Dom Babel - Per Christian Jersild - ebook

Dom Babel ebook

Per Christian Jersild

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 ISBN 8321004768

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Pobiedziskach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 469

Rok wydania: 1984

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PER CHRISTIAN

Jersild

DOM BABEL

Per Christian Jersild ur. 1935 r. Studiował medycynę w Sztokholmie. Od 1962 r. praktykuje jako lekarz.

W dziedzinie literatury zadebiutował zbiorem opowiadań Raknelara (1960, Nauka, rachunków). Jest autorem m.in. powieści: Do cieplejszych krajów (Tżłl varmare Idnder, 1961), Ledig lórdag (1963. Wolna sobota), Calvinols resa genem varlden (1965, Podróż Calvinola przez świat), Grisjakten (1968, Polowanie na świnie), Djurdoktorn (1973, Weterynarz), Barnens (1976, Wyspa dzieci). En levande sjiil (1980, Żyjąca dusza). W swej twórczości pisarz porusza problemy moralności i odpowiedzialności, analizuje psychikę przeciętnego człowieka, jego poglądy na świat i sposób życia. Dom Babel jest powieścią o społeczności supernowoczesnego szpitala-molocha w Sztokholmie. Jest to wstrząsający dokument o współczesnym systemie opieki zdrowotnej, o problemach leczenia w warunkach najnowocześniejszych klinik światowych, gdzie pacjent zdegradowany zostaje do roli maleńkiego elementu w skomputeryzowanym, bezdusznym świecie nowoczesnej medycyny.

SERIA DZIKŁ

PISARZY SK A INDY NAW SKICII

PER CHRISTIAN Jersild

DOM BABKI.

Przełożył ze szwedzkiego Zdzisław Wawrzyniak

WYDAWNICTWO POZNAŃSKIM • PO/N VŃ • 1"^4

Tytuł oryginału: Babels hus

Opracowanie graficzne: Krzysztof Racinowski

<I.S*'pup-

UW

/Li'?-o";

f°r the Pollsh edition by Wydawnictwo Poznańskie ISBN 83-210-0476-8

Wszechstronny, szczegółowy i równocześnie zróżnicowany opis dużego szpitala jest niemożliwy. Posłużyłem się tradycyjnym prawem powieści do subiektywizmu. Dlatego niniejsze opowiadanie należy porównać także z odmiennymi ujęciami służby zdrowia w Szwecji.

Autor

STRESZCZENIE

Każdego roku umiera w Szwecji około 90 000 ludzi. Większość z nich umiera na choroby serca i naczyń krwionośnych, to znaczy, na skutek wylewu krwi do mózgu, zawału lub innych zjawisk, których źródłem jest to, że przestają funkcjonować naczynia. Następuje albo takie zatłuszczenie, zwapnienie i zablokowanie tkanką łączną, że krew przeciska się z trudem lub w ogóle nie może się przedostać do narządów ważnych dla życia organizmu — albo też tętnice robią się kruche jak papier i pod wpływem ciśnienia krwi pękają, czego następstwem są krwawienia, bardzo groźne dla życia ustroju.

O przyczynach nie wiemy zbyt dużo. Można śledzić procesy chorobowe pod mikroskopem, można zobaczyć, jak czerwone ciałka krwi układają się w stosy, tworzą tak zwane „słupki monet", które z inflacyjną szybkością rozrastają się w śmiertelne czopy. Na podstawie takich bezpośrednich obserwacji nie można wnioskować, że choroby te wynikają z dobrobytu. Niektórzy widzą związki z odżywianiem się, inni wskazują na dziedziczność. Lekarze z morali-stycznym zapałem polecają przede wszystkim różne ograniczenia w jedzeniu i piciu oraz ćwiczenia fizyczne. Jakiekolwiek dowody są znikome. Nikt nie wie nawet, czy chodzi

0 chorobę — czy też o normalne starzenie się.

Na drugim miejscu w wykazie przyczyn śmierci znajdują się choroby nowotworowe, które zwykle nazywa się rakiem. Zasadą powstawania raka jest to, że jedna, a czasem kilka komórek równocześnie, zaczyna rozrastać się w sposób niekontrolowany; można by powiedzieć też: na skutek decentralizacji. Komórka rakowa rzadko kieruje się innymi celami niż swoim własnym, to znaczy, niepohamowanym rozrostem. W złośliwych przypadkach nowotwór wypiera narządy organizmu i niszczy je doszczętnie. Rak potrafi także wysyłać swoich satelitów i tworzyć tzw. przerzuty w różnych częściach ciała, by je potem okupować

1 eksploatować dla siebie. W końcu całe ciało umiera tylko dlatego, że jedna pojedyncza komórka przedkłada indywidualizm nad solidarność i współpracę.

Wydatkowane są miliardy na rozwiązanie zagadki raka. Brzmi to dość pradoksalnie, gdyż przyczyny są już dość dobrze poznane. Światowa Organizacja Zdrowia stwierdziła niedawno, że ponad 90 procent zachorowań na raka według wszelkiego prawdopodobieństwa jest powodowanych przez czynniki środowiskowe: dymy i pyły, radioaktywność, spaliny, środki czystości, tworzywa sztuczne, plastyk, środki do zwalczania szkodników roślin, papierosy i tysiące innych rzeczy znanych w dobrobycie. Pomimo to dziesiątki tysięcy badaczy spędza całe dni (i przypuszczalnie noce) przy probówkach i mikroskopach elektronowych, śledząc życie wewnętrzne komórki oraz te mechanizmy, które na poziomie molekularnym prowadzą do jej przekształcenia w komórkę rakową. Cóż się stanie wtedy, gdy wbrew przypuszczeniom badania zostaną uwieńczone sukcesem? Gdy jakiś laureat nagrody Nobla ogłosi, iż rak polega na tym, że X łączy się z Y, i pod wpływem Z powstaje nowotwór? Efekt takiego odkrycia pozostanie marginalny — dopóki nie uzdrowimy naszego środowiska. A to, o czym wie nawet małe dziecko, jest kwestią polityczną.

Trzecia spośród częstych przyczyn śmierci nosi nazwę „urazy zewnętrzne i zatrucia". Do tej rubryki wlicza się śmiertelne wypadki wśród dzieci, wypadki w ruchu drogowym i ulicznym, wypadki przy pracy, samobójstwa i inne. Zwłaszcza wypadki cieszą się wielkim zainteresowaniem, zainteresowanie tym problemem jest odwrotnie proporcjonalne do jego wielkości. Sporo uwagi poświęca się teraz liczebnie najniżej stojącej kategorii wypadków, mianowicie wypadkom przy pracy. Rośnie również zainteresowanie liczebnie trochę poważniejszą grupą wypadków u dzieci. Liczba ofiar wypadków drogowych ustabilizowała się w ostatnim czasie na poziomie nieco ponad 1 000 ofiar śmiertelnych na rok, i wydaje się, że wszyscy z milczącym przyzwoleniem uważają, iż jest to przyzwoity poziom. Najwięk-szej z grup, samobójstwom, których liczba wynosi prawie dwa razy tyle co liczba ofiar drogowych, nie poświęca się prawie żadnej uwagi.

Można wysunąć zastrzeżenie, iż łańcuch przyczyn i skutków jest często bardzo skomplikowany. Aby nastąpił wypadek kończący się śmiercią, musi współgrać ze sobą tyle różnych czynników, iż trudno go przewidzieć. Dlatego społeczeństwo ze zrozumiałych powodów przywiązuje do tych spraw mniejszą wagę. Być może. Ale czasem sprawy te wcale nie są tak bardzo zawikłane. Jeżeli na przykład na wąską i śliską drogę asfaltową wypuści się wystarczająco dużą ilość pojazdów silnikowych pędzących z ogromną i słabo kontrolowaną szybkością. Jeśli przyjąć, że pojazdy te poruszać się będą w całkowicie przeciwstawnych kierunkach — po tak zwanej trasie kolizyjnej — to można z pomocą komputerów dość dokładnie obliczyć spodziewaną ilość nieszczęśliwych wypadków na danym odcinku szosy. Dane, które wyprodukują komputery, można podwyższyć, jeśli uwzględnimy dodatkowe czynniki w postaci mgły i opadów śniegu. Jeżeli natomiast w strumień ruchu wpuścimy określoną ilość dobrze widocznych wozów policyjnych, liczba spodziewanych wypadków obniży się znacznie.

Wszystko to pokazuje, że znajomość przyczyn i skutków chorób i urazów nie ma większego znaczenia. Kto twierdzi, iż samo poznanie przyczyn jakiejś choroby prowadzi do jej zlikwidowania, nie ma racji.

Byłoby grubym oszczerstwem twierdzenie, iż cywilizowany świat nie wydaje poważnych sum na zahamowanie chorób i ograniczenie umieralności. Nie powinno mącić obrazu to, iż inne pozycje w budżecie, na przykład wydatki na cele wojskowe są wielokrotnie wyższe. Celem obronności jest przecież uniknięcie śmierci własnych żołnierzy, jak i śmierci ludności cywilnej. Jest to cel wspólny dla obronności i lecznictwa. Nie da się zaprzeczyć, że w pewnych sytuacjach obrona kraju wymaga większej ilości poległych niż ocalonych, ale nie jest to argument przemawiający za przyznaniem równych praw obronności i lecznictwu.

W Szwecji już od dawna wydatki na służbę zdrowia zajmują jedną z najpoważniejszych pozycji w budżecie. Budżet opieki zdrowotnej stale rośnie — lawinowo mawiają niektórzy, ale lawina przecież porusza się zazwyczaj w dół, a nie w górę. Do tej pory wydatki na zdrowie wcale nie miały zamiaru w jakiś znaczący sposób podporządkować się zjawiskom koniunktury gospodarczej. Mimo ogromnych wysiłków ze strony polityków choroby i ich koszty następcze wykazują własną krzywą wzrostu, i to nieustannie dynamicznego wzrostu, pomimo stagnacji i nastrojów depresyjnych w gospodarce. Dobrą stroną tego stanu rzeczy jest to, że przemysł farmaceutyczny nie musi, jak inne gałęzie wytwórczości w czasach niskiej koniunktury, ani zmniejszać produkcji, ani zwalniać swoich pracowników. Niektórzy twierdzą nawet, że zachodzi relacja odwrotności: ciężkie czasy bezrobocia pobudzają konsumpcję pigułek szczęścia, środków antydepresyjnych, tabletek nasennych i lekarstw na wrzody żołądka.

Czy wszystkie te miliardy i ciągle rosnące miliardowe kwoty wydatkowane na opiekę zdrowotną i lecznictwo doprowadziły do widocznych i odczuwalnych rezultatów? Czy poprzez wysiłki medyczne zmniejszyła się wyraźnie ilość zachorowań i śmiertelność ludzi w Szwecji? Odpowiedź musi zabrzmieć równie boleśnie, jak i niepewnie: w niektórych pojedynczych przypadkach z pewnością tak; dla pewnych specjalnych grup o określonym ryzyku — prawdopodobnie, ale biorąc pod uwagę ogół ludności, nie można udowodnić absolutnego i jednoznacznego związku między zwiększonymi nakładami na lecznictwo a lepszym stanem zdrowia lub dłuższym czasem życia. Możliwe, że odpowiedź nie może być inna, gdyż nie potrafimy jeszcze mierzyć efektów działań medycznych.

Nikt nie wie więc, jaka jest naprawdę służba zdrowia w Szwecji. Ale jeśli ktoś na podstawie tego faktu sądzi, iż można by częściowo ograniczyć lub generalnie zmniejszyć rozmiary wysiłków podejmowanych w tej dziedzinie, popełnia poważny błąd myślowy. Punktem wyjścia takiego rozumowania jest bowiem przesąd, głoszący, iż współczesne społeczeństwo jest zbudowane na racjonalnych fundamentach. Bo to nieprawda. Jeśli nie mamy żadnej możliwości zbadania efektywności naszych wysiłków w dziedzinie obronności, ani też nie możemy sprawdzić w poważny i odpowiedzialny sposób, co właściwie dzieje się z naszymi dziećmi w obecnym systemie szkolnictwa — to dlaczego mielibyśmy stawiać surowsze wymagania pod adresem służby zdrowia? Lecznictwo jest mimo wszystko dość czułym miejscem w społeczeństwie, którego fundamentami jeszcze w wielu dziedzinach w obecnej dobie, pod koniec dwudziestego wieku są wierzenia, aksjomaty i czary. Z tej perspektywy również na medycynę trzeba spojrzeć mniej surowym okiem. Udział magii medycznej w leczeniu jest z pewnością większy niż wkład logiki, prawdomówności i naukowej uczciwości. Mamy takie lecznictwo, na jakie zasługujemy. Że nie dajemy sobie z nim rady, to inna sprawa.

W Sztokholmie jest kilka wielkich szpitali. W północnych dzielnicach miasta znajdują się na przykład znane szpitale: Karoliński, Danderyd, Sabbatsberg, Św. Eryka, Św. Gorana oraz szpital wojskowy Serafinów. W południowej części Wielkiego Sztokholmu, w której, patrząc ogólnie, problemy medyczne i socjalne są większe, a tym samym i większe zapotrzebowanie na opiekę nad chorymi, znajduje się mniej więcej o połowę mniej szpitali niż w części północnej, a więc: szpital Soder, szpital Huddinge i jako ostatni w szeregu — supernowoczesny szpital Enskede.

Planiści, którzy się zajmują planowaniem w obrębie szpitalnictwa, wiedzą doskonale, iż ludziom nie są najbardziej potrzebne duże szpitale. Na miejscu potrzebne są przede wszystkim różne placówki lecznictwa bezpośredniego: pielęgniarki w poszczególnych dzielnicach i dystryktach, lepsza opieka nad chorymi w mieszkaniach, więcej placówek lecznictwa otwartego i wiele małych jednostek leczenia długoterminowego. Nie znaczy to wcale, iż wielkie szpitale są bezużyteczne. Przeciwnie. Ale znaczy to także, że lecznictwo jako całość, jako system, funkcjonuje jednak źle. Szpitalom--olbrzymom brakuje bazy, są to olbrzymy na glinianych nogach, stojące na lotnym piasku, które łatwo mogą przechylić się w którąkolwiek stronę.

Kiedy wiosną 1979 roku szpital Enskede został poświęcony i oficjalnie otwarty przez króla i królową, budowla ta nie była tylko szpitalem, lecz równocześnie olbrzymim pomnikiem z kamienia i stali wystawionym polityce leczniczej lat sześćdziesiątych. W latach sześćdziesiątych zastosowano w szpitalnictwie metody budownictwa przemysłowego: poszukiwano dużych, racjonalnych jednostek o wysokiej efektywności. Budowano swoistego rodzaju silosy wiedzy i opieki, inaczej mówiąc, medyczne bazyliki dla ukołysania ludzi w dobrej wierze i pewności. Lecznictwo zaczęło się zachowywać jak władze okupacyjne w obcym kraju, jak mocarstwo, które zamknęło się w bunkrach i twierdzach nie do zdobycia, z których lekarze i pielęgniarki nie ośmielali się wyjść w nocy na świeże powietrze.

Jeszcze na parę lat przed rozpoczęciem budowy szpitala Enskede większość ludzi odpowiedzialnych w tym zakresie było tego samego zdania, iż budowanie wielkich szpitali jest błędem. Lecz ważne decyzje, raz już powzięte, nie dają się tak łatwo zmienić. Zmiany w polityce dotyczącej lecznictwa można porównać do prób zatrzymania parowca oceanicznego. Jest to możliwe dopiero po drugiej stronie horyzontu.

Niektóre najnowsze szpitale wyglądają rzeczywiście jak parowce oceaniczne albo raczej jak promy samochodowe: wysokie, zwarte konstrukcje metalowe ze zwodzonymi bramami dla samochodów i garażami do parkowania. Ale większość szpitali w Sztokholmie jest starszej daty i odzwierciedla w swojej architekturze atmosferę czasów budowy. Szpital Karoliński pochodzi z czasów mobilizacji wojennej i swoją budową przypomina garnizon. Większe i mniejsze budynki, rozsiane wśród zarośli i pagórków, bez widocznego ładu wewnętrznego. Dzieci mają swój wieżowiec, sercowcy swój, i umysłowo chorzy również całkiem własny z zakratowanymi oknami. Wygląda to tak, jakby architekt chciał ściśle pooddzielać jedne części od drugich, podzielić wszystko na poszczególne kategorie. Tak, jakby ci, co znajdują się w koszarach, nie mogli dostać się bezpośrednio ani do kantyny oficerskiej, ani do administracji. Dlaczego? Czyżby z lęku przed tym, że któregoś dnia wszyscy pacjenci mogliby się zjednoczyć i zbuntować?

Szpital Południowy znajdujący się na wysokiej niedostępnej skale tworzy długi, zwarty mur, oddzielony od Południowego Sztokholmu głębokiem rowem szosy. Szpital Huddinge, widziany z lotu ptaka, jest podobny do stoczni okrętowej z rzędem suchych doków, tak jakby pomyślano, że płaskodache wieżowce stojące na zachodnim wzgórzu Fleminga przygotowano do rozbiórki i przeładunku. Najnowszy szpital, Enskede, posiada konstrukcję szokującą oko. Szpital ten składa się z kilku półwysokich sześciennych pawilonów o niebieskich i płaskich dachach. Sześciany połączone są długimi krytymi przejściami. Od niektórych sześcianów odchodzą na oślep boczne budynki bęz wyraźnego planu. Wzorem dla architekta była z pewnością zabudowa nowoczesnego dworca lotniczego.

Współczesne lotnisko funkcjonuje jak ciąg funkcji logicznych: pasażerowie przybywają, okazują bilety, przechodzą przez kontrolę paszportową, kupują alkohol bez cła, wypijają w barze butelkę piwa eksportowego, robią siusiu i ustawiają się w kolejce przy wyjściu, aby zająć potem dobre miejsce w samolocie, najchętniej przy wyjściu bezpieczeństwa.

Czy podobny łańcuch funkcji logicznych można znaleźć w szpitalu? Oczywiście. Szpital jest podobny do sortowni. Kto przybywa do szpitala, winien najpierw udowodnić, że jest chory. Co to znaczy być chorym? Co to jest choroba? Jak wygląda choroba? W tym względzie zdania są podzielone. Postępowanie dowodowe po przybyciu do szpitala może być czasem wcale skomplikowane. W końcu jednak ktoś decyduje ■— zazwyczaj lekarz — czy zachodzi przypadek choroby, czy nie. Kto nie jest chory, jest zatem zdrowy i może udać się do domu z powrotem.

Następnie próbuje się ustalić dokładniej rodzaj choroby. Dopiero potem zaczyna się właściwe leczenie. Człowieka chorego należy leczyć. Oczywiście szpital oczekuje od pacjenta wzajemności, to jest określonych reakcji na zabiegi lecznicze, to znaczy albo wyzdrowienia, albo przynajmniej polepszenia. Jednym słowem: pacjent powinien byc chory — a po zabiegach — mniej lub bardziej, ale zdrowy. Wszyscy ludzie lub zdarzenia, które nie mieszczą się w tych ramach, traktowane są przez lekarzy jako odstępstwa od reguły. Człowiek, który nie potrafi udowodnić, że jest chory, nie ma w szpitalu nic do roboty. Pacjent, który mimo ogromnych wysiłków czuje się coraz gorzej, w normalnym szpitalu nie ma nic do szukania. Kto zaś umiera, okazuje szpitalnictwu wotum nieufności. Ten kategoryczny podział jest konieczny. W przeciwnym razie cały system mógłby się zawalić. Trzeba po prostu trzymać się następującego wyznania wiary: Chory może wyzdrowieć jedynie na skutek zabiegów medycznych.

Niestety, nie ma żadnego większego szpitala, który w swojej architekturze odzwierciadlałby wyraźnie swoje funkcje tak, jak dworzec lotniczy. Szpitale mogą wyglądać różnie. Raz jest to niby budynek gospodarczy, raz jakiś zamek z osiemnastego wieku, kiedy indziej baraki obozowe lub elektrownia atomowa. Szpital Enskede wygląda jak lotnisko. Nie oznacza to jednak, że znajduje się tam całkiem naturalne wejście i dla wszystkich oczywiste wyjście. Przy pierwszym zbliżeniu do szpitala — obojętnie z powietrza czy z ziemi — trudno ocenić właściwie funkcje jego poszczególnych części. Na przykład postronnego obserwatora kusi hipoteza, że ten mały budyneczek ze szpiczastym dachem, stojący trochę na uboczu to oddział nagrzewania i kąpieli w solach leczniczych. Tymczasem jest akurat odwrotnie. Dlatego w szpitalu tym jest bardzo trudno znaleźć cokolwiek. Korytarze nie mają okien, co uniemożliwia orientację przy pomocy otoczenia zewnętrznego. Zamiast tego poszczególne części szpitala posiadają swoje oznaczenia kodowe, a korytarze mają nazwy jak ulice: ulica Serca, ulica Płuc, ulica Wątroby, itd. Ściany są pomalowane na różne kolory. Kto ma na przykład odebrać wyniki badań rentgenowskich, jest proszony o udanie się do budynku Dawid Czerwony, ulica Promieni, piętro IV, pokój 1688.

Innym faktem wyróżniającym wielkie szpitale są liczne języki, którymi się tam mówi. W kuchni słychać szwedzki, fiński i serbo-chorwacki. Sprzątaczki mówią przeważnie po turecku, a na ulicach Królików, Szczurów i Świnek Morskich, to znaczy w budynku badań naukowych, często mówi się po angielsku. Jest jeszcze inny rodzaj pomieszania języków, które nie ma nic wspólnego z narodowościami. W administracji szpitala mówi się nowoczesnym językiem biurokratycznym, wtrącając terminy z żargonu budżetowego: input i output, na oddziale chirurgicznym wydaje się krótkie metaliczne polecenia: Cęgi! Szwy! Krew! W laboratoriach mówi się wzorami chemicznymi, językiem stakka-to wielkich liter. W aptece aplikuje się język preparatów, na oddziale komputerów słowami są cyfry, w klinice psychiatrycznej słychać terminologię behawioru, a w archiwum — łacinę. Pomiędzy sobą poszczególne jednostki i kategorie osobowe prawie w ogóle nie rozmawiają.

Wszystkie te języki przeciwstawiają się językowi pacjentów. Większość pacjentów nie umie wyrażać się precyzyjnie i naukowo poprawnie. W pogotowiu na przykład pacjenta tylko boli, mąci mu się w głowie, czuje niewyspanie, jest przybity, zatruty, nieprzytomny, zemdlały, nierzadko pijany albo zatacza się od ściany do ściany jak wróbel w szybie świetlnym.

PIERWSZY POBYT W SZPITALU^^

I

Szpital Enskede obejmował w roku 1979 swoim zasięgiem przyjęć, z grubsza biorąc, północno-zachodnie dzielnice południowej części Wielkiego Sztokholmu. Zabudowa na tym terenie była mieszana: kilka osiedli całkiem nowych wieżowców, rozległy teren pokryty willami i domkami jednoro-dziennymi, zbudowanymi u końca lat dwudziestych, a-oprócz tego wielki przemysł, urządzenia portowe, ładownie i tereny wystawowe. Przy jeziorze Malaren, na płaskim wzniesieniu, stały nowo zbudowane szeregowce w cenie rzędu trzech czwartych miliona koron. Dominujący typ zabudowy stanowiły jednak starsze trzypiętrowe domy czynszowe, wzniesione w pierwszych latach po drugiej wojnie światowej. Domy te, bez wind, zbudowano dość marnie i z kiepskiego materiału. Większość z nich była zaniedbana: tynk się sypał, okna się wypaczyły, drzwi pokrzywiły, a dachówki na dachu z roku na rok czerniały coraz bardziej. Można by pomyśleć, że jakaś straszliwa powódź nawiedziła ten teren, woda wzniosła się niespodziewanie aż po wierzchołki domów, a potem cofnęła się, opadła, pozostawiając po sobie graty najróżniejszego rodzaju: stare choinki, auta bez kół, zepsute zabawki, glinę i piasek. W parkach widać było pożółkłą trawę morską. Przed trzydziestu laty mieszkały tutaj rodziny z dziećmi -— teraz prawie wyłącznie pozostali starsi ludzie, emeryci i renciści, zwłaszcza dużo osób pobierających rentę chorobową.

W miejscu, które zajmuje obecnie szpital Enskede, znajdował się kiedyś największy w całym Sztokholmie teren ogródków działkowych. Na początku lat sześćdziesiątych wszystkie domki zburzono, a buldożery zrównały ogródki z ziemią, aby przygotować plac pod budowę szpitala. Jednakże plany budowy zmieniano kilkakrotnie i trwało to prawie dwadzieścia lat, nim wreszcie w końcu wybudowano szpital.

Szpital był położony na podłużnym placu wielkości krajowego por.tu lotniczego, przeciętym w kilku miejscach przez szerokie autostrady. Na dolnym końcu tego obszaru znajdują się supermarkety osady Arsta. Mniej więcej w środku całości, pod osłoną dojazdu do autostrady, pozostało dwadzieścia parę domków działkowych. Uchroniły się. Dlaczego, nikt nie wie. Może wyczerpały się fundusze na wyrównywanie terenu budowy albo zbankrutowała firma produkująca koparki. Teren ten był całkowicie odcięty od świata. Chociaż częściowo znajdował się pod jedną z autostrad, nie prowadziła doń żadna droga. Ludzie, którzy byli dzierżawcami lub właścicielami domków — ich status nie był całkiem jasny — musieli chodzić tam pieszo lub dojeżdżać rowerami po ścieżce wzdłuż brudnego rowu odpływowego, uwieńczonego metrowej wysokości pokrzywami. Władze przestały się całkowicie interesować tą resztą działek. Domki i ogródki nikomu już nie stały w drodze, a wyburzenie byłoby zbyt drogie, ponieważ brakowało dojazdu. Z tego samego powodu straż pożarna zrezygnowała z podpalenia zabudowań w ramach ćwiczeń strażaków. Nawet chuligani nie przejawiali większego zainteresowania tymi obiektami; przedostanie się do działek od strony autostrady wydawało się zmotoryzowanym młodzikom zbyt uciążliwe.

Domeczki na działkach były z gatunku najmniejszych, zbudowane tak, że nie nadawały się do noclegu. Służyły tylko jako schronienie przed niepogodą i szopy na narzędzia. Ale pomimo że powierzchnia ich nie wynosiła więcej niż cztery do sześciu metrów kwadratowych, swoim wyglądem domeczki te naśladowały normalne domy mieszkalne. Przypominały domki-zabawki dla dzieci; miały po kilka okienek, spadziste dachy, szklane werandy z daszkami i schodki. Stolarze postarali się o białe, kręte zdobienia w szczytach, podobnie upiększono ramy okien i drzwi. Kilka spośród niedawno chyba wykonanych domków nasiąknęło jakby stylem funkcjonalnym — przypominały one trochę gołębniki lub ustępy. Wszystkie te domeczki i nieco większe od nich ogródeczki były starannie utrzymane.

W jednym z ogródków siedział na drewnianym zydlu stary mężczyzna i przebierał czarne porzeczki. Widać było krótkie nogi i atletyczną klatkę piersiową. Miał na sobie szare ubranie, marynarka zwisała mu luźno z ramion, a szerokie spodnie, przytrzymywane szelkami, sięgały mu aż do brodawek piersi. Na nogach miał czarne sznurowane trzewiki, a na głowie jaskrawo czerwoną czapkę baseballową z długim daszkiem i przypiętym z przodu znaczkiem jakiegoś klubu sportowego. Nazywał się Primus Svensson, był przedtem drukarzem, a dokładnie dziewięć lat temu przeszedł na emeryturę. Każdego dnia przez cały rok, o ile pogoda na to pozwalała, przyjeżdżał rowerem tutaj, na swoją działkę.

Kiedy Primus Svensson odrywał wzrok od swoich sino-czerwonych palców i okrągłej nierdzewnej miski, którą trzymał między kolanami, widział w głębi, prosto na wschód od swojego ogródka, szpital Enskede. Był koniec sierpnia i słońce wisiało nisko. W wieczornym świetle beton błyszczał niebiesko. Słońce zapaliło szkło we wszystkich oknach szpitala, tak że lśniły teraz złotą czerwienią. Fasada szpitala wyglądała tak, jakby była pokryta tysiącem szwedzkich flag.

Włożył okulary i spróbował pod światło zobaczyć, która godzina. Odcyfrował na zegarku, że już dwadzieścia po szóstej. Zdjął okulary i schował je w sztywnym czarnym futerale, zapinanym na zatrzask. Wetknął futerał do kieszeni kamizelki i przebierał dalej porzeczki, w szybszym tempie niż przedtem. Spieszył się. Nie chciał wracać do domu o zmierzchu. Jadąc rowerem po ścieżce, nie widziałby dołków i dziur.

Nagle coś się stało w jego piersi. Zaświszczało mu w głowie, za oczami. Spróbował wciągnąć głęboko powietrze, ale w połowie oddechu musiał go powstrzymać, poczuł nagły i ostry dreszcz. Uczucie, że coś rozsadza mu piersi, rozchodziło się szeroko i w górę aż do dolnej szczęki. Nie śmiał oddychać. Czuł, jakby ktoś nagle rzucił się na niego z tyłu i trzymał go twardym zapaśniczym chwytem wokół klatki piersiowej. Po kilku sekundach mógł znowu oddychać. Ale głuchy i ciężki ból zalegał mu w samym środku piersi. Od czasu do czasu ukłuciami sięgał aż do ramion. To chyba żołądek, pomyślał Primus Svensson. Gazy i parcia cisną się ku górze. Od trzech dni nie załatwiał się.

Czuł mdłości i myślał, że zemdleje. Czapka uciskała mu czoło — ale zaciął zęby i dalej przebierał porzeczki. To chyba przejdzie. Jednak przeciwnie — bóle zwiększyły się, nie mógł się ruszyć z miejsca, nie śmiał nawet mrugnąć. Powoli wypuścił powietrze z płuc i żelazna obręcz bólu zelżała trochę. Zastanawiał się, jak się teraz dostanie do domu. Porzeczki musi zostawić. Wydawało mu się, że będzie najlepiej, jeśli pojedzie do domu i położy się do łóżka. Wypije szklankę wody z natronem i zawinie się prześcieradłem. Wstał powoli, pilnując przez cały czas bólu, jakby to była taca z przepełnionymi szklankami, którą należy utrzymywać w równowadze. Udało mu się dojść do roweru i wysypać porzeczki z miski do koszyka na bagażniku.

Przyszła mu na myśl czerwona czapka baseballowa, którą kupił niedawno w sklepie z zabawkami. Przez kilka lat jeździł w brązowym kapeluszu, wciśniętym głęboko na uszy. Czapka była lepsza, nie spadała z głowy za lada powiewem wiatru, a poza tym w ruchu ulicznym był dzięki niej lepiej widoczny. Oparł się o rower i spojrzał w górę ku fasadzie szpitala. Zastanawiał się, czy by go zobaczyli stamtąd, gdyby uniósł swoją czerwoną czapkę i zaczął nią machać ponad głową? Ale z pewnością go teraz nie widzą. Najwyżej przez lornetkę, tak, to byłoby możliwe. Ale czemu mieliby mieć obserwatorów, stojących na dachu i uważających na to, kto jest akurat chory, a kto zdrowy?

Z zesztywniałą piersią udało mu się wnieść stołek i miskę do wnętrza domku. Ciężkie było zamknięcie patentowej kłódki; ramiona pragnęły za wszelką cenę zwisać bezsilnie wzdłuż ciała. Ale jakoś poszło. Lekko pochylony do przodu, z dłonią przyciśniętą do serca, wrócił do roweru. Pochylił głowę nad kierownicą i przełożył prawą nogę nad siodełkiem i ramą. Lecz kiedy wyprostował ciało, zrobiło mu się czarno przed oczyma, widział tylko małe ciemne punkciki. Stał tak rozkraczony nad ramą i badał puls. Puls skakał, tykał szybko i nieregularnie.

Primus Svensson ruszy}, drepcząc małymi kroczkami. Ciągnął rower, trzymając kierownicę pobladłymi rękami. Usadowił się wreszcie jakoś na siodle. Dokładnie w tym momencie, gdy rower miał się zwalić pod ciężarem ciała, noga trafiła na pedał idący w dół i rower ruszył. Czuł się teraz trochę lepiej, ale równocześnie poczuł, jak ku przełykowi niby zapalony lont wznosi się paskudnie piekąca zga-

Hannes Gordon był asystentem w Instytucie Pedagogiki Uniwersytetu Sztokholmskiego. W jego wyglądzie było coś kubańskiego: miał gęste, czarne włosy, kudłatą brodę i brązowe oczy, chodził w znoszonych płaszczach wojskowych. Ale teraz siedział w białym kitlu za czystym pulpitem w pogotowiu szpitala Enskede i wypełniał formularze. Wszystkie osoby, które zgłaszały się do pogotowia, musiały przejść przez Gordona, odpowiadając na kilka prostych pytań: czy próbowano otrzymać pomoc w innym miejscu, na przykład u pielęgniarki dzielnicowej, w przychodni otwartej lub u lekarza dyżurnego.

Już od siedmiu dni Hannes Gordon wypełniał formularze. Wydawało mu się, że doszedł już do pewnych wniosków. Większość osób zgłaszających się do pogotowia kierowała swoje kroki pod niewłaściwy adres. Gdy przyjeżdżał autobus, wysypywało się z niego 20—30 osób, które zazwyczaj nie były szczególnie chore, a których często jedynym powodem zgłoszenia się tutaj była sprawa przedłużenia zwolnienia lekarskiego. Obciążenie pogotowia, mierzone ilością zgłaszających się, wynosiło już w pół roku po otwarciu szpitala ponad 200 procent w stosunku do tego, co przewidywano uprzednio. Często powstawał taki tłok, że czas czekania na przyjęcie wydłużał się do absurdalnych wymiarów. W poczekalni, praktycznie rzecz biorąc, wszyscy siedzieli sobie wzajemnie na kolanach, a małe dzieci z bólem uszu krzyczały falsetem jak uwięziony chór kastratów. Personel giął się pod naporem pacjentów, policja wysyłała swoich ludzi dla utrzymania porządku, a problemy pogotowia wypływały na każdym zebraniu czy posiedzeniu miejscowych władz związkowych i komunalnych. Ale nic się nie zmieniało.

Jak to było możliwe? Jak doszło do takiego stanu rzeczy? Dlaczego oczekiwania szpitala nie pokrywały się z oczekiwaniami ludzi zgłaszających się do pogotowia? Próbowano teraz znaleźć odpowiedź na to pytanie przy pomocy naukowego ankietowania. Nikt bowiem nie wiedział, kto właściwie zgłasza się do pogotowia, dlaczego i po co. Nie znano nawet wiekowego zróżnicowania pacjentów. Na początku istniały dobrze opracowane programy komputerowe w celu przebadania tych danych. Ale główny chirurg, który był bezpośrednio odpowiedzialny za pogotowie, uważał, że badania komputerowe zbytnio wkraczają w sferę życia prywatnego, i dlatego sabotował rejestrację danych. W rezultacie pogotowie, które raz wyglądało jak hala bankowa, zamknięta na czas sprzątania, innym razem zaś jak miejsce opatrywania rannych po bitwie, stało się ziemią niczyją. Wszyscy oskarżali wszystkich, a temperatura rosła z awantury na awanturę.

Pogotowie ratunkowe jest zgodnie z tradycją medyczną urządzone i wyposażone w ten sposób, żeby mogło przyjmować nagłe i ostre przypadki: ofiary wypadków drogowych, nieprzytomnych ludzi z ciężkimi chorobami serca, epileptyków, osoby z ostrymi bólami brzucha i inne nagłe przypadki o dramatycznym charakterze. Wyposażenie techniczne było supernowoczesne; najlepsze w Szwecji — chociaż główny chirurg uważał je za niewystarczające. Personel był dobrze przygotowany do niesienia pierwszej pomocy, hamowania krwotoków, masaży serca i robienia sztucznego oddychania. Ponad 2000 różnych preparatów medycznych znajdowało się w szafach i lodówkach pogotowia. Jednakże ten ciężki arsenał medyczny rzadko kiedy dochodził do głosu. Do pogotowia sypali się ludzie z drobnymi zranieniami, chronicznymi chorobami skóry, narkomani, krzykliwe, lecz całkiem zdrowe niemowlęta, ludzie potrzebujący zaświadczeń lekarskich lub po prostu zwykłej porady. Ale to nie oni byli zaplanowani. Ich stan wcale nie odpowiadał oczekiwaniom, jakie wiązano z nagłymi przypadkami. Ludzie ci byli jakby żwirem w trybach dobrze naoliwionej maszynerii. Nowa ustawa o pijaństwie jeszcze bardziej pogorszyła sytuację. Ci, których przedtem zamykano w zakładach dla pijaków lub izbach wytrzeźwień, mieli teraz prawo do leczenia szpitalnego.

Ten wieczór był nienaturalnie spokojny. Dopływ pacjentów do pogotowia był skrajnie nierówny. Czasem przez pół dnia nie zjawiło się więcej niż kilka osób, a potem nagle wylewał się potop. Hannes Gordon nie lubił martwej ciszy; czas mu się dłużył. Wpadał w zły nastrój. Kiedy humor mu się psuł, odczuwał intensywną potrzebę rzucenia wszystkiego w kąt. To wszystko należało rozpatrywać z punktu widzenia interesów klasowych. Badania, w których brał udział, były całkiem niepotrzebne. Gdyby sama klasa robotnicza decydowała o lecznictwie, wtedy lecznictwo dbałoby również o interesy klasy robotniczej. Zamiast tego działał kompleks lekarsko-przemysłowy, KLP, który decydował o wszystkim. Kapitaliści byli zainteresowani jedynie leczeniem przy pomocy aparatury. Tymczasem odwrotnie: lecznictwo powinno wyjść do społeczeństwa, udać się wprost do fabryk, do wszystkich stanowisk roboczych i razem z tam zatrudnionymi zdemaskować niebezpieczeństwa dla zdrowia tkwiące w środowisku pracy. Należało czyścić tereny mieszkalne. Należało uprawiać politykę ograniczającą spożycie alkoholu, wyplenić prostytucję i wyrzucić z kraju wszystkich rekinów handlu narkotykami.

Czy to takie proste? Czuł się rozdarty: w jednej chwili czuł się jak rewolucjonista przemawiający na barykadach lecznictwa, a w następnej kurczył się do rozmiarów przestraszonego mola książkowego, stojącego bezradnie w obliczu skomplikowanej rzeczywistości, który nie śmiał wypowiedzieć ani słowa bez porządnego oparcia w przebadanych faktach, dwukrotnie skontrolowanych tabelach i szczegółowych danych statystycznych.

Spojrzał znowu na zegar ścienny, odcinający minutę za minutą z okrągłej tarczy czasu. Za kwadrans miał przyjechać następny autobus dowożący pacjentów do pogotowia. Czy będzie pełny, czy pusty? Zanim przyjedzie autobus, mógłby wypić filiżankę kawy. Ale w pokoju, w którym personel pogotowia pił kawę, nie czuł się już dobrze. Na początku było wspaniale, przez pierwsze dwa dni siedział tam z przyjaznym uśmiechem na twarzy i nie odzywał się nie zagadnięty. Potem jednak pomyślał, że już pora porozmawiać o tym, co uważał za słuszne, że oni — ci wszyscy, co tam narzekali i szemrali przy piciu kawy — będą zmuszeni tkwić w tym marazmie, jeśli wreszcie nie uświadomią sobie wszystkiego do końca i nie spojrzą na lecznictwo w kontekście politycznym, nie zrozumieją, że jest to kwestia klasowa.

Ale rozmowa z tutejszym personelem była niemożliwa. Ani z Moną, pielęgniarką w siódmym miesiącu ciąży, która przez cały czas, z pochyloną głową i łokciami opartymi na brzuchu, robiła na drutach. Ani z Andersem, pielęgniarzem, który uczył się w gimnazjum wieczorowym dla pracujących. Ani też ze studentami medycyny, snobistyczną paczką z Instytutu Karolińskiego, która nie miała zielonego pojęcia o rzeczywistości. Ci studenci siedzieli tylko i udawali bardzo ważnych. Albo ziewali bez przerwy w tych swoich białych kitlach z podniesionymi kołnierzami, albo też prowadzili pokrętne rozmówki taktyczne na temat najbliższego egzaminu. A już zupełnie nie dało się rozmawiać z lekarzami, tymi strusiami w kitlach, co chowali głowy w gardłach pacjentów, ślepi i głusi na otoczenie.

Ze sprzątającymi mógł czasem zamienić jakieś rozumne słowo. Niektórzy z nich pojmowali, o co chodzi. Zwłaszcza gdy się rozmawiało w cztery oczy, z każdym z osobna. W grupie zamykali usta na kłódkę i wyglądali na przestraszonych; z pewnością bali się o miejsce pracy.

Na przeciwległym końcu pustej poczekalni znajdował się automat z kawą, przeznaczony dla pacjentów. Hannes Gordon wyłowił ze swej ogromnej staromodnej portmonetki trzy monety dwudziestopięcioorowe. Wstał i ruszył. W tej samej chwili jednak przez wielkie drzwi ze szkła pancernego weszła kobieta. Drzwi rozsunęły się automatycznie. Przez kilka sekund kobieta stała w wejściu i szukała czegoś w swojej torbie na zakupy, równocześnie w pośpiechu odczytywała różne napisy, umieszczone przy drzwiach niby tablica orientacyjna w sześciopiętrowym domu towarowym. Potem podeszła bliżej.

— Dzień dobry — odezwał się Hannes. — Pani do kogo?

Kobieta popatrzyła trochę zdziwiona. Wyjęła z torby jakieś pismo odbite na powielaczu i pokazała je. Ale nie tak, aby je mógł przeczytać, a raczej tak, jak się pokazuje bilet lub przepustkę.

— Ja na kurs — powiedziała.

— Dokąd?

— COK prowadzi tutaj kurs pełnomocników BHP w lecznictwie. Budynek niebieski, ulica Kleszczy, piętro II, pokój 556. Jak się tam dostać?

— To nie tutaj. Musi pani wrócić. Tutaj jest pogotowie. Musi pani pójść z powrotem do głównego wejścia.

— A potem?

— Proszę pytać. Tam jest informacja. Powodzenia!

Kobieta zmięła swój papier i wyszła z powrotem przez

te same drzwi, co weszła. COK?, myślał Hannes. Co to znaczy? Centrala? Centrala Organizacji Kadr? Właśnie to. Taka sama cholera jak jej nazwa. W każdym razie COK nigdy nie mógł nic zdziałać. Tak naprawdę.

W tej samej chwili, w której znikła kobieta, weszli dwaj policjanci ciągnąc między sobą mężczyznę. Człowiek wisiał w powietrzu, a cholewki butów ślizgały się po posadzce. Na głowie mężczyzna miał jaskrawo czerwoną czapkę z daszkiem. Jakiś wędkarz? Pijak, którego policja zbiła do nieprzytomności? Hannes powściągnął tę myśl; to przestarzały już stereotyp, szablon myślowy. W kręgach, w których się obracał Gordon, jeszcze przed paru laty każdy policjant był „świnią", półżołdakiem, brutalnym faszystą, który nie omija najdrobniejszej okazji do interweniowania pałką. Nastawienie wobec policji zmieniło się jednak całkiem nagle o 180 stopni; w niektórych środowiskach lewicy policjant przestał być synonimem „świni". Prawie w ciągu zaledwie jednej nocy „świnia" przekształciła się w „towarzysza". Policja, okazała się całkiem potrzebną instytucją, policjanci przywoływali do porządku zbójów i anarcholewaków; cac-ckanie się z kryminalistami było pomyłką, liberalistycznie płaczliwą kampanią w pseudoradyaklnym przebraniu. To wszystko nie było jednak tak bardzo proste. Hannes Gordon nadal nie mógł się uwolnić od błędnej reakcji prymarnej: w pierwszej chwili kontaktu wzrokowego policjant był dla niego jeszcze postacią negatywną.

— Dawaj nosze! — krzyknął jeden z policjantów.

Hannes wahał się trochę. Nie siedział tutaj po to, by brać

udział w leczeniu. Według umowy między szpitalem i naukowcami miał tutaj rejestrować, a nie interweniować. To była idiotyczna umowa. Zgodna całkowicie z mieszczańskimi poglądami na naukę. To jasne, że powinien też interweniować. Popędził i wyciągnął ruchome nosze z magazynu, do którego nowe nosze dostarczała taśma specjalnego transportera. Wspólnie z policjantami ułożył mężczyznę na noszach. Próbował nawiązać kontakt wzrokowy z kimś w oszklonej kabinie, z której personel szpitala miał obowiązek śledzić bieg wydarzeń. Czyżby nie było nikogo? Jest ktoś, zobaczył plastykowy kubek i uniesioną rękę, którą ktoś machał do niego. Zauważyli, co się stało. Pielęgniarz i jeden ze studentów wyszli z pokoju picia kawy i pociągnęli nosze w kierunku jednego z pomieszczeń, w których badano pacjentów.

— Chodźcie na chwilę do mnie — zwrócił się Hannes przyjaźnie do policjantów.

Patrzyli nieufnie na niego, żeby nie powiedzieć, z odrazą. Smutną rzeczą było to, że policjanci tak ciężko pojmowali cokolwiek. Nie zdążyli się jeszcze przestawić. W dalszym ciągu w konfrontacji z młodymi brodaczami w wytartych lub znoszonych ubraniach reagowali negatywnie. Wydawało się, że sami policjanci jeszcze nie mogli pojąć, że już nie są „świniami", lecz „towarzyszami". Hannes usadowił się za pulpitem, poślinił długopis i rozpostarł formularz

— Czy wiecie, jak się nazywa?

— Czy tutaj jest rejestracja? — spytał jeden z policjantów.

— Nie całkiem. Przeprowadzamy specjalne badania naukowe, ankietujemy w tym tygodniu wszystkich zgłaszających się do pogotowia. Żeby sprawdzić stan faktyczny, że tak powiem.

— Pocałuj mnie — odpowiedział policjant i wyjął pomarszczony portfel, obwiązany grubą gumką. W portfelu znalazł zaświadczenie kasy ubezpieczeniowej i odczytał: — Pacjent nazywa się Zerotrzyzerotrzyczternaściekreskazero-trzypięćsześć Primus Svensson. Zabraliśmy go, kiedy spadł z roweru.

W jakim celu się zgłasza, chciał już spytać Hannes Gordon. Ale zamiast tego zapisał, nie podnosząc głowy: — Nieprzytomny? Wydaje się, że przybył bez skierowania lekarskiego.

Primus Svensson zbudził się od bólu w nosie. Kiedy spró-wał unieść prawą rękę w górę, do nosa, poczuł, że rękę ma przywiązaną. Słychać było wszędzie jakieś dziwne dźwięki: tykanie i brzęczenie. Lepiej nie patrzeć, pomyślał. Lepiej się nie budzić. Spać.

Zbudził się znowu i otworzył oczy. Obok łóżka siedział młody mężczyzna w żółtym kitlu i wysokiej, białej czapce z papieru. Wydawało się, że wyszedł wprost z jakiejś historycznej ryciny. Jego wygląd kojarzył się jakoś z hiszpańską inkwizycją.

Nazywam się Klas — powiedział młody mężczyzna i mrugnął znacząco jednym okiem.

Primus chciał powiedzieć ,,dziękuję;', ale głosu nie wydobył, powietrze drapało w suchym, bolesnym gardle. Spróbował więc obrócić głowę w stronę młodego człowieka z czapką, ale poczuł nagle ostre ukłucie w nosie.

— Już nie śpisz? — spytał Klas.

Primus usiłował mrugnąć w odpowiedzi: To jasne! W nosie czuł jednak piekący ból, bolało go też w lewym łokciu i w szyi, a w piersiach czuł się całkowicie zmaltretowany. A poza tym czuł się tak, jakby mu ktoś usiadł na piersi.

— Siostra zaraz przyjdzie — powiedział Klas. — Da ci zastrzyk.

— Czemu... — próbował powiedzieć Primus, ale nie mógł za nic wydobyć głosu z krtani; gardło było jak flet pełen piachu.

— Nazywam się Klas i pracuję tutaj jako nocny stróż — powiedział Klas i potrząsnął tak mocno głową, że czapka krasnala zadygotała.

Primus uniósł wzrok ku górze. Sufit był koloru jasnoszarego. Na ukos od twarzy zwisała nad nim zgaszona lampa z gatunku tych, co zwykli mieć dentyści. W nogach łóżka, nieco ponad łóżkiem, wisiała mała kamera telewizyjna. Wąski, szary aparat. Ten typ znał z metra. Spojrzał na swoje stopy. Były gołe i wystawały spod prześcieradła. Nie miał na sobie żadnego koca. W drugim końcu pokoju stało puste łóżko. Nad łóżkiem wisiała taka sama lampa i taka sama kamera. Jakby widział siebie w lustrze. Ale w tym lustrzanym obrazie brakowało czegoś: jego samego.

Zerknął w prawo. Stały tam dwie wysokie butle gazowe, umieszczone na wózku. Aparat do spawania? Nie, to oczywiście był tlen. Leżę w szpitalu i dostaję tlen, skonstatował. Ból w nosie pochodził z cienkiego wężyka plastykowego, który biegł od jednej butli z tlenem prosto do jego nosa. Za butlami stała czworokątna metalowa skrzynia na kółkach. Skrzynia była wielkości zmywarki, ale miała ponadto grube pofałdowane węże gumowe. Przypominała wyglądem ogromny odkurzacz. To chyba był respirator.

Po lewej stronie łóżka, tam, gdzie siedział Klas, znajdował się wysoki stojak z lśniącej nierdzewnej stali. Na stojaku wisiały dwa woreczki plastykowe z butelkami odwróconymi do góry nogami. W jednej butelce widać było jakąś bezbarwną ciecz, a w drugiej płyn koloru malinowego. Od butelek biegły cienkie wężyki do szarej puszki. Z puszki szedł wąż do plastykowego guzika w zgięciu lewego łokcia. Naszło go uczucie jakiejś obcości: nie był teraz pewien, gdzie się kończy jego własne ciało, a gdzie zaczynają się maszyny.

Ból w nosie zamienił się teraz w nieprzyjemną, prawie nie do zniesienia, potrzebę kichnięcia. Zamknął oczy i próbował poderwać ręce ku twarzy, ale obie były przymocowane opatrunkami do łóżka. Potrzeba kichnięcia rozdymała mu nos niby wielki, czerwony naparstek z gumy, który rósł i chciał pęknąć, osiągnął już teraz rozmiary dętki futbolowej. Muszę... muszę... Uniósł ze wszystkich sił prawe ramię, aby je uwolnić.

— Zaraz przyjdzie siostra i da zastrzyk — powiedział Klas.

Kichnięcie cofnęło się i przeszło w półprawdziwe ziewnięcie. Spojrzał w dół na swoją odsłoniętą pierś. Na piersi tkwiły białe pasy plastrów. Od plastrów biegły ukośnie w dół prawej strony czerwone, niebieskie i żółte kable. Nie mógł dojrzeć, dokąd prowadzą.

— Miałeś zawał serca — powiedział Klas, pochylił się do przodu i uszczypnął go przyjaźnie w ucho.

Zawał? Infarkt? Udar?, myślał. Nic go to nie obchodziło. To nie było już jego serce. Szpital przejął odpowiedzialność. To było tak, jakby on sam siedział na takim stalowym zydlu jak Klas i patrzył na obcego człowieka, zaplątanego w gumowych wężach i kablach na pustym łóżku. To ta osoba była zawałem serca. Primus Svensson nie miał z tym nic wspólnego.

Nowa osoba w żółtym kitlu i białej szpiczastej czapce pojawiła się w polu widzenia.

Jestem siostra Ingrid — przedstawiła się. Wyjęła strzykawkę z naczynia, wytrząsnęła bąbelki powietrza, nacisnęła na próbę w stronę sufitu, a potem skierowała plastykową strzykawkę do jego łokcia i wstrzyknęła, ale nie Primusowi, lecz w plastykowy guzik tkwiący w zgięciu łokcia. Powoli wcisnęła strzykawkę, całkowicie ją opróżniając. Potem uwolniła mu prawę rękę z opatrunku i prawie dotykając wargami jego ucha szepnęła: — Odwiązuję tutaj, ale proszę niczego nie dotykać.

Podniósł rękę i oglądał ją. Czubki palców były ciągle sinoczerwone, a pod paznokciami miał ziemię i zielone skrawki liści. Na grzbiecie dłoni — świeżo zdarta skóra. Pamiętał, jak był bliski omdlenia — i spadł z roweru?

Siostra Ingrid rozmawiała z Klasem:

— Czy to ty poszedłeś na oddział chirurgiczny i powiedziałeś im, że szpital zapłacił za nasz kolorowy telewizor? Teraz oni też chcą wymienić swój stary czarno-biały. Wzięli pieniądze z funduszu socjalnego i dołożyli z własnej kieszeni. A teraz ktoś poszedł i nabajdurzył, że my dostaliśmy nasz przez szpital. To chyba nie ty, co? Oni uważają, że to niesprawiedliwe, że muszą płacić za swój. Kiedy dostaliśmy nasz, powiedziano, że to w żadnym wypadku nie może stać się regułą. Rozumiesz?

Primus nie słyszał już odpowiedzi Klasa. Był zajęty próbą zlokalizowania swojego ciała. Wetknął rękę pod prześcieradło i dotykał brzucha. Brzuch miał całkiem sflaczały. Tuż przy pępku poczuł swój członek, przyklejony do skóry brzucha. Z członka wychodził wężyk. Ostrożnie dotknął wężyk. Był ciepławy.

Siostra Ingrid szybko wyszła z pokoju, a Klas powiedział:

— Leżysz na oddziale intensywnej terapii. Sala numer dwa.

Primus skinął głową. Najlepiej zapamiętać: oddział terapii intensywnej, pokój numer dwa. To był jego nowy dom, trzeba zapamiętać adres. Gdyby zabłądził, wstał w nocy, aby się wysikać i... śmieszne! Nie było żadnej możliwości wstania z łóżka. Znowu popatrzył na swoje ciało i przypomniał sobie rysunek w pewnej książce. Książka miała tytuł Podróże Guliwera. Na obrazku Guliwer leżał na ziemi, powiązany niezliczonymi sznurkami. Oparte o jego ciało, stały w paru miejscach drabiny. Na drabinach i na górze, na samym Guliwerze, roiło się od biegających liliputów.

— Masz rodzinę? — spytał Klas. — Chcesz, żebyśmy do kogoś zadzwonili?

Primus potrząsnął mocno głową. Absolutnie nie chciał, żeby dzwonili do Bernta. Ostatnią wiadomość dostał od niego przed przeszło trzema miesiącami. Bernt miał sporo własnych kłopotów. Tylko by się zirytował, gdyby mu przeszkadzali. Sam papisze kartkę do syna, gdy się poczuje lepiej.

— Czy masz kogoś, kto dogląda mieszkania? — spytał Klas.

— Nie mam żadnych roślin... do podlewania — wychrypiał.

Co ich obchodziło mieszkanie? Czyżby nie wiedzieli, że on jest gotowy? Czyżby myśleli, że on nie wie, iż któregoś dnia musi to się stać, że któregoś dnia złamie sobie nogę, zostanie przejechany albo trafi go zawał. Nie chciał, aby obcy człowiek węszył po mieszkaniu. Wszystko w porządku. Berntowi nie należy przysparzać kłopotów.

— A piesek? Albo kotek?

— Nie.

— A więc mieszkasz całkiem solo?

Primus skinął głową. Mówienie sprawiało mu ból. Czuł wtedy, jakby jakaś szczotka wymiatała mu sadzę z gardła. Co właściwie z nim robili, kiedy leżał nieprzytomny? Zaczął znowu myśleć o mieszkaniu. W lodówce stało mleko, jogurt, masło i ser. Nic im się nie stanie. Chleb w pojemniku chyba spleśniał. Ale czerstwe pieczywo w piekarniku trzyma się na pewno. Poczta i gazety: poczta spada na chodnik w przedpokoju. Poczta? Prawdziwe przesyłki pocztowe dostawał rzadko. Najczęściej prospekty reklamowe, czasem jakiś przekaz pieniężny lub rachunek. Gazetę wtykali do skrzynki na listy. Ile numerów już tam się zebrało? Od ilu dni już tu leży? Spróbował unieść przegub lewej ręki, by spojrzeć na zegarek. To oczywiście było niemożli-we zresztą z pewnością zabrali zegarek.

— Przeadresuj „Dagens Nyheter"...

Dobrze powiedział Klas i zapisał w notesie.

Załatwimy to zaraz, gdy będzie wiadomo, w którym oddziale wylądujesz.

Oddział? Czy tutaj to nie jest oddział? Z pewnością go przeniosą. Psiakrew, kiedy wrócę do domu? Gdy tylko go odwiążą, pojedzie prosto do domu. Próbował unieść głowę i pierś, by powiedzieć Klasowi, jakie ma zamiary. Ale nie mógł podnieść nawet karku. Całe ciało, ręce i nogi miał ciężkie, jakby leżał w wannie. Nagle poczuł, że ciśnie go potrzeba. Wstrzymywał. Tutaj teraz nie może się załatwić. Ale coś jakby już było w drodze...

— Boli cię? — spytał Klas. — Zastrzyk zaraz zacznie działać. Tylko rozluźnij się. Spróbuj zasnąć.

Teraz był już najwyższy czas. Musi zaraz wstać, zanim wydarzy się nieszczęście. Zwrócił twarz w stronę Klasa i próbował złapać go prawą wolną ręką.

— W takim razie cześć! — powiedział Klas i żartobliwie dotknął palców jego ręki w taki sposób, w jaki czasem wita się lub żegna dziecko.

— Ja, ja...

— Leż. Spróbuj spać. Zastrzyk zacznie działać, zobaczysz. Wkrótce będziesz huśtał się na różowych obłoczkach.

— Ja muszę coś zrobić.

Klas zaśmiał się i odłożył jego rękę na prześcieradło. Primus nic nie rozumiał, nagle poczuł ogarniającą go senność, ciało płonęło, skóra swędziła, zapadał się w sen, fale ciepła zalewały mu pierś.

— W ogóle nie musisz się załatwiać — objaśnił Klas. — Czujesz termometr. Przez cały czas masz w odbytnicy elektroniczny termometr. Mierzy ci temperaturę, bez przerwy.

Pokój studentów medycyny znajdował się na drugim piętrze w białym gmachu. Przez stonowane okna widać było stamtąd wieżowce w Arsta. Umeblowanie pokoju składało się z siedmiu okrągłych stołów sosnowych. Wokół każdego stołu stało sześć krzeseł. Teraz tylko jeden ze stołów był zaJęty. Siedzieli tam dwaj studenci medycyny w białych, rozpiętych kitlach. Na stole leżała talia podniszczonych kart.

— Będziemy ciągnąć? — spytał jeden; na tabliczce z nazwiskiem było napisane: cand. med. Carl Bertelskjold.

— Ciągnąć? Lepiej zagrajmy w pokera w dwójkę — powiedział drugi; na jego tabliczce można było przeczytać: cand. med. Lars-Ola Borg.

— Poker we dwóch jest cholernie beznadziejny — odparł Bertelskjold.

— A co byś powiedział o Zafajdanym Człowieku? Wyłączymy najpierw dziesięć kart z gry.

— To już lepiej ciągnąć.

— Ciągnąć i ciągnąć. A czemu nie rzucać monety?

— Albo w zapałki. Krótka i długa.

— Nie, przez to wpadłem ostatni raz. Zapałki nie. To już wolę pójść i wypisać kartę.

— Dobrze, doskonale — powiedział Bertelskjold. — Zgoda.

— Żartowałem tylko — powiedział Borg. — To byłoby cholernie niesprawiedliwe.

— Ale jeżeli ty pójdziesz, to będziesz miał dziewięć kart napisanych. I ja dziewięć. To wtedy następnym razem automatycznie będzie moja kolej. Automatycznie.

— Ano, ano! Właśnie zmieniliśmy oddział. To trzeba zacząć od początku. Nie możesz liczyć sobie starych kart. Jeżeli ja wypiszę tę, to będę miał jeden punkt. A ty zero! A tak, jak liczysz ty, to byłoby jeden do jednego.

Jako trzecia weszła do pokoju dziewczyna. W wieku około dwudziestu trzech lat. Najbardziej rzucał się w oczy jej zdrowy wygląd: dość mocno zbudowana, ale nie gruba, blond włosy i różowe policzki. Wyglądałaby trochę lalko-wato, gdyby nie miała szerokiej szpary między przednimi zębami. Na jej szyldzie widniało nazwisko: cand. med. Mar1-tina Bosson.

Jest nowy pacjent — powiedziała. — Kto z was będzie pisał?

On! — odpowiedzieli równocześnie Bertelskjold i Borg.

Powinniście się chyba, do licha, zdecydować.

— A ty, Martina, ile kart naskrobałaś?

— Jedenaście.

— Nie powinno się liczyć tych z poprzedniego oddziału.

— W takim razie dwie.

— Ale chyba krótkie, co?

— Do diabła z nią. Ciągniemy — powiedział Bertelskjold i wyciągnął karty.

— Nie — odrzekł Borg. — Rozmyśliłem się. Gdzie jest kubek z kostkami do pokera?

— Idź do diabła, nie dam się namówić na żadne pokery!

— Czy panowie nie mogliby się w końcu zdecydować? — spytała Martina.

— Ile kart wypisał Bosco? — spytał Bertelskjold.

— Bosco jest chory.

Cand. med. Juan Bosco był często chory. Był on uciekinierem z Chile. Kiedy zaczął studiować medycynę w Sztokholmie, większość odnosiła się do niego z pełną życzliwością. Za rzecz oczywistą uchodziło, że należy wstawić się za kimś, kto był prześladowany przez tajną policję junty. Ale teraz, w trzy lata później, życzliwość nieco zmalała. Przez to, że należał do ich grupy, mieli więcej roboty. Często miał kłopoty z nauką z powodu trudności językowych. Mimo to udawało mu się prześlizgiwać przez wszystkie testaty i egzaminy; żaden wykładowca nie miał serca ani odwagi go oblać. Juan Bosco często chorował. A nawet gdy był obecny na zajęciach, miewał od czasu do czasu autentyczne napady wściekłości. Oskarżał wtedy kolegów o najwymyślniejsze podłości i bezeceństwa. Czasem wydawało się, że to czysta paranoja. W ciągu pierwszego semestru w Instytucie Karolińskim opieka nad Bosco była wspólną sprawą całego roku. Teraz prawie w ogóle nie wymawiano jego nazwiska.

— Do diabła z Bosco. W każdym razie wszystkiego razem wypisał on trzy lub najwyżej cztery karty — powiedział Borg.

— Słuchaj! — zwrócił się Bertelskjold do Martiny. Weź te dwie zapałki, przełam jedną za plecami i będziemy ciągnąć.

— Nie.

— A czemuż to nie?

— Wolę sama wypisać.

— Co? Kartę? — pytał Bertelskjóld.

— Fantastycznie — zawołał Borg. — Wspaniale! Prosimy bardzo. Ty wiedziałaś, że to jest chłop, co? Pacjent mężczyzna. Nie zapomnij popieścić mu pupy.

Wyszła z pokoju. Że też nie może tego zrozumieć, nie rozumie tego, że niczego nie zmieni przez przejmowanie roboty innych! To, co się zdarzyło teraz, będzie się tylko powtarzać. Będą zwalać na nią obowiązki na chirurgii, na pediatrii, na psychiatrii, na każdym przeklętym oddziale. Zresztą jak im się może wydawać, że się czegoś nauczą, jeśli będą akurat unikać praktyki w oddziałach? Jakiego rodzaju lekarzami będą Borg i Bertelskjóld? To był błąd z jej strony, że dała się wrobić. Przecież na początku studiów mieli kiedyś zajęcia w grupie, gdzie przyrzekli sobie wzajemnie pomagać w nauce i praktyce. Teraz złamała to przyrzeczenie, ale nie mogła już dłużej znieść tych wiecznych kłótni, targowania się i ciągnięcia losów o to, kto zajmie się pacjentem. Wolała raczej sama zabrać się do pracy.

Poszła na oddział 96. W środku oddziału stał ogromny oszklony czworokąt, obramowany z czterech stron korytarzami, przy których znajdowały się pokoje pacjentów. W czworokącie za szkłem było biuro, sala badań, pokój studentów, pokój picia kawy oraz pomieszczenia gospodarcze. Oddział 96 był oddziałem medycyny wewnętrznej. Poszła najpierw do sekretarki i dostała stos papierów. Pacjent nazywał się Primus Svensson. Przez kilka dni leżał na oddziale terapii intensywnej. Miał zawał serca. Kryzys już minął i przeniesiono go na zwykły oddział.

Primus Svensson leżał w pokoju dwuosobowym. W normalnym przypadku zabrałaby go do sali badań, ale ponieważ miał stosunkowo świeży zawał, nie wolno go było przenosić. Zanim udała się do jego pokoju, zabrała ze sobą składany parawan, aby ustawić go między łóżkami. W ten sposób drugi pacjent nie będzie mógł się gapić, oczywiście będzie wszystko słyszał. Według instrukcji wywiad z chorym powinien się zawsze odbywać w oddzielnym pomieszczeniu, bez świadków, ale w rzeczywistości trzeba było to robić w najróżniejszych miejscach, gdzie tylko możliwe.

Popchnęła ciężkie drzwi całym ciałem i tyłem weszła do pokoju, ciągnąc za sobą parawan. Zażenowana odwróciła głowę i zobaczyła dwóch starszych mężczyzn z pytającym wzrokiem wlepionym we wchodzącą.

— Dzień dobry — powiedziała i weszła między łóżka. Rozwinęła parawan i ustawiła go, uczyniwszy przedtem przepraszalny gest wobec drugiego pacjenta. Wzięła stołek i postawiła go tuż przy łóżku Svenssona. Zanim usiadła, pedała mu rękę i przedstawiła się. Ponieważ była przyzwyczajona, że ludzie nie słyszą dobrze nazwiska, wskazała równocześnie na tabliczkę z nazwiskiem, przypiętą do kitla. Nie była jednak pewna, czy mógł odczytać, bo nie miał włożonych okularów.

Wszystko to wydawało jej się jakieś głupie i opaczne. Tak nagle wejść, rzucić swoje nazwisko, a potem prosto z mostu przejść do pytań dotyczących intymnych spraw pacjenta. Ale na początku było jeszcze gorzej. Siadywała wtedy ze schematem wywiadu na kolanach i odpytywała, rubrykę po rubryce, według przepisanego porządku: obcia.-żenia dziedziczne, choroby przebyte w dzieciństwie, wcześniejsze zachorowania, przebieg leczenia, i tak dalej. Teraz miała już odwagę pytać całkiem swobodnie. Tylko od czasu do czasu sięgała po ściągawkę, którą nosiła w kieszeni.

— No i jak się czujemy? — zaczęła po omacku.

— Całkiem dobrze, dziękuję.

Jak miała się zwracać do niego? Do młodszych pacjentów mówiło się bez wahania ty. Większy kłopot pod tym względem sprawiali starsi pacjenci. Czy miała mówić przez ty, przez pan, przez pan Svensson, czy tylko przez Svens-son? Zerknęła do papierów, wyczytała tam: emerytowany drukarz. Czy można zwracać się do niego przez ty tylko dlatego, że był robotnikiem? To obłęd, takie rozważania w tej sytuacji, w końcu powiedziała:

— Może mógłbyś opowiedzieć troszkę o tym, jak zachorowałeś?

•— A czy nie jest to napisane w karcie? — spytał Primus Svensson.

— Tak, ale niestety, całkiem krótko. Spadłeś z roweru, czy tak?

Opowiedział, jak się poczuł źle, jak prawdopodobnie stracił przytomność i spadł z roweru. Nie wie, jak się dostał do szpitala.

— Kiedy poczułeś po raz pierwszy, że coś jest nie w porządku z sercem?

— To chyba jakieś sześć, osiem lat temu. Czasem mnie coś kłuło, jakby rąbało. Musiałem uważać.

— Nie poszedłeś do lekarza?

-— Byłem jeden raz. U doktora Rydena na Tussmóteva-gen, może jest znany? Stwierdził wysokie ciśnienie i napisał receptę.

— Nadal używasz środków obniżających ciśnienie krwi?

— Nie, już nie. Wyłykałem całe pudełko. Dwieście sztuk. Trochę mi się polepszyło. Tak mi się wydaje.

— Czy nie musiałeś się zgłosić do kontroli? U doktora

Rydena?

— Już nie pamiętam. Miałem brać tabletki, rano i wieczorem. To były takie duże tablety, trudno je się połykało.

— A bóle w piersi? Ustały potem?

— Ustały i nie ustały. Człowiek się przyzwyczaja. Musi trochę uważać. Nie wyjeżdżać rowerem pod górki. Ale takich specjalnych boleści nie miałem.

Próbowała nakłonić go, aby opisał dokładnie, co czuł, kiedy zaczęły się bóle tego dnia, w którym przyjęto go do szpitala. O jakiej porze się zaczęły bóle, czy przeszły nagle, czy przedtem był zdenerwowany, czy się przemęczył albo zjadł więcej niż zwykle. Chciała także dowiedzieć się, jaki charakter miały bóle. Czy bolało go tylko w piersi, czy ból promieniował w którymś kierunku, na przykład w stronę lewej ręki albo w górę ku szyi. Czy przez cały czas miał dokładnie takie same bóle, czy też następowały zmiany.

Przeszła do rubryki: Przebyte choroby. Niewiele było do powiedzenia na ten temat. W dzieciństwie nie chorował. W 1918 roku przeszedł grypę hiszpańską. W latach czterdziestych i pięćdziesiątych zgłaszał się parę razy u lekarza zakładowego i brał różne lekarstwa. Dostawał też zwolnienia lekarskie z powodu bólów w krzyżu. Na kilka lat przed emeryturą zaczęły się kłopoty z oczami, a i powietrze w zecerni stawało się coraz cięższe do oddychania. W kolejności przeszła do: Życia osobistego i dowiedziała się, że rozwiódł się przed trzydziestu laty i że ma syna imieniem Bernt. Syn skończył zeszłego roku pięćdziesiąt lat. Ze synem Primus nie utrzymywał właściwie żadnego kontaktu. Raz na pół roku jakaś rozmowa telefoniczna, krótkie odwiedziny w Boże Narodzenie. Syn był bardzo zajęty, prawie bez przerwy podróżował.

Przyszła kolej na trudniejsze, bardziej intymne pytania, Zaczęła od najłatwiejszego, od palenia.

— No tak, przy uroczystej okazji człowiek wypali sobie dobre cygaro — odpowiedział.

— No to może i jakiś kieliszek? Przy uroczystej okazji?

— Pani ma na myśli, czy ja piję?

— Nie całkiem. Może jesteś abstynentem?

— Powinienem był zostać. Jeśli pomyśleć do jakich nieszczęść i nędzy prowadzi alkohol. Ale w imię prawdy muszę powiedzieć, że od czasu do czasu wypiło się kieliszek.

Martina zamyśliła się. Co to miało znaczyć? Czy było to wyznanie pięknej duszy? Czy też chciał przez to powiedzieć, że prawie w ogóle nie używał alkoholu?

— Ile centylitrów? — spytała i poczuła się strasznie głupio.

— W ogóle nie piję na co dzień. Nawet piwa nie. Słyszałem, że podobno kwaśne mleko zawiera alkohol. A więc tyle co w jogurcie.

Zapisała: Nieznacz. "ii. alkoh. Następny punkt dotyczył narkotyków włącznie z tabletkami nasennymi i środkami uśmierzającymi.

— A jak ze snem?

— Kiedy byłem młodszy, pracowałem na różnych zmianach. Ale ze snem nie miałem kłoptów. Mogłem spać gdziekolwiek, byle tylko było na czym oprzeć głowę. Teraz jest gorzej. Z zasypianiem nie jest źle. Ale latem budzę się, gdzieś koło trzeciej, czwartej.

— I co wtedy?

— I co wtedy? Leżę i rozmyślam. Czekam na gazetę.

— Nigdy nie bierzesz tabletek na sen?

— Żona brała diminal duplex. Ale ja ich nie ruszałem. Można wpaść w nałóg.

Teraz przyszła kolej na najbardziej wstydliwe sprawy. Należało właściwie wpleść je w inne pytania, aby zabrzmiało to naturalnie. Ale zapomniała o tym. Była już zmęczona. Mieli dzisiaj cztery godziny zajęć, potem obchód szpitala z profesorem, a oprócz tego wypisała już jedną kartę, dla jednej Finki, przy pomocy tłumacza.

— Czy byłeś na morzu? — zadała próbne pytanie.

— W wojsku?

— Tak, to znaczy, czy służyłeś w marynarce?

— Byłem w Oscar Fredriksborg. A służyłem w artylerii nadbrzeżnej.

W ten sposób trudno było dojść do wstydliwego pytania. Była zmęczona i spytała wprost:

— Czy miałeś jakąś chorobę weneryczną?

Wziął futerał z okularami, otworzył go, zamknął i wsunął do szufladki nocnego stolika. Potem spojrzał jej prosto w twarz:

— Nie miałem ani rzeżączki, ani syfilisu.

Odetchnęła z ulgą. Właściwie wywiad był gotowy do zapisu na taśmie. Niech to diabli! Omal nie zapomniała

0 formularzu. Każdy pacjent, który miał zawał, podlegał anKietowaniu według specjalnego formularza stresowego. Była to część badań naukowych, które prowadził lekarz oddziałowy. Miał się z tego habilitować. Ale nie miała już sił na stawianie dalszych pytań. Postanowiła przejść do lormularza po zbadaniu chorego. Wyszła do sali badań

1 przywiozła na małym wózku tacę z przyborami do badania.

Kiedy wróciła, już spał. Musiała go jednak obudzić i zacząć mozolną wędrówkę od głowy do stóp. Zbadała źrenice i spróbowała zajrzeć w dno oka, ale było za ciemno. Postawiła małą lampkę kilka centymetrów przed jego okiem i przysunęła się całkiem blisko, aby przez maleńki otwór w czarnej powierzchni zaglądnąć do dna oka. Wstrzymywała oddech i przez cały czas bała się, że ich policzki lub nosy mogłyby się zetknąć. Nie uchwyciła odpowiedniej ostrości i dojrzała tylko migotanie czegoś żółtego i czerwonego. Musiała zrezygnować. Na tym etapie — przed kursem okulistyki — nie mogli od niej wymagać, żeby umiała robić oftalmoskopię.

Przeszła do jamy ustnej i gardła, następnie zaś poprzez węzły chłonne w okolicach szyi i pod pachami do osłuchi-wania serca i płuc. Badania płuc nie mogła przeprowadzić w całości, gdyż nie mógł się jeszcze podnieść. Z kolei spróbowała wsłuchać się w rytm bicia serca. Rytm był nierówny. Pacjent miał szmery w przedsionkach, ale to wyczytała już z EKG. Słyszała szumy, tony skurczowe. Rzeczywiście bolesne są tony rozkurczowe, które powstają wtedy, gdy serce otwiera się, by przyjąć świeżą krew. Nasłuchiwała długo; do tej pory nie słyszała autentycznych tonów rozkurczowych, jedynie parę razy z płyty gramofonowej.

Reszta poszła szybko. Zmierzyła ciśnienie krwi, zbadała brzuch i pachwiny. Wszystko w porządku, może trochę ,,kaszy" w pachwinach. Zrobiła próby refleksu i Babińskiego. Nic szczególnego, ale z jakiegoś powodu nie pamiętała, czy przy Babińskim paluch miał wskazywać w górę, czy w dół.

Potem zrobiła coś, czego się bardzo wstydziła: przeskoczyła macanie odbytnicy i gruczołu krokowego. Nie było to chyba żadne wielkie przestępstwo, ale pomimo nie wykonanych badań, zapisała: prostata normalnej wielkości, konsystencja normalna, rectum bez zmian. To było fałszerstwo. Zastanawiała się, ilu z jej kolegów oszukiwało w podobny sposób, wpisując nigdy nie wykonane badania. B\ła strasznie zmęczona. Aby obmacać jego tyłek, musiałaby przezwyciężyć swój wstyd. Nie dała rady. Poza tym, gwoń sprawiedliwości trzeba powiedzieć, że Primus Svensson właściwie nie był jej pacjentem. Należał do chłopców. Oni powinni byli się o niego zatroszczyć. Umyła sobie ręce i zabrała się do wypełniania formularza stresowego. Przy części pytań nie rozumiała całkowicie intencji autorów; ankieta ta była bezpośrednim tłumaczeniem z oryginału amerykańskiego:

IHD — SCORE

Wydarzenia w życiu osobistym

Ilość

Punkty

w ciągu ostatniego roku

punktów

pacjenta

Śmierć małżonka/małżonki

100

0

Rozwód

73

0

Oddzielenie od matki

65

0

Pozbawienie wolności (więzienie)

63

0

Śmierć członka rodziny (nie dziecka)

63

0

Urazy lub choroby

53

? uwaga!

Zawarcie małżeństwa

50

0

Zwolnienie z pracy

47

0

Choroba członka rodziny

47

0

Ciąża

40

0

Trudności seksualne

39

0

Nowy członek rodziny

39

0

Kłopoty z prowadzeniem własnego

przedsiębiorstwa

39

0

Problemy finansowe

38

0

Śmierć bliskiego przyjaciela

37

0

Zmiana pracy

35

0

Zmiana odpowiedzialności w pracy

29

0

Syn/Córka opuścił(a) dom

29

0

Kłótnie z zięciem/synową

29

0

Awans

28

0

Małżonek/małżonka podjął pracę/

przestał(a) pracować

26

n

Kłótnie z szefem

23

U

o

Zmieniona pora pracy

20

0

Przeprowadzka

20

0

Zmienione warunki czasu wolnego

19

0

Wstąpienie do/Wystąpienie z organizacji

19 18 16 15 13

0 0 0 o o

Zmiana środowiska ludzkiego Zmiana warunków snu Zmiany w odżywianiu się Urlop w ostatnim miesiącu Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok w ostatnim miesiącu Mniejsze wykroczenie przeciw prawu

12 11

o

0

RAZEM

Score: — 150 punktów, brak wyraźnego ryzyka

— 199 punktów, pewne ryzyko

—■ 299 punktów, umiarkowane ryzyko

— 300 punktów, duże ryzyko

Martina Bosson schowała formularz w czerwonej plastykowej teczce z napisem: Do sztancowania. Primusowi Svens-sonowi nie udało się zebrać ani jednego punktu, tylko pytajnik w rubryce: urazy lub choroby. I pomimo to trafił go niewątpliwy zawał serca.

W centrali telefonicznej atmosfera groziła zawsze wybuchem. Centrala podlegała największemu ciśnieniu. Do wewnątrz wpływało tyle agresji, a tak mało mogło się ulotnić. Nadwyżka pozostawała w środku i powiększała napięcie. Do różnych numerów w obrębie szpitala można było dodzwonić się dwiema drogami: przez centralę albo bezpośrednio. Jeżeli na próbę bezpośredniego połączenia numer nie odpowiadał, po kilku minutach automatycznie włączała się centrala, której zadaniem było wtedy szukać dalej.

Obok sieci telefonicznej działały jeszcze dwa inne systemy komunikacyjne: telefonia wewnętrzna i radio bezprzewodowe. Pracownicy ostrego dyżuru nosili w kieszeni na piersi małe odbiorniczki radiowe. To z nich dochodziły sygnały do uszu poszukiwanego przez centralę. Z kolei mógł się on udać do najbliższego aparatu, żeby połączyć się z centralą.

Centrala w szpitalu Enskede była jasno oświetlona i urządzona w pełni nowocześnie. Tylko powietrze było bardzo suche, jak zresztą wszędzie tam, gdzie zainstalowano urządzenia klimatyzacyjne. Suche powietrze przyczyniało się do powstawania statycznej elektryczności. Urządzenia w centrali były łatwe do obsługi, wykonano je według wymagań ergonomii. Mimo to pracownicy centrali mieli szereg problemów. W pewnych porach dnia centrala spalała się dosłownie od wszelkich rozmów zgłaszanych przez ludzi z zewnątrz, którzy zamawiali rozmowy z pacjentami, pytali o wyniki badań i najrozmaitsze inne informacje. Pracownicy centrali funkcjonowali jak żywe bezpieczniki; gdy napięcie przekraczało granicę wytrzymałości, załamywali się.

W szpitalu rzadko kiedy personel siedzi spokojnie w swoich pomieszczeniach. Lekarze mieli wprawdzie wyznaczone godziny przyjmowania telefonów, ale często były to niewystarczające porcje czasu albo też poszukiwana osoba była po prostu niedostępna; przyczyną mogła być operacja, która akurat się przedłużyła, albo urlop, zastępstwo, zwolnienie lub coś całkiem nieoczekiwanego. A normalnie przecież nikt takich rzeczy nie zgłaszał w centrali.

Pacjenci przebywający w szpitalu nie mieli prawa używać aparatów szpitalnych. Dla pacjentów zainstalowano zwykłe aparaty monetowe. Ci, którzy wstawali z łóżek, mogli dzwonić ze specjalnych budek telefonicznych — ci, co musieli leżeć w łóżkach, mieli do dyspozycji wózki telefoniczne kursujące między salami.

Primus poprosił, aby dostarczono mu wózek z telefonem do pokoju. Telefon na wózku był stale w ruchu. Dla orientacji, gdzie wózek znajduje się w danym momencie, personel umieszczał na drzwiach pokoju wywieszkę- TELEFON TUTAJ.

A właściwie to miał zamiar napisać do Bernta. To byłoby łatwiejsze rozwiązanie niż rozmowa. Za każdym razem, kiedy rozmawiali ze sobą, rozmowa kończyła się chłodno lub też jawną kłótnią. Bernt był synkiem mamusi. Minęło już dwanaście lat od śmierci Ellen, ale to niczego nie zmieniło. Bernt nadal występował jako obrońca, niemal adwokat nie żyjącej już przecież osoby. Byłoby to zrozumiałe, gdyby Bernt był jeszcze małym chłopcem, kiedy Primus i Ellen wzięli rozwód. Ale przecież wcale tak nie było. Kiedy to się stało, Bernt skończył już dwadzieścia lat i odbywał akurat służbę wojskową. Ellen i Primus nosili się z zamiarem rozwodu już wcześniej, od siedmiu, ośmiu lat, ale ociągali się ze względu na chłopca. Chcieli, żeby najpierw się usamodzielnił. Ale to nic nie pomogło. Może byłoby lżej Berntowi, gdyby miał rodzeństwo.

Aktualnego adresu Bernta Primus nie posiadał, tylko numer telefonu, który dostał jakieś pół roku temu. Czy mógł mieć zaufanie do Bernta? Jeśli teraz mam umrzeć, myślał Primus, muszę przedtem zadbać, żeby wszystko było jasne. Nekrolog w gazecie nie powinien się ukazać przed pogrzebem. Nie powinno się zapraszać gości — zresztą kogo można by zaprosić? Zwłoki powinno się spalić w krematorium. Urnę z prochami należy złożyć na cmentarzu w Sandsborg, w tym samym grobie co Ellen. W tej sprawie porozumiał się z Ellen w czasie jej ostatniej choroby przed śmiercią. To porozumienie zawarli z myślą o Berncie. Byłoby bez sensu, żeby Bernt miał się opiekować dwoma grobami w różnych miejscach. Zadecydowali jednak o tym sami, nie spytawszy się przedtem Bernta. Kiedy w kilka lat później Primus wspomniał o tym Berntowi, usłyszał w odpowiedzi: Skąd mogę wiedzieć, że matka się na to zgodziła? Może ty sam to wymyśliłeś?

Cóż jeszcze chciał powiedzieć Berntowi? Bernt był jedynym spadkobiercą, tak że w tej kwestii nie będzie kłopotów. Z pieniędzmi na pogrzeb też nie powinno być trudności. Na specjalnej książeczce z napisem: Na pogrzeb miał Primus 7000. Na początku miał tylko 5000, ale niedawno dopłacił. Gdyby przeżył ten zawał, a inflacja miała się utrzymywać, trzeba będzie podnieść wkład do 10 000.

Primus posiadał jeszcze dwie inne książeczki, jedną na bieżące wydatki, na której miał... Włożył okulary i wyjął kartkę z portfela, na której miał zapisane: 1934 korony i 16 ore plus odsetki za ostatni rok. Na trzeciej książeczce miał równo 23 000. To była suma, którą miał dostać Bernt. Niewiele oszczędności z całego życia. Premiowane obligacje loterii pieniężnej niedawno sprzedał. Ciągłe uważanie na ciągnięcia było dla niego zbyt nerwowe. Że też nie wprowadzono automatycznego systemu komputerowego sprawdzania losów i wypłacania pieniędzy posiadaczowi odpowiedniego numeru.