Dominic - Natasha Knight - ebook
BESTSELLER

Dominic ebook

Knight Natasha

4,5

87 osób interesuje się tą książką

Opis

Dominic

Byłem chłopcem, który miał nigdy nie zasiąść na królewskim tronie. Potworem niezdolnym do miłości i skazanym na samotność. Gia to tylko kolejne zlecenie. Nic więcej. Dziewczyna pochłonięta przez świat bestii.

Podobał mi się jej wygląd, lecz to nie miało znaczenia. Miałem gdzieś, że wzdrygnęła się, dostrzegając mrok w mojej duszy. Podobało mi się to. Upajałem się tym strachem.

I pragnąłem jej.

Potwory nie mogą jednak liczyć na szczęśliwe zakończenie. Wiedziałem, że pewnego dnia wrócę. Czas nie wybaczał ani nie zapominał. Podobnie jak ja.

Należało wyrównać stare rachunki. Ukarać wrogów. Najwyższa pora powrócić i przejąć rodzinny biznes. Zbyt długo musieli na mnie czekać.

GIA

Zawsze wierzyłam w bajki. Nie w te disneyowskie. One nigdy nie wydawały mi się rzeczywiste. Wiedziałam, że życie nie miało aż tylu kolorów.

Byłam córką żołnierza mafii. Siostrą kapusia. Nikim.

Stykałam się z potworami, odkąd sięgam pamięcią. Stanowiły nieodłączną część mojego świata. Ani jeden z nich nie dorównywał Dominicowi Benedettiemu. Nigdy wcześniej nie spotkałam tak okrutnej bestii. Nie miałam co do niego żadnych złudzeń. Nie pragnęłam ocalić tej mrocznej duszy. I nie obchodziło mnie jego krwawiące serce.

Miłość nie zawsze jednak otacza się pięknem. Potrafi być wynaturzoną, szpetną zdzirą.

Zdawałam sobie sprawę, że tylko na takie uczucie mogłam liczyć. Jedynie bezwzględność zdołała poruszyć mnie do głębi. Niektórzy z nas po prostu pożądają ciemności.

Tak jak Dominic i ja.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 312

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (338 ocen)
226
75
32
4
1
Sortuj według:
iCate0

Całkiem niezła

Zdecydowanie lepsza niż pierwszy tom ✌🏻
00
Ilonez

Nie oderwiesz się od lektury

Niesamowita historia - życie płata figle …
00
Katka8802

Nie oderwiesz się od lektury

Książka nie nudna, na pewno bardzo intensywna i emocjonującą. Autorka idealnie buduje napięcie i pobudza wyobraźnię! Polecam
00
Monikatysz

Nie oderwiesz się od lektury

❤❤
00
Rydzia

Nie oderwiesz się od lektury

Mocna, dobra historia. POLECAM fanom tej tematyki
00

Popularność




SPIS TREŚCI

1. DOMINIC

2. GIA

3. DOMINIC

4. GIA

5. DOMINIC

6. GIA

7. DOMINIC

8. GIA

9. DOMINIC

10. GIA

11.DOMINIC

12. GIA

13. DOMINIC

14. GIA

15. DOMINIC

16. GIA

17. DOMINIC

18. GIA

19. DOMINIC

20. GIA

21. DOMINIC

22. GIA

23. DOMINIC

24. GIA

25. DOMINIC

26. GIA

27. DOMINIC

28. GIA

Od autorki

DOMINIC

TYTUŁ ORYGINAŁU
Dominic
Copyright © 2016. Dominic by Natasha KnightCopyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Papierówka Beata Bamber, 2019Copyright © by Wydawnictwo Papierówka Beata Bamber, 2019Redaktor prowadząca: Anna CzyżewskaRedakcja: Katarzyna ŁochowskaKorekta: Patrycja SiedleckaPrawa do okładki: © Roman StetsykOpracowanie graficzne okładki: Marcin Bronicki, behance.net/mbronickiProjekt typograficzny, skład i łamanie: Beata Bamber Wydanie 1Gołuski 2019ISBN 978-83-66429-49-9Wydawnictwo PapierówkaBeata Bamber Sowia 7, 62-070 Gołuskiwww.papierowka.com.plPrzygotowanie wersji ebook: Agnieszka Makowska www.facebook.com/ADMakowska
SERIA BRACIA BENEDETTItom 1 SALVATOREtom 2 DOMINICtom 3 SERGIOtom 4 KILLIANtom 5 GIOVANNI
natasha knightDOMINICMROCZNY MAFIJNY ROMANS PRZEŁOŻYŁAKatarzyna Podlipska

DOMINIC

1
DOMINIC

Strach miał charakterystyczny zapach. Nie pomyliłbym go z niczym innym. Ostry. Kwaskowy, a jednocześnie słodki. Kuszący.

Może jednak był kuszący wyłącznie dla takiego chorego pojeba jak ja. A dziewczyna skulona w kącie wydzielała silny zapach strachu.

Nasunąłem na twarz maskę kościotrupa. Pokój spowijała ciemność, ale wiedziałem, że dziewczyna nie śpi. Nawet gdyby wstrzymała oddech i nie poruszyła ani jednym mięśniem, nie potrafiłaby mnie oszukać. Wszystko przez tę woń. Przerażenie unoszące się w powietrzu. Zdradzało je za każdym razem.

Lubiłem to. Zawsze odczuwałem przypływ adrenaliny i niecierpliwe wyczekiwałem na to, co miało nadejść.

Uwielbiałem bawić się z nimi w kotka i myszkę.

Pociągnąłem za klamkę, blokując dostęp tej odrobinie światła, która wpadała przez uchylone drzwi do małej, ciemnej i cuchnącej sypialni. Przywieźli dziewczynę wczoraj. Wbrew woli trafiła do oddalonej od cywilizacji chaty. Do domku w lesie. Co za pieprzona ironia. To tu wykonywałem najlepszą robotę. W pomieszczeniu znajdowało się duże łóżko z pasami do krępowania, stolik nocny i zamknięta skrzynia ze wszystkimi niezbędnymi przyborami. Jeszcze przed moim przybyciem pozbyto się drzwi prowadzących do łazienki. Miałem doskonały widok na liche wnętrze. W środku znalazły się jedynie najpotrzebniejsze rzeczy – toaleta, umywalka, prysznic i wanna. Kąpiel stanowiła prawdziwy luksus. A raczej stawała się nim na pewnym etapie szkolenia.

Okna dawno temu zabito deskami i tylko nieliczne promyki słońca wpadały przez szpary. W sypialni i łazience panował chłód, ale nie taki, by umrzeć z wychłodzenia. Nie byłem bez serca. Cóż… miałem go tyle, ile każdy inny potwór. Utrzymywałem w pokojach temperaturę oscylującą w okolicach piętnastu stopni Celsjusza. Wystarczająco zimno, żeby nie czuć się komfortowo, ale nie aż tak, by wyrządzić komuś krzywdę.

Podszedłem do postaci skulonej na podłodze. Zastanawiałem się, jak długo przetrzymywali tę dziewczynę. Czy kąpali ją przez ten czas?

Biorąc pod uwagę fakt, że obowiązywał zakaz pieprzenia, rozmyślałem, co w takim razie jej zrobili. Miałem różnych zleceniodawców, ale zwykle nie dawali takiego rozkazu. Mieli w dupie, kto rżnął dziewczyny przed aukcją. Właśnie po to je na niej wystawiano. Tym razem Leo, pośrednik między kupcem a mną, upewnił się, że jednak dobrze zrozumiałem to konkretne ograniczenie.

Odsunąłem na bok myśl o gwałcie. Ta opcja nie wchodziła w grę. Cokolwiek bym im nie robił, nie brałem ich siłą. Jakaś niewielka cząstka mojego popapranego mózgu trzymała się tej zasady. Jakby jej przestrzeganie sprawiało, że byłem szlachetny.

Honor?

Kurwa.

Nie miałem co do tego złudzeń. Moralność to nie moja mocna strona. Honorowość nie liczyła się w świecie Dominica Benedettiego – syna mafijnego króla. I pomyśleć, że tak mało brakowało, żeby posiąść to wszystko. Tak kurewsko niewiele dzieliło mnie od objęcia tronu. Teraz na pewno mogłem się pożegnać z tymi mrzonkami. Dowiedziałem się, kim byłem naprawdę, i marzenia o przejęciu władzy wyparowały.

Odepchnąłem te myśli jak najdalej od siebie. Wyparłem je tak bardzo, że nie mogły dłużej mnie dusić. Zamiast tego przygniotły wnętrzności jak pieprzone cegły.

Zrobiłem krok w stronę dziewczyny. Drewniana, zniszczona podłoga zaskrzypiała głośno pod grubymi podeszwami butów.

– Wstawaj.

Usiadła, podciągnęła kolana do klatki piersiowej i oplotła wokół nich związane ręce. Wykonała niewielki ruch i schowała twarz głębiej, niemal wyginając się w pałąk. Zauważyłem, że wciąż miała na sobie bieliznę, choć niesamowicie brudną. To coś nowego. Gdy do mnie trafiały, tak przyzwyczajały się do nagości, że praktycznie przestawały ją zauważać.

Trzy małe lampki rozmieszone w różnych częściach sypialni pozwoliły mi się jej przyjrzeć. Ciemne włosy opadały na ramiona i plecy. Zacząłem się zastanawiać, czy pod warstwą brudu i kurzu rzeczywiście były czarne.

Trąciłem dziewczynę w biodro czubkiem buta.

– Śmierdzisz – stwierdziłem.

Wydała cichy dźwięk i wbiła paznokcie w nogi, bardziej wciskając się w kąt. Jakby mogła w ten sposób stać się niewidzialna. Schowała twarz jeszcze głębiej między kolanami.

Przykucnąłem, przypatrując się zbyt chudemu ciału. Zamierzałem najpierw ją wykąpać, a potem sprawdzić, czy potrzebowała opatrunków. Musiałem upewnić się, że nie wymagała natychmiastowej uwagi. Miałem nadzieję, że nie znajdę ran, które zaczęłyby się babrać i ropieć podczas pobytu tutaj.

– Zeszczałaś się?

Wypuściła gniewnie powietrze.

Proszę bardzo. W końcu jakaś inna reakcja.

Wyszczerzyłem się, ale nie mogła tego widzieć. W końcu patrzyła na nią sama śmierć.

– Podnieś głowę, żebym mógł przyjrzeć się twojej twarzy.

Zero reakcji.

Położyłem dłoń na czubku jej głowy. Wzdrygnęła się. Delikatnie pogłaskałem ją, po czym chwyciłem długie i gęste włosy, owinąłem je wokół swojej ręki i mocno pociągnąłem. Odchyliłem głowę dziewczyny do tyłu, zmuszając ją, żeby na mnie spojrzała.

Wydała okrzyk, w którym ból mieszał się z gniewem. Pasował do wyrazu jej twarzy. W zwężonych zielonych oczach strach i bunt mieszały się z nienawiścią. Gdy jeszcze mocniej zacisnąłem palce, ciągnąc boleśnie, rozchyliła usta w niemym krzyku. Z oka wypłynęła łza.

– Zabieraj łapska.

Głos zabrzmiał szorstko i nisko, jakby nie używała go przez długi czas. Spojrzałem na nią. Buzia w kształcie serca. Pełne usta. Wydatne kości policzkowe. Ładna. Nie, to za mało. Miała w sobie coś więcej. Coś niemal arystokratycznego.

Aroganckiego.

Pięknego.

Innego.

Tak odmiennego od dziewczyn, które zwykle tu trafiały. Przyjrzała się mojej masce. Zastanawiałem się, czy czaszka ją przerażała. Kurwa, mnie przestraszyła, gdy pierwszy raz ją założyłem. Nie ma to jak śmierć gapiąca ci się prosto w oczy.

– Wstań – powiedziałem, prostując się i jednocześnie ciągnąc ją za włosy.

Zachwiała się, ale nie poluźniłem uścisku. Mocno odchyliłem jej głowę do tyłu i patrzyłem, jak przyzwyczaja się do bólu. Uczyłem ją.

Czyny mówią więcej niż słowa. Zawsze zaczynam trening od razu. Po co marnować czas? W ten sposób dziewczyny błyskawicznie uczyły się robić, co się im każe. Inaczej słono za to płaciły. Szybko pojmowały, że życie, jakie znały, dobiegło końca. Nie było mowy o wolności. O człowieczeństwie. Ta dziewczyna musiała pojąć, że teraz jest tylko kawałkiem pieprzonego mięsa. Zniewolonym i posłusznym.

Pierwszą lekcję zawsze przeżywały najbardziej, dlatego to właśnie do niej najlepiej się przykładałem.

Można powiedzieć, że znalazłem prawdziwe powołanie.

– Sprawiasz mi ból – wymamrotała.

Przełknęła z trudem ślinę i z jeszcze większym wysiłkiem zamrugała. Może chciała w ten sposób powstrzymać łzy. Tym razem dostałem prawdziwą wojowniczkę. Nienawidziła słabości. Widziałem to. Rozpoznałem wewnętrzną siłę. Tę walkę toczyła w równym stopniu ze sobą, co ze mną.

– Jakie jest magiczne słowo? – zadrwiłem.

Spojrzała na mnie gniewnie, ale niezwykle uważnie. Miała nadzieję, że przejrzy cienką warstwę siateczki, która zakrywała mi oczy. Próbowała skupić się na nich, a nie na masce. Robiła to, żeby mnie uczłowieczyć. Sprawić, że stanę się mniej prze- rażający.

Strach. To jedyna reakcja, na jaką zawsze mogłem liczyć.

– Pierdol się.

Wyciągnęła związane dłonie, by chwycić za moją maskę. Zanim jednak zdołała ją ściągnąć, odciągnąłem jej ręce na bok.

– Błąd.

Obróciłem dziewczynę i popchnąłem na ścianę, dociskając do niej jej twarz. Próbowała odepchnąć się dłońmi od tanich, ciemnych paneli, ale próby te z góry skazane były na porażkę. Zaczęła ciężko oddychać. Nie miała wystarczająco dużo siły, by mnie pokonać.

Zlustrowałem wzrokiem wychudzone ciało. Nawet pod warstwą brudu dostrzegłem siniaka na boku, który zaczął robić się fioletowy.

Miałem rację. Dostałem prawdziwą wojowniczkę.

Przysunąwszy się bliżej, puściłem jej włosy i docisnąłem się do dziewczyny, nie zważając na gniewny syk wydobywający się z jej gardła. Przysunąłem usta do jej ucha.

– Spróbuj jeszcze raz. Magiczne słowo. I pamiętaj, że zwykle nie daję drugiej szansy.

– Proszę – rzuciła szybko, starając się z całych sił zdusić rodzące się w piersi łkanie.

Nie odrywałem klatki piersiowej od jej pleców, wciąż przytrzymując ją przy ścianie. Ciekawe, czy czuła moją erekcję. Cholera, to bardziej niż pewne.

– Gia – wyszeptałem wprost do jej ucha. Znałem imię tej dziewczyny. Wiedziałem, że było prawdziwe, bo westchnęła zdziwiona.

Moja wiedza na temat tej małej na tym się jednak kończyła. Ale nie zamierzałem jej tego mówić. To jedyna rzecz, którą chciałem wiedzieć. W przeciwieństwie do tego, co sądzili pracodawcy, nie lubiłem tresować dziewczyn. Ani tym bardziej ich sprzedawać. Czasem zastanawiałem się dlaczego. Gdyby upodobania się dziedziczyło, stałoby się to moim ulubionym zajęciem. Mój ojciec – ten prawdziwy – właśnie tym się zajmował. Skończony łajdak. Przez ostatnie siedem lat próbowałem mu dorównać. Cholera, skutecznie nadrabiałem stracony czas. Całe dwadzieścia osiem lat. A przerażenie na twarzy dziewczyny wskazywało, że dobrze mi szło.

Każdego dnia coraz bardziej nienawidziłem siebie z tego powodu. Lecz właśnie o to chodziło, prawda? Nie zasługiwałem na nic innego.

– Należysz teraz do mnie. Wypełnisz każde polecenie bez mrugnięcia okiem. W przeciwnym wypadku czeka cię kara. Zrozumiałaś?

Nie odpowiedziała, ale zadrżała i zacisnęła powieki. Patrzyłem, jak po jej policzkach spłynęły kolejne łzy.

– Dotarło do ciebie? – zapytałem, wodząc opuszkami palców w górę jej pleców. Wsunęłam dłoń pod jej włosy i oparłem ją na potylicy, gotów znów złapać za pozlepiane kosmyki, pociągnąć i sprawić ból.

Szybko skinęła głową.

– Świetnie.

Gwałtownie się odsunąłem, a ona prawie upadła. W ostatnim momencie udało jej się złapać równowagę. Stała plecami do mnie i z czołem przy ścianie. Powoli uniosła dłonie i otarła mokre policzki.

– Odwróć się.

Zajęło jej to chwilę. Poruszała się powoli, utrzymując między nami jak największy dystans. Trzymała związane ręce tak, żeby zakrywały piersi.

Wyzywające spojrzenie napotkało moje. Zielone oczy lśniły blaskiem, który kontrastował z umorusaną twarzą. Miała coś w sobie. Ani razu nie poczułem w dziewczynach, które tresowałem, nic poza pustką. Te kobiety nie były nawet ludźmi. Wtedy tresura przychodziła o wiele łatwiej. Traktowałem je jak przedmioty. Środki do osiągnięcia celu. Dążyłem do zanurzenia się jeszcze głębiej w mrok. Tak bardzo, żeby już nigdy nie ujrzeć światła dnia.

Znów przyjrzałem się jej uważnie. Zadrżała. Wiedziałem, że to nie chłód wywołał w niej dreszcze.

– Unieś ramiona nad głowę. Znajdziesz tam hak. W całym pokoju jest ich pełno.

Patrzyłem, jak rozgląda się po pomieszczeniu. Oczy pewnie przyzwyczaiły się już do niewielkiej ilości światła, więc mogła dostrzec przynajmniej zarys tego, o czym mówiłem. W różnych miejscach pod sufitem podwieszono łańcuchy. Zdawałem sobie sprawę, że to lekka przesada. Uwielbiałem jednak igrać z tresowanymi dziewczynami, a wyobraźnia bywała często gorsza od rzeczywistości. W suficie tkwiły również duże rzeźnickie haki. Kiedy zachodziła taka konieczność, korzystałem z nich, by unieruchomić dziewczyny.

– Będziesz musiała stanąć na palcach, żeby móc zaczepić się o hak. Zrób to.

Zaczęła płytko oddychać, jednocześnie wciąż niespokojnie wodząc wzrokiem po pokoju. Wreszcie utkwiła go w wygiętym ostrzu ponad swoją głową. Podszedłem do skrzyni i wyjąłem z kieszeni klucz.

– Mówiłem ci, że nie lubię się powtarzać – powiedziałem i pochyliłem się, żeby otworzyć skrzynię. Uniosłem wieko i wyjąłem to, czego potrzebowałem. Wszystko przebiegało jak zwykle. Gia niczym się nie różniła od pozostałych kobiet. Na początku zawsze miały problem z posłuszeństwem.

Zamknąłem wieko i przytrzymałem bat tuż przy nodze, żeby go nie zobaczyła. Następnie do niej podszedłem, złapałem za nadgarstki i uniosłem obie jej ręce, żeby unieruchomić ją na haku.

– Nie.

Natychmiast spróbowała się uwolnić. Na próżno, ale nie miałem zamiaru mówić tego dziewczynie. Nawet lepiej, jeśli się zmęczy. Wiedziałem, że będzie miała trudności z nauką. Jak wszystkie wojowniczki.

– Tak – powiedziałem, okrążając ją.

Próbowała za mną pójść, ale poruszanie się na czubkach palców nie należało do najłatwiejszych zadań. Nie mogła za mną nadążyć. Zastanawiałem się, czy spodziewała się pierwszego uderzenia, bo na dźwięk pejcza uderzającego w ciało – odgłosu, który mój chory umysł uwielbiał – wciągnęła powietrze i kompletnie znieruchomiała.

– Zwróciłem twoją uwagę? – Usiłowała obracać się to w jedną, to w drugą stronę. Szarpała za krępujące ją więzy. Chciała odsunąć się jak najdalej ode mnie. Uniosłem ponownie ramię i tym razem smagnąłem jej biodro.

– Przestań! – krzyknęła.

Ścisnąłem ramię dziewczyny, odwróciłem ją twarzą od siebie i uderzyłem trzykrotnie w zakryty majtkami tyłek.

– Proszę! To boli!

– Co ty nie powiesz.

Zrobiłem dwa kroki w tył i znów smagnąłem ją batem, tym razem zostawiając ślad na udach. W pokoju rozniósł się jej wrzask. Zastanawiałem się, ile z tego stanowił szok, a ile ból. Musiałem przyznać, że bat potrafił zapiec jak sam skurwysyn, a ja nie słynąłem z delikatności. Rozpieszczanie ich nie miało najmniejszego sensu.

– Jeszcze? – zapytałem.

– Nie!

Mimo to zamachnąłem się ponownie, zdobiąc skórę dziewczyny czerwoną pręgą.

– Co „nie”?

– Nie, proszę, nie!

– No widzisz? Może jednak nie chwytasz tak wolno, jak sądziłem. – Rzuciłem bat na łóżko i poprawiłem spodnie w kroku. Rozdziawiła usta i otworzyła szeroko oczy, przyglądając się moim ruchom. – A teraz się nie ruszaj.

Obejrzałem ją dokładnie, żeby sprawdzić, czy nie miała żadnych ran. Znalazłem kilkanaście, ale wszystkie wyglądały na kilkudniowe. Nic, co samo nie mogłoby się zagoić. Przyciągnąłem ją bliżej i dotknąłem siniaka na boku. Syknęła, gdy go nacisnąłem.

– Musiałaś kogoś nieźle wkurwić – mruknąłem kpiąco.

– Nie docenił mojego kolana na swoich jajach.

Roześmiałem się głośno.

– Lubię ogniste dziewczyny – stwierdziłem, wsuwając palce pod gumkę jej majtek. – Zdejmiemy je.

Zaczęła gwałtownie szarpać całym ciałem, aż przyłożyłem jej w tyłek otwartą dłonią.

– Powiedziałem, żebyś się, kurwa, nie ruszała.

– Proszę.

– To słowo nie będzie działało za każdym razem, skarbie. – Pociągnąłem bieliznę, która opadła na podłogę. Gia zacisnęła uda i pośladki, jednocześnie starając się ode mnie odsunąć.

– Proszę – błagała. Wbiłem paznokcie w jej biodra, żeby ją unieruchomić.

– Potrzebujesz bata, żeby stać spokojnie?

– Nie! Po prostu nie… Proszę…

Zatrzymanie się w miejscu sprawiło jej trudność. Praktycznie nią telepało. Bała się, a ja doskonale wiedziałem czego.

– Nieruchomo – nakazałem ostrzegawczym tonem.

Zadrżała w moim uścisku i spuściła głowę. Oddychała głośno i nierówno.

Wtedy potarłem kciukiem gruby strup. Miał jakieś pięć centymetrów średnicy i gdy go nacisnąłem, wciągnęła głośno powietrze. Pochyliłem się, żeby lepiej się przyjrzeć. Znajdował się na lewym biodrze. Z pewnością nie pojawił się tam przypadkiem. Dziewczynę przypalili celowo.

– Co to?

Wydała z siebie niewyraźny jęk.

– Co to? – spytałem ponownie, wcześniej uderzając ją batem w goły tyłek.

– Nie zadał sobie pieprzonego trudu, żeby mi powiedzieć, gdy mnie przypalał. – Z piersi wyrwał jej się głośny szloch.

Wyprostowałem się. Strup nie mógł mieć więcej niż kilka dni. Góra tydzień. Ślad będzie widoczny jeszcze długo po zejściu strupa. A mnie póki co czekało sporo pracy.

Kiedy nie przytrzymywałem Gii, chwiała się na prawo i lewo, nie mogąc znaleźć żadnego oparcia. Wzrost nie pozwalał jej stanąć wygodnie w takiej pozycji. Nie mogła mierzyć więcej niż sto sześćdziesiąt pięć centymetrów. Ledwie sięgała mi do połowy klatki piersiowej. Obszedłem ją nieśpiesznie kilka razy. Napawałem się jej marnymi próbami podążania za mną wzrokiem.

– Naprawdę śmierdzisz – powiedziałem i zatrzymałem się, żeby stanąć z nią twarzą w twarz. – Sama się zeszczałaś czy cię obszczali? – Nie potrafiłem się powstrzymać. Mimowolnie uniosłem kącik ust.

Gia zmrużyła oczy. Błysnął w nich wstyd.

– Zabijesz mnie? – spytała wreszcie. – Jeśli tak, zrób to szybko. Miejmy to już za sobą.

Nie błagała o wolność ani o życie. Nie próbowała mnie przekupić – inne zwykle tak robiły. Oferowały duże pieniądze. Kasę swoich rodzin. Nie miały pojęcia, że płacono mi więcej, niż większość krewnych tych zagubionych dziewcząt zarabiała przez rok.

„Zagubione dziewczęta”.

Tak je nazywałem. Lecz Gia nie zaliczała się do tej kategorii. Nie. Była inna i chciałem wiedzieć, co ją taką czyniło.

– Nie jesteś tu, żeby umrzeć. Masz przejść tresurę. Niestety zostały tylko dwa tygodnie, czyli mniej czasu niż zwykle. I biorąc pod uwagę twoje… nieprzyjemne usposobienie… – Przesunąłem wzrokiem po jej ciele. – Komuś innemu zajęłoby to dwa razy dłużej. – Spojrzałem w zielone oczy Gii i mrugnąłem do niej. – Jestem jednak profesjonalistą. Dokonam tego.

– Tresurę?

– Nauczę cię, jak się zachowywać. Przynajmniej na aukcji. Po niej nie będziesz już moim problemem.

– Jakiej aukcji?

– Niewolników. Odbędzie się dokładnie za dwa tygodnie. Pojawisz się na niej jako gość honorowy. Cóż, przynajmniej jako jeden z nich. Umyjmy cię, żebym mógł zobaczyć, z czym przyszło mi pracować.

Uwolniłem jej dłonie z haka. Odetchnęła z ulgą, gdy znów stanęła płasko na podłodze. Zacisnąłem dłoń na ramieniu Gii. Drugą położyłem na jej potylicy i przyciągnąłem ją do siebie. Oparła skrępowane ręce o moją klatkę piersiową, zachowując możliwie jak największy dystans.

– Chcesz się pozbyć tych więzów?

Wpatrywała się w moje ukryte za siateczką oczy, bezskutecznie próbując wyczytać z nich jakieś emocje, po czym skinęła głową. Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem dwie tabletki.

– Otwórz usta – nakazałem.

Wlepiła w nie spojrzenie.

– Co to? – spytała.

Wzruszyłem ramionami.

– Pomogą ci się zrelaksować.

– Nie. Nie chcę ich. – Pokręciła głową.

– Nie przypominam sobie, żebym cię pytał, czy masz na nie ochotę.

Powoli podniosła wzrok. Uśmiechnęła się, a potem otworzyła usta.

– Aaa.

Niezły z niej numer. Najwyraźniej należało zastosować wobec niej inną taktykę. Podawać środki uspokajające w inny sposób.

Wiedziałem, że gdy to zrobię, będzie mnie błagać, żebym wrócił do robienia tego doustnie. Teraz jednak przysunąłem dłoń do jej warg. Nim tabletki wpadły do gardła Gii, otworzyła szeroko usta i ugryzła mnie mocno w palce.

– Kurwa.

Oderwałem ją od siebie, ale zdążyła upuścić mi krwi. Automatycznie podniosłem rękę, żeby ją spoliczkować, lecz ona odsunęła się ode mnie i skuliła ze strachu. W chwili kiedy się wahałem, przywarła plecami do ściany, spoglądając na mnie ogromnymi oczami i uniesionymi rękoma zasłaniając twarz.

Opuściłem dłoń i zamiast tego złapałem dziewczynę za ramię, po czym popchnąłem ją na podłogę.

– Leżeć! – rozkazałem.

Krew rozmazała się na skórze Gii. Jęknęła, gdy uderzyła kolanami o twardą, drewnianą podłogę.

– Podnieś je.

Wymamrotała coś bezsensownego. Kucnąłem obok niej i chwyciłem garść włosów, ciągnąc głowę dziewczyny do góry. Zmusiłem ją, by na mnie spojrzała.

– Podnieś. Je.

Przeniosła przerażone spojrzenie na dwie pigułki leżące na podłodze, a potem z powrotem na mnie. Nie przerywając kontaktu wzrokowego, pomacała podłogę w poszukiwaniu tabletek i wzięła je w dłoń.

– Wyciągnij je w moją stronę.

Zrobiła to, choć drżała na całym ciele. Wciąż nie przerywała kontaktu wzrokowego.

– Połkniesz sama czy wolisz, żebym wepchnął ci je w dupę?

Brzmiałem spokojnie, jakbym całkowicie nad sobą panował. Nie miała pojęcia, że właśnie w takich chwilach czułem największą wściekłość.

Przypatrywała mi się, chyba niezdolna, żeby się odezwać.

– A więc dupa. – Wstałem, pociągając Gię za sobą. Po chwili wrzuciła tabletki od ust. Ścisnęła moje przedramię, próbując sprawić, abym przestał ciągnąć ją za włosy. – Otwórz usta.

Posłuchała, a ja zajrzałem do środka, by upewnić się, że przełknęła. Zrobiła to.

Puściłem ją. Zachwiała się i zrobiła kilka niepewnych kroków w tył.

– Jestem ci winny jedną – dodałem, mając na myśli karę. Patrząc na jej twarz, wywnioskowałem, że nie wiedziała, o czym mówiłem. Ruszyłem do wyjścia.

– Czekaj.

Przekręciłem klucz w zamku i otworzyłem drzwi. Zamierzałem opatrzyć dłoń, podczas gdy tabletki zaczną działać. Gia ruszyła w moją stronę, ale zaraz się zatrzymała.

– Idź się położyć – nakazałem.

Niedługo straci przytomność. Dawka była pewnie zbyt duża jak na jej drobne ciało. Zgadywałem, że ważyła może z pięćdziesiąt dwa kilogramy.

– Proszę, wypuść mnie – zdołała jeszcze wykrztusić. Wziąłem ją za ramię i zaprowadziłem do łóżka, po czym uniosłem i położyłem na starym materacu.

Przyciągnęła kolana do piersi. Mój wzrok znów powędrował do strupa na jej biodrze. Spoglądając na niego, czułem niepokój. Miałem przeczucie, że nie spodoba mi się to, co zobaczę, kiedy odpadnie.

Nasze spojrzenia się spotkały. Najwidoczniej szukała w moich ledwie widocznych zza siateczki oczach czegoś, co mogłoby dać jej nadzieję. Na próżno.

Sięgnęła po koc, przyciągając go do siebie. Dotknęła mnie koniuszkami palców, gdy złapałem koc i odsunąłem go na bok.

Ciepło to przywilej, na który trzeba najpierw zapracować. Dziewczyna na to nie zasłużyła.

– Proszę. Zimno mi – szepnęła i zadrżała.

Rzuciłem jej miażdżące spojrzenie i pokręciłem głową.

– Nie walcz ze mną, Gia – mruknąłem. – Nie wygrasz.

2
GIA

Na zmianę zapadałam w sen, to znów się budziłam. Zdarzały się chwile, w których umysł całkowicie przytomniał, i wydawało mi się, że moja nieobecność trwała tylko przez chwilę. Zupełnie jakbym przerwała na moment rozmowę, a potem do niej wróciła. Jak gdybym wcale właśnie się nie zdrzemnęła. Jak długo to trwało?

Przypomniała mi się ostatnia noc z Victorem. Przysięgłam sobie, że nie będę ofiarą. Nie stanę się łatwą zdobyczą. To wspomnienie wywołało we mnie dreszcze.

***

Kurwa.

Kurwa, kurwa, kurwa.

Myśleli, że ich nie słyszałam? Sądzili, że do moich uszu nie docierał dźwięk pieprzonego, trzaskającego ognia?

Mateo spieprzył sprawę. Boże, schrzanił po całości i słono za to zapłacił. Przestał istnieć. Ocalił mnie jednak – dopilnował, żebym przeżyła.

Zmusili mnie do patrzenia. Victor, ten pieprzony skurwiel, wydał takie polecenie. Spoglądałam na niego gniewnie, gdy siedział zadowolony w perfekcyjnie skrojonym trzyrzędowym garniturze, poprawiając eleganckie spinki do mankietów. Z tym swoim złośliwym uśmieszkiem, który chciałam na zawsze zetrzeć z jego twarzy, wyglądał niczym pieprzony pan i władca. To na dłoniach Victoria znajdowało się najwięcej krwi, nawet jeśli nie uniósł ani jednego cholernego palca, żeby własnoręcznie kogoś zabić.

– Gotowe, szefie – powiedział jeden z zamaskowanych ludzi. Nigdy nie widziałam ich twarzy.

Z ust wyrwał mi się jęk, choć tak bardzo próbowałam go powstrzymać. Nie chciałam wydawać z siebie żadnych dźwięków. Nie chciałam krzyczeć, bo to dałoby mu satysfakcję. Odsunęłam się jednak najdalej, jak mogłam, ale łańcuchy i tak ograniczały ruchy do kilku centymetrów.

Victor wstał.

– Ostatnia szansa, Gia.

Zerknęłam na żelazo do piętnowania. Nie pozwoliłam oczom zatrzymać się na nim na dłużej, bo wtedy z pewnością sparaliżowałby mnie strach. To nie wchodziło w grę. Pomarańczowy blask, zapach i gorąco cholernie mnie przerażały.

Spojrzałam na mężczyznę spanikowanym wzrokiem. Czy mogłam wcześniej zemdleć? Byłabym w stanie wkurzyć ich wystarczająco, żeby mnie uderzyli? Pozbawili przytomności, zanim zadadzą ból?

– Jaka jest twoja odpowiedź? – zapytał, podchodząc wystarczająco blisko, by unieść mi brodę palcem i zmusić do spojrzenia mu w oczy.

– Ostatnia szansa, żeby się z tobą pieprzyć? – odparłam lekko drżącym głosem, bo facet trzymający żelazo zbliżył się na tyle, że czułam gorąco na policzku. Wyobraziłam sobie zapach przypalanej skóry. Doznałam wstrząsu, uświadamiając sobie, że zaraz sama tego posmakuję.

Musiałam odnaleźć w sobie siłę. Dla Matea – niepokonanego aż do samego końca.

Victor kucnął obok mnie, owinął kosmyk moich włosów wokół swojego palca i pociągnął.

– Jaka jest twoja odpowiedź? – W jego głosie usłyszałam drwinę. Podobało mu się to. Ten pieprzony skurwysyn został stworzony, by zadawać ból.

– Jaka jest moja odpowiedź? – powtórzyłam za nim niczym papuga.

Czekał.

Spojrzałam mu prosto w oczy ze świadomością, że już przypieczętowałam swój los. Zebrałam się na odwagę. Splunęłam.

Prosto w zadowoloną twarz tego mordercy.

– Nie, serdeczne dzięki. I tak mnie zabijesz.

Uderzył mnie w policzek tak mocno, że przed oczami zobaczyłam gwiazdy. To jednak nie wystarczyło, żebym straciła przytomność.

Wstał.

– Głupia, arogancka dziwka. – Skinął na mężczyznę trzymającego żelazo i z jego pomocą obrócił mnie na bok.

Nie potrafiłam opisać bólu, który zapłonął w moim ciele. Otworzyłam usta i wydałam z siebie mrożący krew w żyłach wrzask. Dźwięk skwierczącego żelaza i smród przypalanego ciała były nie do zniesienia.

Nie straciłam przytomności ani w trakcie piętnowania, ani po nim. Zemdlałam, dopiero gdy zostałam ponownie spoliczkowana przez Vicotra.

– Zobaczę cię na kolanach, Gia. Tak mi dopomóż Bóg. Szalony uśmiech był ostatnią rzeczą, jaką widziałam. Nie starałam się nawet analizować tego, co do mnie powiedział. Zdawało mi się, że umieram. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiego cierpienia. Powitałam z otwartymi ramionami ciemność, w której wreszcie się pogrążyłam.

***

Miałam pewność, że Victor mnie zabije. Dlaczego tego nie zrobił? Czy wciąż mogłam liczyć na ochronę Angusa Scavy – głowy jednej z najpotężniejszych rodzin? Zaręczyłam się z jego synem i choć nie byłam wymarzoną kandydatką na synową, może zaakceptował nasz związek ze względu na swojego syna.

Czy kazałby mnie napiętnować i wysłać tutaj? Do tego psychopaty? W jakim celu? Co powiedział ten zamaskowany drań? Miał mnie wytresować. Nauczyć posłuszeństwa. Przygotować do nowej roli.

Aukcja niewolników.

Nie. Mój niedoszły teść nigdy nie wydałby takiego rozkazu. Victor działał na własną rękę.

Mrugnęłam i spróbowałam obrócić się na plecy. Próba spełzła na niczym. Czułam się, jakbym nagle stała się zbyt ciężka, by wykonać jakikolwiek ruch. Ciało miałam z ołowiu. Tabletki musiały zawierać substancje zwiotczające mięśnie i ich dawka była zbyt duża. Zgadywałam, że oprawca zrobił to z premedytacją. Mógł kontrolować mnie z większą łatwością, jeśli nie mogłam mu się postawić.

Pomyślałam o swoim gnębicielu – mężczyźnie w masce. O tej przerażającej imitacji czaszki. Nie mogłam nawet zobaczyć jego oczu. Czułam jednak, z jaką uwagą mi się przyglądał. Oceniał, jak wiele pracy będzie kosztować wytresowanie mnie. Miałam ochotę spłonąć ze wstydu, gdy taksował mnie spojrzeniem. Nie musiałam patrzeć mu prosto w oczy, by zdać sobie sprawę, że znalazłabym w nich jedynie niegodziwość oraz okrucieństwo. Tyle że coś tu nie grało. Kiedy uniósł dłoń, żeby mnie spoliczkować, i zatrzymał się – wtedy właśnie to poczułam. I gdy zobaczył znak na moim biodrze – zupełnie jakby miał jakieś sumienie. Chwilowa ulga. Przerwa w środku szaleństwa.

Pokręciłam z politowaniem głową. Wyobraźnia chyba za bardzo mnie poniosła. Chwytałam się jej jak tonący brzytwy, pragnąc nadziei i ocalenia. Mężczyzna, który przetrzymywał kobiety, niczym nie różnił się od Victora i jego podwładnych. Jasno dał mi do zrozumienia, że sumiennie przykładał się do roboty i przygotuje mnie, żeby później sprzedać jako pieprzoną niewolnicę. Nie miałam żadnych złudzeń co do tego, z czym się to wiązało.

Bałam się, że mnie zgwałci. Kiedy ściągnął mi majtki, pomyślałam, że nadszedł ten moment. Naprawdę myślałam, że zamierzał to zrobić, mimo że Victor się do tego nie posunął, a nawet nie pozwolił na to swoim ludziom. Dlaczego? Czemu zależało mu na tym, by żaden mnie nie dotknął? Czy nie tego chciał? Złamać mnie i zobaczyć na kolanach?

Może układ, który zawarł z Mateem, zanim go zamordował, uratował mnie od gwałtu.

Zacisnęłam powieki, mając przed oczami scenę jego śmierci. Próbowałam ją odegnać. Nie chciałam zapamiętać brata w ten sposób. Musiałam zachować go w sercu takim, jakim był wcześniej. Gdy jeszcze żył. Zanim spotkał Victora i wydarzyło się to wszystko.

Dlaczego nie pozwolił swoim ludziom mnie zgwałcić? Nic nie stanęłoby mu na przeszkodzie, gdyby sam chciał to zrobić, prawda? To nie miało sensu. Pragnął mnie. Miałam tego świadomość przez dwa lata – odkąd go poznałam.

Aukcja.

Niewolnica.

Domyślałam się, że w jego zamyśle ta kara była jeszcze dotkliwsza.

Kiedy się obudziłam, zdołałam przekręcić się na plecy i unieść ciężkie ramiona parę centymetrów nad łóżko. Wciąż leżałam naga.

Za wszelką cenę zamierzałam dowiedzieć się, gdzie mnie przetrzymywali i komu zlecili torturowanie. Tajemniczy mężczyzna mówił o tresurze, więc prawdopodobnie został zatrudniony przez Victora. Pytanie tylko, co miało na celu to poskramianie? Chcieli, żebym przestała walczyć? Nigdy tego nie zrobię. Nie pozwolę im wygrać. Dopóki żyję, nie dam im nad sobą triumfować.

Zastanawiałam się, czy Angus Scava wiedział, co zrobił jego bratanek. Byłam pewna, że gdyby miał o tym jakiekolwiek pojęcie, zabiłby go bez mrugnięcia okiem. W końcu miałam zostać jego synową. Zaręczyłam się z Jamesem, synem Angusa, który mnie kochał. Niedoszły teść nigdy w życiu nie pozwoliłby, żeby przytrafiło mi się coś takiego.

Pomyślałam o narzeczonym. Jeszcze dwa lata temu wszystko układało się wspaniale. Potem został zamordowany i pojawił się Victor. W dodatku nie miałam pojęcia, co się działo z mamą. Czy dowiedziała się już o Mateo? Czy zdawała sobie sprawę, że zaginęliśmy, nawet jeśli nie dotarły do niej wieści, że jej syn nie żyje? Mieszkała w Palermo i chociaż nie byliśmy ze sobą specjalnie blisko, na pewno spróbowałaby do nas zadzwonić.

Dźwięk odryglowywanych drzwi zwrócił moją uwagę.

Pierwszy raz od bardzo długiego czasu pomyślałam o mężczyźnie, który zatrudniał mojego ojca. Obiecał mu, że ochroni naszą rodzinę. Właśnie za tego człowieka tata oddał życie. Miał czuwać nad nami. Czy mógłby ocalić mnie teraz?

Zaraz zganiłam się za dawanie sobie fałszywej nadziei. Przysięgę złożono dawno temu i to zwykłemu żołnierzowi. Pewnie nie znaczyła zbyt wiele dla mafiosa.

Głośne skrzypnięcie przerwało mi rozmyślania.

Mrugnęłam, po czym uniosłam głowę najwyżej, jak mogłam. Uważnie obserwowałam oprawcę, który stanął w wejściu i omiótł spojrzeniem sypialnię. Był trzydzieści centymetrów ode mnie wyższy i dużo silniejszy. Nie miałam szans zdominować go fizycznie. Nie zdziałam też wiele, jeśli w krwi nadal będą krążyć narkotyki.

Światło wpadające do pomieszczenia podkreśliło kontury sylwetki, tworząc coś w rodzaju aureoli wokół jego głowy. Zmrużyłam przyzwyczajone do mroku oczy. Gdy mężczyzna zamknął drzwi, znów zobaczyłam twarz, a raczej maskę.

Czaszkę.

Śmierć.

Zupełnie jakby kostucha przyszła po moją duszę.

Wydałam z siebie cichy dźwięk i instynktownie spróbowałam się cofnąć. Ciało się nie poruszyło. On zaś podszedł bliżej, śmiejąc się. Widział tę żałosną próbę. Nic nie umykało jego uwadze.

Usiadł na brzegu łóżka, a ja dostrzegłam butelkę wody w jego dłoni. Otworzyłam usta, uświadamiając sobie, jak sucho miałam w gardle. Oddałabym wszystko za jeden łyk.

Nie mogłam się odsunąć ani okryć, gdy taksował mnie spojrzeniem. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej klucz, którym rozpiął kajdanki. Poczułam nieopisaną wdzięczność.

– Naprawdę muszę cię wykąpać.

Odkręcił zakrętkę butelki. Przełknęłam w oczekiwaniu. Przystawił ją jednak do swoich warg i nonszalancko wziął dwa duże hausty, jakby specjalnie przedłużając moją torturę. Poczułam, że zbiera mi się na płacz. Może nawet uroniłam parę łez, choć nie byłam tego świadoma.

– Spragniona? – zapytał.

Zamrugałam szybko, starając się zmusić wyschnięte gardło do współpracy.

– Lubię cię taką, wiesz? Jesteś nawet słodka, kiedy się nie odzywasz.

Wtedy uniósł mi twarz i przytrzymał, przystawiając butelkę do ust. Pozwolił wziąć kilka małych łyczków. Po chwili odstawił wodę na stolik, choć ja wciąż czułam pragnienie. Mężczyzna wstał.

– W porządku.

Ściągnął koszulkę. Dziwnie to wyglądało. Miał nagi tors, ale twarz zakrywała maska. Mimo że w pokoju panował półmrok, i tak dostrzegłam, że część klatki piersiowej i jedno ramię pokrywał tatuaż. Nie potrafiłam powiedzieć, co przedstawiał wzór. W tym świetle był to jedynie niewyraźny cień.

– Umyjmy cię.

Ledwie zdążyłam skupić na nim spojrzenie, a już mnie podniósł i zaniósł do łazienki. Uderzałam policzkiem o muskularną klatkę. Miał miękką skórę i pachniał nawet przyjemnie. A raczej tak właśnie bym uważała, gdyby nie przetrzymywał mnie wbrew mojej woli. Coś jeszcze nie dawało mi spokoju. Ten zapach wydał mi się dziwnie znajomy. Czyżby używał płynu po goleniu, który stosował ktoś mi znany? Nie potrafiłam sobie przypomnieć.

– Na początku pewnie poczujesz zimno.

Gwałtownie nabrałam powietrza, kiedy posadził mnie w lodowatej wannie. Głowa opadła mi na bok i siedziałam tak, niezdolna się poruszyć. Drżałam, ale chyba nie tylko z chłodu. Przyciągnął krzesło, które stało w rogu, i usiadł. Choć ukrywał oczy za maską, badał mnie wzrokiem, przesuwając nim po całym ciele. Próbowałam się zakryć – położyłam dłoń na wzgórku łonowym.

– No już, już.

Odkręcił kurki. Próbowałam odsunąć się od wody, która trysnęła z bulgotem z kranu. Zabrzmiało to tak, jakby nikt nie kąpał się tu od bardzo dawna. Mogłam się założyć, że zrobił to specjalnie – chciał mnie zamrozić, by ostudzić wojownicze zapędy.

Niedoczekanie…

– Bez takich – stwierdził, odpychając na bok dłoń spoczywającą na podbrzuszu. – Wkrótce nasze kontakty staną się bardzo intymne.

Jęknęłam i odwróciłam się na bok. Zauważyłam, że znów skupił wzrok na strupie znajdującym się na biodrze – tam, gdzie mnie napiętnowali.

W końcu temperatura stała się wyższa i poczułam ciepło. Mężczyzna zatkał odpływ, żeby napełnić wannę. Wziął do ręki myjkę i kostkę mydła, które leżały na krawędzi.

Zaprotestowałam, wydając z siebie głośne jęki.

– Jest czysta – powiedział, unosząc myjkę. – W miarę.

Musiałam zrobić dziwną minę, bo się zaśmiał.

– Tylko żartowałem. Chryste, rozluźnij się, księżniczko.

Znieruchomiałam, a do oczu zaczęły napływać łzy. Victor powiedział tak do mnie kilka razy. Podłapał to od Matea. Sposób, w jaki wypowiadał przezwisko, przyprawiał mnie o ciarki na całym ciele.

– Przestań – wybełkotałam.

– Proszę, twój głos wrócił.

Namydlił myjkę i zaczął pocierać nią moją skórę. Musiałam przyznać, że woda wypełniająca wannę była przyjemna. Ciepła, prawie gorąca. W sąsiednim pokoju panował straszny chłód. Gdy dotknął delikatnej rany na biodrze, syknęłam i starałam się odsunąć, ale ciało nie stało się jeszcze w pełni posłuszne.

Uniósł moje ramiona i wyszorował mi każdy palec, nie pomijając ani skrawka skóry. Szczególną uwagę poświęcił piersiom, aż stwardniały mi sutki.

– Ładne – stwierdził.

Próbowałam odepchnąć jego dłoń, ale złapał mnie za rękę i pogroził palcem, jakby karcił dziecko.

– Bądź grzeczną dziewczynką, a nie zwiększę kary, którą ci wymierzę za ugryzienie mojej dłoni.

Na te słowa dostałam gęsiej skórki i zrobiłam, co kazał.

Siedziałam nieruchomo, podczas gdy on mył mnie od góry do dołu. Dotykał delikatniej, niż się spodziewałam. Szczególnie wokół pokrytego strupem miejsca na moim biodrze. Może chciał się upewnić, że gdy strup zejdzie, ślad zostanie widoczny.

Wtedy rozsunął mi nogi i przeciągnął między nimi namydloną myjką.

Zaprotestowałam, zaciskając uda i odpychając jego dłoń. Zorientował się, że z każdą mijającą minutą odzyskiwałam sprawność ruchową. To nie wystarczyło jednak, żeby mu przeszkodzić – wysiłki skwitował jedynie parsknięciem. Odsunął moje kolano i dokładnie umył mnie między nogami. Poczułam, jak robi mi się gorąco.

W łazience paliły się światła, dzięki czemu mogłam zobaczyć, co kryło się za siateczką zakrywającą oczy mężczyzny. Wydawało mi się, że uśmiechał się za maską. Nienawidziłam go za to. Za tę inwazję i naturalną reakcję mojego ciała, gdy raz po raz pocierał to niezwykle wrażliwe miejsce, jakby robił to specjalnie.

– Proszę – powiedział. – Prawie skończone.

Wywołując jeszcze gorszy wstyd, obrócił mnie na bok i niespiesznie umył mnie również z tyłu. Kiedy uznał, że jestem już wystarczająco czysta, pozwolił mi wreszcie położyć się na plecach i wyciągnął korek z wanny.

– Napuśćmy tu trochę czystej wody, żeby zrobić porządek z twoimi włosami.

Wstał, przesuwając wzrokiem po całym moim ciele.

Uniosłam się trochę, czując się nieswojo. Wciąż potrzebowałam oparcia. Odchrząknęłam, gdy w gardle zaczęło mnie nieprzyjemnie drapać.

Pozwolił mi usiąść. Z kranu znów popłynęła woda. Czekał, dopóki nie naleciało jej wystarczająco dużo, po czym usiadł na krześle i wziął do ręki butelkę jakiegoś taniego szamponu. Nie była pełna. Od razu pomyślałam o dziewczynach, które trafiły tu przede mną. Ile kobiet przeżyło ten koszmar? Jak wiele – musiałam przełknąć, by nie zadławić się tym słowem – wytresował? Sprzedał jako niewolnice?

Poczułam, jak moje oczy napełniają się łzami. Tkwiłam w tym po uszy. Po śmierci Jamesa trzymałam się z daleka od tego świata i radziłam Mateowi, żeby zrobił to samo. Ostrzegałam go. Nie chciałam, by wikłał się w mafijne porachunki. Miałam nadzieję, że unikał ludzi takich jak Victor Scava. Nie posłuchał i zapłacił za to najwyższą cenę. Nie spodziewałam się jednak, że i ja odczuję skutki postępowania brata.

Oprawca przesunął kciukiem po moim policzku i zorientowałam się, że zaczęłam płakać. Starałam się przejrzeć siatkę w masce. Gdy ocierał mi łzy, zastanawiałam się, co wyrażały jego oczy. Oczekiwałam obraźliwego komentarza lub chorego żartu o mojej przyszłości. Otrzymałam jedynie ciszę.

Odwróciłam głowę i chwila minęła. Puff.

– Głęboki oddech.

Położył dłoń na mojej głowie. Ledwie dał mi czas zarejestrować te słowa, a już wepchnął mnie pod wodę. Zabulgotała mi w uszach i zmieniła krzyki w bąbelki. Wpadłam w panikę, ale zanim minął szok i zaczęłam wierzgać nogami, mężczyzna pociągnął mnie za włosy i wyciągnął na powierzchnię.

Wystraszona, nabrałam powietrza, a on jedynie się zaśmiał.

– Nie ma nic lepszego od zanurkowania pod wodę, żeby się rozbudzić. Mam rację?

Wyplułam wodę i kaszlnęłam, podczas gdy on nalał mi szampon na czubek głowy.

– Mówiłem, żebyś wzięła głęboki oddech. Następnym razem mnie posłuchasz.

– Dlaczego?! – krzyknęłam.

– Żeby umyć ci włosy, głuptasie.

– Dlaczego to robisz?

– Ach, o to ci chodziło.

Mocno pocierał, aż pojawiła się gęsta piana.

– Dla forsy, bo niby po co? Czy coś innego motywuje tak bardzo jak pieniądze?

Spojrzałam na niego, pragnęłam zobaczyć jego twarz.

Potrzebowałam tego, żeby go rozgryźć.

– Zdejmij maskę.

Zamilkł. Czyżby spodziewał się czegoś innego?

– Znów nurkujesz. Głęboki oddech.

Ledwie miałam czas pomyśleć i nabrać powietrza, zanim wepchnął mnie pod wodę. Parę chwil później znów charczałam i plułam.

– Przynajmniej mi powiedz, jak masz na imię.

– Nie powinnaś zadawać innych pytań?

Znalazłam się pod wodą jeszcze trzy razy. Odniosłam wrażenie, że to podtapianie sprawiało mu przyjemność. W końcu piana zniknęła i odkorkował odpływ.

Zdjął z wieszaka jeden z dwóch przetartych ręczników, a ja w głowie zobaczyłam obraz dziewczyn, które trafiły tu przede mną. Ile z nich mył i wycierał? Gdy woda spłynęła, owinął ręcznik wokół moich ramion i postawił mnie na nogi. Przytrzymał mnie tak przez chwilę. Chyba sprawdzał, czy środki uspokajające przestały działać. Najwyraźniej jednak nadal krążyły mi we krwi, bo nogi same się pode mną ugięły, kiedy tylko stanęłam wyprostowana.

Mężczyzna płynnym ruchem wyciągnął mnie z wanny, po czym zaniósł z powrotem do łóżka i położył na nim.

– Na przykład, co się z tobą stanie, gdy zostaniesz sprzedana? – kontynuował.

Nie poczekał na odpowiedź. Znów zniknął w łazience, żeby po chwili wrócić ze szczotką. Zauważyłam, że wciąż było na niej pełno włosów – chyba wszystkie odcienie blondu, czerwieni i brązu. Z trudem powstrzymałam odruch wymiotny, kiedy sobie uświadomiłam, że miałam dopełnić tę kolekcję.

Zdarł ze mnie ręcznik i rzucił go na podłogę.

Dostałam gęsiej skórki na całym ciele. Częściowo spowodował ją chłód panujący w pomieszczeniu i nadal wilgotna skóra. Drżałam też na myśl o przyszłości. Najwidoczniej los nie miał okazać się łaskawy.

– Albo kto cię kupi i czego nowy właściciel będzie od ciebie oczekiwał?

Usiadł na łóżku, opierając się o zagłówek. Pokierował moim bezwładnym ciałem tak, żebym siedziała mu między udami. Moje plecy dotykały jego nagiej klatki piersiowej. Przynajmniej w minimalnym stopniu zapewniał ciepło. Przez chwilę starał się rozczesać mi włosy palcami, ale po chwili poczułam szarpnięcie szczotki. Nie robił tego delikatnie, ale nie powiedziałabym też, że nazbyt brutalnie. Przynajmniej nie specjalnie.

– Zerżnie cię sam czy może przekaże tuzinowi swoich przyjaciół w ramach inicjacji?

Zastanawiałam się, czy mówił tym cichym i obojętnym tonem z premedytacją. Czy chciał mnie przestraszyć? Onieśmielić oddechem, który czułam na policzku? Dać do zrozumienia, że nie miałam co liczyć na jakąkolwiek prywatność? Uświadomić, że nic już do mnie nie należało, nawet powietrze, którym oddychałam?

Czy czuł, jak cała drżałam, choć starałam się z całych sił, by tego nie zauważył? Zdawał sobie sprawę, że wewnątrz rozpadałam się na kawałki?

I czy rzeczywiście miałoby to jakiekolwiek znaczenie, gdyby zdawał sobie sprawę ze skali mojego strachu?

– Albo o coś tak prostego, jak to, czy użyją lubrykantu?

Zaśmiał się na te słowa, ale w jego głosie nie słyszałam radości. Tak naprawdę z każdym komentarzem wydawał się bardziej przygnębiony. Jego ruchy stały się szorstkie. By rozczesać kołtuny, pociągał za włosy mocniej, ale odniosłam wrażenie, że tak naprawdę przykładał do tego coraz mniej uwagi.

Zaczęłam rozmyślać nad jego słowami. Gdy pasma włosów w końcu zaczęły gładko przesuwać się po szczotce, położył mnie na łóżku i wstał.

Uniosłam głowę i ostrożnie przekręciłam na bok. Środki uspokajające powoli przestawały działać. Mrowienie w kończynach sugerowało, że wkrótce opuści mnie to okropne uczucie bezsilności.

Niewystarczająco szybko.

– Może zapytasz jednak o najbliższą przyszłość? Na przykład o to, jakiej kary możesz się spodziewać za swoje wcześniejsze zachowanie?

Kara.

Obrócił mnie na brzuch i przeciągnął na brzeg łóżka, aż stopy dotknęły podłogi, a tyłek zawisnął na krawędzi.

Próbowałam poprawić pozycję i znaleźć się jak najdalej od niego, ale okazało się to zbyt trudne. Gdy zauważył tę marną próbę, parsknął jedynie śmiechem.

– Chcesz zobaczyć moją twarz? – zapytał cicho.

Podszedł do miejsca, w którym miałam głowę. Prawy policzek dociskałam do materaca.

– Cóż, to nie ma znaczenia.

Powiedział to bardziej do siebie niż do mnie. Kucnął i nasze oczy znalazły się na tej samej wysokości.

– Zrobi ci to jakąś różnicę?

Odgarnął mi mokry kosmyk z czoła. Dotyk palców sprawił, że mimowolnie zadrżałam.

– Dobre pytanie – mruknął.

Głos zabrzmiał smutno, jakby maska stała się już nieodłączną częścią osobowości. Nic się nie liczyło.

– Nie, nie zrobi jej ani tobie, ani mnie. – Sięgnął dłonią do twarzy i ściągnął ją.

Wlepiłam w niego spojrzenie, otwierając szeroko oczy. Chyba przez chwilę nie potrafiłam zaczerpnąć powietrza.

Miał niezbyt długie ciemnoblond włosy, które sterczały naelektryzowane – zupełnie jak u dzieciaka, który przed chwilą bawił się balonem, pocierając nim czubek głowy. W wyobraźni zobaczyłam chichoczącego chłopczyka z roztrzepanymi kędziorami.

Czego się spodziewałam? Chyba potwora. Przerażającej, okrutnie okaleczonej bestii. I może jeszcze jakiejś deformacji. Czy tak właśnie go sobie wyobrażałam?

Jakikolwiek obraz miałam w głowie, z pewnością nie był tym, który teraz oglądałam.

Mężczyzna był… piękny. Bardziej niż piękny. Jego twarz wyrażała niewinność, o którą jednak nie śmiałabym go posądzić. Instynkt podpowiadał mi, że nigdy jej w sobie nie miał.

Szaroniebieskie oczy, przypominające najzimniejszą stal, łagodziły gęste rzęsy. Miał twarz anioła. Zbyt piękną. Porażającą. Gęsty, ciemniejszy od jego włosów i poprzetykany siwizną zarost pokrywał wydatną, kwadratową szczękę. Pełne usta wydawały się spuchnięte od całowania.

Stworzone właśnie do tego.

Przypominał modeli z okładek magazynów. Lecz dostrzegałam w nim coś więcej niż chłodną atrakcyjność. Na pierwszy rzut oka mógł zmylić każdego, ale nie mnie. W jego oczach – pozbawionej dna otchłani – tliła się iskra. Krzyżując z nim spojrzenie, poczułam ciarki. Zjeżyły się wszystkie włoski na moim ciele. Mężczyzna miał oczy kogoś, który odebrał i stracił więcej, niż ktokolwiek powinien. Nauczył się okropnych rzeczy i widział najgorsze, co człowiek może uczynić innej osobie. Wiedziałam, że ranił już wielokrotnie.

Nie. Zrobił nawet coś więcej.

Dopuścił się niewyobrażalnego zła.

Wzdrygnęłam się.

A on się uśmiechnął.

Zapewne dołeczek w jego policzku całkowicie by mnie rozbroił. Uśmiech wyrażał jednak zło w czystej postaci. Zapowiedź mojego cierpienia. Dostrzegałam w nim ciemność, zdeprawowanie, chłód i pustkę. Pragnęłam cofnąć czas. Chciałam, żeby nigdy nie zdjął z twarzy maski śmierci. Nie pokazał mi tego perfekcyjnego piękna, które pałało złem. A najgorsze w tym wszystkim było to, że on doskonale zdawał sobie sprawę z tego pragnienia. Wiedział, że stanowiło dodatkową torturę.

– Chcesz poznać moje imię? – zapytał, wstając i wyrywając mnie z zamyślenia.

Pokręciłam przecząco głową. Pogłaskał mnie po włosach jak dumny rodzic. Następnie odpiął pasek i wyciągnął go ze szlufek. Świst paska sprawił, że wciągnęłam głęboko powietrze, przygotowując się na najgorsze. Mężczyzna zaś, uważnie mnie obserwując, złożył go na pół i chwycił za klamrę.

Stanął za mną i zniknął mi z oczu.

– Nie doceniłem cię.

Pierwsze smagnięcie zapłonęło na moim tyłku, wyrywając mi z ust przeraźliwy krzyk.

3
DOMINIC

Nie miałem złudzeń co do ciemności w mojej duszy. Była jak czarna otchłań. Dziura tak głęboka i mroczna, że bez trudu mogła mnie pochłonąć. I prędzej czy później właśnie to zrobi.

Opuściwszy pokój Gii, zamknąłem drzwi i położyłem maskę na kuchennym stole. Otworzyłem lodówkę i wyjąłem piwo. Czułem się strasznie spragniony. Wypiłem połowę butelki w drodze do sypialni. Po wychłostaniu tyłka Gii musiałem wlać w siebie alkohol. I wziąć porządną kąpiel. Uczenie jej to ciężka praca. Prawdziwy trening.

I wywoływało u mnie wzwód.

„Chory skurwiel”, pomyślałem.

W pokoju zrzuciłem z siebie ubrania, opróżniłem butelkę i odkręciłem prysznic. Wszedłem pod lodowaty strumień, zanim woda zdążyła się ogrzać. Nie ulżyło to jednak twardej jak skała erekcji.

Słyszałem, jak Salvatore mówił kiedyś o mnie. Rozmawiał z Markiem, swoim ochroniarzem czy raczej żołnierzem. Uznałem, że nie mnie to oceniać, ale nigdy nie zapomniałem słowa, którego wtedy użył. Tego jednego, jedynego słowa.

„Potwór”.

Rzecz w tym, że od początku miał rację. Złoty chłopiec trafił w samo pieprzone sedno.

Byłem nim. Bestią. Największym koszmarem.

Brat uważał, że to, co zrobił Lucii, stawiało go na równi ze mną. Parsknąłem, rozważając to przez chwilę. W przeciwieństwie do mnie można nazwać go pieprzonym rycerzem na białym koniu. Zrobił wiele złych rzeczy. Nie mógł się sprzeciwić. W końcu to pieprzona mafia, a on został jej królem. A przynajmniej mógłby nim być, gdyby nie przekazał wszystkiego naszemu wujowi. W dalszym ciągu mogłem nazywać tak Romana. Łączyły nas więzy krwi. To powinno podnieść mnie na duchu, ale w rzeczywistości tylko pogarszało nastrój.

Pierdolić ich. Pierdolić tych skurwysynów Benedettich. I lojalność Romana wobec nich. Nienawidziłem go za zaufanie, które sobie wypracował, i za zostanie władcą. No cóż, pierdolić i jego.

Nigdy nie mogłem nazwać się jednym z nich. Z wyglądu nie przypominałem ani braci, ani mężczyzny, którego uważałem za ojca przez dwadzieścia osiem lat życia. Ślepy i głupi. Cholera, nie przypominałem nawet własnej matki, no, może z wyjątkiem oczu. Przynajmniej ich kolor odziedziczyłem po niej, ale już spojrzenie po ojcu – Jake’u „Wężu” Sapientim. Byłem Dominikiem Sapientim i wyglądałem jak swój przegrany stary. Jakim cudem matka się w nim zakochała? Biorąc pod uwagę jedynie wygląd, potrafiłem to zrozumieć, ale wnętrze? Czarne jak dusza szatana.

Zasłużył sobie na przezwisko Wąż. Prześlizgiwał się z jednej służby do drugiej. Gdziekolwiek pojawiały się korzyści, należało spodziewać się i jego. Nie miał żadnych przyjaciół, ale za to zbyt wielu wrogów, aby ich zliczyć. Zabójca. Bezwzględny i znienawidzony. Wykonywał zadania, których nikt inny nie chciał się podjąć. Dopuszczał się zbrodni, które nawet u mnie wywoływały obrzydzenie.

Usłyszałem od Romana, że Franco chciał go zamordować, gdy dowiedział się o mnie i o romansie żony. Matka błagała go jednak, żeby tego nie robił, bo zakochała się w Jake’u. Za to Franco kochał ją zbyt mocno, żeby skrzywdzić mężczyznę, którego darzyła uczuciami.

Czyż nie był z niego pieprzony romantyk? Prawdziwy, kurwa, Romeo.

Pomyślałem o Gii.

Jej twarzy.

Oczach.

Strachu.

Złapałem się za kutasa i zacząłem poruszać dłonią w górę i w dół, drugą opierając o ścianę, podczas gdy woda tryskała mi na głowę i ramiona. Waliłem konia, mając przed oczami obraz Gii leżącej na łóżku. Słyszałem dźwięk głośnych wydechów, stęknięć i krzyków. Widziałem próby uniknięcia pasa. Pchnąłem mocniej w dłoń, wspominając goły tyłek podskakujący wraz z każdym smagnięciem, i pręgi nabierające koloru głębokiej czerwieni. Wyobraziłem sobie ciepło tych pośladków, jak rozchylam je szeroko i wsuwam się w cipkę Gii. Zastanawiałem się, czy byłaby mokra. Gotowa, by torturować ją rozkoszą.

Ta myśl sprawiła, że kutas zapulsował. Niektóre dziewczyny to podniecało. Może nie takie chłostanie, jakie zaserwowałem Gii tym razem, ale rzeczywiście zdarzało się, że znajdowały coś rozpalającego w uderzeniach pasa. Robiły się mokre. Choć ich nie gwałciłem, to po wymierzeniu kary doprowadzałem je do orgazmu. Demonstracja siły, nic więcej. Posiadałem je – stawałem się właścicielem ich bólu i przyjemności.

Wyobraziłem sobie, jak ta konkretna dziewczyna dochodzi. Jak klęczę za nią i rozchylam jej pośladki, pożerając jednocześnie cipkę, podczas gdy ona błaga, żebym przestał. Kurwa. Odrzuciłem głowę do tyłu, a woda zalała oczy i nos, kiedy się spuściłem.

Błagałaby. Doprowadziłbym do tego. Zraniłbym ją, a potem zmusił ciało do poddania się, podczas gdy ona próbowałaby temu zapobiec. Starałaby się nie ulec mężczyźnie, którego znienawidziła. Obserwowałbym, jak jej własne ciało powoli ją zdradza. Igrałbym z nią. I nie przestałbym. O to właśnie chodziło – o tresurę. Dziewczyna musiała pojąć tę lekcję, a nie znałem lepszego nauczyciela niż ból. I rozkosz. Wpajały, kto był panem, a kto niewolnikiem.

Pochyliłem się. Serce waliło mi w piersi, kutas wciąż pulsował w dłoni. Otworzyłem oczy.

Zamiast pod prysznicem powinienem spuścić się na nią.

Degradacja też stanowiła doskonałą formę nauki.

Miałem jeszcze czas. Nie za wiele, bo zostały dwa tygodnie do aukcji. Tyle musiało mi wystarczyć.

Umyłem włosy i wyszorowałem ciało. Ostatnio często tak robiłem – pocierałem skórę tak długo, aż pojawiał się ból. Przez ostatnie siedem lat wyglądało to tak, jakbym próbował zedrzeć ją z siebie i tym samym pozbyć się niewidzialnego brudu. Nienawidziłem sukinsyna, którym byłem. Praktycznie od zawsze czułem do siebie odrazę, ale teraz miałem powód. Wiedziałem, skąd się wywodziłem. Łajdak i potwór.

Wyszedłem spod prysznica i złapałem ręcznik. Szorstki kawałek materiału zostawiał na skórze czerwone ślady, gdy tarłem nim ciało, kierując się do sypialni.

Czy kiedykolwiek myślałem, że właśnie tak będzie wyglądać przyszłość? Chciałem stać się najemnikiem do wynajęcia, który podejmował się najlepiej płatnych zleceń bez względu na koszty, które ponosiły jego ofiary? Nie, przynajmniej nie świadomie. Przez ostatnie parę lat zrobiłem jednak wszystko, żeby dorównać biologicznemu ojcu. Pozbawiony kręgosłupa moralnego udawałem się tam, gdzie poczułem forsę.

Nie lubiłem trenować kobiet i przygotowywać ich na coś takiego, ale dobrze mi to wychodziło. Mogłem się założyć, że na świecie nie znalazłbym innej roboty, która pozwoliłaby mi poczuć się gorszym śmieciem. Przyjmowałem dziewczyny i świadomie dostarczałem je w ręce potworów takich jak ja. Może nawet gorszych.

Byłem naprawdę popierdolonym skurwysynem.

Zacząłem podejmować się takich zleceń dwa miesiące po tamtej pamiętnej nocy, kiedy poznałem prawdę. Wtedy w domu Salvatore mój świat się zawalił i porzucił mnie, gdy stanąłem nad umierającym przyrodnim bratem z dymiącym pistoletem w dłoni.

„Nie umarł”, pomyślałem, ale to nie miało znaczenia.

Poczułem nienawiść Franco. Jego wstręt. Zawsze go do mnie żywił?

Usiadłem na brzegu łóżka i schowałem twarz w dłoniach.

Czy byłem zbyt głupi, żeby to zobaczyć? Oślepiła mnie zarozumiałość? Matka traktowała mnie zawsze jak swojego ulubieńca. Jej małego księcia. Teraz wiedziałem, czemu sobie na to zasłużyłem. Kochała mojego ojca bardziej niż Franca Benedettiego. Stanowiłem żyjący, oddychający owoc tej miłości.

Pokręciłem głową. Co by pomyślała, gdyby mnie teraz zobaczyła?

Ścisnęło mnie w gardle i zerwałem się z miejsca. Pragnąłem wymazać ten obraz z głowy. Musiałem, kurwa, zapomnieć. Mogłem się nad tym bezustannie zastanawiać, ale nie zrobiłoby to żadnej różnicy. Świat nie zmieniłby się nagle. Głowienie się nad tym było jedynie stratą czasu.

Podszedłem do komody i wysunąłem górną szufladę, z której wyciągnąłem świeżą bieliznę, dżinsy i koszulkę z długim rękawem. Wszystko czarne. Ostatnio tylko taki kolor do mnie pasował. Spod sterty ubrań wygrzebałem zdjęcie. Wyciągnąłem je i dotknąłem słodkiej buzi. Maleńkiej, uśmiechniętej twarzy Effie. Moja dziewczynka. Miała już jedenaście lat i bardzo za nią tęskniłem. Pojawiałem się i znikałem z jej życia przez pierwsze trzy i pół roku, ale gdy obie z Isabellą przeprowadziły się z powrotem do New Jersey, widywałem się z nią prawie codziennie. Chyba dlatego teraz tak mi jej brakowało, choć kontakt urwał się wiele lat temu.

Dla niej byłem jednak Dominikiem, a nie ojcem.

Pokręciłem głową. „Lepiej jej bez ciebie, dupku”.

Isabella z jakiegoś nieznanego powodu cały czas przesyłała mi zdjęcia. Wydrukowałem te, które szczególnie mi się podobały. Sytuacja stała się co najmniej dziwna. Nie sądziłem, że będzie chciała utrzymywać kontakt. Czyżby mi współczuła?

Nie. Ta suka nie miała sumienia. A raczej nie podejrzewałem ją o to do czasu strzelaniny z udziałem Luke’a.

Tylko ona wiedziała, jak się ze mną skontaktować, ale nikomu tego nie zdradziła. Potwierdzało to, że nie należało doszukiwać się w zachowaniu Isabelli choćby cienia moralności. Patrzyła, jak jej siostra i przyrodni brat bezskutecznie mnie szukają, i nigdy nie pisnęła pieprzonym słowem.

Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy z istnienia domu w lesie. Nawet ona.

Nie potrafiłaby tego wybaczyć.

Schowałem zdjęcie z powrotem do szuflady i się ubrałem. Tego właśnie potrzebowałem – wspominania wszystkich zwy- rodnialców, z którymi spotkałem się w całym życiu. Przypomnienia, że żadnego z nas nie można posądzać o wspaniałomyślność. No, może z wyjątkiem Salvatore. Ale pieprzyć go. Wystarczająco zaprzątałem sobie nim głowę.

Poszedłem po kolejne piwo i otworzywszy je, pociągnąłem duży łyk. Spojrzałem na zapasy jedzenia. Zostały uzupełnione przed moim przybyciem – to jedna z części naszej umowy. Miałem kilkanaście kontaktów, ale tylko jeden mężczyzna wiedział, gdzie jest ten domek. Znałem go jako Leo. To on załatwiał mi zlecenia. Żaden z klientów nie wiedział, że tak naprawdę zatrudnia Dominica Benedettiego czy raczej Sapientiego. Przygotowywał domek i dostarczał dziewczyny. Nigdy ich nie porywałem. Byłem jedynie trenerem. Spędzałem z nimi około sześciu tygodni, a potem zabierałem je na aukcję i dostarczałem już całkowicie uległe.

Jak mówiłem, nie miałem żadnych złudzeń co do tego, kim się stałem.

Wyjąłem z lodówki jajka oraz bekon i włączyłem palnik. Mimowolnie powędrowałem myślami do dziewczyny. Z pokoju nie dobiegał żaden dźwięk. Zmęczona krzykami, pewnie odsypiała ból i resztę środków uspokajających.

Różniła się od poprzednich kobiet. Stawiała mi się. Wszystkie robiły to do pewnego stopnia. Błagały również o życie. Ona postąpiła odwrotnie. Kazała mi po prostu to zrobić, skoro i tak planowałem ją zabić. Zastanawiałem się, skąd się wzięła. Kto ją miał i naznaczył. I czy jej nowy właściciel zamierzał pozbyć się piętna. Może wypali swój własny znak na tym, który obecnie zdobił biodro Gii. Zwykle woleli je nieskalane.

Jedna rzecz nie dawała mi spokoju i wciąż dręczyła. Gdy Gia ugryzła mnie w dłoń, chciałem ją spoliczkować, ale się powstrzymałem. Nie postąpiłem tak wcześniej z żadną inną dziewczyną. W jej oczach dostrzegłem coś, co mi to uniemożliwiło. Nie strach. Nie potrafiłem tego opisać, ale poczułem, że skądś to znałem.

Ułożyłem paski bekonu na patelni i wbiłem obok nich dwa jajka – skwierczenie i zapach sprawiły, że zaburczało mi w brzuchu. Nasunęło mi się pytanie: kogo właściwie miałem wyszkolić? Nie chodziło tylko o wygląd Gii, ale też spojrzenie. Nie przypominała moich wcześniejszych zleceń. Nie została zabrana z ulicy. Mogłem się założyć, że była o parę lat starsza od reszty. Przedział wiekowy dziewczyn, które tresowałem, zamykał się między osiemnastym a dwudziestym pierwszym rokiem życia. Młodszych nie brałem. Powiedziałbym, że ta skończyła już dwadzieścia cztery, może nawet dwadzieścia pięć lat. Kupcy zwykle lubili świeże, młode niewolnice.

Chore pojeby.

„Bardziej od ciebie?”

Zrobiłem jajecznicę i powiedziałem wewnętrznemu głosowi, żeby się odpierdolił. Wyłożyłem jedzenie na talerz i postawiłem na stole, a następnie wyciągnąłem laptop z torby przy drzwiach i uruchomiłem go. W zawrotnym tempie zmiotłem wszystko z talerza, sprawdzając jednocześnie depozyt na koncie – dziesięć tysięcy dolarów z góry, a reszta przy sprzedaży.

Ostateczną cenę determinowała suma, za którą niewolnica zostawała sprzedana. Całkiem dobre pieniądze. Najwyraźniej handel żywym towarem przynosił grubą forsę. Aukcje zawsze były interesujące. Lubiłem patrzeć na dziewczyny. Kto by się oparł? Jeszcze bardziej lubiłem jednak obserwować kupców. W większości mężczyźni, kilka par i samotnych kobiet, którzy pojawiali się praktycznie na każdej aukcji. Zastanawiałem się, czy powiększali swoje stadko uprowadzonych czy musieli zastąpić zagubione lub uszkodzone towary.

Te niewielkie okruchy sumienia, które nie dawały mi spokoju, wepchnąłem z powrotem do pudełka, a wieczko mocno domknąłem. Pomyślałem o dziewczynie – zleceniu – i sposobie, by maksymalnie zwiększyć zysk. Jej uroda rzucała się w oczy i nawet jeśli była trochę starsza od reszty, miała coś, czego innym brakowało. Arogancję. Nie mogłem się doczekać złamania tej zadziornej kobiety. Musiałem jakoś zachować tę cechę podczas tresury. Zmusić Gię do klęknięcia. I sprawić, żeby zrobiła to ze szczyptą oburzenia.

Gdy skończyłem posiłek, sprzątnąłem ze stołu. Złapałem batonik i butelkę wody, a następnie ruszyłem do pokoju przyszłej uległej. Zimno panujące w środku przyprawiło mnie o dreszcze. Dziewczyna spała na łóżku zwinięta w kłębek. Położyłem wodę i batonik na małym stoliczku nocnym i wycofałem się z pomieszczenia. Postanowiłem jutro dać jej szansę. Może zasłuży na koc.

4
GIA

Zjadłam batonik i wypiłam wodę. Nie potrafiłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jadłam coś porządnego. Gorący posiłek. Śniłam o bekonie. Wydawało mi się nawet, że czułam jego zapach. Po przebudzeniu byłam rozczarowana. Zupełnie jak podróżny na pustyni, który widzi oazę obiecującą wodę, ale ta okazuje się fatamorganą. Chyba rzeczywiście powoli traciłam zmysły.

Ani jeden promyk słońca nie przedostawał się między deskami zasłaniającymi okno. Miałam wrażenie, że zrobiło się już późno, ale nie potrafiłam określić pory. Równie dobrze świat mógł budzić się do życia. Czułam się zdezorientowana. Lecz ciemność miała też swoje plusy. Spanie na gołym materacu i świadomość, że inne dziewczyny korzystały z niego przede mną… Cóż, wolałam nie wiedzieć, jak wyglądał i czym został pobrudzony.

Stałam przez chwilę przy oknie, zastanawiając się, czy zacząć krzyczeć. To pierwsze, co przyszło mi do głowy, choć zdawałam sobie sprawę, że próby i tak pewnie na nic się zdadzą. Jeśli ktokolwiek mógłby mnie tu usłyszeć, na pewno ten łajdak zatkałby mi usta jakąś szmatą. Nie robił tego po raz pierwszy – byłam o tym przekonana. Mimo to spróbowałam. Wrzasnęłam, uderzając pięścią w ramę okna. Ostatnia nadzieja na ratunek.

– Halo! Czy ktoś mnie słyszy?! Czy ktoś tu jest?!

Żadnej odpowiedzi. Nic prócz przytłaczającej ciszy. Wróciłam do łóżka i usiadłam na nim, pocierając ramiona, żeby się rozgrzać.

Chciałabym wiedzieć, na jaki los zostałam skazana. Mój oprawca… Jak miał na imię? Postanowiłam, że będę nazywała go Śmierć. Wyglądał jak mroczny anioł. A ta maska… Chyba jednak bardziej przerażała mnie jego piękna i bezlitosna twarz.

Musiałam zdobyć więcej informacji. Dowiedzieć się, gdzie i jak daleko od cywilizacji mnie przetrzymywał. Wyjrzenie przez okno nie wchodziło w grę, ale stojąc przy nim, nie słyszałam żadnego hałasu. Obstawiałam, że nie zajmowałby się takimi rzeczami w mieście. Pokój śmierdział stęchlizną i starością, jakby nie korzystano z niego od dłuższego czasu. Materac i poduszka… Nie chciałam nawet myśleć o tym, czym przesiąkły w ciągu ostatnich miesięcy. Gdy jednak podchodziłam do okna, prócz mroźnego powiewu czułam też zapach sosny. Znajdowaliśmy się w lesie. Pytanie tylko, gdzie i jak długo zajęłoby mi dotarcie do jakiegokolwiek życzliwego człowieka.

Śmierć.

Wychłostał mnie z taką łatwością. Nawet nie przytrzymywał mojego ciała, choć z konieczności kilka razy poprawił pozycję. Musiałam wymyślić, jak następnym razem uniknąć połknięcia tabletek. Nie mogłam znów zostać pozbawiona kontroli. Zamierzałam uciec, gdy tylko dostanę jakąkolwiek szansę, ale najpierw potrzebowałam planu.

Zakładałam, że nadarzyła się okazja i z niej skorzystałam. Ale może na zewnątrz znajdowało się więcej jego ludzi? Co, jeśli udałoby mi się minąć Śmierć i wydostać z tego pokoju, lecz potem spotkałabym na drodze drugiego mężczyznę? I trzeciego? Victor zatrudniał ich wielu.