Dom na końcu drogi - Krystyna Bartłomiejczyk - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Dom na końcu drogi ebook i audiobook

Bartłomiejczyk Krystyna

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

41 osób interesuje się tą książką

Opis

Ana ucieka. Przed przeszłością, przed mężczyzną. 

Kiedy w drodze zaskakuje ją śnieżyca, Ana zostawia samochód i rusza pieszo, przedzierając się przez zaspy aż do chwili, gdy ostatkiem sił dociera pod drzwi domu na skraju wsi. Tam znajduje ją Marcel – lekarz, który sam kiedyś uciekł przed życiem.

W ciszy domu, z dala od świata, między zwyczajnymi rozmowami i drobnymi gestami rodzi się bliskość, której żadne z nich się nie spodziewało… i której coraz trudniej się oprzeć.

Ale są rzeczy, których nie da się ukrywać w nieskończoność.

Bo czasem największym ryzykiem nie jest ucieczka, lecz pozwolenie sobie, by ktoś naprawdę był blisko…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 416

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 23 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Joanna Gajór

Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Miroska561

Nie oderwiesz się od lektury

ciekawy pomysł .
00
Mbotka_56

Dobrze spędzony czas

Dobrze spędzony czas
00


Kolekcje



© Copyright by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o., 2026 © Copyright by Krystyna Bartłomiejczyk

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja: Sylwia Drożdżyk-Reszka, Katarzyna Woźniak

Korekta: Justyna Jakubczyk

Projekt graficzny okładki:Zdjęcie na okładce: Copyright © by SABBIR (okno), Tati (kubki) – wygenerowane za pomocą sztucznej inteligencji (Stock.adobe.com)

DTP: Justyna Jakubczyk

ISBN 978-83-68924-00-8

Warszawa 2026

Wydawnictwo [email protected] www.literaturainspiruje.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Jeśli coś kochasz, puść to wolno.

Kiedy do ciebie wróci, jest twoje.

Jeśli nie, nigdy twoje nie było.

Antoine de Saint-Exupéry, Mały Książę

PROLOG

Zapadał wieczór i tylko światełka palących się zniczy rozświetlały mrok. Lekko pochylona smukła postać w ciemnym trenczu i kapeluszu z odrzuconą woalką szła pomiędzy grobami, kierując światło latarki na mijane pomniki.

Kolejne tabliczki ze znajomymi nazwiskami zatrzymywały ją co rusz. Czuła coraz większe przygnębienie. Matka, koleżanki, sąsiedzi – wszyscy, którzy przewinęli się przez jej życie. Ich przeznaczeniem było zostać tutaj aż po grób, a jej... Opuściła wieś i tych ludzi. Ale przecież nie z ciekawości świata, nie z zamiłowania do turystyki. Nie miała pieniędzy ani zawodu, nie wiedziała, gdzie rzuci ją los i co dla niej szykuje. Za to była pewna, że cierpienie nigdy jej nie opuści...

Szybkim krokiem zbliżyła się do skromnego nagrobka, nad którym pochylał się gipsowy anioł. Usiadła na ławeczce, a grube łzy popłynęły po policzkach. To nie było wzruszenie ani radość z powrotu do ojczyzny, lecz zimny, lepki strach przed tym, co może się wydarzyć.

Kobieta zadrżała. Październik tego roku był wyjątkowo piękny i ciepły, ale wieczory były coraz chłodniejsze. Szczelnie otuliła się płaszczem i zamknęła oczy, jakby pragnęła odizolować się od tego ponurego miejsca. Tak bardzo chciała usłyszeć w tej chwili głos Boga, który wyraźnie wskazałby jej drogę.

Ukryła twarz w dłoniach i bladymi ustami wyszeptała pierwsze słowa pacierza:

– Ojcze nasz, któryś jest w niebie... – Urwała. Dokończyła modlitwę w myślach, jej usta wciąż jednak poruszały się bezgłośnie. Później, mocno zaciskając trzęsące się dłonie i patrząc na krzyż przymocowany do płyty, powiedziała:

– Wiesz, kim jestem i co uczyniłam. Szkoda, że nie było Cię przy mnie, gdy pogubiłam się w życiu. Nie pokazałeś mi drogi, którą powinnam była podążyć. Opuściłeś mnie. Zostawiłeś samą sobie i pozwoliłeś zgrzeszyć... Był w tym na pewno Twój plan, ale ja go nie rozumiem.

Zakryła twarz dłońmi i długo milczała.

– Zwlekałeś – podjęła szeptem – aż wreszcie ukarałeś surowo i dotkliwie. Wiesz, jak to jest być obok kogoś, kogo się kocha całym sercem, i wiedzieć, że dla niego się nie istnieje? Skąd miałbyś wiedzieć... Nie obchodzi Cię to. – W jej głosie wybrzmiała nieśmiała nuta gniewu. Zamilkła, przestraszona, patrząc w atramentowe niebo. Wydawało się, że jest bardzo blisko i przytłacza ją swym ciemnym, bezkresnym ogromem.

– Jesteś, Boże, zbyt zajęty sprawami świata, aby przejmować się takimi drobiazgami, ale daj mi jakąś podpowiedź, co mam zrobić. Wyznać całą prawdę i mieć nadzieję, że on zrozumie i mi wybaczy? Wiem, że tak byłoby najlepiej i najuczciwiej, ale... – Przygryzła wargę, żeby powstrzymać szloch. – Boże Miłosierny! Boję się! Bo co, jeśli mnie znienawidzi? I czy mam prawo sięgać po pragnienia mojego serca, gdy tak bardzo go skrzywdziłam? Jeśli tam jesteś, błagam, pomóż mi. Spraw, żeby mi wybaczył. Daj mi sens, Boże, żebym wiedziała, po co żyję. Uwolnij mnie od tego cierpienia! Ojcze nasz, któryś jest...

Kroki za plecami rozproszyły jej myśli. Zerwała się z ławki i zamarła, wpatrując się w sylwetkę zbliżającej się starszej kobiety, którą rozpoznała od razu.

– Dobry wieczór – szepnęła wzruszona.

Staruszka odwzajemniła pozdrowienie, przyglądając jej się z zainteresowaniem. Czyżby mnie nie poznała? – pomyślała ze zdziwieniem kobieta. Dopiero po chwili się zorientowała, że pod wpływem przejść i zgryzot zmieniło się w niej dużo więcej niż usposobienie. Zeszczuplała, jakby skurczyła się w sobie, oczy straciły ogień, a rysy się wyostrzyły, uwypuklając każdą zmarszczkę. Włosy przyprószyła siwizna. Nie przypominała już tej dorodnej panny, za którą chłopcy wodzili wzrokiem. Teraz była dojrzałą kobietą, ciężko doświadczoną przez los.

Staruszka wlepiała w nią wzrok z niemym zapytaniem, czekając na jakąś podpowiedź ze strony obcej kobiety. Nagle drgnęła, a w jej oczach pojawił się błysk rozpoznania.

– Jesteś. To naprawdę ty – wyszeptała drżącym głosem.

ROZDZIAŁ I

Biegła przez gęsty las spowity mgłą. Coś ciemnego i drapieżnego czaiło się za jej plecami. Nie odstępowało na krok, wyczuwało słabość i tylko czekało na jej potknięcie, żeby wyskoczyć z ciemności i zaatakować. Musiała opuścić to miejsce, uciec, zanim to coś ją dopadnie. Biegła przed siebie, owładnięta przeraźliwym strachem, a śnieg skrzypiał pod stopami. Chciała krzyczeć, schować się do jakiejś leśnej jamy, nawet umrzeć, byle tylko się uwolnić.

Daleko przed sobą dostrzegła prześwit, w którym zamajaczył niewyraźny kształt. Nie wyglądał przyjaźnie. W panice rzuciła się w bok, uderzając głową w twardy pień potężnego drzewa. Świat wokół zamarł. Czy naprawdę jej się wydawało, że lubi samotność i ciszę? Gdzie podziali się ludzie? Czemu znalazła się zupełnie sama w tym pustym, upiornym miejscu? Odwróciła się, szukając śladów cywilizacji. Rozpaczliwie pragnęła wrócić do bezpiecznego mieszkania lub do jakiegokolwiek innego, byle gwarnego miejsca. Ale tamtego świata już nie ma. Czas i przestrzeń są nieugięte, a ona na dobre w nich ugrzęzła...

Ana przebudziła się, rzucając się gwałtownie, tak jak dziesiątki razy wcześniej. Tyle że teraz gdzieś w głębi niej pojawiło się przeczucie, że to nie był zwykły sen. Ulotne, dziwne wrażenie przybierało na sile. Na ogół twardo stąpała po ziemi. Wierzyła w prawa fizyki, a nie w cuda. Czasami jednak potrafiła wyczuć w powietrzu mistyczny zapach, którego nie czuł nikt inny. Znienacka ogarniały ją głębokie emocje. Przeczuwała jakąś sytuację i wyłapywała niewielkie zmiany w otaczającej rzeczywistości. Te drobnostki nabierały w jej życiu ogromnego znaczenia, wywołując niepokój, jakby coś w danej chwili szeptało: uważaj.

Ten sen był właśnie czymś w rodzaju znaku. Czuła, że jest na tyle ważny, że wpłynie na rzeczywistość, zdeterminuje jej przyszłość. Potarła twarz, jakby chciała odpędzić senną marę. Jezu drogi! Ile jeszcze wytrzymam z tymi koszmarami? – zastanawiała się w myślach. Była nimi zmęczona i miała wrażenie, że to znużenie zagnieździło się w niej na dobre. Nie pamiętała już, kiedy udało jej się przespać całą noc i kiedy ostatnio czuła się całkowicie bezpieczna.

W kuchni ochlapała twarz zimną wodą i zmoczyła spocony kark. Potem zrobiła kawę – porządną, czarną, taką, od której człowiek dostaje kopa, jakby wsadził rękę do kontaktu. Przeszła z filiżanką do pogrążonego w ciemnościach salonu. Znalazła przełącznik i światło pojedynczej lampy rozproszyło mrok, wydobywając z niego dużą przestrzeń umeblowaną nowocześnie i z gustem. Usadowiła się wygodnie na szarej sofie. Za oknem koronkowe płatki śniegu opadały leniwą spiralą i osiadały na stromych dachach domów i na gałęziach drzew. Widok jak z urokliwej pocztówki.

Komórka nagle zawibrowała.

Ana machinalnie odwróciła głowę. Wiadomość o czwartej nad ranem? Czuła, jak jej tętno przyspiesza. Strach nie pozwalał sięgnąć po telefon. Próbowała dodać sobie otuchy: przecież wszyscy, których znała, korzystają z darmowych komunikatorów internetowych – Messengera lub WhatsAppa. Wszyscy, ale nie on. On zawsze pisze SMS-y.

Ale to nie mógł być on. Więc kto? Może zdarzyło się coś złego, ktoś potrzebuje pomocy? Pani Krysia mieszka sama, odkąd jej syn wyjechał do Szwecji... Ana chwyciła za komórkę, nie mogąc dłużej wytrzymać tej presji. Wzięła głęboki oddech, po czym spojrzała na SMS.

„Nie możesz spać, maleńka?”

Powiększyła zdjęcie butelki z jakimś płynem. Treść wiadomości nie pozostawiała złudzeń – była w niebezpieczeństwie. Przerażenie ścięło jej krew w żyłach. Drżącą ręką zablokowała telefon i rzuciła na sofę, jakby ją parzył. Znowu to samo! Zerwała się na równe nogi, zgasiła światło i podeszła do okna. Lekko odchyliła żaluzje, by zobaczyć zaparkowany przed domem niewielki pick-up. Jego samochód.

Próbowała zachować spokój. Nie panikuj, nic takiego się nie dzieje – powtarzała sobie, choć wszystko w niej krzyczało, że stanie się coś złego.

On ją osaczał. Niczym pająk rozpinał wokół niej gęstą sieć i oplatał mocną nicią. Nienawidziła tego uczucia. Nienawidziła się bać.

Miasto powoli budziło się do życia: w kolejnych oknach rozbłyskiwało światło, coraz częściej rozlegały się kroki przechodniów spieszących na przystanek, które mieszały się z szumem pierwszych tramwajów. Dopiero wtedy pick-up odjechał sprzed domu Any. Potarła zmęczone powieki. Powinna już się przyzwyczaić do bezsennych nocy, ale nie potrafiła. Do tego dochodziło napięcie. Już ponad rok tkwiła w stanie dziwnego zawieszenia, wyczekiwania na bliżej nieokreślone „coś”. Nie dało się tak dalej żyć. To musiało się skończyć! W jej głowie pojawiła się absurdalna myśl. Może się uda?

Nie. To zbyt szalone – podpowiadał jej rozsądek.

Chwilę później podjęła decyzję.

Niełatwo jest zapakować całe swoje życie w niewielką torbę, ale nie planowała wiele zabierać, bo uciekała na krótko. A przynajmniej na to po cichu liczyła. W pośpiechu zaczęła upychać najpotrzebniejsze rzeczy.

Podbiegła do komody i spod sterty bielizny wyciągnęła metalowe pudełko po herbacie podpisane: „Na czarną godzinę”. Znalazła je po śmierci taty, kiedy sprzątała jego rzeczy. Pamiętała swoje ogromne zaskoczenie na widok pliku setek – dwudziestu tysięcy złotych. Do dzisiaj nie wie, jak ojcu udało się oszczędzić taką sumę z zegarmistrzowskiej pensji. Nigdy nie ruszała tych pieniędzy. Trzymała je przez te wszystkie lata tam, gdzie je znalazła, nie widząc potrzeby ich wydawania. Traktowała je jak coś w rodzaju koła ratunkowego, gdyby kiedyś znalazła się w sytuacji awaryjnej.

Wsunęła banknoty do plecaka. Czuła lekkie wyrzuty sumienia, że wykorzystuje oszczędności ojca w sposób, który niekoniecznie by mu się podobał, ale nie miała wyjścia. Właśnie nadeszła czarna godzina. Ana nie wiedziała przecież, gdzie się zatrzyma, czy będzie tam dostęp do internetu lub możliwość korzystania z karty płatniczej.

Była już spakowana i prawie gotowa do wyjazdu. Rozejrzała się po mieszkaniu, zastanawiając się, czy nie potrzebuje zabrać czegoś jeszcze. Jej wzrok padł na srebrny telefon leżący na sofie. Miała ochotę rzucić nim o ścianę, roztrzaskać na milion kawałeczków, jakby to on był winny wszystkiemu – tej atmosferze niespokojnego oczekiwania, tego zimnego, przenikającego ją lęku. Zamiast tego wyjęła z niego kartę i zmiażdżyła ją obcasem. Szczątki wrzuciła do muszli klozetowej.

Po kilku minutach zapięła suwak kurtki pod samą szyję, założyła plecak i przerzuciła torbę przez ramię. Ostatni raz omiotła wzrokiem pokój. Wydawało się, że wszystko wzięła, więc ruszyła do drzwi, jednak po drodze zatrzymała się gwałtownie. Wróciła do salonu i skreśliła kilka słów do pani Krysi, która codziennie rano przynosiła jej świeże bułeczki.

Teraz pozostało już tylko nacisnąć klamkę.

Zamknąć jedne drzwi, by otworzyć inne.

*

Ulice były zakorkowane. Dzień jak co dzień. Minęła ósma, kiedy Ana w końcu wyjechała z miasta, w którym dorastała i które kochała. Zabawne, że do tej pory nawet nie zdawała sobie sprawy, że darzy je miłością. Nie zamierzała jednak ulegać sentymentom. Zresztą nie wyjeżdżała na stałe; źle by się czuła w innym miejscu. To było rozwiązanie tylko do czasu, aż sytuacja się unormuje.

Ale czy kiedykolwiek do tego dojdzie? Może jednak przekroczyła granice rozsądku? Opuszczała swoje miasto, porzucała dotychczasowe życie i jechała w nieznane. Bez żadnych konkretów, bez planu. Tylko kierunek był oczywisty. Południe. Gdzieś tam – na tyle daleko, by nikomu nie przyszło na myśl, żeby jej tam szukać – miała nadzieję znaleźć swój azyl.

Włączyła radio, żeby zagłuszyć niepożądane myśli. Spiker podawał właśnie niewesołe wiadomości. Przełączyła stację. Smętny blues dla przegranych, odpowiedni podkład pod jej ucieczkę. Spróbowała jeszcze raz.

– I chodź, ucieknijmy stąd... – Bujający rytm reggae wypełnił samochodową przestrzeń. Podkręciła głośność.

– Chodź, ucieknijmy stąd, nie patrząc, czy ma to jakikolwiek sens – Ana bębniła palcami w kierownicę i wtórowała piosenkarzowi. – Chodź, ucieknijmy stąd, czeka jeszcze na nas tyle miejsc...

Piosenka działała jak antydepresant – dodawała otuchy i tchnęła nową energię. „Cokolwiek się wydarzy, powinno być lepsze od tego, co jest teraz” – pomyślała. Kto wie? W głębi jej duszy kiełkowała nadzieja, że będzie dobrze, że wszystko się zmieni.

Zapaliła się pomarańczowa kontrolka rezerwy i Ana skręciła na najbliższą stację benzynową, za którą zaczynały się pola. Zatankowała Subaru do pełna, po czym skierowała się do niewielkiego budynku. W środku było pusto i cicho. Podeszła do kasy, zgarniając po drodze batonika i solone orzeszki. Położyła je na ladzie i podała numer dystrybutora.

– Macie startery? – zapytała.

– Doliczyć? – Blady chłopak podniósł wzrok. Ich spojrzenia się spotkały, ale miała wrażenie, jakby w ogóle jej nie widział.

– Tak, poproszę – odparła, tłumiąc ziewnięcie. – I jeszcze kawę. Ile kilometrów jest stąd do Rzeszowa? Nie widziałam tablicy informacyjnej.

– Grubo ponad sześćdziesiąt. Wszyscy o to pytają.

– A wcześniej jest jakieś miasteczko? Przydrożny motel?

– Jest jeden w pobliżu, ale nie radziłbym. Najlepiej byłoby do Jasionki, to jakieś czterdzieści kilometrów. – Powędrował wzrokiem w stronę okna i zmarszczył czoło.

Szare, nisko skłębione chmury przesłoniły niebo, pożerając resztki słońca. Na ziemię spadły pierwsze krople deszczu ze śniegiem.

– Będzie potężna zamieć. Radziłbym się pośpieszyć, jeśli nie chce pani utknąć w zaspie gdzieś po drodze.

– Bardzo przyjemna perspektywa – mruknęła nieco złośliwie.

Wzruszył ramionami.

– Nie sądzę, żeby pogoda brała pod uwagę, co dla pani jest przyjemne, a co nie.

– Wie pan co? Sama bym na to nie wpadła.

Chłopak skrzywił usta w grymasie, który od biedy można było uznać za cień uśmiechu, i zmienił ton.

– Przepraszam, to było głupie. W taką pogodę mało kto odważyłby się wyruszyć w podróż. Większość ludzi poddaje się, kiedy widoczność spada do kilkunastu metrów. Podczas zamieci łatwo można się zgubić i mogą minąć godziny, zanim nadciągnie pomoc.

– Ja się nie gubię – zapewniła. – Miłej reszty dnia.

– Bezpiecznej drogi.

Wyszła z budynku i pomknęła do samochodu. Nową kartę włożyła do telefonu, wsunęła komórkę do plecaka i oparła głowę o zagłówek. Pogryzając batonik, słuchała wiadomości. Spiker potwierdzał słowa pracownika stacji paliw, prognozując potężną śnieżycę. Ana nagle poczuła się bardzo niepewnie – to chyba przeczucie dawało jej znać, że coś jest nie w porządku. Dziadek Adi mawiał, że to taki moment, w którym człowiekowi powinien się włączyć wewnętrzny sygnał alarmowy. Po chwili dodawał jednak z przekornym uśmiechem: „Jeśli przeczucie podpowiada, że od niektórych kobiet lepiej trzymać się z daleka, lepiej słuchać przeczucia”.

Ana przygryzła wargę. Żartował czy nie, może lepiej zawrócić?

Nie – potrząsnęła głową. Pierwsze decyzje są zwykle najtrafniejsze. Jeśli przeznaczenie pcha ją w nieznane, niech tak będzie! Odetchnęła głęboko, po czym odpaliła silnik i ruszyła w dalszą drogę.

*

Chuda kobieta, która stała obok drzwi i wyglądała przez okienko, westchnęła ciężko.

– Będzie śnieżyca, jakich mało. Mówiłam mojej Mirce, ale mi nie wierzyła. „Wielka zamieć!”, powiedziałam, ale Mirka stwierdziła, że nie, bo w internecie nic o tym nie mówią! – Prychnęła wzgardliwie. – Dzisiaj młodzi wpatrzeni są w komórki jak w jakieś bóstwo i nie mają o niczym pojęcia. Założę się, że gdyby któregoś dnia na świecie zabrakło prądu, błądziliby jak dzieci we mgle. Weźmy Mirkę. Bez komórki jak bez ręki. Zanim zacznie jeść, musi najpierw coś tam oznaczyć i cyknąć zdjęcie na tego ich Facebooka albo Instagrama. Zabiera telefon nawet do toalety. Nie ma już wygodniejszych miejsc? Tam się idzie zrobić, co trzeba, i wraca, na kanapę na przykład. Kiedyś, chyba tylko dla hecy, bo nie wyobrażam sobie, żeby na poważnie, napisała „Daj lajka, jeśli żyjesz” i kilkaset osób to polubiło! To jest dla mnie nienormalne – sapnęła. – Normalne to było życie przed internetem, tyle ci powiem.

– Świat się zmienia, Rozalio – odparł mężczyzna z pobłażliwym uśmiechem. – Dzisiaj wszyscy korzystamy z social mediów i komunikatorów, bez internetu czy smartfona nie wyobrażamy sobie życia. A Facebook jest niczym czarodziejska kula, wszystko ci powie...

– A powie mi, jaka będzie pogoda w Przylesiu? Ci od pogody często się mylą i nie ma co im wierzyć. A ja tutejszą aurę mam we krwi. Poznaję ją po kolorze nieba. Po zapachu ziemi. I wiem, co będzie. – Kobieta z dumą pokiwała głową. – Mam to po matce. Przepowiedziała wielkie opady śniegu w osiemdziesiątym pierwszym, i co? Ty tego nie pamiętasz, bo koszulę w zębach nosiłeś, ale całe Przylesie było zagrzebane. Tym razem będzie niewiele lepiej, ja ci to mówię. – Po tej niezbyt optymistycznej prognozie nieoczekiwanie zmieniła wątek. – Tarasiukowa chlapnęła, że proponują ci pracę w klinice...

Mężczyzna głośno zassał powietrze, po czym powoli je wypuścił.

– Nikomu o tym nie mówiłem – przyznał. – Skąd ona to wie?

– Też pytanie, przecież pracuje na poczcie. Wie więcej niż ktokolwiek w Przylesiu i okolicach.

– To jest przestępstwo i za to odpowiada się przed sądem!

– A więc to prawda. – Kobieta nie zamierzała ciągnąć wątku przestępczego procederu Tarasiukowej. Sprawiedliwość jest jak oliwa i wstrętna plotkara kiedyś odpowie za czytanie cudzej korespondencji. – I co z nią zrobisz? Z tą propozycją?

– Nie zamierzam niczego zmieniać. Mam już swoje miejsce na ziemi, Rozalio.

– I tak jej powiedziałam. Że prędzej krowa nauczy się latać, niż ty przyjmiesz tę ofertę. – Zdjęła z wieszaka wysłużone palto. – Jedzenie zostawiłam w piekarniku, żeby nie wystygło, a jutro będziesz musiał jakoś sobie poradzić.

Mężczyzna spojrzał na nią przez szkła okularów z lekkim rozbawieniem.

– Bo nas zasypie?

– Żebyś wiedział. I dobrze. Przynajmniej odpoczniesz od pacjentów.

– Nie ma opcji. Lekarz to nie tylko zawód, to misja. Muszę dbać o swoich podopiecznych bez względu na wszystko.

– W pierwszej kolejności zadbaj o siebie – powiedziała surowo Rozalia. – Pracujesz bez wytchnienia, nie masz czasu ani na urlop, ani nawet na chorobę. Gdy się wykończysz, nie będziesz mógł zadbać o innych. Troska o swoje potrzeby to nie egoizm. To konieczność!

– Dbam wystarczająco – mruknął.

– Doprawdy? A kiedy ostatni raz zrobiłeś coś dla siebie? Poszedłeś do kina albo spotkałeś się z jakąś miłą dziewuszką? – dopytywała kobieta. – Chyba masz dość oleju w głowie, żeby wiedzieć, że nie samą pracą człowiek żyje. Powinieneś poszukać sobie odpowiedniej kobiety, mieć dzieci, normalnie żyć! To nie są żadne cuda. Wszyscy to umieją. A ty? Ani się obejrzysz, jak zostaniesz zgorzkniałym, nieszczęśliwym, samotnie starzejącym się odludkiem.

– To już nie można być samotnym i szczęśliwym? – zapytał chłodno.

– Samotny jesteś, ale czy szczęśliwy?...

*

Sen przeradzał się w rzeczywistość.

Poruszała się w żółwim tempie. Buty zapadały się po kostki w śniegu, przez co każdy krok wymagał ogromnego wysiłku. Czuła się bardziej jak pług niż człowiek. Świat spowity białą kurtyną kpił z niej, sypiąc śniegiem, który wirował wokół jak potężne białe tornado.

Silny podmuch pchnął ją do przodu. W ostatniej chwili wyciągnęła ręce i jej twarz zatrzymała się parę centymetrów nad białą zaspą. Zaczęła się podnosić, przeklinając pod nosem. Obrzuciła wzrokiem okolicę. Biel od nieba do ziemi. Nie było różnicy między łąkami, polami, pastwiskami, drogami – wszystko zniknęło, przykryte grubą warstwą śniegu. Żadnego śladu życia. Na tym pustkowiu samotne drzewo odcinało się czernią od białej płachty i wydawało się tu nie na miejscu. Jego konary były tak oblepione grubą warstwą lodu, że załamywały się pod jego ciężarem. Ana rozpaczliwie zapragnęła znaleźć się w ciepłym, bezpiecznym domu, usiąść w fotelu z filiżanką parującej herbaty przy dźwiękach muzyki relaksacyjnej...

Potrząsnęła głową. Nie chciała dopuszczać do głosu pragnień równie odległych jak gwiazdy. Musiała skupić się na tym, co tu i teraz. Schyliła głowę, by osłonić twarz od lodowatych podmuchów. Wiatr ze skowytem niósł kolejne fale śniegu, szarpał nią i popychał. Szła bokiem, jeden krok, drugi krok, kolejny... Każdy był torturą. Poruszyła palcami u nóg i stwierdziła, że jej buty zupełnie przestały chronić przed mrozem.

Nieraz bywała w trudnych sytuacjach, miewała chwile lęku czy zwątpienia, lecz nigdy się nie poddawała. Była swoją tarczą i mieczem, silną kobietą, która wiedziała, jak walczyć o swoje i bronić się przed światem. Właśnie tego ją nauczono – twardego charakteru i wiary we własne możliwości. Ale teraz ta wiara słabła z każdym krokiem. Człowiek wobec ogromnej siły, jaką jest natura, zawsze stoi na straconej pozycji.

Z wysiłkiem przeszła jeszcze kilkanaście metrów i nagle upadła. Próbowała wstać, lecz mięśnie odmówiły jej posłuszeństwa. Dotarła na sam kraniec swoich możliwości. Leżała na białym posłaniu, popadając w odrętwienie i przestając cokolwiek czuć.

Walcz!

Kategoryczny głos mamy rozległ się w głowie Any tak wyraźnie, jak gdyby zmarła powróciła z zaświatów, by powiedzieć coś, czemu absolutnie nie wolno się sprzeciwić. A może ona sama wypowiedziała na głos to słowo?

Nieważne. Musi walczyć, żeby przeżyć.

Wstała z trudem. Ruszyła do przodu, powłócząc nogami, a każdy krok sprawiał wrażenie ostatniego. Sekundy zamieniały się w minuty, a może nawet godziny – nie była tego pewna, ponieważ czas rozciągał się w nieskończoność. Zaczęła bezgłośnie się modlić. „Aniele Boży, stróżu mój...” – powtarzała w myślach wygrzebane z pamięci słowa. Podobno kiedy ktoś się modli, rośnie w nim odwaga...

Jej strach był silniejszy od odwagi.

W momencie gdy dotarło do niej, że będzie musiała się poddać, śnieżyca ustała, zupełnie jakby ktoś zakręcił kurek w tej piekielnej chmurze. Wściekły ryk wiatru ucichł. Choć nadal sypał śnieg, to zmarznięte płatki już nie zacinały z impetem w twarz, lecz miękko opadały na ziemię. Ana podniosła głowę i westchnęła cichutko, gdy zobaczyła rozmytą smugę światła, która przebijała się przez mrok. Ruszyła w jej stronę. Światełko rosło i stawało się coraz wyraźniejsze, aż w końcu ujrzała rozświetlone okno parterowego domku z gankiem. Pomyślała, że nigdy nie była świadkiem równie pokrzepiającego widoku.

Pokonanie trzech schodków trwało w nieskończoność.

– Niech... ktoś... mi... pomoże! – Każde słowo było rozpaczliwym, schrypniętym wołaniem o ratunek. Chwilę stała, chwiejąc się na nogach, po czym upadła niczym marionetka, którą ktoś wypuścił z rąk.

Ironia losu... – pomyślała ospale.

Ostatnią rzeczą, którą zabierze ze sobą na drugą stronę, będzie obraz tych drzwi – nadziei, która umarła szybciej, niż się zrodziła.

*

To, co rozgrywało się na zewnątrz, miało w sobie coś z piekła. Dom wzdychał i jęczał pod naporem wiatru, który napierał na ściany budynku z ogromną siłą. Walecki wzdrygnął się, jakby nagle zrobiło mu się zimno. „O, śmierć przeszła obok” – mawiała w takich chwilach babcia. Jakoś ten tekst nie wydał mu się w tej chwili pustym powiedzonkiem.

Leżący u jego stóp czekoladowy wyżeł zaskamlał żałośnie.

– Też nie mogę w to uwierzyć, staruszku – powiedział mężczyzna. – Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Bez obawy, ten przeklęty wiatr na pewno zaraz osłabnie.

Jaro przekrzywił łeb w typowy dla niego sposób i parsknął cicho. Walecki nie musiał znać psiego języka, by go zrozumieć. Pies mówił, że obraża go posądzenie o bojaźliwość. Znali się od dziesięciu lat i jego pan powinien już sobie przyswoić, że przeraża go tylko jedna rzecz: widok strzykawki.

Mężczyzna otworzył piekarnik i z lubością wciągnął w nozdrza zapach, który unosił się z przygotowanej przez Rozalię potrawki.

Nie mógł winić tej kobiety za to, że próbuje przywrócić równowagę w jego życiu. Była jak matka, która mówi: to zły kierunek, nie idź tam, bo zabłądzisz. Ale dziecko brnie dalej, bo przecież wie lepiej. Marcel wiedział, że lubi swoją samotność. A może raczej ją toleruje, tak jak toleruje się starego i nieco męczącego przyjaciela. Był sam od dwunastu lat i już nie mógł sobie wyobrazić innego życia. Żył własnym rytmem, z dnia na dzień, spotykał się z pacjentami, ale najlepiej czuł się we własnym towarzystwie. Nie szukał też kobiety. Ani na jedną noc, ani na resztę życia. Samotność bywa lepsza od nieudanych związków, rozczarowań, smutku, cierpienia.

Zastanowił się przez krótką chwilę, jakie to uczucie znów kogoś pokochać. Czy z tą blizną na sercu byłby w stanie obdarzyć miłością inną kobietę? Mimo rany ono nadal biło. Może wolniej, ale biło...

Odechciało mu się jeść. Zamknął piekarnik i spojrzał przez okno. Za malowaną mrozem szybą niewiele dawało się dostrzec, ale wściekły ryk ustał, a wiatr osłabł. Mężczyzna pomyślał, że powinien wykorzystać tę ciszę – odpocząć, może godzinę się zdrzemnąć. Był zmęczony nie tyle samą pracą, ile marudzącym pacjentem, któremu wyjątkowo dziś nic nie pasowało. Czasami się zastanawiał, po co niektórym lekarz, skoro i tak sami wiedzą lepiej, co im dolega. Bo przeczytali w internecie, bo znajomy mówił, bo im się wydaje... Coś musi być na rzeczy w stwierdzeniu, że na dwóch Polaków trzech jest lekarzem...

Zastygł w bezruchu. Do jego uszu dotarł nieoczekiwany dźwięk, w pierwszym momencie trudny do zdefiniowania. Jakby ludzki głos, cichy i ledwie słyszalny. Szybko spojrzał na wyżła, który zastrzygł uszami, a po chwili zerwał się i zaczął niespokojnie szczekać. Marcel założył kurtkę, sięgnął po latarkę i otworzył drzwi.

Na ganku zobaczył drobną postać leżącą na boku pod dziwnym kątem. Jasne włosy wymknęły się spod bawełnianej czapki i rozsypały po ramionach i podłodze. Światło latarki pozwalało dojrzeć pociągłą, przeraźliwie bladą twarz o sinych z wyziębienia wargach. Wyglądała przerażająco, bardziej na umarłą niż żywą.

Otwierając drzwi, Walecki nie wiedział, czego się spodziewać, ale widok nieruchomego ciała ściął mu krew w żyłach. Jego spojrzenie stało się na ułamek sekundy puste. Zupełnie jak wtedy...

Przed oczami przewinął mu się obrazek sprzed dziesięciu laty. Na jego dyżur w szpitalu przywieźli zgwałconą i pobitą do nieprzytomności piętnastoletnią dziewczynę, właściwie jeszcze dziecko. Na jedną króciutką chwilę ogarnęła go wówczas jakaś mroczna pustka. Nastolatka zmarła na stole operacyjnym po godzinie, a on dalej ją zszywał, używając cienkich delikatnych nici, żeby nie miała żadnych blizn. Kiedy skończył, ogarnęła go bezradność i ponura rozpacz. Myśl, że miałby spędzić resztę życia, zszywając rany, które ludzie nawzajem sobie zadają, była nie do zniesienia. Jeszcze tego samego dnia złożył wypowiedzenie, rezygnując z zapowiadającej się świetnie kariery chirurga.

Jaro uniósł łeb i szczeknął, patrząc na przyrośniętego do ziemi pana z wyrzutem, jakby chciał zapytać: „Będziesz tu, człowieku, tak stał i nic nie robił? Jesteś lekarzem!”.

Walecki przykucnął. Oparł dłoń na piersi kobiety i przysunął ucho do jej ust. Jaro zaczął skamleć, więc mężczyzna go uciszył. W końcu usłyszał słaby, płytki oddech. Szybko wsunął dłonie pod jej ramiona i kolana, po czym bez wysiłku podniósł nieprzytomną i zaniósł do gabinetu, przez cały czas mówiąc do niej cicho:

– Już dobrze, znalazłem cię... Trzymaj się. Otwórz oczy. Zrób to dla mnie i otwórz oczy...

Ułożył ciało na kozetce nakrytej cienkim pledem.

– Słyszysz mnie? No już. Ocknij się, dziewczyno! – wołał, zdejmując z niej przemoczone ubranie.

Nagle poruszyła się niespokojnie.

– Nie... Zostaw... Trzymaj łapska przy sobie... – Jej głos był ochrypły i niewyraźny.

– Będzie dobrze... Zajmę się tobą.

– Molestując?

To pytanie kompletnie go zaskoczyło. W sensie, że chce ją zaciągnąć w krzaki i zmusić do niecnych czynów? Podniósł gwałtownie głowę i jego spojrzenie napotkało półprzymknięte zaszklone oczy.

– Nie na pierwszej randce – wyrwało mu się, zanim zdążył ugryźć się w język. Ostatnia rzecz, jakiej chciał, to ją przestraszyć.

Powieki nieznajomej zatrzepotały. Oddychała z trudem i drżała na całym ciele. Doktor zmierzył jej ciśnienie. Było dość niskie, za to tętno miała wysokie – albo z odwodnienia, albo z wyczerpania, albo jedno i drugie. Przypiął jej do palca pulsoksymetr i czekał na odczyt, nie spuszczając z niej oka.

Ocenił, że może być trochę po trzydziestce, chociaż przez stan, w jakim się znajdowała, trudno było oszacować wiek. Nie miała wyraźnych kontuzji oprócz rozciętego czoła i czerwonych pręg na twarzy. Nie mógł pojąć, jak uniknęła odmrożenia. Sądząc po kurtce, którą pokrywała lodowo-śniegowa skorupa, musiała przejść kilka kilometrów w strasznych warunkach.

Saturacja krwi była na granicy normy, ale nie była to niepokojąca wartość. Walecki pokręcił głową. Słoń by tego nie udźwignął, a jej się udało. Ludzka wola przetrwania nigdy nie przestanie go zdumiewać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Powieści obyczajowe, kryminały, thrilleryWciągające i niebanalneZaczytaj się!

www.prozami.pl

Księgarnia wysyłkowawww.literaturainspiruje.pl

.

Krystyna Bartłomiejczyk

Dziewczyna z czerwonym warkoczem

Kopciuszek czy femme fatale? Jaką tajemnicę skrywa dziewczyna z czerwonym warkoczem?

Kiedy Janka Sokół otwiera stary kufer, należący niegdyś do jej prababki Marcjanny, nie wie jeszcze, że zapoczątkuje tym serię niezwykłych zdarzeń. Nagle ta twardo stąpająca po ziemi dziewczyna staje w obliczu niewyjaśnionych zjawisk i musi zmierzyć się z przeszłością, a przede wszystkim z samą sobą. To, co jeszcze wczoraj było pewne, dziś dla Janki już takie nie jest... Niełatwo jest dociec prawdy, gdy rodzina ma sekrety. Trudno też ocenić, kto naprawdę kocha, a kto tylko wykorzystuje dla własnych celów.