Wydawca: MiND Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 292

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Dialog zamiast kar - Zofia Aleksandra Żuczkowska

Ta książka to podsumowanie wieloletniej pracy z dorosłymi i dziećmi – efekt praktycznego zgłębiania zasad Porozumienia bez Przemocy (NVC) Marshalla B. Rosenberga. Autorka dzieli się w niej swoim bogatym doświadczeniem w kształtowaniu relacji z dzieckiem, opartych na obustronnym dostrzeganiu i poszanowaniu uczuć i potrzeb.

Książkę Zofii Żuczkowskiej polecam wszystkim, którzy chcą poprawić swoje relacje z bliskimi, a szczególnie gorąco rodzicom. Tym, którzy szukają sposobu na kłótnie w piaskownicy, i tym, którzy obawiają się buntu nastolatka.

Joanna SZULC, redaktor naczelna miesięcznika ,,Dziecko’’

 

Autorka podważa wiele staromodnych, ale i nowomodnych stereotypów wychowawczych. Jej książka jest ciekawa i mądra!

 

Jan WRÓBEL, nauczyciel, dziennikarz, dyrektor I Społecznego Liceum Ogólnokształcącego „Bednarska” w Warszawie.

Opinie o ebooku Dialog zamiast kar - Zofia Aleksandra Żuczkowska

Cytaty z ebooka Dialog zamiast kar - Zofia Aleksandra Żuczkowska

Dziś coraz lepiej zdajemy siebie sprawę z  tego, że krytyka, wzbudzanie poczucia winy czy zawstydzanie – czyli pokazywanie ludziom, że są źli, w  nadziei, że się poprawią – nie przynosi oczekiwanego efektu. Jeśli należymy do pokolenia, które w  dzieciństwie słyszało przede wszystkim, co robi źle i  co powinno w  sobie zmienić, żeby inni byli zadowoleni, możemy mieć nawyk szukania winowajców i  nieudaczników w  swoim otoczeniu – przede wszystkim w  samych sobie.
Szukać i  proponować rozwiązania przed wysłuchaniem go. 3.  Zastanawiać się, co myślą inni, kiedy patrzą na nasze próby kontaktu z  dzieckiem. Skupiamy uwagę tylko na sobie, dziecku i  na tym, co dzieje się między nami.
Jeśli dziecko przytakuje, patrzy nam w  oczy, oddycha głęboko, to znaczy, że nas słyszy. Prawdopodobnie czuje wtedy ulgę, spokój i  radość. Jeśli odwraca głowę i  krzyczy, to znak, że nie chce nas słuchać. Być może czuje napięcie, ból albo złość. Wtedy nasza kolej na słuchanie. Pozwólmy dziecku mówić i  bądźmy obecni, dopóki nie pojawi się z  jego strony sygnał, że jest gotowe słuchać.
Im bardziej zależy nam na ich u  s  p  o  k  o  j  e  n  i  u – a  nie z  a  s  p  o  k  o  j  e  n  i  u potrzeby kontaktu – tym mniejsze mamy szanse na udany kontakt. W  dialogu z  dziećmi nie wystarczy mówić, stosując jakąś skuteczną technikę
Rodzicielstwo jest czymś w  rodzaju nieustannego kryzysu: może stać się terapią i  szansą na uzdrowienie własnych, nie zawsze pozytywnych doświadczeń z  dzieciństwa. Kobieta, która rodzi
Im dłużej potrafimy trwać w  kontakcie z  potrzebami, powstrzymując nawykową tendencję do szukania rozwiązań, konkluzji, decyzji i  ustaleń, tym głębszy dialog, bardziej żywy kontakt i  mocniejsza relacja między nami.
Dorosły jest odpowiedzialny za jakość relacji, a  nie dziecko. Obwinianie dziecka o  to, że nie rozumie, nie słyszy, „nie współpracuje”, ujawnia postawę dorosłego, który nie chce wziąć na siebie tej odpowiedzialności.
Dzieci nie są w  stanie odraczać zaspokojenia własnych potrzeb, bo nie potrafią znieść towarzyszącego temu napięcia. Kiedyś uważano, że trzeba je w  tym celu ćwiczyć. Dziś wiemy, że efekt takiego treningu jest wręcz odwrotny. Dziecko, które doświadcza stresu lub napięcia, nie rozwija się zgodnie z  wewnętrznym rytmem. Jeśli jego delikatny system nerwowy zbyt wcześnie jest poddawany stresującym bodźcom, utrwala się w  nim naturalna reakcja na stres, którą według neurobiologów jest: ucieczka, atak lub zastygnięcie w  bezruchu. Wykonując polecenia ze strachu, dziecko traci kontakt ze sobą i  nie nawiązuje kontaktu z  innymi. Wiemy także, że mózg dziecka
Wszyscy, nie tylko dzieci, mamy potrzebę bycia widzianym i  słyszanym takimi, jacy jesteśmy. Chcemy, żeby ktoś bliski odwiedził nas w  naszym świecie, a  nie byśmy ciągle musieli wychodzić do świata innych. Chcemy być sobą u  siebie, choć nie zawsze sami. Wolni i  autentyczni i  bez obaw o  to, że zostaniemy źle zrozumiani, zaklasyfikowani, zaszufladkowani. W  kontakcie z  bliskimi chcemy być wyjątkowi, jedyni w  swoim rodzaju, każdego dnia nowi, inni, zmieniający się, dojrzewający i  bogatsi o  doświadczenia dnia wczorajszego, ale też bez poczucia winy, jeśli wczoraj zrobiliśmy coś, co nie zaspokajało potrzeb naszych i  innych ludzi. Gdybyśmy wiedzieli, jak uniknąć błędów i  pomyłek, na pewno byśmy to robili. Ale wczoraj nie wiedzieliśmy tego, co wiemy dziś. Chcemy więc być widziani
Gdy otaczający dziecko dorośli uważają, że mogą dowolnie wpływać na jego zachowanie, nie pozwalają mu wyrazić frustracji, wyśmiewają albo ignorują jego gniew, wtedy także, nawet bez krzyku, klapsów i  kar, niszczą w  nim poczucie własnej wartości.
Jeśli sprawa jest bardziej skomplikowana – na przykład wychodzenie z  wanny albo wyjście do przedszkola, co bywa dla rodziców trudniejsze, bo ich własny stres i  zmęczenie mieszają się z  emocjami dziecka – wtedy warto skupić uwagę na „Nie” i  powiedzieć: „A więc chcesz czegoś innego? Chcesz jeszcze zostać w  wannie?”. Potem chwila uznania – jakby rodzic miał na myśli (nie mówiąc tego głośno) – „Właściwie to byłoby super, gdybyś mógł robić teraz to, co chcesz”. Głęboki oddech i  wyciągam malca z  wanny. Kiedy krzyczy – nie blokuję, ale uznaję – „Chciałbyś jeszcze pobyć w  wannie? Jesteś rozgniewany?”. Im krócej i  prościej – tym lepiej. Słucham brzmienia frustracji, złości, smutku… „Nie chcesz iść do przedszkola?
„Nie chcesz iść do przedszkola? (przerwa na odpowiedź) Nie? Chciałbyś być z  mamusią? Aha. (chwila na kontakt – kiedy dziecko doświadcza, że zostało usłyszane i  zrozumiane). To chodź, przytulimy się chwilę”. Potem już bez niepotrzebnych słów zaczynamy się ubierać.
Tam, gdzie chodzi o  bezpieczeństwo, a  kontakt z  małym człowiekiem jest utrudniony, bo jego fascynacja, żywotność i  energia wynikające z  potrzeby zabawy, ruchu i  rozwoju są silne, rodzic stawia szlaban.
„Chcę chronić siebie i  nie lubię, kiedy mnie uderzasz, dlatego cię trzymam”. Jako dorośli mamy więcej doświadczenia, wiedzy i  nie możemy po prostu pozwolić dzieciom, żeby zawsze robiły to, co chcą, zwłaszcza kiedy zagraża to ich bezpieczeństwu lub narusza granice innych ludzi. Jeśli
Kiedy dziecko się wyrywa na ulicę albo cię uderza, wystarczy przytrzymać je i  wyjaśnić, dlaczego to robisz. Nic więcej. Nie próbujmy krzykiem i  wyzwiskami uczyć dwu-trzylatka,
Kiedy dziecko ma dwa, trzy, a  nawet cztery lata, nie próbujmy uczyć go zasad moralnych, reguł bezpieczeństwa i  znaków drogowych poprzez prawienie kazań lub karanie. Robiąc tak, zawstydzamy je i  podkreślamy naszą wyższość i  nieskazitelność.
„Jesteś wściekły? Powiedz mi o  tym, co się stało”. Dopiero kiedy dziecko odzyska równowagę i  kontakt, mówię: „Wiesz co, ten twój okrzyk mi się nie podobał. Ja naprawdę chcę szacunku i  proszę cię następnym razem, kiedy będziesz wściekły, powiedz mi, co cię zdenerwowało. Zobaczymy, co moglibyśmy zrobić inaczej, żebyśmy razem, i  ty i  ja, byli zadowoleni. Co o  tym myślisz?”.
książki Punished by Rewards amerykańskiego psychologa Alfiego Kohna. Ukazała się w  latach dziewięćdziesiątych w  Stanach Zjednoczonych. Jest to opasłe naukowe dzieło, w  którym Kohn na podstawie licznych badań dowodzi, że zewnętrzna motywacja zniekształca wewnętrzną gotowość i  radość rozwoju oraz zdobywania wiedzy u  dzieci.
Zewnętrzne sterowanie, manipulowanie stresem – karą i  nagrodą – tłumienie naturalnej ekspresji, wymuszanie określonych postaw, posłuszeństwa, ograniczają dynamikę rozwoju, odbierają dziecku odczucie zachwytu nad sobą i  światem, w  którym rozwój samoistnie się dokonuje
Współdziałanie w  oparciu o u  j  a  w  n  i  o  n  e  i  b  r  a  n  e  p  o  d  u  w  a  g  ę  p  o  t  r  z  e  b  y – to właśnie jest kontakt. Uwaga: p  o  t  r  z  e  b  y  t  e  n  i  e  k  o  n  i  e  c  z  n  i  e  m  u  s  z  ą  b  y  ć  z  a  s  p  o  k  o  j  o  n  e!

Fragment ebooka Dialog zamiast kar - Zofia Aleksandra Żuczkowska

Pro­jekt gra­ficz­ny

KA­RO­LI­NA TOL­KA

Re­dak­cja

DA­RIUSZ SY­SKA

Co­py­ri­ght © by Zo­fia Alek­san­dra Żuczkow­ska 2013

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two MiND 2013

ISBN 978-83-62445-37-0

Wy­daw­nic­two MiND

ul. Sar­nia 21

05-807 Pod­ko­wa Leśna

tel./fax 22 729 02 82

tel. 505 455 151

www.wy­daw­nic­two­mind.pl

mind@wy­daw­nic­two­mind.pl

Wy­da­nie pierw­sze

Skład i łama­nie: Ma­te­usz Sta­szek

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Mi­chałowi, Małgosi i Kar­ste­no­wi

oraz wszyst­kim dzie­ciom i ro­dzi­com,

których spo­tkałam, z wdzięcznością

i miłością.

WSTĘP

Dzie­ci po­trze­bują kon­tak­tu. Bar­dziej niż je­dze­nia, ład­nych ubrań i za­ba­wek. Chcą być słysza­ne i wi­dzia­ne ta­kie, ja­kie są – i tam, gdzie są. Nie­mal bez prze­rwy i z za­ufa­niem ko­mu­ni­kują, co się w nich dzie­je, za­pra­szając do­rosłych do spo­tka­nia. Pragną to­wa­rzy­stwa i obec­ności osób, które po­tra­fią do­strzec je w ich świe­cie oraz sza­nują ten świat i jego war­tości.

Nie po­trze­bują ko­ry­go­wa­nia i for­mo­wa­nia, ale zro­zu­mie­nia i współdziałania. Są go­to­we do tego już w łonie mat­ki. Za­miast „for­ma­cji” po­trze­bują infor­ma­cji o na­szym świe­cie: o tym, kim je­steśmy i dla­cze­go ro­bi­my to, co ro­bi­my. Wte­dy nas widzą i biorą pod uwagę.

Możemy nawiązać kon­takt z dziećmi, jeśli wie­my, jak mówić im o so­bie, a także kie­dy war­to mówić, a kie­dy mil­czeć – czy­li gdy po­tra­fi­my wyrażać sie­bie i swo­je war­tości w sposób dla nich dostępny. In­a­czej po pro­stu tra­ci­my czas. Kon­takt zakłada wyraźną obec­ność dwóch osób: jest jak most zbu­do­wa­ny na dwóch moc­nych pod­po­rach. Dorośli często nie za­uważają drob­nych rze­czy, które mogłyby ułatwić po­ro­zu­mie­nie, a po­tem oskarżają dzie­ci, że są „nie­posłuszne”. Jed­nak one nie słyszą tego, cze­go nie war­to słyszeć. To nie jest ich wada, ale od­wa­ga po­ka­zy­wa­nia nam rze­czy na­prawdę ważnych.

Kon­takt wy­zwa­la z sa­mot­ności, daje po­czu­cie bez­pie­czeństwa, wzmac­nia samoświa­do­mość, za­ufa­nie do sie­bie i swo­ich od­czuć, a także po­ma­ga po­znać i usza­no­wać świat i doświad­cze­nia in­nych lu­dzi. To dorośli są od­po­wie­dzial­ni za stwo­rze­nie dzie­ciom prze­strze­ni i możliwości kon­tak­tu, wza­jem­nej wy­mia­ny i ko­mu­ni­ka­cji, w której one wzra­stają – a wraz z nimi my, ro­dzi­ce i opie­ku­no­wie.

Wbrew po­zo­rom kon­takt z ludźmi, a zwłasz­cza z dziećmi, nie jest trud­ny. Nie wy­ma­ga żad­nych szczególnych umiejętności ani poświęce­nia. Żeby go nawiązać, wy­star­czy wie­dzieć, co się w nas dzie­je: w na­szych uczu­ciach i myślach – oraz co dzie­je się między nami. Inni lu­dzie – zwłasz­cza dzie­ci – nie­ustan­nie dają nam in­for­mację zwrotną na ten te­mat. Kon­takt z nimi jest jak ta­niec: trze­ba wy­czuć rytm, wypróbować kro­ki, połączyć je z kro­ka­mi part­ne­ra, a po­tem pod­dać się mu­zy­ce. Jeśli sami doświad­cza­my kon­taktu, zdo­by­wa­my od­wagę, żeby otwo­rzyć się na to, co się wy­da­rzy w trak­cie spo­tka­nia. Ale jeśli z góry zakłada­my jakiś cel – inny niż samo doświad­cze­nie kon­taktu i wza­jem­ne­go wi­dze­nia sie­bie – wte­dy kon­takt jest pra­wie nie­osiągal­ny, zwłasz­cza w re­la­cjach z dziećmi.

Kon­takt, o ja­kim piszę w tej książce, to wy­da­rze­nie, które dzie­je się w da­nym mo­men­cie i trwa tyl­ko chwilę. Ale im częściej się po­ja­wia, tym bo­gat­sze i pełniej­sze sta­je się na­sze wspólne życie. Kon­takt jest po­dob­ny do prze­kra­cza­nia mo­stu, od­wie­dza­nia się na­wza­jem w gra­ni­cach na­szych światów, ale bez zawłasz­cza­nia i wza­jem­nej in­ge­ren­cji. Wszy­scy po­trze­bu­je­my bli­skości i obec­ności in­nych, a z dru­giej stro­ny, chce­my też uzna­nia dla na­szej odrębności i pod­mio­to­wości. Po­trze­bują tego także dzie­ci. Swoją odrębność i pod­mio­to­wość sy­gna­li­zują, kie­dy osiągną już pierw­szy rok życia, wy­po­wia­dając swo­je pierw­sze słowa – a wśród nich co­raz bar­dziej świa­do­me i odważne „Nie”. Cza­sem jest ono trud­ne do przyjęcia dla ro­dziców, choć według mnie to jed­no z naj­ważniej­szych i naj­piękniej­szych słów dziec­ka. Po­ka­zu­je, że za­czy­na ono do­strze­gać i chro­nić swo­je własne gra­ni­ce w re­la­cjach z naj­ważniej­szy­mi dla nie­go oso­ba­mi. Te gra­ni­ce będą mu po­trzeb­ne przez całe życie. Jeśli nie po­zna i nie doświad­czy ich w ro­dzi­nie, w re­la­cjach z naj­bliższy­mi, będzie mu­siało na­uczyć się tego poza ro­dziną, nie za­wsze w taki sposób, ja­kie­go życzy­li­by so­bie ro­dzice. Umiejętność bu­do­wa­nia kon­tak­tu z dziećmi jest więc, według mnie, nie­odłącznie związana z tym, czy jako ro­dzice po­tra­fi­my do­strzec i do­ce­nić war­tość słowa „Nie” w ustach dziec­ka.

Naj­więcej na ten te­mat do­wie­działam się od dzie­ci. Przy­toczę tu hi­sto­rię sprzed kil­ku mie­sięcy, dzięki której miałam okazję po raz ko­lej­ny prze­ko­nać się o zna­cze­niu kon­tak­tu dla do­rosłych i dzie­ci.

Pew­ne­go dnia stałam na przy­stan­ku, kie­dy z au­to­bu­su wy­siadła bab­cia z wnuczką w wie­ku około czte­rech lat. Dziew­czyn­ka opie­rała się, nie chciała iść. Bab­cia coś jej tłuma­czyła, a po chwi­li wzięła za rączkę i moc­no pociągnęła za sobą. Przeszły w ten sposób na drugą stronę uli­cy, po czym dziec­ko zno­wu za­trzy­mało się. Bab­cia po­wo­li szła da­lej. Dziew­czyn­ka tupnęła nóżkami i zaczęła krzy­czeć. Bab­cia zawróciła, znów coś tłuma­czyła. Dziew­czyn­ka prze­stała krzy­czeć, ale nie chciała iść. Po­deszła do nich jakaś ko­bie­ta, po­tem ro­dzi­na z dziećmi. Sta­li przez chwilę i roz­ma­wia­li z bab­cią i wnuczką. Miałam na­dzieję, że się do­ga­dają. Nic z tego. Ode­szli, a one zno­wu zo­stały same. Bab­cia poszła do przo­du kil­ka kroków, ale dziew­czyn­ka wciąż stała w miej­scu, krzy­czała i tupała nóżkami.

Pa­trzyłam na to, stojąc na przy­stan­ku. W pew­nej chwi­li dziew­czyn­ka odwróciła się i zaczęła iść w stronę jezd­ni. Bab­cia szyb­ko do niej pod­biegła, szarpnęła za kurtkę, mówiła coś pod­nie­sio­nym głosem. Dziew­czyn­ka przewróciła się na chod­nik. Do­biegłam do nich. Kucnęłam przy dziec­ku i spy­tałam:

– Co się stało?

– Nie chcę iść, bolą mnie nóżki!

– Aha, bolą cię nóżki.

– Ja chcę na wózek.

– Ale nie mamy wózka! – po­wie­działa bab­cia. – W domu masz wózek. Jeśli wsta­niesz, to za­raz będzie­my w domu.

– Chciałabyś na wóze­czek? – zwróciłam się do dziec­ka.

– Tak. Bolą mnie nóżki.

– Bolą cię nóżki – powtórzyłam. – Zmęczyły się?

– Tak. Gdy nie mamy wózka, ja chcę na rączki.

– Nie mam siły wziąć cię na ręce – wtrąciła bab­cia. – Mnie też bolą nogi! Też je­stem zmęczo­na. Wi­dzisz? – po­ka­zała ban­daże na no­gach.

– Bolą cię nóżki i chcesz na rączki albo na wózek? – sku­piłam zno­wu uwagę tyl­ko na dziec­ku.

– Tak.

Dziec­ko po­pa­trzyło na mnie sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi, było spo­koj­ne. Nie mówiłam nic przez mo­ment, tyl­ko pa­trzyłyśmy na sie­bie. Dziew­czyn­ka przy­bliżyła się, jak­by chciała się przy­tu­lić, więc wzięłam ją za rękę i przy­tu­liłam. To właśnie był mo­ment kon­tak­tu. Po­czułam wzru­sze­nie. Po chwi­li trwającej może pół mi­nu­ty po­wie­działam po­wo­li, patrząc na dziew­czynkę, która te­raz uważnie mnie słuchała:

– Hm. Cie­bie bolą nóżki i bab­cię też (pau­za). Bab­cia nie ma siły, żeby wziąć cię na ręce i nie mamy wózka (pau­za). Co zro­bić, żeby te­raz dojść do domu?

– Nie wiem.

– Nie wiesz (zno­wu prze­rwa). A może spróbu­je­my iść ma­lut­ki­mi krocz­ka­mi? Ja będę trzy­mać cię za jedną rączkę, a bab­cia za drugą. Co ty na to?

Dziew­czyn­ka kiwnęła główką. Ru­szyłyśmy po­wo­li, małymi kro­ka­mi.

– To te­raz idźcie tak po­wo­li da­lej, a ja wrócę na przy­sta­nek, do­brze? – po­wie­działam po chwi­li.

– Tak – dziew­czyn­ka od­po­wie­działa spo­koj­nie.

Po­ma­chała mi rączką i obie poszły da­lej po­wo­li. Bab­cia po­wie­działa jesz­cze na ko­niec:

– Dziękuję. Jak to się pani udało?

– Po pro­stu jej słuchałam. Tyl­ko tyle.

Przez chwilę pa­trzyłam, jak się od­da­lają, a po­tem wróciłam na przy­sta­nek. Wszyst­ko trwało może pięć mi­nut.

***

Zwy­kle to małe dzie­ci ini­cjują kon­takt w re­la­cjach z do­rosłymi. Wyrażają coś – nie­ko­niecz­nie wer­bal­nie – bo chcą być usłysza­ne, przyjęte i zro­zu­mia­ne. Do­rosły może tego nie ro­zu­mieć albo nie wie­dzieć dokład­nie, o co cho­dzi. Ale naj­ważniej­sze jest, żeby chciał dziec­ko usłyszeć. Kie­dy wsłucha się w to, co ono mówi, po­ja­wi się szan­sa na kon­takt. Po­tem trze­ba ten kon­takt pod­trzy­mać i słuchając dziec­ka, po­zwo­lić mu się pro­wa­dzić tak długo, aż będzie ono w sta­nie usłyszeć do­rosłego.

Za każdym ra­zem kie­dy dzie­je się coś ta­kie­go, widzę otwar­tość dziec­ka i jego go­to­wość do współdziałania. Wa­run­kiem jed­nak jest, żeby naj­pierw zo­stało ono wysłucha­ne. Nie szu­kam szyb­kich roz­wiązań, nie sto­suję żad­nych spek­ta­ku­lar­nych me­tod ani tricków pe­da­go­gicz­nych. Trak­tuję se­rio to, co dziec­ko mówi.

Bab­cia tej dziew­czyn­ki też miała swoją hi­sto­rię i też bar­dzo chciała zo­stać wysłucha­na – dla­te­go właśnie nie była w sta­nie usłyszeć wnucz­ki. Być może, jak wie­lu do­rosłych, chciała ją cze­goś na­uczyć, uświa­do­mić pew­ne zależności, które każdy musi ro­zu­mieć. Sama także pragnęła zro­zu­mienia, wspar­cia i em­pa­tii. To wszyst­ko mogła otrzy­mać – bo dzie­ci są za­wsze go­to­we do oka­zy­wa­nia wspar­cia i współdziałania – ale sposób, w jaki się tego do­ma­gała, był nie­sku­tecz­ny. Chciała to do­stać na­tych­miast, nie bacząc na po­trze­by dziew­czyn­ki. A ona robiła dokład­nie to samo: „Te­raz, na­tych­miast, zrób to, cze­go od cie­bie ocze­kuję”.

Dzie­ci nas naśla­dują. Do­stra­jają się do tego, co dzie­je się w nas. Im bar­dziej je­steśmy wo­bec nich „upar­ci”, tym moc­niej same się upie­rają. Jeśli je ak­cep­tu­je­my i współdziałamy z nimi – tym chętniej same współdziałają.

To je­den z me­cha­nizmów, który często do­strze­gam w re­la­cjach do­rosłych i dzie­ci: dzie­cięca nie­cier­pli­wość jest jak tuba, która nagłaśnia nie­cier­pli­wość do­rosłych. Tak dzie­je się nie­mal za­wsze, kie­dy po­ja­wiają się w nas sil­ne emo­cje. Przy­da­je się wte­dy dy­ry­gent, który pomoże zhar­mo­ni­zo­wać brzmie­nia, albo tłumacz, który przełoży ge­sty na słowa i ułatwi wza­jem­ne po­ro­zu­mie­nie.

W trak­cie opi­sa­ne­go spo­tka­nia byłam dla bab­ci i wnucz­ki ta­kim właśnie tłuma­czem albo dy­ry­gen­tem. Wie­działam, co robić, jak słuchać, cze­go nie robić, cze­go nie mówić – i byłam pew­na, że to wszyst­ko ra­zem ma sens. Znam pod­sta­wo­we kro­ki tego tańca, choć nig­dy nie wiem, jak za­cho­wa się mój part­ner – a tu było ich dwóch. Już od pierw­szej chwi­li byłam bar­dziej pew­na kroków dziew­czyn­ki – ale i bab­cia dołączyła do nas z gracją.

Zdaję so­bie sprawę, że było mi znacz­nie łatwiej po­pro­wa­dzić ten ta­niec niż bab­ci. Nie byłam za­an­gażowa­na w kon­flikt, więc moje emo­cje nie roz­pra­szały dziec­ka. Nie do mnie należało bez­piecz­ne do­pro­wa­dze­nie jej do domu, więc nie wy­wie­rałam pre­sji – poza tym nie byłam zmęczo­na i nie bolały mnie nogi. Miałam zro­zu­mie­nie także dla bab­ci, nie po­uczałam jej i nie kry­ty­ko­wałam. Wi­działam jej roz­pacz, bez­rad­ność i za­gu­bie­nie, kie­dy po­trze­bo­wała po­mo­cy, wspar­cia, zro­zu­mie­nia – choć mogła do­stać je tyl­ko od obec­nych wokół do­rosłych, a nie od dziec­ka.

Wy­star­czyło kil­ka pro­stych wskazówek, żeby roz­wiązać kon­flikt. Osobę do­rosłą mogłam po­pro­sić, żeby po­cze­kała chwilę z za­spo­ko­je­niem swo­ich po­trzeb. Byłam jej wdzięczna, że się na to zgo­dziła. Wte­dy dziew­czyn­ka mogła wy­ra­zić – wyśpie­wać – swój ból i swo­je pra­gnie­nia. Wy­star­czyła tyl­ko drob­na zmia­na po­dejścia: za­miast ocze­ki­wać od niej zro­zu­mie­nia, należało ją naj­pierw usłyszeć i zro­zu­mieć.

Prze­ko­nałam się, że słowo „zro­zu­mieć” nie od­da­je tego, co dzie­je się w świe­cie dzie­ci. One po­tra­fią coś in­ne­go niż ro­zu­mie­nie: poj­mują sy­tu­ację, oko­licz­ności, wszyst­ko, co się dzie­je wokół i wewnątrz ich świa­ta. Aby się z nimi do­ga­dać, my też mu­si­my stać się po­jem­ni, czy­li go­to­wi przyjąć to, co się dzie­je, zdol­ni otwo­rzyć prze­strzeń kon­tak­tu.

Wy­ma­ga­nie od dzie­ci zro­zu­mie­nia dla do­rosłych jest, według mnie, nie­po­ro­zu­mie­niem. Hi­sto­ria bab­ci i wnucz­ki była jed­nym z nie­po­ro­zu­mień, ja­kich wie­le ob­ser­wuję wśród do­rosłych i dzie­ci.

Wy­da­je mi się, że dzie­ci, zwłasz­cza dzie­ci w Pol­sce – bo te znam naj­le­piej – zbyt rzad­ko doświad­czają obec­ności do­rosłych, którzy po­tra­fią zbu­do­wać i pod­trzy­mać kon­takt. Nie za­mie­rzam kry­ty­ko­wać lu­dzi i ich za­cho­wań ani me­tod, które sto­sują. Jako ro­dzi­ce, opie­ku­no­wie sta­ra­my się dać dzie­ciom to, co naj­lep­sze. Myślę jed­nak, że często mamy trud­ność w po­ro­zu­mie­niu się z nimi, bo bra­ku­je nam doświad­cze­nia kon­taktu z ludźmi. Za­po­mi­na­my, że kon­takt jest ważny, i często nie wie­my, na czym po­le­ga. Być może tra­ci­my też wiarę, że jest w ogóle możliwy. Może gdy­byśmy jako dzie­ci wzra­sta­li w śro­do­wi­sku ko­mu­ni­ka­cji i gdy­by nasi ro­dzi­ce, za­miast „wy­cho­wy­wać nas na porządnych lu­dzi”, cie­szy­li się naszą obec­nością i dia­lo­giem z nami, byłoby nam dzi­siaj łatwiej cie­szyć się kon­taktem z na­szy­mi dziećmi?

Nie zda­je­my so­bie też spra­wy z tego, że to nie in­te­lekt i wie­dza mają pod­sta­wo­we zna­cze­nie w bu­do­wa­niu kon­tak­tu – ale emo­cje. Zwłasz­cza w re­la­cjach z dziećmi mu­si­my mieć oczy i uszy otwar­te na uczu­cia. Uczu­cia mają ta­kie zna­cze­nie w two­rze­niu kon­tak­tu jak mu­zy­ka w tańcu.

Czy­tając tę książkę i za­war­te w niej roz­mo­wy z dziećmi, być może przy­po­mni­cie so­bie własne dzie­ciństwo. Jeśli mie­liście szczęście doświad­czyć spo­tkań z do­rosłymi, którzy po­tra­fi­li wsłuchać się w wa­sze uczu­cia i nawiązać z wami kon­takt, praw­do­po­dob­nie jest wam łatwiej i z większą na­tu­ral­nością ko­mu­ni­ku­je­cie się ze swo­imi dziećmi.

Jeśli jed­nak było in­a­czej, być może po­czu­je­cie smu­tek i żal. Do­strzeżenie w so­bie tych uczuć, uzna­nie ich i przyjęcie jako ważnej in­for­ma­cji o so­bie może być początkiem dia­lo­gu – naj­pierw ze sobą, a po­tem z in­ny­mi. Kie­dy od­zy­sku­je­my zdol­ność czu­cia – a nie tyl­ko ro­zu­mie­nia, wyjaśnia­nia i tłuma­cze­nia – od­zy­sku­je­my utra­coną dzie­cięcą zdol­ność poj­mo­wa­nia rze­czy. Od­zy­sku­je­my wte­dy kon­takt: przede wszyst­kim z sa­mym sobą. Gdy zależy nam na po­ro­zu­mie­niu z dziećmi, naj­pierw mu­si­my umieć po­ro­zu­mieć się i skon­taktować z sa­mym sobą: na­szy­mi odczu­ciami, przeżycia­mi, na­szym dzie­cięcym świa­tem z przeszłości.

W tej książce nawiązuję często do na­szych dzie­cięcych doświad­czeń w re­la­cjach z do­rosłymi, bo to one de­ter­mi­nują naszą zdol­ność ko­mu­ni­ko­wa­nia się z dziećmi. Obec­ność dzie­ci wy­zwa­la z podświa­do­mości tam­te przeżycia i ich emo­cjo­nal­ny kon­tekst, na­wet jeśli ich nie pamiętamy. Au­to­ma­tycz­nie po­wta­rza­my to, cze­go sami doświad­czy­liśmy, i prze­ka­zu­je­my to na­szym dzie­ciom jak język oj­czy­sty. To nie­unik­nio­ny pro­ces – tak funk­cjo­nu­je nasz mózg. Wie­my o tym od kil­ku­na­stu lat dzięki fa­scy­nującym od­kry­ciom do­tyczącym funk­cjo­no­wa­nia ośrodków od­po­wie­dzial­nych za pro­cesy emo­cjo­nal­ne czy neu­ronów lu­strza­nych w na­szym mózgu. Z badań neu­ro­bio­logów do­wie­dzie­liśmy się też, że mózg człowie­ka jest ak­tyw­ny i roz­wi­ja się przez całe życie – a nie tyl­ko w dzie­ciństwie, jak uważano jesz­cze dwa­dzieścia lat temu – i za­pi­sa­ne w neu­ronach lu­strza­nych in­for­ma­cje można mo­dy­fi­ko­wać i zmie­niać po­przez nowe doświad­czenia.

W swo­jej książce wra­cam często do tych za­gad­nień, bo uważam je za naj­istot­niej­sze. Bez otwar­te­go, odważnego dia­lo­gu na te­mat źródeł na­szej ko­mu­ni­ka­cji i re­la­cji z ludźmi nie je­steśmy w sta­nie podjąć dia­lo­gu z dziećmi.

W ko­lej­nych roz­działach książki chcę opi­sać, na czym, według mnie, po­le­ga dia­log otwie­rający drogę do po­ro­zu­mie­nia z dziećmi – i nie tyl­ko z dziećmi. Po­dzielę się też mo­imi doświad­cze­nia­mi i od­kry­cia­mi ze współpra­cy z ro­dzi­na­mi, z którymi spo­ty­kałam się na warsz­ta­tach pro­wa­dzo­nych me­todą Po­ro­zu­mie­nia bez Prze­mo­cy1. W dru­giej części omówię główne za­sa­dy gra­ma­tycz­ne Języka Ser­ca, czy­li sty­lu po­ro­zu­mie­wa­nia się, który pomógł mi zmie­nić na­wy­ki wy­nie­sio­ne z domu ro­dzin­ne­go. Za­pro­po­nuję ćwi­cze­nia po­ma­gające ożywić przepływ ko­mu­ni­ka­cji między bli­ski­mi oso­ba­mi i zro­zu­mieć, skąd biorą się na­sze oso­bi­ste trud­ności w ko­mu­ni­ka­cji z ludźmi.

Klu­czo­wy dla mo­je­go doświad­cze­nia był tre­ning Po­ro­zu­mie­nia bez Prze­mo­cy, który za­wdzięczam szczególnie tre­ne­rom ze Skan­dy­na­wii: Kar­ste­no­wi Schacht-Pe­ter­se­no­wi, Kir­sten Kri­sten­sen, Le­enie Ma­iji Hur­me, Ma­rian­ne Go­eth­lin i Towe Wid­strand. Pod­kreślam ich skan­dy­naw­skie po­dejście, w którym wy­ko­rzy­stują także doświad­cze­nia duńskie­go te­ra­peu­ty i pe­da­go­ga Je­spe­ra Ju­ula. W ciągu sied­miu lat współpra­cy z nimi pod­czas Fa­mi­ly Campów – co­rocz­nych wa­ka­cyj­nych tre­ningów ko­mu­ni­ka­cji pro­wa­dzo­nych w Da­nii i w Pol­sce – uczyłam się i doświad­czałam in­ten­syw­ne­go roz­wo­ju mo­ich własnych umiejętności nawiązy­wa­nia kon­tak­tu ze sobą i in­ny­mi ludźmi.

***

Mam na­dzieję, że książka ta okaże się in­spi­racją dla ro­dziców i wy­cho­wawców w pra­cy nad jakością ich re­la­cji z dziećmi. Zależy mi także, aby był to prak­tycz­ny po­rad­nik, dla­te­go znaj­dzie się w nim wie­le kon­kret­nych rad, wskazówek i narzędzi do na­uki dia­lo­gu z dziećmi.

Nie jest ona pomyślana jako kry­ty­ka tego, co robią ro­dzi­ce. Chcę w niej prze­ka­zać wiedzę i doświad­cze­nie, które po­mogły mnie sa­mej, i wierzę, że mogą pomóc także in­nym ro­dzi­com w ich re­la­cjach z dziećmi.

Dziś co­raz le­piej zda­je­my sie­bie sprawę z tego, że kry­ty­ka, wzbu­dza­nie po­czu­cia winy czy za­wsty­dza­nie – czy­li po­ka­zy­wa­nie lu­dziom, że są źli, w na­dziei, że się po­pra­wią – nie przy­no­si ocze­ki­wa­ne­go efek­tu. Jeśli należymy do po­ko­le­nia, które w dzie­ciństwie słyszało przede wszyst­kim, co robi źle i co po­win­no w so­bie zmie­nić, żeby inni byli za­do­wo­le­ni, możemy mieć na­wyk szu­ka­nia wi­no­wajców i nie­udacz­ników w swo­im oto­cze­niu – przede wszyst­kim w sa­mych so­bie. Nie po­ka­za­no nam, jak nawiązać dia­log opar­ty na ja­snym wyrażaniu sie­bie i szu­ka­niu wspólnych roz­wiązań.

Po­trze­bu­je­my no­we­go po­dejścia, nie tyl­ko do dzie­ci, ale i do sie­bie. Jed­nym ze spo­sobów upo­ra­nia się z wewnętrzną kry­tyką i po­czu­ciem winy może być co­dzien­nie po­na­wia­na de­cy­zja o za­ufa­niu so­bie i swo­jej in­tu­icji, swo­im uczu­ciom i po­trze­bom. Dzie­ci po­mogą nam od­kryć i roz­winąć te zdol­ności na nowo. Często naj­lepszą drogą „re­edu­ka­cji” do­rosłych jest kon­takt z nimi, a nie czy­ta­nie książek.

Z książki tej nie do­wie­cie się, jak zmie­nić swo­je dzie­ci. Nie do­wie­cie się też, jak spra­wić, żeby wy­ko­ny­wały wa­sze po­le­ce­nia i były posłuszne! To nie jest książka o me­to­dach wy­cho­wy­wa­nia dzie­ci, tyl­ko o tym, jak być z nimi i dla­cze­go jest to ważne również dla nas.

Chcę wam za­pro­po­no­wać małe ćwi­cze­nie na roz­grzewkę i przy­go­to­wa­nie do dia­lo­gu, o którym będę pisać. Pomoże wam ono spraw­dzić, jak ra­dzi­cie so­bie z wyrażaniem własnych uczuć, myśli i pra­gnień.

Ćwi­cze­nie

1. Za­stanów się, dla­cze­go sięgnęłaś (sięgnąłeś) po tę książkę? Jaka po­trze­ba po­wo­du­je, że właśnie ją czy­tasz?

2. Jeśli spo­dzie­wasz się przy­najm­niej jed­nej ko­rzyści z jej lek­tu­ry, po­wiedz o tym głośno do sie­bie – i posłuchaj swo­ich słów.

3. Powtórz to samo w obec­ności kogoś bli­skie­go. Po­proś, aby przez chwilę słuchał cię z uwagą. Wy­starczą dwa, trzy zda­nia. Im więcej słów wy­po­wiesz, tym mniej­sza szan­sa, że zo­sta­niesz usłysza­ny. Mów w pierw­szej oso­bie, za­czy­naj zda­nia od: „Chcę… Zależy mi…”.

4. Na końcu po­wiedz swo­je­mu dziec­ku, dla­cze­go czy­tasz książkę o po­ro­zu­mie­wa­niu się z dziećmi. Po­wiedz to jesz­cze krócej niż do­rosłemu: w jed­nym, naj­wyżej dwóch krótkich zda­niach. A po­tem uważnie wysłuchaj, co po­wie na to dziec­ko, i za­pisz jego słowa.

W ko­lej­nych roz­działach za­pro­po­nuję kon­ty­nu­ację i roz­wi­nięcie tego ćwi­cze­nia. Jeśli wy­da­je się wam ono cie­ka­we i in­spi­rujące – za­pra­szam do lek­tu­ry!

CZĘŚĆ I.DIA­LOG

Na czym po­le­ga dia­log i dla­cze­go war­to sto­so­wać go za­miast kar?

W trak­cie na­uki za­sad i prak­ty­ki Po­ro­zu­mie­nia bez Prze­mo­cy zdałam so­bie sprawę, że za­miast pytać: jak nawiązuje się kon­takt z ludźmi? – należy ra­czej za­trosz­czyć się o to, aby nie blo­ko­wać na­tu­ral­ne­go kon­taktu, który po­wsta­je sam przez się. Po­twier­dza to przy­to­czo­na hi­sto­ria bab­ci i wnucz­ki: dziew­czyn­ka in­stynk­tow­nie dążyła do kon­taktu z opie­kunką, sta­rając się wy­ra­zić swo­je po­trze­by. Należało tyl­ko ten kon­takt pod­trzy­mać.

Dla­te­go za­wsze war­to naj­pierw za­sta­no­wić się, czy w ogóle je­steśmy go­to­wi przyjąć prze­kaz dziec­ka. Trze­ba też zda­wać so­bie sprawę, dla­cze­go zależy nam na po­ro­zu­mie­niu. Czy chce­my praw­dzi­we­go kon­tak­tu, czy też mamy na oku pew­ne cele, które pra­gnie­my zre­ali­zo­wać, nie­za­leżnie od tego, co czu­je dziec­ko?

Wy­obraźmy so­bie inny sce­na­riusz kon­flik­tu między bab­cią i wnuczką: bab­cia siłą pociąga za sobą krzyczącą dziew­czynkę, jed­no­cześnie pod­kreślając, że jej opór jest głupi, po­nie­waż nie jest w sta­nie za­nieść jej do domu. Być może także za­gro­zi dziec­ku, że jeśli się nie do­sto­su­je, nie dosta­nie pod­wie­czor­ku albo nie będzie oglądać baj­ki, lub, co gor­sza, że przesta­nie je ko­chać.

Co dzie­je się wte­dy w świe­cie dziec­ka, w jego ser­cu i myślach? Doświad­cza ono emo­cjo­nal­ne­go i fi­zycz­ne­go bólu, opusz­cze­nia, za­gu­bie­nia. Być może myśli so­bie: „To, co czuję, nie jest ważne. Muszę o tym za­po­mnieć. Dorośli są sil­ni. Nie da się z nimi do­ga­dać. Muszę się pod­porządko­wać”. Tra­ci wte­dy kon­takt ze sobą, z tym, co czu­je. Tra­ci też na­dzieję, że może zo­stać usłysza­ne i zro­zu­mia­ne, że może być tym, kim jest, że jego po­trze­by mają ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie. Po­trze­by to wewnętrzna moc, źródło na­szych działań i dążeń – i kie­dy nie są bra­ne pod uwagę, po­ja­wia się prze­moc.

W sy­tu­acji, kie­dy do­rosły mu­siałby po­wstrzy­mać albo pociągnąć dziec­ko siłą, żeby na przykład nie wy­biegło na ulicę, albo dla­te­go, że gdzieś się spie­szy, dużo le­piej byłoby, gdy­by jed­no­cześnie wytłuma­czył, że nie wie, jak in­a­czej so­bie po­ra­dzić; że chce je zro­zu­mieć i usłyszeć, ale w tej chwi­li nie ma na to cza­su. Wte­dy nadal ist­nie­je kon­takt i równo­wa­ga między po­trze­ba­mi obu stron. Dzie­ci re­agują na ta­kie po­dejście z o wie­le większym zro­zu­mieniem, niż mo­gli­byśmy przy­pusz­czać.

Jeśli na­prawdę zależy nam na kon­tak­cie z dziec­kiem, nie wol­no nam:

1. Mówić, kie­dy ono mówi. Im mniej słów z na­szej stro­ny, tym le­piej.

2. Szu­kać i pro­po­no­wać roz­wiąza­nia przed wysłucha­niem go.

3. Za­sta­na­wiać się, co myślą inni, kie­dy patrzą na na­sze próby kon­tak­tu z dziec­kiem. Sku­pia­my uwagę tyl­ko na so­bie, dziec­ku i na tym, co dzie­je się między nami.

Te trzy za­sa­dy są bar­dzo pro­ste i, wy­da­wałoby się, oczy­wi­ste. Jeśli jed­nak przyj­rzy­my się na­szym co­dzien­nym roz­mo­wom z dziećmi, może się oka­zać, że war­to o nich so­bie co jakiś czas przy­po­mi­nać.

Kie­dy za­czy­nam mówić o so­bie, za­nim dziec­ko (lub inna oso­ba) jest w sta­nie mnie wysłuchać – czy­li za­nim ono nie zosta­nie wysłucha­ne – tracę tyl­ko czas i siły. Ale jak roz­po­znać ten właściwy mo­ment, kie­dy mogę zacząć mówić o swo­ich po­trze­bach? Tak jak w tańcu: trze­ba być wrażli­wym na re­ak­cje dru­giej stro­ny, słuchać, pa­trzeć i sa­me­mu próbować. Jeśli dziec­ko przy­ta­ku­je, pa­trzy nam w oczy, od­dy­cha głęboko, to zna­czy, że nas słyszy. Praw­do­po­dob­nie czu­je wte­dy ulgę, spokój i radość. Jeśli od­wra­ca głowę i krzy­czy, to znak, że nie chce nas słuchać. Być może czu­je napięcie, ból albo złość. Wte­dy na­sza ko­lej na słucha­nie. Pozwólmy dziec­ku mówić i bądźmy obec­ni, dopóki nie po­ja­wi się z jego stro­ny sy­gnał, że jest go­to­we słuchać. Być może w ogóle nie będzie do tego go­to­we. Jed­nak im bar­dziej sku­pia­my uwagę na tym, aby nas wysłuchało, tym mniej je­steśmy przy nim obec­ni i słabiej słyszy­my to, co chce nam po­wie­dzieć.

Z ko­lei jeśli w trak­cie roz­mo­wy z dziec­kiem sku­piam się na tym, co myślą o mnie oso­by po­stron­ne – i co po­win­nam zro­bić, żeby po­ka­zać, że je­stem dobrą matką, na­uczy­cielką, opie­kunką, bab­cią itp. – tym mniej zo­sta­je mnie dla dziec­ka. Ono czu­je się sa­mot­ne i za­gu­bio­ne w swo­im świe­cie, nie mając dostępu do mo­je­go świa­ta. Sto­imy roz­dzie­le­ni nie­wi­dzialną ścianą.

Dzie­ci chcą, żebyśmy byli przy nich obec­ni – bli­sko tego, co się w nich w da­nym mo­men­cie dzie­je, a nie przy na­szych po­mysłach na roz­wiąza­nie pro­ble­mu. Im bar­dziej zależy nam na ich  u s p o k o j e n i u  – a nie  z a s p o k o j e n i u  po­trze­by kon­tak­tu – tym mniej­sze mamy szan­se na uda­ny kon­takt.

W dia­lo­gu z dziećmi nie wy­star­czy mówić, sto­sując jakąś sku­teczną tech­nikę czy me­todę, która „działa” i spra­wi, że  b ę d ą   n a s   s ł u c h a ł y.  Nie war­to uda­wać, że ich  s ł u c h a m y,  jeśli nie chce­my albo nie po­tra­fi­my  u s ł y s z e ć  tego, co mają do po­wie­dze­nia. Mu­si­my na­uczyć się z nimi roz­ma­wiać. Ko­mu­ni­ka­cja nie jest po to, żeby osiągnąć jakiś efekt – jest częścią życia. To spo­tka­nie osób, które chcą mieć wpływ na swo­je życie. Czy jest jakiś powód, dla którego dzie­ci miałyby być tego wpływu po­zba­wio­ne?

Często ob­ser­wuję, że lu­dzie mówią do sie­bie jed­no­cześnie – do­ty­czy to nie tyl­ko rozmów z dziećmi. Obie stro­ny chcą być wysłucha­ne, ale żadna nie słucha. Nie jest to jesz­cze naj­gor­sza sy­tu­acja. Jeśli zależy nam na po­ro­zu­mie­niu, ktoś musi zacząć słuchać, jed­nak nie re­zy­gnując ze swo­je­go pra­gnie­nia by­cia wysłucha­nym. Będę w dal­szej części książki pro­po­no­wać ćwi­cze­nia, które pokażą, jak słuchać i jak pro­sić o to, aby ktoś nas wysłuchał – a także jak możemy prze­ko­nać się, czy zo­sta­liśmy wysłucha­ni.

Większą prze­szkodą, która unie­możli­wia kon­takt, jest słucha­nie po­zor­ne: milczę, kie­dy ktoś mówi, ale nie słucham go, bo za­sta­na­wiam się nad tym, co sama za chwilę po­wiem. Taki ro­dzaj słucha­nia daje mniejszą szansę na kon­takt niż równo­cze­sne mówie­nie.

Jesz­cze bar­dziej blo­ku­je słucha­nie dia­gno­stycz­ne: słucham, ale sku­piam uwagę tyl­ko na tych sy­gnałach, symp­to­mach i za­cho­wa­niach, które po­twier­dzają moją opi­nię o rozmówcy. Nie mam in­ten­cji usłysze­nia i zo­ba­cze­nia go w da­nej sy­tu­acji – zależy mi je­dy­nie na po­twier­dze­niu swo­je­go zda­nia o nim. To jest, według mnie, najbar­dziej tra­gicz­ny w skut­kach sposób ofe­ro­wa­nia kon­tak­tu, po­nie­waż zupełnie unie­możli­wia spo­tka­nie. Nie ma w nim part­ner­stwa, sza­cun­ku i wza­jem­ności. Jest do­mi­na­cja i nadużycie za­ufa­nia. Na­zy­wam ta­kie po­dejście tra­gicz­nym także dla­te­go, że spo­ty­kam je zbyt często w po­sta­wach do­rosłych, na­uczy­cie­li, pe­da­gogów i – co gor­sza – ro­dziców wo­bec dzie­ci.

Ogrze­wal­nie dla ro­dziców

Uważam, może trochę na przekór no­wo­cze­snym tren­dom i opi­niom eks­pertów od ro­dzi­ciel­stwa, że po­ro­zu­mie­nie z dziećmi nie wy­ma­ga żad­nych szczególnych umiejętności ani spe­cja­li­stycz­ne­go wy­kształce­nia. Wręcz prze­ciw­nie. Moim zda­niem, im więcej wie­my o dzie­ciach w ogóle, tym łatwiej tra­ci­my z oczu wyjątkową i je­dyną w swo­im ro­dza­ju istotę, która stoi przed nami. To samo się dzie­je, kie­dy chce­my na­uczyć się „by­cia do­brym ro­dzi­cem”. Dużo ważniej­sze jest py­ta­nie, czy je­stem au­ten­tycz­na(y) w kon­tak­tach z moim dziec­kiem i mo­imi bli­ski­mi? I co to zna­czy: być au­ten­tycz­nym?

Myślę więc, że jako ro­dzi­ce po­trze­bu­je­my nie tyle edu­ka­cji ze stro­ny eks­pertów, ile wspólnot i grup przy­ja­ciel­skich, w których możemy otwar­cie dzie­lić się swo­imi uczu­cia­mi i mówić o swo­ich po­trze­bach bez obaw, że ktoś nas próbuje zmie­niać, „na­wra­cać” i dawać nam do­bre rady. Właśnie dla­te­go oba­wiam się, że „tre­nin­gi ro­dzi­ciel­stwa”, a zwłasz­cza „sku­tecz­ne­go ro­dzi­ciel­stwa”, a na­wet „ko­mu­ni­ka­cji z dziećmi” (choć sama je pro­wadzę w Szko­le Em­pa­tii) – nie są szczególnie przy­dat­ne w dia­lo­gu z dziećmi. Moim ma­rze­niem jest, żeby pod­czas spo­tkań we wspólno­tach ro­dzi­ce i dzie­ci mo­gli wspólnie bawić się, ale też poważnie roz­ma­wiać i doświad­czać wza­jem­ne­go zro­zu­mie­nia, ak­cep­ta­cji i dia­lo­gu, którym po­tem dzie­liliby się ze sobą w domu.

Jed­na z mam, która przyszła na moje warsz­ta­ty dla ro­dziców w Szko­le Em­pa­tii, po­wie­działa kie­dyś, że zajęcia te są dla niej „ogrze­wal­nią”: może na nich po­czuć ciepło, z którym po­tem wra­ca do dzie­ci. Właśnie o taką jakość spo­tkań dla ro­dziców mi cho­dzi, a nie o po­ucza­nie, porówny­wa­nie i ocenę na­szych ro­dzicielskich umiejętności i ro­dzin­ne­go szczęścia. Chciałabym, żeby w ta­kich miej­scach była prze­strzeń dla wątpli­wości, obaw i bólu. Nie po to, żeby ety­kie­to­wać, dia­gno­zo­wać, do­brze ra­dzić czy oce­niać, ale dla­te­go, że em­pa­tia dla czy­je­goś cier­pie­nia po­ma­ga do­strzec nie­za­spo­ko­jo­ne po­trze­by, które je ge­ne­rują. A kie­dy ktoś roz­po­zna swo­je po­trze­by, sam so­bie da naj­lepszą radę.

Ro­dzi­ce, którzy na co dzień często doświad­czają fru­stra­cji i bólu (czy­li pra­wie wszy­scy) i nie mają z kim o tym po­roz­ma­wiać, nie są w sta­nie uniknąć prze­ka­zy­wa­nia swych emo­cji dzie­ciom. Nie jest to ani ich wina, ani błąd. To na­tu­ral­ny i niełatwy etap życia ro­dzi­ny – sy­tu­acja, która wy­ma­ga działania, zmia­ny i wspar­cia.

Ro­dzi­ce w Pol­sce z ko­niecz­ności ko­rzy­stają z po­mo­cy swo­ich ro­dzin. Nie­ste­ty, często nie mają one wie­le wspólne­go ze wspie­rającą wspólnotą. Jeśli w dzie­ciństwie nie mie­liśmy wzmac­niających i war­tych pamięta­nia re­la­cji z ro­dzi­ca­mi, trud­no po­tem spo­dzie­wać się z ich stro­ny wspar­cia. Za­uważyłam, że w kon­tak­cie do­rosłych z ich ro­dzi­ca­mi po­ja­wia się ta sama zależność co w kon­tak­cie z ich dziećmi: dzie­ci są ini­cja­to­ra­mi kon­tak­tu, a dorośli dbają o jego jakość i kon­ty­nu­ację. Gdy dziś, jako do­rosłe dzie­ci, ini­cju­je­my kon­takt, nasi ro­dzi­ce mają duży wpływ na to, czy i na ile daje się on pod­trzy­mać i ożywić. Życzyłabym wszyst­kim, aby po­tra­fi­li nawiązać praw­dzi­wy kon­takt ze swo­imi ro­dzi­ca­mi, dziad­ka­mi, ciot­ka­mi, wuj­ka­mi i in­ny­mi bli­ski­mi, ale kie­dy to się nie uda­je, le­piej zre­zy­gno­wać z dzie­cięcego ma­rze­nia o zro­zu­mie­niu i by­ciu usłysza­nym, niż ocze­ki­wać, że nasi bli­scy się zmie­nią.

W na­szych do­mach na co dzień zwy­kle dys­ku­tu­je­my, opo­wia­da­my hi­sto­rie, ko­men­tu­je­my, porównu­je­my albo ob­ma­wia­my in­nych. Mówimy chętniej o zna­jo­mych i sąsia­dach niż o so­bie. A kie­dy już mówimy o so­bie, to częściej dzie­li­my się poglądami, opi­nia­mi, ko­men­ta­rza­mi albo wiedzą na jakiś te­mat. W ten sposób uni­ka­my bli­skości, ukry­wa­my sie­bie i swo­je wrażliwe ser­ce. Wyrażanie in­te­lek­tu­al­nych kon­ceptów nie zbliża lu­dzi do sie­bie, wręcz prze­ciw­nie. Zwy­kle nas po­zy­cjo­nu­je: albo je­steśmy „za” albo „prze­ciw”, albo w ko­ali­cji albo w opo­zy­cji – ale nie na równi, przy so­bie, bli­sko. Możemy całymi la­ta­mi prze­by­wać z ludźmi, na­wet naj­bliższy­mi, nie nawiązując z nimi praw­dzi­we­go kon­tak­tu.

Kie­dy przy­chodzą na warsz­ta­ty i kon­sul­ta­cje skłóceni ro­dzi­ce albo pary, które w de­spe­ra­cji stra­ciły na­dzieję, że w ogóle są w sta­nie się po­ro­zu­mieć, py­tam ich, czy pamiętają z dzie­ciństwa swo­ich ro­dziców roz­ma­wiających ze sobą, zwłasz­cza w trud­nych sy­tu­acjach, kry­zy­sach. Większość lu­dzi od­po­wia­da mniej więcej tak: „Roz­ma­wia­li? Nie wiem, o czym mówisz! Albo ojca nie było w domu, albo kłócili się do upadłego”.

W son­dażu z 2008 roku na te­mat pol­skiej ro­dzi­ny po­nad 40 proc. osób stwier­dziło, że chcie­li­by, aby w ich ro­dzi­nach dzie­ci były in­a­czej trak­to­wa­ne niż w ich domu ro­dzin­nym. Pra­wie 60 proc. chciałoby się na­uczyć roz­ma­wiać z bli­ski­mi2.

Ro­dzi­ce na roz­drożu

Dzie­ci tęsknią za obec­nością do­rosłych, którym na nich zależy. Chcą być szczęśliwe, chcą się bawić i roz­wi­jać. Chcą robić z pasją to wszyst­ko, co już po­tra­fią robić. Ufają, że z każdym dniem będą umiały więcej i otrzy­mają po­moc, kie­dy będą jej po­trze­bo­wały. Dzie­ci chcą prze­by­wać i roz­ma­wiać z do­rosłymi, którzy też są szczęśliwi, obec­ni i świa­do­mi swo­ich po­trzeb. I tak jak każdy człowiek, nie chcą być trak­to­wa­ne in­stru­men­tal­nie. Pragną być do­strze­ga­ne i ko­cha­ne ta­ki­mi, ja­kie są.

Do nawiąza­nia kon­tak­tu z dziećmi nie po­trze­bu­je­my wie­dzy teo­re­tycz­nej, ale umiejętności pa­trze­nia na życie z ich per­spek­ty­wy. I choć wszy­scy żyliśmy kie­dyś w świe­cie po­dob­nym do ich świa­ta, nie­wie­lu z nas po­tra­fi wy­obra­zić so­bie, jak to jest być dziec­kiem.

Przez wie­le lat dorośli uważali, że dziec­ko to tyl­ko etap przejścio­wy na dro­dze do do­rosłości. Być dziec­kiem zna­czyło być mniej do­sko­nałym i głupszym do­rosłym, bez własnej samoświa­do­mości i sa­mo­wie­dzy. Uważano, że lu­dzie i tak nie pamiętają nic z dzie­ciństwa, więc nie ma sen­su trosz­czyć się o to, co dzie­ci czują. Dziś wie­lu z nas, wy­cho­wa­nych w taki sposób, fak­tycz­nie nie pamięta albo nie chce pamiętać, jak to jest być dziec­kiem.

Gu­bi­my się, widząc dzie­cięce re­ak­cje, ich au­ten­tycz­ność, głębię, in­ten­syw­ność, mądrość. Być może niektórzy z nas chodzą na tre­nin­gi uważności i me­dy­ta­cji, gdzie uczą się, co to zna­czy być obec­nym i jak od­czu­wać sie­bie: swo­je ciało i uczu­cia. Uczą się swo­ich gra­nic i możliwości. Po­trze­bu­je­my tre­ne­ra, żeby na­uczyć się tego, co dzie­ci robią same z sie­bie i bez prze­rwy – i w czym są na­prawdę mi­strza­mi!

Albo spędza­my lata na te­ra­piach, żeby doświad­czyć, że ktoś na­resz­cie nas słucha i do­strze­ga. Od­naj­du­je­my ak­cep­tację, stop­nio­wo na­bie­ra­my za­ufa­nia do na­szych od­czuć, po­trzeb, przeżyć i ma­rzeń, o których za­po­mnie­liśmy, sta­rając się zbyt szyb­ko spełnić ocze­ki­wa­nia in­nych lu­dzi. Za­czy­na­my po­dej­mo­wać de­cy­zje, które wspie­rają i chro­nią na­sze życie i re­la­cje z bli­ski­mi. I po­wo­li wra­ca­my do tego sta­nu świa­do­mości, który mie­liśmy już w przed­szko­lu.

Jeśli ma­cie po­dob­ne re­flek­sje, praw­do­po­dob­nie szu­ka­cie spo­so­bu, żeby ochro­nić dzie­ciństwo swo­ich dzie­ci. Co zro­bić, aby za­cho­wały na­tu­ralną wrażliwość i nie doświad­czały bólu w kon­tak­tach z do­rosłymi? Bru­tal­na, ale nie­unik­nio­na praw­da o życiu jest taka, że, nie­ste­ty, nie je­steśmy w sta­nie ich ochro­nić. Możemy je­dy­nie być z nimi, prze­chodząc cza­sem przez ból trud­nych doświad­czeń, chorób, oso­bi­stych kry­zysów. Dzie­ci idą z nami, ale po­trze­bują także na­szej uwa­gi i za­in­te­re­so­wa­nia tym, co czują i cze­go doświad­czają.

Kie­dy je­steśmy za­ko­cha­ni, po­tra­fi­my mówić o so­bie i swo­ich uczu­ciach. Bu­dzi się w nas za­ufa­nie i na­dzie­ja, że możemy być bli­sko kogoś, kto