32,90 zł
Nowa, hipnotyzująca opowieść Katji Kettu – autorki „Akuszerki” i „Ćmy” – o dziedziczności, kobiecej sile i języku, który ocala
Kiedy pisarka traci dziecko, jej świat się rozpada. Milknie głos, zamiera pióro. Wtedy w kącie izby pojawia się Kot – wysłannik sił, których ludzki rozum nie jest w stanie pojąć. W jego oczach odbijają się dawne czasy, a z zakurzonego strychu wyłania się dziennik praprababki – uzdrowicielki, strażniczki pradawnych zaklęć i słów niosących moc.
Katja Kettu, z właściwą sobie intensywnością, splata przeszłość z teraźniejszością, ból z magią, rzeczywistość z mitem. „Dociekania pewnego kota” to opowieść o utracie i odrodzeniu, o kobiecej pamięci i sile przetrwania zaklętej w języku, krwi i opowieści.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Tytuł oryginału: ERÄÄN KISSAN TUTKIMUKSIA
Wydawca: Adrian Tomczyk Redaktor prowadząca: Beata Kołodziejska Redakcja: Maja Strzeżek Korekta: Jadwiga Piller
Copyright © Katja Kettu, 2023 Original edition published by Otava, 2023 Polish language edition published by agreement with Katja Kettu and Elina Ahlback Literary Agency, Helsinki, Finland Copyright © for the Polish translation by Bożena Kojro, 2025
Producent Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dressler.com.pl
Dane do kontaktu Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@swiatksiazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydawnictwoswiatksiazki.pl
Warszawa 2026
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-68611-24-3
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Kto ma słowo, ten ma władzę
fińskie powiedzenie
Morze, w którym unosimy się my, Sfermentowane Dusze, stanowi pewnego rodzaju mgłę istnienia. Taką, w której objęciach kołyszemy się z przyjemnością. Tutaj nic nie jest dobre ani złe, ani na górze, ani na dole, skądś patrzy na wszystko Oko Stwórcy, ale trudno się zorientować, gdzie się ono znajduje w danej chwili. Stanowię część rozciągającej się poza mną duszy świata, jakiejś energii, w której tkwię. I właśnie dlatego to ja istnieje – musi tak być, ponieważ posiadam pamięć i świadomość i przybyłem tutaj z powierzchni Ziemi. Dokładniej mówiąc, byłem na niej wiele razy, ale z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu odsyłają mnie tam wciąż na nowo. Mam pewne Zadanie, które nie zostało jeszcze wykonane albo się nie ukształtowało. W każdym razie powinienem doprowadzić do zakończenia jakiejś serii zdarzeń, ponieważ właśnie tym się zajmujemy, my, którzy mamy wiele imion i ani jednego.
Do potencjalnego ziemskiego czytelnika: nie przerażaj się tym opisem, nie będziesz miał do czynienia z dziwacznym potokiem słów i wykwitem ogarniętego ekstazą człowieczego umysłu. Jestem Przewodnikiem Dusz, i to dobrym; wykształconą, miłą osobą (jednak w moim przypadku termin „osoba” wydaje się zabawnie nieprecyzyjny, raczej jestem pewnego rodzaju Badaczem, chociaż nie stosuję przyjętych metod). Wszelka wiedza, którą zgromadziłem, została umieszczona w archiwum Biura podległemu Jednostce Badania i Wspomagania Form Życia w Jasności. Nie, nie staram się wprowadzić was w błąd. Wprost przeciwnie, próbuję przedstawić prawdę. I od razu na początku chcę opowiedzieć, od czego się wszystko zaczęło.
To miejsce, w którym wtedy przebywałem, stanowi połączenie Zaświatów i Krainy Śmierci, ale niekoniecznie Podziemnej Krainy, nie wspominając nawet o Niebie. Czasami widywałem tam ptaki o skórzanych skrzydłach, ale latały zawsze brzuchem do góry i mówiono mi, że zimują na dnie lapońskich jezior albo po drugiej stronie zawiasów nieboskłonu. Raz widziałem, jak wyłoniła się tu winda, podobna do tych, które zauważałem czasami w wiedeńskich hotelach, taka ze składanymi w harmonijkę drzwiami i pięknie rzeźbioną dębową ościeżnicą, otwierająca się bezgłośnie, chociaż nie było w niej nikogo. Zwykle panuje tam cisza, czasem słyszałem śpiew albo mruczenie, lecz nic takiego, co można by określić jako muzykę wymyśloną przez człowieka. Tak poza wszystkim miejsce to przypominało ogromną szczęśliwą macicę, nie stało w sprzeczności z niczym, a jednak jakakolwiek świadomość nie miała do niego dostępu. To było morze, ale nic w nim nie wydawało się mokre ani brejowate, i nie miało początku ani nie można go było zmierzyć. W pewnym oddaleniu od Jasności rozlegał się cichy szept myśli, jakby stare dusze, które przeżyły wielokrotnie swoje życie, śniły o tym, czego wcześniej doświadczyły.
Przez te wszystkie czasy moja rola polegała na lądowaniu na Ziemi, przybieraniu jakiejś nieoczekiwanej formy i wykonaniu Zadania, które objawiało się mi dopiero w trakcie podróży i po przekształceniu postaci. Mogłem być na przykład lianą wspinającą się niczym epifity po pniach lasów deszczowych na zawrotne wysokości, żeby się tam iskrzyć. Niekiedy moja praca polegała na wysłuchiwaniu tego, co czują perłoródki rzeczne, a pewnego razu przebywałem nawet na cierpiącym katusze polu wyciskającym z macicy kamienie zamiast zboża – odłamek za odłamkiem. Słuchałem jego jęków i uspokajałem je. Pomogło. W czymś takim jestem dobry. Ale potem dostałem pewien awans.
W ostatnich tysiącleciach Biuro skupiło się na ludziach. Słyszałem i czytałem w archiwalnych dokumentach o tym, że jakiemuś innemu Badaczowi zlecono zajęcie się naprawdę wielkimi ludźmi. Krzyczącymi z radości „Heureka” brodaczami i mężczyznami z sekstantem mierzącymi niebo, mylącymi się istotami, wyjętymi spod prawa, wyklętymi przez Kościół, ale zawsze wielce utalentowanymi i namaszczonymi, wyniesionymi na wyżyny.
Taki los spotykał tych niegdyś odrzuconych, a następnie uznanych za niezwykle wybitnych. Pisano też dzieła o Badaczach, których prace zakończyły się całkowitym niepowodzeniem. Jeden z nich, radujący się wielkością Babilonu, zauważył ze zdziwieniem, że miasto to upadło. Inny zaś udowadniał wiarygodnie i przedwcześnie, że fale tsunami nigdy nie dosięgną labiryntów Minosa na Krecie. Kolejny wyobrażał sobie, że między kamieniami Stonehenge przechadzają się przepowiadający przyszłość ludzkości druidzi, a drugi dowodził, że odpowiedzią na wszystko jest Lud Trzech Pożarów – Anishinaabe. Dopiero teraz okazało się, że te teorie były nieudanymi eksperymentami, a nieszczęsne kultury zostały zniszczone. Indianie też zostali zamknięci w rezerwatach i utopieni w wodzie ognistej. Jeżeli wziąć pod uwagę trwanie wszechświata i punkt widzenia Najwyższego Biura, żadne z tych doświadczeń się nie powiodło, a Badaczy, którzy opisali te mierne osiągnięcia, zdegradowano i kazano im zająć się kalinami koralowymi i czymś w tym rodzaju.
Ostrzegano mnie. Człowiek stanowi tak trudny przedmiot badań, że niełatwo nim zarządzać. Jest uparty i nie słucha nikogo. Uważa się za władcę świata. Jako gatunek nie zadowala się swoim losem, który, jak podpowiada logika, jest nędzny i powinien doprowadzić do szybkiego wymarcia ludzkości już miliony lat temu. Człowiek to niezdarne, pozbawione praktyczności stworzenie, obrzydliwe i gołe, bez przyzwoitego, chroniącego skórę owłosienia. Jego biodra są źle przystosowane do rodzenia, a mózg zużywa zbyt wiele tłuszczu i białka. Człowiek chce sam podejmować decyzje i wydaje mu się, że sobie dobrze radzi, chociaż pieprzy wszystko, do czego się zabierze. Zobaczcie chociażby, co dzieje się teraz na Ziemi! Ona cierpi i umiera tylko z powodu jednego gwałtownie rozmnażającego się, głupiego i pełnego nienawiści gatunku. Człowiek jest śmiesznym stworzeniem, niepasującym do natury pasożytem, niepotrzebnym wynalazkiem Stwórcy obmyślonym przez niego w wolnym od pracy dniu, i z jakiejś przyczyny powoduje szkody i dysonans na falach uniwersum.
Jednak mimo wszystko i może właśnie z powodu braku równowagi współdziałanie z ludźmi zostało przesunięte, przynajmniej chwilowo, na szczyt agendy Biura, i tylko po wypełnieniu zadań z nim związanych Badacz może na zawsze osiągnąć stan nirwany. To dano mi do zrozumienia.
Zapala się we mnie świetlny dźwięk. Nadeszła pora, by wyruszyć. Właśnie odebrałem wiadomość: wybieram się w lata dwudzieste XXI wieku ludzkiego czasu, do stolicy kraju leżącego na północy, gdzie mam spotkać się z jakimś Pisarzem. Helsinki i elegancka dzielnica Eira nad morzem. Staram się zapamiętać nazwy tych miejsc i odszukać je w Atlasie Kosmosu. Leżą one trochę na uboczu, wcale nie w starych kulturalnych MIASTACH Europy i Azji. Nowa, założona dopiero w 1812 roku stolica, dawna gubernia rosyjska, niepodległa tylko od ponad stu lat. Kilka kamiennych domów, dość ładna biała katedra zbudowana na skalistym wzgórzu. Pełni pasji architekci i pisarze, zbyt mało elegancji wynikającej z wyższego stanu.
Niezupełnie to, czego bym się spodziewał, nie ma wysokich, cichych sal bibliotecznych jak w starych metropoliach uniwersyteckich, dźwięku dzwonów kościelnych oraz wzroku Gorgon w cieniu gotyckich filarów. Czy to jakiś okrutny żart spowodowany tym, że nie dokończyłem poprzedniego zadania?
Ale znów się ożywiam. Najwyraźniej to Zadanie jest ważne, ponieważ posiada klasę A1 i podkategorię 158B, co wskazuje na powstanie nowego życia. Może stała samica, czyli żona Pisarza się szczeni i potrzebny jej jestem jako Przewodnik Dusz? Takie zadania mają większą wartość, są rzadsze i bardziej cenione, i łatwo podczas nich o niepowodzenie. Jeśli tym razem mi się uda, na pewno przeniknę do Wiecznego Spokoju lub przynajmniej dostanę się na Wyższy Poziom. Zdążyłem już mieć na to nadzieję i przybrać wiele postaci.
Wtem czuję, że ślizgam się po jasnej, zimnej powierzchni Oka Stwórcy. Wpadam w wir, moja świadomość się kurczy, bezpieczne, śpiewające cicho morze zostaje poza nią i jednocześnie czuję, że coś mnie ściąga w dół, i spadam albo wytaczam się – właściwie wszystko jedno, nie znam się na kierunkach świata, wcześniej nie miały one żadnego znaczenia. Czekam, aż moja postać zacznie się kształtować. Wiem z doświadczenia, że na pewnym etapie wytworzą mi się członki i żyły, w których popłynie krew. Moje serce zacznie bić, kości rozkwitną niczym bolesna śnieżnobiała lilia. Dotarłem do ciemnego miejsca, pewnie jest to macica ludzkiej samicy. Tak, to ona. Czuję wokół siebie pulsujące ciepło i wpadam w zachwyt. Będę dzieckiem! I w tej samej chwili odnoszę wrażenie, że moje bijące jak u zająca serce zamiera. Co to ma być? Ogarnia mnie strach. Staram się otworzyć oczy i na moment dostrzegam odznaczające się na tle światła żyły wypełnione krwią, czuję, że jestem w macicy, w najlepszym miejscu, jakie wszechświat wymyślił.
Nagle następuje zmiana.
Staram się określić swoje ciało, ale coś jest nie tak, już nie czuję wokół siebie ciepłego pulsującego gniazda, nie znajduję się w niczym. Zapalam się na chwilę i gasnę, wylatuję ze swojego jestestwa niczym kruk z ust Żyda.
Mówiąc prawdę, wszystko poszło nie tak, jak powinno. Na pewnym poziomie olśnienia i zrozumienia, które mnie ogarnęło, zauważam, że nie przeniknąłem do rodzącego się płodu, tylko unoszę się wokół w czasie, początkowo obijam się o białe kafle, robię się coraz mniejszy i zmierzam w stronę początku bytu. Jest tu zbyt twardo. Pach, pach, pach. Uderzam o jakieś stworzenie, wdzieram się w jego tkankę mózgową i naczynia krwionośne jak wściekła toksoplazmoza.
W głowie mam mętlik i szum, jakbym unosił się w cudownym mglistym wirze. Jednocześnie czuję dziwną, nową siłę. Krew płynie szybciej niż w jakimkolwiek innym moim ziemskim wcieleniu.
Niespodziewanie czuję ogromną potrzebę, żeby napić się ciepłego płynu tryskającego z szyjnej arterii. Co się dzieje?
Otwieram oczy i dostrzegam swoje odbicie w spienionej wodzie rzeki. To nie tak powinno było pójść! Jestem w zupełnie niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Mam wąskie żółte oczy drapieżnika i nie wierzę w to, co widzę. A jednocześnie wiem, że to prawda.
Stałem się, i głupio mi z tego powodu, jakimś zwierzęciem. Mam czarne łapy i pazury, które wbijają się na mój rozkaz w stwardniałą męską rękę. Czuję zapach czeremchy, pianę na swoich wąsach i słyszę grzmot rzeki Pajakka. Przez moje nowe sprężyste ciało przebiega dreszcz. Ach, i wszystko robi się jasne. Mam teraz nowe kończyny i nowe futro, i jak widać, zdolność wyczuwania aury i cieplnych prądów.
Powtarzam sobie: jesteś zwierzęciem. I to nie byle jakim.
Bez wątpienia, w nieodwołalny i przerażający sposób stałem się kotem.
To miejsce to nie Eira, a czas to na pewno nie lata dwudzieste XXI wieku, w których powinienem się był pojawić. Próbuję gorączkowo określić sytuację, punkt, do którego wpadłem w czasie i przestrzeni. Wysyłam prośbę do Biura. Ale z powodu jakiegoś zakłócenia słyszę słabe trzeszczenie, a moje czujniki nie działają tak jak zwykle. Tyle tylko rozumiem ze słabnącego sygnału przekazywanego mi przez Jasność, że jest lato roku 1917. Trafiłem do Finlandii, rosyjskiej guberni, położonej gdzieś w północnej prowincji. Nie na południu, lecz na najbardziej odludnych terenach. Trafiłem też do innego czasu. Trwa właśnie wielka wojna światowa, już od trzech lat, a kraju o nazwie Finlandia jeszcze nie ma, istnieje jedynie buntująca się zachodnia gubernia, która zaczęła podejmować dziwne wysiłki zmierzające ku niepodległości.
I sytuacja się pogarsza. Ziemia, na której się teraz znajduję, leży na wschodzie, na nic nieznaczącym obszarze. To kraj głodujących, ziemia biedoty. Linie telefoniczne tu nie śpiewają, pociąg nie przejeżdża. Domy są zbudowane z drewnianych bali, drogi nieutwardzone. Jestem gdzieś koło kościoła, w samym środku jarmarcznego zamieszania. Ale zanim udaje mi się przeprowadzić jakąkolwiek analizę, czyjaś ręka chwyta mnie mocno za szyję i wpycha do mokrego i oślizgłego więcierza. Więc chyba nie zdążę niczego zrobić i spotka mnie najwidoczniej los przynęty na raki. Syczę i drapię pazurami, szamoczę się, ale nic nie pomaga. Jestem już do połowy zanurzony w wirującej wodzie, gdy słyszę głos:
− Hartikka, ty tego stworzenia nie utopisz. Oddaj mi go.
Ręka się zatrzymuje, waha się, a potem rozlega się rżenie.
− No i co, Eeva, będziesz w końcu moja?
Z jakiegoś powodu domyślam się, że imię ratującej mnie przed utopieniem młodej kobiety to Eeva, ma ona tyle lat, ile obecny wiek, i że w pewien sposób wszystko wiąże się z Pisarzem, a raczej z Pisarką.
Chyba powinienem teraz opowiedzieć całą historię jej rodziny, ale przecież na coś takiego nie wystarczy mi czasu ani miejsca w trakcie tych badań, mam też ograniczone możliwości. Zwykle takie rzeczy muszę załatwić prędziutko.
Czy jest w tym coś ważnego? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Najwyższe Biuro pogrywa sobie kurewsko z Badaczem. Może tam w oddziale B145 ktoś się właśnie śmieje w najlepsze. Myśli sobie: bądź kotem i postaraj się coś zrobić. Wysil się.
Nie wiem, co mam powiedzieć.
Czuję szarpnięcie, teraz jestem wyciągany.
Piana rzeki moczy suknię uszytą z wełnianego płótna używanego do czyszczenia beczek na dziegieć, zabarwioną na żółto krwawnikiem i wrotyczem. Eeva osłania mnie rękawem i przytula do dekoltu ozdobionego czerwoną grubą nicią pachnącą zasłonakiem.
Bydlak, który wepchnął mnie do więcierza, podchodzi pomostem od tyłu i ją obejmuje. Szepcze:
− Ja cię znam. Jesteś dzika, ale cię obłaskawię.
Wciska kolano między jej uda, ale dostaje mocnego kopniaka i jęczy.
− Potrafię się obronić – syczy kobieta.
− No pewnie, że potrafisz, ale nie chcesz. Sama się dopraszasz.
− Spadaj, Hartikka, idź męczyć łatwiejsze dziewuchy.
− Nie stawiaj się tak, ty znajdo.
Zbliżamy się do targu, słychać ludzkie krzyki.
− Człowiek słabej woli. Żyje z ochłapów, które mu się rzuca – szepcze kobieta i przyciska mnie do siebie. − Ma brzydką duszę. Czemu nikt tego nie pojmuje?
Idąc ścieżką wzdłuż brzegu, można się przekonać, że wysiadający z łodzi ludzie zmierzający na targ omijają kobietę z daleka, ponieważ córka Dzikiej Kaisy zna ponoć pradawne słowa väki1, za które karze się rózgami albo zakuciem w dyby.
Tymczasem badam własną formę bytu. Kot. I co to takiego jest. Felis Silvestris Lubica, dziki kot afrykański, zwierzę żyjące na pustyni, które toleruje uwagę okazywaną mu przez człowieka głównie po to, żeby łowić szczury w spichlerzu.
Mam wystające szpiczaste uszy. I zanim zdążę się zorientować, łowię tymi skórzanymi stożkami różne dźwięki, słyszę bicie serca i cudowny rytm krwi płynącej w żyłach trzymającego mnie człowieka. Nie, nie tylko słyszę, ale i wyczuwam ten roztaczający woń, pulsujący pod cienką skórą na szyi płyn. Widzę ciepło i jarzącą się wyraźnie niebieską aurę. Eeva niesie w koszyku i pojemniku z brzozowej kory paszteciki z borówkami, żeby je sprzedać na targu. Jej serce łomocze, początkowo z gniewu, a potem z czegoś innego. Uświadamiam sobie, że to oczekiwanie. Tę dziewczynę przepełnia radość, słowa nabierają dzisiaj koloru i są szczególnie wesołe, do wytartych strof wkrada się zawoalowana swoboda. Od dłuższego czasu widzi we śnie dobre proroctwa.
Nie ma na co czekać, trzeba opowiadać.
Na rynku otoczonym drewnianymi domami i kamiennym ratuszem słychać hałas. Niektórzy stoją pod wiatami chroniącymi od deszczu, ale pozostali mają tylko kosze.
Atmosfera jest pełna podekscytowania, zabawy, ludzie rzadko mają okazję przybywać aż pod kościół. I wyczuwam też jakieś budzące się niezadowolenie. Poza tym wszyscy się irytują, bo wóz z namiotem, w którym pokazują żywe obrazy, stoczył się do rzeki gdzieś w okolicach Marraskoski. Chęć na powidoki jest wielka, czegoś takiego nie zobaczą znowu przez długi czas.
Grupki skupione wokół Hartikki stoją osobno, na znak przynależności do samoobrony noszą na rękawach białe przepaski zrobione z kawałków żeglarskiego płótna albo obrusów.
Na snopku siana pomarszczoną gębę wystawia do słońca Renne Matoperä, który podobno przeprawia artystów przez rzeki na górę, pod Morze Białe. Takich geniuszów z południa jak Akseli Gallen-Kallela, Eero Järnefelt i I.K. Inha. To najwidoczniej wielcy panowie, bo każdy chce im postawić kolejkę. Słuchacze dziwią się ich nazwiskom, czemu akurat Gallen, i do tego jeszcze Kallela, i czy naprawdę namalował okolicę jeziora Lentua. Tego, w którym topi się Aino z Kalevali2. I co to za I. i K., i do tego Inha3, przecież to brzmi obrzydliwie.
Opowieści wystarcza, i wystarcza też niedowierzania, że ktoś mógłby się interesować tymi peryferiami. Ale tak jest. Naprawdę.
Trochę dalej, za końmi i poidłami przycupnęli czerwoni. Eeva kieruje się w ich stronę, na budkę Księgarza i na komiwojażera, za którymi podkuwany jest wałach należący do rosyjskiego dragona. Wśród czerwonych wyróżniają się dwa młode osobniki. Jeden z nich się awanturuje, głośno opowiada o ustawie nadającej władzę parlamentowi, którą burżuje chcą złośliwie obalić przy poparciu rosyjskiej Dumy, i pociera czoło czerwoną chustą. Obok niego stoi inny, ale cichszy element, trzymający dzieło Klucz do Kalevali, napisane przez Pekkę Ervasta. Błądzi wzrokiem po rosnących przed korytem z wodą dla koni mleczach, chustach karelskich kobiet, końskim gównie, które przykleiło się do wykładanych sianem butów mieszkającego daleko na północy Skolta, sprzedającego mięso z renifera. Czuję, że oczy tego człowieka czegoś szukają. Ten osobnik ma na imię Mahte. Skąd wiem coś takiego?
Po prostu wiem.
I chociaż nie mam pojęcia, dlaczego wrzucono mnie w ten czas i czy nie jest to zwykły przypadek, mogę się jedynie do tego przystosować. A więc powtarzam sobie te dziwaczne zdarzenia i przysłuchuję się wrzaskom Johana z wysokim czołem, starszego brata Mahtego.
− Dosyć już mamy tego bałaganu, jaki robią ziemianie i burżuje. Brakuje jedzenia, robotnicy mdleją z głodu, a Hartikka ukrywa zboże. – Łysawy pokazuje palcem na ludzi z samoobrony. – Takich to trzeba topić w bagnie!
− Nie opowiadaj głupot, Johan – rzuca Mahte. Głos ma spokojny, widać, że jest przyzwyczajony do łagodzenia.
Eeva sprzedaje nadziewane borówkami paszteciki w jednej chwili, jak zawsze, i przepuszcza część zarobionych pieniędzy u Księgarza na broszury i notatnik w czarnej okładce. I właśnie przy tym straganie oczy obojga spotykają się po raz pierwszy.
Tamtego dnia Eeva widzi Mahtego, a Mahte Eevę, która później napisze w swoim dzienniku: Ojej, jakże on na mnie patrzył. Na mnie, prosto na mnie. Chyba nie ujrzał znajdy ani bidula, tylko kobietę. A jego spojrzenie było spojrzeniem dobrego człowieka. Nie pamiętam, jaki miał kolor oczu ani jakie rysy, ale jego twarz wydawała się taka młoda i szczera, i z jakiegoś powodu przyszło mi na myśl, że z tym mężczyzną chętnie poszłabym na grzyby, posiedziała na trawie i po prostu pogadała. W tym ułamku sekundy zdążyłam pomyśleć o wielu innych rzeczach, ale one wiązały się z naturą samicy, witalnością i kroczem, i nie warto o nich teraz opowiadać.
Oboje trzymają książki. Staram się wyobrazić sobie, co Mahte dostrzegł w Eevie. Dziewczynie, która jedną ręką ściska notatnik w twardej oprawce, a drugą przytula do piersi małego kota. Nic z tego nie powinno przyciągać uwagi syna właściciela gospodarstwa. Owszem, Mahte o niej słyszał. To Eeva. Sierota z Reutuaavy, niespecjalnie krwista dziewucha. Szczenię Dzikiej Kaisy.
I tak, Eeva też zna Mahtego. Oboje się znają i wyciągają własne wnioski.
Rodzina chłopaka ma dużo ziemi i las w Grajdole. Odziedziczy to najstarszy syn, Johan, gdy tylko odechce mu się zadawać z czerwonymi i jeżeli nie stanie mu na drodze ta przypadłość. Najmłodszy z braci, Hermanni, pojechał do Ameryki za dziegciem, natomiast Johan mimo swojego pochodzenia zrobił się zaciekłym socjalistą. Matka Helmi jest porywczą kobietą i utrzymuje twardo dyscyplinę, a pan na Alkuli, ojciec Mahtego, stracił, jak powiadają, poczucie rzeczywistości na tyle, że zapędził wilki do pilnowania krów, a ponieważ drapieżniki nie rozszarpały bydła, ludzie stwierdzili, że zawarł pakt z diabłem.
Ale dlaczego Mahte patrzy na Eevę, czego on od niej chce? Staram się jako Badacz to zrozumieć. On potrzebuje przede wszystkim gospodyni do swojego domu. Kobiety, z którą spłodzi dzieci i będzie prowadził życie takie, jakiego pragnie każde stworzenie na kuli ziemskiej, czyli kontynuacji i przedłużenia istnienia, przecież do tego wszelkie żyjące istoty dążą. Jednak on potrzebuje też czegoś innego. Może czułości, bo w oczach Mahtego odbijają się ciepło i siła dziewczyny, i ta sama potrzeba, która siedzi też we mnie. Głód, pociąg do przyjemniejszego życia. Pragnienie miłości.
Eeva napisze później: „Młynek do kawy. Właśnie tym cudownym urządzeniem Mahte zwabił mnie na Wyspę i zostałam jego narzeczoną. Jakież to wspaniałe, wspaniałe urządzenie”.
Oczywiście, wtedy na rynku zaczynają się najpierw zalecać do siebie. Rozmawiają o pogodzie, a potem idą w ustronne miejsce, schodzą z oczu komiwojażerom i bezwstydnicom, mijają karciarzy i handlarzy końmi. Następuje cisza i Eeva zerka w bok, chce odejść. Mahte czuje strach. Teraz musi zarzucić dobrą przynętę.
− Nawet nie zgadniesz, jaki mam skarb.
− Co to takiego, czego innym brakuje?
− Młynek do kawy.
Eeva się waha. Taka rzecz to wielki luksus. Lecz kawy nie znajdzie się nawet w sklepie z towarami kolonialnymi w Kuusamo.
− A skąd weźmiesz ziarna? No, żeby coś zmielić.
− Mój brat przysyła nam z Ameryki. Podobno palona na Brooklynie.
Brat z Ameryki i starszy brat, który odziedziczy ziemię. Hermanni i Johan. Rodzina. Po śmierci Dzikiej Kaisy Eeva nie ma niczego, tylko wąskie łóżko w Reutuaavie i piętno znajdy.
Dziewczyna, ubrana we własnoręcznie ufarbowaną, ale ładnie uszytą sukienkę, waha się przez chwilę.
− A co ty byś mi dała w zamian? – pyta Mahte.
Eeva odrywa przyciśniętą do piersi dłoń, w której leży kocię. Stamtąd ogląda ono świat oczami, które właśnie się otworzyły.
− Dostaniesz kota. Łowi zawzięcie myszy.
Mahte patrzy na mizerne stworzenie, które sięga malutkim pyszczkiem do palca Eevy. Oboje zaczynają się śmiać.
− Mordercę myszy? Gdzieżeś go znalazła?
− Ludzie chcieli utopić małe koty w Pajakce. Wzięłam tego, który ssał mi najmocniej palec.
Mahte się zastanawia, dziwi. Co to za samica, która nie rozumie, że koty i psy się szczenią, i niepotrzebnie wyprodukowanych podczas naturalnej rui zwierząt przeważnie trzeba się pozbyć, przeznaczyć je na przynętę dla raków.
− Od kogo go wzięłaś?
− Hartikka trzyma więcierz przy brzegu, stamtąd go wyciągnęłam.
Potem następuje chwila, w której rzeczywisty czas nie biegnie, w każdym razie nie według ludzkiego rozumu. Z punktu widzenia Jasności ma to bardzo mało znaczenia.
− Odwiedzisz mnie, jeśli o to poproszę?
Eeva się waha, chociaż ja w ciele małego kota czuję przyspieszony puls i radość. Jednak mówi, ociągając się:
− To daleko. Do Grajdoła.
− No tak.
− No i nie jestem żadną tam latawicą.
− Na pewno nie jesteś.
Dziewczyna się zastanawia. Musiałaby popłynąć łodzią w górę rzeki, bo koń pocztowy wozu tam nie pociągnie. A droga do Sumsy jest pełna dołów niemal przez cały rok.
− Co dostanę, kiedy cię odwiedzę?
Poza złą opinią i wstydem.
Bólem serca.
Oboje oddychają tak, że słychać świst w nozdrzach i czuć bijące serce Eevy.
− Może pohandlujemy – proponuje Mahte. – Ja ugotuję kawy, a ty podarujesz mi kota.
Dziewczyna przyciska małe stworzenie, czuje przylegające do niej ufne ciało, ciepło, życie.
− Nie dam ci go, bo dostałam go w prezencie.
Teraz Mahte ma szansę, żeby się wycofać. Ale znów odwaga bierze w nim górę.
− W nowym domu morderca myszy się przyda.
A to już jest obietnica. Najprawdziwsza.
10.08.1917
Minęło wiele tygodni, odkąd widziałam na targu Mahtego, który mieszka w Grajdole. Długo rozmyślałam, czy mam się do niego wybrać. Zostawił w wozie Księgarza wiadomość, że na mnie poczeka. A ja wiem, co to oznacza, znam tę tęsknotę i widzę ją wyraźnie w swoich snach.
Gospodyni zapowiedziała, że wyrzuci mnie do piwnicy z ziemniakami, jeśli nie będę chciała iść za Hartikkę. Zagroziła, że w razie potrzeby gospodarz mnie tam zaprowadzi pod pistoletem. Ale on karczuje las albo się ugania za dziewuchami, więc się go nie boję. Bardziej boję się, że jeżeli pójdę do Mahtego, to nie będzie powrotu. Bo jeśli on mnie nie weźmie? Jeśli całkiem zmieni zdanie?
Mam iść na oślep prosto w paszczę śmierci, kiedy nie wiem, czy on zechce mnie przyjąć i się mną opiekować? Może byłabym dla niego tylko zabawką na chwilę? Coś takiego przytrafiło się mojej matce, Dzikiej Kaisie. Straciła pracę służącej, wypędzili ją ze wsi na wzgórze i jeszcze poszczuli psami. Ale on ma dobre oczy, takie, które widzą chyba to samo co ja.
Nieprzygotowana, nie ruszę nigdzie. Wzięłam dziewiczą kąpiel w saunie, wypowiedziałam te słowa. Załatałam spódnicę, jak się tylko dało, wybłagałam od gospodyni koronkową chustę i zawiązałam włosy na szczycie głowy tasiemką zamszową przysłaną ze sklepu z towarami kolonialnymi w Viipuri. Zaparzyłam dobry napój, taki, który zwiększa żądzę i ochotę u mężczyzny. Dodałam do niego pokruszoną suchą koniczynę i wiązówkę, żeby ukryć smak.
Na koniec nasikałam do drewnianego dzbana, z którego gospodyni pije od czasu do czasu źródlaną wodę. Żebym na pewno nie miała dokąd wracać. Jakbym chciała się upewnić, że opuszczam ten dom ostatecznie. Ale krowy poszłam pogłaskać, śpiewały mi i mruczały, nie żeby się smuciły, tylko w dobrym znaczeniu.
Nakładłam do kieszeni nasion tojadu, czyli wilczego ziela. Zasieję je tam od razu – niebieskie śliczne kwiatki łatwo wydają się piękne i niewinne, ale przydają się bardzo, kiedy trzeba kogoś szybko wpędzić w wieczny sen. Bo niebo wie, w co ja się pakuję, a nocą mój bliźniaczy duch pokazał mi, że nie będzie to łatwa droga.
Teraz czekam, aż mnie ktoś zabierze. A to może potrwać. Co jakiś czas czuję strach: a jeśli Mahtemu się znudzi i weźmie sobie inną? Z pobliskiego domu. Bogatą i uległą.
Czy dam sobie radę? Nikt mnie nie uczył, jak być panią na dużym gospodarstwie.
Zastanawiałam się i pytałam samą siebie, czy mam jechać, czy nie.
Wiem, że dam radę. A to znaczy, że mam jechać.
Tamtego lata, w roku 1917, widać, jak młody Mahte wysiaduje na Skale Wieloryba. Codziennie, godzinami, ukryty przed wzrokiem Helmi, która z podwórka w Alkuli podgląda swojego średniego syna. Co ten chłopak tam porabia? Czasami twierdzi, że zbiera gałęzie dla krów na zimę, a czasami, że robi pułapki, chociaż nawet nie potrafi ukręcić porządnie zającowi karku.
Mahte siedzi, spogląda w dół rzeki i czeka, patrzy w przyszłość. Raz przypływa łódź z pocztą, a innym razem z towarzyszem albo dwoma, którzy opowiadają, co dzieje się na świecie. Niekiedy spierają się ostro o bunt, kłócą się o idee. Rozmawiają o wojnie światowej i rewolucji lutowej w Rosji. Carska rodzina wyjechała. Albo została wywieziona.
Teraz, tam nad brzegiem, siedzą przy ognisku Mahte i drugi, podobny do niego młodzieniec z wysokim czołem, starszy brat Johan. W zębach trzyma fajkę zrobioną z korzenia i napełnia ją tytoniem, jak przystało na przyszłego gospodarza. Obaj zastanawiają się nad ważną sprawą, więc do herbaty ugotowanej w zakopconym imbryku dolewają trochę księżycówki. Johan zapala fajkę za pomocą krzemienia i hubki i chrząka.
− Ta znajda cię odwiedza, żeby ziemie pooglądać?
− Ona ma na imię Eeva.
− To wiem. Córka Dzikiej Kaisy, akuszerki, podobno wypowiada słowa väki. Nie poszła do spowiedzi. Ma kiełbie we łbie.
− Co ty pleciesz? Umie przecież czytać. Jest bystra.
Johan kręci głową. Ich matka, Helmi, nigdy się nie zgodzi.
− Taką lebiodę sobie bierzesz?
− Ma na imię Eeva.
− Matka się wścieknie.
Johanowi chodzi o to, że mają dużo lasu i bydła i znajda nie może zostać gospodynią.
− Ale ona by ci się podobała?
− Podobałaby się. I podoba.
Starszy brat próbuje znaleźć rozwiązanie kłopotu. Jego twarz rozjaśnia się na chwilę.
− Jeśli już ją musisz posiąść, to weź na służkę, połaskocz latem, każ pracować przy sianokosach na bagnie. I przestanie cię świerzbić.
Johan ssie machorkę w fajce, kiwa głową, jakby się na tym znał. Mahte mówi oburzony:
− Bo ty wiesz najlepiej, jak się takie rzeczy robi.
− Oczywiście – zapewnia brat.
Mahte milczy.
− Coś ci powiem. Najpierw będziesz prawił banialuki, które one lubią.
− Jakie one?
− No, te takie. Sroki złodziejki.
I zaczyna odmalowywać scenę. Obraz, z którego słuchacz nie dowie się nic prawdziwego na temat spichlerza czy snopków siana, w których ponoć obmacywał dziewuchy.
− Więc najpierw rozmawiasz z nimi ładnie.
− Jak?
− No, wypytujesz, łaskoczesz słowami. Po dziewczynie będzie widać, czy jest zainteresowana.
To takich rzeczy gospodarz na Alkuli nauczył swojego syna.
− A kiedy już się rozpali, to przystępujesz do ataku. Chwytasz za biodra.
− A jak mnie odepchnie?
− One nie odpychają. – Johan wysysa resztki tytoniu z fajki i stuka nią o skórzaną cholewkę buta.
− A potem ją całujesz, a jak ci odpowie tym samym, to…
− To co wtedy?
− To wtedy ty… − Johan zaczyna grzebać w ognisku, wzniecając iskry. – Rozsuwasz jej nogi, jak sama na to nie wpadnie. A tam w środku jest dziura, do której musisz wejść.
− Tyle to ja wiem. – Na twarzy Mahtego pojawia się rumieniec.
− I wsadzasz do niej ptaszka.
Starszy brat stuka fajką o kamień.
− Sam też tak właśnie robisz?
− No przecież muszę. Jestem synem bogatego gospodarza.
Wszyscy się za babami uganiają, a najbardziej pan na Alkuli, w każdym razie zanim jeszcze zaczął rozmawiać z cieniami i wierzyć, że wilki pasą krowy. Tak zawsze było i będzie, zapewnia Johan, a Mahte potakuje z wahaniem.
Następuje krótka chwila na politykę. Fińscy burżuje paskudnie zdradzili socjaldemokratów i przeszkodzili we wdrożeniu ustawy dotyczącej władzy, która praktycznie przyniosłaby Finlandii niepodległość. Mówi się o powszechnym strajku. Albo o tym, co on by tutaj znaczył. Przecież tu nie ma fabryk, większość ludzi trzyma bydło, ma nieurodzajne, kamieniste pola, nędzne ziemie rozdane podczas wielkiego podziału. Tylko zagony ziemniaczane mogłyby za nim głosować.
Tej jednej i jedynej nadal nie widać.
Matka Helmi słyszała o wydarzeniach na targu i pogroziła:
− Ta dziewucha nie zostanie gospodynią na Alkuli!
Najstarszy jest Johan, więc on ma prawo do gospodarstwa.
Mahte nie może wybierać. Jeżeli chce Eevę, to musi wykupić swój udział w spadku, prawo do ziemi na oddalonym terenie i postawić własną chałupę na stromym wzgórzu. I ludzie z Alkuli mu w tym nie pomogą. Więc najpierw oboje będą mieszkać w saunie, jeść ryby i karczować własne pole.
Mahte obrabia zagony z ziemniakami, zaprzęga się do pługa, sapie z wysiłku. Naprawia sieci, wyplata więcierz z wierzby i drutu. Wrzuca go z łodzi do wody, w zarośla, i wieczorem sprawdza, czy coś się złapało. Pułapka pachnie cudownie śluzem, rybią łuską, mułem rzecznym i śmiercią. Trzeba ją przenieść w trzciny i zatopić w miejscu, w którym podpłyną do niej zwinne okonie i szczupaki z długimi pyskami. Wyciągnie się je potem z ich domu, żeby łapały okrutne powietrze Stwórcy. Szczupaka sparzy się, a potem rozetnie nożem na brzegu. Jego serce będzie jeszcze biło w ludzkiej ręce, a w ciepły wieczór pochwyci je swoim pyszczkiem lis.
1917
Jest piękny, sięgający do nieba dzień, jaskółki przecinają niebieskość, a ważki rzucają cienie na falującą głębinę. Psy dostały głowy ryb złowionych w poranne sieci i wylegują się na słońcu z wyciągniętymi łapami. Panuje miła, spokojna atmosfera, ale wtem wszystko się zmienia. Mahte siedzi na Skale Wieloryba i widzi łódź płynącą w górę rzeki. Kiedy osłania ręką oczy i mruży je, serce zaraz zaczyna mu galopować. Przeczesuje trzęsącymi się palcami włosy i zrzuca rybie łuski z nogawek spodni.
Właśnie pojawia się przed nim kobieta, i jakiż to widok. Czerwona spódnica wiruje, przylega jej do nóg. Eeva nie chce już siedzieć na ławce, staje na dziobie, a Mahte patrzy na nią, jakby pojawiła się sama władczyni wód. Nieosłonięte chustą włosy zaplotła w warkocz, upięła wysoko i wcisnęła weń kilka róż. Psy się budzą i zaczyna się szczekanie. Mahte zauważa, że w łodzi przy wiosłach siedzi Aleksi Leho, którego ojciec także popłynął do Ameryki. Ale i ten postawny chłopak niknie, kiedy wzrok Mahtego się wyostrza i skupia na kobiecie. Ta minę ma dumną, brodę wysoko uniesioną. Wiatr szarpie jej włosami i wyrywa z ułożonego na czubku głowy warkocza kosmyki, rzuca nimi i zakręca, jakby Grajdoł chciał w ten sposób powitać przybyłą.
Eeva wysiada na ląd, stopy ma bose, a Aleksi Leho wyciąga z tyłu łodzi kabzę i pudło z kory brzozowej. Mahte ucisza psy.
− Długo to trwało.
− Droga była ciężka.
Dziewczyna staje na brzegu i przechodzi na pustą polanę, tam, gdzie między kamieniami pali się ognisko, a zamiast sauny sterczą tylko belki.
Aleksi Leho przywozi, co miał przywieźć: gazety rewolucyjne, a do tego saboty, które gospodarz na Alkuli czasami naprawia, kiedy ma dobre dni. Mówi o sianokosach, zastanawia się, jaka będzie pogoda, ale zaraz zauważa, że pozostałych to nie interesuje. Trochę skwaszony, rusza w stronę domu.
Eeva chce pójść za nim, ale Mahte się waha.
− Nie zaprowadzisz mnie do was, do środka? – pyta dziewczyna.
Pokazuje na wielki dom, lecz chłopakowi opadają ramiona.
− Poczekajmy z tym jeszcze. – Zaczyna się jąkać. − Bo widzisz, to taka sprawa…
Nagle niedawna waleczna królowa się rozpływa i zamiast niej na brzegu stoi nieśmiała, zupełnie inna dziewczyna. Trzyma w objęciach małego kota, jakby był całym jej majątkiem.
Szepcze:
− Tylko ty, Mruczku, zostałeś mi za posag. I się nadasz, jeśli ja się będę nadawała.
− Dużo rzeczy ze sobą nie zabrałaś – zwraca uwagę Mahte.
− Takie życie. Mam tylko kabzę – mówi Eeva, a on się pochyla i zaczyna gładzić zwierzątko po karku. Jego palce dotykają palców przybyłej, czuje, jak przenika go prąd.
− Nos po kocie, głowa zająca, pazury jak u smoka, a poza tym jesteś krewniakiem wilka – przemawia cicho do kota, lecz patrzy na nią.
Skądś wylatuje kundlowaty Piku i zaczyna szczekać. Mahte lubi zwierzęta i jedyne, co mnie, kota, zastanawia, to fakt, że uważa on swojego psa za wspaniałego towarzysza. Tak jak ludzie zazwyczaj. A przecież to nieprawda. Psy ujadają, są włóczęgami. Podniecają się głupio, czym popadnie, szukają padliny, szczekają na dzikie zwierzęta.
Mahte wydaje sierściuchowi polecenie:
− Za nim nie wolno ci gonić.
Jego ręce nadal gładzą kota i iskrzącą się dłoń Eevy.
− Przypominasz mi Hallipartę, leśnego dziadka. Mieszka w tobie dziki stwór? – pyta, lecz nie kota, a dziewczyny. – Matka twierdzi, że należysz do tych, którzy znają stare słowa.
− Jakie słowa?
− Słowa väki. Zakazane. No przecież wiesz.
Eeva przyciska do siebie kota z czarnymi łapami.
− Ja je mam we krwi. Ale nie mówię nikomu.
− Mnie możesz powiedzieć. Podobno płynie w tobie krew dawnych Lapończyków.
Tak, Mahte pamięta, jak Eevę zwyzywano przed plebanią, gdy młodzież przystępowała do spowiedzi. Laponka, dziewczyna, której słoma wystaje z butów. Żona pastora, laestadianka, plotła, że zmiłuj się Boże, ona wcale do nas nie pasuje.
− I obiecali cię Hartikce.
− Aha. Naprawdę?
− No, oddałaś mu się już?
Eeva prostuje szyję, trochę zbyt gwałtownie i mówi wzburzona:
− Nie. Tego za nic nie zrobię. – O lufie pistoletu na swoim karku nie wspomina. − Czy moje sieroctwo to taka okropna rzecz?
− Dla mnie nie jest. Gorsze rzeczy widziałem.
Mahte opowiada o młodszym bracie, mieszkającym teraz w Michigan, w amerykańskiej Laponii, który wziął sobie dziewczynę z ludów Anishinaabe.
− Czyli Indiankę.
Oboje zastanawiają się nad tym nabożnie i z szacunkiem. Bo co tutaj wiadomo o rdzennych mieszkańcach Ameryki? Przychodzą im na myśl wielkie prerie i spokojnie przechadzające się po nich bizony, a potem wojenne okrzyki i półnadzy mężczyźni w pióropuszach na głowach, pędzący na uzbrojony w karabiny, ukryty za wzgórzem pułk kawalerii.
− Ale tam tak nie jest.
Patrzą na siebie. Pies krąży wokół nich, psuje niepotrzebnym hałasem najpiękniejszy wieczór, ignorancją ustępuje tylko burżujowi.
− Tak, dla matki to był duży cios – oznajmia Mahte z powagą i nagle zaczyna chichotać. – Straszny rwetes i krzyki się podniosły w związku z tym. Ty jesteś dla niej mała zadra w porównaniu z tamtą.
− A więc Helmi nie lubi indiańskiej synowej? – Eeva też zaczyna się śmiać. – Na pewno musi być jej ciężko.
Dwie radości się łączą i lodowa przeszkoda między dwojgiem pęka, topi się w promieniach słońca i paruje tak, że powietrze drży.
− Mężczyźni nie mówią mi zwykle takich rzeczy.
− A młode dziewczyny nie mają mi do powiedzenia… nic.
1917
Eeva i Mahte idą na łąkę, najpierw siadają w trawie, a potem kładą się na plecach. Niebo rozciąga się wysoko, niebieskie, że aż w głowie się kręci, kilka białych strzępków chmury sunie wzdłuż horyzontu po przeciwnej stronie, wiatr słabnie. Mahte wyrywa źdźbło trawy, nanizuje na nią poziomki albo, jak tu powiadają, czarowne maliny, i podaje młodej dziewczynie.
− Teraz nadchodzi czas robotników. Kończy się niewolnictwo i wkrótce cały świat wywróci się do góry nogami.
Eeva rozgląda się wokół, wącha, nasłuchuje. Tu jest dobrze. Tutaj powietrze wydaje się rozrzedzone, nie z tego świata.
Czuje, że sercem przyjmuje Wyspę, a Wyspa wsysa jej duszę. Podobnie jak las, którego oddech sięga do niej, ziemia też ją obwąchuje, wchłania, akceptuje.
− Matka może się stawiać.
− Przeszkadza ci to?
− Dam sobie z nią radę.
Wydaje się, że Mahte w to powątpiewa. Czy ktokolwiek poradzi sobie z Helmi?
− Razem nam się uda.
− Tak, tutaj moglibyśmy żyć. W tym miejscu mieszka ktoś stary i święty.
Mężczyzna opowiada o Hiidenportti4 na wschodnim wybrzeżu i odkrytych przez siebie ściennych malowidłach. Pod wpływem tych historii dziewczyna potakuje z zadowoleniem.
− To dobrze, to świadczy, że granica tutaj jest cienka.
Każe mu obiecać, że pokaże jej malowidła, mówi, że od nich bije dziwna siła. W ten sposób wiążą ją z przeszłością, chociaż ona nie potrafi tego dokładnie określić.
Jednak prawdziwy problem tkwi we współczesności, i to taki, że Helmi z Alkuli nie chce przyjąć sieroty i wpuścić jej na pokoje.
− Ech. Chyba trzeba się z tym pogodzić. Z ciebie nigdy nie będzie gospodyni w naszym gospodarstwie.
− To nie szkodzi.
− Postawimy tu swój dom.
− Na tym wzgórzu?
Eeva przygląda się badawczo ziemi, przechyla głowę i dotyka jej palcami.
Wtem budzi się w niej podejrzliwość.
− Dom się stamtąd osunie.
− Nie osunie, trzeba go tylko dobrze zbudować. Ta glina jest twarda.
W końcu Mahte dotyka dziewczyny. Trochę ostrożnie, jakby kładł dłoń na gorącym polanie albo skórze, na czymś cennym i kruchym.
Przysuwa się do niej, Eeva się nie opiera. Taka sytuacja jest dla nich obojga nowa, chociaż on wie, co o niej mówią we wsi. Ale się tym nie przejmuje, tylko całuje ją, a ona mu odpowiada tym samym pod wpływem chwilowego oszołomienia.
Czuje do niego wdzięczność, że nie jest gwałtownym byczkiem i choć postępuje ochoczo, daje jej czas na odpowiedź. Przechyla ją ku brzozie i wtem zatrzymuje się, dysząc.
− Co się stało?
− Mój brat powiedział, że teraz muszę na ciebie wejść.
Oboje zastanawiają przez chwilę, zaskoczeni.
A potem wybuchają śmiechem. Eeva obraca się i kładzie na ziemi na plecach, a ten dziwny mężczyzna całuje ją, gryzie zachłannie. Przywiera do niej mocno, ona czuje jego twarde podbrzusze. Porusza biodrami, ale nie dlatego, że musi, tylko chce.
Kiedy ten pierwszy raz jest za nimi, leżą oboje pośrodku ptasiego śpiewu i letniego dnia, osłonięci wysokimi trawami, uśmiechnięci szeroko. Wreszcie Eeva zbiera się na odwagę i pyta, dlaczego gryzł ją tak zawzięcie. Teraz sutki ma całe we krwi. Mahte zastanawia się przez chwilę i mówi, że doradził mu to brat.
− Dziewki lubią, kiedy ktoś ssie im piersi. Wymię trzeba wyciskać, można je gryźć, aż pęknie.
− Dlaczego?
− Dziewczyny sobie wyobrażają, że w ten sposób piersi się powiększą. Że jeszcze będzie z tego dziecko.
Eevie chce się śmiać. Johan z Alkuli na pewno nigdy nie dotknął kobiety.
− Nie bądź taki jak on i nie rób mi tego.
− Nie gryźć cię?
− Możesz gryźć, ale z dobrego powodu. Zamkniemy się w kołysce zrobionej przez Stwórcę i będziemy żyć razem, nie oglądając się na innych.
Umawiają się, że tak postąpią. Eeva jeszcze się zastanawia:
− Ten twój brat dziewczyny nawet na oczy nie widział, dobrze, że gospodynię rozpoznaje. To taka wada. Wiedziałeś o tym?
− Pewnie masz rację. Chodź, pokażę ci miejsce na bagnie, skąd będziesz czerpała wodę, zanim wykopię studnię.
1917
Ale oczywiście to, co dobre, nie trwa długo. Nie wtedy, kiedy się mieszka na Jałowej Ziemi.
Pojawia się zagniewana Helmi, głowę ma owiniętą chustą w czarne, czerwone i zielone kwiaty. Rzuca gwałtownie:
− Czy ona chociaż była u bierzmowania?
Zupełnie jakby wcale nie zauważyła Eevy.
− Była – odpowiada za siebie dziewczyna.
Kobieta nie zamierza się zniżać, zwracając się wprost do znajdy, tylko dalej ostro wypytuje Mahtego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Väki – w fińskiej mitologii nadnaturalne istoty lub potężna siła i energia związana z jakimś miejscem (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]
2.Kalevala – fiński epos narodowy. [wróć]
3. I.K. Inha – pionier fińskiej fotografii (słowo inha znaczy także zły, obrzydliwy). [wróć]
4. Wielka, masywna, powstała wiele milionów lat temu skała w fińskim parku narodowym, nawiązująca nazwą do fińskiej mitologii. [wróć]
