Droga do normalności - Biljana Savic Lundell - ebook + książka
NOWOŚĆ

Droga do normalności ebook

BILJANA SAVIC LUNDELL

0,0

Opis

Poruszająca powieść o kobiecie, która przebywa trudną drogę od życia we współuzależnieniu do odnalezienia odwagi, by postawić na siebie.

Isabella Crona dorasta w rodzinie, w której dominuje agresja, milczenie, poczucie winy i tajemnice. Jako dorosła kobieta żyje w przemocowym małżeństwie – jest lojalna, dopasowuje się i ciągle walczy o potrzeby innych. Ale kiedy prawda w końcu wychodzi na jaw, zaczyna drogę ku wolności.

Droga do normalności jest opowieścią o traumach pokoleniowych, kobiecej sile i naprawieniu tego, co kiedyś zostało zniszczone. To książka dla wszystkich, którzy pragną łamać schematy – i zacząć od nowa. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 307

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



DROGA DO NORMALNOŚCI

Droga do normalności

Tytuł oryginału: Allt till rätta

Text © Biljana Savic Lundell, 2023

Translation © Paulina Andrzejewska, 2025

BOOKEA POLAND sp. z o.o.

Romana Dmowskiego 3 /9

50-203 Wrocław

www.lavapublishing.pl

ISBN 978-83-68590-13-5

I’m gonna leave my shame

In my mothers grave

I’m gonna leave it there

So I can be saved

I’m gonna save my self

At my mothers grave

I will cry and then go on

I’m gonna love my self

And that’s big enough

I’m gonna make revenge

Without playin rough

If the best revenge is a happy life

I’m gonna claim my share right now

I’m let me shine

Like I never shone

Gonna throw my leash

Like I throw a stone

If there’s a path for me that I never walked

I’m gonna find it where I falls

Stina Wollter

Zostawię mój wstyd

W grobie mej matki

Zostawię go tam

By siebie ocalić

Ocalę samą siebie

Nad grobem mej matki

Uronię łzy i będę żyć dalej

Zacznę kochać siebie

To i tak dużo

Odzyskam co swoje

Lecz nie chcę grać ostro

Jeśli szczęśliwy los to najlepszy odwet

Już teraz go szukam i sięgam po swoje

Nareszcie mogę lśnić

Jak nigdy dotąd

Zrzucę z siebie smycz

Jak rzucam kamień w dal

Jeśli gdzieś jest ścieżka, której nie odkryłam

Znajdę ją tam, gdzie się skryła

PROLOG

Trzy miesiące później

Godziny spędzone w samochodzie strasznie się dłużyły. Ile ich minęło? Nie wiedziała. Balansując między snem a jawą, na skraju pola widzenia, dostrzegała leśny krajobraz jako czarną plamę.

Kiedy dotarli na miejsce, zdążyło się już zrobić ciemno. Deszcz przestał padać, a asfalt zmienił się w żwirową drogę. Z czasem latarnie uliczne przerzedziły się, a wkrótce zupełnie zniknęły. Wciąż było słychać głuchy, dochodzący z dużej, dwupasmowej drogi szum, jednak nie ucichł on zupełnie.

Kobieta opuszcza okno i słucha dźwięku mokrych opon, które chrzęszczą o podłoże. Strzelają. Dokładnie jak wtedy, gdy dzieci robią popcorn, myśli. Dzieci. Na samą myśl o nich, musi natychmiast pomrugać i wytrzeć oczy.

W koronach topoli delikatnie szeleści wiatr, a przez otwarte okno wpada chłodne od wilgoci powietrze.

Reflektory samochodowe omiatają okolicę. Martin przekręca kluczyk i samochód się zatrzymuje. Isabella dostrzega, jak jego ramiona opadają z ulgą. Dotarli na miejsce.

Kobieta spogląda w nocne niebo. Po południu chmury złączyły się ze sobą i opadły niczym gruba kołdra nad drzewami i domem, który od zbliżającego się lasu oddzielał obszar zieleni. Za warstwą chmur znajduje się księżyc w pełni, który oświetla dom, a jego przedzierający się przez stare, zakratowane okna blask, wita ją w jego wnętrzu.

Mruga, liczy po cichu do pięciu i jedną dłonią masuje się po mostku. Ucisk trochę zelżał. Drugą ręką sięga do poręczy schodów, wchodzi dwa stopnie do wejścia i otwiera drzwi. Stoi i wpatruje się w Martina.

Isabella słyszy, że coś skwierczy na kuchence, a Martin głową daje jej znak, by weszła do środka. Na wszelki wypadek pokazuje też dłonią. Kobieta przekracza próg i wchodzi. Pachnie smażoną kiełbasą albo może mięsem. Wydaje się jednak, że kobiecie stojącej przy piecu to nie przeszkadza. Isabella zastanawia się, dlaczego nikt nie włączył okapu, lecz myśl przerywa jej kobieta w kuchni, która robi krok w tył, by złapać kontakt wzrokowy z gośćmi stojącymi w holu. Spogląda na Isabellę, potem na Martina, cofa się jeszcze o kilka kroków, by móc zobaczyć ich w pełnej krasie. Wyciera ręce w fartuszek.

– Potem wywietrzymy. Witaj, Isabello – mówi prędko, rzucając na nią szybkie spojrzenie i podchodząc jednocześnie do stołu z talerzami i sztućcami.

– Możesz mówić do mnie Ninna. Ale Martin pewnie już ci to powiedział? Byłabyś tak miła i obróciła kiełbaski? A ty, Martinie, znajdź moją cholerną laskę. Gdzieś ją posiałam.

Isabella obraca kiełbaski i obniża trochę temperaturę na kuchence. Reflektuje się i zupełnie ją wyłącza. Dopieką się na wciąż rozgrzanej patelni. Zadziwia ją fakt, jakie to proste, tak stać w kuchni obcej kobiety i przewracać kiełbaski, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

Isabella kieruje na chwilę wzrok na Martina, który śmiało porusza się po kuchni Ninny, a po chwili znika w pokoju obok, poszukując laski. Nawet on wydaje się swobodny i naturalny w kontaktach z Ninną i w jej domu. Mimo że ostatni raz był tu wiele lat temu. W czasie, kiedy Martin służył jako policjant, odwiedzał Ninnę więcej razy, niż był w stanie policzyć. Wszystko zależało od tego, ile kobiet i dzieci potrzebowało tymczasowego schronienia.

Isabella intuicyjnie otwiera szufladę, by znaleźć coś, czym mogłaby ukłuć ziemniaki gotujące się na kuchence. Wygląda na to, że są już gotowe. Czuje to po zapachu.

– Nie powinnaś przypadkiem mieć ze sobą trójki dzieci? – pyta luźno Ninna.

Zupełnie jakby to też było kompletnie naturalnym pytaniem zadanym obcej kobiecie w nocy, w jej kuchni.

– Jutro. Przyjadą jutro – odpowiada Martin, choć pytanie skierowane było do Isabelli.

– Dziękuję, że mnie przyjęłaś – mówi Isabella, obserwuje Ninnę i czeka na odpowiedź, która nie nadchodzi.

Ninna nie odpowiada, tylko opada na stołek.

– Poszukaj jakiegoś półmiska do ziemniaków i kiełbasek. Tam, w szafce – mówi zamiast tego Ninna i wskazuje miejsce skinięciem głowy.

Isabella wyjmuje kilka półmisków w różnych rozmiarach. Zdaje sobie nagle sprawę, że przestawia naczynia w szafce, ot tak, bez powodu. Osobno półmiski jeden na drugim, osobno miski jedna w drugiej. Z przyzwyczajenia przeorganizowuje szafkę, by wszystko było łatwo dostępne i sensownie ułożone. Bo w takiej szafce mieści się więcej rzeczy niż potrzebuje przeciętne domostwo. Rozgrzewa ją niepojęte, przyjemne uczucie. Układa się w brzuchu niczym bawełna. Daje jej poczucie spójności. Ale nie takiej zwyczajnej spójności. Nie. Raczej takiej prawdziwej, codziennej, w jakiś pokręcony sposób. Satysfakcji z tego, że może robić coś praktycznego. Nie tylko planować i pisać długie listy niczym świąteczna lista życzeń Molly. O nie, tylko nie myśl teraz o Molly i jej braciach. Martin powiedział, że na każdy krok przyjdzie czas. Teraz czas na pierwszy krok. W domu, w kuchni Ninny.

Wszystko będzie dobrze. Ale czy na pewno? Tak. Wszystko będzie dobrze. To właśnie teraz wszystko się zaczyna.

1

Pierwszy tydzień maja

Isabella i jej mama Vanessa czekają na windę w szpitalu Höglandssjukhuset w Eksjö. Czas na kolejną wizytę u lekarza. Tym razem nie na badanie, a na rozmowę.

Tylko tego brakowało, myśli Isabella. Od dawna załamuje nad tym ręce. Mrowienie warg jest tak odczuwalne, że cały czas musi je przygryzać, by sprawdzić, czy w ogóle jeszcze je ma.

Kiedy drzwi windy ponownie zamknęły się z sykiem, a Isabella nacisnęła piątkę na panelu sterowania, z dopiskiem Oddział Onkologiczny, kobiety delikatnie się objęły. Może nie przytuliły, ale w każdym razie Isabella z wahaniem oparła głowę na ramieniu matki.

Vanessa chyba płacze, tak przynajmniej wydaje się Isabelli, kiedy widzi ją w lustrze. Pięknie to wygląda. Niczym z amerykańskiego, pogodnego filmu, w którym matka i córka pełne czułości stoją u swego boku. Jakby się kochały.

Zupełnie nie jak dwie osoby, z których jedna telefonicznie otrzymała diagnozę raka, a teraz ma rozmawiać o tym osobiście. I tak, byłoby dobrze, gdyby Vanessa mogła wziąć ze sobą jakiegoś bliskiego krewnego lub przyjaciela. Tak powiedział lekarz podczas ich rozmowy przez telefon. Kogoś, kto poskłada wszystkie informacje w całość i…

Za cztery tygodnie Isabella wyjeżdża do Azji, by, jak ma nadzieję, sprzedać swoją spółkę, Crona Invest, dużej firmie technologicznej, która okazała się szalenie zainteresowana jej biznesem.

Nie było mowy o tym, by ktoś z dwojga rodzeństwa Isabelli, Jasmina i Anto, uczestniczył w tej wizycie lekarskiej. Z wielu powodów, o których Isabella nie ma siły teraz myśleć.

– Będzie dobrze, mamo. Z tym też sobie poradzisz – szepcze Isabella Vanessie do ucha.

Dlaczego szepcze? Nie ma ku temu absolutnie żadnego powodu – są same w windzie i będą same w poczekalni. Nikt nie może ich ani zobaczyć, ani usłyszeć. Może Isabella myśli, że szept jest najdelikatniejszym sposobem, na jaki może się zdobyć, by pokazać pewną formę czułości. Choć jest to trudne.

Kiedy drzwi windy otwierają się, ten ckliwy moment mija. Vanessa od razu odstępuje od Isabelli na krok i kieruje się w stronę korytarza. Ociera policzki wierzchem dłoni. No!

Po spotkaniu idą w ciszy długim korytarzem i kiwają głową na pożegnanie pielęgniarce, która siedzi w okienku przy wejściu na oddział.

Milcząc, idą dalej do windy, a na parterze pewnym krokiem znów udają się w kierunku głównego wyjścia i na parking.

Nikt nic nie mówi do czasu, aż dochodzą do drzwi samochodu Isabelli.

– Co teraz zrobimy? – pyta cicho Vanessa. Możliwe, że Isabella pierwszy raz słyszy pytanie z ust matki, która zazwyczaj jednak wszystkimi dyryguje.

Wówczas Isabella jeszcze nie wie, co mają zrobić. Wie tylko, co się wydarzy. Nie rozumie jednak, co Vanessa miała na myśli, zadając to pytanie. Poza tym zabrzmiało ono bardzo apatycznie i formalnie, jakby to, że zachorowała, było winą samej Vanessy.

W torbie kobiety leży broszura informacyjna, którą lekarz dał im przed wyjściem. Na wszelki wypadek dodatkowa sztuka dla Isabelli.

Wizyta zakończyła się cichym skinieniem głowy po dwudziestu jeden minutach, choć czas jego trwania był ustalony na czterdzieści pięć minut. Lekarz poinformował je, że pacjenci, ale też ich bliscy, mają zazwyczaj masę pytań, stąd długi czas wizyty. Lecz ani Vanessa, ani Isabella nie miały żadnych.

Na okładce ulotki siedzi starsza para, mężczyzna i kobieta, każdy w swoim fotelu, trzymają się za ręce. Tytuł brzmi: „Kiedy dostałeś diagnozę: nowotwór”. Litery są niebieskie, a podtytuł radzi, by zajrzeć na stronę siódmą. Są tam odpowiedzi na wszystkie niepostawione pytania.

– Przeczytajcie informator w spokoju – poprosił lekarz. – Najlepiej razem i tak szybko, jak to możliwe.

– Ja przeczytam na spokojnie w samolocie – powiedziała Isabella. – Za miesiąc wyjeżdżam w długą podróż, a przedtem jestem bardzo zajęta.

Lekarz już miał odpowiedzieć, ale dał im chwilę pobyć w ciszy. Potem krótko rzekł:

– Jak mówiłem, choroba nastąpiła nagle i mówimy tu o tygodniach.

– Nie chcę nikogo informować o chorobie, wolę, żeby to zostało między nami – oznajmia Vanessa spokojnie po wizycie lekarskiej.

Isabella, która stoi pochylona po stronie pasażera i pomaga Vanessie wsiąść do samochodu, gwałtownie się prostuje, wpatruje w górę i jedyne co widzi, to zakurzony dach samochodu.

Na wszelki wypadek Vanessa powtarza:

– Moim życzeniem jest zachować to między nami, a słyszałaś co powiedział lekarz. Pójdzie szybko. Ten typ…

Zapadła retoryczna pauza, bo przez milisekundę Vanessa utknęła w swojej zazwyczaj prostolinijnej komunikacji.

– …raka. Więc załatwmy to dyskretnie, a po wszystkim będziesz mogła powiedzieć, co uznasz za stosowne. Chodzi mi o to, że nie ma sensu niepokoić więcej osób niż to konieczne i karmić tym sąsiadów. I tak mają o czym gadać.

Isabella, jakby trudno jej było zrozumieć to, co przed chwilą usłyszała, przygląda się Vanessie. Po prostu stoi i czeka na kontynuację, bo przecież jakaś nadejdzie?

– Chyba że czujesz, że musisz niezwłocznie obwieścić to Bogu i całemu światu, to nazwijmy tę tragedię jakoś inaczej? Jakoś tak, co nie brzmi tak fatalnie i ostatecznie.

Isabella otwiera swoje drzwi i siada na fotelu kierowcy, po chwili – zamyka je. Niezwłocznie przekręca kluczyk w stacyjce i otwiera okna. Musi nabrać powietrza. Sprawdza, czy hamulec ręczny jest dobrze zaciągnięty i odwraca się delikatnie do Vanessy. Patrzy na nią na tyle długo, że Vanessa jest zmuszona spojrzeć córce w oczy. A kiedy to robi, Isabella po raz pierwszy od dawna bierze dłonie matki w swoje ręce. Nie pamięta nawet, kiedy doszło do tego ostatnim razem.

Teraz kolej Isabelli, musi opowiedzieć Vanessie, jak będą wyglądały następne tygodnie i w jakim kierunku wszystko zmierza.

Wieczór Isabella spędza przy telefonie. Musi podzwonić i poinformować rodzeństwo.

Wysłuchuje szlochów Jasminy, zaraz potem dzwoni do Anto.

Najbliżsi sąsiedzi Vanessy także zostali zawiadomieni. Tak dla zasady.

Ci po prawej stronie furtki prowadzącej do szeregowca Vanessy to ci sami, którzy zaprosili Isabellę i jej rodzeństwo na sok i słodkie bułeczki w tę noc Midsommar1, gdy ostrze piły wystrzeliło, nie pozostawiając niczego do ratowania, może poza fasadą domu, którą łatwo było odmalować.

Tego samego wieczoru nadchodzi moment, by zebrać dzieci i powiadomić je o chorobie babci i o tym, że w niedalekiej przyszłości umrze. Matka zaprasza je ręką do salonu.

– Zaczekajmy na tatę – mówi i spogląda na Torda pytającym spojrzeniem.

Chciałaby powiedzieć „Chodź i usiądź z nami”, ale nie robi tego. Bo Tord łapie jej spojrzenie, kręci przecząco głową i cofa się do kuchni. Nie, dzięki. Teraz nie da rady tego słuchać.

Kiedy kobieta pokazuje mu kciuk w górę, Tord staje w kuchni nad dopiero nalaną szklaneczką whisky.

Molly jest głęboko zrozpaczona, praktycznie nie da się jej pocieszyć. Tak naprawdę było jej żal Isabelli.

– Moja mama zawsze wraca do domu, a babcia może już nigdy więcej nie wrócić do domu do swojego dziecka – płacze rozpaczliwie.

Po tym, jak późno w nocy uśpiła Molly i Carla, i otuliła kołdrą Johna, Isabella bierze szybki prysznic.

Opiera głowę o płytki i odpoczywa. Pozwala ciepłym strumieniom rozluźnić zmęczone mięśnie. Ma osłabione i zdrętwiałe lędźwie.

W kuchni nastawia wodę. Muszę wziąć się w garść, myśli. Chwila refleksji nad kubkiem uspokajającego rumianku.

Głowa pulsuje, a oczy pieką. Przygasza i tak już delikatne oświetlenie w kuchni o ćwierć obrotu włącznika. Pozwala zmierzchowi wpadającemu z zewnątrz się otulić i bierze świadome, długie, głębokie wdechy.

Jeszcze raz, co powiedział lekarz? Pokazał zdjęcie rentgenowskie i przerzuty tak duże, że Vanessę natychmiast poproszono, żeby się położyła, by mogli jej podać środki przeciwbólowe. Chcieli być gotowi, kiedy ból przybierze na sile, a płuca praktycznie się zapadną.

– Ach tak. Dobrze – odpowiedziała Vanessa lekarzowi. Tylko to. Bo co innego miała dodać.

Isabella siada ostrożnie, a właściwie to opada na podłogę opierając się plecami o dolną szafkę. Zsunęła się za jednym razem, powoli i mechanicznie. Bolą ją biodra, a klatka piersiowa nie chce się rozprężyć. U normalnych ludzi stres odkłada się w barkach. U mnie – w biodrach, wzdycha.

Siedząc na podłodze z podciągniętymi kolanami, żeby pełniły funkcję stolika dla kubka z herbatą, słyszy Torda wychodzącego z toalety dla gości na parterze, pięć stopni poniżej kuchni. Mruga oczami i błaga. Tak, Isabella Crona siedzi w kuchni na podłodze przy ulicy Hagagatan i się modli. Zupełnie niepotrzebnie. Bo do kuchni wchodzi Tord.

– Umyłem fiuta. Chodź szybko do łóżka, to się tobą zajmę. Miałaś ciężki dzień.

1 Midsommar – szwedzkie święto przesilenia letniego, które przypada w weekend najbliższy nocy świętojańskiej. To święto niezwykle ważne dla Szwedów, rangą dorównuje Bożemu Narodzeniu. Dzień przed Midsommar, w piątek, Szwedzi zbierają się w gronie rodziny, przyjaciół czy sąsiadów na otwartej przestrzeni, bawią się i tańczą. Punktem kulminacyjnym jest ozdobienie i postawienie słupa majowego (majstången), a także wspólne tańce wokół niego. Później odbywają się zazwyczaj gry i zabawy dla dzieci, a dorośli świętują, jedząc i pijąc tradycyjne szwedzkie potrawy – obowiązkowy jest tort truskawkowy (jordgubbstårta), młode ziemniaki z koperkiem (färskpotatis med dill) i śledź (sill) w różnych postaciach. Charakterystycznym elementem Midsommar są wianki (midsommarkransar), które plecie się z polnych kwiatów oraz biały, zwiewny ubiór (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

2

Drugi tydzień maja

Isabella ma czerwone paznokcie i szpilki na nogach. Najczęściej zakłada garsonkę albo kostium. I zawsze elegancką bluzkę o najlepszym kroju i jakości. Są to ubrania, które po wielokrotnym pakowaniu w walizki wystarczy tylko raz strzepnąć, by ułożyły się na wieszaku bez żadnych zagnieceń. Taka właśnie jest Isabella Crona. Teraz taka jest. Bez defektów, z kolekcją eleganckich bluzek, które kosztują więcej niż zaparkowany przy węźle kolejowym Nässjö samochód przeciętnego mężczyzny.

Dzisiaj także jest nienagannie ubrana w letni strój i stoi przed domem, w którym mieszka jej mama Vanessa. Obecnie sama, ponieważ Vanessa jest wdową od dwudziestu pięciu lat.

To, że minął tylko tydzień, odkąd Isabella z mamą odebrały ponurą wiadomość o szybko postępującym nowotworze jest względne. Wkrótce Isabella wyruszy bowiem w swoją zaplanowaną podróż służbową na drugą stronę Ziemi i póki Vanessa wciąż jest w nienajgorszej formie, Isabella chce, by padły wszystkie ważne słowa.

– Cicho bądź, mamo! Myślę, że teraz powinnaś słuchać, nie możesz więcej tuszować tego, co z nami wszystkimi robiłaś. Już nie. Tego, jak było wcześniej i tego jak jest teraz!

– Isabello, kochanie, ludzie sprzedaliby nerkę, a nawet zastawili swoją prawą rękę, żeby móc zamienić swoje życie na twoje. Kochanie…

Isabella spogląda na swoją mamę. Wcale nie dlatego, że ta jeszcze ją zadziwia. Ale już wystarczy, myśli. Vanessa mówi do córki, jakby ta nadal miała dziesięć lat. Mówi w ten sam sposób co zawsze, idealizuje rzeczywistość i parsknięciem kończy zdanie.

Isabella nie jest już dzieckiem. Przeciwnie, jest dorosłą kobietą. Dokładniej czterdziestoletnią. A mimo to wciąż taszczy za sobą ten przeklęty bagaż i nieraz czuje, jakby leżała w tym plecaku zwinięta w pozycji embrionalnej. Nigdy nie pozwoliłaby, żeby ktokolwiek z jej otoczenia taszczył za sobą taki sam bajzel.

Nie, Isabella radzi sobie i działa. Czasami, tylko czasami, naprawdę bardzo rzadko, pozwala sobie na głębszą refleksję, jak duży bagaż będą w przyszłości musiały dźwigać jej dzieci. W takich chwilach musi być wyrozumiała, musi dać sobie do tego prawo. Zaakceptować, że wyrozumiałość pojawia się w swoim czasie. Wciąż jeszcze nie uporała się ze swoją przeszłością, nie poukładała sobie tego w głowie. I jeszcze długa droga przed nią.

Stoją tam. Isabella i Vanessa. Na ulicy Ryttarstigen. Na krótkiej, utwardzonej ścieżce, która prowadzi wprost do drzwi wejściowych.

Vanessa robi kilka kroków i wskazuje ręką drzwi, ale nie, dzięki. Isabella ani nie chce, ani nie powinna wchodzić do środka. Musi tylko to z siebie wydusić. To, co musi zostać powiedziane na głos. Tylko to, a potem pędem do domu, do swojego świata i swoich ludzi.

Za nimi rozciąga się wyglądający znajomo plac zabaw. Plac, na którym Isabella spędziła swoje dzieciństwo i młodość. Huśtawki, wówczas kolorowe, straciły swoje barwy tęczy, ale można je jeszcze dostrzec, nawet jeśli wyblakły.

W dużej piaskownicy jest nowy, ciemniejszy piasek. Ten biały, piękny, z jej dzieciństwa był bezużyteczny. Nigdy nie dało się zbudować z niego zamków.

Czuje na sobie litościwy wzrok swojej mamy. Możliwe, że to czysta pogarda, a nie litość? Kiedy ostatnio Isabella jej się postawiła? Czy zrobiła to kiedykolwiek? Prawie słyszy, jak matka mamrocze: „Powinnaś wiedzieć, jaka byłam przerażona…”

– No więc teraz już wiesz, mamo. Złamię ten przeklęty schemat, zaczynając od tego, że rozwiodę się z Tordem.

– Ale… – próbuje Vanessa.

– Nie! – mówi Isabella i podnosi rękę na znak stopu. – Pokażę moim dzieciom to, czego ty nigdy nie pokazałaś mnie i mojemu rodzeństwu.

Słońce nie za bardzo chce przebić się przez cienkie chmury, które bojaźliwie trzymają się razem. Pachnie słabo wczesnym latem, miękko i słodko.

Z okna w jednym z pobliskich domów dochodzi do niej zapach sosu bolońskiego. Cała okolica jest płaska, domy, podobne do cukiernic, poustawiane są po cztery w błogim nieładzie, a asfaltowe ścieżki między domami zbiegają się na wspólnym placu.

W każdym kierunku rozciągają się perfekcyjnie przystrzyżone trawniki. Albo raczej trawiaste tafle, chcąc być dokładnym.

Domy spółdzielni mieszkaniowej przy Ryttarstigen są zróżnicowane, ustawione rzędami, są tam też mieszkania lokatorskie dla mniej zamożnych. Piaskownice i wspólna wiata śmietnikowa.

Kiedy Isabella wszystko z siebie wyrzuciła, poczuła dziwną lekkość. Nie ulgę, tylko lekkość. Jakby podmuch wiatru mógł porwać ją ze sobą. A chwilę później – tylko pustkę i próżnię.

– Nie rozumiesz, co zrobiłaś Jasminie i mnie? – oskarża Vanessę. – A teraz, kiedy ci mówię, że zamierzam ratować siebie i moje dzieci od tego samego losu, ty robisz z Torda świętego. Po tym wszystkim, co się wydarzyło? Jesteś niemożliwa, mamo!

– Ale Isa…

– MILCZ! Możemy ci wybaczyć to, co zrobiłaś albo raczej czego nie zrobiłaś, a także to, że się bałaś i Bóg wie co jeszcze. Ale to, że WCIĄŻ bronisz przemocy i nie patrzysz jasno, TO przelewa czarę goryczy.

Wypowiedziane oskarżenia były niczym kwit wystawiony za te wszystkie lata milczenia i tłumienia uczuć.

– To twoje biadolenie, twój płacz i cichy szloch po nocach. Ten szloch właśnie był najgorszy. Wiesz o tym? Był gorszy niż odgłosy bicia i kopania. Bo był namacalny i obrazowy. Ten cichy szloch, mamo! Dla nas, dzieci, zawsze był nie do pojęcia.

– Może to było ciche wołanie o pomoc… – dodaje Vanessa.

– Wołanie o pomoc? Nie, wtedy nie byłby to cichy szloch. On wdarł się w nasze ciała niczym pasożyt. Sparaliżował nas. Wyssał z nas krew i zostawił tylko chłód. Twój cholerny szloch przeszedł nas aż do szpiku kości i wyssał całe życie.

Isabella milknie i wciąga powietrze do płuc. Vanessa gapi się świecącymi oczyma na dorosłą córkę.

Isabella natychmiast powinna sobie uświadomić, że jest lepsza od wszystkich innych w Nässjö. Oczy Vanessy raz są wilgotne, a raz płoną z wściekłości, Isabella widzi to, mimo że oczy matki mrugają w szybkim tempie. Vanessa co rusz unosi rękę i masuje jedną ze skroni. Ponownie podejmuje wątek:

– Powinnaś się cieszyć, a wręcz być wdzięczna!

Długo rozprawiała o tym, że Isabella robi zakupy spożywcze w Ice przez Internet. Kto tak robi? Potrafiła na to dopowiedzieć? Właśnie, nie.

– Normalnie pracujący ludzie w Nässjö biorą wózek sklepowy i idą do Willys. W piątki.

– Tylko nie w tygodniu przed wypłatą, co? Wtedy większość chodzi raczej z koszykiem w ręce? – wyrzuca z siebie Isabella, jakby to tego dotyczyła rozmowa albo jakby to był żart.

Czy Vanessa też potrzebowała dać upust emocjom? Isabella zastyga i stwierdza, że wściekłość Vanessy nadeszła trzydzieści pięć lat za późno.

Matka kontynuuje:

– I Tord, twój cudowny mąż! ON, bez mrugnięcia okiem, jest w stanie i chce wyżywić rodzinę, trzeba mu tylko na to pozwolić. Ale jak zawsze. Czemu ty, Isabello, nie możesz się tym zadowolić i pozwolić mu zadbać o ciebie i dzieci? Dlaczego, Isabello?

Nie czeka na odpowiedź, tylko ciągnie dalej:

– Najwidoczniej twoim sposobem na zniszczenie rodziny jest podróżowanie dookoła świata. Tylko na to czekałam! I DO TEGO jeszcze się rozwodzisz!

Isabellę nagle uderza myśl, że nigdy nie widziała gniewu swojej rodzicielki. Tym bardziej, że Vanessa stoi na zewnątrz, między domami i publicznie podnosi głos.

– Wyjeżdżasz sobie za granicę i nie ma cię w domu przez pięć miesięcy w roku. Kto tak robi? Ludzie w Nässjö cieszą się, jak pojadą do parku rozrywki Liseberg i w najlepszym razie raz na trzy lata na wakacje czarterowe. Nie da się co roku, niestety. Trzeba ustalić priorytety, Isabello! Samochód, taras, nowe meble do jadalni, a wszystko naraz, tak się po prostu nie da.

Vanessa uważa, że Isabella powinna dostrzec, jakie ma życie i być za nie choć trochę wdzięczna.

– Dom zaprojektowany przez architekta w najpiękniejszej okolicy w Nässjö! Kto może sobie na to pozwolić? Trójka dzieci. Dobrze wychowanych zresztą. Które nawet nie pisną. Dlaczego? No tak, ale przecież ty nie musisz za nic dziękować. Choć z drugiej strony ludzie przynajmniej nie mogą mnie oskarżyć o to, że moja córka wyszła za Torda dla pieniędzy. I to jest samo w sobie piękne. To muszę przyznać – kończy płaczliwie.

Potem znów kontynuuje:

– Przecież widzę, jak obsypuje cię niespodziankami i darzy troską. Isabello, przecież ty jesteś dla niego wszystkim. Że też kobiety nigdy nie są zadowolone.

Naraz chwyta córkę za obie ręce, przekręca je do góry, w dół i na boki. Patrzy na nią uważnie.

– A masz jakieś siniaki albo rozcięte wargi? Co? Masz? Nie, no właśnie. Więc nad czym tu do licha ciężkiego dramatyzować?

– Nad moimi DZIEĆMI, mamo! Moje dzieci są dla mnie najważniejsze. A dzięki tobie ja współuzależnienie mam we krwi.

Kontynuuje:

– To, że ty mogłaś kiedyś z tym wszystkim żyć, to jedna sprawa, ale patrzeć, jak to znowu się dzieje i mimo to przymykać oko – jak możesz?

Zaraz po wypowiedzeniu tych słów Isabella chce ugryźć się w język. A najchętniej to go połknąć. Jak nisko można upaść? Oskarżać własną matkę po tak długim czasie. Na dodatek kobietę chorą na raka!

Czuje zapach śmierdzącej goryczy wydobywającej się z jej ust i nie wie, czy zaraz zwymiotuje, czy rozsadzi jej głowę.

– Wiem, co to znaczy zacisnąć zęby i teraz ty też to zrobisz! – cedzi Vanessa i rozgląda się dookoła, upewniając się, czy nikt ich nie usłyszy.

– Tak, mamo… Ale dlaczego nie szukałaś pomocy? Choćby ze względu na nas, dzieci. Nie, ty wolałaś wszystko sprawnie zamieść pod dywan. Bo co by ludzie powiedzieli… Ale CO Z NAMI? Gdzie w tym wszystkim byliśmy my?

Pewna myśl przelatuje jej przez głowę i Isabella przypomina sobie, jak matka była zażenowana incydentem z zeszłego roku, gdy przewróciła się na ulicy Storgatan w centrum miasta, na wysokości budynku Państwowego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Tuż potem wykryto raka. Jeszcze długo po tym zdarzeniu Vanessa użalała się i była skrępowana tym, że leżała na ulicy. Nie wołała o pomoc. Po prostu tego nie zrobiła. Było niedzielne popołudnie i Storgatan była pusta – chociaż takie pocieszenie. Wiadomo, co ludzie by powiedzieli.

Kiedy wykryto nowotwór, młodszy brat Isabelli, Anto, zażartował:

– Ironia losu, że ma akurat raka kości, podczas gdy w całym jej życiu to właśnie kości wielokrotnie jej łamano.

Isabella już miała odejść, ale sama się powstrzymuje. Głaszcze ostrożnie ramię Vanessy.

– Teraz pozostała już tylko jedna sprawa, mamo – mówi na koniec. – To, o czym nigdy nie rozmawiałyśmy. Midsommar, w które zmarł tata.

Ta noc mogłaby stać się wiadomością ogólnokrajową w samym Expressen. Nagłówek brzmiałby: Ojciec trójki dzieci zginął tragicznie w czasie obchodów Midsommar w Nässjö, na wyżynie smalandzkiej.

Dalej opisano by, że rodzina została już poinformowana i że wrażliwych czytelników ostrzega się przez brutalnymi opisami. Jednak nie wspomniano by o Jasminie, Isabelli, Anto i Vanessie. O tych, którzy pozostali. Nie napisano by też o tym, że rodzinę nie tylko powiadomiono o zdarzeniu, ale też była na jego miejscu i widziała wszystko na własne oczy.

3

Midsommar, 25 lat wcześniej

Isabella stała obok swojej starszej o dwa lata siostry Jasminy, trzymając jej dłoń w swojej.

Był Midsommar. Isabella miała czternaście lat, Jasmina szesnaście, a ich młodszy brat Anto siedem.

W powietrzu unosiła się radość i oczekiwanie, a drzwi wejściowe niemal wszystkich domów w okolicy Ryttarstigen były otwarte na oścież. Na rozłożonych kocach siedziała młodzież i słuchała muzyki. Małe dzieci pedałowały na swoich trójkołowcach i plastikowych traktorach. Koleżanka Isabelli z domu obok głośno krzyczała, kiedy przeskakiwała przez strumień wody, który wahadłowym ruchem podlewał suchy trawnik.

W niektórych ogrodach rozstawiono plastikowe namioty imprezowe, mimo że nie padało. Świeciło słońce, a powietrze pachniało latem. Wczorajsze dzieło, pozostałe po zabawie małych dzieci, narysowane kredą drogową urzekało Isabellę niczym piękna tęcza. Asfalt był fioletowo-zielono-żółty.

Cała atmosfera była przyjemna i po raz pierwszy w życiu rodzeństwo oddychało swobodnie.

W domu włączone było radio. Z głośników leciał utwór Sommar, sommar, sommar, det är dans i folkets park („Lato, lato, lato, w ludowym parku odbywają się tańce”), rozpoczynający letni program radiowy.

Mimo tych wszystkich dźwięków na chwilę zrobiło się bardzo spokojnie i cicho, kiedy ich tata, Sorin, niespodziewanie pojawił się, idąc ulicą Ryttarstigen. Z policjantem u boku. Sorin właśnie rozpoczął odbywanie czteroletniego wyroku za brutalne pobicie. Ofiarą była siostra Isabelli, Jasmina.

Ponieważ właśnie był Midsommar, udało mu się elokwentnie wyżebrać przepustkę na kilka godzin.

– Tak bardzo chciałbym pomóc rodzinie pociąć drzewa leżące za domem, żeby później sami mogli je porąbać. Palimy drewnem, w ten sposób oni mogą obniżyć rachunki za prąd – prosił. – Tylko kilka godzin. Wszyscy i tak będą na obchodach Midsommar, więc mogę przez ten czas zrobić coś pożytecznego wokół domu.

Dostał zgodę i skierowano tę informację do biura opieki społecznej, w którym w tygodniu poprzedzającym Midsommar brakowało personelu. Do Vanessy ta wiadomość nie dotarła.

Isabella spojrzała na młodszego brata, który natychmiast wskoczył na swój rower.

– Zrobię kółko – krzyknął i ruszył między domy. Uniósł dłoń niby na znak pożegnania, ale raczej, żeby pokazać, że wczoraj nauczył się kierować jedną ręką. Kto by pomyślał, że jako bobas był takim żałosnym krzykaczem, uznała Isabella, wpatrując się w plecy młodszego brata. Pierwsze trzy lata życia przekrzyczał. Ale od dnia, w którym Sorin uderzył go pierwszy raz, zamilkł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dziwne było to, że z dnia na dzień ryk zamienił w ciszę. W swoim czasie na jego twarzy pojawił się uśmiech.

Vanessa była zachwycona jego obecnie ciągle zaróżowionymi policzkami. Czy to wiosna, lato, jesień, czy zima, mały zawsze chciał na dwór.

Sorin sprawiał wrażenie wesołego i podekscytowanego, można by powiedzieć – szczęśliwego. Isabella uważała, że to wszystko było niesłychanie podejrzane. Bo ani ona, ani Jasmina nie cieszyły się na jego widok. Dłoń Jasminy mocnej zacisnęła się wokół dłoni siostry.

– Idźcie na uroczystość. Porąbię dla was kilka kłód. – Uśmiechał się.

Zaczął gwizdać, przeszedł piętnaście kroków obok ściany szczytowej i zniknął z tyłu domu.

Isabella i Jasmina poszły po cichu za nim, w pogwizdywaniu poczuły jego oddech. Pachniał śmiercią.

Vanessa stała w kuchni i połykała tabletki morfiny jedną za drugą. Cały tydzień poświęciła na szorowanie i sprzątanie wszystkich pokoi po kolei. Nadchodził przecież tydzień Midsommar. Wszystkie meble i przedmioty lśniły. Zlew błyszczał, a kiedy Isabella i Jasmina weszły do kuchni, pachniało tam Domestosem.

Ale Vanessa nie lśniła, a przede wszystkim nie chodziła jak zazwyczaj, z wysoko uniesioną głową i prostymi plecami. Włosy wisiały przy jej twarzy niczym apatyczne zasłony. Dopiero co je umyła czy była po prostu spocona – stąd te mokre kosmyki włosów? Siostry spojrzały na siebie.

– Śniadanie? – spytała. – Jadłyście śniadanie?

Vanessa nie była ubrana tak, jak każdego innego poranka. Co by się nie zdarzyło, zawsze rano była ubrana. Ale tym razem, chodziła, czy jak to tam nazwać, z bosymi stopami, a szlafrok z fioletowego frotte wisiał luźno na jej ciele.

Obserwowały ją, jak przesuwała się do przodu, opierając się rękoma o ściany i szafki. Nogi, jedna za drugą w mechanicznym tempie. Nie mówiła ani słowa, tylko wysilała się bardzo przy każdym ruchu. Pot na czole. Bladość. Ale ani jednego zadrapania na ciele. Ani nawet rozciętej brwi, stwierdziły.

Długo potem Isabella i Jasmina zrozumieją, że matka miała pękniętą kość ogonową i to z tego powodu nie mogła się pochylić nad martwym ciałem ojca, kiedy ten akurat postanowił umrzeć. W samiuteńki Midsommar. Publiczna śmierć ma swoje zalety, jeśli chce się zostać zapamiętanym. W ogrodzie, przy własnym domu. Jakby chciało się po raz ostatni zapewnić widowni horror. Ostatnie chwile grozy, zanim się pożegnają. Tak właśnie mieli pomyśleć po wszystkim.

Później miało się zacząć prawdziwe życie. Na wolności. Przez resztę życia mieli być złośliwi wobec samych siebie. Odgrywać role i wikłać się w szereg destrukcyjnych związków. Odciąć się od błędnego koła pytań, na które mieli nie znać odpowiedzi.

– Samookaleczenie powstałe w wyniku seksu, treningu, pracy albo jakiegokolwiek innego nadużycia, które Bóg oferuje nam na okazałym, szwedzkim stole. – Anto miał żartować na ten temat jeszcze długo później. Dwadzieścia lat później.

Ale wtedy, tamtej nocy, jeszcze tego nie wiedzieli.

Zegar stojący na radiu w kuchni wskazywał godzinę 12:57. Wkrótce miał nadejść czas świętowania na małym, wspólnym skwerze koło placu zabaw.

W ciele Vanessy zaczęło namnażać się nowe, nowotworowe życie. Z powodu odłamków ze zmiażdżonej niegdyś kości ogonowej.

– Mamo, nie idziemy? – ponaglały ją dzieci.

Stała przy zlewie i kolejny raz wycierała blat.

Zanim Vanessa zdążyła odpowiedzieć, dobiegł ich dźwięk piły łańcuchowej zza domu.

Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Właściwie w mniej niż minutę.

W agresywnym dźwięku silnika piły łańcuchowej Isabella słyszała również błaganie. Nie jasne i wyraźne. Tylko charczące. Ale słyszała je. Brzmiało jak wtedy, kiedy ona i Margareta rozmawiały ze sobą z ustami pełnymi pasty do zębów. Niewyraźnie i ochryple.

Towarzyszył mu huk o ziemię. Dźwięk był taki, jakby ktoś upuścił na ziemię kamień. Albo raczej dwa. Najpierw jeden duży. Potem mały. Tak to brzmiało.

Odgłos piły łańcuchowej dochodzący z niewielkiej, tylnej części ogrodu mieszał się dźwiękiem grającego radia, wyraźnie słyszalny był też szmer podnieconej klasy robotniczej.

– Czy to słychać tatę? – Isabella zadała to pytanie właściwie sobie samej, wychodząc jednocześnie przez drzwi tarasowe do ogrodu.

Ironiczne, pomyślała w tej samej sekundzie, kiedy wyrazy wydobyły się z jej ust. Sorin nigdy nie prosi o pomoc. Ale gdy się tak zastanowić, to chyba jego było słychać? Jakby robiąc wydech, wzywał pomocy. I błagał o litość.

Isabella wrosła niejako w trawnik, ale poczuła, że życie do niej powraca. Działo się tak, chociaż na własne oczy ujrzała spustoszenie, jakie niesie śmierć. Teraz wszystko będzie dobrze, pomyślała sparaliżowana.

Jabłonie w ogrodzie przestały już kwitnąć, a na gałęziach można było dostrzec małe kuleczki zwiastujące jesienne zbiory. Brzozy świszczały, a delikatna bryza owiewała Ryttarstigen.

Bujna zieleń rozciągała ramiona wokół ludzi i domów. Powietrze drżało z gorąca, a niewielki, kędzierzawy piecuszek rozpostarł skrzydła po kąpieli w kałuży, która pozostała po dziecięcej zabawie wężem ogrodowym.

Vanessa przejrzała się pośpiesznie w lustrze, sama nie wiedziała dlaczego, i ruszyła w kierunku drzwi tarasowych, które prowadziły w stronę dźwięku piły łańcuchowej.

– O Boże! O dobry Boże! O jasna cholera! Boże! O Boże!

Tym razem to Vanessa wzywała pomocy. Możliwe jednak, że się modliła.

Dźwięk był ogłuszający. Piła łańcuchowa wyła uporczywie przy leżącym na trawniku ciele.

Małe dziecko stało między działkami. Rozległ się jego krzyk. Jedną ręką zakrywano mu usta, by go stłumić, drugą wskazywano na Sorina.

Vanessa przycisnęła dłonie do uszu, a obraz przed nią i Isabellą zastygł. Jakby ktoś nacisnął pauzę dokładnie w tej sekundzie.

Dźwięk zegara radiowego dochodzący z wnętrza domu zagłuszał zgromadzonych ludzi i informował, że wybiła godzina pierwsza, a głos w radiu życzył wszystkim słuchaczom wesołego Midsommar.

Minęło wiele tygodni, zanim Isabella zrozumiała, co właściwie ujrzała. Z kolei zapach już nigdy jej nie opuścił. Woń pulsującego życia, które tryskało. W górę. W dół. Na boki.

Leżąca na ziemi piła mechaniczna i szalejące, obracające się w kółko ostrze pryskało całym tętniącym życiem, które opuszczało Sorina.

Z białej fasady domu kapało gasnące istnienie. Kiedy piłę w końcu wyłączono, Isabella nie pamiętała, kto to zrobił, łańcuch lśnił bielą ludzkiej tkanki i ścięgien, które utknęły między ostrzami łańcucha. Mały fragment więzadła szyi leżał kawałek dalej. Wyglądał jak to, co Vanessa zazwyczaj odkrawała ze schabu. Reszta tegoż więzadła wisiała na żywopłocie dzielącym ich od sąsiada niczym dekoracja.

Znikąd pojawiła się Jasmina i stanęła obok matki i siostry. Cicha, spokojna i bezgłośna. Tylko kilka metrów od piekła.

Isabella znów chwyciła siostrę za rękę i spoglądając jej w oczy próbowała zrozumieć, co się wydarzyło.

Kiedy piła mechaniczna odskoczyła do tyłu, wyśliznęła się Sorinowi z rąk i nieszczęście czy szczęście, w zależności od tego, jak na to spojrzeć, gotowe. Trafiła w tętnicę szyjną.

Zęby piły wżynały się w głąb aż do kręgów szyjnych. Wszystko zajęło dwie sekundy, szybko poszło. Piła zarzuciła, a ostrze z zawrotną prędkością wystrzeliło w górę, prosto w gardło Sorina. W mgnieniu oka zaczęła szarpać mięśnie, ścięgna, tkankę po lewej stronie szyi, a ostatecznie końcówką ostrza sięgnęła kręgów szyjnych.

Życie zgasło, piła wyleciała z rąk i wylądowała tuż przy wciąż stojącym mężczyźnie.

Stał i lekko chwiał się w miejscu. Jak dziecko, które właśnie próbuje pojąć, jak się chodzi, i które kołysze się w przód i w tył. Błądzi po omacku. Tak właśnie wyglądał.

Dłońmi trzymał szyję, jak gdyby starał się uchronić głowę przed odpadnięciem. Trzymał mocno i w ciągu jednej dziesiątej sekundy, kiedy mózg jeszcze nie zarejestrował śmierci, krzyknął o pomoc.

Lewa noga ugięła się pierwsza. Uderzył kolanami o ziemię, wyglądało to jak jakieś modły, w końcu runął do przodu niczym sosna.

Isabella pomyślała, że ojciec zaraz złamie nos. Chwilę potem, że powinna rozwinąć węża, żeby zmyć krew z fasady domu, a jeszcze później zastanawiała się, czy powinna pomóc mu się obrócić, żeby uchronić nos od uderzenia w ziemię. Myśli wzbierały i kłębiły jej się w głowie, ale na próżno. Nogi i jej ręce zdrętwiały, a ciało zamarło w miejscu.

Drugie głuche uderzenie, jak piłka, kiedy odbija się od podłoża, a potem podskakuje, aż w końcu się zatrzyma. Stanie w bezruchu.

Upadek sprawił, że głowa oddzieliła się od reszty ciała. Nie było co do tego wątpliwości, choć upadła tuż obok szyi. W momencie jej oderwania, po prawej stronie karku urwał się kawałek skóry. Dźwięk, który temu towarzyszył nie był jakiś szczególny. Tylko krótki, głuchy odgłos.

Isabella wciąż stała obok Jasminy, trzymając jej dłoń. Na moment zrobiło się bardzo spokojnie i cicho. Później usłyszano krzyki dochodzące ze wszystkich działek.

Jak przez mgłę Isabella dostrzegła, jak ludzie zaczęli się zbierać wokół ich posesji. Unosili ręce do czoła. Łapali się za głowy obiema rękami. Zasłaniali usta. Matki pędziły do swoich dzieci, żeby zdecydowanie zbyt mocno chwycić je za ręce i biegiem wrócić do domów. Tylko jednego dziecka nikt nie chwycił.

Anto zawrócił i pojechał rowerem do domu, żeby sprawdzić, dlaczego nikt jeszcze nie pojawił się na obchodach Midsommar. I stał tam. Również jakby sparaliżowany.

Właśnie zaczęła się audycja radiowa Godmorgon Höglandet. Isabella usłyszała melodię z czołówki programu, przyćmione przez show rozgrywające się w zwolnionym tempie. Anto spojrzał pośpiesznie na siostrę.

– No cóż! To chyba pojadę sam!

Vanessa bez słowa powoli się cofnęła, w kierunku schodów prowadzących do drzwi tarasowych. Obydwiema rękoma chwyciła się ościeżnicy. Próbowała zrobić jeszcze jeden krok w tył, ale odłamki kości, które kiedyś były jej kością ogonową wystawały i wbijały się w mięśnie pośladków. Gwiazdy pod jej powiekami wirowały w szybkim tempie. Eksplodowały najjaśniejszymi odcieniami fioletu, zieleni, żółci i błękitu. Chciało jej się wymiotować, więc spróbowała pochylić się odrobinę do przodu, ale odłamki wbiły się w czerwone mięso i Vanessa upadła.

– Teraz wszyscy jesteśmy straceni – szepnęła Jasmina. – Teraz naprawdę zostaniemy sami.

Kolejni ludzie, znajomi i nieznajomi, przechodzili przez żywopłoty i ścieżki rowerowe, i zbierali się na ich działce. Samolot leciał nisko w powietrzu ciągnąc za sobą banderolę. Z napisem „Szczęśliwego Midsommar”.

Piła leżała cicho i spokojnie obok tego, co kiedyś było Sorinem.

– Koc! Dajcie tacie koc! – krzyknęła Vanessa, stojąc na czworakach, a Isabella mechanicznie pobiegła na taras i chwyciła polarowy koc. Nie, nie ten. Ten jest nowy, zdążyła pomyśleć. Wzięła inny i pospieszyła z powrotem.

Stopy Isabelli jako pierwsze zahaczyły o Sorina. Przypadkowo lekko kopnęła go w głowę, gdy z werwą ruszyła, by dobiec do ciała.

Jego szeroko otwarte oczy przepełniało coś, co Isabella czasami dostrzegała w oczach matki w te wieczory, kiedy wydawała dzieciom polecenia: sweter, buty, ucieczka przez okno.

Jego nos był kompletnie biały, a policzki zapadnięte. Kręcone włosy zaczęły tracić swój zgrabny kształt. Unosiły się trochę nieregularnie przy uszach, które tonęły we krwi.

W kąciku oka zauważyła delikatny puls docierający z szyi, ale już nie z tą samą siłą i w tym samym tempie. Po prostu trochę bąbelkował. A co, jak utonie? – pomyślała Isabella i nagle zaczęło jej się spieszyć. Muszę go podnieść i położyć obok nóg, one są tylko trochę podtopione. Tam kałuża nie była równie szeroka i głęboka.

Zrobiła tyle kroków, ile było trzeba, by dojść do ojca. Spod jej klapek wydobywał się dziwny dźwięk. Ssący i klejący, dokładnie taki, jak kiedy chodzi się po glinie. Ale z każdym jej krokiem ziemia wchłaniała coraz więcej krwi. Ukrywała ją. Ale zapach nie znikał. Pachniało słodko i metalicznie.

Zacisnęła palce prawej stopy, by wcisnąć ją jak najgłębiej w kapeć. Delikatnie szturchnęła czubkiem buta głowę ojca, szarą jak popiół i może odrobinę niebieską. Nie wiedziała, dlaczego to zrobiła. Może po to, żeby się upewnić, że jest martwy. Naprawdę martwy.

Jego oczy już się na nią nie gapiły. Twarzą był zwrócony ukosem w stronę tarasu, Jasminy i mamy. Isabella uklęknęła ostrożnie i chwyciła tę głowę. Musiała ją mocno trzymać, żeby jej nie wypadła. Powoli podniosła się z rękoma wyciągniętymi przed sobą. Po czterech niespiesznych krokach dostała zakwasów w ramionach, więc położyła głowę przy stopach ojca.

Ciało okryła kocem, ale pilnowała, by nie zasłonić też nóg i leżącej obok głowy. Przecież musi mieć powietrze, pomyślała.

Było cicho. Wzięła głęboki wdech. Słuchała dźwięków. Ale było zupełnie cicho. Niemalże nabożnie. Gwar i krzyki ustały. Poza ptakami, które pięknie śpiewały swoje psalmy i odległym głosem dochodzącym z radia, który informował, że właśnie dotarli do punktu programu, w którym słuchacze mają odgadnąć temat kolejnej piosenki. Jedno słowo, cztery litery, zaczynało się na Ś. Wyraz był czasownikiem – to coś, co czasami robi się w nocy.

4

Isabella, drugi tydzień maja

Jest piękny dzień, zrobiło się ciepło i wydaje się, że tak zostanie, myśli Isabella. Kobieta idzie z domu swojej matki leżącego przy Ryttarstigen w kierunku parkingu. Otwiera auto jednym kliknięciem kluczyka, a kolejnym chowa składany dach w bagażniku.

Mija szklane drzwi altany śmietnikowej, w których widzi siebie. Przez sekundę chichocze. Nie potrafi stwierdzić, czy to ze stresu, który czuła przed tym spotkaniem, czy z powodu nerwów, które właśnie z niej schodzą.

Kiwa głową, witając się ze starszą panią, która przechodzi obok z otyłym jamnikiem na smyczy. Kiedy później Isabella otwiera drzwi samochodu zastanawia się, jak ludzie w Nässjö by ją opisali. Czterdzieści lat i nienaganny wygląd w każdym detalu? Czy może kierowaliby się zasłyszanymi plotkami? Jak na przykład: Jezu, za kogo ona się właściwie uważa? Czy kiedykolwiek upiekła coś ze swoimi dziećmi? Wtedy ta droga sukienka najwyższej jakości byłaby pewnie obsypana mąką. A czy kiedykolwiek przygotowała obiad? Nie, z pewnością nigdy nie znalazła się nawet w pobliżu pieca. Ale proszę. Jest oszałamiająca. Zdumiewająca skóra i jakie ubrania!

Pozwala swojej chłodnej blond fryzurze typu bob powiewać na wietrze w trakcie dwukilometrowej trasy do domu.