do­brze. Momo nie mia­ła nic prze­ciw­ko świę­tom Bo­że­go Na­ro­dze­nia i ca­łe­mu temu roz­gar­dia­szo­wi. Wy­star­czy­ło po pro­stu nie brać w tym udzia­łu, tyl­ko stać z boku i bacz­nie ob­ser­wo­wać, a po­tem ze spo­ko­jem wejść w sty­czeń, kie­dy świat zwal­nia i nie nuci już pa­sto­ra­łek. Gru­dzień wy­grał los na lo­te­rii. Zim­ny, mo­kry, czę­sto desz­czo­wy i de­pre­syj­no-po­nu­ry mie­siąc, o któ­rym nikt tak jed­nak nie mówi. Bo prze­cież na jego koń­cu błysz­czy gwiazd­ka, pach­nie cho­in­ka i bie­li się ob­rus na sto­le.

Momo usia­dła za me­ta­lo­wym sto­łem, wy­cią­gnę­ła duże łyż­ki z wy­cię­ty­mi po­środ­ku owal­ny­mi otwo­ra­mi i za­bra­ła się za po­le­ro­wa­nie kan­tów. Łyż­ki były prze­po­ło­wio­ne – kie­dy zo­sta­ną do­kład­nie wy­szli­fo­wa­ne, na­le­ży po­łą­czyć ich dwie czę­ści si­li­ko­no­wym sznur­kiem, a na­stęp­nie prze­cią­gnąć go przez otwór i w ten spo­sób na­szyj­nik jest go­to­wy. Pro­sty, mi­ni­ma­li­stycz­ny i na pew­no da­le­ki od peł­nej prze­py­chu Pan­do­ry. Pro­sty, mi­ni­ma­li­stycz­ny jak sama Momo i jak ży­cie pu­deł­ko­we, bez wszyst­kich tych ga­dże­tów, któ­re wy­peł­nia­ją domy co­raz bar­dziej i szczel­niej, aż pęcz­nie­ją ścia­ny, a lu­dzie tra­cą od­dech.

Prze­cią­gnę­ła przez jed­ną łyż­kę czer­wo­ny si­li­ko­no­wy sznu­rek, a przez dru­gą – zie­lo­ny. Po­wie­si­ła oba na­szyj­ni­ki na gwoź­dziach i do­cze­pi­ła do nich kar­tecz­kę z ceną. Sześć­dzie­siąt pięć zło­tych za sztu­kę. To cu­dow­ne, że coś, co wy­lą­do­wa­ło już na śmiet­ni­ku, zy­ska­ło nie tyl­ko dru­gie ży­cie, ale i znacz­nie wyż­szą cenę.

A tak przy oka­zji – Momo nie wzię­ło się z ni­cze­go. Mo­ni­ka Mo­rys. Mo Mo. Momo.

Rozdział 2

Sen numer jeden

Feeria barw.

Sto­ję po­środ­ku wiel­kiej ka­te­dry, a może to jed­nak jest czyjś dom?

Z pra­wej do­bie­ga mnie głos prze­ko­nu­ją­cy, że do ży­cia w zgo­dzie z na­tu­rą czło­wiek po­trze­bu­je wszyst­kich ko­lo­rów. Mówi, że­bym zja­dła tę­czę, a wte­dy zro­zu­miem, co ma na my­śli. Mam szu­kać Bro­ka­to­we­go Upio­ra, któ­ry wy­ja­śni mi, dla­cze­go czło­wiek musi po­ły­kać bar­wy świa­ta.

Cy­tat z Go­ethe­go, któ­ry na­gle po­ja­wia się na lo­dów­ce: „Ko­lo­ry wy­peł­nia­ją prze­strzeń mię­dzy świa­tłem a ciem­no­ścią”.

Lo­dów­ka? W ka­te­drze? A może to jed­nak jest czy­jeś miesz­ka­nie, czyjś pa­łac wy­peł­nio­ny prze­strze­nią? Chy­ba ni­g­dy nie sły­sza­łam o lo­dów­kach sto­ją­cych w miej­scach kul­tu.

Kie­dy pod­cho­dzę bli­żej, cy­tat na­gle się roz­pły­wa, zu­peł­nie jak­by ktoś starł go gąb­ką. A ja znaj­du­ję się w swo­im sa­lo­nie, któ­ry nie jest już bia­ły. Ko­lo­ry zmie­nia­ją się w nim przy każ­dym mru­gnię­ciu po­wiek i na­wet je­śli to mru­ga­nie jest znacz­nie dłuż­sze i wol­niej­sze niż w rze­czy­wi­sto­ści, to i tak od­no­szę dziw­ne wra­że­nie, że przed mo­imi ocza­mi po­ja­wia się cała pa­le­ta barw wraz z wszyst­ki­mi ich od­cie­nia­mi.

Ktoś sie­dzi przy sto­le, ale to nie jest ani sto­lik w moim po­ko­ju, ani też w kuch­ni. Je rę­ka­mi i ob­li­zu­je pal­ce. Nie lu­bię tego, ale te­raz pa­trzę z fa­scy­na­cją. Zie­lo­ny swe­ter.

Zie­lo­ny?

A może to jest tur­kus?

Albo ra­czej ma­la­chi­to­wy?

Swe­ter na­gle zni­ka, po­dob­nie jak stół i brud­ne od je­dze­nia ręce.

Mama?

A co ona robi w moim śnie?

– Za­kon­ni­cy i cy­ru­li­cy owi­ja­li cho­rych w ko­lo­ro­we płót­na, z ko­lei pi­cie wody z żół­te­go dzba­na za­po­bie­ga­ło gruź­li­cy – mówi mama spo­koj­nym, jed­no­staj­nym to­nem.

Ten swe­ter chy­ba wła­śnie był zie­lo­ny, choć zu­peł­nie nie mogę so­bie przy­po­mnieć, czy miał ja­kiś wzór. I kto go no­sił. Na pew­no męż­czy­zna, bo te ręce były duże, a pal­ce bez pro­ble­mu zgnia­ta­ły...

Co to było?

Ja­kieś mu­szel­ki?

Wpa­dam w tur­bu­len­cje. Moje nogi i ręce krę­cą się, jak­by były koń­ców­ka­mi od mik­se­ra, a gło­wa pod­ska­ku­je mi jak na sprę­ży­nie.

Czy ja lecę sa­mo­lo­tem? Ale prze­cież ni­g­dy tego nie ro­bi­łam! Nie lu­bię sa­mo­lo­tów, nie ufam im, nie wie­rzę, że po­tra­fią po­ko­nać gra­wi­ta­cję.

Na pew­no jed­nak uno­szę się w po­wie­trzu. Pły­nę w stro­nę ja­kie­goś mo­stu, któ­re­go część jest wi­docz­na, ale cały dół to­nie we mgle. Sły­chać chlu­pot wody, dźwię­ki bu­dzą­ce­go się mia­sta. Gdzie je­stem te­raz? Czy szu­kam upio­rów?

I dla­cze­go tak tu pach­nie kawą?

Była czwar­ta nad ra­nem. Momo prze­bu­dzi­ła się gwał­tow­nie, usia­dła na łóż­ku w swo­jej pu­deł­ko­wej sy­pial­ni i moc­no ści­snę­ła obu­rącz gło­wę. Ci­sza zaj­rza­ła jej w oczy i przy­sia­dła na po­ście­li. Ża­den dźwięk nie pró­bo­wał prze­do­stać się do środ­ka, ża­den ton nie przy­po­mi­nał, że już nie śni.

Czy na­praw­dę się obu­dzi­ła?

Wy­cią­gnę­ła przed sie­bie ręce i spoj­rza­ła na swo­je dło­nie. Wzrok przy­zwy­cza­ił się już do ciem­no­ści, więc do­strze­gła wy­sta­ją­ce kłyk­cie i pa­znok­cie po­cią­gnię­te bez­barw­nym la­kie­rem. Wy­su­nę­ła spod koł­dry cie­płe sto­py i po­ru­szy­ła pal­ca­mi. Pod­kur­czy­ła ko­la­na i ob­ję­ła je rę­ka­mi.

Wes­tchnę­ła. I po­słu­cha­ła wła­snych my­śli.

Nie cho­dzi­ło wca­le o to, że sen był in­ten­syw­ny, że skła­dał się z mi­lio­na więk­szych i mniej­szych ka­wa­łecz­ków, któ­re w osta­tecz­no­ści wy­peł­ni­ły ją nie­mal całą, aż na mo­ment stra­ci­ła od­dech. Tu nie było pu­de­łek do po­ło­wy pu­stych, da­ją­cych spo­kój, prze­strzeń i po­czu­cie wol­no­ści. Każ­dy cen­ty­metr kwa­dra­to­wy zo­stał za­peł­nio­ny, jak­by nad­miar wol­ne­go miej­sca był ja­kimś grze­chem.

I nie cho­dzi­ło też o to, że sen po­trzą­snął nią na­gle tak moc­no, że mu­sia­ła się obu­dzić. Usiąść na łóż­ku i uru­cho­mić pro­ces my­ślo­wy.

Dla­cze­go, na Boga, przy­śnił jej się po raz ko­lej­ny? Zu­peł­nie jak­by do niej wra­cał, za­cze­piał i py­tał obu­rzo­ny, czy cza­sem nie nad­szedł już czas, żeby go wresz­cie zro­zu­mieć.

Momo od­rzu­ci­ła bia­łą koł­drę i wsu­nę­ła sto­py w bia­łe drew­nia­ki. Dla­cze­go sen nie wspo­mniał nic o bie­li i czer­ni? Dla­cze­go z upo­rem po­ka­zy­wał wszyst­kie te ko­lo­ry, któ­re były po­mię­dzy?

Momo mia­ła bia­łą sza­fę, a w niej sie­dem czar­nych swe­trów, trzy­na­ście czar­nych pod­ko­szul­ków, w tym sie­dem z krót­kim, a resz­tę z dłu­gim rę­ka­wem, pięć par czar­nych spodni, dwie czar­ne tu­ni­ki, dwie czar­ne su­kien­ki, czar­ny płaszcz i czar­ną pu­cho­wą kurt­kę. Ża­den ko­lor nie miał pra­wa prze­ciąć tej czer­ni, po­zba­wić ją ab­so­lut­nej do­mi­na­cji i za­pa­sku­dzić swo­ją obec­no­ścią. Momo nie uzna­wa­ła pstro­ka­ci­zny, przy czym pstro­ka­ty był już dla niej wzór w czar­no-sza­rą krat­kę, nie wspo­mi­na­jąc o ja­kich­kol­wiek in­nych ko­lo­ry­stycz­nych od­chy­le­niach. Czerń była bez­piecz­na, mą­dra, spo­koj­na i bez­kon­flik­to­wa. Moż­na się było za nią scho­wać, uda­wać, że się nie ist­nie­je, a jed­nak żyć cał­kiem nor­mal­nie.

Na dru­gim bie­gu­nie sta­ła rów­nie zrów­no­wa­żo­na biel, któ­ra nie zmu­sza­ła do ni­cze­go. Nie trze­ba jej było lu­bić, przy­zwy­cza­jać się do niej, sty­mu­lo­wać mó­zgu agre­syw­nym ko­lo­rem. Po pro­stu była.

Momo prze­nio­sła się do kuch­ni, wy­ko­nu­jąc do­kład­nie sie­dem kro­ków. Usia­dła za bia­łym sto­łem i się­gnę­ła po ku­bek z wodą, któ­ry stał na bla­cie. Upi­ła kil­ka ły­ków, a po­tem wy­pro­sto­wa­ła się i spoj­rza­ła z pre­me­dy­ta­cją w okno. To wte­dy wła­śnie sny ula­tu­ją z na­szej gło­wy i po­zo­sta­wia­ją po so­bie tyl­ko roz­my­te wspo­mnie­nie, a im dłu­żej pa­trzy­my w okno, tym szyb­ciej za­po­mi­na­my o tym, co nam się przy­śni­ło. Roz­pro­sze­nie. Dez­in­te­gra­cja ob­ra­zów. Roz­sz­czep pod­świa­do­mo­ści. I na­wet je­śli ten sen wwier­cał jej się w gło­wę, to jed­nak Momo od­nio­sła wra­że­nie, że już nie jest tak wy­raź­ny, jak jesz­cze dzie­sięć mi­nut temu. Ula­ty­wał po tro­chu, by wresz­cie po­zo­sta­wić po so­bie po­je­dyn­cze pa­sma, o któ­rych nie­wie­le mo­gła po­wie­dzieć.

Nie pa­mię­ta­ła swe­tra ani jego ko­lo­ru.

Ten męż­czy­zna coś jadł...

A cze­go chcia­ła mama?

Z opa­da­ją­cy­mi po­wie­ka­mi nie ma sen­su wal­czyć, zwłasz­cza o czwar­tej nad ra­nem. Momo wró­ci­ła więc do swo­jej sy­pial­ni, otu­li­ła się koł­drą i po­zwo­li­ła so­bie śnić da­lej. Tym ra­zem o czymś zu­peł­nie in­nym. Nie­ob­cią­ża­ją­cym my­śli i ła­twym do strzep­nię­cia za­raz po prze­bu­dze­niu.

Roz­wód­ka. Tak, Momo była roz­wód­ką i po kil­ku mie­sią­cach w koń­cu za­ak­cep­to­wa­ła to pa­skud­ne sło­wo. Po­cząt­ko­wo wo­la­ła być ko­bie­tą bez męża, tak jak jej mama, ale po ja­kimś cza­sie za­czę­ła ją uwie­rać swo­ista nie­przej­rzy­stość tego sta­tu­su. Roz­wód sta­wiał krop­kę nad i, wy­ja­śniał nie­do­mó­wie­nia i po­zwa­lał ru­szyć do przo­du. Ko­bie­ta bez męża, ale i bez roz­wo­du żyje w cią­głym za­wie­sze­niu, nie bar­dzo wie­dząc, jak się przed­sta­wiać. Mama w ogó­le mia­ła z tym trud­ność, bo ni­g­dy nie była żoną i kie­dy jej umow­ny mąż od­szedł gdzieś tam, byle da­le­ko, kom­plet­nie nie wie­dzia­ła, jaka jest jej po­zy­cja w świe­cie. Ani roz­wód­ka, ani wdo­wa. Sin­giel­ka też chy­ba nie.

A Momo lu­bi­ła ja­sne sy­tu­acje.

– Je­stem roz­wie­dzio­na.

Z dru­giej stro­ny było to przy­zna­nie się do ży­cio­wej po­raż­ki, cho­ciaż czy rze­czy­wi­ście? Naj­pierw mia­ła być mi­łość „na za­wsze”, zresz­tą póź­niej w za­sa­dzie też, tyle że zmie­nił się obiekt uczu­cia. „Na za­wsze” jed­nak po­zo­sta­ło, więc cho­ciaż w tym wzglę­dzie jej były mąż nie kła­mał.

Momo nie na­le­ża­ła do ko­biet, któ­re mają wy­rzu­ty su­mie­nia, choć w tym wy­pad­ku więk­sze zna­cze­nie ode­gra­ła jej wro­dzo­na we­wnętrz­na uczci­wość. Czy rze­czy­wi­ście cier­pia­ła, kie­dy jej mąż za­pro­po­no­wał se­pa­ra­cję? Cier­pia­ła jej ura­żo­na duma, ow­szem, ja­kieś dziw­ne po­czu­cie ze­pchnię­cia na dal­szy plan, cze­go nikt z nas prze­cież nie lubi. Przy­po­mi­na­ło to tro­chę klucz żu­ra­wi. Ptak, któ­ry znaj­du­je się na cze­le, po ja­kimś cza­sie ustę­pu­je miej­sca ko­lej­ne­mu. Oczy­wi­ście w przy­pad­ku pta­ków ma to swo­je uza­sad­nie­nie – rola prze­wod­ni­ka sta­da jest prze­cież ogrom­nie mę­czą­ca, więc trze­ba się zmie­niać, żeby do­le­cieć do celu. U lu­dzi cel jest zu­peł­nie inny, a po­szcze­gól­ne człon­ki­nie klu­cza mają głę­bo­ko w du­pie swo­je po­przed­nicz­ki.

– Za­ko­cha­łeś się? – spy­ta­ła tak po pro­stu Momo, pa­trząc, jak jej mąż za­czy­na się wier­cić we wła­snej skó­rze.

Męż­czy­zna przy­ci­śnię­ty do muru za­wsze czu­je się nie­kom­for­to­wo, bo wie, że nie ma żad­ne­go pola ma­new­ru. Musi po­wie­dzieć praw­dę, żeby ata­ku­ją­cy zwol­nił uścisk.

– Nie pla­no­wa­łem tego.

Ro­ze­śmia­ła się.

Kto pla­nu­je za­ko­cha­nie?

– Ale prze­cież wiesz, że nam się nie ukła­da­ło.

Po­ki­wa­ła gło­wą.

Rze­czy­wi­ście, wie­dzia­ła. A prze­cież czę­sto jest tak, że ko­bie­ta jed­nak nie wie, na­wet nie prze­czu­wa. Co wię­cej, wy­da­je jej się, że ukła­dan­ka, któ­rą two­rzy od sa­me­go po­cząt­ku związ­ku, sta­je się co­raz bar­dziej wy­raź­na, co­raz bar­dziej czy­tel­na i sta­bil­na, gdy tym­cza­sem dru­ga oso­ba wi­dzi to zu­peł­nie ina­czej. Po­szcze­gól­ne frag­men­ty prze­sta­ją do sie­bie pa­so­wać i za­miast jed­no­znacz­nej wi­zji po­ja­wia­ją się ja­kieś efe­me­rycz­ne two­ry jak z ob­ra­zów Pol­loc­ka. Eks­pre­sjo­nizm abs­trak­cyj­ny. Jego zło­śli­wość po­le­ga na tym, że moż­na go do­wol­nie in­ter­pre­to­wać. Jed­ni wi­dzą w nim dia­log dam­sko-mę­ski, inni tyl­ko roz­la­ną na płót­nie far­bę. Jej mąż naj­wy­raź­niej zo­ba­czył to dru­gie, ale ona chy­ba też...

Mał­żeń­stwo Momo było bar­dzo sto­no­wa­ne, z prze­wa­gą bie­li. Na­wet oświad­czy­ny były ja­kieś ta­kie roz­my­te, zu­peł­nie jak­by głów­ni ak­to­rzy nie do koń­ca na­uczy­li się swo­ich ról.

– A co my­ślisz o ślu­bie? – to w su­mie mo­gło być py­ta­nie re­to­rycz­ne, a jed­nak Momo od­po­wie­dzia­ła na nie nie­znacz­nym ski­nie­niem gło­wy.

Dla­cze­go nie?

Zna­li się trzy lata i wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że cał­kiem do­brze do sie­bie pa­so­wa­li, a Momo nie chcia­ło się dłu­żej spraw­dzać czy rze­czy­wi­ście. A je­śli cho­dzi o becz­kę soli, to ona nie so­li­ła na­wet po­traw, a cóż do­pie­ro związ­ku. Więc po­wie­dzia­ła „tak”, a on ku­pił ob­rącz­ki. I we­szli w to mał­żeń­stwo ja­koś tak mięk­ko, bez en­tu­zja­zmu, ale i bez stra­chu. Jej ro­dzi­ce ni­g­dy nie wzię­li ślu­bu i jak to się skoń­czy­ło? Może stem­pel na pa­pie­rze oka­że się lep­szą gwa­ran­cją niż zwy­kłe obiet­ni­ce.

Zro­bi­ła ko­lej­ny krok do przo­du.

Roz­po­czę­ła ko­lej­ny etap, w któ­rym dwa „osob­no” sta­ją się jed­nym „ra­zem”.

Po­dob­no ist­nie­ją lu­dzie, któ­rzy wy­da­ją się pre­dys­po­no­wa­ni do kłót­ni. Nie umie­ją ina­czej żyć i na­wet nie pró­bu­ją. Je­śli coś idzie nie po ich my­śli, wpa­da­ją w fu­rię. Typy oso­bo­wo­ści z cha­rak­te­ry­stycz­nym bra­kiem po­czu­cia toż­sa­mo­ści. Im­pul­syw­ni, eg­zal­to­wa­ni, wy­bu­cho­wi, z te­atral­nym po­dej­ściem do bła­hych spraw. Kie­dy wi­dzą brud­ną ła­zien­kę, do­sta­ją ata­ku hi­ste­rii. A gdy part­ner ma inne zda­nie, po­pa­da­ją w spa­zmy. Nie­mal każ­da sy­tu­acja ży­cio­wa wy­wo­łu­je w nich pa­ra­no­idal­ne re­ak­cje. Momo i jej mąż byli cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem ta­kich osób. Czu­li się ra­czej pre­dys­po­no­wa­ni do kom­pro­mi­sów, a to wró­ży do­brze każ­de­mu związ­ko­wi.

Pod wa­run­kiem jed­nak, że od cza­su do cza­su ktoś roz­bi­je przy­naj­mniej je­den ta­lerz. Dla ży­cio­wej rów­no­wa­gi.

Mąż Momo zaj­mo­wał się tłu­ma­cze­nia­mi tek­stów spe­cja­li­stycz­nych, w tym ka­ta­lo­gów la­bo­ra­to­ryj­nych, opi­sów pa­ten­to­wych czy spe­cy­fi­ka­cji tech­nicz­nych pro­duk­tu i więk­szość cza­su spę­dzał przed kom­pu­te­rem, w swo­im oso­bi­stym pu­deł­ku zwa­nym biu­rem. Momo nie za­glą­da­ła do nie­go zbyt czę­sto, po­nie­waż pa­no­wał tam spe­cy­ficz­ny nie­ład, a ona bar­dzo tego nie lu­bi­ła. Nie chcia­ła jed­nak po­rząd­ko­wać cu­dze­go pu­deł­ka, wy­star­cza­ło jej, że za­my­ka­ła wie­ko. On z ko­lei uśmie­chał się tyl­ko na wi­dok współ­cze­snej sztu­ki użyt­ko­wej swo­jej żony i chy­ba ni­g­dy ni­czym tak na­praw­dę się nie za­chwy­cił.

– Na­szyj­nik ze sta­rych gu­zi­ków? To­reb­ka z daw­nych okła­dek na ze­szy­ty? – krę­cił z nie­do­wie­rze­niem gło­wą i nie mó­wił ani „och!”, ani „ach!”.

Momo nie chcia­ła wpraw­dzie nie­szcze­rych za­chwy­tów, a jed­nak odro­bi­nę kłu­ło ją w pra­wym boku, że ofi­cjal­nie naj­bliż­sza oso­ba w jej ży­ciu za­cho­wu­je dy­stans. Ale i to po­tra­fi­ła so­bie ja­koś wy­tłu­ma­czyć. Naj­więk­szym błę­dem, jaki po­peł­nia­my wo­bec dru­giej oso­by, są wy­gó­ro­wa­ne ocze­ki­wa­nia. Co gor­sza, one nie­ustan­nie ro­sną. Cią­gle chce­my wię­cej, bar­dziej i moc­niej. I żeby było bez chra­pa­nia, bez chrzą­ka­nia, bez si­ka­nia zbyt gło­śno i bez tej ca­łej fi­zjo­lo­gii, któ­ra ja­koś wcześ­niej nam umknę­ła. Momo nie była ma­łost­ko­wa. Chcia­ła tyl­ko, żeby jej mąż od cza­su do cza­su po­wie­dział „och!”, do­tknął na­szyj­ni­ka ze spi­na­czy, krze­sła z bu­te­lek i uniósł brwi ze zdu­mie­nia, bo on by tak nie po­tra­fił.

No i nie po­tra­fił.

Po­chwa­lić.

Ich roz­mo­wy pod­czas wspól­nych po­sił­ków były zde­cy­do­wa­nie mniej za­krę­co­ne niż ma­ka­ron, któ­ry jed­li, i dużo mniej aro­ma­tycz­ne niż sto­ją­ce na sto­le wino.

– Co jest naj­waż­niej­sze w tłu­ma­cze­niu tech­nicz­nym?

– Spój­ność. Każ­de tłu­ma­cze­nie two­rzo­ne jest przy uży­ciu spe­cjal­ne­go opro­gra­mo­wa­nia, dzię­ki cze­mu glo­sa­riusz do tek­stu może być wie­lo­krot­nie wy­ko­rzy­sty­wa­ny.

Momo uprzej­mie ki­wa­ła gło­wą, za­wie­sza­jąc się przy sło­wie „glo­sa­riusz”.

– Cie­szę się, że już nie­dłu­go wa­ka­cje, może wy­bie­rze­my się w koń­cu nad mo­rze? – zmie­nił te­mat mąż.

Tyle że Momo nie zno­si­ła po­dró­żo­wać. Naj­bar­dziej prze­ra­ża­ła ją wi­zja cha­osu i pew­nych nie­prze­wi­dy­wal­nych sy­tu­acji, któ­re za­wsze to­wa­rzy­szą oso­bom po­dró­żu­ją­cym. Opóź­nie­nia, nie­pla­no­wa­ne prze­siad­ki, po­kój ze zdu­blo­wa­ną re­zer­wa­cją, po­go­da, któ­ra nie współ­gra. Gniaz­do os, w któ­re moż­na wdep­nąć, za­skro­niec, prze­pa­lo­ne ża­rów­ki, brak prą­du lub bu­rza, któ­ra wszyst­ko znisz­czy. Nie spo­sób jest do­kład­nie za­pla­no­wać urlop, a im wię­cej nie­wia­do­mych, tym więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo, że coś się nie uda. Momo bar­dzo nie lu­bi­ła otwie­rać drzwi, nie ma­jąc pew­no­ści, że za nimi jest rów­nie bez­piecz­nie.

No i było coś jesz­cze. Strach przed zgu­bie­niem się.

– Tak, mo­rze jest pięk­ne la­tem – od­po­wia­da­ła jed­nak z uśmie­chem, po raz ko­lej­ny wy­bie­ra­jąc wodę za­miast wina.

– Nie pi­jesz?

– Nie mam dzi­siaj ocho­ty.

Ni­g­dy nie mia­ła. Woda była sta­bil­na i za­wsze sma­ko­wa­ła ni­czym. A wi­nem na­le­ża­ło się de­lek­to­wać, roz­sma­ko­wy­wać w nim i za­to­pić. Nie każ­dy to lubi.

I nie musi.

– Spo­tka­łem dzi­siaj two­ją mamę.

– Wia­ło wczo­raj ja­koś tak gwał­tow­nie.

– Są­sie­dzi ku­pi­li psa.

– Li­sto­nosz prze­wró­cił się na na­szych scho­dach.

Sło­wa mi­ja­ły się, po­dob­nie jak ich kon­tekst. Jed­no nie ocze­ki­wa­ło od dru­gie­go współ­udzia­łu, chcia­ło po pro­stu wy­rzu­cić z sie­bie kil­ka zdań, któ­re do­pa­so­wy­wa­ły się do ko­la­cyj­nej at­mos­fe­ry, nie szar­piąc jej, nie bu­rząc i nie wno­sząc ni­cze­go no­we­go.

I dla­te­go wła­śnie dzi­siaj była roz­wód­ką.

Rozdział 3

Pati

A gdy­by tak ze­spa­wać ze sobą łyż­ki i wi­del­ce? Na­prze­mien­nie, w koło. Do­ro­bić od spodu trzy nóż­ki i w ten spo­sób uzy­skać pa­te­rę na owo­ce?

Momo uśmiech­nę­ła się do tej kon­cep­cji, jak za­wsze, kie­dy ja­kaś myśl wi­zu­ali­zo­wa­ła się przed jej ocza­mi, aż w koń­cu sta­wa­ła się trój­wy­mia­ro­wym pro­duk­tem koń­co­wym, do­kład­nie ta­kim, jaki po­wstał w jej gło­wie.

– Cześć.

Mama.

Za­glą­da­ła do swo­jej cór­ki nie­re­gu­lar­nie, cze­go Momo oczy­wi­ście bar­dzo nie lu­bi­ła. Spon­ta­nicz­ność ro­dzi cha­os, a w cha­osie czło­wiek się gubi. Ale mama i tak tyl­ko ma­cha­ła ręką na wszel­kie­go ro­dza­ju su­ge­stie, że prze­cież wy­star­czy za­te­le­fo­no­wać.

– Daj spo­kój, prze­cież wiem, że je­steś w ga­le­rii. A na­wet gdy­by cię nie było, po­szła­bym po pro­stu gdzieś na kawę. – Wzru­sza­ła tyl­ko ra­mio­na­mi.

Na mamę mó­wi­ło się w domu Pati i tak też zo­sta­ło do dzi­siaj.

Tak, to rów­nież wy­my­ślił tata. Pa­try­cja, Pati, to prze­cież lo­gicz­ne. Tata w ogó­le miał faj­ne po­my­sły, oprócz tego ostat­nie­go, kie­dy po pro­stu wy­szedł z domu i dziw­nie się zgu­bił.

Pati z cie­ka­wo­ścią obej­rza­ła nowe pa­te­ry ze sta­rych, ręcz­nie ma­lo­wa­nych ta­le­rzy­ków, któ­re zo­sta­ły po­łą­czo­ne łyż­ka­mi, oraz wa­zo­ny na je­den kwiat wy­ko­na­ne z mo­sięż­nych cho­chli.

– Po­wiem ci, skar­bie, że to się robi co­raz cie­kaw­sze. A te kub­ki? Jak na to wpa­dłaś? – spy­ta­ła chy­ba na­wet odro­bi­nę za­chwy­co­na, się­ga­jąc po por­ce­la­no­we ku­becz­ki z za­to­pio­ny­mi z boku me­ta­lo­wy­mi uchwy­ta­mi od wie­sza­ków, od­gry­wa­ją­cy­mi tu rolę uszek.

Momo wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. To ja­koś samo przy­cho­dzi. Może nocą, wraz z tymi sna­mi?

Ale mama już nie cze­ka­ła na od­po­wiedź. Czas mi­nął, a ona mia­ła coś waż­ne­go do po­wie­dze­nia, więc prze­szła do sed­na. Mama w ogó­le nie lu­bi­ła za­wra­cać so­bie gło­wy zbyt dłu­go jed­ną rze­czą.

– A ja mia­łam dzi­siaj nie­złe­go klien­ta. Zmarł na ja­kąś dziw­ną aler­gię, choć nie do koń­ca usta­lo­no, co do­kład­nie go tak śmier­tel­nie pod­tru­ło. I po­my­śleć, że jesz­cze la­tem za­pi­sał się na kurs cze­lad­ni­ka ju­ha­sa, bo na­gle od­krył, że ko­cha owce.

Momo spoj­rza­ła na nią ze zdu­mie­niem.

– Nie dziw się tak. Kur­sy pa­ster­skie są ostat­nio bar­dzo mod­ne, zwłasz­cza wśród osób, któ­re zro­zu­mia­ły, że mia­sto je dusi. Do­słow­nie i w prze­no­śni.

– Może był uczu­lo­ny na owczą weł­nę?

Pati ski­nę­ła gło­wą.

– Może. Ma­lo­wa­łam go dzi­siaj na spe­cjal­nie ży­cze­nie żony, któ­ra nie mo­gła pa­trzeć na jego za­sty­głą twarz. Fak­tycz­nie, od­pły­nę­ły z niej wszyst­kie ko­lo­ry, na­wet z ust. Był wo­sko­wy, jak na ob­ra­zie Lek­cja ana­to­mii dok­to­ra Tul­pa Rem­brand­ta... – za­wie­si­ła na chwi­lę głos.

Pati zaj­mo­wa­ła się ta­na­to­ko­sme­ty­ką. To rów­nież była sztu­ka, sztu­ka po­śmiert­ne­go ma­ki­ja­żu. Każ­da inna oso­ba pew­nie nie­chęt­nie przy­zna­ła­by się do wy­ko­ny­wa­nia ta­kiej pro­fe­sji, ale Pati była dum­na z tego, co po­tra­fi­ła wy­do­być z twa­rzy nie­bosz­czy­ka. Spo­kój, pięk­no, do­stoj­ność. Dla ko­goś, kto tyle lat prze­pra­co­wał w za­kła­dzie po­grze­bo­wym, ob­co­wa­nie z sa­mym cia­łem nie było ani strasz­ne, ani smut­ne, ani tym bar­dziej po­nu­re. Było tyl­ko dość jed­no­stron­ne, bo klien­ci nie na­le­że­li do ga­da­tli­wych. Zresz­tą Pati nie lu­bi­ła roz­ma­wiać. Wo­la­ła ci­szę i spo­kój, stan, w któ­rym tyl­ko ona mo­gła de­cy­do­wać, co bę­dzie da­lej. Dia­log wy­ma­ga cza­sem kom­pro­mi­su, cza­sem kłót­ni lub gwał­tow­nych unie­sień, a ona od cza­su roz­sta­nia z oj­cem Momo, czy ra­czej od jego za­gad­ko­we­go odej­ścia, mia­ła ser­decz­nie do­syć wszel­kie­go ro­dza­ju nie­spo­dzia­nek. Są lu­dzie, któ­rzy lu­bią być za­ska­ki­wa­ni, więk­szość jed­nak wy­bie­ra emo­cjo­nal­ny le­targ. Zwłasz­cza w re­la­cji z naj­bliż­szą oso­bą.

– Pach­nie śnie­giem. – Pati po­cią­gnę­ła no­sem i za­mknę­ła oczy.

– Za­wsze tak mó­wisz na po­cząt­ku grud­nia. Zu­peł­nie jak­by śnieg mu­siał spaść.

– Bo po­wi­nien. Każ­da pora roku po­win­na być do­kład­nie taka, jak się ją opi­su­je.

Momo nie mo­gła się z tym nie zgo­dzić. A jed­nak śnieg co­raz rza­dziej po­ja­wiał się w grud­niu, jak­by chciał zo­ba­czyć, czy świę­ta od­bę­dą się rów­nież bez nie­go. I czy mimo wszyst­ko znaj­dą swo­ich wiel­bi­cie­li.

– Do­brze ci?

Momo za­my­śli­ła się na mo­ment.

– Tak. Nie bra­ku­je mi go, je­śli o to py­tasz. Pró­bo­wa­łam na­wet pła­kać, ale mi nie wy­szło. Pró­bo­wa­łam być zła, ale rów­nież po­nio­słam klę­skę.

Pati ro­ze­śmia­ła się.

– Z jed­nej stro­ny to do­brze, z dru­giej – każ­dy psy­cho­log za­tarł­by ręce, wi­dząc, jaki cie­ka­wy przy­pa­dek uda­ło mu się do­rwać. Oni lu­bią lu­dzi ubo­gich w emo­cje, bo są prze­ko­na­ni, że to wła­śnie im uda się je od­na­leźć. Gdzieś w oko­li­cach wą­tro­by, ne­rek, no i ser­ca oczy­wi­ście.

– Nie wol­no nie być smut­nym?

– To praw­do­po­dob­nie wbrew ludz­kiej na­tu­rze. Każ­dy z nas ma inny próg od­czu­wa­nia me­lan­cho­lii po stra­cie ko­goś bli­skie­go, pro­blem po­le­ga na tym, że cie­bie ona w ogó­le nie do­pa­dła. Ale może po­ja­wi się w Wi­gi­lię. Wte­dy ła­twiej o no­stal­gię i chmur­ność my­śli. Wi­gi­lia w ogó­le ma w so­bie pew­ne roz­przę­że­nie du­cho­we. Z jed­nej stro­ny cie­szysz się nią, bo cie­szy się więk­szość lu­dzi, z dru­giej czu­jesz ro­dzaj za­ćmie­nia. Albo przy­ćmie­nia ra­czej.

Momo za­my­śli­ła się. Do tej pory lu­bi­ła Wi­gi­lię, choć czym tak na­praw­dę róż­ni­ła się ona od po­zo­sta­łych dni? Była tro­chę bar­dziej od­święt­na, tro­chę bar­dziej wy­stro­jo­na i za­zna­cza­ła swo­ją obec­ność już od wcze­snych go­dzin po­ran­nych. Lu­dzie pró­bo­wa­li roz­cią­gnąć ten dzień, wsta­jąc jak naj­wcze­śniej i wkła­da­jąc ma­kow­ce do pie­kar­ni­ków. Dzie­ci pod­ska­ki­wa­ły w na­pię­ciu, prze­szka­dza­ły i py­ta­ły co chwi­la, czy to już, a Wi­gi­lia sta­ła z boku i uśmie­cha­ła się pod no­sem. To było jej co­rocz­ne pięć mi­nut, pod­czas któ­rych nie­kie­dy do­ko­ny­wa­ły się cuda, choć cza­sem po­le­ga­ły one na tym, że nic się nie wy­da­rza­ło.

Momo ostat­nie trzy Wi­gi­lie spę­dza­ła z mamą i swo­im mę­żem. Wcze­śniej tyl­ko z mamą. I ciot­ką cza­sem. A jesz­cze wcze­śniej...

Jak miał na imię jej mąż?

To nie tak, że nie pa­mię­ta­ła, po pro­stu te­raz już nie był Ka­mi­lem, tyl­ko wła­śnie by­łym mę­żem, ofi­cjal­ną na­zwą pew­ne­go sta­tu­su, ro­dza­jem in­sty­tu­cji, jed­ną z kil­ku­set ty­się­cy osób na­le­żą­cych do gru­py mał­żeństw, któ­re się roz­pa­dły. Już nie mógł być Ka­mi­lem, na­wet je­śli Momo nie cier­pia­ła tak, jak na­ka­zu­ją psy­cho­lo­dzy. Imię jest nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­ne z oso­bą, któ­ra ist­nie­je w na­szym ży­ciu, na­wet tyl­ko od cza­su do cza­su. A były mąż po pro­stu zni­ka.

Były mąż.

Za­wsze miał dla niej pre­zent, któ­re­go się spo­dzie­wa­ła, ale to chy­ba nie jest mał­żeń­ska zbrod­nia. Bia­ły eks­pres do kawy, bia­ły ser­wis bez żad­ne­go szlacz­ka i bia­ła na­rzu­ta na łóż­ko w sy­pial­ni. Ide­al­nie pa­so­wa­ła do bia­łej po­ście­li, zle­wa­jąc się z nią i two­rząc bia­łą wy­spę snu. Na­rzu­ta i ser­wis zo­sta­ły, eks­pres od­szedł wraz z mę­żem i cho­ciaż był to po­da­ru­nek, Momo chęt­nie się z nim roz­sta­ła. Wpraw­dzie ma­rzy­ła kie­dyś o ta­kim urzą­dze­niu, ale po­tem oka­za­ło się, że nie lubi sa­mej czyn­no­ści pa­rze­nia kawy. Przy­naj­mniej nie w tym sty­lu. Z sy­pa­niem, mie­le­niem, a po­tem czysz­cze­niem tego wszyst­kie­go, żeby nic nie przy­schło i nie za­tka­ło fil­trów. Kawę ro­bił mąż, a kie­dy się wy­pro­wa­dził, za­brał tę umie­jęt­ność ze sobą. W tej sy­tu­acji Momo po pro­stu do­rzu­ci­ła mu jesz­cze eks­pres, sama de­cy­du­jąc się na zwią­zek z kawą zbo­żo­wą. Wy­jąt­ko­wo mało skom­pli­ko­wa­ną. Dwie ły­żecz­ki roz­pusz­czal­nej na nie­du­ży ku­bek, do tego odro­bi­na cu­kru i tro­chę mle­ka. Za­wsze ten sam smak, któ­ry nie za­ska­ki­wał nad­mier­ną go­ry­czą, kwa­śnym po­sma­kiem czy też nie­prze­wi­dzia­nym roz­wod­nie­niem. Je­że­li sta­łość jest war­to­ścią w związ­ku, to może ona rów­nież do­ty­czyć jed­no­li­to­ści sma­ków.

– Nie bę­dziesz już piła kawy? – zdzi­wił się były mąż, kie­dy bez sło­wa po­da­ła mu eks­pres.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Nie mu­szę. Nie chcę. Nie lu­bię.

– A co bę­dziesz piła?

Ro­ze­śmia­ła się. Bo to na­praw­dę za­baw­ne, kie­dy były mąż, któ­ry już pa­rzy kawę in­nej ko­bie­cie, cią­gle za­sta­na­wia się, ja­kie pły­ny przyj­mie jego była żona. Na­praw­dę go to in­te­re­su­je?

– Kom­po­ty.

– Spę­dzi­my świę­ta tyl­ko we dwie czy masz ocho­tę na to­wa­rzy­stwo mo­jej sio­stry? – spy­ta­ła Pati.

Momo prze­łknę­ła śli­nę.

Ciot­ka Re­be­ka. Sło­wo „kur­wa” było dla niej prze­cin­kiem, a po­zo­sta­łe wul­ga­ry­zmy sku­tecz­nie wy­pie­ra­ły ja­ką­kol­wiek treść ze zda­nia. Nie cier­pia­ła głu­po­ty, kon­we­nan­sów, fa­ce­tów w przy­krót­kich spodniach oraz wiecz­nie cier­pią­cych ko­biet. Nie zno­si­ła by­cia po­rząd­ną i aku­rat­ną, a sło­wa „aku­rat­na” nie zno­si­ła jesz­cze bar­dziej. Mó­wi­ła, że naj­bar­dziej lubi ka­mie­nie.

– Ka­mie­nie są w po­rząd­ku. W prze­ci­wień­stwie do lu­dzi, nie­któ­rych zwie­rząt i ro­ślin.

Re­be­ka pa­so­wa­ła do wi­gi­lij­nej otocz­ki jak tiu­lo­wa su­kien­ka do dupy hi­po­po­ta­ma.

Rozdział 4

Sen numer dwa

Znowu uno­szę się w po­wie­trzu, choć za wszel­ką cenę chcę do­tknąć zie­mi. Czło­wiek nie uro­dził się po to, by la­tać. I kie­dy moje sto­py już, już się­ga­ją po­wierzch­ni, coś mnie pod­ry­wa w górę i każe tań­czyć w chmu­rach.

Nie, to nie jest ta­niec. Ra­czej ja­kaś dziw­na skła­dan­ka ru­chów, wy­ma­chów i prób za­cho­wa­nia rów­no­wa­gi. Chmu­ry są zbyt mięk­kie, by sta­no­wić ja­ką­kol­wiek pod­po­rę. Ró­żo­we, po­ma­rań­czo­we, se­le­dy­no­we. Ską­pa­ne w pa­ste­lach. Czym mogą sma­ko­wać? Tru­skaw­ką, pi­sta­cją? Wy­cią­gam rękę, żeby na­brać odro­bi­nę chmu­rza­ste­go pu­chu, i za­czy­nam go jeść. Obok chmur prze­la­tu­je lu­ster­ko. Się­gam po nie i wy­sta­wiam ję­zyk. Jest czer­wo­ny, jest nie­bie­ski, ma żół­te punk­ci­ki i zie­lo­ne pa­ski.

A biel? A czerń? To też są prze­cież bar­wy! Czło­wiek po­wi­nien ota­czać się ko­lo­ra­mi, któ­re lubi. Któ­re go nie krę­pu­ją i nie wy­sta­wia­ją na świa­tło dzien­ne. Czerń i biel. Cu­dow­na mie­szan­ka neu­tral­no­ści. Nie pa­trzę już w lu­stro, tyl­ko od­pły­wam po nie­bie da­lej. Już na­wet nie pró­bu­ję wal­czyć z la­ta­niem. Pod­da­ję się. Swo­ją dro­gą to na­wet przy­jem­ne. Swo­bod­ne uno­sze­nie się, le­ni­we prze­su­wa­nie wśród tych wszyst­kich pa­ste­li. Od cza­su do cza­su spo­glą­dam w dół, żeby upew­nić się, że pode mną cią­gle jest zie­mia.

Nad brze­giem wody sie­dzi ja­kiś męż­czy­zna. Ma pod­wi­nię­te spodnie i bose sto­py za­nu­rza w nie­wiel­kich fa­lach. Wy­sta­wia twarz do słoń­ca i na­gle czu­ję, że bar­dzo chcę ją za­pa­mię­tać. Coś szar­pie mnie za ser­ce. Coś roz­mięk­cza ko­la­na. Ale to prze­cież nie­moż­li­we, nie moż­na za­ko­chać się w kimś, kto tyl­ko nam się śni. Nie zna­jąc go, nie wie­dząc, jak wy­glą­da, jaki ma ko­lor oczu, wło­sów, jaką bar­wę gło­su.

Na­gle twarz męż­czy­zny zmie­nia się w wiel­ką łyż­kę, a jego zie­lo­ny swe­ter jest już nie tyle ubra­niem, ile ra­czej wy­dę­tym od wia­tru ża­glem. Zni­ka­ją sto­py, a w ich miej­scu po­ja­wia­ją się por­ce­la­no­we ta­le­rzy­ki. Po­cząt­ko­wo są bia­łe, z cza­sem ja­kaś nie­wi­dzial­na ręka wy­ma­lo­wu­je na nich ko­lej­ne wzo­ry. Co­raz wię­cej i wię­cej, aż biel cał­ko­wi­cie zni­ka. Na­pi­sy jak na na­grob­kach, imio­na, na­zwi­ska, daty, któ­rych nie chcę wi­dzieć. Dla­cze­go nie uda­ło mi się zo­ba­czyć jego twa­rzy? Prze­cież tego wła­śnie chcia­łam. To mój sen, to ja nim dy­ry­gu­ję.

Wiatr wie­je co­raz moc­niej, a po­tem na­gle prze­mie­nia się w płat­ki śnie­gu. Zni­ka zie­lo­na tra­wa, nie­bie­ska woda, zni­ka słoń­ce. Mam na so­bie ogrom­ny ma­li­no­wy swe­ter, któ­ry pach­nie owo­ca­mi. Chcę go z sie­bie zdjąć, bo to nie są moje bar­wy, i na­gle czu­ję, że ktoś mi w tym po­ma­ga.

Obok ma­li­no­we­go swe­tra zno­wu po­ja­wia się zie­lo­ny...

Od­ga­niam wzro­kiem chmu­ry, żeby wresz­cie zo­ba­czyć jego twarz.

Ktoś śpie­wa, ktoś tań­czy, ktoś na­wo­łu­je.

Pach­nie kawą. On po­da­je mi pa­ru­ją­cą fi­li­żan­kę...

Czu­ję, że już za chwi­lę...

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Cytat

Rozdział 1 - Momo

Rozdział 2 - Sen numer jeden

Rozdział 3 - Pati

Rozdział 4 - Sen numer dwa

Rozdział 5 - Rebeka

Rozdział 6 - Mila

Rozdział 7 - Sen numer trzy

Rozdział 8 - Na co komu hygge?

Rozdział 9 - Sen numer cztery

Rozdział 10 - Lena

Rozdział 11 - Sen numer pięć

Rozdział 12 - Ludwik Bawarski

Rozdział 13 - Sen numer sześć

Rozdział 14 - Znam cię

Rozdział 15 - Druciana choinka

Rozdział 16 - Sen numer siedem

Rozdział 17 - Czerwień ma się w sobie

Rozdział 18 - Niemęski sernik

Rozdział 19 - Sen numer osiem

Rozdział 20 - W pawlaczu

Rozdział 21 - Sen numer dziewięć

Rozdział 22 - Matylda

Rozdział 23 - Sen numer dziesięć

Rozdział 24 - Damski szalik

Rozdział 25 - Ulica Północna

Rozdział 26 - Sen numer jedenaście

Rozdział 27 - Fuga

Rozdział 28 - Kadłuby jajkowe, żagle serowe

Rozdział 29 - Wenecja

Rozdział 30 - Mężczyzna w zielonym swetrze

Od autorki