Dwanaście niedokończonych snów - Natasza Socha - ebook + książka

Dwanaście niedokończonych snów ebook

Natasza Socha

4,1

Opis

ZIMOWY WIECZÓR JEST SENNY, MAGICZNY I PEŁEN CUDÓW. JAK ŻYCIE…

Momo ma dwadzieścia osiem lat i żyje w gorsecie własnych ograniczeń. Nie pije kawy, nie patrzy ludziom w oczy, nie kupuje kolorowych ubrań, boi się podróżować. Ma za sobą nieudane małżeństwo i skomplikowane relacje z ojcem. Jej światem jest sztuka – Momo projektuje biżuterię i meble z recyklingu.

I wtedy pojawiają się sny. Są jak pomost łączący noc z dniem. Próbują jej coś powiedzieć, kłują palcem, puszczają oko. Stają się pośrednikiem między Momo a prawdziwym światem, który ją otacza. Wyznaczają jej kolejne zadania, które musi wypełniać, żeby pójść dalej. Czas kończy się wkrótce...

Kim jest osoba, na którą podświadomie czeka?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 287

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
mrsbookbook

Dobrze spędzony czas

Moim zdaniem książka, którą dziś wam opiszę nadaje się na każdą porę roku nie tylko przed Wigilią. Główna bohaterka Momo jest z skrytą a wręcz ukrytą osobą. Można stwierdzić, iż odcieła się od świata. Całym jej życiem jest sklep, który prowadzi, gdzie sprzedaje biżuterię i meble, które sama robi. Ma za sobą nieudane małżeństwo, oraz skomplikowane relacje z ojcem, który ją zostawił. Momo unika kontaktu z ludźmi, boi się podróży i zmian, a ubiera się tylko w czerń. Lecz w jej snach zaczynają pojawiać się przeróżne kolory, a najbardziej intryguje ją mężczyzna w zielonym swetrze. Jej sny próbuję coś powiedzieć, wyznaczają zadania, które musi wypełnić na jawie, lecz ma ograniczony czas. Może i książka jest poniekąd świąteczna, lecz moim zdaniem(jak już wspominałam) można ją przeczytać zawsze, bez różnicy jaka to pora roku. Serdecznie polecam, czyta się szybko, wręcz nie mogłam doczekać się kolejnego snu, oraz tego co za sobą niesie. Wspaniała historia kobiety, która stara się ukry...
00

Popularność




Au­tor: Na­ta­sza So­cha

Re­dak­cja: Jo­an­na Ma­chaj­ska, Agniesz­ka Pie­trzak

Ko­rek­ta: Pra­cow­nia Co­gi­to, Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Skład/przy­go­to­wa­nie e-Bo­oka: Ma­riusz Kur­kow­ski

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ma­graf

Zdję­cia na okład­ce: Ar­can­gel: JA­SEN­KA AR­BA­NAS; Dre­am­sti­me: Fo­to­plan­ner

Zdję­cie au­tor­ki: Naj­ka Pho­to­gra­phy

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Ka­ta­rzy­na Ko­cur

Re­dak­tor pro­jek­tu: Agniesz­ka Fi­las

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Na­ta­sza So­cha

© Co­py­ri­ght for this edi­tion Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2017

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­[email protected]­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-156-1

To, co w snach jest naj­pięk­niej­sze, to nie­wia­ry­god­ne spo­tka­nie lu­dzi i rze­czy, któ­re w nor­mal­nym ży­ciu ni­g­dy by się nie spo­tka­ły.

Mi­lan Kun­de­ra

Rozdział 1

Momo

Momo pro­wa­dzi­ła ży­cie pu­deł­ko­we. Każ­da rzecz, każ­da de­cy­zja, każ­da czyn­ność mia­ły swo­je od­po­wied­nie miej­sce, od po­cząt­ku do koń­ca za­pla­no­wa­ne. Kie­dy go­to­wa­ła obiad, wcho­dzi­ła do pu­deł­ka z na­pi­sem „kuch­nia” i wy­ko­ny­wa­ła tyl­ko te czyn­no­ści, któ­re były nie­zbęd­ne. Żad­nej spon­ta­nicz­no­ści, żad­ne­go roz­le­wa­nia mle­ka na bla­cie, żad­nych resz­tek je­dze­nia w porę nie­sprząt­nię­tych czy też za­po­mnia­ne­go i za­schnię­te­go ogór­ka w lo­dów­ce. Kie­dy go­to­wa­ła, nic jej nie ki­pia­ło, kie­dy otwie­ra­ła pusz­kę, nic ni­g­dy zło­śli­wie nie pry­snę­ło, na­wet olej był dość po­słusz­ny i skwier­czał na pa­tel­ni do­kład­nie tyle, ile mu­siał. A pa­tel­nię mia­ła jed­ną – śred­niej wiel­ko­ści. Dwa garn­ki nie­zbyt duże oraz bia­ły gar­nu­szek na jaj­ko. Czte­ry noże oraz jed­ną de­skę do kro­je­nia. Momo wcho­dzi­ła do kuch­ni na pal­cach, jak­by chcia­ła, żeby ża­den sprzęt jej nie za­uwa­żył i nie szturch­nął zna­czą­co. Nie każ­dy musi lu­bić go­to­wać, nie każ­dy też się do tego na­da­je. Są lu­dzie, któ­rzy sta­ją się je­dze­niem, któ­rzy na dźwięk sło­wa „pu­lar­da” lub „fi­let z ha­li­bu­ta” do­sta­ją śli­no­to­ku, a kie­dy sły­szą „car­pac­cio z dyni z wia­nusz­kiem kre­we­tek aro­ma­ty­zo­wa­nych świe­ży­mi zio­ła­mi, w łożu z li­ści mło­de­go szpi­na­ku”, do­sta­ją drga­wek ga­stro­no­micz­ne­go za­chwy­tu.

Nie. Momo nie lu­bi­ła pre­ten­sjo­nal­no­ści, na­pu­sze­nia ani żad­nych po­traw ser­wo­wa­nych przy akom­pa­nia­men­cie sa­łat. W ogó­le nie lu­bi­ła jeść.

Z ku­chen­ne­go pu­deł­ka prze­cho­dzi­ła do na­stęp­ne­go, któ­re moż­na było na­zwać sa­lo­nem, ale na ta­kiej za­sa­dzie jak okre­śle­nie mi­nia­tu­ro­wej ła­zien­ki po­ko­jem ką­pie­lo­wym. Było to dość małe po­miesz­cze­nie, urzą­dzo­ne bar­dziej niż mi­ni­ma­li­stycz­nie. Sta­ła w nim bia­ła ka­na­pa, drew­nia­ny sto­lik i to chy­ba było wszyst­ko. Nie, jesz­cze na ścia­nie wi­siał ob­raz, przed­sta­wia­ją­cy czar­ne koło na bia­łym tle. Momo nie po­sia­da­ła te­le­wi­zo­ra, dla­te­go ka­na­pa sta­ła na­prze­ciw­ko du­że­go okna, przed któ­rym sia­da­ła z kub­kiem kawy zbo­żo­wej i pa­trzy­ła przed sie­bie, a wła­ści­wie w okna bu­dyn­ku, któ­ry stał po dru­giej stro­nie.

Momo to oczy­wi­ście nie jest imię. To prze­zwi­sko, pseu­do­nim, któ­ry kie­dyś wy­my­ślił tata i tak już zo­sta­ło, w prze­ci­wień­stwie do sa­me­go taty. On bo­wiem znik­nął na za­wsze, choć nie w zna­cze­niu śmier­tel­nym. Zresz­tą tego też nie wie­dzia­ła na pew­no. Mama uwa­ża­ła jed­nak, że żył gdzieś tam, wol­ny i szczę­śli­wy, a Momo za­cho­wa­ła po nim kil­ka zdjęć oraz pseu­do­nim, bo ja­koś dziw­nie do niej pa­so­wał. Poza tym to dość dzie­cin­ne ob­ra­żać się na tak faj­ne prze­zwi­sko.

Momo miesz­ka­ła na dru­gim pię­trze, pod­czas gdy na par­te­rze znaj­do­wa­ło się ko­lej­ne pu­deł­ko z jej ży­cia, któ­re na­zy­wa­ła ga­le­rią. Lub ga­le­rio-pra­cow­nią. To wła­śnie tam prze­sia­dy­wa­ła naj­czę­ściej, two­rząc ko­lej­ne dzie­ła sztu­ki, cie­szą­ce się umiar­ko­wa­nym po­wo­dze­niem, któ­re i tak ją sza­le­nie dzi­wi­ło, bo Momo nie do koń­ca wie­rzy­ła w co­kol­wiek, co sama wy­my­śli­ła. Cza­sem jed­nak los jest prze­wrot­ny i na­wet je­śli ktoś my­śli „nie”, do­sta­je dla od­mia­ny coś na „tak”. To bywa my­lą­ce i tro­chę nie­po­ko­ją­ce, bo prze­cież łat­wiej by­ło­by po pro­stu ode­tchnąć z ulgą, kie­dy nasz scep­ty­cyzm i nie­uf­ność znaj­du­ją swo­je od­bi­cie w rze­czy­wi­sto­ści.

Czy na­praw­dę ktoś kupi na­szyj­nik ze sta­rych wi­del­ców?

Pier­ścio­nek z gwoź­dzia?

A może pa­te­rę z nóż­ką ze spa­ty­no­wa­nej cho­chli?

A jed­nak od cza­su do cza­su ku­po­wa­li. Rzad­ko, tro­chę nie­uf­nie, ale w koń­cu de­cy­zja za­pa­da­ła. I nie­mal za­wsze wo­ła­li: „och!” na prze­mian z „ach!”, a cza­sem na­wet wy­da­wa­li oba te okrzy­ki na­raz.

Momo De­sign. Sztu­ka użyt­ko­wa. Re­cyc­ling nie­po­trzeb­nych rze­czy.

Cu­dow­nie było przy­wra­cać do ży­cia sta­re sztuć­ce, na­czy­nia, buty, pa­ski od ze­gar­ków, lam­py czy zam­ki bły­ska­wicz­ne i fun­do­wać im swo­istą re­in­kar­na­cję, po któ­rej wra­ca­ły na sa­lo­ny jesz­cze pięk­niej­sze niż przed­tem. Od­świe­żo­ne, no­wo­cze­sne, a jed­nak z tchnie­niem hi­sto­rii i pa­mię­cią daw­nych wy­stę­pów.

– Och! – to wła­śnie je­den z tych okrzy­ków, któ­ry wy­da­ła z sie­bie pew­na ko­bie­ta na wi­dok ła­wi­cy ry­bek ucie­ka­ją­cych przed re­ki­nem.

Ryb­ki zro­bio­ne były z ły­że­czek do her­ba­ty z uchwy­ta­mi za­baw­nie wy­gię­ty­mi na kształt płetw, a re­ki­na od­gry­wał sta­ry nóż z ząb­ka­mi. Ca­łość umiesz­czo­no na po­zbi­ja­nych ze sobą szta­che­tach ogro­do­wych, wy­ma­lo­wa­nych w spo­koj­ne od­cie­nie zie­le­ni i tur­ku­su.

Momo uśmiech­nę­ła się skrom­nie, spusz­cza­jąc wzrok na drew­nia­ną pod­ło­gę. Nie umia­ła przyj­mo­wać kom­ple­men­tów, zu­peł­nie jak­by na nie nie za­słu­gi­wa­ła.

– To bę­dzie cu­dow­ny pre­zent pod cho­in­kę dla mo­je­go męża. Bo on jest węd­ka­rzem. To zna­czy jest in­for­ma­ty­kiem, ale z za­mi­ło­wa­nia węd­ka­rzem. Fa­scy­nu­je go to nie­ru­cho­me sie­dze­nie nad brze­giem je­zio­ra, bo jest cał­ko­wi­tym za­prze­cze­niem szyb­ko­ści, z jaką zmie­nia się cały ten kom­pu­te­ro­wy świat – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta i do­da­ła dla od­mia­ny: „ach!”.

Dzie­ło zo­sta­ło sprze­da­ne, za­pa­ko­wa­ne w sza­ry pa­pier, na któ­rym Momo szyb­ko wy­ma­lo­wa­ła kil­ka ry­bek, i owi­nię­te zwy­kłym sznur­kiem z trze­ma ga­łąz­ka­mi świer­ku dla ozdo­by. Dziew­czy­na chcia­ła do­dać jesz­cze małą, błysz­czą­cą bom­becz­kę, ale po chwi­li się roz­my­śli­ła. Ni­g­dy nie lu­bi­ła prze­sa­dy i eg­zal­ta­cji, na­wet w pa­ko­wa­niu pre­zen­tów. Chęt­nie sta­wa­ła w po­przek bo­żo­na­ro­dze­nio­wej afek­ta­cji i wszyst­kie­mu, co błysz­czą­ce, słod­kie i pach­ną­ce cy­na­mo­nem. Ow­szem, świę­ta rzą­dzą się swo­imi pra­wa­mi, ale to nie ozna­cza jesz­cze, że na­le­ży gwał­cić wła­sne.

– Wró­cę do pani – obie­ca­ła ko­bie­ta na po­że­gna­nie, po­pra­wi­ła sza­lik i umie­ściw­szy pod pa­chą dzie­ło z ryb­ka­mi z ły­że­czek, opu­ści­ła pu­deł­ko­wą ga­le­rię Momo.

To do­brze. Przed świę­ta­mi każ­da go­tów­ka zmie­rza­ją­ca w na­szym kie­run­ku jest wi­ta­na rów­nie chęt­nie jak kie­dyś Trzej Kró­lo­wie.

Pierw­sze­go grud­nia.

Dzień, w któ­rym mie­siąc roz­po­czy­na za­wrot­ny bieg w kie­run­ku Wi­gi­lii, przy­spie­sza­jąc przed sa­mym koń­cem do tego stop­nia, że moż­na cza­sem przez nie­uwa­gę po pro­stu się po­tknąć i wy­lą­do­wać tuż po świę­tach, nie pa­mię­ta­jąc sma­ku barsz­czu. Cha­os, za­mie­sza­nie, okrzy­ki, ner­wy, a wszyst­ko prze­pla­ta­ne ko­lę­da­mi i de­ko­ro­wa­niem pier­ni­ków. Fal­star­ty barsz­czo­wo-grzy­bo­we, lą­du­ją­ce w za­mra­żal­ni­kach, za­mó­wie­nia pie­ro­go­we, ob­my­śla­nie ciast, któ­re i tak za­wsze koń­czy się na ser­ni­ku i ma­kow­cu. Po­wta­rzal­ne i od lat nie­zmien­ne.

I do­brze. Momo nie mia­ła nic prze­ciw­ko świę­tom Bo­że­go Na­ro­dze­nia i ca­łe­mu temu roz­gar­dia­szo­wi. Wy­star­czy­ło po pro­stu nie brać w tym udzia­łu, tyl­ko stać z boku i bacz­nie ob­ser­wo­wać, a po­tem ze spo­ko­jem wejść w sty­czeń, kie­dy świat zwal­nia i nie nuci już pa­sto­ra­łek. Gru­dzień wy­grał los na lo­te­rii. Zim­ny, mo­kry, czę­sto desz­czo­wy i de­pre­syj­no-po­nu­ry mie­siąc, o któ­rym nikt tak jed­nak nie mówi. Bo prze­cież na jego koń­cu błysz­czy gwiazd­ka, pach­nie cho­in­ka i bie­li się ob­rus na sto­le.

Momo usia­dła za me­ta­lo­wym sto­łem, wy­cią­gnę­ła duże łyż­ki z wy­cię­ty­mi po­środ­ku owal­ny­mi otwo­ra­mi i za­bra­ła się za po­le­ro­wa­nie kan­tów. Łyż­ki były prze­po­ło­wio­ne – kie­dy zo­sta­ną do­kład­nie wy­szli­fo­wa­ne, na­le­ży po­łą­czyć ich dwie czę­ści si­li­ko­no­wym sznur­kiem, a na­stęp­nie prze­cią­gnąć go przez otwór i w ten spo­sób na­szyj­nik jest go­to­wy. Pro­sty, mi­ni­ma­li­stycz­ny i na pew­no da­le­ki od peł­nej prze­py­chu Pan­do­ry. Pro­sty, mi­ni­ma­li­stycz­ny jak sama Momo i jak ży­cie pu­deł­ko­we, bez wszyst­kich tych ga­dże­tów, któ­re wy­peł­nia­ją domy co­raz bar­dziej i szczel­niej, aż pęcz­nie­ją ścia­ny, a lu­dzie tra­cą od­dech.

Prze­cią­gnę­ła przez jed­ną łyż­kę czer­wo­ny si­li­ko­no­wy sznu­rek, a przez dru­gą – zie­lo­ny. Po­wie­si­ła oba na­szyj­ni­ki na gwoź­dziach i do­cze­pi­ła do nich kar­tecz­kę z ceną. Sześć­dzie­siąt pięć zło­tych za sztu­kę. To cu­dow­ne, że coś, co wy­lą­do­wa­ło już na śmiet­ni­ku, zy­ska­ło nie tyl­ko dru­gie ży­cie, ale i znacz­nie wyż­szą cenę.

A tak przy oka­zji – Momo nie wzię­ło się z ni­cze­go. Mo­ni­ka Mo­rys. Mo Mo. Momo.

Rozdział 2

Sen numer jeden

Feeria barw.

Sto­ję po­środ­ku wiel­kiej ka­te­dry, a może to jed­nak jest czyjś dom?

Z pra­wej do­bie­ga mnie głos prze­ko­nu­ją­cy, że do ży­cia w zgo­dzie z na­tu­rą czło­wiek po­trze­bu­je wszyst­kich ko­lo­rów. Mówi, że­bym zja­dła tę­czę, a wte­dy zro­zu­miem, co ma na my­śli. Mam szu­kać Bro­ka­to­we­go Upio­ra, któ­ry wy­ja­śni mi, dla­cze­go czło­wiek musi po­ły­kać bar­wy świa­ta.

Cy­tat z Go­ethe­go, któ­ry na­gle po­ja­wia się na lo­dów­ce: „Ko­lo­ry wy­peł­nia­ją prze­strzeń mię­dzy świa­tłem a ciem­no­ścią”.

Lo­dów­ka? W ka­te­drze? A może to jed­nak jest czy­jeś miesz­ka­nie, czyjś pa­łac wy­peł­nio­ny prze­strze­nią? Chy­ba ni­g­dy nie sły­sza­łam o lo­dów­kach sto­ją­cych w miej­scach kul­tu.

Kie­dy pod­cho­dzę bli­żej, cy­tat na­gle się roz­pły­wa, zu­peł­nie jak­by ktoś starł go gąb­ką. A ja znaj­du­ję się w swo­im sa­lo­nie, któ­ry nie jest już bia­ły. Ko­lo­ry zmie­nia­ją się w nim przy każ­dym mru­gnię­ciu po­wiek i na­wet je­śli to mru­ga­nie jest znacz­nie dłuż­sze i wol­niej­sze niż w rze­czy­wi­sto­ści, to i tak od­no­szę dziw­ne wra­że­nie, że przed mo­imi ocza­mi po­ja­wia się cała pa­le­ta barw wraz z wszyst­ki­mi ich od­cie­nia­mi.

Ktoś sie­dzi przy sto­le, ale to nie jest ani sto­lik w moim po­ko­ju, ani też w kuch­ni. Je rę­ka­mi i ob­li­zu­je pal­ce. Nie lu­bię tego, ale te­raz pa­trzę z fa­scy­na­cją. Zie­lo­ny swe­ter.

Zie­lo­ny?

A może to jest tur­kus?

Albo ra­czej ma­la­chi­to­wy?

Swe­ter na­gle zni­ka, po­dob­nie jak stół i brud­ne od je­dze­nia ręce.

Mama?

A co ona robi w moim śnie?

– Za­kon­ni­cy i cy­ru­li­cy owi­ja­li cho­rych w ko­lo­ro­we płót­na, z ko­lei pi­cie wody z żół­te­go dzba­na za­po­bie­ga­ło gruź­li­cy – mówi mama spo­koj­nym, jed­no­staj­nym to­nem.

Ten swe­ter chy­ba wła­śnie był zie­lo­ny, choć zu­peł­nie nie mogę so­bie przy­po­mnieć, czy miał ja­kiś wzór. I kto go no­sił. Na pew­no męż­czy­zna, bo te ręce były duże, a pal­ce bez pro­ble­mu zgnia­ta­ły...

Co to było?

Ja­kieś mu­szel­ki?

Wpa­dam w tur­bu­len­cje. Moje nogi i ręce krę­cą się, jak­by były koń­ców­ka­mi od mik­se­ra, a gło­wa pod­ska­ku­je mi jak na sprę­ży­nie.

Czy ja lecę sa­mo­lo­tem? Ale prze­cież ni­g­dy tego nie ro­bi­łam! Nie lu­bię sa­mo­lo­tów, nie ufam im, nie wie­rzę, że po­tra­fią po­ko­nać gra­wi­ta­cję.

Na pew­no jed­nak uno­szę się w po­wie­trzu. Pły­nę w stro­nę ja­kie­goś mo­stu, któ­re­go część jest wi­docz­na, ale cały dół to­nie we mgle. Sły­chać chlu­pot wody, dźwię­ki bu­dzą­ce­go się mia­sta. Gdzie je­stem te­raz? Czy szu­kam upio­rów?

I dla­cze­go tak tu pach­nie kawą?

Była czwar­ta nad ra­nem. Momo prze­bu­dzi­ła się gwał­tow­nie, usia­dła na łóż­ku w swo­jej pu­deł­ko­wej sy­pial­ni i moc­no ści­snę­ła obu­rącz gło­wę. Ci­sza zaj­rza­ła jej w oczy i przy­sia­dła na po­ście­li. Ża­den dźwięk nie pró­bo­wał prze­do­stać się do środ­ka, ża­den ton nie przy­po­mi­nał, że już nie śni.

Czy na­praw­dę się obu­dzi­ła?

Wy­cią­gnę­ła przed sie­bie ręce i spoj­rza­ła na swo­je dło­nie. Wzrok przy­zwy­cza­ił się już do ciem­no­ści, więc do­strze­gła wy­sta­ją­ce kłyk­cie i pa­znok­cie po­cią­gnię­te bez­barw­nym la­kie­rem. Wy­su­nę­ła spod koł­dry cie­płe sto­py i po­ru­szy­ła pal­ca­mi. Pod­kur­czy­ła ko­la­na i ob­ję­ła je rę­ka­mi.

Wes­tchnę­ła. I po­słu­cha­ła wła­snych my­śli.

Nie cho­dzi­ło wca­le o to, że sen był in­ten­syw­ny, że skła­dał się z mi­lio­na więk­szych i mniej­szych ka­wa­łecz­ków, któ­re w osta­tecz­no­ści wy­peł­ni­ły ją nie­mal całą, aż na mo­ment stra­ci­ła od­dech. Tu nie było pu­de­łek do po­ło­wy pu­stych, da­ją­cych spo­kój, prze­strzeń i po­czu­cie wol­no­ści. Każ­dy cen­ty­metr kwa­dra­to­wy zo­stał za­peł­nio­ny, jak­by nad­miar wol­ne­go miej­sca był ja­kimś grze­chem.

I nie cho­dzi­ło też o to, że sen po­trzą­snął nią na­gle tak moc­no, że mu­sia­ła się obu­dzić. Usiąść na łóż­ku i uru­cho­mić pro­ces my­ślo­wy.

Dla­cze­go, na Boga, przy­śnił jej się po raz ko­lej­ny? Zu­peł­nie jak­by do niej wra­cał, za­cze­piał i py­tał obu­rzo­ny, czy cza­sem nie nad­szedł już czas, żeby go wresz­cie zro­zu­mieć.

Momo od­rzu­ci­ła bia­łą koł­drę i wsu­nę­ła sto­py w bia­łe drew­nia­ki. Dla­cze­go sen nie wspo­mniał nic o bie­li i czer­ni? Dla­cze­go z upo­rem po­ka­zy­wał wszyst­kie te ko­lo­ry, któ­re były po­mię­dzy?

Momo mia­ła bia­łą sza­fę, a w niej sie­dem czar­nych swe­trów, trzy­na­ście czar­nych pod­ko­szul­ków, w tym sie­dem z krót­kim, a resz­tę z dłu­gim rę­ka­wem, pięć par czar­nych spodni, dwie czar­ne tu­ni­ki, dwie czar­ne su­kien­ki, czar­ny płaszcz i czar­ną pu­cho­wą kurt­kę. Ża­den ko­lor nie miał pra­wa prze­ciąć tej czer­ni, po­zba­wić ją ab­so­lut­nej do­mi­na­cji i za­pa­sku­dzić swo­ją obec­no­ścią. Momo nie uzna­wa­ła pstro­ka­ci­zny, przy czym pstro­ka­ty był już dla niej wzór w czar­no-sza­rą krat­kę, nie wspo­mi­na­jąc o ja­kich­kol­wiek in­nych ko­lo­ry­stycz­nych od­chy­le­niach. Czerń była bez­piecz­na, mą­dra, spo­koj­na i bez­kon­flik­to­wa. Moż­na się było za nią scho­wać, uda­wać, że się nie ist­nie­je, a jed­nak żyć cał­kiem nor­mal­nie.

Na dru­gim bie­gu­nie sta­ła rów­nie zrów­no­wa­żo­na biel, któ­ra nie zmu­sza­ła do ni­cze­go. Nie trze­ba jej było lu­bić, przy­zwy­cza­jać się do niej, sty­mu­lo­wać mó­zgu agre­syw­nym ko­lo­rem. Po pro­stu była.

Momo prze­nio­sła się do kuch­ni, wy­ko­nu­jąc do­kład­nie sie­dem kro­ków. Usia­dła za bia­łym sto­łem i się­gnę­ła po ku­bek z wodą, któ­ry stał na bla­cie. Upi­ła kil­ka ły­ków, a po­tem wy­pro­sto­wa­ła się i spoj­rza­ła z pre­me­dy­ta­cją w okno. To wte­dy wła­śnie sny ula­tu­ją z na­szej gło­wy i po­zo­sta­wia­ją po so­bie tyl­ko roz­my­te wspo­mnie­nie, a im dłu­żej pa­trzy­my w okno, tym szyb­ciej za­po­mi­na­my o tym, co nam się przy­śni­ło. Roz­pro­sze­nie. Dez­in­te­gra­cja ob­ra­zów. Roz­sz­czep pod­świa­do­mo­ści. I na­wet je­śli ten sen wwier­cał jej się w gło­wę, to jed­nak Momo od­nio­sła wra­że­nie, że już nie jest tak wy­raź­ny, jak jesz­cze dzie­sięć mi­nut temu. Ula­ty­wał po tro­chu, by wresz­cie po­zo­sta­wić po so­bie po­je­dyn­cze pa­sma, o któ­rych nie­wie­le mo­gła po­wie­dzieć.

Nie pa­mię­ta­ła swe­tra ani jego ko­lo­ru.

Ten męż­czy­zna coś jadł...

A cze­go chcia­ła mama?

Z opa­da­ją­cy­mi po­wie­ka­mi nie ma sen­su wal­czyć, zwłasz­cza o czwar­tej nad ra­nem. Momo wró­ci­ła więc do swo­jej sy­pial­ni, otu­li­ła się koł­drą i po­zwo­li­ła so­bie śnić da­lej. Tym ra­zem o czymś zu­peł­nie in­nym. Nie­ob­cią­ża­ją­cym my­śli i ła­twym do strzep­nię­cia za­raz po prze­bu­dze­niu.

Roz­wód­ka. Tak, Momo była roz­wód­ką i po kil­ku mie­sią­cach w koń­cu za­ak­cep­to­wa­ła to pa­skud­ne sło­wo. Po­cząt­ko­wo wo­la­ła być ko­bie­tą bez męża, tak jak jej mama, ale po ja­kimś cza­sie za­czę­ła ją uwie­rać swo­ista nie­przej­rzy­stość tego sta­tu­su. Roz­wód sta­wiał krop­kę nad i, wy­ja­śniał nie­do­mó­wie­nia i po­zwa­lał ru­szyć do przo­du. Ko­bie­ta bez męża, ale i bez roz­wo­du żyje w cią­głym za­wie­sze­niu, nie bar­dzo wie­dząc, jak się przed­sta­wiać. Mama w ogó­le mia­ła z tym trud­ność, bo ni­g­dy nie była żoną i kie­dy jej umow­ny mąż od­szedł gdzieś tam, byle da­le­ko, kom­plet­nie nie wie­dzia­ła, jaka jest jej po­zy­cja w świe­cie. Ani roz­wód­ka, ani wdo­wa. Sin­giel­ka też chy­ba nie.

A Momo lu­bi­ła ja­sne sy­tu­acje.

– Je­stem roz­wie­dzio­na.

Z dru­giej stro­ny było to przy­zna­nie się do ży­cio­wej po­raż­ki, cho­ciaż czy rze­czy­wi­ście? Naj­pierw mia­ła być mi­łość „na za­wsze”, zresz­tą póź­niej w za­sa­dzie też, tyle że zmie­nił się obiekt uczu­cia. „Na za­wsze” jed­nak po­zo­sta­ło, więc cho­ciaż w tym wzglę­dzie jej były mąż nie kła­mał.

Momo nie na­le­ża­ła do ko­biet, któ­re mają wy­rzu­ty su­mie­nia, choć w tym wy­pad­ku więk­sze zna­cze­nie ode­gra­ła jej wro­dzo­na we­wnętrz­na uczci­wość. Czy rze­czy­wi­ście cier­pia­ła, kie­dy jej mąż za­pro­po­no­wał se­pa­ra­cję? Cier­pia­ła jej ura­żo­na duma, ow­szem, ja­kieś dziw­ne po­czu­cie ze­pchnię­cia na dal­szy plan, cze­go nikt z nas prze­cież nie lubi. Przy­po­mi­na­ło to tro­chę klucz żu­ra­wi. Ptak, któ­ry znaj­du­je się na cze­le, po ja­kimś cza­sie ustę­pu­je miej­sca ko­lej­ne­mu. Oczy­wi­ście w przy­pad­ku pta­ków ma to swo­je uza­sad­nie­nie – rola prze­wod­ni­ka sta­da jest prze­cież ogrom­nie mę­czą­ca, więc trze­ba się zmie­niać, żeby do­le­cieć do celu. U lu­dzi cel jest zu­peł­nie inny, a po­szcze­gól­ne człon­ki­nie klu­cza mają głę­bo­ko w du­pie swo­je po­przed­nicz­ki.

– Za­ko­cha­łeś się? – spy­ta­ła tak po pro­stu Momo, pa­trząc, jak jej mąż za­czy­na się wier­cić we wła­snej skó­rze.

Męż­czy­zna przy­ci­śnię­ty do muru za­wsze czu­je się nie­kom­for­to­wo, bo wie, że nie ma żad­ne­go pola ma­new­ru. Musi po­wie­dzieć praw­dę, żeby ata­ku­ją­cy zwol­nił uścisk.

– Nie pla­no­wa­łem tego.

Ro­ze­śmia­ła się.

Kto pla­nu­je za­ko­cha­nie?

– Ale prze­cież wiesz, że nam się nie ukła­da­ło.

Po­ki­wa­ła gło­wą.

Rze­czy­wi­ście, wie­dzia­ła. A prze­cież czę­sto jest tak, że ko­bie­ta jed­nak nie wie, na­wet nie prze­czu­wa. Co wię­cej, wy­da­je jej się, że ukła­dan­ka, któ­rą two­rzy od sa­me­go po­cząt­ku związ­ku, sta­je się co­raz bar­dziej wy­raź­na, co­raz bar­dziej czy­tel­na i sta­bil­na, gdy tym­cza­sem dru­ga oso­ba wi­dzi to zu­peł­nie ina­czej. Po­szcze­gól­ne frag­men­ty prze­sta­ją do sie­bie pa­so­wać i za­miast jed­no­znacz­nej wi­zji po­ja­wia­ją się ja­kieś efe­me­rycz­ne two­ry jak z ob­ra­zów Pol­loc­ka. Eks­pre­sjo­nizm abs­trak­cyj­ny. Jego zło­śli­wość po­le­ga na tym, że moż­na go do­wol­nie in­ter­pre­to­wać. Jed­ni wi­dzą w nim dia­log dam­sko-mę­ski, inni tyl­ko roz­la­ną na płót­nie far­bę. Jej mąż naj­wy­raź­niej zo­ba­czył to dru­gie, ale ona chy­ba też...

Mał­żeń­stwo Momo było bar­dzo sto­no­wa­ne, z prze­wa­gą bie­li. Na­wet oświad­czy­ny były ja­kieś ta­kie roz­my­te, zu­peł­nie jak­by głów­ni ak­to­rzy nie do koń­ca na­uczy­li się swo­ich ról.

– A co my­ślisz o ślu­bie? – to w su­mie mo­gło być py­ta­nie re­to­rycz­ne, a jed­nak Momo od­po­wie­dzia­ła na nie nie­znacz­nym ski­nie­niem gło­wy.

Dla­cze­go nie?

Zna­li się trzy lata i wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że cał­kiem do­brze do sie­bie pa­so­wa­li, a Momo nie chcia­ło się dłu­żej spraw­dzać czy rze­czy­wi­ście. A je­śli cho­dzi o becz­kę soli, to ona nie so­li­ła na­wet po­traw, a cóż do­pie­ro związ­ku. Więc po­wie­dzia­ła „tak”, a on ku­pił ob­rącz­ki. I we­szli w to mał­żeń­stwo ja­koś tak mięk­ko, bez en­tu­zja­zmu, ale i bez stra­chu. Jej ro­dzi­ce ni­g­dy nie wzię­li ślu­bu i jak to się skoń­czy­ło? Może stem­pel na pa­pie­rze oka­że się lep­szą gwa­ran­cją niż zwy­kłe obiet­ni­ce.

Zro­bi­ła ko­lej­ny krok do przo­du.

Roz­po­czę­ła ko­lej­ny etap, w któ­rym dwa „osob­no” sta­ją się jed­nym „ra­zem”.

Po­dob­no ist­nie­ją lu­dzie, któ­rzy wy­da­ją się pre­dys­po­no­wa­ni do kłót­ni. Nie umie­ją ina­czej żyć i na­wet nie pró­bu­ją. Je­śli coś idzie nie po ich my­śli, wpa­da­ją w fu­rię. Typy oso­bo­wo­ści z cha­rak­te­ry­stycz­nym bra­kiem po­czu­cia toż­sa­mo­ści. Im­pul­syw­ni, eg­zal­to­wa­ni, wy­bu­cho­wi, z te­atral­nym po­dej­ściem do bła­hych spraw. Kie­dy wi­dzą brud­ną ła­zien­kę, do­sta­ją ata­ku hi­ste­rii. A gdy part­ner ma inne zda­nie, po­pa­da­ją w spa­zmy. Nie­mal każ­da sy­tu­acja ży­cio­wa wy­wo­łu­je w nich pa­ra­no­idal­ne re­ak­cje. Momo i jej mąż byli cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem ta­kich osób. Czu­li się ra­czej pre­dys­po­no­wa­ni do kom­pro­mi­sów, a to wró­ży do­brze każ­de­mu związ­ko­wi.

Pod wa­run­kiem jed­nak, że od cza­su do cza­su ktoś roz­bi­je przy­naj­mniej je­den ta­lerz. Dla ży­cio­wej rów­no­wa­gi.

Mąż Momo zaj­mo­wał się tłu­ma­cze­nia­mi tek­stów spe­cja­li­stycz­nych, w tym ka­ta­lo­gów la­bo­ra­to­ryj­nych, opi­sów pa­ten­to­wych czy spe­cy­fi­ka­cji tech­nicz­nych pro­duk­tu i więk­szość cza­su spę­dzał przed kom­pu­te­rem, w swo­im oso­bi­stym pu­deł­ku zwa­nym biu­rem. Momo nie za­glą­da­ła do nie­go zbyt czę­sto, po­nie­waż pa­no­wał tam spe­cy­ficz­ny nie­ład, a ona bar­dzo tego nie lu­bi­ła. Nie chcia­ła jed­nak po­rząd­ko­wać cu­dze­go pu­deł­ka, wy­star­cza­ło jej, że za­my­ka­ła wie­ko. On z ko­lei uśmie­chał się tyl­ko na wi­dok współ­cze­snej sztu­ki użyt­ko­wej swo­jej żony i chy­ba ni­g­dy ni­czym tak na­praw­dę się nie za­chwy­cił.

– Na­szyj­nik ze sta­rych gu­zi­ków? To­reb­ka z daw­nych okła­dek na ze­szy­ty? – krę­cił z nie­do­wie­rze­niem gło­wą i nie mó­wił ani „och!”, ani „ach!”.

Momo nie chcia­ła wpraw­dzie nie­szcze­rych za­chwy­tów, a jed­nak odro­bi­nę kłu­ło ją w pra­wym boku, że ofi­cjal­nie naj­bliż­sza oso­ba w jej ży­ciu za­cho­wu­je dy­stans. Ale i to po­tra­fi­ła so­bie ja­koś wy­tłu­ma­czyć. Naj­więk­szym błę­dem, jaki po­peł­nia­my wo­bec dru­giej oso­by, są wy­gó­ro­wa­ne ocze­ki­wa­nia. Co gor­sza, one nie­ustan­nie ro­sną. Cią­gle chce­my wię­cej, bar­dziej i moc­niej. I żeby było bez chra­pa­nia, bez chrzą­ka­nia, bez si­ka­nia zbyt gło­śno i bez tej ca­łej fi­zjo­lo­gii, któ­ra ja­koś wcześ­niej nam umknę­ła. Momo nie była ma­łost­ko­wa. Chcia­ła tyl­ko, żeby jej mąż od cza­su do cza­su po­wie­dział „och!”, do­tknął na­szyj­ni­ka ze spi­na­czy, krze­sła z bu­te­lek i uniósł brwi ze zdu­mie­nia, bo on by tak nie po­tra­fił.

No i nie po­tra­fił.

Po­chwa­lić.

Ich roz­mo­wy pod­czas wspól­nych po­sił­ków były zde­cy­do­wa­nie mniej za­krę­co­ne niż ma­ka­ron, któ­ry jed­li, i dużo mniej aro­ma­tycz­ne niż sto­ją­ce na sto­le wino.

– Co jest naj­waż­niej­sze w tłu­ma­cze­niu tech­nicz­nym?

– Spój­ność. Każ­de tłu­ma­cze­nie two­rzo­ne jest przy uży­ciu spe­cjal­ne­go opro­gra­mo­wa­nia, dzię­ki cze­mu glo­sa­riusz do tek­stu może być wie­lo­krot­nie wy­ko­rzy­sty­wa­ny.

Momo uprzej­mie ki­wa­ła gło­wą, za­wie­sza­jąc się przy sło­wie „glo­sa­riusz”.

– Cie­szę się, że już nie­dłu­go wa­ka­cje, może wy­bie­rze­my się w koń­cu nad mo­rze? – zmie­nił te­mat mąż.

Tyle że Momo nie zno­si­ła po­dró­żo­wać. Naj­bar­dziej prze­ra­ża­ła ją wi­zja cha­osu i pew­nych nie­prze­wi­dy­wal­nych sy­tu­acji, któ­re za­wsze to­wa­rzy­szą oso­bom po­dró­żu­ją­cym. Opóź­nie­nia, nie­pla­no­wa­ne prze­siad­ki, po­kój ze zdu­blo­wa­ną re­zer­wa­cją, po­go­da, któ­ra nie współ­gra. Gniaz­do os, w któ­re moż­na wdep­nąć, za­skro­niec, prze­pa­lo­ne ża­rów­ki, brak prą­du lub bu­rza, któ­ra wszyst­ko znisz­czy. Nie spo­sób jest do­kład­nie za­pla­no­wać urlop, a im wię­cej nie­wia­do­mych, tym więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo, że coś się nie uda. Momo bar­dzo nie lu­bi­ła otwie­rać drzwi, nie ma­jąc pew­no­ści, że za nimi jest rów­nie bez­piecz­nie.

No i było coś jesz­cze. Strach przed zgu­bie­niem się.

– Tak, mo­rze jest pięk­ne la­tem – od­po­wia­da­ła jed­nak z uśmie­chem, po raz ko­lej­ny wy­bie­ra­jąc wodę za­miast wina.

– Nie pi­jesz?

– Nie mam dzi­siaj ocho­ty.

Ni­g­dy nie mia­ła. Woda była sta­bil­na i za­wsze sma­ko­wa­ła ni­czym. A wi­nem na­le­ża­ło się de­lek­to­wać, roz­sma­ko­wy­wać w nim i za­to­pić. Nie każ­dy to lubi.

I nie musi.

– Spo­tka­łem dzi­siaj two­ją mamę.

– Wia­ło wczo­raj ja­koś tak gwał­tow­nie.

– Są­sie­dzi ku­pi­li psa.

– Li­sto­nosz prze­wró­cił się na na­szych scho­dach.

Sło­wa mi­ja­ły się, po­dob­nie jak ich kon­tekst. Jed­no nie ocze­ki­wa­ło od dru­gie­go współ­udzia­łu, chcia­ło po pro­stu wy­rzu­cić z sie­bie kil­ka zdań, któ­re do­pa­so­wy­wa­ły się do ko­la­cyj­nej at­mos­fe­ry, nie szar­piąc jej, nie bu­rząc i nie wno­sząc ni­cze­go no­we­go.

I dla­te­go wła­śnie dzi­siaj była roz­wód­ką.

Rozdział 3

Pati

A gdy­by tak ze­spa­wać ze sobą łyż­ki i wi­del­ce? Na­prze­mien­nie, w koło. Do­ro­bić od spodu trzy nóż­ki i w ten spo­sób uzy­skać pa­te­rę na owo­ce?

Momo uśmiech­nę­ła się do tej kon­cep­cji, jak za­wsze, kie­dy ja­kaś myśl wi­zu­ali­zo­wa­ła się przed jej ocza­mi, aż w koń­cu sta­wa­ła się trój­wy­mia­ro­wym pro­duk­tem koń­co­wym, do­kład­nie ta­kim, jaki po­wstał w jej gło­wie.

– Cześć.

Mama.

Za­glą­da­ła do swo­jej cór­ki nie­re­gu­lar­nie, cze­go Momo oczy­wi­ście bar­dzo nie lu­bi­ła. Spon­ta­nicz­ność ro­dzi cha­os, a w cha­osie czło­wiek się gubi. Ale mama i tak tyl­ko ma­cha­ła ręką na wszel­kie­go ro­dza­ju su­ge­stie, że prze­cież wy­star­czy za­te­le­fo­no­wać.

– Daj spo­kój, prze­cież wiem, że je­steś w ga­le­rii. A na­wet gdy­by cię nie było, po­szła­bym po pro­stu gdzieś na kawę. – Wzru­sza­ła tyl­ko ra­mio­na­mi.

Na mamę mó­wi­ło się w domu Pati i tak też zo­sta­ło do dzi­siaj.

Tak, to rów­nież wy­my­ślił tata. Pa­try­cja, Pati, to prze­cież lo­gicz­ne. Tata w ogó­le miał faj­ne po­my­sły, oprócz tego ostat­nie­go, kie­dy po pro­stu wy­szedł z domu i dziw­nie się zgu­bił.

Pati z cie­ka­wo­ścią obej­rza­ła nowe pa­te­ry ze sta­rych, ręcz­nie ma­lo­wa­nych ta­le­rzy­ków, któ­re zo­sta­ły po­łą­czo­ne łyż­ka­mi, oraz wa­zo­ny na je­den kwiat wy­ko­na­ne z mo­sięż­nych cho­chli.

– Po­wiem ci, skar­bie, że to się robi co­raz cie­kaw­sze. A te kub­ki? Jak na to wpa­dłaś? – spy­ta­ła chy­ba na­wet odro­bi­nę za­chwy­co­na, się­ga­jąc po por­ce­la­no­we ku­becz­ki z za­to­pio­ny­mi z boku me­ta­lo­wy­mi uchwy­ta­mi od wie­sza­ków, od­gry­wa­ją­cy­mi tu rolę uszek.

Momo wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. To ja­koś samo przy­cho­dzi. Może nocą, wraz z tymi sna­mi?

Ale mama już nie cze­ka­ła na od­po­wiedź. Czas mi­nął, a ona mia­ła coś waż­ne­go do po­wie­dze­nia, więc prze­szła do sed­na. Mama w ogó­le nie lu­bi­ła za­wra­cać so­bie gło­wy zbyt dłu­go jed­ną rze­czą.

– A ja mia­łam dzi­siaj nie­złe­go klien­ta. Zmarł na ja­kąś dziw­ną aler­gię, choć nie do koń­ca usta­lo­no, co do­kład­nie go tak śmier­tel­nie pod­tru­ło. I po­my­śleć, że jesz­cze la­tem za­pi­sał się na kurs cze­lad­ni­ka ju­ha­sa, bo na­gle od­krył, że ko­cha owce.

Momo spoj­rza­ła na nią ze zdu­mie­niem.

– Nie dziw się tak. Kur­sy pa­ster­skie są ostat­nio bar­dzo mod­ne, zwłasz­cza wśród osób, któ­re zro­zu­mia­ły, że mia­sto je dusi. Do­słow­nie i w prze­no­śni.

– Może był uczu­lo­ny na owczą weł­nę?

Pati ski­nę­ła gło­wą.

– Może. Ma­lo­wa­łam go dzi­siaj na spe­cjal­nie ży­cze­nie żony, któ­ra nie mo­gła pa­trzeć na jego za­sty­głą twarz. Fak­tycz­nie, od­pły­nę­ły z niej wszyst­kie ko­lo­ry, na­wet z ust. Był wo­sko­wy, jak na ob­ra­zie Lek­cja ana­to­mii dok­to­ra Tul­pa Rem­brand­ta... – za­wie­si­ła na chwi­lę głos.

Pati zaj­mo­wa­ła się ta­na­to­ko­sme­ty­ką. To rów­nież była sztu­ka, sztu­ka po­śmiert­ne­go ma­ki­ja­żu. Każ­da inna oso­ba pew­nie nie­chęt­nie przy­zna­ła­by się do wy­ko­ny­wa­nia ta­kiej pro­fe­sji, ale Pati była dum­na z tego, co po­tra­fi­ła wy­do­być z twa­rzy nie­bosz­czy­ka. Spo­kój, pięk­no, do­stoj­ność. Dla ko­goś, kto tyle lat prze­pra­co­wał w za­kła­dzie po­grze­bo­wym, ob­co­wa­nie z sa­mym cia­łem nie było ani strasz­ne, ani smut­ne, ani tym bar­dziej po­nu­re. Było tyl­ko dość jed­no­stron­ne, bo klien­ci nie na­le­że­li do ga­da­tli­wych. Zresz­tą Pati nie lu­bi­ła roz­ma­wiać. Wo­la­ła ci­szę i spo­kój, stan, w któ­rym tyl­ko ona mo­gła de­cy­do­wać, co bę­dzie da­lej. Dia­log wy­ma­ga cza­sem kom­pro­mi­su, cza­sem kłót­ni lub gwał­tow­nych unie­sień, a ona od cza­su roz­sta­nia z oj­cem Momo, czy ra­czej od jego za­gad­ko­we­go odej­ścia, mia­ła ser­decz­nie do­syć wszel­kie­go ro­dza­ju nie­spo­dzia­nek. Są lu­dzie, któ­rzy lu­bią być za­ska­ki­wa­ni, więk­szość jed­nak wy­bie­ra emo­cjo­nal­ny le­targ. Zwłasz­cza w re­la­cji z naj­bliż­szą oso­bą.

– Pach­nie śnie­giem. – Pati po­cią­gnę­ła no­sem i za­mknę­ła oczy.

– Za­wsze tak mó­wisz na po­cząt­ku grud­nia. Zu­peł­nie jak­by śnieg mu­siał spaść.

– Bo po­wi­nien. Każ­da pora roku po­win­na być do­kład­nie taka, jak się ją opi­su­je.

Momo nie mo­gła się z tym nie zgo­dzić. A jed­nak śnieg co­raz rza­dziej po­ja­wiał się w grud­niu, jak­by chciał zo­ba­czyć, czy świę­ta od­bę­dą się rów­nież bez nie­go. I czy mimo wszyst­ko znaj­dą swo­ich wiel­bi­cie­li.

– Do­brze ci?

Momo za­my­śli­ła się na mo­ment.

– Tak. Nie bra­ku­je mi go, je­śli o to py­tasz. Pró­bo­wa­łam na­wet pła­kać, ale mi nie wy­szło. Pró­bo­wa­łam być zła, ale rów­nież po­nio­słam klę­skę.

Pati ro­ze­śmia­ła się.

– Z jed­nej stro­ny to do­brze, z dru­giej – każ­dy psy­cho­log za­tarł­by ręce, wi­dząc, jaki cie­ka­wy przy­pa­dek uda­ło mu się do­rwać. Oni lu­bią lu­dzi ubo­gich w emo­cje, bo są prze­ko­na­ni, że to wła­śnie im uda się je od­na­leźć. Gdzieś w oko­li­cach wą­tro­by, ne­rek, no i ser­ca oczy­wi­ście.

– Nie wol­no nie być smut­nym?

– To praw­do­po­dob­nie wbrew ludz­kiej na­tu­rze. Każ­dy z nas ma inny próg od­czu­wa­nia me­lan­cho­lii po stra­cie ko­goś bli­skie­go, pro­blem po­le­ga na tym, że cie­bie ona w ogó­le nie do­pa­dła. Ale może po­ja­wi się w Wi­gi­lię. Wte­dy ła­twiej o no­stal­gię i chmur­ność my­śli. Wi­gi­lia w ogó­le ma w so­bie pew­ne roz­przę­że­nie du­cho­we. Z jed­nej stro­ny cie­szysz się nią, bo cie­szy się więk­szość lu­dzi, z dru­giej czu­jesz ro­dzaj za­ćmie­nia. Albo przy­ćmie­nia ra­czej.

Momo za­my­śli­ła się. Do tej pory lu­bi­ła Wi­gi­lię, choć czym tak na­praw­dę róż­ni­ła się ona od po­zo­sta­łych dni? Była tro­chę bar­dziej od­święt­na, tro­chę bar­dziej wy­stro­jo­na i za­zna­cza­ła swo­ją obec­ność już od wcze­snych go­dzin po­ran­nych. Lu­dzie pró­bo­wa­li roz­cią­gnąć ten dzień, wsta­jąc jak naj­wcze­śniej i wkła­da­jąc ma­kow­ce do pie­kar­ni­ków. Dzie­ci pod­ska­ki­wa­ły w na­pię­ciu, prze­szka­dza­ły i py­ta­ły co chwi­la, czy to już, a Wi­gi­lia sta­ła z boku i uśmie­cha­ła się pod no­sem. To było jej co­rocz­ne pięć mi­nut, pod­czas któ­rych nie­kie­dy do­ko­ny­wa­ły się cuda, choć cza­sem po­le­ga­ły one na tym, że nic się nie wy­da­rza­ło.

Momo ostat­nie trzy Wi­gi­lie spę­dza­ła z mamą i swo­im mę­żem. Wcze­śniej tyl­ko z mamą. I ciot­ką cza­sem. A jesz­cze wcze­śniej...

Jak miał na imię jej mąż?

To nie tak, że nie pa­mię­ta­ła, po pro­stu te­raz już nie był Ka­mi­lem, tyl­ko wła­śnie by­łym mę­żem, ofi­cjal­ną na­zwą pew­ne­go sta­tu­su, ro­dza­jem in­sty­tu­cji, jed­ną z kil­ku­set ty­się­cy osób na­le­żą­cych do gru­py mał­żeństw, któ­re się roz­pa­dły. Już nie mógł być Ka­mi­lem, na­wet je­śli Momo nie cier­pia­ła tak, jak na­ka­zu­ją psy­cho­lo­dzy. Imię jest nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­ne z oso­bą, któ­ra ist­nie­je w na­szym ży­ciu, na­wet tyl­ko od cza­su do cza­su. A były mąż po pro­stu zni­ka.

Były mąż.

Za­wsze miał dla niej pre­zent, któ­re­go się spo­dzie­wa­ła, ale to chy­ba nie jest mał­żeń­ska zbrod­nia. Bia­ły eks­pres do kawy, bia­ły ser­wis bez żad­ne­go szlacz­ka i bia­ła na­rzu­ta na łóż­ko w sy­pial­ni. Ide­al­nie pa­so­wa­ła do bia­łej po­ście­li, zle­wa­jąc się z nią i two­rząc bia­łą wy­spę snu. Na­rzu­ta i ser­wis zo­sta­ły, eks­pres od­szedł wraz z mę­żem i cho­ciaż był to po­da­ru­nek, Momo chęt­nie się z nim roz­sta­ła. Wpraw­dzie ma­rzy­ła kie­dyś o ta­kim urzą­dze­niu, ale po­tem oka­za­ło się, że nie lubi sa­mej czyn­no­ści pa­rze­nia kawy. Przy­naj­mniej nie w tym sty­lu. Z sy­pa­niem, mie­le­niem, a po­tem czysz­cze­niem tego wszyst­kie­go, żeby nic nie przy­schło i nie za­tka­ło fil­trów. Kawę ro­bił mąż, a kie­dy się wy­pro­wa­dził, za­brał tę umie­jęt­ność ze sobą. W tej sy­tu­acji Momo po pro­stu do­rzu­ci­ła mu jesz­cze eks­pres, sama de­cy­du­jąc się na zwią­zek z kawą zbo­żo­wą. Wy­jąt­ko­wo mało skom­pli­ko­wa­ną. Dwie ły­żecz­ki roz­pusz­czal­nej na nie­du­ży ku­bek, do tego odro­bi­na cu­kru i tro­chę mle­ka. Za­wsze ten sam smak, któ­ry nie za­ska­ki­wał nad­mier­ną go­ry­czą, kwa­śnym po­sma­kiem czy też nie­prze­wi­dzia­nym roz­wod­nie­niem. Je­że­li sta­łość jest war­to­ścią w związ­ku, to może ona rów­nież do­ty­czyć jed­no­li­to­ści sma­ków.

– Nie bę­dziesz już piła kawy? – zdzi­wił się były mąż, kie­dy bez sło­wa po­da­ła mu eks­pres.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Nie mu­szę. Nie chcę. Nie lu­bię.

– A co bę­dziesz piła?

Ro­ze­śmia­ła się. Bo to na­praw­dę za­baw­ne, kie­dy były mąż, któ­ry już pa­rzy kawę in­nej ko­bie­cie, cią­gle za­sta­na­wia się, ja­kie pły­ny przyj­mie jego była żona. Na­praw­dę go to in­te­re­su­je?

– Kom­po­ty.

– Spę­dzi­my świę­ta tyl­ko we dwie czy masz ocho­tę na to­wa­rzy­stwo mo­jej sio­stry? – spy­ta­ła Pati.

Momo prze­łknę­ła śli­nę.

Ciot­ka Re­be­ka. Sło­wo „kur­wa” było dla niej prze­cin­kiem, a po­zo­sta­łe wul­ga­ry­zmy sku­tecz­nie wy­pie­ra­ły ja­ką­kol­wiek treść ze zda­nia. Nie cier­pia­ła głu­po­ty, kon­we­nan­sów, fa­ce­tów w przy­krót­kich spodniach oraz wiecz­nie cier­pią­cych ko­biet. Nie zno­si­ła by­cia po­rząd­ną i aku­rat­ną, a sło­wa „aku­rat­na” nie zno­si­ła jesz­cze bar­dziej. Mó­wi­ła, że naj­bar­dziej lubi ka­mie­nie.

– Ka­mie­nie są w po­rząd­ku. W prze­ci­wień­stwie do lu­dzi, nie­któ­rych zwie­rząt i ro­ślin.

Re­be­ka pa­so­wa­ła do wi­gi­lij­nej otocz­ki jak tiu­lo­wa su­kien­ka do dupy hi­po­po­ta­ma.

Rozdział 4

Sen numer dwa

Znowu uno­szę się w po­wie­trzu, choć za wszel­ką cenę chcę do­tknąć zie­mi. Czło­wiek nie uro­dził się po to, by la­tać. I kie­dy moje sto­py już, już się­ga­ją po­wierzch­ni, coś mnie pod­ry­wa w górę i każe tań­czyć w chmu­rach.

Nie, to nie jest ta­niec. Ra­czej ja­kaś dziw­na skła­dan­ka ru­chów, wy­ma­chów i prób za­cho­wa­nia rów­no­wa­gi. Chmu­ry są zbyt mięk­kie, by sta­no­wić ja­ką­kol­wiek pod­po­rę. Ró­żo­we, po­ma­rań­czo­we, se­le­dy­no­we. Ską­pa­ne w pa­ste­lach. Czym mogą sma­ko­wać? Tru­skaw­ką, pi­sta­cją? Wy­cią­gam rękę, żeby na­brać odro­bi­nę chmu­rza­ste­go pu­chu, i za­czy­nam go jeść. Obok chmur prze­la­tu­je lu­ster­ko. Się­gam po nie i wy­sta­wiam ję­zyk. Jest czer­wo­ny, jest nie­bie­ski, ma żół­te punk­ci­ki i zie­lo­ne pa­ski.

A biel? A czerń? To też są prze­cież bar­wy! Czło­wiek po­wi­nien ota­czać się ko­lo­ra­mi, któ­re lubi. Któ­re go nie krę­pu­ją i nie wy­sta­wia­ją na świa­tło dzien­ne. Czerń i biel. Cu­dow­na mie­szan­ka neu­tral­no­ści. Nie pa­trzę już w lu­stro, tyl­ko od­pły­wam po nie­bie da­lej. Już na­wet nie pró­bu­ję wal­czyć z la­ta­niem. Pod­da­ję się. Swo­ją dro­gą to na­wet przy­jem­ne. Swo­bod­ne uno­sze­nie się, le­ni­we prze­su­wa­nie wśród tych wszyst­kich pa­ste­li. Od cza­su do cza­su spo­glą­dam w dół, żeby upew­nić się, że pode mną cią­gle jest zie­mia.

Nad brze­giem wody sie­dzi ja­kiś męż­czy­zna. Ma pod­wi­nię­te spodnie i bose sto­py za­nu­rza w nie­wiel­kich fa­lach. Wy­sta­wia twarz do słoń­ca i na­gle czu­ję, że bar­dzo chcę ją za­pa­mię­tać. Coś szar­pie mnie za ser­ce. Coś roz­mięk­cza ko­la­na. Ale to prze­cież nie­moż­li­we, nie moż­na za­ko­chać się w kimś, kto tyl­ko nam się śni. Nie zna­jąc go, nie wie­dząc, jak wy­glą­da, jaki ma ko­lor oczu, wło­sów, jaką bar­wę gło­su.

Na­gle twarz męż­czy­zny zmie­nia się w wiel­ką łyż­kę, a jego zie­lo­ny swe­ter jest już nie tyle ubra­niem, ile ra­czej wy­dę­tym od wia­tru ża­glem. Zni­ka­ją sto­py, a w ich miej­scu po­ja­wia­ją się por­ce­la­no­we ta­le­rzy­ki. Po­cząt­ko­wo są bia­łe, z cza­sem ja­kaś nie­wi­dzial­na ręka wy­ma­lo­wu­je na nich ko­lej­ne wzo­ry. Co­raz wię­cej i wię­cej, aż biel cał­ko­wi­cie zni­ka. Na­pi­sy jak na na­grob­kach, imio­na, na­zwi­ska, daty, któ­rych nie chcę wi­dzieć. Dla­cze­go nie uda­ło mi się zo­ba­czyć jego twa­rzy? Prze­cież tego wła­śnie chcia­łam. To mój sen, to ja nim dy­ry­gu­ję.

Wiatr wie­je co­raz moc­niej, a po­tem na­gle prze­mie­nia się w płat­ki śnie­gu. Zni­ka zie­lo­na tra­wa, nie­bie­ska woda, zni­ka słoń­ce. Mam na so­bie ogrom­ny ma­li­no­wy swe­ter, któ­ry pach­nie owo­ca­mi. Chcę go z sie­bie zdjąć, bo to nie są moje bar­wy, i na­gle czu­ję, że ktoś mi w tym po­ma­ga.

Obok ma­li­no­we­go swe­tra zno­wu po­ja­wia się zie­lo­ny...

Od­ga­niam wzro­kiem chmu­ry, żeby wresz­cie zo­ba­czyć jego twarz.

Ktoś śpie­wa, ktoś tań­czy, ktoś na­wo­łu­je.

Pach­nie kawą. On po­da­je mi pa­ru­ją­cą fi­li­żan­kę...

Czu­ję, że już za chwi­lę...

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Cytat

Rozdział 1 - Momo

Rozdział 2 - Sen numer jeden

Rozdział 3 - Pati

Rozdział 4 - Sen numer dwa

Rozdział 5 - Rebeka

Rozdział 6 - Mila

Rozdział 7 - Sen numer trzy

Rozdział 8 - Na co komu hygge?

Rozdział 9 - Sen numer cztery

Rozdział 10 - Lena

Rozdział 11 - Sen numer pięć

Rozdział 12 - Ludwik Bawarski

Rozdział 13 - Sen numer sześć

Rozdział 14 - Znam cię

Rozdział 15 - Druciana choinka

Rozdział 16 - Sen numer siedem

Rozdział 17 - Czerwień ma się w sobie

Rozdział 18 - Niemęski sernik

Rozdział 19 - Sen numer osiem

Rozdział 20 - W pawlaczu

Rozdział 21 - Sen numer dziewięć

Rozdział 22 - Matylda

Rozdział 23 - Sen numer dziesięć

Rozdział 24 - Damski szalik

Rozdział 25 - Ulica Północna

Rozdział 26 - Sen numer jedenaście

Rozdział 27 - Fuga

Rozdział 28 - Kadłuby jajkowe, żagle serowe

Rozdział 29 - Wenecja

Rozdział 30 - Mężczyzna w zielonym swetrze

Od autorki