Drugie życie mojej matki - Magda Louis - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Drugie życie mojej matki ebook i audiobook

Magda Louis

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

14 marca 1980 roku samolot IŁ-62 „Mikołaj Kopernik” lecący z Nowego Jorku do Warszawy rozbił się tuż przed lądowaniem. Wśród 87 ofiar była Anna Jantar. Kilka miejsc dalej siedziała Elżbieta, matka trzynastoletniej Hani.

Dla dziewczynki świat kończy się w jednej chwili. Staje się półsierotą, obserwowaną przez ciekawskich sąsiadów, nauczycieli i koleżanki. W cieniu tragedii musi nauczyć się żyć bez matki – z wyrachowaną siostrą, religijną babcią i ojcem za oceanem. Żałoba miesza się z niedowierzaniem i gniewem.

Wśród ciał ofiar katastrofy nie udaje się zidentyfikować mamy Hani, a wkrótce zaczyna krążyć plotka, że Elżbieta wcale nie zginęła. Nagle odzywają się świadkowie – twierdzą, że po wypadku lotniczym widzieli ją całą i zdrową na ulicach Nowego Jorku.

„Drugie życie mojej matki” to poruszająca opowieść o stracie, dorastaniu i rodzinnych tajemnicach. Autorka z niezwykłą czułością i przenikliwością odtwarza realia Polski lat 80., pokazując, jak wielka historia wdziera się w życie zwykłych ludzi. To także pierwszy tom wielopokoleniowej sagi „Bliscy i dalecy” – od dramatycznych wyborów babki po niełatwe decyzje rodziców – w której przeszłość nieustannie splata się z teraźniejszością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 440

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 15 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Elżbieta Kijowska

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ac2018Dc

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam.
00



Frag­ment

Ty­tuł: Dru­gie ży­cie mo­jej matki

Co­py­ri­ght © Magda Lo­uis, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Mo­nika Drob­nik-Sło­ciń­ska

Re­dak­torka pro­wa­dząca: Ju­styna Ku­kian

Re­dak­cja: Ju­styna Ku­kian

Ko­rekta: Ma­ria Za­jąc, Anna No­wak

ISBN 978-91-8153-078-0

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

Dla Ezry, może kie­dyś prze­czyta

ROZ­DZIAŁ 1

Ka­ta­strofa

W ka­ta­stro­fie sa­mo­lotu Ił-62 „Mi­ko­łaj Ko­per­nik” le­cą­cego z No­wego Jorku do War­szawy czter­na­stego marca 1980 roku zgi­nęło osiem­dzie­siąt sie­dem osób, jed­nak naj­więk­szą sen­sa­cję wy­wo­łała wia­do­mość, że wśród ofiar była po­pu­larna i bar­dzo lu­biana pio­sen­karka, Anna Jan­tar. Kilka miejsc za nią sie­działa moja mama.

Przy­go­to­wa­nia do po­wrotu mamy z Ame­ryki za­częły się w czwar­tek rano, kiedy bab­cia Wronka za­rzą­dziła ge­ne­ralne sprząt­nie miesz­ka­nia, łącz­nie z trze­pa­niem dy­wa­nów, szo­ro­wa­niem wanny przy uży­ciu żrą­cej pa­sty i my­ciem okien wodą z octem. Okna na su­cho wy­cie­rało się zmię­tymi ga­ze­tami i była to moja ro­bota. Jak na trzy­na­sto­let­nią dziew­czynkę z bloku by­łam za­ska­ku­jąco silna. Przy mi­ni­mal­nej po­mocy sio­stry, nie­chęt­nej do wy­ko­ny­wa­nia ja­kich­kol­wiek prac do­mo­wych, by­łam w sta­nie wy­tar­gać ogromny dy­wan z dru­giego pię­tra na po­dwórko, a na­stęp­nie prze­wie­sić go przez trze­pak. Zimą miesz­kańcy blo­ków ukła­dali dy­wany wło­sem w dół, a po ich wy­trze­pa­niu zo­sta­wały na śniegu brudne, szare placki w róż­nych kształ­tach i roz­mia­rach.

Moja sio­stra Olga była pięć lat ode mnie star­sza, dzie­sięć cen­ty­me­trów wyż­sza, kilka ki­lo­gra­mów cięż­sza i bar­dzo atrak­cyjna. Kiedy wy­cho­dziła z bloku, chłopcy wy­sia­du­jący na ław­kach na­tych­miast od­wra­cali głowy w jej stronę i za­czy­nali gwiz­dać i po­krzy­ki­wać, ale ża­den ni­gdy do niej nie za­ga­dał. Jej dłu­gie włosy zimą czy la­tem fa­lo­wały na wie­trze ni­czym je­dwabne nitki, a że no­siła głowę wy­soko, wy­da­wało się, że idzie przez szare po­dwórko mo­delka. W prze­ci­wień­stwie do mnie Olga nie była zbyt prze­jęta po­wro­tem mamy z Ame­ryki, dla mo­jej sio­stry roz­sta­nia i po­wroty w ro­dzi­nie sta­no­wiły tylko tło dla jej wła­snych prze­żyć. Dla mnie okres nie­obec­no­ści mamy był nie­prze­li­czalną na go­dziny wiecz­no­ścią. Po­le­ciała do No­wego Jorku koń­cem lata ze­szłego roku, a że­gna­jąc się, obie­cała wró­cić nie póź­niej niż za sześć mie­sięcy, na taki po­byt po­zwa­lała jej wiza. Mama nie była osobą, która by świa­do­mie zro­biła coś nie­le­gal­nego, więc te pół roku od­zna­czy­łam w ka­len­da­rzu jako pew­nik.

Za­po­wia­dała swój po­wrót dwa razy, ale po­tem go od­wo­ły­wała. Drugi ter­min był wy­zna­czony na dzień przed Wi­gi­lią ze­szłego roku, miała przy­le­cieć do Ber­lina, a stam­tąd po­je­chać po­cią­giem do Rze­szowa. Do­brze, że zmie­niła zda­nie, bo mi­niona zima sie­dem­dzie­sią­tego dzie­wią­tego prze­szła do hi­sto­rii jako naj­sroż­sza od stu­le­cia. Przy­wa­liła całą Pol­skę dwu­me­tro­wym śnie­giem, skuła mro­zem szyny, rury, za­wiasy, kra­węż­niki, ciężko było się po­ru­szać i wszel­kie po­dróże po kraju od­ra­dzały ustami zmar­twio­nych spi­ke­rów i re­dak­to­rów te­le­wi­zja, prasa i ra­dio. Mama nas prze­pro­siła za tę zmianę pla­nów i obie­cała nie­spo­dziankę.

– Na pewno wio­sną! – obie­cała i obie z bab­cią Wronką uzna­ły­śmy, że to bę­dzie kwie­cień.

Osta­tecz­nie o tym, że do nas wraca, mama po­in­for­mo­wała dwa dni przed pla­no­wa­nym wy­lo­tem z No­wego Jorku, dwu­na­stego marca. Nie mie­li­śmy w miesz­ka­niu te­le­fonu, więc jak zwy­kle roz­mowa od­była się u są­siadki Sta­wiar­skiej z na­prze­ciwka i mia­łam to szczę­ście, że nie było w miesz­ka­niu Olgi ani babci Wronki, więc z mamą roz­ma­wia­łam ja. Ostatni raz.

– Jak wszystko pój­dzie do­brze, wi­dzimy się w pią­tek wie­czo­rem – po­wie­działa na po­że­gna­nie, cmo­ka­jąc w słu­chawkę.

Wiele rze­czy może pójść nie tak przy tak skom­pli­ko­wa­nej lo­gi­stycz­nie po­dróży. Mama naj­pierw mu­siała prze­mie­ścić się na lot­ni­sko JFK w No­wym Jorku, po­ko­nać ocean „ru­skim sa­mo­lo­tem”, wy­lą­do­wać na Okę­ciu, a na­stęp­nie prze­je­chać przez pół Pol­ski, żeby zna­leźć się w na­szym miesz­ka­niu przy ulicy Dą­brow­skiego w Rze­szo­wie i nas uści­skać. Bab­cia Wronka na­wet mo­dlić nam się nie ka­zała o szczę­śliwy po­wrót mamy zza oce­anu, tak była pewna, że sprawa jest pro­sta i nie­za­gro­żona gnie­wem Bo­żym.

W 1973 roku pierw­szy sa­mo­lot Ił-62, ochrzczony jako „Mi­ko­łaj Ko­per­nik”, za­czął la­tać na da­le­kie trasy, rów­nież do USA, co wcze­śniej nie było moż­liwe. Pol­skie Li­nie Lot­ni­cze la­tały tylko nad blo­kiem ko­mu­ni­stycz­nym i na Bli­ski Wschód oraz oczy­wi­ście do Mo­skwy. Kiedy Ił-62 wy­lą­do­wał w Chi­cago, pol­ski kon­su­lat zor­ga­ni­zo­wał fetę na cześć ma­szyny i lu­dzi, któ­rzy po raz pierw­szy przy­le­cieli z Pol­ski do USA. Nada­wa­nie sa­mo­lo­tom imion wiel­kich Po­la­ków było dziw­nym po­my­słem, ale do­sko­nale od­zwier­cie­dlało du­cha so­cja­li­stycz­nych cza­sów pro­pa­gandy na­ro­do­wej. Ka­ta­strofy Ko­per­nika i Ko­ściuszki po­waż­nie za­szko­dziły przy­jaźni pol­sko-ra­dziec­kiej, choć – jak się oka­zało po la­tach – wina tych ka­ta­strof za­czy­nała się u kon­struk­tora w Mo­skwie, a koń­czyła we wła­dzach Pol­ski Lu­do­wej rzą­dzą­cej po­śred­nio LOT-em w War­sza­wie.

Ochrzczony i wy­bierz­mo­wany przed kilku laty „Mi­ko­łaj Ko­per­nik” wy­le­ciał z No­wego Jorku z po­nad­dwu­go­dzin­nym opóź­nie­niem z po­wodu śnie­życy, która roz­hu­lała się nad lot­ni­skiem, i po dzie­wię­ciu go­dzi­nach spo­koj­nego lotu zbli­żył się do lot­ni­ska Okę­cie kilka mi­nut po je­de­na­stej. Wia­do­mość o ka­ta­stro­fie sa­mo­lotu po­dało pol­skie ra­dio wcze­snym po­po­łu­dniem czter­na­stego marca 1980 roku, ale za­nim ta wieść do­tarła do mnie, okrą­żyła zie­mię dwa razy.

Nie śpie­szy­łam się tego dnia po szkole do domu. Trasę po­ko­ny­wa­łam pie­szo lub – jak mó­wi­ły­śmy w szkole – „z buta” w pięć mi­nut, jed­nak po dro­dze były planty, plac za­baw i górka, która zimą prze­mie­niała się w stok al­pej­ski, na­to­miast la­tem w zie­loną łąkę, więc po­kus nie bra­ko­wało i bez względu na porę roku rzadko uda­wało mi się do­trzeć do miesz­ka­nia w pięć mi­nut. By­łam pod­mi­no­wana z po­wodu po­wrotu mamy, na śnia­da­nie zja­dłam tylko piętkę chleba z ma­słem, która ugrzę­zła mi w gar­dle. Nie wy­po­wie­dzia­łam gło­śno swo­jego ma­rze­nia z obawy, że za­pe­szę, ale li­czy­łam w du­chu, że mama szy­kuje nam nie­spo­dziankę i przy­wie­zie tatę. Wy­je­chał do Ame­ryki z pla­nem, że wróci po roku, a pie­nią­dze, które za­robi, pójdą na naj­pil­niej­sze po­trzeby ro­dziny. W miesz­ka­niu prze­pro­wa­dzi się re­mont, pod blo­kiem sta­nie Po­lo­nez, ubie­rzemy się w Pe­wek­sie i po­je­dziemy na wczasy do Ju­go­sła­wii.

Od­bla­sku mo­jego szczę­ścia z przy­jazdu ro­dzi­ców szu­ka­łam u naj­droż­szej mi osoby.

Te­re­ska była moją przy­ja­ciółką od przed­szkola. Wy­szły­śmy z bu­dynku Szkoły Pod­sta­wo­wej nu­mer 10 imie­nia Mar­ce­lego No­wotki jako ostat­nie, uwa­ża­jąc, żeby nikt z klasy do nas nie do­łą­czył. Za­pa­le­nie pierw­szego w ży­ciu pa­pie­rosa nie po­trze­bo­wało świad­ków. Te­re­ska re­gu­lar­nie okra­dała swo­jego ojca, cza­sami było to na­wet dwa­dzie­ścia zło­tych, szybko wy­dane na oran­żadę w proszku lub skon­den­so­wane mleko w tubce, ale tego dnia przy­nio­sła do szkoły le­d­wie na­po­czętą paczkę Klu­bo­wych oraz pu­dełko za­pa­łek.

Po­szły­śmy w na­sze ulu­bione miej­sce za szkołą, gdzie znaj­do­wał się ka­wał nie­za­go­spo­da­ro­wa­nej ziemi ob­sa­dzo­nej wiel­kimi drze­wami i prze­ro­śnię­tymi krze­wami da­ją­cymi schro­nie­nie przed wścib­skim okiem przy­pad­ko­wych prze­chod­niów. Usia­dły­śmy pod drze­wem, każda na swoim szma­cia­nym worku, i przez chwilę pa­trzy­ły­śmy na bu­dy­nek po­li­tech­niki. Tam mia­ły­śmy w nie­da­le­kiej przy­szło­ści za­po­znać i po­de­rwać fan­ta­stycz­nych stu­den­tów, gdy za­miast zwi­nię­tych w kłę­bek skar­pe­tek bę­dziemy no­sić w biu­sto­no­szach coś wię­cej. Stu­denci Po­li­tech­niki Rze­szow­skiej przez sam fakt by­cia stu­den­tami wzbu­dzali w dziew­czy­nach go­rące pra­gnie­nia, bez względu na to, czy po­cho­dzili ze wsi, co dało się naj­pierw wy­czuć no­sem, a po­tem zo­ba­czyć oczami, czy z oko­licz­nych miast, które nie miały wyż­szej uczelni, ta­kich jak Dę­bica, Tar­nów, Mie­lec czy Kro­sno. Dla nas było jesz­cze za wcze­śnie, by na po­waż­nie roz­ma­wiać z chło­pa­kami, obie doj­rze­wa­ły­śmy bar­dzo po­woli, nie mu­sia­ły­śmy jesz­cze ku­po­wać waty w ap­tece, a i wy­obra­że­nia o ko­bie­co­ści mia­ły­śmy wą­tłe.

Te­re­ska przy­pa­liła pa­pie­rosa, lekko się za­cią­gnęła i po­dała mnie. Pa­le­nie pa­pie­ro­sów było w de­chę i świad­czyło o zbli­ża­ją­cej się do­ro­sło­ści. Moi ro­dzice pa­lili pa­pie­rosy od pięt­na­stego roku ży­cia, o czym opo­wia­dali z uśmie­chem wyż­szo­ści, za­zna­cza­jąc przy tym, że nam nie wolno. Ćmili w po­ko­jach, kuchni, na­wet w ła­zience, a kiepy po­rzu­cali w krysz­ta­ło­wej po­piel­niczce lub ce­ra­micz­nej łódce z Ce­pe­lii, wy­cią­ga­nej z kre­densu na wiel­kie oka­zje. Olga rów­nież pa­liła, w zi­mie na klatce scho­do­wej pię­tro wy­żej, w le­cie przy otwar­tym oknie, ale do­piero wtedy, kiedy lampka w po­koju ro­dzi­ców zga­sła.

– Mu­szę już iść… – Po­wą­cha­łam zgra­białe od zimna palce, cuch­nęły ty­to­niem i gumą, która wsiąk­nęła w skórę dłoni pod­czas gry w ko­szy­kówkę.

– Nie idziemy do de­li­ka­te­sów? Mam szmal… – Te­re­ska wy­cią­gnęła z kie­szeni kurtki pię­cio­zło­tówkę. – Star­czy na dwa ob­wa­rzanki.

Tego dnia na sta­no­wi­sku „pie­czywo-na­biał” za szybą le­żały tylko bo­chenki chleba z kmin­kiem i kilka okla­płych sztan­gli. W po­szu­ki­wa­niu ob­wa­rzan­ków prze­szły­śmy całą ulicę Dą­brow­skiego, pod Zam­kiem Lu­bo­mir­skich od­bi­ły­śmy w prawo i pod szkołę wró­ci­ły­śmy inną drogą, przez Obroń­ców Sta­lin­gradu. W żad­nym mi­ja­nym spo­żyw­czaku nie było ob­wa­rzan­ków. Jesz­cze bar­dziej głodna i zmar­z­nięta osta­tecz­nie po­szłam na obiad do Te­re­ski, który jej nie­pra­cu­jąca mama trzy­mała na ga­zie w peł­nej go­to­wo­ści dla wszyst­kich człon­ków ro­dziny aż do sa­mego wie­czora.

Mama Te­re­ski wy­glą­dała na jej bab­cię. Nie­uma­lo­wana, otyła, przed­wcze­śnie po­si­wiała, prze­pa­sana far­tu­chem pani Da­nu­sia cały dzień aż do dzien­nika spę­dzała w kuchni. Kiedy po­dała obiad, sama ni­gdy nie za­sia­dała z ro­dziną do po­siłku, na­tych­miast ucie­kała do swo­jego ma­ciup­kiego kró­le­stwa, które roz­cią­gało się od ku­chenki ga­zo­wej wzdłuż sza­fek po­przez stół aż do lo­dówki. Każdy cen­ty­metr po­wierzchni był tam za­jęty, pod sto­łem pię­trzyły się worki z mąką, pro­diż, ma­lak­ser, pu­ste sło­iki, na bla­tach i pa­ra­pe­cie stały rzędy garn­ków, mi­sek, po­jem­ni­ków z ka­szą, ry­żem i cu­krem. Nad ku­chenką wi­siały war­kocz czosnku oraz kom­po­zy­cje z ce­buli. Do­słow­nie wszę­dzie można się było do cze­goś przy­kleić, po­nie­waż pani Da­nu­sia nie dbała prze­sad­nie o czy­stość w swoim kró­le­stwie. Ale go­to­wała do­brze, choć nie­zbyt róż­no­rod­nie, naj­le­piej wy­cho­dziły jej sznycle oraz za­bie­lany barszcz czer­wony z jaj­kiem.

– Jedz, Ha­niu, jedz… wi­dzę, że ci sma­kuje… Kiedy twoja ma­mu­sia wraca?

– Dziś wie­czo­rem – od­par­łam z ustami peł­nymi ziem­nia­ków i ćwi­kły.

– Twoja ma­mu­sia to taka ele­gancka ko­bieta… – wes­tchnęła, wy­gła­dza­jąc far­tuch na po­dołku. – Pa­mię­tam, jak że­ście się wpro­wa­dzili, ty jesz­cze w be­ciku by­łaś, nio­sła cię przez po­dwórko jakby do chrztu. Ubrana była w ko­stium, zdaje mi się, że gra­na­towy. Spód­niczka przed ko­lano i czarne szpi­leczki na za­trzask, pa­mię­tam jak dziś.

– Na szpil­kach prze­pro­wadzkę ro­biła? – Te­re­ska miała wąt­pli­wo­ści.

– No prze­cież pani Ela sama nie tar­gała me­bli na pię­tro… Tra­ga­rzy mieli. Pan in­ży­nier, to też pa­mię­tam, pod­je­chał au­tem pod same drzwi i przy­wiózł wa­sze wa­lizki.

– A skąd mama to wszystko wie? Prze­cież od nas nie wi­dać Hani bloku.

– W ich klatce mieszka kraw­cowa Dziu­rzyń­ska, cią­gle do niej cho­dzi­łam szyć, aku­rat wtedy też za­szłam do przy­miarki.

Pod­nio­słam głowę znad ta­le­rza. Wy­obraź­nia mnie za­wio­dła, nie mo­głam zo­ba­czyć pani Da­nusi ubra­nej w szytą na miarę su­kienkę czy spód­nicę, na­wet gdy­bym prze­nio­sła się w cza­sie i od­mło­dziła o kil­ka­na­ście lat.

Zer­k­nę­łam na ze­gar wi­szący w przed­po­koju, zro­biło się już późno. Po­dzię­ko­wa­łam za pyszny obiad i po­szłam do domu. Szny­cel wie­przowy ule­piony i usma­żony przez pa­nią Da­nu­się był ostat­nim po­sił­kiem, który zja­dłam tego dnia.

Są­siadka Sta­wiar­ska miała w miesz­ka­niu te­le­fon jako je­dyna w na­szej klatce. Ten luk­sus za­ła­twił jej syn, mi­li­cjant, kiedy z nią za­miesz­kał po burz­li­wym roz­wo­dzie z nie­wierną i krnąbrną żoną. Nasz blok na­zy­wany był „mi­li­cyj­nym”, po­nie­waż miesz­kało w nim kilka ro­dzin mun­du­ro­wych, ofi­ce­rów i sze­re­gow­ców z po­bli­skiej ko­mendy wo­je­wódz­kiej. Miesz­ka­nia, po trzy na każ­dym z trzech pię­ter, były duże jak na ów­cze­sne stan­dardy. Zo­stały wy­bu­do­wane nie­długo po woj­nie, kiedy jesz­cze so­cja­li­styczne bu­dow­nic­two nie za­brnęło w za­ułek cia­snoty, by­le­ja­ko­ści i ciem­nej kuchni.

Bab­cia Wronka nie lu­biła roz­ma­wiać przez te­le­fon, słu­chawkę trzy­mała zbyt da­leko od ucha, jakby się oba­wiała kon­taktu z ga­da­ją­cym przed­mio­tem, i za­wsze gło­śno krzy­czała, choć nie za­wsze słabe po­łą­cze­nie tego wy­ma­gało. Kiedy pani Sta­wiar­ska za­pu­kała do drzwi i po­wie­działa, że z War­szawy do nas dzwo­nią, bab­cia wy­słała Olgę.

– Pew­nie Ela dzwoni, wy­py­taj się do­kład­nie, o któ­rej bę­dzie, że­bym wie­działa, kiedy wodę na pie­rogi na­sta­wić. Ona nie lubi od­sma­ża­nych, na świeżo mu­szą być.

Z War­szawy dzwo­nił pan Le­szek, który za­de­kla­ro­wał się przy­wieźć mamę do Rze­szowa swoim au­tem. Moi ro­dzice przy­jaź­nili się z Lesz­kami od czasu wpro­wadzki na osie­dle i czę­sto się od­wie­dzali przy oka­zji imie­nin czy wol­nej so­boty, aż do mo­mentu wy­jazdu taty do Ame­ryki. Mama tra­fiła na li­stę „po­dej­rza­nych” ko­biet z ra­cji tego, że nie miała męża pod ręką od dłuż­szego czasu, więc nie za­pra­szano jej tak chęt­nie jak wcze­śniej. Do Lesz­ków nie cho­dziła pra­wie wcale, jed­nak dawny przy­ja­ciel domu, nieco po kry­jomu, opie­ko­wał się nami, za­cho­wu­jąc przy­zwo­ity dy­stans, żeby nie draż­nić żony. Po­zwo­liła mu po­je­chać na Okę­cie i na­wet przy­go­to­wała ka­napki na drogę, ma­jąc na wi­doku torbę z do­la­rami le­cącą Iłem z No­wego Jorku.

Olga z po­czątku nie zro­zu­miała, co pan Le­szek miał na my­śli, mó­wiąc, że nie bę­dzie dłu­żej cze­kać na lot­ni­sku, bo ciała i tak by mu nie wy­da­dzą, po­nie­waż nie jest z ro­dziny. Do głowy mu nie przy­szło, że do nas wieść o ka­ta­stro­fie sa­mo­lotu „Mi­ko­łaj Ko­per­nik” jesz­cze nie do­tarła, więc zre­la­cjo­no­wał szybko to, co zo­ba­czył oraz usły­szał na lot­ni­sku, i obie­cał opo­wie­dzieć wię­cej szcze­gó­łów po po­wro­cie.

– Nie wiem, czy dam radę dziś, patrz, która już go­dzina… z tego wszyst­kiego stra­ci­łem ra­chubę czasu, ale ju­tro po pracy do was zaj­rzę i się na­ra­dzimy, co z po­grze­bem i tak da­lej.

– Czyim po­grze­bem? – za­py­tała Olga.

– No jak czyim? Wa­szej mamy… Sa­mo­lot się roz­bił! Nie ma­cie ra­dia? – Pan Le­szek był zde­ner­wo­wany. – Dziś rano sa­mo­lot rąb­nął i wszy­scy zgi­nęli!

Olga usia­dła na pod­ło­dze i za­krę­ciła mocno sznur od te­le­fonu wo­kół palca.

– Sa­mo­lot się roz­bił? Ten z mamą? Ten z No­wego Jorku?!

– Ten! Sam bym nie wie­rzył, żeby nie ci zroz­pa­czeni lu­dzie na lot­ni­sku, któ­rych ka­retki za­bie­rały…

– To zna­czy, że jed­nak ktoś prze­żył?!

– Ech… nie, nie pa­sa­że­rów, tylko cze­ka­ją­cych na lot­ni­sku, mdleli je­den po dru­gim. Przy­je­chało woj­sko, mi­li­cja, pła­cze, krzyki, co tam się działo… Na­wet wódkę ser­wo­wali na uspo­ko­je­nie, ale jak się po czymś ta­kim uspo­koić? Koło po­mnika chłod­nie po­dobno stoją, cały kon­wój… To jest nie do wy­obra­że­nia… Tyle na­rodu zgi­nęło za jed­nym za­ma­chem… Nikt się nie ura­to­wał, nikt… – chlip­nął.

Mimo że serce mo­jej sio­stry zbu­do­wane było ze szkła, gwoź­dzi i drutu, za­częła mięk­nąć. Jej głos drżał.

– Na pewno mama le­ciała tym sa­mo­lo­tem? Pa­nie Leszku, niech się pan skupi, bo może to ja­kaś kosz­marna po­myłka… Trzeba wszystko do­kład­nie spraw­dzić…

– Co tu jesz­cze spraw­dzać? Ela zgi­nęła w ka­ta­stro­fie sa­mo­lotu! Pa­weł nie dzwo­nił z Ame­ryki? Twój oj­ciec jesz­cze nie dzwo­nił? No niechby się nie oka­zało, że on też wsiadł na ten sa­mo­lot, żeby wam nie­spo­dziankę zro­bić… Je­zus Ma­ria…

– Ja pi­tolę… – po­wta­rzała Olga, co­raz głę­biej za­pa­da­jąc się w so­bie. – Ja pi­tolę…

– W każ­dym ra­zie ja się będę zbie­rał do domu, nic tu po mnie. Olga… naj­szczer­sze kon­do­len­cje… Ech… Nie wiem, co po­wie­dzieć… Żeby pani Wa­le­ria za­wału nie do­stała… Jak ty jej to wszystko po­wiesz? Z Paw­łem mu­sisz się skon­tak­to­wać, sprawdź, czy… no wiesz, czy aby też nie le­ciał tym sa­mo­lo­tem…

Tato nie za­dzwo­nił tego dnia, co nas jesz­cze bar­dziej przy­gnę­biło, a nu­mer, który do niego mia­ły­śmy, nie od­po­wia­dał.

Po prze­mo­dlo­nej na ko­la­nach nocy udało mi się za­snąć. Przy­tu­lona do babci, z głową wci­śniętą w jej po­duszkę pach­nącą wa­le­rianą, spa­łam kilka go­dzin i śniła mi się mama, którą ze stajni wy­wlókł koń. Nogę miała przy­wią­zaną do ko­pyta. Obu­dził mnie strach. Bab­cia Wronka ka­zała nam się ubrać na czarno i we trzy po­ma­sze­ro­wa­ły­śmy gę­siego do ko­ścioła sa­le­ty­nów ni­czym kon­dukt ża­łobny. Trzy pary oczu wpa­try­wały się w błę­kitną Matkę Bo­ską, bła­ga­jąc, żeby się zli­to­wała i od­dała nam mamę, uży­wa­jąc swo­jej nie­ziem­skiej mocy. Głowę mia­łam pełną krze­pią­cych opo­wie­ści o cu­dach, tych za­klę­tych w wo­dzie w Lo­ur­des, re­li­kwiach za­ku­tych w złych krzy­żach i ku­lach roz­wie­szo­nych na ścia­nie sank­tu­arium w Czę­sto­cho­wie na do­wód na­głego ozdro­wie­nia, więc mo­dli­łam się żar­li­wie, może na­wet nieco na­chal­nie.

Cud się jed­nak nie zda­rzył, mo­dli­twy wy­le­ciały z na­szych serc z dużą ener­gią, ale naj­pew­niej ni­g­dzie nie do­tarły, ni­czym ra­kieta wy­słana w ko­smos, która roz­la­tuje się na mi­lion ka­wał­ków za­raz po star­cie.

Do­piero w po­nie­dzia­łek udało się Ol­dze do­dzwo­nić do taty, a ten bar­dzo się zdzi­wił, że nie­po­ko­imy go o tak póź­nej po­rze.

– Olga, stało się coś? Wiesz, która jest go­dzina?! Trze­cia dwa­dzie­ścia w nocy… Ja rano mu­szę wstać do pracy…

– Co się stało?! Chyba wiesz, co się stało! Cze­kamy i cze­kamy na te­le­fon! – Olga spoj­rzała na mnie i na są­siadkę sie­dzącą po dru­giej stro­nie ławy w po­koju. Za­pew­ni­ły­śmy ją, że za­pła­cimy za to po­łą­cze­nie mię­dzy­na­ro­dowe, jak tylko przyj­dzie ra­chu­nek, jed­nak wo­lała być obecna przy roz­mo­wie i mało dys­kret­nie zer­kała na ze­ga­rek.

– Ale co? No mówże… – Oj­ciec ziew­nął.

– Sa­mo­lot się roz­bił, nie sły­sza­łeś? W pią­tek rano… Ten z No­wego Jorku do War­szawy.

– Sły­sza­łem, po­da­wali w wia­do­mo­ściach, straszna tra­ge­dia, nie­dawno by­łem w klu­bie w Ne­warku i śpie­wała Anna Jan­tar, fajna babka.

Olga pró­bo­wała za­cho­wać spo­kój, ale nie po­tra­fiła za­pa­no­wać nad zło­ścią.

– Anna Jan­tar, co ty ga­dasz?! Mama zgi­nęła w tej ka­ta­stro­fie! Twoja żona!

Oj­ciec chrząk­nął i za­kasz­lał. Pa­lił paczkę pa­pie­ro­sów dzien­nie, jego ka­ta­strofa też się po­woli zbli­żała.

– Dziecko, ty na­wet tak nie żar­tuj – ode­zwał się po chwili. – Mama po­le­ciała do Pol­ski ty­dzień temu, nie w ze­szły pią­tek.

Olga trzy­mała słu­chawkę od­da­loną od ucha, że­bym i ja mo­gła sły­szeć, co mówi oj­ciec. Za­nim do­tarł do mnie sens jego słów, moja sio­stra za­częła wrzesz­czeć, ale nie umia­łam oce­nić, czy z ra­do­ści, czy z gniewu. Roz­ma­wiali jesz­cze parę mi­nut, za­sta­na­wia­jąc się wspól­nie, gdzie się mama po­działa, skoro przy­le­ciała do Pol­ski przed ty­go­dniem. Gdzie jest? Co robi? Oj­ciec nie miał żad­nej sen­sow­nej hi­po­tezy, po­że­gnali się obiet­nicą, że będą to wy­ja­śniać po obu stro­nach Atlan­tyku.

Pan Le­szek w na­szym imie­niu skon­tak­to­wał się z LOT-em i po dłu­gich ne­go­cja­cjach otrzy­mał po­twier­dze­nie, że Elż­bieta Wol­ska była na li­ście pa­sa­że­rów fe­ral­nego lotu.

Gor­sza od ża­łoby po ma­mie oka­zała się sen­sa­cja wo­kół mnie i Olgi w pierw­sze dni po tra­ge­dii. Są­sie­dzi, na­uczy­ciele, ko­le­żanki, li­sto­nosz, kio­skarka ga­pili się tak osten­ta­cyj­nie, jak­bym była ja­kimś dzi­wo­lą­giem, któ­rego po­winni po­ka­zy­wać w cyrku. Nikt się do mnie nie od­zy­wał, nie po­cie­szał mnie, nie skła­dał kon­do­len­cji, tylko pa­trzyli z da­leka, wbi­ja­jąc spoj­rze­nia jak ćwieki w skó­rzaną kurtkę. Nie wiem, czego wy­pa­try­wali u osie­ro­co­nej trzy­na­sto­latki. Si­nych plac­ków pod oczami z nie­wy­spa­nia czy do krwi ob­gry­zio­nych pa­znokci? Chciwe spoj­rze­nia śle­dziły mnie przez kilka dni w dro­dze do szkoły, do sklepu, do ko­ścioła i za­czę­łam czuć się winna śmierci mamy, po­nie­waż te bły­ska­jące chorą cie­ka­wo­ścią oczy żą­dały wy­tłu­ma­cze­nia dla­czego. Oczy cze­kały na wię­cej pi­kant­nych szcze­gó­łów na te­mat ka­ta­strofy, w któ­rej prze­cież oprócz mo­jej mamy zgi­nęła pio­sen­karka Anna Jan­tar, o czym trą­bili w te­le­wi­zji i pra­sie. Czer­pa­ły­śmy z tego faktu po­cie­sze­nie, że okrutny los nie oszczę­dza ni­kogo, kiedy za­czyna wy­bie­rać go­dzinę, miej­sce oraz osobę, któ­rej zgasi świa­tło. Śmierć mamy stała się bar­dziej pod­nio­sła z tego po­wodu, że wraz z nią zgi­nęła znana pio­sen­karka, a także człon­ko­wie ame­ry­kań­skiej dru­żyny bok­ser­skiej, któ­rych czarne, prze­cięte na pół przez pasy ciała zna­le­ziono wbite w zie­mię w miej­scu roz­bi­cia sa­mo­lotu. Byli to bar­dzo mło­dzi chłopcy, ama­to­rzy, szy­ku­jący się do­piero do wiel­kiej spor­to­wej ka­riery.

Kiedy w środę po ka­ta­stro­fie po­szłam do szkoły, pani od pol­skiego roz­pła­kała się na mój wi­dok, na­to­miast pani od geo­gra­fii ob­da­ro­wała mnie we­dlow­ską cze­ko­ladą. Była wy­raź­nie wzru­szona, za­glą­da­jąc mi w oczy, ale oprócz „biedne dziecko” nie umiała nic krze­pią­cego po­wie­dzieć. Poza Te­re­ską nikt z klasy się do mnie nie zbli­żył tego dnia, pod­czas prze­rwy sta­ły­śmy pod oknem, ty­łem do wrzesz­czą­cego ko­ry­ta­rza, a do świe­tlicy na obiad wcale nie po­szłam, choć by­łam głodna jak wilk.

– No i co się ga­pisz, pa­lan­cie?! – ryk­nęła Te­re­ska w stronę krę­cą­cego się wo­kół nas gów­nia­rza. – Chcesz za­ro­bić z li­ścia?

Chło­pak wy­wa­lił ję­zor i uciekł.

– Jesz­cze do mnie nie do­tarło, co się stało – wy­szep­ta­łam. – Może to wszystko mi się tylko śni? Prze­cież ta­kie rze­czy się nie zda­rzają w nor­mal­nym świe­cie.

Te­re­ska przy­su­nęła się bli­żej mnie.

– W ro­dzi­nie mo­jej mamy, po­wiem ci, zda­rzały się ta­kie okrop­no­ści, że­byś nie uwie­rzyła.

– Co na przy­kład?

– Brat mamy ko­le­ja­rzem był, zna­czy kie­ro­wał po­cią­gami, nie wiem, jak to się fa­chowo na­zywa. Ma­szy­ni­sta? Nie­ważne… No i co rusz ktoś mu się pod jego po­ciąg rzu­cał, przy­się­gam, chyba z dzie­sięć osób prze­je­chał, bo nie zdą­żył wy­ha­mo­wać.

– Okropna śmierć, tak pod pę­dzący po­ciąg sko­czyć. – Wzdry­gnę­łam się.

– Ale za to szybka, choć nie za­wsze… – Te­re­ska zni­żyła głos. – Po­dobno nie­któ­rych po­ćwiar­to­wało, a jesz­cze chwilę żyli… Wu­jek czę­sto opo­wia­dał, wi­dział na wła­sne oczy te ka­wałki lu­dzi. No i co? Pew­nego dnia sam się pod po­ciąg rzu­cił, tyle tylko, że nie na swo­jej tra­sie.

– No co ty? Po­waż­nie?

– Tato twier­dził, że brat mamy miał nie­równo pod su­fi­tem i że to od za­wsze było wia­domo, więc nie po­wi­nien tymi po­cią­gami kie­ro­wać. Na dworcu w Sę­dzi­szo­wie się pod po­ciąg rąb­nął. Osie­ro­cił troje dzieci, ale na tym się czarna se­ria nie skoń­czyła. Naj­star­szy syn wujka so­bie strze­lił w łeb, kiedy na war­cie stał, jak w woj­sku słu­żył.

– Też miał coś z głową?

– Nie wiem, ale po­dobno dziew­czyna go rzu­ciła, jak do woja po­szedł, może to przez nią? – Te­re­ska zro­biła smutną minę i przez chwilę nic do sie­bie nie mó­wi­ły­śmy, po­rów­nu­jąc tra­ge­die ro­dzinne.

Po ostat­niej lek­cji od­było się krót­kie spo­tka­nie z dy­rek­to­rem szkoły. Do jego ga­bi­netu, wy­raź­nie prze­jęta, za­pro­wa­dziła mnie wy­cho­waw­czyni. Pani Li­sie­wicz wska­zała miej­sce na dy­wa­nie, gdzie mam sta­nąć, cen­tral­nie przed so­lid­nym dę­bo­wym biur­kiem, zza któ­rego za­rzą­dzał na­szą szkołą dy­rek­tor. W tym miej­scu dy­wan był mocno wy­dep­tany i wy­śli­zgany. Onie­śmie­lona roz­glą­da­łam się po prze­stron­nym ga­bi­ne­cie ki­pią­cym czer­wie­nią. Za­równo wzo­rzy­sty dy­wan, jak i za­słony oraz obi­cia krze­seł były ciem­no­czer­wone, flaga oraz sztan­dar umo­co­wany za ple­cami dy­rek­tora nieco ja­śniej­sze. Pach­niało ku­rzem i fa­solką po bre­toń­sku. Uświa­do­mi­łam so­bie, że z okna tego ga­bi­netu roz­ta­cza się wi­dok na po­li­tech­nikę i skarpę oraz drzewo, pod któ­rym pa­li­ły­śmy z Te­re­ską pa­pie­rosy. Po­my­śla­łam, że trzeba nam bę­dzie na przy­szłość zna­leźć dys­kret­niej­szą miej­scówkę. Pa­le­nie pa­pie­ro­sów bar­dzo mi się spodo­bało i nie za­mie­rza­łam prze­stać.

Dy­rek­tor, wy­soki, ły­sie­jący pan w ro­go­wych oku­la­rach, bu­dził strach i po­dziw w do­sko­nale rów­nych pro­por­cjach. O na­uczy­cie­lach mó­wiło się wów­czas tak jak o zmar­łych: albo do­brze, albo wcale. Byli przy­by­szami z Mą­drej Pla­nety, nie mieli ży­cia pry­wat­nego, sła­bo­ści ani na­tręctw. Wszystko od nich za­le­żało, za­równo oceny w dzien­niku, jak i po­czu­cie wła­snej war­to­ści u ucznia, któ­rego mo­gli jed­nym sło­wem wdep­tać w glebę lub wy­strze­lić pod nie­biosa. Do­piero gdy opusz­cza­łam mury szkoły pod­sta­wo­wej, zo­ba­czy­łam ich ta­kimi, ja­kimi byli. Grono pe­da­go­giczne, zwy­czajni lu­dzie z ry­sami na cha­rak­te­rze i oso­bo­wo­ściami głęb­szymi niż Rów Ma­riań­ski.

Dy­rek­tor szkoły na­zy­wał się Szela i uczył star­sze klasy hi­sto­rii. W ósmej kla­sie za­cznie uczyć mnie, ale póki co by­łam dla niego jed­nym z se­tek bez­i­mien­nych far­tusz­ków z bia­łym koł­nie­rzy­kiem i tar­czą przy­szytą na le­wym rę­ka­wie.

Chrzą­ka­jąc, prze­cie­rał oku­lary i długo się zbie­rał, by za­cząć prze­mowę. Cze­ka­ły­śmy z pa­nią wy­cho­waw­czy­nią na jego słowa w po­kor­nym mil­cze­niu ze spusz­czo­nymi gło­wami. Gdyby mama zgi­nęła w wy­padku sa­mo­cho­do­wym lub choć umarła na raka, nie wia­łoby ode mnie taką grozą, nikt by się nie in­te­re­so­wał sta­nem mo­jego osie­ro­co­nego serca, ale ka­ta­strofa pa­sa­żer­skiego sa­mo­lotu sta­wiała przed ta­kimi eru­dy­tami jak dy­rek­tor szkoły cał­kiem nowe wy­zwa­nie. Na po­czą­tek ob­wie­ścił, że mogę przez ty­dzień, dajmy na to dwa, nie przy­cho­dzić na lek­cje. Do­dat­kowo, tu zro­bił zna­czącą pauzę, świe­tlica bę­dzie mnie kar­mić za darmo do końca roku szkol­nego. Dla dy­rek­tora, oce­nia­ją­cego głę­bię tra­ge­dii uczen­nicy szó­stej klasy, strata matki rów­nała się ze stratą co­dzien­nego obiadu, co było w pełni zro­zu­miałe. Rola ma­tek w cza­sach jego dzie­ciń­stwa z pew­no­ścią nie wy­kra­czała da­leko poza kuch­nię.

– Jak masz na imię? – za­py­tał na ko­niec spo­tka­nia.

– Ha­nia.

– Jesz­cze raz mi przy­po­mnij, na­zwi­sko?

– Wol­ska, szó­sta A – po­śpie­szyła z in­for­ma­cją wy­cho­waw­czyni.

Dy­rek­tor wstał zza biurka, pod­szedł do mnie i po­ło­żył mi dłoń na ra­mie­niu. Sku­li­łam się. Przez chwilę pa­trzył na wi­szące nad moją głową go­dło, jakby szu­kał tam in­spi­ra­cji.

– Mu­sisz od te­raz opie­ko­wać się swoją sio­strzyczką, prze­jąć rolę ma­musi… I wiem, że to nie­ła­twe za­da­nie, ale na pewno po­do­łasz – po­wie­dział uro­czy­ście.

Zer­k­nę­łam na wy­cho­waw­czy­nię, nie śmia­łam ode­zwać się do dy­rek­tora szkoły, szcze­gól­nie kiedy był w sta­nie ta­kiego unie­sie­nia jak te­raz.

– Pa­nie dy­rek­to­rze, sio­stra Hani uczy się w li­ceum, jest od niej star­sza…

Szela spoj­rzał na swoją pod­władną z nie­chę­cią, uka­rał ją dys­cy­pli­nar­nie wzro­kiem za to, że zbyt po­bież­nie zre­fe­ro­wała mu moją sy­tu­ację ro­dzinną.

– Tak czy tak, nie za­po­mi­naj o szkole, ale te­raz zrób so­bie fe­rie i… od­pocz­nij.

Po­dzię­ko­wa­łam ski­nie­niem głowy i wy­ma­sze­ro­wa­łam za wy­cho­waw­czy­nią z czer­wo­nego ga­bi­netu.

ROZ­DZIAŁ 2

Wdowa

Bab­cia Wronka po­go­dziła się z tra­giczną śmier­cią swo­jej córki Eli w po­ro­zu­mie­niu z Matką Bo­ską, która w sen­nym ob­ja­wie­niu wy­tłu­ma­czyła jej sens tego, co za­szło, jed­nak kiedy nam usi­ło­wała prze­ło­żyć śmierć mamy na póź­niej­sze spo­tka­nie w nie­bie, gdzie ona już nam miej­sce grzeje bli­sko swo­jego ta­tu­sia i in­nych zmar­łych człon­ków ro­dziny, za­czę­łam po­dej­rze­wać, że zmy­śla.

– Po co mi matka w nie­bie?! Matka mi te­raz po­trzebna! – dar­łam się i trza­ska­łam drzwiami.

Bab­cia cho­dziła za mną po miesz­ka­niu i pro­siła, że­bym prze­stała bluź­nić, ale ja nie chcia­łam prze­stać, czu­łam się cał­ko­wi­cie bez­karna. To był ten mo­ment, kiedy dziecko może na­wet prze­kli­nać i roz­li­czać Pana Boga z jego dur­nego planu, który za­kła­dał roz­da­wa­nie na­gród po śmierci. Gdy jest się dziec­kiem, śmierć ro­dzi­ców w ogóle nie wy­stę­puje, co naj­wy­żej odej­ście na tam­ten świat dziad­ków i nie da się ta­kiej straty mą­drze wy­tłu­ma­czyć. Że niby jak? Pan Bóg za­brał moją ma­mu­się do sie­bie, bo ją so­bie umi­ło­wał? Mnie rów­nież bar­dzo ko­cha i wła­śnie dla­tego po­sta­no­wił, że w wieku lat trzy­na­stu będę pół­sie­rotą? Ale czego do­brego można się spo­dzie­wać po ta­kim Bogu, który swo­jemu go­rą­cemu wy­znawcy Abra­ha­mowi na­ka­zał iść do kraju Mo­ria, zbu­do­wać stos, przy­wią­zać wła­snego syna i pod­pa­lić? Ka­zał mu zło­żyć chłopca w ofie­rze, żeby się prze­ko­nać, kogo bar­dziej ko­cha, Boga czy syna? Fakt, że w ostat­niej chwili zmie­nił zda­nie, nie do­daje cu­kru do tego okrut­nego te­stu na wier­ność. Przy­po­mnia­łam o tym babci Wronce i za­smu­ci­łam ją na wiele go­dzin. Pa­mię­ta­łam z lek­cji re­li­gii wiele prze­ra­ża­ją­cych hi­sto­rii, wła­ści­wie poza na­ro­dzi­nami Je­zu­ska w sta­jence, żad­nej przy­jem­nej, czę­sto o tych przy­po­wie­ściach my­śla­łam, wciąż wie­rzy­łam, że wy­da­rzyły się na­prawdę.

Olga nie po­trze­bo­wała tłu­ma­czeń babci, która po­śred­ni­czyła po­mię­dzy nami a mi­ło­sier­nym Bo­giem w pierw­szych dniach po tra­ge­dii, i nie wiem, co działo się wtedy w gło­wie mo­jej sio­stry. Nie roz­ma­wiała ze mną, je­śli chcia­łam do­stać się do jej my­śli, mu­sia­łam za­cze­kać na oka­zję, by do­brać się do pa­mięt­nika, który cho­wała w róż­nych miej­scach po­koju. Dzie­li­ły­śmy mały, wą­ski, nie­ustawny po­kój po­ma­lo­wany na nie­bie­sko. Ona spała pod oknem na wer­salce jak kró­lowa, ja na roz­kła­da­nym, twar­dym fo­telu w ką­cie przy drzwiach. Oprócz na­szych le­go­wisk w po­koju stała me­blo­ścianka oraz oszklony re­gał z książ­kami, które mama sys­te­ma­tycz­nie zno­siła do domu z „da­rów”. Mama udzie­lała się w opiece spo­łecz­nej, cho­dziła po pa­to­lo­gicz­nych do­mo­stwach, a ta­kich na na­szym osie­dlu nie bra­ko­wało, więc cza­sami wra­cała z tych wi­zy­ta­cji ob­ju­czona książ­kami po­da­ro­wa­nymi przez wdzięczne, po­bite ko­biety, które, jak same mó­wiły, ksią­żek nie czy­tają i nie wie­dzą, skąd się one w ogóle w ich miesz­ka­niach wzięły. Na naj­niż­szej półce stali Dy­gat, Hła­sko, Re­dliń­ski, Iwasz­kie­wicz i Fle­sza­rowa-Mu­skat, na naj­wyż­szej Mic­kie­wicz, Nor­wid, Sien­kie­wicz, Prus i Że­rom­ski. Za książ­kami Olga cho­wała swój pa­mięt­nik, który re­gu­lar­nie prze­glą­da­łam, żeby się do­wie­dzieć, na ja­kim eta­pie utknęła ko­lejna mi­łość mo­jej sio­stry i któ­rej ko­le­żance tym ra­zem za­szła za skórę. Olga była kłó­tliwa i od za­wsze w pre­ten­sjach.

Ty­dzień po ka­ta­stro­fie sa­mo­lotu na­pi­sała: Nie umiem roz­pa­czać, mam pu­ste, zimne serce prze­bite zło­ścią! Cała ta ame­ry­kań­ska eska­pada ojca i matki od po­czątku śmier­działa tra­ge­dią. Naj­pierw tato, te­raz mama, do wi­dze­nia ni­gdy.Pod tym wpi­sem na­ry­so­wała krzy­żyk, pod nim serce, z któ­rego ka­pały czarne łzy. Kilka dni póź­niej na kart­kach pa­mięt­nika roz­go­ścił się Mi­łosz, jak zwy­kle u mo­jej sio­stry, chło­pak już za­jęty przez inną dziew­czynę, te­mat śmierci mamy oraz nie­obec­no­ści taty nie po­wró­cił.

Na­wet nie pró­bo­wa­łam roz­ma­wiać z sio­strą na te­mat tego, co się stało, pod ręką była tylko bab­cia.

Bab­cia Wronka na­prawdę miała na imię Wa­le­ria, ale w ro­dzi­nie wszy­scy na­zy­wali ją Wronką, po­dobno sama tak na sie­bie wo­łała, kiedy była dziec­kiem. Przy­jeż­dżała do nas po­miesz­kać, spę­dzała ty­dzień lub mie­siąc w mie­ście, ale po­tem za­wsze wra­cała na wieś do swo­jego trze­ciego męża, który nie­wiele jej po­da­ro­wał poza na­zwi­skiem Zdrada. Oprócz re­li­gij­no­ści i go­to­wa­nia nie miała in­nych za­jęć, stro­niła od są­siedz­kich plo­tek, nie ro­biła swe­trów na dru­tach, nie sma­żyła po­wi­deł, nie ce­ro­wała, nie szyła ani też nie sprzą­tała, jed­nak za­wsze wy­da­wało się, że jest bar­dzo za­jęta i ma dużo na gło­wie. No­siła w so­bie taki ro­dzaj ła­god­no­ści, jaki lu­bią dzieci, je­śli na coś na­ci­skała, to tylko na obo­wią­zek mo­dli­twy i re­gu­lar­nego uczęsz­cza­nia do ko­ścioła. Miesz­ka­li­śmy obok ko­ścioła sa­le­ty­nów, piękna Matka Bo­ska z ob­razu cier­pli­wie wsłu­chi­wała się w mo­dli­twy, prośby czy prze­pro­siny, przed jej ła­god­nym ob­li­czem za­ła­twiało się wszyst­kie ziem­skie sprawy. Kiedy chcia­łam spra­wić babci przy­jem­ność, szłam z nią na wie­czorną mszę i cza­sami ule­ga­łam ta­kiemu unie­sie­niu, że łzy pod­cho­dziły mi pod po­wiekę. Działo się tak szcze­gól­nie pod­czas kon­cer­tów grupy mu­zycz­nej Oaza lub w trak­cie drogi krzy­żo­wej. Na stare lata re­li­gij­ność za­stą­piła babci Wronce całe ży­cie we­wnętrzne, wlała się w jej serce i umysł, nie zo­sta­wia­jąc wiele miej­sca na przy­ziemne przy­jem­no­ści.

Bab­cia Wronka skoń­czyła tylko cztery klasy, nie dla­tego, że nie była by­stra, prze­ciw­nie, gar­nęła się do na­uki, ale czasy, w któ­rych do­ra­stała, nie pro­mo­wały edu­ka­cji, dla wielu dziew­czy­nek szkoła po­zo­sta­wała nie­do­stępna. Mu­siała boso wę­dro­wać do są­sied­niej wsi trzy ki­lo­me­try w jedną stronę, gdzie w izbie bo­gat­szego chłopa zor­ga­ni­zo­wano szkołę, je­dyną w oko­licy. W zimne je­sienne dni do­cie­rała do tej pla­cówki mo­kra i za­ka­ta­rzona, na­uczy­cielka su­szyła jej ubra­nie na piecu i do­kar­miała ją, czym mo­gła, wi­dząc, jak dzie­się­cio­let­nia Wa­le­ria mar­nieje w oczach. Była jej naj­pil­niej­szą uczen­nicą, po­mocną w dys­cy­pli­no­wa­niu in­nych dzieci, znacz­nie mniej chęt­nych do na­uki. Zo­sta­wała po lek­cjach, żeby po­słu­chać pani na­uczy­cielki z mia­sta. Jej opo­wie­ści o po­dró­żach, da­le­kich kra­jach, dzi­kich zwie­rzę­tach i ma­rze­niach za­chę­ciły Wa­le­rię do nieco śmiel­szego pla­no­wa­nia przy­szło­ści i wów­czas po raz pierw­szy przy­szło jej do głowy, że może wy­je­chać ze wsi, choćby na tro­chę, żeby zo­ba­czyć, jak świat urzą­dzony jest gdzieś in­dziej. Ro­dzice nie pro­te­sto­wali, kiedy za­częła uczęsz­czać do szkoły, mieli za pa­rob­ków dwóch sy­nów i dwie młod­sze córki, stać ich było na to, by jedną wy­słać na na­ukę. Wa­le­ria na­uczyła czy­tać młod­sze sio­stry, bra­cia zgod­nie uznali, że czy­ta­nie ani pi­sa­nie nie jest im po­trzebne do ży­cia, ja­kie wie­dli i ja­kie pla­no­wali, wolny czas wo­leli wy­ko­rzy­stać na ka­wa­lerkę lub nic­nie­ro­bie­nie, jed­nak przy­uczyli się przy sio­strze i opa­no­wali sztukę czy­ta­nia, choć z wiel­kimi opo­rami. Z pi­sa­niem szło im go­rzej, ale to ni­kogo nie mar­twiło, bo i tak nie mieli do kogo pi­sać.

Moi dziad­ko­wie nie go­nili naj­star­szej córki w pole, pod­świa­do­mie czu­jąc, że jest warta wię­cej, więc szkoda zdzie­rać jej rąk przy cięż­kiej pracy na roli. Mieli na­dzieję do­brze wy­dać ją za mąż, choć po­sag, na jaki mo­gła li­czyć, był dość marny, a rze­czy ma­te­rialne zmie­ści­łyby się w ma­łym wó­zeczku. Była ładna, zdrowa i miała skoń­czone klasy, szybko za­częły się do niej usta­wiać ko­lejki chęt­nych do ożenku.

Pierw­szy mąż babci Wronki, Wa­syl Pie­tru­sza, uro­dził się w ro­dzi­nie „Za­mie­szań­ców”, gru­pie et­nicz­nej, która od kilku wie­ków two­rzyła ru­ską en­klawę, i choć po­zo­sta­wali w życz­li­wych sto­sun­kach z pol­skimi są­sia­dami, za­cho­wy­wali swoją od­ręb­ność, oparli się asy­mi­la­cji i trzy­mali ra­zem. Sam fakt, że Wa­le­ria miała opu­ścić ro­dzinną wieś i po ślu­bie prze­nieś się do Czar­no­rzeki, gdzie ro­dzina jej przy­szłego męża go­spo­da­rzyła od se­tek lat, wy­wo­łał wielki sprze­ciw. Słowo „mi­łość” nie wy­stę­po­wało w roz­mo­wach w ro­dzi­nie mo­ich dziad­ków Se­ra­fi­nów, ro­zu­mieli pracę na roli i obo­wią­zek że­niaczki, wie­dzieli, co to za­wiść czy chci­wość są­siedzka, ale mi­ło­ści nie znali. W te­ma­cie za­mąż­pój­ścia Wa­le­rii naj­wię­cej mó­wiło się o opę­ta­niu, za­pa­trze­niu, hań­bie i złym końcu.

Wa­syl Pie­tru­sza był przy­stoj­nym mło­dzień­cem. Wy­soki, bar­czy­sty, z tłumu cher­la­wych i szczer­ba­tych chło­pa­ków wy­róż­niały go gę­ste włosy i wspa­niałe zdrowe zęby. Był czy­sty, schlud­nie ubrany, a na to wszystko umiał tra­fić do każ­dej dziew­czyny, cza­sami sło­wami, cza­sami do­ty­kiem, ale tak sku­tecz­nie, że za żadną panną nie mu­siał la­tać, same przy­cho­dziły. Ta­kich męż­czyzn mało po świe­cie cho­dzi, a je­śli już taki się po­jawi, długo wspo­mi­nają go panny i mę­żatki, jed­na­kowo wzdy­cha­jąc do tego, co było lub co być mo­gło. Bab­cia Wronka naj­chęt­niej za­po­mnia­łaby o swoim pierw­szym mężu oraz wy­da­rze­niach, które po­mo­gły jej w po­sta­wie­niu na swoim. Wstyd mło­do­ści przy­cho­dzi do­piero w pew­nym wieku i ko­bieta sama przed sobą przy­znać nie chce, że hu­ra­gan, który ją kie­dyś po­rwał, szybko oka­zał się zgni­łym wia­trem, co cho­robę i nie­szczę­ście nie­sie.

– Mało ka­wa­le­rów u nas, żeby za ob­cego iść? – mruk­nął oj­ciec Wa­le­rii.

– Dla mnie obcy nie jest.

– Pew­nie! – huk­nął jej brat Ja­nek. – Już żeś się z nim zwą­chała! Jak ty bę­dziesz z nimi żyć w ob­li­czu Boga? Prze­cież to gre­ko­ka­to­liki, może i na­szej re­li­gii się wy­rzek­niesz?

– Ni­czego się nie wy­rzeknę. Pójdę za Wa­syla i bez two­jej zgody, ma­mu­sia i ta­tuś nam po­bło­go­sła­wią.

Oj­ciec babci, Kle­mens Se­ra­fin, był ma­ło­mów­nym, ci­chym czło­wie­kiem, jego żona Zo­fia od­zy­wała się tak rzadko, że wszy­scy za­po­mnieli, jaką barwę ma jej głos, z cza­sem w ogóle prze­stała mó­wić, po­ro­zu­mie­wała się wzro­kiem i ge­stami. Na cho­robę mil­cze­nia ża­den dok­tor by nie po­ra­dził, a po­nie­waż po­stę­po­wała po­woli, wszy­scy do­mow­nicy mieli czas, żeby się oswoić. Słów było co­raz mniej, ale Zo­fia Se­ra­fin wy­glą­dała i za­cho­wy­wała się tak samo, usłu­gi­wała mę­żowi i dzie­ciom z po­god­nym uśmie­chem. Była ma­leńką ko­bietą dba­jącą o hi­gienę, z czego sły­nęła w ca­łej oko­licy, choć nie wszyst­kim ba­bom to jej umi­ło­wa­nie czy­sto­ści się po­do­bało, co bar­dziej za­wistne na­zy­wały Zo­fię Se­ra­fin „łą­kową wa­riatką”. W ogródku przed cha­łupą dziad­ków ro­sły piękne kwiaty, które z tro­ską pie­lę­gno­wała, po­tem zbie­rała płatki tych naj­bar­dziej pach­ną­cych, su­szyła i wkła­dała do szaf po­mię­dzy ubra­nia oraz po­szwy.

Kiedy Wa­le­ria ob­wie­ściła ro­dzi­nie, że idzie za Wa­syla, jej matka prze­mó­wiła. Z gar­dła ko­biety wy­do­był się wtedy skrzek jak u kaczki i przy­ty­ka­jąc dłoń do ucha, na­gle za­częła gda­kać. Nie spo­sób było wy­ło­wić choć jed­nego zro­zu­mia­łego słowa z jej prze­mowy, ale to jej nie po­wstrzy­mało. Miała do po­wie­dze­nia sporo, można było się do­my­ślić z brzmie­nia wy­so­kich dźwię­ków, że nie jest za­do­wo­lona z de­cy­zji córki.

Wa­le­ria osłu­piała, wsłu­chu­jąc się w ka­czo-ku­rzy ję­zyk matki, Ja­nek rów­nież sta­nął jak wryty i oboje pa­trzyli na matkę, wy­trzesz­cza­jąc oczy ze zdu­mie­nia.

– Matka twoja ja­kowo prze­ciwko jest, że­byś za Wa­syla szła. I jesz­cze mówi, że tyś po szko­łach, lep­szy los cię czeka – prze­tłu­ma­czył słowa żony Kle­mens Se­ra­fin.

Wa­le­ria przez chwilę za­sta­na­wiała się, czy po­dejść do matki, czy uda­wać, że jej nowy głos nie brzmi prze­ra­ża­jąco. Skoro oj­ciec ro­zu­miał sens wy­gda­ka­nych słów, może i ona z cza­sem za­cznie je ro­zu­mieć? Spoj­rzała na brata. Ja­nek ze­rwał się z ławy i wy­szedł z izby. Sły­chać było, jak w sieni na­po­mina Ce­cy­lię, lu­bił krzy­czeć na młod­sze ro­dzeń­stwo bez po­wodu, po to tylko, by wy­pró­bo­wać swój au­to­ry­tet lub by za­głu­szyć wła­sne wąt­pli­wo­ści. Kiedy zo­stali w izbie sami, oj­ciec babci Wronki za­czął na­bi­jać fajkę, zer­ka­jąc przez okno, jego żona zło­żyła dło­nie na po­dołku i uśmie­cha­jąc się lekko, za­mknęła oczy, jakby wszystko na­gle prze­stało ją ob­cho­dzić.

– Za Władka Grud­nie­wi­cza mia­łaś iść, było już uga­dane. – Wstał od stołu i otwo­rzył piec. Wy­jął tlącą się szczapkę i przy­ło­żył do fajki. – Grud­nie­wi­cze to po­rządna ro­dzina, Wła­dek pra­co­wity jest, źle ci tam nie bę­dzie…

– Niech się oj­ciec nie mar­twi o mnie, u Pie­tru­szów jak pa­nią mnie trak­tują, izbę wła­sną mamy, po dziadku Wa­syla wkrótce całe go­spo­dar­stwo przej­miemy, ra­zem z po­lem i do­mem.

– Ale tam zie­mia podła, ino kozy pa­sać.

– Wa­syla dziad za­kład ka­mie­niar­ski ma, wy­ra­biają żarna, koła młyń­skie, fi­gurki z pia­skowca, na­grobki…

Matka babci znów za­częła gda­kać i moc­niej za­ci­snęła wę­zeł chustki na su­chej szyi. Pod­nio­sła obie dło­nie w górę, wy­da­wała z sie­bie kilka dźwię­ków, po­tem w jed­nej chwili stra­ciła ener­gię, jej ra­miona opa­dły, oczy zga­sły. Głowa Zo­fii Se­ra­fin wpa­dła w re­zo­nans i za­częła się ki­wać ni­czym umo­co­wana na sprę­żynce, wy­glą­dało to tak, jakby cze­muś z upo­rem przy­ta­ki­wała.

– Ma­mu­siu… – Wa­le­ria wy­czuła, że matka la­men­tuje nad jej lo­sem, mimo że nie ro­zu­miała słów. Po­de­szła do niej, uklęk­nęła na kle­pi­sku i po­ło­żyła obie dło­nie na drga­ją­cych ko­la­nach. – Niech ma­mu­sia nie mar­twi się o mnie, Wa­syl to do­bry czło­wiek, po sercu go biorę, przy­jeż­dżać do was będę w od­wie­dziny i jak trzeba po­móc, to za­wsze… Nic już nie po­ra­dzę na to, co mnie spo­tkało, i chcę, bar­dzo chcę za Wa­syla iść.

Taka chwila ser­decz­no­ści po­mię­dzy matką a córką w cha­łu­pie mo­ich pra­dziad­ków nie wy­da­rzyła się ni­gdy wcze­śniej. Zo­fia do­tknęła czubka głowy Wa­le­rii, kciu­kiem prze­je­chała wzdłuż prze­działka roz­dzie­la­ją­cego jej gę­ste włosy na dwie czę­ści, po­tem przy­ło­żyła dłoń do po­liczka córki. Wa­le­ria czuła, jak bar­dzo trzęsą się ręce jej matki, która ze­sta­rzała się w ciągu ostat­nich kilku lat, choć jesz­cze nie prze­szedł jej szó­sty krzy­żyk.

– A we­sele urzą­dzimy ta­kie, że do zimy ga­dać będą… Zo­ba­czy­cie… Ta­tuś z ma­mu­sią bę­dzie tań­co­wał do sa­mego rana…

Bab­cia Wronka wsty­dziła się tego, że miała trzech mę­żów, nie tyle przed ludźmi, co przed Pa­nem Je­zu­sem, który się prze­cież ni­gdy nie oże­nił, zo­sta­wia­jąc furtkę uchy­loną wszyst­kim pa­niom Go mi­łu­ją­cym. Po­liczki babci pło­nęły na samą myśl, jak jej się kie­dyś przy­je­dzie roz­li­czyć na są­dzie osta­tecz­nym z tych trzech męż­czyzn, któ­rych wpu­ściła pod pie­rzynę. Naj­wię­cej grzesz­nych uczyn­ków i my­śli na­li­czyła z Wa­sy­lem, choć ich mał­żeń­stwo trwało nie­spełna dwa lata.

Dzień po roz­mo­wie z ro­dzi­cami siecz­kar­nia ucięła babci Wronce ka­wał palca wska­zu­ją­cego pra­wej dłoni, co uczy­niło ją fe­lerną, a wieść o tym nie­szczę­ściu roz­dmu­chała się po oko­licy w kilka dni. Lu­dzie za­częli szem­rać mię­dzy sobą, że te­raz Wa­lerki ani Grud­nie­wicz nie ze­chce, ani uro­dziwy Ru­sin z Czar­no­rzeki, chyba że ten ka­wa­łek palca jej od­ro­śnie, bo jesz­cze młoda jest i tak zda­rzyć się może. Inna plotka gło­siła, że Wa­lerka umyśl­nie so­bie ten pa­lec ciach­nęła, żeby Grud­nie­wicz dał jej spo­kój, i że to był po­mysł Wa­syla, który chciał przy­śpie­szyć ślub, po­nie­waż jemu taki de­fekt u na­rze­czo­nej nie prze­szka­dzał.

We­sele było skromne. Ro­dzina Wa­syla od­je­chała jesz­cze przed pół­nocą, ni­czego nie po­chwa­lili, ni­czemu się nie dzi­wili, znać było, że nie czują się do­brze w domu sy­no­wej, też i nikt z Se­ra­fi­nów nie za­dał so­bie trudu, by ich ser­decz­niej przy­jąć. Po ślu­bie mło­dzi zo­stali kilka dni na go­spo­dar­stwie, żeby Wa­lerka mo­gła spa­ko­wać swój po­sag i po­że­gnać się na­le­ży­cie ze wszyst­kimi. Ro­dzice, wciąż nie­chętni Wa­sy­lowi, od­wra­cali głowy, by nie pa­trzeć, jak ich córka pro­mie­nieje u jego boku. Mło­dzi ga­niali się po po­dwórku, zni­kali w sto­dole, dużo było śmie­chu, na­wo­ły­wań, prze­ko­ma­rzań, nie dbali o to, kto pa­trzy i co so­bie my­śli o ta­kich jaw­nych amo­rach. Po ich wy­jeź­dzie za­groda Se­ra­fi­nów na po­wrót stała się ci­cha i po­ważna.

Wa­sy­lowi wier­no­ści i mi­ło­ści do Wa­le­rii star­czyło na rok. Szybko znu­dziła mu się żona, obo­wiązki, przy­wią­za­nie, co­raz gło­śniej po­wta­rzał złotą myśl, że przy jed­nej dziu­rze to i pies by zdechł. Bab­cia Wronka cier­piała, jej wielka mi­łość, wy­wal­czona, wy­że­brana, oku­piona ka­lec­twem, usy­chała na słońcu i w desz­czu. Nie­cne wy­stępki Wa­syla czuła w pod­brzu­szu i sercu, by­wało, że pod cha­łupę przy­cho­dziły różne panny, bio­rąc za pre­tekst do wi­zyty, co im na myśl przy­szło. Wa­syl cza­ro­wał, do­po­wia­dał, pod­szczy­py­wał i pił, po­tem sta­wał się wy­lewny, obie­cy­wał po­prawę, w któ­rej wy­trzy­my­wał kilka dni.

– Już ci cał­kiem obo­jętna je­stem? – py­tała go żona, sta­ra­jąc się za­cho­wać god­ność.

– Taką już mam na­turę, nie usie­dzę… – Od­py­chał ją. – Nic ci nie ubę­dzie, Wa­lerka, to samo masz te­raz co przed ślu­bem.

– Ina­czej było przed ślu­bem, te­raz na po­śmie­wi­sko mnie wy­sta­wiasz, lu­dzie się z nas śmieją… Ze mnie się śmieją, że cię przy so­bie przy­trzy­mać nie umiem. Czym ja cię mogę przy­trzy­mać? Bra­kuje ci czego?

– Lu­dzie, lu­dzie… – pry­chał. – Niech każdy pa­trzy swo­jego. Chłop jest chłop, po­trzeba mu wy­pić, roz­we­se­lić się, a baba jest baba, ma pil­no­wać, żeby do­brze było.

Bab­cia szu­kała winy w so­bie, nie miała bli­skiej osoby, by się po­ra­dzić, wy­ża­lić, smu­tek roz­ra­stał się jak chwast, nie na­dą­żała z wy­cie­ra­niem łez, na które mo­gła so­bie po­zwo­lić tylko wtedy, gdy nie śle­dziły jej oczy te­ścio­wej. Gdyby była wśród swo­ich, ina­czej by roz­ma­wiała z Wa­sy­lem, na ob­cym te­re­nie mo­gła je­dy­nie prze­cze­kać. Prze­czu­wała przy­szłe lata smutku i nie­pew­no­ści, nie umiała so­bie wy­obra­zić, co mu­sia­łoby się wy­da­rzyć, żeby ten błąd, który po­peł­niła, a który bo­lał ją każ­dej sa­mot­nej nocy, zmie­nił się w coś lep­szego. Je­żeli się mo­dliła za Wa­syla i sie­bie, to tylko w ta­kich sło­wach, żeby Pan Bóg się nie do­my­ślił, jak jej ciężko nieść przy­sięgę, którą Mu zło­żyła, a mimo to się zli­to­wał.

Ciało Wa­syla Pie­tru­szy od­na­la­zło się w rzece San za­raz po tym, jak lody pu­ściły. Za­gi­nął późną je­sie­nią, któ­rejś nie­dzieli wy­szedł z cha­łupy, nie opo­wia­da­jąc się żo­nie do­kąd, i ni­gdy nie wró­cił. Oj­ciec Wa­syla twier­dził, że syna ubili mu Łem­ko­wie z ze­msty, bo im z lasu drewno pod­kra­dał. Zda­rzyło się Wa­sy­lowi tro­chę pnia­ków i ga­łęzi z nie­swo­jego lasu wy­wieźć pod osłoną nocy, ale nikt w oko­licy nie wie­rzył, że za­pła­cił za tę kra­dzież ży­ciem.

O oko­licz­no­ściach ta­jem­ni­czej śmierci pierw­szego męża babci wie­dzia­łam tyle, co po­wie­działa mi sio­stra Olga.

– Łaj­da­czył się po wsi z cu­dzymi ba­bami, w końcu się do­igrał. Do­stał od wku­rzo­nego męża przez łeb sie­kierą i chlup, zwłoki do rzeki. Tak się kie­dyś za­ła­twiało te sprawy. Nie to co te­raz, ali­menty, rosz­cze­nia, roz­wody, do­wody… Pierw­szy mąż babci to było nie­złe ziółko, dla­tego nie chce o nim opo­wia­dać, wstyd jej nor­mal­nie za tamto sza­leń­stwo.

– Skąd wiesz, że tak było? Może się po pro­stu uto­pił? – bro­ni­łam nie­wier­nego Wa­syla.

– Łeb miał roz­orany na pół, mózg mu przez szcze­linę wy­pły­nął… ryby go zja­dły…

– Fuj… – Skrzy­wi­łam się.

– Wę­go­rze mu oczy wy­gry­zły i przez dziury w czaszce do środka wpły­nęły fla­kami się po­czę­sto­wać.

– Olga! Prze­stań opo­wia­dać ta­kie okropne rze­czy! – Za­tka­łam uszy i za­ci­snę­łam po­wieki. – La, la, la, la, nic nie sły­szę.

– To po co py­tasz, jak nie chcesz słu­chać?

– O na­szego dziadka chcia­łam się do­py­tać, nie o ja­kimś Wa­sylu…

– Bab­cię py­taj, wtedy zo­ba­czysz, jak wy­gląda praw­dziwy ru­mie­niec! – zbyła mnie.

Po po­grze­bie Wa­syla Pie­tru­szy Wa­le­ria wró­ciła na swoją wieś z jed­nym tylko to­boł­kiem. Pie­rzynę, po­ściel, garnki, kom­plet ły­żek i ręcz­nie ha­fto­wany ob­rus zo­sta­wiła u te­ściów. Do­piero po mie­siącu jej brat Ja­nek wy­brał się do Pier­tu­szów i siłą ode­brał po­sag sio­stry. Na po­że­gna­nie gar­dło­wał o jej krzyw­dzie i ka­rze od Boga, która zmie­rza w ich kie­runku za to, że chcieli młodą wdowę ogra­bić.

Dwu­dzie­sto­let­nia Wa­le­ria, trzy­na­sto­let­nia Ce­cy­lia i dwu­na­sto­let­nia Aniela znów spały ra­zem w jed­nej izbie. W pierw­szą noc po po­wro­cie Wa­le­rii Ce­cy­lia za­py­tała, co z nią te­raz bę­dzie, ale bab­cia Wronka nie chciała roz­ma­wiać, sku­liła się w kłę­bek, na­cią­gnęła pie­rzynę na głowę i od­wró­ciła się do sióstr ple­cami. Nie miała żad­nego planu, poza tym, by lu­dziom na oczy się nie po­ka­zy­wać, do­póki w in­nej cha­łu­pie nie wy­da­rzy się coś gor­szego. Wtedy zajmą się wał­ko­wa­niem in­nych, aż im ję­zyki sczer­nieją.

Nikt w ro­dzi­nie Se­ra­fi­nów nie miał na­dziei, że bez­par­do­nowo od­rzu­cony ka­wa­ler Wła­dek Grud­nie­wicz ze­chce prze­ba­czyć znie­wagę i ude­rzy w kon­kury po raz drugi. Wciąż się nie oże­nił, za nim rów­nież cią­gnęła się zła sława tego, co mu na­rze­czona z Ru­skim ucie­kła, a skoro tak, pew­no­ści nie ma, czy sam nie fe­lerny. Lu­dzie na wsi ciężko pra­co­wali, nie czy­tali ksią­żek, nie jeź­dzili da­leko za swoje pola, więc ob­ga­dy­wa­nie in­nych sta­no­wiło pod­sta­wową roz­rywkę. Mó­wiło się o bliź­nich dużo, do­sad­nie, prze­waż­nie bar­dzo krzyw­dząco, a przy­pa­dek Wa­le­rii Se­ra­fin oma­wiany był dłu­żej niż mie­siąc. Po­ja­wiło się przy­pusz­cze­nie, że mo­gła Wa­lerka mieć coś wspól­nego z uto­pie­niem męża, bo jak go z rzeki w końcu wy­ło­wili, por­tki miał opusz­czone do ko­lan.

Brat Władka Grud­nie­wi­cza, Mi­chał, za­czął za­cho­dzić do Wa­le­rii jesz­cze przed roz­po­czę­ciem żniw. Z po­czątku dość nie­śmiało, pod byle pre­tek­stem pod­cho­dził pod cha­łupę, żeby z jej oj­cem się na­ra­dzić, to znów pod ko­ścio­łem osten­ta­cyj­nie jej się kła­niał, ale wię­cej roz­ma­wiał z braćmi Wa­lerki niż z nią samą. Słusz­nie oce­nił, że gdy po­zy­ska przy­chyl­ność Janka, bę­dzie mógł zbli­żyć się do jego sio­stry i wy­ło­żyć swoje za­miary.

– Mi­chał coś tu czę­sto za­cho­dzi, nie za­uwa­ży­łaś, Wa­lerka? – Ja­nek chrzą­kał, kiedy za­czy­nał ta­kie po­ważne roz­mowy.

Ro­dzice sie­dzieli w mil­cze­niu, roz­po­go­dzeni no­winą, że może uda się córkę wdowę za mąż po­now­nie wy­dać.

– Być może… – od­parła lekko za­wsty­dzona. – Miły jest, grzeczny wzglę­dem mnie, za­pyta się o zdro­wie, o tamto czy owo, jak ludzki czło­wiek.

– Czy on jest miły, ja się in­te­re­so­wać nie mu­szę, ale ślepy nie je­stem, o ży­ciu swoje wiem, więc ja się cie­bie py­tam, Wa­lerka, czy coś z tego za­cho­dze­nia bę­dzie.

– Bę­dzie, co ma być – od­rze­kła.

Dwu­dzie­stocz­te­ro­letni Jan Se­ra­fin ob­jął rządy w cha­łu­pie nad sio­strami za ci­chym przy­zwo­le­niem ro­dzi­ców. Byli za­do­wo­leni, kiedy oka­zało się, że ich naj­star­szy syn ma dryg do przy­wódz­twa, a po­zy­ska­nie sza­cunku są­sia­dów przy­cho­dzi samo, bez za­bie­gów czy wy­sił­ków. Od­kąd skoń­czył pięt­na­ście lat, pra­co­wał w dworku u Skar­żyń­skich, tam na­uczył się wielu po­ży­tecz­nych rze­czy, ale jego krnąbrna na­tura pchała go z da­leka od pa­nów i osta­tecz­nie przy pro­tek­cji star­szej pani Skar­żyń­skiej udało mu się zna­leźć do­brą pracę w cu­krowni w Strzy­żo­wie. Przy cu­krowni po­wstały bu­dynki miesz­kalne dla pra­cow­ni­ków i Ja­nek miał wi­doki na przy­dział po­koju, choć aby go otrzy­mać, mu­siał się naj­pierw oże­nić. Nie wy­brał jesz­cze kan­dy­datki na żonę, ale chęt­nie włą­czył się w wy­bie­ra­nie męża dla Wa­le­rii. Dla nie­zbyt za­moż­nych chło­pów, jak Se­ra­fi­no­wie czy Grud­nie­wi­cze, naj­szyb­szą drogą do awansu spo­łecz­nego były woj­sko, po­li­cja lub se­mi­na­rium. Mi­chał Grud­nie­wicz na du­chow­nego się nie nada­wał, choćby dla­tego, że był zbyt nie­cier­pliwy i za bar­dzo świata cie­kawy, więc umy­ślił so­bie, że zo­sta­nie po­li­cjan­tem, nie ma­rząc na­wet, ile sama na­uka z dala od domu da mu no­wych moż­li­wo­ści, i tym śmia­łym pla­nem osta­tecz­nie prze­ko­nał Wa­le­rię, żeby za niego wy­szła.

Na pa­ra­fial­nym od­pu­ście, który od­był się w ostat­nią nie­dzielę sierp­nia 1935 roku w Do­brze­cho­wie, Mi­chał nie od­stę­po­wał Wa­le­rii na krok i opo­wia­dał pod­nie­cony, co za­mie­rza.

– Jak­byś tylko ze­chciała, za­raz bym się za wszystko wziął, czas szybko zleci, jak ty bę­dziesz na mnie cze­kać.

Bab­cia Wronka oglą­dała wy­sta­wione na kra­mach słod­ko­ści i nie od­wra­ca­jąc głowy do Mi­chała, mru­czała pod no­sem od­po­wie­dzi, które le­d­wie mógł do­sły­szeć.

– Już się w ży­ciu dość na­cze­ka­łam…

– Na je­sieni idę do woj­ska – cią­gnął nie­zra­żony. – Przy­dział mam do Strzel­ców Pod­ha­lań­skich w Sa­noku, nie­da­leko prze­cież, za­raz po woj­sku do szkoły po­li­cyj­nej się zgło­szę, za­wód pewny na całe ży­cie i sza­no­wany.

– Na po­li­cjanta chcesz iść?

– Tak! Stryj w woj­sku jest, za jego po­radą idę, jego warto się słu­chać. Stryj twier­dzi, że woj­sko to ko­chanka, co spoj­rze­niem, pier­sią pulchną, ustami wabi i szczę­ście obie­cuje, ale po­tem przy­cho­dzi roz­cza­ro­wa­nie, tym­cza­sem po­li­cja to jest żona, któ­rej przy­sięga się wier­ność i mi­łość do­zgonną…

Wa­le­ria od­wró­ciła głowę i spoj­rzała mu w oczy.

– Mi­chale, jak so­bie po­li­cję na żonę masz za­miar wziąć, z nią się ko­chać i jej wier­nym być, pro­szę bar­dzo… ale dzieci to ona ci chyba nie uro­dzi… Też mi… po­li­cja żoną… – Od­wró­ciła się i od­rzu­ciła war­kocz na plecy.

Mi­chał się spe­szył.

– Prze­cież ja tylko… Wa­lerka, źle mnie zro­zu­mia­łaś, stryj tak w li­ście na­pi­sał, żeby mnie za­chę­cić, wła­sna żona go opu­ściła, roz­ża­lony jest, nic mu wię­cej nie zo­stało jak służba w po­li­cji, ale ja… ja… chcia­łem po­wie­dzieć, że mam po­ważne wi­doki, przy mnie żadna krzywda cię wię­cej nie spo­tka.

– Za­sta­no­wię się – pa­dła od­po­wiedź.

Ślub Wa­le­rii Se­ra­fin i Mi­chała Grud­nie­wi­cza od­był się w paź­dzier­niku, w li­sto­pa­dzie mąż babci roz­po­czął ko­sza­rowe ży­cie w Sa­noku, dwa lata póź­niej wy­je­chał do Lwowa, na­stęp­nie zo­stał skie­ro­wany do szkoły po­li­cyj­nej w Mo­stach Wiel­kich w po­wie­cie żół­kiew­skim. Była to jedna z naj­no­wo­cze­śniej­szych pla­có­wek nie tylko w Eu­ro­pie, ale i na świe­cie, sa­mo­wy­star­czalne mia­steczko z wła­sną sta­cją pomp, stud­nią ar­te­zyj­ską głę­boką na po­nad pięć­dzie­siąt me­trów, sie­cią wo­do­cią­gową i ka­na­li­za­cyjną z oczysz­czal­nią, a na­wet małą elek­trow­nią. Miej­sce było zie­lone i zdrowe, co Mi­chał za­chwa­lał żo­nie w li­stach.

Świa­tło i po­wie­trze biją świe­żo­ścią po oczach, a umy­wal­nie i to­a­lety są tak kom­for­towe niby w ja­kim ho­telu. Mamy tu całe w gla­zu­rze ła­zienki z na­try­skiem, po­koje świe­tli­cowe, pral­nię me­cha­niczną, ale dla awan­tur­ni­ków aż pięć aresz­tów!

Dla nieco za­co­fa­nych cy­wi­li­za­cyj­nie Kre­sów tak no­wo­cze­sny obiekt w oko­licy sta­no­wił sporą sen­sa­cję, dla pol­skiego rządu po­wód do dumy, ale Wa­le­ria nie umiała się cie­szyć tym, co w przy­szło­ści po­prawi ich los. Długa roz­łąka z mę­żem i stała obec­ność jego wtrą­ca­ją­cych się w jej garnki ro­dzi­ców były ni­czym dwa garby wiel­błą­dzie, któ­rych nie spo­sób roz­dzie­lić ani po­rzu­cić. Nie skar­żyła się Mi­cha­łowi, czy­tała jego li­sty po kilka razy, za­nim na­pi­sała od­po­wiedź, wa­żyła słowa i uczu­cia. Nie chciała go mar­twić, prze­cież on też tę­sk­nił i nie miał przy so­bie ni­kogo życz­li­wego, ona choć miała ma­lutką El­żu­nię, która z każ­dym mie­sią­cem sta­wała się co­raz bar­dziej po­dobna do swo­jego ojca. Naj­pierw uśmiech, po­tem nos, ni­skie czoło i krę­cone, ciemne włosy. Mi­chał pi­sał do żony czę­sto, za­chę­cał mię­dzy wier­szami do za­wie­rze­nia smut­ków Bogu, czy­ta­nia ksią­żek i dba­nia o du­chową oraz cie­le­sną czy­stość. Ob­szer­nie opi­sy­wał naj­cie­kaw­sze wy­da­rze­nia z po­dróży, które od­by­wał ze swoim od­dzia­łem.

Ko­chana Wa­lerko, ani się nie obej­rzysz, jak na urlop przy­jadę, to się tobą i El­żu­nią na­cie­szę. Jak się py­tasz, czy wy­by­wam gdzie, to ci od­po­wia­dam, że by­li­śmy nie­dawno w Brze­ża­nach i jeź­dzi­li­śmy po ca­łym po­wie­cie, bo tam Ru­sini za­bi­jali Po­la­ków i im strasz­nie do­ku­czali, co my tam mu­sie­li­śmy zro­bić, to pi­sać ci nie będę, bo to nasz obo­wią­zek był. Wy­ką­pa­łem się w Zło­tej Li­pie, wtedy mi się za­raz przy­po­mniało, jak­że­śmy nad Wi­sło­kiem we dwoje byli, a po­tem się El­żu­nia uro­dziła… Kilka dni też go­ści­łem w War­sza­wie na oko­licz­ność, że tam przy­je­chał król ru­muń­ski Ka­rol II ze swoim na­stępcą Mi­cha­łem na za­pro­sze­nie pana pre­zy­denta Mo­ścic­kiego. W nie­dzielę od­była się taka de­fi­lada, ja­kiej Pol­ska nie wi­działa, udział miały wszyst­kie woj­ska zmo­to­ry­zo­wane, spe­cjalne bro­nie, po­li­cja konna i pie­sza, sa­mo­loty, kom­pa­nie re­zer­wowe oraz dużo waż­nych go­ści. Nie wiem, czy mi się jesz­cze taka oka­zja trafi, żeby króla, pre­zy­denta i do­stoj­ni­ków tylu zo­ba­czyć na wła­sne oczy. By­li­śmy też grupą w Bel­we­de­rze, tam jest te­raz mu­zeum mar­szałka Pił­sud­skiego, szkoda, że tego wszyst­kiego nie wi­dzisz, Wa­lerko, po­do­ba­łoby ci się jak nie wiem co.

Wa­le­ria, czy­ta­jąc te li­sty, za­sta­na­wiała się, czy aby nie spro­wa­dza na sie­bie gniewu Bo­żego sa­mymi grzesz­nymi my­ślami, skoro jej dwóch mę­żów od­da­lił. Jed­nego do lep­szego świata, dru­giego do świata ob­cego. Na­wet dwie­ście zło­tych, które przy­słał Mi­chał z za­le­ce­niem, żeby so­bie ku­piła nową su­kienkę i ze­ga­rek, a jakby star­czyło, rów­nież coś dla El­żuni, nie osło­dziło go­ry­czy, jaką miała w ustach od jego wy­jazdu. Kiedy zja­wił się na krótki urlop, tak się sobą cie­szyli, że dzie­więć mie­sięcy póź­niej przy­szła na świat druga córka Wa­le­rii, Bo­gu­sława.

Ostatni list ad­re­so­wany z Mo­stów Wiel­kich bab­cia Wronka do­stała kilka ty­go­dni przed wy­bu­chem wojny, ko­lejna wia­do­mość od męża przy­szła z obozu w Ostasz­ko­wie, na­stępną, o tym, jaką śmier­cią zgi­nął, usły­szała już z ust jed­nego ucie­ki­niera, choć nie wy­mie­nił Mi­chała z na­zwi­ska, ale całą grupę męż­czyzn w mun­du­rach, któ­rych bol­sze­wicy za­strze­lili i w jed­nym dole w le­sie za­ko­pali, a winę zwa­lili na Niem­ców.

Na swoim trze­cim ślu­bie z wdow­cem Zdradą bab­cia Wronka pre­zen­to­wała się mło­dziej i pięk­niej niż na pierw­szym, choć miała już wtedy swoje lata. Wi­dać było na fo­to­gra­fii, że wkra­cza w ro­dzinę nie­biedną, która skła­dała się z wdowca oraz jego dwóch có­rek, Józki i Cześki. Dziew­czynki ubrane były w jed­na­kie su­kienki i stały przed parą no­wo­żeń­ców, trzy­ma­jąc się za ręce. Córki panny mło­dej, Elę i Bo­gu­się, fo­to­graf usta­wił na trze­cim pla­nie, a ich smutne twa­rzyczki wy­szły cał­kiem nie­wy­raź­nie. Bab­cia Wronka za­brała się za wy­cho­wy­wa­nie czte­rech dziew­czy­nek z wiel­kim en­tu­zja­zmem i mą­dro­ścią, ale Zdrada nie był jej szcze­gól­nie wdzięczny za to przy­gar­nię­cie do serca sie­rot. Naj­wy­raź­niej uwa­żał, że czas i ener­gia, które po­świę­cała dzie­ciom, na­le­żały się jemu. Nie po to się że­nił, żeby mu­sieć na­dal ro­bić wo­kół sie­bie, od tego są żony. Było to dziwne mał­żeń­stwo, bez ser­decz­no­ści, bez cie­płych słów, ale sta­nęło na moc­nym grun­cie obo­wiązku oraz lo­jal­no­ści i prze­trwało wiele lat.

Bab­cia Wronka za­po­wie­działa swój po­wrót do cha­łupy Zdrady nie­długo po sym­bo­licz­nym po­grze­bie szcząt­ków mamy. Mimo iż po ka­ta­stro­fie sa­mo­lotu, który roz­bił się z pu­stymi zbior­ni­kami pa­liwa, wiele ciał ofiar udało się zi­den­ty­fi­ko­wać, ciała mo­jej mamy nie. Po­cho­wa­li­śmy nie wia­domo kogo lub co, ale by­ły­śmy wdzięczne panu Lesz­kowi, że za­jął się for­mal­no­ściami i jako przed­sta­wi­ciel ro­dziny za­ła­twił, co było moż­liwe do za­ła­twie­nia przy tym ba­ła­ga­nie, który pa­no­wał wtedy w Lo­cie oraz in­nych in­sty­tu­cjach.

Moje małe ser­duszko biło jakby wol­niej w tych dniach, le­d­wie oswa­ja­łam się z my­ślą, że zo­sta­ły­śmy same, i za­mar­twia­łam, co z nami bę­dzie.

Za­py­ta­łam bab­cię.

Prze­pa­sana za­pa­ską le­piła pie­rogi, swoją spe­cjal­ność, ja po­sy­py­wa­łam je mąką i ukła­da­łam na stol­nicy w rów­nych rzę­dach.

– Jak bab­cia wróci na wieś, my same z Olgą zo­sta­niemy w miesz­ka­niu? Tylko we dwie?

– Ano ja mu­szę do dziadka Zdrady wra­cać, ale sama nie po­ra­dzisz, za mała je­steś. Trzeba ko­goś zna­leźć…

– Olga ma dawno skoń­czone osiem­na­ście lat, mo­głaby się mną za­jąć, nie trzeba da­leko szu­kać – za­pro­po­no­wa­łam, do­sy­pu­jąc odro­binę mąki na stol­nicę. – Ja, bab­ciu, nie je­stem już dzi­dziu­siem, chyba to wi­dzisz…

Sie­dzia­ły­śmy w kuchni, pro­wa­dząc tę ważną roz­mowę o przy­szło­ści. Olga wy­chy­liła głowę zza lu­sterka, przed któ­rym się ma­lo­wała. Pluła na szczo­teczkę, pom­po­wała ją w tubce i roz­cią­gała na rzę­sach tusz, do­da­jąc im dłu­go­ści i wę­glo­wej czerni. Wy­bie­rała się na im­prezę.

– Psss… Chyba so­bie żar­tu­jesz… Nie będę cię niań­czyć całe ży­cie – burk­nęła.

– Nie całe, tylko do osiem­nastki – spro­sto­wa­łam.

– Za­po­mnij! Ja się na niańkę nie na­daję, po pro­stu nie po­sia­dam ta­kich pre­dys­po­zy­cji. Wła­snych ba­chor­ków rów­nież nie za­mie­rzam mieć… Dzieci to za­kała spo­łe­czeń­stwa, jak po­wie­dział po­eta. – Wzięła do ręki igłę i za­częła roz­dzie­lać skle­jone rzęsy.

– Nie je­stem dziec­kiem! Prze­cież mo­żemy miesz­kać same, bez żad­nego niań­cze­nia mnie. Ja będę go­to­wała i sprzą­tała, mo­żesz trzy­mać kasę, nie bę­dziemy się o nic kłó­cić, zejdę ci z drogi.

– Ty, ku­charka… – Olga odło­żyła igłę do pu­dełka po za­pał­kach. – Ma­ka­ron z se­rem to ja w przed­szkolu ostat­nio ja­dłam, thank you very much.

– Ogól­nie tak mó­wię, że damy radę… Bab­ciu? – nie ustę­po­wa­łam.

Bab­cia wy­tarła dło­nie w za­pa­skę i za­pa­liła pal­nik. Po­sta­wiła na nim wielki gar wody.

– Idą wa­ka­cje, we­zmę cię ze sobą na wieś… Po­tem się coś za­de­cy­duje, kto wie, co jesz­cze się wy­da­rzy… – od­parła, wzdy­cha­jąc w stronę krzy­żyka za­wie­szo­nego nad drzwiami.

– Nie chcę je­chać na wieś! Wszę­dzie, tylko nie tam! Bab­ciu!

– Za­wsze mo­żemy cię od­dać do domu dziecka… Tam so­bie spo­koj­nie po­cze­kasz do osiem­nastki. – Olga zwi­nęła swoje ko­sme­tyki i wy­szła z kuchni.

Spoj­rza­łam na bab­cię, ale na jej okrą­głej, pulch­nej twa­rzy nic się nie pi­sało. Ani po­twier­dze­nie, ani za­prze­cze­nie.

– Że­byś choć miała pięt­na­ście lat… – wes­tchnęła.

– A gdyby tak cio­cię Bo­gu­się za­py­tać? Mieszka w Rze­szo­wie, mo­głaby nas do­glą­dać, tak for­mal­nie, na niby. Ona mnie lubi, może by się zgo­dziła? – pod­da­wa­łam pod roz­wagę jedną pro­po­zy­cję za drugą, ani razu nie wy­mie­nia­jąc tej osoby, która na­prawdę po­winna się nami za­jąć po śmierci mamy.

– Cio­cia Bo­gu­sia to już na pewno się tobą nie zaj­mie… – Olga ko­men­to­wała moje pro­po­zy­cje z przed­po­koju, gdzie przed wiel­kim lu­strem przy­mie­rzała kre­ację. – Ona za darmo nic nie zrobi, in­te­re­siara pierw­szej wody. Może i cie­bie lubi, ale na mnie pa­trzeć nie może… Tak że ra­czej wy­klu­czone…

– Co szko­dzi za­py­tać? – prze­ko­ny­wa­łam.

Nie był to wła­ściwy mo­ment, by roz­wi­jać te­mat, ale to, co uru­cho­miło nie­chęć ciotki do Olgi, było twarde jak skała i miało szybko nie skru­szeć. Ze­szłego lata pod­czas we­sela w ro­dzi­nie Ger­la­chów Olga roz­ca­ło­wała pi­ja­nego w sztok męża cioci Bo­gusi, wujka Ro­landa. Naj­pierw z nim tań­czyła, wy­gi­na­jąc się jak wąż, co samo w so­bie było nie­przy­jem­nym wi­do­kiem dla jego żony, na­stęp­nie, po tych go­rą­cych wy­gi­ba­sach na par­kie­cie, za­cią­gnęła wujka za re­mizę, oparła o mur i coś tam z nim ta­kiego wy­ra­biała, że się osu­nął po ścia­nie, nie zwa­ża­jąc na no­wiutki gar­ni­tur. W tej le­żą­cej po­zy­cji na­kryła ich cio­cia Bo­gu­sia. Sły­chać było dwa trza­śnię­cia, ale do­kład­nie nie wia­domo, czy to męża spo­licz­ko­wała dwa razy, czy je­den raz obe­rwała Olga.

– Może po pro­stu na­sza są­siadka, pani Sta­wiar­ska? Sa­motna jest, spo­kojna, wnuki jej pra­wie wcale nie od­wie­dzają… – drą­ży­łam da­lej. – Syn mi­li­cjant, to by po­rę­czył…

– Sta­wiar­ska? Ta stara wa­riatka może tobą się opie­ko­wać w swoim miesz­ka­niu albo na klatce scho­do­wej, za próg jej nie wpusz­czę. Co ty masz, Ha­nia, za po­my­sły? Z byka spa­dłaś?

– No to kto? – za­py­ta­łam płacz­li­wie.

Bab­cia się za­sę­piła, nie miała po­my­słu. Do wie­czora roz­wa­ża­ły­śmy różne opcje opieki nade mną, wszyst­kie kon­se­kwent­nie bom­bar­do­wane przez Olgę.

W de­spe­ra­cji po­pro­si­łam Te­re­skę, żeby po­ga­dała z ro­dzi­cami na te­mat mo­jej roz­pacz­li­wej sy­tu­acji, choć za­miesz­ka­nie u nich wcale mi się nie uśmie­chało. Mu­sia­ła­bym spać z Te­re­ską na jed­nym pół­ko­tap­cza­nie, co­dzien­nie jeść sznycle z ćwi­kłą, mó­wić ci­cho i za­ła­twiać się na to­a­le­cie z wiecz­nie ze­psutą spłuczką. Ba­łam się tam na­wet si­kać, nie mó­wiąc już o grub­szych spra­wach. Pani Da­nu­sia oczy­wi­ście się zgo­dziła, w jej słow­niku nie wy­stę­po­wał wy­raz NIE.

Młod­sza sio­stra mamy, cio­cia Bo­gu­sia, od­wie­dzała nas rzadko, była za­pra­co­wana, miesz­kała na dru­gim końcu mia­sta i uni­kała, ze względu na in­cy­dent z we­sela, spo­tka­nia z Olgą. Niby wszystko zo­stało wy­ja­śnione, wy­tłu­ma­czone al­ko­ho­lem, głu­potą i chwilą, mama do­pro­wa­dziła do po­jed­na­nia obu ko­biet, ale za­dra po­zo­stała, taki gwoź­dzik ze skóry trudno wy­łu­skać.

Wpa­dła do nas na kilka dni przed roz­po­czę­ciem wa­ka­cji, jak zwy­kle ra­do­sna i pach­nąca. Na szczę­ście nie było w miesz­ka­niu Olgi, więc mo­gły­śmy we trzy po­roz­ma­wiać spo­koj­nie. Bab­cia Wronka po­sta­wiła przed swoją córką ta­lerz po­mi­do­rówki z la­nymi klu­skami i za­częła ją za­chę­cać:

– Jedz, Bo­gu­siu, póki go­rąca.

Tłu­ste i go­rące, to bab­cia sza­no­wała naj­wię­cej.

Przy­wi­ta­łam się z cio­cią, usia­dłam przy stole na­prze­ciwko niej i pa­trzy­łam w mil­cze­niu, jak wio­słuje łyżką w głę­bo­kim ta­le­rzu. Była tak po­dobna do mo­jej mamy! Te same dło­nie, ma­leńki pie­przyk pod le­wym okiem odzie­dzi­czony po ojcu, Mi­chale Grud­nie­wi­czu, ciemne, lekko wi­jące się włosy. Jed­nak naj­bar­dziej roz­czu­lił mnie ton jej głosu. Wpa­try­wa­łam się w nią i sły­sza­łam mamę.

– Mia­łam wczo­raj wpaść, ale pa­dłam sko­nana po pracy i prze­spa­łam dwie go­dziny. Nie wiem, może coś mnie bie­rze? Cho­rób­sko ja­kieś? W biu­rze wszy­scy kaszlą na sie­bie i smar­kają po ką­tach, ale na zwol­nie­nie nikt nie chce iść, żeby sze­fowi nie pod­paść. Kie­row­nik szczyci się tym, że przez dwa­dzie­ścia lat nie wziął ani dnia L-cztery. Też mi osią­gnię­cie…

– Ja też nie czuję się naj­le­piej… Coś mnie tu dźga… – Bab­cia do­tknęła miej­sca, gdzie umiej­sco­wiona jest wą­troba. – Nie wiem, czy to aby nie od ne­rek.

– Niech mama do le­ka­rza idzie. Jesz­cze tylko tego bra­ko­wało, żeby się mama roz­cho­ro­wała na coś po­waż­nego i trzeba było ko­lejny po­grzeb urzą­dzać. – Cioci Bo­gusi nie wy­róż­niały takt ani po­wścią­gli­wość, w tym były z Olgą do sie­bie po­dobne, wa­liły bez ogró­dek, aż uszy pie­kły.

– Mnie się zdaje, że od ne­rek… – Bab­cia ma­so­wała wą­trobę przez far­tu­szek. Zi­gno­ro­wała uwagę o po­grze­bie. – Do­brze, żeś przy­szła, trzeba się na­ra­dzić, co z Ha­nią zro­bić.

Cio­cia Bo­gu­sia odło­żyła łyżkę obok ta­le­rza.

– Zro­bić? W ja­kim sen­sie?

– Olga nie chce się mną opie­ko­wać, bab­cia musi na wieś wra­cać do dziadka Zdrady, żniwa idą – ob­ja­śni­łam.

Cio­cia spoj­rzała na swoją mamę, pre­zen­tu­jąc te­atralny wy­trzeszcz oczu, cze­kała na wy­ja­śnie­nia.

– Ano, mu­szę je­chać, ale strach Ha­nię samą zo­sta­wić. Kto jej ugo­tuje? Kto wy­pie­rze?

Bo­gu­sia odło­żyła łyżkę.

– No, ja cię prze­pra­szam, mamo, ale o czym tu de­li­be­ro­wać, na li­tość bo­ską! Prze­cież one mają ojca! Chyba oczy­wi­ste, że po­wi­nien zje­chać. Na po­grzeb żony nie przy­le­cieć to jedno, ale wła­sne dzieci zo­sta­wić na pa­stwę losu to już zu­peł­nie inna bajka. Na szczę­ście są na to pa­ra­grafy! – Głos cioci pod­niósł się o dwa tony.

Prze­stra­szyła mnie myśl, że w to wszystko, co mnie spo­tkało, wpa­kują się sę­dzio­wie i obcy lu­dzie i za­czną de­cy­do­wać oraz wy­da­wać wy­roki. Cio­cia Bo­gu­sia bar­dzo lu­biła po­wo­ły­wać się na pa­ra­grafy, sądy, mi­li­cję. Na­wet je­śli sprawa była błaha, to­czyła się w ro­dzi­nie lub po są­siedzku, cho­dziło o małe kwoty lub ostrzej­sze słowa, cio­cia za­wsze szła z tym do swo­jego ad­wo­kata! Jej mąż, wu­jek Ro­land, „pry­wa­ciarz” z dużą smy­kałką do ro­bie­nia pie­nię­dzy w nie­chęt­nym pry­wat­nej ini­cja­ty­wie PRL-u, wiele roz­mów w in­te­re­sach koń­czył sło­wami: „Do wi­dze­nia, cześć, spo­tkamy się w są­dzie!”. Do­brze było mieć w ro­dzi­nie ta­kie mocne cha­rak­tery przy pie­nią­dzach, ale ba­łam się tego czołgu, w któ­rym sie­dzieli, ba­łam się, że nas roz­je­dzie przy oka­zji czy­nie­nia do­bra.

– Mamo… – Głos cioci nie zła­god­niał. – Trzeba Pawła po­sta­wić do pionu, ja to zro­bię, więc ty się nie mie­szaj. Za uszy go wy­wlokę z tej Ame­ryki!

Brzuch mnie za­bo­lał, jakby tam ktoś pię­ścią ude­rzył, ale ona parła da­lej, nie zwa­ża­jąc na moje mru­ga­jące co­raz szyb­ciej po­wieki.

– Nie może być tak, że my się bę­dziemy za­mar­twiać o jego dzieci, tym­cza­sem on bę­dzie miał to w du­pie! Je­śli nie on, to jego ro­dzice. Sto lat ich tu nie było – pod­su­mo­wała.

Ro­dzice taty wy­stę­po­wali w na­szym ży­ciu tylko na fo­to­gra­fii, a ich nie­obec­ność tłu­ma­czono nam tym, że miesz­kają pod nie­miecką gra­nicą, hen, hen za Wro­cła­wiem, skąd nie ma żad­nego po­łą­cze­nia ko­le­jo­wego. Bab­cia Wol­ska miała na imię Zo­fia, dzia­dek Wol­ski Sta­ni­sław. Ni­gdy ich na oczy nie wi­dzia­łam, rów­nie do­brze mo­gli od dawna nie żyć. Bab­cia Wronka twier­dziła, że Wol­scy od­wie­dzili swo­jego syna i jego żonę w Kra­ko­wie, gdy ja się uro­dzi­łam, ale po prze­pro­wadzce ro­dzi­ców do Rze­szowa już się drugi raz nie po­fa­ty­go­wali. Bab­cia obie­cy­wała mi kie­dyś opo­wie­dzieć o tym, co dziad­ków Wol­skich spo­tkało na Wo­ły­niu i dla­czego, od­kąd stam­tąd ucie­kli, nie chcą na­wet się zbli­żyć do wschod­niej gra­nicy Pol­ski, ale cią­gle mnie zby­wała bra­kiem czasu, po­tem lu­kami w pa­mięci, ani mama, ani tata rów­nież o nich nie wspo­mi­nali, ale do­piero po śmierci mamy za­częło mi się to mil­cze­nie na te­mat dziad­ków wy­da­wać dziwne, może na­wet po­dej­rzane.

– Wol­skich w to nie mie­szaj – na­po­mniała córkę bab­cia Wronka. – O nic że­brać nie bę­dziemy… Oni drogi do tego domu nie znają.

– No pew­nie! Tak naj­ła­twiej ho­no­rem się unieść – prych­nęła Bo­gu­sia. – Żeby tak wła­sne dzieci mieć w…

Zer­k­nę­łam na bab­cię i wzię­łam głę­boki wdech.

– Tato wcale nie ma nas w du­pie, tylko nie wie­rzy, że mama zgi­nęła w tej ka­ta­stro­fie, i dla­tego nie przy­le­ciał.

– Słu­cham…? Co ty ple­ciesz… – Zwró­ciła swoją gniewną twarz w moją stronę.

– Lu­dzie mó­wią, że Anna Jan­tar nie zgi­nęła w tym sa­mo­lo­cie, tylko że ją arab­ski szejk po­rwał do ha­remu. Może mamę też wziął ra­zem z nią? Albo… wcale w tym sa­mo­lo­cie jej nie było…

Cio­cia Bo­gu­sia spoj­rzała na mnie jak na dziecko bre­dzące w cho­ro­bie, a bab­cia Wronka po­czuła ulgę, że na głos zo­stało wy­po­wie­dziane to, o czym sama my­ślała po no­cach.

– Czy wy­ście po­wa­rio­wały? Mamo… ty też tak my­ślisz?!

– No… Po praw­dzie Pa­we­łek mó­wił, że Ela ty­dzień wcze­śniej na sa­mo­lot wsia­dła… Ja tam do­kład­nie nie wiem, Olga z nim roz­ma­wia przez te­le­fon, tak po­noć po­wie­dział, że nie le­ciała tym sa­mo­lo­tem, co się roz­bił…

– Pa­we­łek… – prych­nęła Bo­gu­sia. – Czy on ma pięć lat, żeby go na­zy­wać Pa­weł­kiem? Pierw­sze sły­szę, że Ela nie le­ciała tym sa­mo­lo­tem, chyba ja bym wie­działa, gdyby zmie­niła plany, tak? Jaki szejk arab­ski?!

O tym szejku arab­skim, który wy­pa­trzył Annę Jan­tar na ulicy w No­wym Jorku i z sza­leń­czej mi­ło­ści po­rwał, po­wie­działa mi jako pierw­sza Te­re­ska, po­tem są­siadka Sta­wiar­ska, która jako matka mi­li­cjanta mo­gła znać wiele taj­nych in­for­ma­cji, więc za­czy­na­łam po­woli roz­wa­żać moż­li­wość, że mama jed­nak żyje.

– Mnie się zdaje… – bab­cia po­ło­żyła dłoń na sercu – mnie się zdaje, że Ela, jakby żyła, to by dała znać. Ale prze­cież w Ame­ryce dzieją się różne rze­czy, po­jąć trudno, co tam się mo­gło stać. Je­śli wy­je­chała na sa­mo­lot ty­dzień wcze­śniej, to gdzie się po­dzie­wała przez ten ty­dzień?

Obie z bab­cią spoj­rza­ły­śmy na Bo­gu­się z wy­cze­ki­wa­niem. Sio­stry się ko­chały, lu­biły i sza­no­wały, je­śli mama skry­wała ja­kąś ta­jem­nicę, fak­tycz­nie mo­gła ją po­wie­rzyć tylko Bo­gusi.

– Lu­dzie wy­my­ślają nie­stwo­rzone hi­sto­rie, głu­pole w nie wie­rzą. Prze­cież pan Le­szek spraw­dził, tak? Była na li­ście pa­sa­że­rów, tak? Po­grzeb się od­był, tak?

Ki­wa­łam głową, zer­ka­jąc na bab­cię, czy rów­nież po­twier­dza, w tej kwe­stii trzy­ma­łam z nią sztamę. Cio­cia Bo­gu­sia była wy­raź­nie znie­sma­czona na­szą wąt­piącą po­stawą i na­wet je­śli idąc tu, miała taką szla­chetną myśl, żeby się mną za­opie­ko­wać, wy­cho­dząc, pewna była, że ta­kiego cię­żaru so­bie na plecy nie weź­mie.

– Wi­dzę, że mu­szę ci, Ha­niu, po­świę­cić wię­cej uwagi, mar­twi mnie, co tam się w two­jej ma­łej główce roi. Pew­nie tę­sk­nisz za mamą?

– Tę­sk­nię, ale mnie się zdaje, że ona się jesz­cze znaj­dzie – od­par­łam.

Cioci Bo­gusi wy­rwało się z ust krót­kie prze­kleń­stwo.

W ży­ciu wszystko zmie­niają pie­nią­dze, nie­moż­liwe staje się moż­liwe, nie­wy­ko­nalne da się zro­bić, naj­głęb­szą nie­chęć można po­ko­nać przy słod­kiej mu­zyce sze­lesz­czą­cych do­la­rów. Gdy tato za­ofe­ro­wał dwa­dzie­ścia pięć do­la­rów za fa­tygę opieki nad jego cór­kami oraz ko­lejne dwa­dzie­ścia pięć obie­cał ło­żyć na na­sze utrzy­ma­nie, na­tych­miast bomba po­szła w górę.