Dom z widokiem na szczęście - Klaudia Duszyńska - ebook + audiobook

Dom z widokiem na szczęście ebook i audiobook

Klaudia Duszyńska

2,5

Opis

Zamknij oczy. Weź głęboki wdech. Czy czujesz zapach tuż po pierwszej letniej burzy? Czy może być piękniej?

Olga po kilku latach gonitwy za karierą w wielkim mieście postanawia zrobić sobie wolne. Wyjeżdża do małej malowniczej wsi nad jeziorem na północy Polski. Właśnie to miejsce wybrała przed laty jej babka – Tereska, po której Olga odziedziczyła duży dom. To w nim postanawia się teraz zaszyć, by poukładać przeszłość i wymazać bolesne wspomnienia. Przypadkiem jednak stanie przed trudnym zadaniem odkrycia pilnie strzeżonej rodzinnej tajemnicy…

W rozliczeniu z przeszłością pomaga Oldze przyjaciel z dzieciństwa Gustaw, znany artysta, któremu dziewczyna pozuje do obrazów. Gdy między nimi zaczyna iskrzyć, pojawia się młody i intrygujący Krzysztof, który kiedyś uratował Oldze życie…

W starym domu Olga odkrywa rodzinne pamiątki i poznaje bolesną przeszłość. Czy dostrzeże też szczęście i miłość, które są bliżej, niż można przypuszczać?

Autorka  –  Klaudia Duszyńska – to literaturoznawczyni; introwertyczka zakochana muzyce jazzowej, poezji i kolorze zielonym. Dla świętego spokoju zamieniła miasto na wieś, gdzie nałogowo wsłuchuje się w ciszę. Uzależniona od galopowania po lesie i spontanicznych podróży. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 255

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 42 min

Lektor: Gabriela Jaskuła

Popularność




© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2020

© Copyright by Klaudia Duszyńska, 2020

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Barbara Kaszubowska

Korekta: Joanna Dzik

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcia na okładce: © sonyachny/AdobeStock,

©ollalya/123rf.com

Zdjęcie Klaudii Duszyńskiej: © Iga Czepkowska

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2020

ISBN: 978-83-66503-67-0 (EPUB); 978-83-66503-68-7 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

PROLOG
SIERPIEŃ

Siedzieliśmy na tarasie. Rozmowa się nie kleiła. Ja za dużo oczekiwałam, a uczucie zażenowania nie pozwalało wydobyć skumulowanych w gardle słów. On też niespecjalnie był zaangażowany w rozmowę. Gadka szmatka, co słychać, ładna pogoda, ot tyle. On patrzył gdzieś za horyzont i tylko drobne gesty zdradzały, że jest nie mniej zdenerwowany ode mnie. Miętolił w palcach papierek po cukierku. Chyba po michałku, tak sądziłam po niebiesko-srebrnym opakowaniu. Odkąd rzucił palenie, jest niespokojny. Ciągle musi coś skubać. Sam mówi zawsze, że zapaliłby, gdyby nie to, że tak trudno było przestać. Czasem zaciąga się dymem, gdy ja palę. Mówi, że chociaż tyle. Wątpliwa przyjemność.

Nie pije też. Od ponad dwudziestu lat, ale tego akurat mu, jak mówi, nie brakuje. Bez wódy radzi sobie świetnie. Nie ruszają go nasączany spirytusem tort ani wiśnie w likierze.

No więc siedzimy tak na tym tarasie, on patrzy za horyzont, a ja wlepiam oczy w pęknięcia kafelków w piaskowym kolorze. Ich delikatny deseń wytarł się niemal do cna. Może i lepiej, wątpliwej urody wzór z lat dziewięćdziesiątych nie pasował do osobliwego domu, w którym przyszło mi się zatrzymać. W domu mojej babki Tereski. Wnętrze urządzone było ze smakiem, ale bez przesady. Skromne, choć antyczne meble, perski dywan na drewnianych podłogach i mnóstwo obrazów na ścianach. To zapamiętałam najbardziej, gdy dziesięć lat temu byłam tu po raz ostatni, na pogrzebie. Ku mojemu zadowoleniu nic się nie zmieniło. Mogłam się napić kawy z porcelanowej filiżanki w drobny roślinny wzór. Mogłam też robić coś, co za życia Teresy było mi kategorycznie zabronione – grać na fortepianie. Co prawda umiem niewiele więcej niż Wlazł kotek na płotek, ale mimo katorżniczej pracy w podstawowej szkole muzycznej, którą ukończyłam, nie zraziłam się i gra cały czas sprawia mi przyjemność. Niestety, przy babce wirtuozce zawsze wypadałam blado, a do tego słuchałam niekończących się lamentów, że moje niewprawne palce i wątpliwy słuch rozstroją instrument.

Słońce skłaniało się ku zachodowi i – jak to bywa na początku sierpnia – ptaki zaczęły śpiewać nieznośnie głośno. Ich wrzask był kontrastem dla ciszy, która zapadła między nami, i to właśnie ona wdzierała się boleśnie w moją głowę.

– No dobrze – podjęłam po zbyt długo przeciągającym się milczeniu. – Powiedz, co myślisz.

– Rób, co chcesz – odpowiedział, wolno przenosząc na mnie spojrzenie. – Jesteś bardzo dzielna.

Byłam zła, ale tylko trochę. Dostałam wolność, a przecież o to mi chodziło. Żeby móc z czystym sumieniem zrobić to, co chcę.

– Powiedz mi tylko, dlaczego naprawdę chcesz tam jechać – dodał po chwili z powagą, akcentując słowo „naprawdę”, a jego wzrok świdrował moje oczy. W świetle słońca można było dostrzec, że ich zielone źrenice są okolone złotawymi wiankami. Tak, wiankami – właśnie tak nazwałabym te nieregularnych kształtów obwódki.

– Bo nikt ze mną nigdy o tym nie rozmawiał? – Mój niepewny głos zadrżał. – Bo piętrzące się sekrety mnie przerosły? Bo dość mam tajemnic?

Westchnął ciężko.

– Sama na to wpadłaś?

Bardzo chciałam wyczuć w tym pytaniu ironię, żebym mogła przestać się hamować, wykrzyczeć wszystko i zrobić karczemną awanturę, ale Stryj był szczery. Nic się za tym nie kryło. On po prostu chciał wiedzieć. Miał do tego prawo.

Nie. Nie sama. Mnie nie przyszłoby to do głowy, ale przypadków było zbyt wiele. A ja nie wierzę w przypadki.

ROZDZIAŁ 1
CZERWIEC

– Nie zostawiaj mnie! Proszę, nie zostawiaj...

To były ostatnie słowa, jakie zdołałam wypowiedzieć. Później głowa po raz ostatni zanurzyła się w sinozielonej, śmierdzącej rybami i mułem wodzie. Najpierw poczułam ucisk w przedniej części głowy. Nosem już nie mogłam nabrać powietrza. Przy pierwszej próbie woda boleśnie wpłynęła mi do gardła i dalej do płuc. Chciałam odkrztusić, ale gdy tylko otworzyłam usta, zalała mnie kolejna fala zimnej i złowieszczo czarnej cieczy. Z otwartymi oczami i rozchylonymi nieprzyzwoicie wargami – tak to sobie wyobrażam, z nieprzyjemnym grymasem strachu na twarzy, powoli, w rytmie delikatnej bryzy, jaką dało się czuć na powierzchni, opadałam na dno.

To nawet zabawne, gdyby popatrzeć na to z pewnej odległości. Nie miałam żadnego poczucia, że to koniec. Życie nie przeleciało mi przed oczami.

Glony zaczęły chwytać mnie za kostki i oplatać coraz wyżej i wyżej moje nogi. Przyciągały mnie do siebie. Do dna. Tym razem to nie był toast. Wyobraziłam sobie utopca, który kościstą dłonią trzyma mnie w żelaznym uścisku, by już nigdy nie wypuścić.

Wszystko czerniało i wirowało. Logicznie rzecz ujmując, musiały minąć sekundy, ja jednak odczuwałam to inaczej. Czas dłużył mi się okropnie. Bałam się, a strach, który mnie ogarnął tuż przed własną śmiercią, nie równał z tym, co czułam, gdy odchodzili wszyscy moi bliscy. Właściwie to była nieopisana ulga.

A potem ktoś ścisnął mocno moje ramię i szarpnął. Gdy głowa się wynurzyła, głośno zachłysnęłam się powietrzem i dopiero, gdy płuca wypełniły się tlenem, otworzyłam oczy. Piekły, tak jak piekło wnętrze nosa. Nigdy nie lubiłam nurkować, nie lubiłam, gdy woda wdziera się w głąb czaszki. I nie lubiłam tego bólu i pieczenia, jakby skóra była zdarta. „Przecież to tylko woda” – mówiłam sobie. Ale za każdym razem, gdy dostała się do któregoś z organów, było tak samo.

– Chcesz się utopić? – wrzeszczał na mnie czyjś głos.

Promienie słońca odbijały się od kropli na rzęsach i nie mogłam rozpoznać twarzy. W uszach natomiast szumiało mi zbyt głośno, by po głosie odkryć tożsamość ratownika.

Chłopak cały czas trzymał mnie mocno i holując, płynął do brzegu. Nie odzywał się. Słyszałam za to, jak ciężko oddycha. Nie bałam się, bo było mi już wszystko jedno. Byłam, o ironio, śmiertelnie zmęczona. Gdy poczuł grunt pod stopami i oboje stanęliśmy stabilnie na pustej plaży, potrząsnął mną i wtedy go poznałam.

Krzysztof był bratem mojej szkolnej koleżanki. Trafił się rodzicom w późnym wieku i był młodszy od Agaty i ode mnie o dziesięć lat. Nie znałam go dobrze, można powiedzieć, że nawet nie pamiętam go dobrze. Gdy myśmy pili pierwsze piwa w szkole średniej, on chodził do podstawówki.

– Chciałaś się utopić? – powtórzył z naciskiem, ale spokojniej niż tam, na środku jeziora. – Do kogo mówiłaś? Ktoś z tobą był?

– Nie. – Starałam się być równie opanowana, ale głos mi drżał i wciąż czułam to niekomfortowe uczucie w gardle. Miałam zatkany nos. – Byłam sama. Nie pamiętam, żebym coś mówiła – skłamałam. – Musiałam... pomyśleć.

Rzuciłam mu pełne pewności siebie i determinacji spojrzenie. Zwykle działa i rozmówca nie drąży tematu, ale wiedziałam, że jeśli Krzysztof jest podobny do Agaty, to nie odpuści.

– Nie wiem, jak chciałaś myśleć po śmierci – prychnął z lekką pogardą. Dostrzegłam jednak, że unosi mu się kącik ust. – Zatrzymałaś się u babci? – brzmiał już całkiem neutralnie.

– W jej domu, tak... – odpowiedziałam niepewnie, bo przyglądał mi się badawczo. Zbyt badawczo.

– Agata przyjechała. Powiem jej, że jesteś.

– Dobrze.

Tylko tyle. Chciałam już wrócić do domu.

Przyjechałam na kilka dni, bo czułam, że muszę z kimś porozmawiać. Tyle się wydarzyło... Niestety, Stryj, który na co dzień mieszka w starym domu, a któremu zawsze się zwierzam, bo jako jedynemu na świecie mu ufam, wyjechał do Szwecji na lato.

Gdy byłam młodsza i każde pół lata spędzałam u babci Tereski, pływałam codziennie. To rekompensowało mi tę połowę, którą spędzałam pod czujnym okiem rodziców nad morzem. Tylko zanurzona w chłodnej wodzie jeziora, obmywana falami, potrafiłam zebrać myśli. Jedynie z dystansu, bez gruntu pod nogami, mogłam trzeźwo ocenić sytuację. Miarowy oddech i rytmiczne, hamowane gęstością cieczy ruchy uspokajały mnie.

Chciałam, żeby i dziś tak było. Ale nie mam kondycji, w jeziorze nie pływałam od lat. Fala za duża, a oddech za płytki i zbyt nerwowy.

Wytarłam się z grubsza i czym prędzej chciałam iść do domu, ale chłopak nadal mi się przyglądał. Chciał mnie odprowadzić. Odmówiłam stanowczo. Wyglądał poważnie jak na swoje dziewiętnaście lat, dziewczyny na pewno się za nim uganiały. Zrobiło mi się głupio, że myślę o nim w ten sposób. Za mną, z kilkoma kilogramami nadwagi, nikt od dawna się nie ogląda, ale to nie miało najmniejszego znaczenia. To ja wybrałam życie w pojedynkę.

Odgoniłam niepoważne myśli i wycisnęłam w ręcznik wodę z włosów. Nie chciałam ich wycierać zbyt intensywnie. Są naturalnie kręcone i nienaturalnie zniszczone. Zrobiło mi już bardzo zimno, mimo panującego upału wydawało mi się, że zaraz zacznę dzwonić zębami. Pożegnałam się więc pospiesznie i ruszyłam w stronę domu. Długo jeszcze czułam na sobie wzrok młodych brązowych oczu.

*

Gdyby ktoś spytał mnie, jak to wszystko się zaczęło, odpowiedziałabym bez zająknienia, że od czkawki. Dopadła mnie ta nieprzyjemna przypadłość we własnym łóżku, gdy czytałam jakiś niezbyt zajmujący feministyczny artykuł. Była późna wiosna, a ja właśnie odeszłam z pracy na etacie. Jako literacki head hunter mogłam pracować w dowolnym miejscu i czasie. Na początek wybrałam dom babci. Tu najlepiej mi się myślało, w otoczeniu duchów i sztuki.

Korzenie mojego dziadka były w Beskidach, choć później los rzucił go na niziny. Gdy jednak, już wiele lat po ślubie, wraz z babcią kupili ziemię we wsi Górale – która od gór oddalona była o sześćset kilometrów – stwierdził, że wreszcie czuje się jak w domu. Zbudował dom i wiedli z babcią szczęśliwe życie. I ja pokochałam to miejsce, spędzając tu większość dni wolnych od szkoły. W centrum wsi stał mały drewniany kościółek, do złudzenia przypominający te z południa Polski, obok cmentarz, dwa sklepy i szkoła. Wieś była na końcu świata, bo okalał ją gęsty las. Od dziecka słyszałam wiele strasznych historii z nim związanych. Niektórzy wierzyli, że wciąż mieszkają tam słowiańskie demony.

Dla mnie jednak to miejsce było najbezpieczniejsze na świecie.

Pomyślałam, wstrzymując oddech, by czkawka minęła, że ktoś mnie wspomina. W myślach od razu stanęły mi osoby, które ewentualnie mogłyby o mnie myśleć. Jego wśród nich nie było, mimo że – przynajmniej teoretycznie – mógł się znaleźć w tym gronie. Zapikał mój telefon, oznajmiając, że dostałam SMS-a.

Jestem w Polsce. Przyjedź, chcę cię namalować. Gu.

Zadrżałam.

Gustaw był podróżnikiem, ale z wykształcenia grafikiem. Znaliśmy się niemal całe życie, bo nasi rodzice się przyjaźnili. Nigdy nie zapomnę wspólnych wakacji, gdy kradł uwagę mojego ojca, który zawsze chciał mieć syna. Gdy mama była ze mną w ciąży, marzył, że da mi na imię Krzysztof. Urodziła się dziewczynka, więc bez szemrania zgodził się na Olgę. Podobno zainspirowany tą z kabaretu.

Gucio to, Gucio tamto. Zawsze to samo. Pół lata w Juracie nie dość, że nie rozpieszczało pogodą, to jeszcze mój ojciec się cieszył, że w końcu ma kogo uczyć pływać i kopać piłkę. Ojciec mojego wakacyjnego kolegi zupełnie nie palił się do takich rzeczy. Jego pasją były modele samolotów sklejane samodzielnie nocami i scrabble, ale to od wielkiego dzwonu. Mój za to świetnie wykorzystywał zbieraną miesiącami za biurkiem studia projektowego energię i bawił się świetnie.

[...]