Dociekania pewnego kota - Katja Kettu - ebook

Dociekania pewnego kota ebook

Katja Kettu

0,0
32,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Nowa, hipnotyzująca opowieść Katji Kettu – autorki „Akuszerki” i „Ćmy” – o dziedziczności, kobiecej sile i języku, który ocala

Kiedy pisarka traci dziecko, jej świat się rozpada. Milknie głos, zamiera pióro. Wtedy w kącie izby pojawia się Kot – wysłannik sił, których ludzki rozum nie jest w stanie pojąć. W jego oczach odbijają się dawne czasy, a z zakurzonego strychu wyłania się dziennik praprababki – uzdrowicielki, strażniczki pradawnych zaklęć i słów niosących moc.

Katja Kettu, z właściwą sobie intensywnością, splata przeszłość z teraźniejszością, ból z magią, rzeczywistość z mitem. „Dociekania pewnego kota” to opowieść o utracie i odrodzeniu, o kobiecej pamięci i sile przetrwania zaklętej w języku, krwi i opowieści.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: ERÄÄN KIS­SAN TUT­KI­MUK­SIA

Wydawca: Adrian Tom­czyk Redak­tor pro­wa­dząca: Beata Koło­dziej­ska Redak­cja: Maja Strze­żek Korekta: Jadwiga Pil­ler

Copy­ri­ght © Katja Kettu, 2023 Ori­gi­nal edi­tion publi­shed by Otava, 2023 Polish lan­gu­age edi­tion publi­shed by agre­ement with Katja Kettu and Elina Ahl­back Lite­rary Agency, Hel­sinki, Fin­land Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Bożena Kojro, 2025

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68611-24-3

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Powiedzenie

Kto ma słowo, ten ma wła­dzę

fiń­skie powie­dze­nie

Prolog

Morze, w któ­rym uno­simy się my, Sfer­men­to­wane Dusze, sta­nowi pew­nego rodzaju mgłę ist­nie­nia. Taką, w któ­rej obję­ciach koły­szemy się z przy­jem­no­ścią. Tutaj nic nie jest dobre ani złe, ani na górze, ani na dole, skądś patrzy na wszystko Oko Stwórcy, ale trudno się zorien­to­wać, gdzie się ono znaj­duje w danej chwili. Sta­no­wię część roz­cią­ga­ją­cej się poza mną duszy świata, jakiejś ener­gii, w któ­rej tkwię. I wła­śnie dla­tego to ja ist­nieje – musi tak być, ponie­waż posia­dam pamięć i świa­do­mość i przy­by­łem tutaj z powierzchni Ziemi. Dokład­niej mówiąc, byłem na niej wiele razy, ale z jakie­goś nie­wy­tłu­ma­czal­nego powodu odsy­łają mnie tam wciąż na nowo. Mam pewne Zada­nie, które nie zostało jesz­cze wyko­nane albo się nie ukształ­to­wało. W każ­dym razie powi­nie­nem dopro­wa­dzić do zakoń­cze­nia jakiejś serii zda­rzeń, ponie­waż wła­śnie tym się zaj­mu­jemy, my, któ­rzy mamy wiele imion i ani jed­nego.

Do poten­cjal­nego ziem­skiego czy­tel­nika: nie prze­ra­żaj się tym opi­sem, nie będziesz miał do czy­nie­nia z dzi­wacz­nym poto­kiem słów i wykwi­tem ogar­nię­tego eks­tazą czło­wie­czego umy­słu. Jestem Prze­wod­ni­kiem Dusz, i to dobrym; wykształ­coną, miłą osobą (jed­nak w moim przy­padku ter­min „osoba” wydaje się zabaw­nie nie­pre­cy­zyjny, raczej jestem pew­nego rodzaju Bada­czem, cho­ciaż nie sto­suję przy­ję­tych metod). Wszelka wie­dza, którą zgro­ma­dzi­łem, została umiesz­czona w archi­wum Biura pod­le­głemu Jed­no­stce Bada­nia i Wspo­ma­ga­nia Form Życia w Jasno­ści. Nie, nie sta­ram się wpro­wa­dzić was w błąd. Wprost prze­ciw­nie, pró­buję przed­sta­wić prawdę. I od razu na początku chcę opo­wie­dzieć, od czego się wszystko zaczęło.

To miej­sce, w któ­rym wtedy prze­by­wa­łem, sta­nowi połą­cze­nie Zaświa­tów i Kra­iny Śmierci, ale nie­ko­niecz­nie Pod­ziem­nej Kra­iny, nie wspo­mi­na­jąc nawet o Nie­bie. Cza­sami widy­wa­łem tam ptaki o skó­rza­nych skrzy­dłach, ale latały zawsze brzu­chem do góry i mówiono mi, że zimują na dnie lapoń­skich jezior albo po dru­giej stro­nie zawia­sów nie­bo­skłonu. Raz widzia­łem, jak wyło­niła się tu winda, podobna do tych, które zauwa­ża­łem cza­sami w wie­deń­skich hote­lach, taka ze skła­da­nymi w har­mo­nijkę drzwiami i pięk­nie rzeź­bioną dębową oścież­nicą, otwie­ra­jąca się bez­gło­śnie, cho­ciaż nie było w niej nikogo. Zwy­kle panuje tam cisza, cza­sem sły­sza­łem śpiew albo mru­cze­nie, lecz nic takiego, co można by okre­ślić jako muzykę wymy­śloną przez czło­wieka. Tak poza wszyst­kim miej­sce to przy­po­mi­nało ogromną szczę­śliwą macicę, nie stało w sprzecz­no­ści z niczym, a jed­nak jaka­kol­wiek świa­do­mość nie miała do niego dostępu. To było morze, ale nic w nim nie wyda­wało się mokre ani bre­jo­wate, i nie miało początku ani nie można go było zmie­rzyć. W pew­nym odda­le­niu od Jasno­ści roz­le­gał się cichy szept myśli, jakby stare dusze, które prze­żyły wie­lo­krot­nie swoje życie, śniły o tym, czego wcze­śniej doświad­czyły.

Przez te wszyst­kie czasy moja rola pole­gała na lądo­wa­niu na Ziemi, przy­bie­ra­niu jakiejś nie­ocze­ki­wa­nej formy i wyko­na­niu Zada­nia, które obja­wiało się mi dopiero w trak­cie podróży i po prze­kształ­ce­niu postaci. Mogłem być na przy­kład lianą wspi­na­jącą się niczym epi­fity po pniach lasów desz­czo­wych na zawrotne wyso­ko­ści, żeby się tam iskrzyć. Nie­kiedy moja praca pole­gała na wysłu­chi­wa­niu tego, co czują per­ło­ródki rzeczne, a pew­nego razu prze­by­wa­łem nawet na cier­pią­cym katu­sze polu wyci­ska­ją­cym z macicy kamie­nie zamiast zboża – odła­mek za odłam­kiem. Słu­cha­łem jego jęków i uspo­ka­ja­łem je. Pomo­gło. W czymś takim jestem dobry. Ale potem dosta­łem pewien awans.

W ostat­nich tysiąc­le­ciach Biuro sku­piło się na ludziach. Sły­sza­łem i czy­ta­łem w archi­wal­nych doku­men­tach o tym, że jakie­muś innemu Bada­czowi zle­cono zaję­cie się naprawdę wiel­kimi ludźmi. Krzy­czą­cymi z rado­ści „Heu­reka” bro­da­czami i męż­czy­znami z sek­stan­tem mie­rzą­cymi niebo, mylą­cymi się isto­tami, wyję­tymi spod prawa, wyklę­tymi przez Kościół, ale zawsze wielce uta­len­to­wa­nymi i namasz­czo­nymi, wynie­sio­nymi na wyżyny.

Taki los spo­ty­kał tych nie­gdyś odrzu­co­nych, a następ­nie uzna­nych za nie­zwy­kle wybit­nych. Pisano też dzieła o Bada­czach, któ­rych prace zakoń­czyły się cał­ko­wi­tym nie­po­wo­dze­niem. Jeden z nich, radu­jący się wiel­ko­ścią Babi­lonu, zauwa­żył ze zdzi­wie­niem, że mia­sto to upa­dło. Inny zaś udo­wad­niał wia­ry­god­nie i przed­wcze­śnie, że fale tsu­nami ni­gdy nie dosię­gną labi­ryn­tów Minosa na Kre­cie. Kolejny wyobra­żał sobie, że mię­dzy kamie­niami Sto­ne­henge prze­cha­dzają się prze­po­wia­da­jący przy­szłość ludz­ko­ści dru­idzi, a drugi dowo­dził, że odpo­wie­dzią na wszystko jest Lud Trzech Poża­rów – Ani­shi­na­abe. Dopiero teraz oka­zało się, że te teo­rie były nie­uda­nymi eks­pe­ry­men­tami, a nie­szczę­sne kul­tury zostały znisz­czone. India­nie też zostali zamknięci w rezer­wa­tach i uto­pieni w wodzie ogni­stej. Jeżeli wziąć pod uwagę trwa­nie wszech­świata i punkt widze­nia Naj­wyż­szego Biura, żadne z tych doświad­czeń się nie powio­dło, a Bada­czy, któ­rzy opi­sali te mierne osią­gnię­cia, zde­gra­do­wano i kazano im zająć się kali­nami kora­lo­wymi i czymś w tym rodzaju.

Ostrze­gano mnie. Czło­wiek sta­nowi tak trudny przed­miot badań, że nie­ła­two nim zarzą­dzać. Jest uparty i nie słu­cha nikogo. Uważa się za władcę świata. Jako gatu­nek nie zado­wala się swoim losem, który, jak pod­po­wiada logika, jest nędzny i powi­nien dopro­wa­dzić do szyb­kiego wymar­cia ludz­ko­ści już miliony lat temu. Czło­wiek to nie­zdarne, pozba­wione prak­tycz­no­ści stwo­rze­nie, obrzy­dliwe i gołe, bez przy­zwo­itego, chro­nią­cego skórę owło­sie­nia. Jego bio­dra są źle przy­sto­so­wane do rodze­nia, a mózg zużywa zbyt wiele tłusz­czu i białka. Czło­wiek chce sam podej­mo­wać decy­zje i wydaje mu się, że sobie dobrze radzi, cho­ciaż pie­przy wszystko, do czego się zabie­rze. Zobacz­cie cho­ciażby, co dzieje się teraz na Ziemi! Ona cierpi i umiera tylko z powodu jed­nego gwał­tow­nie roz­mna­ża­ją­cego się, głu­piego i peł­nego nie­na­wi­ści gatunku. Czło­wiek jest śmiesz­nym stwo­rze­niem, nie­pa­su­ją­cym do natury paso­ży­tem, nie­po­trzeb­nym wyna­laz­kiem Stwórcy obmy­ślo­nym przez niego w wol­nym od pracy dniu, i z jakiejś przy­czyny powo­duje szkody i dyso­nans na falach uni­wer­sum.

Jed­nak mimo wszystko i może wła­śnie z powodu braku rów­no­wagi współ­dzia­ła­nie z ludźmi zostało prze­su­nięte, przy­naj­mniej chwi­lowo, na szczyt agendy Biura, i tylko po wypeł­nie­niu zadań z nim zwią­za­nych Badacz może na zawsze osią­gnąć stan nir­wany. To dano mi do zro­zu­mie­nia.

Zapala się we mnie świetlny dźwięk. Nade­szła pora, by wyru­szyć. Wła­śnie ode­bra­łem wia­do­mość: wybie­ram się w lata dwu­dzie­ste XXI wieku ludz­kiego czasu, do sto­licy kraju leżą­cego na pół­nocy, gdzie mam spo­tkać się z jakimś Pisa­rzem. Hel­sinki i ele­gancka dziel­nica Eira nad morzem. Sta­ram się zapa­mię­tać nazwy tych miejsc i odszu­kać je w Atla­sie Kosmosu. Leżą one tro­chę na ubo­czu, wcale nie w sta­rych kul­tu­ral­nych MIA­STACH Europy i Azji. Nowa, zało­żona dopiero w 1812 roku sto­lica, dawna guber­nia rosyj­ska, nie­pod­le­gła tylko od ponad stu lat. Kilka kamien­nych domów, dość ładna biała kate­dra zbu­do­wana na ska­li­stym wzgó­rzu. Pełni pasji archi­tekci i pisa­rze, zbyt mało ele­gan­cji wyni­ka­ją­cej z wyż­szego stanu.

Nie­zu­peł­nie to, czego bym się spo­dzie­wał, nie ma wyso­kich, cichych sal biblio­tecz­nych jak w sta­rych metro­po­liach uni­wer­sy­tec­kich, dźwięku dzwo­nów kościel­nych oraz wzroku Gor­gon w cie­niu gotyc­kich fila­rów. Czy to jakiś okrutny żart spo­wo­do­wany tym, że nie dokoń­czy­łem poprzed­niego zada­nia?

Ale znów się oży­wiam. Naj­wy­raź­niej to Zada­nie jest ważne, ponie­waż posiada klasę A1 i pod­ka­te­go­rię 158B, co wska­zuje na powsta­nie nowego życia. Może stała samica, czyli żona Pisa­rza się szczeni i potrzebny jej jestem jako Prze­wod­nik Dusz? Takie zada­nia mają więk­szą war­tość, są rzad­sze i bar­dziej cenione, i łatwo pod­czas nich o nie­po­wo­dze­nie. Jeśli tym razem mi się uda, na pewno prze­niknę do Wiecz­nego Spo­koju lub przy­naj­mniej dostanę się na Wyż­szy Poziom. Zdą­ży­łem już mieć na to nadzieję i przy­brać wiele postaci.

Wtem czuję, że śli­zgam się po jasnej, zim­nej powierzchni Oka Stwórcy. Wpa­dam w wir, moja świa­do­mość się kur­czy, bez­pieczne, śpie­wa­jące cicho morze zostaje poza nią i jed­no­cze­śnie czuję, że coś mnie ściąga w dół, i spa­dam albo wyta­czam się – wła­ści­wie wszystko jedno, nie znam się na kie­run­kach świata, wcze­śniej nie miały one żad­nego zna­cze­nia. Cze­kam, aż moja postać zacznie się kształ­to­wać. Wiem z doświad­cze­nia, że na pew­nym eta­pie wytwo­rzą mi się członki i żyły, w któ­rych popły­nie krew. Moje serce zacznie bić, kości roz­kwitną niczym bole­sna śnież­no­biała lilia. Dotar­łem do ciem­nego miej­sca, pew­nie jest to macica ludz­kiej samicy. Tak, to ona. Czuję wokół sie­bie pul­su­jące cie­pło i wpa­dam w zachwyt. Będę dziec­kiem! I w tej samej chwili odno­szę wra­że­nie, że moje bijące jak u zająca serce zamiera. Co to ma być? Ogar­nia mnie strach. Sta­ram się otwo­rzyć oczy i na moment dostrze­gam odzna­cza­jące się na tle świa­tła żyły wypeł­nione krwią, czuję, że jestem w macicy, w naj­lep­szym miej­scu, jakie wszech­świat wymy­ślił.

Nagle nastę­puje zmiana.

Sta­ram się okre­ślić swoje ciało, ale coś jest nie tak, już nie czuję wokół sie­bie cie­płego pul­su­ją­cego gniazda, nie znaj­duję się w niczym. Zapa­lam się na chwilę i gasnę, wyla­tuję ze swo­jego jeste­stwa niczym kruk z ust Żyda.

Mówiąc prawdę, wszystko poszło nie tak, jak powinno. Na pew­nym pozio­mie olśnie­nia i zro­zu­mie­nia, które mnie ogar­nęło, zauwa­żam, że nie prze­nik­ną­łem do rodzą­cego się płodu, tylko uno­szę się wokół w cza­sie, począt­kowo obi­jam się o białe kafle, robię się coraz mniej­szy i zmie­rzam w stronę początku bytu. Jest tu zbyt twardo. Pach, pach, pach. Ude­rzam o jakieś stwo­rze­nie, wdzie­ram się w jego tkankę mózgową i naczy­nia krwio­no­śne jak wście­kła tok­so­pla­zmoza.

W gło­wie mam mętlik i szum, jak­bym uno­sił się w cudow­nym mgli­stym wirze. Jed­no­cze­śnie czuję dziwną, nową siłę. Krew pły­nie szyb­ciej niż w jakim­kol­wiek innym moim ziem­skim wcie­le­niu.

Nie­spo­dzie­wa­nie czuję ogromną potrzebę, żeby napić się cie­płego płynu try­ska­ją­cego z szyj­nej arte­rii. Co się dzieje?

Otwie­ram oczy i dostrze­gam swoje odbi­cie w spie­nio­nej wodzie rzeki. To nie tak powinno było pójść! Jestem w zupeł­nie nie­wła­ści­wym miej­scu o nie­wła­ści­wym cza­sie. Mam wąskie żółte oczy dra­pież­nika i nie wie­rzę w to, co widzę. A jed­no­cze­śnie wiem, że to prawda.

Sta­łem się, i głu­pio mi z tego powodu, jakimś zwie­rzę­ciem. Mam czarne łapy i pazury, które wbi­jają się na mój roz­kaz w stward­niałą męską rękę. Czuję zapach cze­rem­chy, pianę na swo­ich wąsach i sły­szę grzmot rzeki Pajakka. Przez moje nowe sprę­ży­ste ciało prze­biega dreszcz. Ach, i wszystko robi się jasne. Mam teraz nowe koń­czyny i nowe futro, i jak widać, zdol­ność wyczu­wa­nia aury i ciepl­nych prą­dów.

Powta­rzam sobie: jesteś zwie­rzę­ciem. I to nie byle jakim.

Bez wąt­pie­nia, w nie­odwo­łalny i prze­ra­ża­jący spo­sób sta­łem się kotem.

Część pierwsza

Rozdział pierwszy

Kot

To miej­sce to nie Eira, a czas to na pewno nie lata dwu­dzie­ste XXI wieku, w któ­rych powi­nie­nem się był poja­wić. Pró­buję gorącz­kowo okre­ślić sytu­ację, punkt, do któ­rego wpa­dłem w cza­sie i prze­strzeni. Wysy­łam prośbę do Biura. Ale z powodu jakie­goś zakłó­ce­nia sły­szę słabe trzesz­cze­nie, a moje czuj­niki nie dzia­łają tak jak zwy­kle. Tyle tylko rozu­miem ze słab­ną­cego sygnału prze­ka­zy­wa­nego mi przez Jasność, że jest lato roku 1917. Tra­fi­łem do Fin­lan­dii, rosyj­skiej guberni, poło­żo­nej gdzieś w pół­noc­nej pro­win­cji. Nie na połu­dniu, lecz na naj­bar­dziej odlud­nych tere­nach. Tra­fi­łem też do innego czasu. Trwa wła­śnie wielka wojna świa­towa, już od trzech lat, a kraju o nazwie Fin­lan­dia jesz­cze nie ma, ist­nieje jedy­nie bun­tu­jąca się zachod­nia guber­nia, która zaczęła podej­mo­wać dziwne wysiłki zmie­rza­jące ku nie­pod­le­gło­ści.

I sytu­acja się pogar­sza. Zie­mia, na któ­rej się teraz znaj­duję, leży na wscho­dzie, na nic nie­zna­czą­cym obsza­rze. To kraj gło­du­ją­cych, zie­mia bie­doty. Linie tele­fo­niczne tu nie śpie­wają, pociąg nie prze­jeż­dża. Domy są zbu­do­wane z drew­nia­nych bali, drogi nie­utwar­dzone. Jestem gdzieś koło kościoła, w samym środku jar­marcz­nego zamie­sza­nia. Ale zanim udaje mi się prze­pro­wa­dzić jaką­kol­wiek ana­lizę, czy­jaś ręka chwyta mnie mocno za szyję i wpy­cha do mokrego i ośli­zgłego wię­cie­rza. Więc chyba nie zdążę niczego zro­bić i spo­tka mnie naj­wi­docz­niej los przy­nęty na raki. Syczę i dra­pię pazu­rami, sza­mo­czę się, ale nic nie pomaga. Jestem już do połowy zanu­rzony w wiru­ją­cej wodzie, gdy sły­szę głos:

− Har­tikka, ty tego stwo­rze­nia nie uto­pisz. Oddaj mi go.

Ręka się zatrzy­muje, waha się, a potem roz­lega się rże­nie.

− No i co, Eeva, będziesz w końcu moja?

Kot

Z jakie­goś powodu domy­ślam się, że imię ratu­ją­cej mnie przed uto­pie­niem mło­dej kobiety to Eeva, ma ona tyle lat, ile obecny wiek, i że w pewien spo­sób wszystko wiąże się z Pisa­rzem, a raczej z Pisarką.

Chyba powi­nie­nem teraz opo­wie­dzieć całą histo­rię jej rodziny, ale prze­cież na coś takiego nie wystar­czy mi czasu ani miej­sca w trak­cie tych badań, mam też ogra­ni­czone moż­li­wo­ści. Zwy­kle takie rze­czy muszę zała­twić prę­dziutko.

Czy jest w tym coś waż­nego? Na pierw­szy rzut oka wydaje się, że Naj­wyż­sze Biuro pogrywa sobie kurew­sko z Bada­czem. Może tam w oddziale B145 ktoś się wła­śnie śmieje w naj­lep­sze. Myśli sobie: bądź kotem i posta­raj się coś zro­bić. Wysil się.

Nie wiem, co mam powie­dzieć.

Czuję szarp­nię­cie, teraz jestem wycią­gany.

Piana rzeki moczy suk­nię uszytą z weł­nia­nego płótna uży­wa­nego do czysz­cze­nia beczek na dzie­gieć, zabar­wioną na żółto krwaw­ni­kiem i wro­ty­czem. Eeva osła­nia mnie ręka­wem i przy­tula do dekoltu ozdo­bio­nego czer­woną grubą nicią pach­nącą zasło­na­kiem.

Bydlak, który wepchnął mnie do wię­cie­rza, pod­cho­dzi pomo­stem od tyłu i ją obej­muje. Szep­cze:

− Ja cię znam. Jesteś dzika, ale cię obła­ska­wię.

Wci­ska kolano mię­dzy jej uda, ale dostaje moc­nego kop­niaka i jęczy.

− Potra­fię się obro­nić – syczy kobieta.

− No pew­nie, że potra­fisz, ale nie chcesz. Sama się dopra­szasz.

− Spa­daj, Har­tikka, idź męczyć łatwiej­sze dzie­wu­chy.

− Nie sta­wiaj się tak, ty znajdo.

Zbli­żamy się do targu, sły­chać ludz­kie krzyki.

− Czło­wiek sła­bej woli. Żyje z ochła­pów, które mu się rzuca – szep­cze kobieta i przy­ci­ska mnie do sie­bie. − Ma brzydką duszę. Czemu nikt tego nie poj­muje?

Idąc ścieżką wzdłuż brzegu, można się prze­ko­nać, że wysia­da­jący z łodzi ludzie zmie­rza­jący na targ omi­jają kobietę z daleka, ponie­waż córka Dzi­kiej Kaisy zna ponoć pra­dawne słowa väki1, za które karze się rózgami albo zaku­ciem w dyby.

Tym­cza­sem badam wła­sną formę bytu. Kot. I co to takiego jest. Felis Silve­stris Lubica, dziki kot afry­kań­ski, zwie­rzę żyjące na pustyni, które tole­ruje uwagę oka­zy­waną mu przez czło­wieka głów­nie po to, żeby łowić szczury w spi­chle­rzu.

Mam wysta­jące szpi­cza­ste uszy. I zanim zdążę się zorien­to­wać, łowię tymi skó­rza­nymi stoż­kami różne dźwięki, sły­szę bicie serca i cudowny rytm krwi pły­ną­cej w żyłach trzy­ma­ją­cego mnie czło­wieka. Nie, nie tylko sły­szę, ale i wyczu­wam ten roz­ta­cza­jący woń, pul­su­jący pod cienką skórą na szyi płyn. Widzę cie­pło i jarzącą się wyraź­nie nie­bie­ską aurę. Eeva nie­sie w koszyku i pojem­niku z brzo­zo­wej kory pasz­te­ciki z borów­kami, żeby je sprze­dać na targu. Jej serce łomo­cze, począt­kowo z gniewu, a potem z cze­goś innego. Uświa­da­miam sobie, że to ocze­ki­wa­nie. Tę dziew­czynę prze­peł­nia radość, słowa nabie­rają dzi­siaj koloru i są szcze­gól­nie wesołe, do wytar­tych strof wkrada się zawo­alo­wana swo­boda. Od dłuż­szego czasu widzi we śnie dobre pro­roc­twa.

Nie ma na co cze­kać, trzeba opo­wia­dać.

Na rynku oto­czo­nym drew­nia­nymi domami i kamien­nym ratu­szem sły­chać hałas. Nie­któ­rzy stoją pod wia­tami chro­nią­cymi od desz­czu, ale pozo­stali mają tylko kosze.

Atmos­fera jest pełna pod­eks­cy­to­wa­nia, zabawy, ludzie rzadko mają oka­zję przy­by­wać aż pod kościół. I wyczu­wam też jakieś budzące się nie­za­do­wo­le­nie. Poza tym wszy­scy się iry­tują, bo wóz z namio­tem, w któ­rym poka­zują żywe obrazy, sto­czył się do rzeki gdzieś w oko­li­cach Mar­ra­sko­ski. Chęć na powi­doki jest wielka, cze­goś takiego nie zoba­czą znowu przez długi czas.

Grupki sku­pione wokół Har­tikki stoją osobno, na znak przy­na­leż­no­ści do samo­obrony noszą na ręka­wach białe prze­pa­ski zro­bione z kawał­ków żeglar­skiego płótna albo obru­sów.

Na snopku siana pomarsz­czoną gębę wysta­wia do słońca Renne Matoperä, który podobno prze­pra­wia arty­stów przez rzeki na górę, pod Morze Białe. Takich geniu­szów z połu­dnia jak Akseli Gal­len-Kal­lela, Eero Järnefelt i I.K. Inha. To naj­wi­docz­niej wielcy pano­wie, bo każdy chce im posta­wić kolejkę. Słu­cha­cze dzi­wią się ich nazwi­skom, czemu aku­rat Gal­len, i do tego jesz­cze Kal­lela, i czy naprawdę nama­lo­wał oko­licę jeziora Len­tua. Tego, w któ­rym topi się Aino z Kale­vali2. I co to za I. i K., i do tego Inha3, prze­cież to brzmi obrzy­dli­wie.

Opo­wie­ści wystar­cza, i wystar­cza też nie­do­wie­rza­nia, że ktoś mógłby się inte­re­so­wać tymi pery­fe­riami. Ale tak jest. Naprawdę.

Tro­chę dalej, za końmi i poidłami przy­cup­nęli czer­woni. Eeva kie­ruje się w ich stronę, na budkę Księ­ga­rza i na komi­wo­ja­żera, za któ­rymi pod­ku­wany jest wałach nale­żący do rosyj­skiego dra­gona. Wśród czer­wo­nych wyróż­niają się dwa młode osob­niki. Jeden z nich się awan­tu­ruje, gło­śno opo­wiada o usta­wie nada­ją­cej wła­dzę par­la­men­towi, którą bur­żuje chcą zło­śli­wie oba­lić przy popar­ciu rosyj­skiej Dumy, i pociera czoło czer­woną chu­stą. Obok niego stoi inny, ale cich­szy ele­ment, trzy­ma­jący dzieło Klucz do Kale­vali, napi­sane przez Pekkę Erva­sta. Błą­dzi wzro­kiem po rosną­cych przed kory­tem z wodą dla koni mle­czach, chu­s­tach karel­skich kobiet, koń­skim gów­nie, które przy­kle­iło się do wykła­da­nych sia­nem butów miesz­ka­ją­cego daleko na pół­nocy Skolta, sprze­da­ją­cego mięso z reni­fera. Czuję, że oczy tego czło­wieka cze­goś szu­kają. Ten osob­nik ma na imię Mahte. Skąd wiem coś takiego?

Po pro­stu wiem.

I cho­ciaż nie mam poję­cia, dla­czego wrzu­cono mnie w ten czas i czy nie jest to zwy­kły przy­pa­dek, mogę się jedy­nie do tego przy­sto­so­wać. A więc powta­rzam sobie te dzi­waczne zda­rze­nia i przy­słu­chuję się wrza­skom Johana z wyso­kim czo­łem, star­szego brata Mah­tego.

− Dosyć już mamy tego bała­ganu, jaki robią zie­mia­nie i bur­żuje. Bra­kuje jedze­nia, robot­nicy mdleją z głodu, a Har­tikka ukrywa zboże. – Łysawy poka­zuje pal­cem na ludzi z samo­obrony. – Takich to trzeba topić w bagnie!

− Nie opo­wia­daj głu­pot, Johan – rzuca Mahte. Głos ma spo­kojny, widać, że jest przy­zwy­cza­jony do łago­dze­nia.

Eeva sprze­daje nadzie­wane borów­kami pasz­te­ciki w jed­nej chwili, jak zawsze, i prze­pusz­cza część zaro­bio­nych pie­nię­dzy u Księ­ga­rza na bro­szury i notat­nik w czar­nej okładce. I wła­śnie przy tym stra­ga­nie oczy obojga spo­ty­kają się po raz pierw­szy.

Kot

Tam­tego dnia Eeva widzi Mah­tego, a Mahte Eevę, która póź­niej napi­sze w swoim dzien­niku: Ojej, jakże on na mnie patrzył. Na mnie, pro­sto na mnie. Chyba nie ujrzał znajdy ani bidula, tylko kobietę. A jego spoj­rze­nie było spoj­rze­niem dobrego czło­wieka. Nie pamię­tam, jaki miał kolor oczu ani jakie rysy, ale jego twarz wyda­wała się taka młoda i szczera, i z jakie­goś powodu przy­szło mi na myśl, że z tym męż­czy­zną chęt­nie poszła­bym na grzyby, posie­działa na tra­wie i po pro­stu poga­dała. W tym ułamku sekundy zdą­ży­łam pomy­śleć o wielu innych rze­czach, ale one wią­zały się z naturą samicy, wital­no­ścią i kro­czem, i nie warto o nich teraz opo­wia­dać.

Oboje trzy­mają książki. Sta­ram się wyobra­zić sobie, co Mahte dostrzegł w Eevie. Dziew­czy­nie, która jedną ręką ści­ska notat­nik w twar­dej oprawce, a drugą przy­tula do piersi małego kota. Nic z tego nie powinno przy­cią­gać uwagi syna wła­ści­ciela gospo­dar­stwa. Ow­szem, Mahte o niej sły­szał. To Eeva. Sie­rota z Reu­tu­aavy, nie­spe­cjal­nie krwi­sta dzie­wu­cha. Szcze­nię Dzi­kiej Kaisy.

I tak, Eeva też zna Mah­tego. Oboje się znają i wycią­gają wła­sne wnio­ski.

Rodzina chło­paka ma dużo ziemi i las w Graj­dole. Odzie­dzi­czy to naj­star­szy syn, Johan, gdy tylko ode­chce mu się zada­wać z czer­wo­nymi i jeżeli nie sta­nie mu na dro­dze ta przy­pa­dłość. Naj­młod­szy z braci, Her­manni, poje­chał do Ame­ryki za dzieg­ciem, nato­miast Johan mimo swo­jego pocho­dze­nia zro­bił się zacie­kłym socja­li­stą. Matka Helmi jest poryw­czą kobietą i utrzy­muje twardo dys­cy­plinę, a pan na Alkuli, ojciec Mah­tego, stra­cił, jak powia­dają, poczu­cie rze­czy­wi­sto­ści na tyle, że zapę­dził wilki do pil­no­wa­nia krów, a ponie­waż dra­pież­niki nie roz­szar­pały bydła, ludzie stwier­dzili, że zawarł pakt z dia­błem.

Ale dla­czego Mahte patrzy na Eevę, czego on od niej chce? Sta­ram się jako Badacz to zro­zu­mieć. On potrze­buje przede wszyst­kim gospo­dyni do swo­jego domu. Kobiety, z którą spło­dzi dzieci i będzie pro­wa­dził życie takie, jakiego pra­gnie każde stwo­rze­nie na kuli ziem­skiej, czyli kon­ty­nu­acji i prze­dłu­że­nia ist­nie­nia, prze­cież do tego wszel­kie żyjące istoty dążą. Jed­nak on potrze­buje też cze­goś innego. Może czu­ło­ści, bo w oczach Mah­tego odbi­jają się cie­pło i siła dziew­czyny, i ta sama potrzeba, która sie­dzi też we mnie. Głód, pociąg do przy­jem­niej­szego życia. Pra­gnie­nie miło­ści.

Eeva napi­sze póź­niej: „Mły­nek do kawy. Wła­śnie tym cudow­nym urzą­dze­niem Mahte zwa­bił mnie na Wyspę i zosta­łam jego narze­czoną. Jakież to wspa­niałe, wspa­niałe urzą­dze­nie”.

Oczy­wi­ście, wtedy na rynku zaczy­nają się naj­pierw zale­cać do sie­bie. Roz­ma­wiają o pogo­dzie, a potem idą w ustronne miej­sce, scho­dzą z oczu komi­wo­ja­że­rom i bez­wstyd­ni­com, mijają kar­cia­rzy i han­dla­rzy końmi. Nastę­puje cisza i Eeva zerka w bok, chce odejść. Mahte czuje strach. Teraz musi zarzu­cić dobrą przy­nętę.

− Nawet nie zgad­niesz, jaki mam skarb.

− Co to takiego, czego innym bra­kuje?

− Mły­nek do kawy.

Eeva się waha. Taka rzecz to wielki luk­sus. Lecz kawy nie znaj­dzie się nawet w skle­pie z towa­rami kolo­nial­nymi w Kuusamo.

− A skąd weź­miesz ziarna? No, żeby coś zmie­lić.

− Mój brat przy­syła nam z Ame­ryki. Podobno palona na Bro­okly­nie.

Brat z Ame­ryki i star­szy brat, który odzie­dzi­czy zie­mię. Her­manni i Johan. Rodzina. Po śmierci Dzi­kiej Kaisy Eeva nie ma niczego, tylko wąskie łóżko w Reu­tu­aavie i piętno znajdy.

Dziew­czyna, ubrana we wła­sno­ręcz­nie ufar­bo­waną, ale ład­nie uszytą sukienkę, waha się przez chwilę.

− A co ty byś mi dała w zamian? – pyta Mahte.

Eeva odrywa przy­ci­śniętą do piersi dłoń, w któ­rej leży kocię. Stam­tąd ogląda ono świat oczami, które wła­śnie się otwo­rzyły.

− Dosta­niesz kota. Łowi zawzię­cie myszy.

Mahte patrzy na mizerne stwo­rze­nie, które sięga malut­kim pyszcz­kiem do palca Eevy. Oboje zaczy­nają się śmiać.

− Mor­dercę myszy? Gdzie­żeś go zna­la­zła?

− Ludzie chcieli uto­pić małe koty w Pajakce. Wzię­łam tego, który ssał mi naj­moc­niej palec.

Mahte się zasta­na­wia, dziwi. Co to za samica, która nie rozu­mie, że koty i psy się szcze­nią, i nie­po­trzeb­nie wypro­du­ko­wa­nych pod­czas natu­ral­nej rui zwie­rząt prze­waż­nie trzeba się pozbyć, prze­zna­czyć je na przy­nętę dla raków.

− Od kogo go wzię­łaś?

− Har­tikka trzyma wię­cierz przy brzegu, stam­tąd go wycią­gnę­łam.

Potem nastę­puje chwila, w któ­rej rze­czy­wi­sty czas nie bie­gnie, w każ­dym razie nie według ludz­kiego rozumu. Z punktu widze­nia Jasno­ści ma to bar­dzo mało zna­cze­nia.

− Odwie­dzisz mnie, jeśli o to popro­szę?

Eeva się waha, cho­ciaż ja w ciele małego kota czuję przy­spie­szony puls i radość. Jed­nak mówi, ocią­ga­jąc się:

− To daleko. Do Graj­doła.

− No tak.

− No i nie jestem żadną tam lata­wicą.

− Na pewno nie jesteś.

Dziew­czyna się zasta­na­wia. Musia­łaby popły­nąć łodzią w górę rzeki, bo koń pocz­towy wozu tam nie pocią­gnie. A droga do Sumsy jest pełna dołów nie­mal przez cały rok.

− Co dostanę, kiedy cię odwie­dzę?

Poza złą opi­nią i wsty­dem.

Bólem serca.

Oboje oddy­chają tak, że sły­chać świst w noz­drzach i czuć bijące serce Eevy.

− Może pohan­dlu­jemy – pro­po­nuje Mahte. – Ja ugo­tuję kawy, a ty poda­ru­jesz mi kota.

Dziew­czyna przy­ci­ska małe stwo­rze­nie, czuje przy­le­ga­jące do niej ufne ciało, cie­pło, życie.

− Nie dam ci go, bo dosta­łam go w pre­zen­cie.

Teraz Mahte ma szansę, żeby się wyco­fać. Ale znów odwaga bie­rze w nim górę.

− W nowym domu mor­derca myszy się przyda.

A to już jest obiet­nica. Naj­praw­dziw­sza.

Dziennik Eevy

10.08.1917

Minęło wiele tygo­dni, odkąd widzia­łam na targu Mah­tego, który mieszka w Graj­dole. Długo roz­my­śla­łam, czy mam się do niego wybrać. Zosta­wił w wozie Księ­ga­rza wia­do­mość, że na mnie poczeka. A ja wiem, co to ozna­cza, znam tę tęsk­notę i widzę ją wyraź­nie w swo­ich snach.

Gospo­dyni zapo­wie­działa, że wyrzuci mnie do piw­nicy z ziem­nia­kami, jeśli nie będę chciała iść za Har­tikkę. Zagro­ziła, że w razie potrzeby gospo­darz mnie tam zapro­wa­dzi pod pisto­le­tem. Ale on kar­czuje las albo się uga­nia za dzie­wu­chami, więc się go nie boję. Bar­dziej boję się, że jeżeli pójdę do Mah­tego, to nie będzie powrotu. Bo jeśli on mnie nie weź­mie? Jeśli cał­kiem zmieni zda­nie?

Mam iść na oślep pro­sto w pasz­czę śmierci, kiedy nie wiem, czy on zechce mnie przy­jąć i się mną opie­ko­wać? Może była­bym dla niego tylko zabawką na chwilę? Coś takiego przy­tra­fiło się mojej matce, Dzi­kiej Kaisie. Stra­ciła pracę słu­żą­cej, wypę­dzili ją ze wsi na wzgó­rze i jesz­cze poszczuli psami. Ale on ma dobre oczy, takie, które widzą chyba to samo co ja.

Nie­przy­go­to­wana, nie ruszę ni­gdzie. Wzię­łam dzie­wi­czą kąpiel w sau­nie, wypo­wie­dzia­łam te słowa. Zała­ta­łam spód­nicę, jak się tylko dało, wybła­ga­łam od gospo­dyni koron­kową chu­stę i zawią­za­łam włosy na szczy­cie głowy tasiemką zamszową przy­słaną ze sklepu z towa­rami kolo­nial­nymi w Vii­puri. Zapa­rzy­łam dobry napój, taki, który zwięk­sza żądzę i ochotę u męż­czy­zny. Doda­łam do niego pokru­szoną suchą koni­czynę i wią­zówkę, żeby ukryć smak.

Na koniec nasi­ka­łam do drew­nia­nego dzbana, z któ­rego gospo­dyni pije od czasu do czasu źró­dlaną wodę. Żebym na pewno nie miała dokąd wra­cać. Jak­bym chciała się upew­nić, że opusz­czam ten dom osta­tecz­nie. Ale krowy poszłam pogła­skać, śpie­wały mi i mru­czały, nie żeby się smu­ciły, tylko w dobrym zna­cze­niu.

Nakła­dłam do kie­szeni nasion tojadu, czyli wil­czego ziela. Zasieję je tam od razu – nie­bie­skie śliczne kwiatki łatwo wydają się piękne i nie­winne, ale przy­dają się bar­dzo, kiedy trzeba kogoś szybko wpę­dzić w wieczny sen. Bo niebo wie, w co ja się pakuję, a nocą mój bliź­nia­czy duch poka­zał mi, że nie będzie to łatwa droga.

Teraz cze­kam, aż mnie ktoś zabie­rze. A to może potrwać. Co jakiś czas czuję strach: a jeśli Mah­temu się znu­dzi i weź­mie sobie inną? Z pobli­skiego domu. Bogatą i ule­głą.

Czy dam sobie radę? Nikt mnie nie uczył, jak być panią na dużym gospo­dar­stwie.

Zasta­na­wia­łam się i pyta­łam samą sie­bie, czy mam jechać, czy nie.

Wiem, że dam radę. A to zna­czy, że mam jechać.

Kot

Tam­tego lata, w roku 1917, widać, jak młody Mahte wysia­duje na Skale Wie­lo­ryba. Codzien­nie, godzi­nami, ukryty przed wzro­kiem Helmi, która z podwórka w Alkuli pod­gląda swo­jego śred­niego syna. Co ten chło­pak tam pora­bia? Cza­sami twier­dzi, że zbiera gałę­zie dla krów na zimę, a cza­sami, że robi pułapki, cho­ciaż nawet nie potrafi ukrę­cić porząd­nie zają­cowi karku.

Mahte sie­dzi, spo­gląda w dół rzeki i czeka, patrzy w przy­szłość. Raz przy­pływa łódź z pocztą, a innym razem z towa­rzy­szem albo dwoma, któ­rzy opo­wia­dają, co dzieje się na świe­cie. Nie­kiedy spie­rają się ostro o bunt, kłócą się o idee. Roz­ma­wiają o woj­nie świa­to­wej i rewo­lu­cji luto­wej w Rosji. Car­ska rodzina wyje­chała. Albo została wywie­ziona.

Teraz, tam nad brze­giem, sie­dzą przy ogni­sku Mahte i drugi, podobny do niego mło­dzie­niec z wyso­kim czo­łem, star­szy brat Johan. W zębach trzyma fajkę zro­bioną z korze­nia i napeł­nia ją tyto­niem, jak przy­stało na przy­szłego gospo­da­rza. Obaj zasta­na­wiają się nad ważną sprawą, więc do her­baty ugo­to­wa­nej w zakop­co­nym imbryku dole­wają tro­chę księ­ży­cówki. Johan zapala fajkę za pomocą krze­mie­nia i hubki i chrząka.

− Ta znajda cię odwie­dza, żeby zie­mie pooglą­dać?

− Ona ma na imię Eeva.

− To wiem. Córka Dzi­kiej Kaisy, aku­szerki, podobno wypo­wiada słowa väki. Nie poszła do spo­wie­dzi. Ma kieł­bie we łbie.

− Co ty ple­ciesz? Umie prze­cież czy­tać. Jest bystra.

Johan kręci głową. Ich matka, Helmi, ni­gdy się nie zgo­dzi.

− Taką lebiodę sobie bie­rzesz?

− Ma na imię Eeva.

− Matka się wściek­nie.

Joha­nowi cho­dzi o to, że mają dużo lasu i bydła i znajda nie może zostać gospo­dy­nią.

− Ale ona by ci się podo­bała?

− Podo­ba­łaby się. I podoba.

Star­szy brat pró­buje zna­leźć roz­wią­za­nie kło­potu. Jego twarz roz­ja­śnia się na chwilę.

− Jeśli już ją musisz posiąść, to weź na służkę, poła­skocz latem, każ pra­co­wać przy sia­no­ko­sach na bagnie. I prze­sta­nie cię świerz­bić.

Johan ssie machorkę w fajce, kiwa głową, jakby się na tym znał. Mahte mówi obu­rzony:

− Bo ty wiesz naj­le­piej, jak się takie rze­czy robi.

− Oczy­wi­ście – zapew­nia brat.

Mahte mil­czy.

− Coś ci powiem. Naj­pierw będziesz pra­wił bania­luki, które one lubią.

− Jakie one?

− No, te takie. Sroki zło­dziejki.

I zaczyna odma­lo­wy­wać scenę. Obraz, z któ­rego słu­chacz nie dowie się nic praw­dzi­wego na temat spi­chle­rza czy snop­ków siana, w któ­rych ponoć obma­cy­wał dzie­wu­chy.

− Więc naj­pierw roz­ma­wiasz z nimi ład­nie.

− Jak?

− No, wypy­tu­jesz, łasko­czesz sło­wami. Po dziew­czy­nie będzie widać, czy jest zain­te­re­so­wana.

To takich rze­czy gospo­darz na Alkuli nauczył swo­jego syna.

− A kiedy już się roz­pali, to przy­stę­pu­jesz do ataku. Chwy­tasz za bio­dra.

− A jak mnie ode­pchnie?

− One nie odpy­chają. – Johan wysysa resztki tyto­niu z fajki i stuka nią o skó­rzaną cho­lewkę buta.

− A potem ją cału­jesz, a jak ci odpo­wie tym samym, to…

− To co wtedy?

− To wtedy ty… − Johan zaczyna grze­bać w ogni­sku, wznie­ca­jąc iskry. – Roz­su­wasz jej nogi, jak sama na to nie wpad­nie. A tam w środku jest dziura, do któ­rej musisz wejść.

− Tyle to ja wiem. – Na twa­rzy Mah­tego poja­wia się rumie­niec.

− I wsa­dzasz do niej ptaszka.

Star­szy brat stuka fajką o kamień.

− Sam też tak wła­śnie robisz?

− No prze­cież muszę. Jestem synem boga­tego gospo­da­rza.

Wszy­scy się za babami uga­niają, a naj­bar­dziej pan na Alkuli, w każ­dym razie zanim jesz­cze zaczął roz­ma­wiać z cie­niami i wie­rzyć, że wilki pasą krowy. Tak zawsze było i będzie, zapew­nia Johan, a Mahte pota­kuje z waha­niem.

Nastę­puje krótka chwila na poli­tykę. Fiń­scy bur­żuje paskud­nie zdra­dzili socjal­de­mo­kra­tów i prze­szko­dzili we wdro­że­niu ustawy doty­czą­cej wła­dzy, która prak­tycz­nie przy­nio­słaby Fin­lan­dii nie­pod­le­głość. Mówi się o powszech­nym strajku. Albo o tym, co on by tutaj zna­czył. Prze­cież tu nie ma fabryk, więk­szość ludzi trzyma bydło, ma nie­uro­dzajne, kamie­ni­ste pola, nędzne zie­mie roz­dane pod­czas wiel­kiego podziału. Tylko zagony ziem­nia­czane mogłyby za nim gło­so­wać.

Tej jed­nej i jedy­nej na­dal nie widać.

Matka Helmi sły­szała o wyda­rze­niach na targu i pogro­ziła:

− Ta dzie­wu­cha nie zosta­nie gospo­dy­nią na Alkuli!

Naj­star­szy jest Johan, więc on ma prawo do gospo­dar­stwa.

Mahte nie może wybie­rać. Jeżeli chce Eevę, to musi wyku­pić swój udział w spadku, prawo do ziemi na odda­lo­nym tere­nie i posta­wić wła­sną cha­łupę na stro­mym wzgó­rzu. I ludzie z Alkuli mu w tym nie pomogą. Więc naj­pierw oboje będą miesz­kać w sau­nie, jeść ryby i kar­czo­wać wła­sne pole.

Mahte obra­bia zagony z ziem­nia­kami, zaprzęga się do pługa, sapie z wysiłku. Napra­wia sieci, wyplata wię­cierz z wierzby i drutu. Wrzuca go z łodzi do wody, w zaro­śla, i wie­czo­rem spraw­dza, czy coś się zła­pało. Pułapka pach­nie cudow­nie ślu­zem, rybią łuską, mułem rzecz­nym i śmier­cią. Trzeba ją prze­nieść w trzciny i zato­pić w miej­scu, w któ­rym pod­płyną do niej zwinne oko­nie i szczu­paki z dłu­gimi pyskami. Wycią­gnie się je potem z ich domu, żeby łapały okrutne powie­trze Stwórcy. Szczu­paka spa­rzy się, a potem roze­tnie nożem na brzegu. Jego serce będzie jesz­cze biło w ludz­kiej ręce, a w cie­pły wie­czór pochwyci je swoim pyszcz­kiem lis.

1917

Kot

Jest piękny, się­ga­jący do nieba dzień, jaskółki prze­ci­nają nie­bie­skość, a ważki rzu­cają cie­nie na falu­jącą głę­binę. Psy dostały głowy ryb zło­wio­nych w poranne sieci i wyle­gują się na słońcu z wycią­gnię­tymi łapami. Panuje miła, spo­kojna atmos­fera, ale wtem wszystko się zmie­nia. Mahte sie­dzi na Skale Wie­lo­ryba i widzi łódź pły­nącą w górę rzeki. Kiedy osła­nia ręką oczy i mruży je, serce zaraz zaczyna mu galo­po­wać. Prze­cze­suje trzę­są­cymi się pal­cami włosy i zrzuca rybie łuski z noga­wek spodni.

Wła­śnie poja­wia się przed nim kobieta, i jakiż to widok. Czer­wona spód­nica wiruje, przy­lega jej do nóg. Eeva nie chce już sie­dzieć na ławce, staje na dzio­bie, a Mahte patrzy na nią, jakby poja­wiła się sama wład­czyni wód. Nie­osło­nięte chu­stą włosy zaplo­tła w war­kocz, upięła wysoko i wci­snęła weń kilka róż. Psy się budzą i zaczyna się szcze­ka­nie. Mahte zauważa, że w łodzi przy wio­słach sie­dzi Aleksi Leho, któ­rego ojciec także popły­nął do Ame­ryki. Ale i ten postawny chło­pak nik­nie, kiedy wzrok Mah­tego się wyostrza i sku­pia na kobie­cie. Ta minę ma dumną, brodę wysoko unie­sioną. Wiatr szar­pie jej wło­sami i wyrywa z uło­żo­nego na czubku głowy war­kocza kosmyki, rzuca nimi i zakręca, jakby Graj­doł chciał w ten spo­sób powi­tać przy­byłą.

Eeva wysiada na ląd, stopy ma bose, a Aleksi Leho wyciąga z tyłu łodzi kabzę i pudło z kory brzo­zo­wej. Mahte uci­sza psy.

− Długo to trwało.

− Droga była ciężka.

Dziew­czyna staje na brzegu i prze­cho­dzi na pustą polanę, tam, gdzie mię­dzy kamie­niami pali się ogni­sko, a zamiast sauny ster­czą tylko belki.

Aleksi Leho przy­wozi, co miał przy­wieźć: gazety rewo­lu­cyjne, a do tego saboty, które gospo­darz na Alkuli cza­sami napra­wia, kiedy ma dobre dni. Mówi o sia­no­ko­sach, zasta­na­wia się, jaka będzie pogoda, ale zaraz zauważa, że pozo­sta­łych to nie inte­re­suje. Tro­chę skwa­szony, rusza w stronę domu.

Eeva chce pójść za nim, ale Mahte się waha.

− Nie zapro­wa­dzisz mnie do was, do środka? – pyta dziew­czyna.

Poka­zuje na wielki dom, lecz chło­pa­kowi opa­dają ramiona.

− Pocze­kajmy z tym jesz­cze. – Zaczyna się jąkać. − Bo widzisz, to taka sprawa…

Nagle nie­dawna waleczna kró­lowa się roz­pływa i zamiast niej na brzegu stoi nie­śmiała, zupeł­nie inna dziew­czyna. Trzyma w obję­ciach małego kota, jakby był całym jej mająt­kiem.

Szep­cze:

− Tylko ty, Mruczku, zosta­łeś mi za posag. I się nadasz, jeśli ja się będę nada­wała.

− Dużo rze­czy ze sobą nie zabra­łaś – zwraca uwagę Mahte.

− Takie życie. Mam tylko kabzę – mówi Eeva, a on się pochyla i zaczyna gła­dzić zwie­rzątko po karku. Jego palce doty­kają pal­ców przy­by­łej, czuje, jak prze­nika go prąd.

− Nos po kocie, głowa zająca, pazury jak u smoka, a poza tym jesteś krew­nia­kiem wilka – prze­ma­wia cicho do kota, lecz patrzy na nią.

Skądś wyla­tuje kun­dlo­waty Piku i zaczyna szcze­kać. Mahte lubi zwie­rzęta i jedyne, co mnie, kota, zasta­na­wia, to fakt, że uważa on swo­jego psa za wspa­nia­łego towa­rzy­sza. Tak jak ludzie zazwy­czaj. A prze­cież to nie­prawda. Psy uja­dają, są włó­czę­gami. Pod­nie­cają się głu­pio, czym popad­nie, szu­kają padliny, szcze­kają na dzi­kie zwie­rzęta.

Mahte wydaje sier­ściu­chowi pole­ce­nie:

− Za nim nie wolno ci gonić.

Jego ręce na­dal gła­dzą kota i iskrzącą się dłoń Eevy.

− Przy­po­mi­nasz mi Hal­li­partę, leśnego dziadka. Mieszka w tobie dziki stwór? – pyta, lecz nie kota, a dziew­czyny. – Matka twier­dzi, że nale­żysz do tych, któ­rzy znają stare słowa.

− Jakie słowa?

− Słowa väki. Zaka­zane. No prze­cież wiesz.

Eeva przy­ci­ska do sie­bie kota z czar­nymi łapami.

− Ja je mam we krwi. Ale nie mówię nikomu.

− Mnie możesz powie­dzieć. Podobno pły­nie w tobie krew daw­nych Lapoń­czy­ków.

Tak, Mahte pamięta, jak Eevę zwy­zy­wano przed ple­ba­nią, gdy mło­dzież przy­stę­po­wała do spo­wie­dzi. Laponka, dziew­czyna, któ­rej słoma wystaje z butów. Żona pastora, laesta­dianka, plo­tła, że zmi­łuj się Boże, ona wcale do nas nie pasuje.

− I obie­cali cię Har­tikce.

− Aha. Naprawdę?

− No, odda­łaś mu się już?

Eeva pro­stuje szyję, tro­chę zbyt gwał­tow­nie i mówi wzbu­rzona:

− Nie. Tego za nic nie zro­bię. – O lufie pisto­letu na swoim karku nie wspo­mina. − Czy moje sie­roc­two to taka okropna rzecz?

− Dla mnie nie jest. Gor­sze rze­czy widzia­łem.

Mahte opo­wiada o młod­szym bra­cie, miesz­ka­ją­cym teraz w Michi­gan, w ame­ry­kań­skiej Lapo­nii, który wziął sobie dziew­czynę z ludów Ani­shi­na­abe.

− Czyli Indiankę.

Oboje zasta­na­wiają się nad tym naboż­nie i z sza­cun­kiem. Bo co tutaj wia­domo o rdzen­nych miesz­kań­cach Ame­ryki? Przy­cho­dzą im na myśl wiel­kie pre­rie i spo­koj­nie prze­cha­dza­jące się po nich bizony, a potem wojenne okrzyki i pół­na­dzy męż­czyźni w pió­ro­pu­szach na gło­wach, pędzący na uzbro­jony w kara­biny, ukryty za wzgó­rzem pułk kawa­le­rii.

− Ale tam tak nie jest.

Patrzą na sie­bie. Pies krąży wokół nich, psuje nie­po­trzeb­nym hała­sem naj­pięk­niej­szy wie­czór, igno­ran­cją ustę­puje tylko bur­żu­jowi.

− Tak, dla matki to był duży cios – oznaj­mia Mahte z powagą i nagle zaczyna chi­cho­tać. – Straszny rwe­tes i krzyki się pod­nio­sły w związku z tym. Ty jesteś dla niej mała zadra w porów­na­niu z tamtą.

− A więc Helmi nie lubi indiań­skiej syno­wej? – Eeva też zaczyna się śmiać. – Na pewno musi być jej ciężko.

Dwie rado­ści się łączą i lodowa prze­szkoda mię­dzy dwoj­giem pęka, topi się w pro­mie­niach słońca i paruje tak, że powie­trze drży.

− Męż­czyźni nie mówią mi zwy­kle takich rze­czy.

− A młode dziew­czyny nie mają mi do powie­dze­nia… nic.

1917

Kot

Eeva i Mahte idą na łąkę, naj­pierw sia­dają w tra­wie, a potem kładą się na ple­cach. Niebo roz­ciąga się wysoko, nie­bie­skie, że aż w gło­wie się kręci, kilka bia­łych strzęp­ków chmury sunie wzdłuż hory­zontu po prze­ciw­nej stro­nie, wiatr słab­nie. Mahte wyrywa źdźbło trawy, nani­zuje na nią poziomki albo, jak tu powia­dają, cza­rowne maliny, i podaje mło­dej dziew­czy­nie.

− Teraz nad­cho­dzi czas robot­ni­ków. Koń­czy się nie­wol­nic­two i wkrótce cały świat wywróci się do góry nogami.

Eeva roz­gląda się wokół, wącha, nasłu­chuje. Tu jest dobrze. Tutaj powie­trze wydaje się roz­rze­dzone, nie z tego świata.

Czuje, że ser­cem przyj­muje Wyspę, a Wyspa wsysa jej duszę. Podob­nie jak las, któ­rego oddech sięga do niej, zie­mia też ją obwą­chuje, wchła­nia, akcep­tuje.

− Matka może się sta­wiać.

− Prze­szka­dza ci to?

− Dam sobie z nią radę.

Wydaje się, że Mahte w to powąt­piewa. Czy kto­kol­wiek pora­dzi sobie z Helmi?

− Razem nam się uda.

− Tak, tutaj mogli­by­śmy żyć. W tym miej­scu mieszka ktoś stary i święty.

Męż­czy­zna opo­wiada o Hii­den­portti4 na wschod­nim wybrzeżu i odkry­tych przez sie­bie ścien­nych malo­wi­dłach. Pod wpły­wem tych histo­rii dziew­czyna pota­kuje z zado­wo­le­niem.

− To dobrze, to świad­czy, że gra­nica tutaj jest cienka.

Każe mu obie­cać, że pokaże jej malo­wi­dła, mówi, że od nich bije dziwna siła. W ten spo­sób wiążą ją z prze­szło­ścią, cho­ciaż ona nie potrafi tego dokład­nie okre­ślić.

Jed­nak praw­dziwy pro­blem tkwi we współ­cze­sno­ści, i to taki, że Helmi z Alkuli nie chce przy­jąć sie­roty i wpu­ścić jej na pokoje.

− Ech. Chyba trzeba się z tym pogo­dzić. Z cie­bie ni­gdy nie będzie gospo­dyni w naszym gospo­dar­stwie.

− To nie szko­dzi.

− Posta­wimy tu swój dom.

− Na tym wzgó­rzu?

Eeva przy­gląda się badaw­czo ziemi, prze­chyla głowę i dotyka jej pal­cami.

Wtem budzi się w niej podejrz­li­wość.

− Dom się stam­tąd osu­nie.

− Nie osu­nie, trzeba go tylko dobrze zbu­do­wać. Ta glina jest twarda.

W końcu Mahte dotyka dziew­czyny. Tro­chę ostroż­nie, jakby kładł dłoń na gorą­cym pola­nie albo skó­rze, na czymś cen­nym i kru­chym.

Przy­suwa się do niej, Eeva się nie opiera. Taka sytu­acja jest dla nich obojga nowa, cho­ciaż on wie, co o niej mówią we wsi. Ale się tym nie przej­muje, tylko całuje ją, a ona mu odpo­wiada tym samym pod wpły­wem chwi­lo­wego oszo­ło­mie­nia.

Czuje do niego wdzięcz­ność, że nie jest gwał­tow­nym bycz­kiem i choć postę­puje ocho­czo, daje jej czas na odpo­wiedź. Prze­chyla ją ku brzo­zie i wtem zatrzy­muje się, dysząc.

− Co się stało?

− Mój brat powie­dział, że teraz muszę na cie­bie wejść.

Oboje zasta­na­wiają przez chwilę, zasko­czeni.

A potem wybu­chają śmie­chem. Eeva obraca się i kła­dzie na ziemi na ple­cach, a ten dziwny męż­czy­zna całuje ją, gry­zie zachłan­nie. Przy­wiera do niej mocno, ona czuje jego twarde pod­brzu­sze. Poru­sza bio­drami, ale nie dla­tego, że musi, tylko chce.

Kiedy ten pierw­szy raz jest za nimi, leżą oboje pośrodku pta­siego śpiewu i let­niego dnia, osło­nięci wyso­kimi tra­wami, uśmiech­nięci sze­roko. Wresz­cie Eeva zbiera się na odwagę i pyta, dla­czego gryzł ją tak zawzię­cie. Teraz sutki ma całe we krwi. Mahte zasta­na­wia się przez chwilę i mówi, że dora­dził mu to brat.

− Dziewki lubią, kiedy ktoś ssie im piersi. Wymię trzeba wyci­skać, można je gryźć, aż pęk­nie.

− Dla­czego?

− Dziew­czyny sobie wyobra­żają, że w ten spo­sób piersi się powięk­szą. Że jesz­cze będzie z tego dziecko.

Eevie chce się śmiać. Johan z Alkuli na pewno ni­gdy nie dotknął kobiety.

− Nie bądź taki jak on i nie rób mi tego.

− Nie gryźć cię?

− Możesz gryźć, ale z dobrego powodu. Zamkniemy się w koły­sce zro­bio­nej przez Stwórcę i będziemy żyć razem, nie oglą­da­jąc się na innych.

Uma­wiają się, że tak postą­pią. Eeva jesz­cze się zasta­na­wia:

− Ten twój brat dziew­czyny nawet na oczy nie widział, dobrze, że gospo­dy­nię roz­po­znaje. To taka wada. Wie­dzia­łeś o tym?

− Pew­nie masz rację. Chodź, pokażę ci miej­sce na bagnie, skąd będziesz czer­pała wodę, zanim wyko­pię stud­nię.

1917

Kot

Ale oczy­wi­ście to, co dobre, nie trwa długo. Nie wtedy, kiedy się mieszka na Jało­wej Ziemi.

Poja­wia się zagnie­wana Helmi, głowę ma owi­niętą chu­stą w czarne, czer­wone i zie­lone kwiaty. Rzuca gwał­tow­nie:

− Czy ona cho­ciaż była u bierz­mo­wa­nia?

Zupeł­nie jakby wcale nie zauwa­żyła Eevy.

− Była – odpo­wiada za sie­bie dziew­czyna.

Kobieta nie zamie­rza się zni­żać, zwra­ca­jąc się wprost do znajdy, tylko dalej ostro wypy­tuje Mah­tego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Väki – w fiń­skiej mito­lo­gii nad­na­tu­ralne istoty lub potężna siła i ener­gia zwią­zana z jakimś miej­scem (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki). [wróć]

2.Kale­vala – fiń­ski epos naro­dowy. [wróć]

3. I.K. Inha – pio­nier fiń­skiej foto­gra­fii (słowo inha zna­czy także zły, obrzy­dliwy). [wróć]

4. Wielka, masywna, powstała wiele milio­nów lat temu skała w fiń­skim parku naro­do­wym, nawią­zu­jąca nazwą do fiń­skiej mito­lo­gii. [wróć]