Wydawca: Sine Qua Non Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 487 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Diabelski młyn - Aneta Jadowska

Wszystkie ścieżki prowadzą do Archiwum. Czy któraś wiedzie z powrotem do domu?

Robin nie pamięta swojej przeszłości, ale Nikita znalazła sposób, by to zmienić. Nie będzie to proste, ale czy coś w ich życiu takie jest?

Nikita i Robin ruszają w niebezpieczną podróż przez Bezdroża, by dotrzeć do źródeł tajemnicy – miejsca, które skrywa wszystkie sekrety Zakonu Cieni.

By się tam znaleźć, potrzebują pomocy Cygańskiego Księcia i jego taboru, bo tylko magia Niespokojnych pozwoli im przeżyć zetknięcie z mroczną magią Bezdroży i Rubieży. W zamian muszą pomóc taborowi uruchomić Lunapark i ożywić niesamowity Diabelski młyn.

 

A gdy we wszystko postanawiają się wmieszać nordyccy bogowie, berserk oraz młodociany smok, wiadomo już, że Robina i Nikitę czeka szalona i zaskakująca przygoda.

Kiedy Aneta Jadowska zaprasza w podróż po rubieżach wyobraźni, droga do prawdy może wieść tylko przez śmierć. Lecz nawet 0,67 trupa na godzinę nie powstrzyma Nikity i Robina przed dotarciem do Archiwum Zakonu Cieni. Ruszajcie i Wy — i niech Droga będzie Wam łaskawa. Na litość autorki nie macie co liczyć.

Marta Kisiel, autorka bestsellerowej serii Dożywocie

Opinie o ebooku Diabelski młyn - Aneta Jadowska

Fragment ebooka Diabelski młyn - Aneta Jadowska

.

Rozdział 1

Wiadomość dla ciebie – powiedziała kobieta, której nigdy wcześniej nie widziałam.

Niewysoka, krzepka, po pięćdziesiątce, w długiej wełnianej sukni i kamizelce podbitej kożuszkiem, stała na moim progu wyraźnie wkurzona. Nie miałam pomysłu, czym mogłabym wkurzyć kapłankę Kasandry – a bez wątpienia nią była, bowiem na szyi nosiła emblemat świątyni: masywny wisior w kształcie oka, z lusterkiem w miejscu źrenicy.

Sięgnęłam do kieszeni po pieniądze. Zwykle nie wierzyłam w przepowiednie, ale niech mnie piorun trzaśnie, jeśli zamierzałam obrazić kasandrytkę. Wróżba zawsze kosztowała, za to klątwy kapłanki rozdawały lekką ręką. Zanim wyjęłam banknot, nieznajoma machnęła ręką, krzywiąc się z niesmakiem.

– Chodź i sama zobacz – powiedziała – wtedy łatwiej ci będzie ocenić, ile to jest warte.

Nie dyskutowałam – głównie z ciekawości, bo cokolwiek sprawiło, że kasandrytka nie wyciągnęła ręki po pieniądze, było warte sprawdzenia. Zabrałam torbę z amunicją, ciepłą kurtkę i batonik. Akurat wróciłam z roboty i planowałam zamówić coś do jedzenia. Ale z kasandrytkami się nie dyskutuje – granica między przepowiednią a klątwą bywa cienka.

Tymczasem kobieta zeszła już z ganku i szła przez trawnik. Wyglądało na to, że planuje iść pieszo. Świątynia leżała prawie dziesięć kilometrów dalej, oficjalnie tuż poza granicą miasta, choć wciąż pod parasolem barier ochronnych.

– Hej, nie wolisz jechać autem? – zawołałam, idąc do Brzydala.

Prawie dwugodzinny spacer z nadąsaną kobietą? Miałam kilka lepszych pomysłów na spędzenie popołudnia. Na przykład pizzę czy dwie. Kubełek lodów. Tak na początek.

Zatrzymała się i przez chwilę toczyła wewnętrzną walkę. Nie sądzę, by jazda samochodem kłóciła się z jej religią. Chyba że problemem było jechanie samochodem ze mną. Może naoglądała się dokumentów o seryjnych mordercach i przysięgła sobie nigdy nie wsiadać z obcymi do auta. A może nie byłam całkiem obca i miała jakiś wgląd w moją przeszłość? Wówczas jej niechęć do pozostawania ze mną w małej przestrzeni byłaby raczej przejawem rozsądku.

– Możemy się też spotkać na miejscu – zawołałam, bo wciąż stała na chodniku, dwadzieścia metrów dalej. – Wrócę teraz do domu i ruszę tam za godzinę i czterdzieści minut, dotrzemy na miejsce o podobnej porze. Co ty na to?

Odwróciła się i z marsem na czole podeszła do samochodu.

– Tylko pamiętaj, umierając, wciąż mogę rzucić na ciebie śmiertelną klątwę – oświadczyła i wdrapała się na miejsce pasażera.

Nie wiedziałam, czy komentowała moje umiejętności jako kierowcy, czy jako Cienia i zabójcy na zlecenie. Kierowcą byłam raczej dobrym. Cieniem więcej niż dobrym. Istotnie miała prawo czuć się zaniepokojona, więc nie odpowiedziałam.

Przez prawie dwadzieścia minut jazdy nie odezwała się ani słowem. Siedziała odwrócona do okna, z ramionami zaplecionymi na piersi.

Włączyłam radio i kiwałam się do świątecznego przeboju. W Warsie temperatura wciąż wynosiła sporo powyżej zera – magia miała tendencję do podgrzewania atmosfery po tej stronie bramy – ale był już grudzień, co oznaczało, że nastrój świąteczny czuło się coraz wyraźniej. Mieszkańcy mojej dzielnicy bardzo przeżywali ten czas. Zimowe przesilenie, Saturnalia i wszystkie inne święta końca roku wymagały przygotowań, dekoracji domów, światełek, budowania stosów na podwórkach i miejskim placu. Większość drzwi zdobiły wieńce z ostrokrzewów, suszonych jarzębin, orzechów i żołędzi, plecionej słomy i jodłowych gałązek. W grudniu można było wziąć Przylepkę za zwykłe przedmieścia. A potem wzrok padał na wiszącą z gałęzi drzewa słomianą kukłę Krampusa i człowiek zaczynał podejrzewać, że okolica nie jest taka do końca zwyczajna.

Kasandrytka manifestowała dezaprobatę i wyższość całkiem nieźle, ale dziś rano widziałam się z matką, więc poprzeczkę miała zawieszoną naprawdę wysoko. Gęsta cisza, w którą się spowiła, bardziej mnie relaksowała, niż frustrowała, więc podśpiewując pod nosem Santa Claus Is Coming To Town, dumałam nad moją listą prezentową.

Ostatnie miesiące były intensywne. Porwanie Zeldy, potem cała historia z Ture, wyprawa do Norwegii i wizyta w Asgardzie nieźle namieszały mi w życiu. Raz, że nie miałam czasu kupować prezentów, a dwa – okazało się, że mam na tej liście o wiele więcej osób, niż sądziłam. I jak właściwie dostarczę prezenty dla babci czy brata w Valhalli? Co roku kupowałam coś Aleksowi, Karmie, Kosmie, Zeldzie i jej córeczce. W tym roku lista właściwie mi się podwoiła – znalazła się na niej babcia, znalazł się Ture, wypadałoby coś wysłać Frigg, Frei i Nornom, bo bez nich ostatnie przygody skończyłyby się fatalnie. Ot, takie małe podziękowanie, trochę więcej niż kartka z życzeniami, trochę mniej niż ofiara z pierworodnego. Zadumałam się, nucąc Baby It’s Cold Outside. No i był jeszcze Robin. Rok temu też go nie było na liście.

– Jesteś nieznośnie radosna jak na mordercę – warknęła kasandrytka.

– Zabójcę – sprostowałam.

– A jaka to różnica? – zapytała z sarkazmem.

– Dopóki nikt mi nie zapłaci za zabicie ciebie, będziesz raczej bezpieczna. Chyba że mnie wkurzysz.

– Jesteś obrzydliwa!

– A jednak wciąż nie naciągam wdów i najuboższych, nie wkręcam nikogo w przepowiednie o nagrodach w niebiesiech za datki na dach świątyni, nie szantażuję klątwą, żeby wyciągnąć z ludzi oszczędności życia – powiedziałam spokojnie, wyłączając radio ułamek sekundy przed tym, jak rozległo się Last Christmas. Karma wciągnęła mnie trzy lata temu w whamageddon i nie chciałam odpaść z gry przed przesileniem.

Akurat dojechałyśmy na miejsce. Wystawiony z przepychem wartym lepszej sprawy gmach świątyni świecił się jak centrum handlowe w Boże Narodzenie, ponieważ całą fasadę wyłożono zwierciadłami, oświetlanymi przez setki strategicznie umieszczonych reflektorów. Na poziomie architektonicznym świątynia Kasandry Objawicielki była mokrym snem producentów wyciskarek do cytrusów. Równie ergonomicznie wyciskała oszczędności z wiernych i niewiernych, którzy bali się klątwy. Chyba nawet Zakon Cieni sypnął groszem.

Wysiadłam z samochodu i właśnie wtedy zrozumiałam, że coś się zmieniło… Owszem, gmaszysko wciąż wyglądało jak wyciskarka do cytryn, a zwierciadła pokrywały każdy centymetr kwadratowy fasady, ale zamiast świecić „anielskim blaskiem przepowiedni” – jak tłumaczyły kapłanki po skargach ze strony sąsiedztwa, które regularnie doświadczało białych nocy z powodu odbitej łuny – były zupełnie neutralne.

– Zgasiłyście reflektory? – zapytałam zaskoczona.

Prychnęła ze złością i wyprzedziła mnie w drodze do wejścia. Właściwie wolałabym zostać na zewnątrz, ale skoro powiedziałam A, mogłam już dośpiewać alfabet do końca. Najwyżej po C dostanę czkawki.

Wnętrze świątyni, zwykle rozświetlone setkami świec, dziś tonęło w mroku.

Moja przewodniczka zniknęła gdzieś w bocznej nawie. Stałam zaraz za progiem, czekając, aż wzrok przyzwyczai mi się do ciemności. Na próżno – ktoś użył zaklęcia zaciemniającego. Czułam obecność innych osób, słyszałam ich oddechy. Jeślibym się wsłuchała, mogłabym policzyć, ile bije tu serc.

Ogarnęła mnie lekka irytacja. Zaklęcie tego typu to tania sztuczka i świadczy co najmniej o braku uprzejmości. Wyciągnęłam z torby latarkę halogenową i odruchowo odpięłam pasek zabezpieczający przy kaburze Inkwizycji. Jeśli ktoś lub coś zamierzało się kryć, musiałam się liczyć z tym, że może nie mieć przyjaznych zamiarów.

„Nie idź dalej”, podpowiadał cichutko rozsądek. „Mam pozwolić, żeby zabawa mnie ominęła?”, odpowiadała ta część umysłu, z którą byłam w bliższych relacjach. Pan B. mentalnie kłapnął zębami.

Omiotłam snopem ostrego białego światła przestrzeń wokół; odbiło się od tafli tysięcy luster ustawionych tak, by igrać z percepcją. Zwykle lustra gwarantują optyczne powiększenie przestrzeni – tu dawały efekt skrajnie klaustrofobiczny.

Wystarczyła też odrobina światła, bym z pewną konsternacją zobaczyła, że na każdej tafli w zasięgu wzroku pulsuje słowo, sześć czarnych liter, jakże wymownych.

N-I-K-I-T-A

Ups.

Dobiegły mnie szelest i kroki. Po chwili rozbłysło światło. Blask każdej z setek żarówek wielkiego kryształowego żyrandola sprawiał, że moje imię pulsowało rytmicznie na każdym jednym zwierciadle.

– Możesz się z tego wytłumaczyć? – usłyszałam.

Odnalazłam wzrokiem kapłankę odbitą setki razy w zwierciadłach. Wyglądała jak starsza siostra tej, która mnie tu przyprowadziła, ale może to przez identyczną wełnianą sukienkę i tak samo zaplecione czarne włosy. Wisior na jej piersi był większy i tak błyszczący złotem, że gdzieś tam z zazdrości płakał zdetronizowany raper, do niedawna król blingu.

Podeszłam bliżej, bo od patrzenia na jej odbicia w zwierciadłach ustawionych pod różnymi kątami zaczynała mnie boleć głowa.

– To jest ta przepowiednia, dla której mnie tu ściągnęłyście? N-I-K-I-T-A? Może cię to zaskoczy, ale wiem, jak mam na imię. Przeważnie – dodałam, bo przecież to nawet nie było moje imię, ale jeden z wielu pseudonimów.

– To nie przepowiednia – warknęła – tylko „sygnał przychodzącego połączenia”, że tak powiem. To tak, jakby non stop dzwonił do ciebie telefon i nie mógł go odebrać nikt poza tobą. Uniemożliwia nam to pracę i modlitwę w świątyni. Od dwóch dni nikt z naszych wiernych nie dostał nawet pół przepowiedni!

– Wow, okolicznych emerytów w ten weekend będzie stać na kawałek kurczaka na obiad – powiedziałam z przekąsem.

– Czy wiesz, kto za tym stoi? – ciągnęła takim tonem, jakby poddawała mnie przesłuchaniu.

– Pojęcia nie mam – przyznałam, choć przychodziło mi do głowy parę osób.

Niedawno odkryłam, że mam w swoim narożniku kilka bogiń. I że po drugiej stronie ringu czeka co najmniej drugie tyle bóstw. Każdy z Asgardczyków – tak myślę – mógł odwinąć taki numer. Na pewno Frigg czy Norny.

– Więc zrób z tym coś! – zawołała. – Niech to cholerstwo przestanie migać! Nie chcę widzieć już nigdy żadnej z tych liter!

– Bez dwóch samogłosek wiele sobie nie poczytasz – mruknęłam.

Nie powinnam jej drażnić, ale cała ta sytuacja zaczynała mnie bawić.

Podeszłam do kryształowego, posrebrzanego zwierciadła na ołtarzu. Wyglądało na najważniejsze. Idealne, by odebrać nadchodzące połączenie.

Na szkoleniu w Trójprzymierzu Juliana uczyła nas sztuki komunikacji i wróżb przy użyciu zwierciadeł, tafli wody, generalnie każdego przedmiotu mogącego wygenerować odbicie, choćby to była dobrze wyszorowana patelnia. Zwykle używało się runy widzenia, linii papilarnych czy kropli krwi. Dotknęłam tafli palcem wskazującym. Nic. Wyjęłam karambit z pochewki przy kaburze i nakłułam nim opuszkę. Na gładką powierzchnię spłynęła odrobina krwi. Wciąż nic. Westchnęłam z irytacją. Czasami potrzebne było rymowane zaklęcie jak z bajki. I to musiał być akurat ten przypadek. Byłam kiepska w rymowankach.

– Lustereczko, powiedz ładnie, z kim rozmawiać mi przypadnie?

Napis przestał pulsować i po sekundzie znikł. Tafla zafalowała jak powierzchnia wody, w którą plusnął kamyk. Spodziewałam się, że zaraz zobaczę jednego z Asgardczyków.

Tymczasem twarz, która się pojawiła, była ludzka. Czarne włosy, cylinder, nastroszony kołnierz z kruczych piór… Cygański Książę w całej swojej gotyckiej chwale wyszczerzył się w promiennym uśmiechu i uchylił cylindra na powitanie.

– Łapałaś mnie? – zapytał lekko.

Ha. Łapałam. Cztery dni temu, w czasie pełni próbowałam się z nim skontaktować. Wybrałam się z Robinem nad sadzawkę w parku, bo w nocy, gdy odbijał się w niej księżyc, miałam większe szanse na to, że uda mi się z nim połączyć. Magia zwierciadeł uchodziła za trudną, a ja nie byłam oblatana z jej regułami. Medytacja, przyzywanie eteru i cała reszta przychodziły mi z trudem, więc potrzebowałam rozmaitych wspomagaczy. Mimo to nie udało mi się przyzwać Cygańskiego Księcia. Uznałam, że nici z wyprawy na Rubieże, przynajmniej na jakiś czas. Robin był zawiedziony, ale rozumiał, że gdybyśmy sami wybrali się na Bezdroża czy Rubieże, nie zdołalibyśmy stamtąd wrócić, a już na pewno nie trafilibyśmy do Archiwum, gdzie podobno znajdowała się jego prawdziwa i kompletna teczka osobowa. Tylko dzięki niej mogliśmy odkryć, kim jest i co naprawdę działo się z nim przed ostatnim półroczem. Potrzebowaliśmy przewodnika, a ja znałam tylko jedną osobę, która mogła pełnić tę funkcję. I która właśnie postanowiła się skontaktować poprzez wszystkie zwierciadła w świątyni Kasandry.

Wściekłość kasandrytek nagle nabrała sensu. Między nimi a Ludźmi Drogi – czy też Niespokojnymi, jak sami siebie nazywali – zawsze było mnóstwo złej krwi. Kapłanki Kasandry uważały się za wróżbitki natchnione mocą bogini, zaś Niespokojnych miały za szarlatanów, oszustów i kłamców. W drugą stronę funkcjonowało to podobnie. Niespokojni posiadają wspólnych przodków z tymi, których w realnym świecie nazywa się Romami czy Cyganami, ale żyją tylko po tej stronie bramy, ich magia jest związana z Bezdrożami i Rubieżami. Wróżą, układają tarota, czytają z dłoni i fusów, nazywają się widzącymi. I owszem, pobierają opłatę, ale taką, która starcza im na skromne życie, a nie na budowę ogromnych świątyń. Można powiedzieć, że oni i kasandrytki byli dla siebie konkurencją.

A Cygański Książę właśnie zagrał kasandrytkom na nosie, przejmując swoją magią ich zwierciadła, ich świątynię. Nic dziwnego, że były takie wkurwione. Brak klątwy zawdzięczałam zapewne tylko obawie przed zemstą Cygańskiego Księcia. Jeśli potrafił magicznie zhakować świątynię, do czego jeszcze był zdolny? Na ich miejscu zastanawiałabym się nad tym przez kolejny miesiąc podczas licznych bezsennych nocy.

– Muszę się dostać w pewne miejsce Bezdrożami. Potrzebuję przewodnika.

– Kiedy? – zapytał.

– Jak najszybciej.

– Daleko?

– Tak.

– Przyłóż ręce płasko do zwierciadła – powiedział. – Nie chcę, by podsłuchiwały. – Gdy wypełniłam polecenie, dodał: – Teraz pomyśl o miejscu, do którego chcesz dotrzeć.

Pomyślałam o Archiwum. Kiedyś stanowiło alternatywne odbicie miasta, które przestało istnieć wiele stuleci temu. Dziś nie było już bramy w realnym świecie, którą dałoby się tam dostać. Jedyny znany mi sposób to wędrówka przez Bezdroża.

– Mogę się udać do każdego miasta i przejść przez bramę, by dotrzeć do ciebie jak najszybciej – zaznaczyłam.

– Nie ma takiej potrzeby. Nie jesteśmy daleko. Spotkajmy się za dwa dni w Gaju Wotywnym, w którym byliśmy razem. Trafisz? – zapytał ze złośliwym uśmieszkiem.

– Trafię – zapewniłam, choć poczułam skurcz żołądka.

– Do zobaczenia. Przygotuj się na długą wyprawę. Dobry wóz z przyczepą i dobry kierowca wskazani – dodał. – A, i powiedz tym naciągaczkom, że jeśli wezmą od ciebie choć złotówkę, dopilnuję, by przez kolejny tydzień miały transmisję na żywo z mojego kibla. Z dźwiękiem.

Zwierciadło rozbłysło bielą, a po chwili w jego zupełnie zwyczajnej tafli widziałam tylko swoje odbicie. Z rozszerzonymi źrenicami i nieco bledsza, niżbym chciała, wyglądałam, jakbym właśnie zobaczyła ducha minionych świąt.

Trochę tak było. Nie widziałam Cygańskiego Księcia – którego nazywałam CK – prawie dziesięć lat.

Pierwszy raz spotkaliśmy się w najgorszym momencie mojego życia – tuż po porwaniu i torturach, które zgotował mi ojciec, Ernst Szalony. Tuż po pierwszym przełomie, kiedy zmieniłam się w berserka, krwiożerczą bestię pozbawioną kontroli i stanowiącą genetyczny spadek po tatusiu. Uciekłam ze szkolenia w Trójprzymierzu, nie bacząc na to, że niewiele mi zostało do dyplomu. Uciekałam tak długo, aż zostawiłam za sobą miasto i cywilizację. I znalazłam się na Bezdrożach, zagubiona i bezradna. Błąkałam się po Lesie Zwidów, labiryncie koszmarów, głodna, wyczerpana i bez szans na ratunek. Od samobójstwa powstrzymywało mnie tylko to, że nie byłam pewna, czy zabiję nas oboje, mnie i berserka, którego wtedy jeszcze nie nazywałam Panem B., ale bestią. Bo co, jeśli zabiłabym tylko człowieczą część mnie, a bestia wróciłaby po moich przyjaciół w szkole? Po dziewczynę, którą kochałam?

Wtedy znalazł mnie CK i zabrał do swojego Czarnego Taboru. Wyprowadził z Lasu Zwidów jak Mojżesz Izraelitów. Trafiliśmy do Gaju Wotywnego – najpiękniejszego miejsca, jakie mogłam sobie wtedy wyobrazić. Nie byłam pewna, czy jednak nie umarłam. Tylko jakim cudem, myślałam, i ja, i bestia trafiliśmy do nieba?

Teraz miałam tam wrócić. Szkoda tylko, że jedyna znana mi droga wiodła właśnie przez Las Zwidów. I że musiałam ją pokonać bez pomocy CK.

Wyszłam ze świątyni. Potrzebowałam świeżego powietrza. Poirytowane kasandrytki sapiące za moimi plecami nagle przestały być istotnym zmartwieniem. Miałam nowe.

I sporo do zrobienia w bardzo krótkim czasie.

Rozdział 2

Prosto ze świątyni pojechałam do Robina. Jeszcze wczoraj tłumaczyłam mu, że być może będziemy musieli poczekać. CK żyje w innym wymiarze czasu, Droga i czas nie zawsze biegną równolegle. Nie miałam też pojęcia, jak daleko przebywa i kiedy dotrze do niego wiadomość. Z opowieści taborowych wiedziałam, że Niespokojni potrafią wędrować po całej Europie, zapędzają się nawet za granice Muru Chińskiego. Właściwie nigdy nie bywali w realnym świecie – zatrzymywali się czasami w alternatywnych miastach, wioskach, osiedlach, ale nie przechodzili przez bramy. Sądziłam, że ich magia jest ściśle związana z magicznymi liniami po alternatywnej stronie, więc zapędzanie się do realnego świata mogło być dla nich zwyczajnie niebezpieczne.

Robinowi nie było łatwo. Myślał o wyruszeniu w drogę, odkąd od Matki Przełożonej Zakonu Cieni, zwanej też mamą, wyciągnęłam informację, że jeśli istnieje w ogóle coś takiego jak prawdziwa, niezafałszowana teczka z danymi mojego partnera, to tylko w Archiwum – niedostępnej siedzibie Zakonu Cieni z czasów, kiedy odłączył się od Kościoła katolickiego i rozszerzył działalność na świat alternatywny. Kiedy Zakon się tam osiedlał, do najbliższej bramy było kilkanaście godzin jazdy konno. Niestety wybuchł wulkan, niszcząc doszczętnie miasto i mieszczącą się w nim bramę.

Jedyna droga do Archiwum wiodła więc przez Bezdroża – przestrzeń pomiędzy miastami, terytorium, które ukształtowała surowa magia. Nie każdy mógł się tamtędy przemieszczać. Tylko wybrańcy potrafili nawigować i nie kończyli, goniąc własny ogon aż do skrajnego wyczerpania. Ja do tych wybrańców nie należałam. Kiedy bezmyślnie się tam zapędziłam, prawie zginęłam. Dzikość Sawy w porównaniu z tym, co zaserwował mi Las Zwidów, była dzikością parku angielskiego w porównaniu z amazońską dżunglą. Na sterydach. Gdyby nie znalazł mnie wtedy CK…

Robin to rozumiał, ale został opętany pragnieniem odpowiedzi. I rozumiałam to. Przez większość życia nie znałam prawdy o sobie, o swojej rodzinie, i nic mnie nie uwierało w duszy, nie czułam niepokoju. Aż spotkałam ducha z przeszłości. Właściwie wtedy jeszcze nie był duchem, ale szybko się to zmieniło. Tak, zabiłam Ture, własnego brata. I żeby odkryć prawdę, postawiłam wszystko na jedną kartę, zrobiłam mnóstwo głupich rzeczy i prawie dałam się zabić, więcej niż raz. Czy moje życie się zmieniło, odkąd już wiem? Nie bardzo. A jednak czuję się inaczej. Czuję się spokojniejsza. Pełniejsza. Szczęśliwsza. Bo choć moja teraźniejszość się nie zmieniła, to odzyskując przeszłość, odzyskałam też możliwość kreowania swojej przyszłości. Popieprzone jak ostatni sezon Z Archiwum X.

Nie byłam w stanie sobie wyobrazić, jak to jest nie wiedzieć o sobie nic, co dotyczy faktów starszych niż pół roku. Nie byłam w stanie odczuć grozy setek wypełnionych ciemnością minionych lat. Jak to jest – nie wiedzieć nic o sobie, swojej rodzinie, swojej magii, swojej historii… Znając ułamek tej grozy, postanowiłam zrobić wszystko, by pomóc Robinowi odkryć prawdę.

Tymczasem Robina nosiło. Rozumiał moje argumenty, ale emocje kazały mu działać. Od tygodnia wynajdywałam mu zajęcia, by mniej kusiło go wymknięcie się nocą poza granice miasta, w bezwzględne objęcia Bezdroży. Myślałam nawet, by skłonić go do zamieszkania u mnie do czasu, kiedy ruszymy, by mieć na niego oko. Jednak świadomość, że to mogło potrwać tygodnie czy miesiące, chłodziła te zapędy. Lubiłam go, ale jeszcze bardziej lubiłam mieć swoją przestrzeń tylko dla siebie.

Zaparkowałam przed wyremontowanym niedawno czteropiętrowym budynkiem, jednym z najwyższych w Warsie. Właściciel miał słabość do wind. Czynsz był niski, bo mało kto chciał mieszkać w takim „drapaczu chmur” – panowała opinia, że wyższe budynki są niebezpieczniejsze w czasie czkawek, magicznych burz.

Robinowi się tu podobało, bo mieszkając na najwyższym piętrze, miał do dyspozycji taras na dachu, a do tego nikt nie skakał mu nad głową. Miał też zewnętrzne schody przeciwpożarowe oplatające jedną ze ścian budynku. Nie dzwoniłam domofonem, bo mój partner pewnie i tak by nie usłyszał: nawet tu dobiegały mnie dźwięki muzyki. Składanka świątecznych szlagierów – sąsiedzi musieli go kochać. Dobrze, że mieszkanie poniżej wciąż stało puste.

Wdrapałam się po śliskich schodach na samą górę, na taras, i energicznie zapukałam w szybę. Muzyka przycichła. Robin pojawił się po kilku sekundach, rozpromieniony, w bluzie z kapturem i dresowych spodniach w renifery. Otworzył drzwi tarasowe i wpuścił mnie do środka. Najwyraźniej trawiła go świąteczna gorączka. Możliwe, że próbował czymś zająć głowę. Albo faktycznie dostał hopla na punkcie świętowania. To też mu się zdarzało.

– Byłeś na wyprzedaży? – zapytam.

– Nie, a co?

Naprawdę nie rozumiał. Rozejrzałam się po jego mieszkaniu, które wyglądało, jakby wybuchła w nim paczka z dekoracjami świątecznymi. Nic nadzwyczajnego, o tej porze roku ludziom ciągle wybuchają takie paczki. Tyle że Robin dostał ich chyba kilka, a w każdej znajdowały się fanty powiązane z którymś z głównych wyznań. Sądząc po dekoracjach, był gotowy na świętowanie Chanuki, Saturnaliów, przesilenia zimowego, Bożego Narodzenia, Ta Chiu, święta Ajona i bogowie wszelkich kultów wiedzą czego jeszcze.

Do niedawna mój partner miał puste mieszkanie z nagim materacem i drewnianymi skrzynkami zamiast reszty mebli. Potem namówił mnie na wyprawę do Ikei, bo widział reklamę, w której z anonimowego mieszkania robili dom. A on bardzo pragnął domu. Z zaprzyjaźnionym najemnikiem składaliśmy potem te meble przez kilka godzin. Efekt był naprawdę niezły – Robin miał kanapy zawalone poduszkami, kuchnię z prawdziwego zdarzenia, regał na książki i płyty DVD, stół i krzesła. Ale dopiero teraz mieszkanie wyglądało dokładnie tak, jak powinno. Może dom potrzebuje, by raz na jakiś czas zapanował w nim kolorowy chaos. Może to bałagan nas zakotwicza w przestrzeni, bo mamy wreszcie dość przedmiotów, by bałaganić.

Patrzyłam na Robina w tej zagraconej przestrzeni, trochę zagubionego, ale też zadomowionego, i czułam się dumna, że pomogłam mu się poczuć jak w domu. Choć jeszcze niedawno sama nic nie wiedziałam o zadomowieniu. Może tacy jak my, z syndromem bezdomnego kociaka z rynsztoka, potrzebujemy zakotwiczenia bardziej niż pozostali.

Robin podszedł do dużego stołu, zdolnego pomieścić na kolacji więcej osób, niż oboje do kupy znaliśmy i mielibyśmy ochotę zaprosić, i wrócił do przerwanej czynności. Tak jak przypuszczałam, robił kolosalną dekorację na święto przesilenia. Ozdabiał słomiane koło metrowej średnicy kolorowymi wstążeczkami i jabłuszkami. Podejrzewałam, że zamierza je zawiesić nad stołem. Zamontował już haczyk.

– Nie mogłeś się zdecydować? – zapytałam.

– Nie wiedziałem… nie pamiętam poprzednich świąt, nie wiem, jakiego jestem wyznania… – Zawahał się. – To naprawdę ważne dla ludzi, prawda? Sposób obchodzenia świąt, to, w co wierzą, komu składają ofiary…

Podeszłam do stołu i zaczęłam przywiązywać czerwone wstążeczki do jabłek. Niektóre pomalowano złotą farbą, inne wyglądały jak rajskie jabłuszka, były czerwone i kuszące. Robin czekał na moją odpowiedź. A ja niewiele wiedziałam na ten temat.

– W dzieciństwie nie obchodziłam świąt – zaczęłam. – Irena zupełnie o to nie dbała. Nie mieszkałyśmy w miłych miejscach, nie miałyśmy domków z piernika, choinki, światełek czy prezentów. Dopiero w Trójprzymierzu zrozumiałam, ile mnie ominęło. Tam większość obchodziła przesilenie zimowe. Paliliśmy ognisko na plaży, piliśmy grzańce z cydru, śpiewaliśmy i tańczyliśmy. Było naprawdę super. Ale dla mnie to wciąż nie miało związku z religią. Nie oddawałam czci żadnemu bogu. To wszystko jest poplątane. Nie da się być ateistą, kiedy spotykasz bogów, a oni brużdżą ci w życiu, ale też nie bardzo da się ich czcić, kiedy widzisz, jakimi są dupkami. Wiesz, o co mi chodzi?

Przytaknął.

– Chciałbym wiedzieć, czy miałem w dzieciństwie choinkę, czy ognisko. Czy ktoś wkładał mi prezenty do skarpetki, czy pozwalał zapalić świeczki…

Rozumiałam. Teraz bardziej niż kiedykolwiek. Odkąd pamiętałam szczęśliwe lata z moim bratem bliźniakiem, babcią, Frigg… Nie zadawałam sobie tych pytań, byłam na to zbyt cyniczna. A jednak poznanie odpowiedzi coś we mnie zmieniło. I wiedziałam, że to jest warte podjęcia czekającej nas wyprawy.

– Mam dla ciebie niespodziankę – powiedziałam.

– Prezent? – Uśmiechał się tak szeroko, że pożałowałam, że nic mu nie przyniosłam.

– Lepiej. Ruszamy. Cygański Książę przejął świątynię Kasandry tylko po to, by dać nam znać, że za dwa dni będzie czekać na nas w Gaju Wotywnym.

Rzadko widzi się człowieka, który na wieść, że niebawem wyruszy na niebezpieczną wyprawę, podskakuje rytmicznie w dresach w renifery. Lecz to właśnie był Robin.

– Pakuj się, ja idę do Aleksa. Zobaczymy, czy znalazł, czego potrzebujemy. A, i te spodnie – skinęłam na reniferowe odzienie – możesz zostawić w domu. Szkoda, by się zniszczyły w podróży.

– Są mięciutkie i ciepłe. Po prostu mi zazdrościsz – powiedział, a ja wiedziałam, że je spakuje. Wciśnie w sakwę gdzieś między zapas bełtów i kamizelkę kuloodporną.

Ja postanowiłam wziąć zwykłe czarne ciuchy i dbać o reputację za nas oboje. Możliwe, że mina, jaką na widok dresów Robina zrobi Cygański Książę, wielbiciel gotyckiego lansu, będzie warta ryzyka.

Już wychodziłam, gdy usłyszałam, jak woła:

– Hej! Pomóż mi z tym! – Pokazywał palcem wieniec i haczyk nad stołem.

– Przecież nie zostaniesz tu na święta.

– Ale tu wrócę. I może wtedy będą miały dla mnie prawdziwe znaczenie.

Jego nadzieja była jak niezmordowany trzylatek, który zjadł kilogram żelków i popił colą, a teraz biega nakręcony cukrem i kofeiną. Nauczyłam się lubić to w nim. A może liczne godziny spędzone z nim w samochodzie na norweskich drogach sprawiły, że włączył mi się syndrom sztokholmski.

Tak więc po prostu weszłam na stół, delikatne odsuwając ozdoby, by nie zgnieść ich motocyklowymi trzewikami. Robin przytrzymywał wieniec na odpowiedniej wysokości, a ja pociągnęłam za sznurek i przywiązałam go do haczyka. Zeskoczyłam na ziemię.

Przez chwilę patrzyliśmy na dekorację. Wstążeczki i jabłuszka kołysały się jakieś półtora metra nad blatem. Troszkę za nisko. Ale i tak Robin zwykle jadł na kanapie, przed telewizorem.

– Ładnie – powiedział z przekonaniem.

– No ładnie – przyznałam.

Może przed wyjazdem powinnam usunąć z ganku moją dekorację z dyń? Albo nie. W końcu za jedenaście miesięcy znów będzie Halloween. Śledzenie sezonowych trendów zostawię mojej Marcie Stewart z kołczanem. Ale jeśli zacznie prowadzić talk-show ze Snoop Doggiem, przestanę się z nim zadawać.

Rozdział 3

Aleks dla odmiany miał święta w głębokim poważaniu. Jego dom jako jedyny w okolicy nie był ozdobiony choćby jedną lampką. Mój przyjaciel grzebał w rozebranym na części silniku motocykla i mamrotał przekleństwa.

– Ho, ho, ho! – zawołałam.

– Pierdol się.

Przysunęłam sobie stołek do jego stołu roboczego.

– Co tam? Wstałeś lewą nogą czy cię giez użarł?

– Ulało mi się. Twoją głupotą – warknął i rzucił we mnie ścierką uwalaną smarem. – Wiele idiotyzmów w życiu popełniłaś. Że wspomnę tylko o wyprawach do Sawy, wstąpieniu do Zakonu czy rzuceniu się z fiordu. Ale Bezdroża? Wycieczka na Rubieże? Życie ci się znudziło?

– Nieszczególnie.

– Nie zdołasz tego przeżyć. Nawet ty. Nigdy cię już nie zobaczę – odchrząknął – idiotko skończona.

Nie patrzył mi w oczy. Pociągał nosem. Napad sentymentów w pełni.

– Aleks, tak łatwo się mnie nie pozbędziesz – powiedziałam. – Mam przewodnika.

– Kogo? Twojego parchatego partnera?

– Cygańskiego Księcia, kochanka Drogi, Niespokojnego, jak zwał, tak zwał. Doprowadzi mnie na miejsce, a potem wrócę cała i zdrowa.

To zrobiło na nim pewne wrażenie.

– Mówisz poważnie? Cygański Książę się zgodził?

Opowiedziałam mu, co odstawił CK u kasandrytek.

– Więc jak tam? Załatwiłeś nam transport?

Bałam się, że celowo to odwlekał, licząc, że dopóki nie mam kampera, dopóty nie ruszę się z Warsu.

– Tak – mruknął. – I wiem, gdzie możesz znaleźć kierowcę.

Nadstawiłam uszu. Nie chciałam prowadzić, bo nawet jako gość taboru nie byłam odporna na złośliwą magię Bezdroży i Drogi. Nie chciałam też we wszystkim zawierzać Cygańskiemu Księciu. Nasze interesy niekoniecznie musiały się zawsze pokrywać, a ja ceniłam sobie niezależność – jeśli moje plany uległyby zmianie, chciałam mieć możliwość szybkiego powrotu do domu.

– Znalazłeś jakiegoś nomadę, Niespokojnego albo Rubieżnika? – zapytałam z nadzieją.

– Dowiedziałem się, gdzie możesz sobie jednego upolować. Idź do domu, zjedz coś. Wróć za godzinę.

– Gdzie się wybieramy? – zapytałam.

– Na bulwary.

– Zawsze zabierasz mnie w ładne miejsca – powiedziałam z uśmiechem.

– Weź broń – dodał.

Przez myśl by mi nie przeszło, żeby pójść z pustymi rękami. Miejsce, do którego się wybieraliśmy, było nawiedzone i leżało bezpośrednio nad Wisłą, w której grasowały utopce i mordercze selkie, a ponadto – jak się właśnie okazało – roiło się tam od Rubieżników.

*

Obywatele Warsu lubią myśleć, że między ich dzielnicą a dziką Sawą jest nie tylko kolosalna różnica, ale też solidna granica. A wystarczy spacer na bulwary, by poczuć oddech Sawy. Wisła miała być neutralną barierą, ale bez dwóch zdań grała w dzikiej drużynie.

W atramentowoczarnych odmętach żyły fauna i flora zdolne cię zabić, stworzenia zębate, łuskowate, śliskie, ale też, jak syreny, śliczne i kuszące. Atmosfera na brzegu zawsze wydawała się gęsta i niepokojąca.

A jednak ludzie spędzali tu czas. Przedwojenny plac zabaw, nocami nawiedzony, za dnia odwiedzały rodziny z dzieciakami i zakochane pary. Co rozsądniejsi wiedzieli jednak, że po zmroku lepiej się trzymać z dala od rzeki. Sąsiadujące z bulwarami domy były opustoszałe albo zmienione w fortece, z metalowymi okiennicami, sztabami blokującymi drzwi, wciąganymi na noc metalowymi schodkami oraz zamurowanymi oknami i drzwiami na parterze.

I byli też ci nierozsądni. Tacy otwierali tawernę Pod Pijanym Utopcem tuż przy wejściu na most. Parking przy knajpie od nawiedzonego placu zabaw dzielił metalowy, ledwie metrowy płotek. Raczej symboliczna granica – skoro ja mogłam go przekroczyć, wszystko mogło. Może o to chodziło.

Cóż, ludzi uzależnionych od adrenaliny nie brakuje. Ja miałam jej dość na co dzień, poza tym Panu B. służyła ona dużo bardziej niż mnie, i ani mi było w głowie poszukiwanie wrażeń. Ale ci, którzy wybrali tę lokalizację na biznes, musieli być adrenalinowymi ćpunami lub po prostu idiotami. I nie przeliczyli się, wychodząc z założenia, że takich jak oni jest więcej – parking zastawiony samochodami i motocyklami, a knajpa pękała w szwach.

Aleks wjechał pierwszy, wózek ledwie zmieścił się w futrynie, co go wyraźnie wkurzyło. Ja czułam się jak Alicja, która przechodzi przez lustro na drugą stronę. Spojrzenia zebranych zatrzymały się na nas na ciężką i znaczącą sekundę, po czym wszyscy wokół zaczęli nas ignorować. Komunikat był jasny: nie byliśmy na tyle ważni czy silni, by musiano się z nami liczyć.

Potrzebowałam chwili, by wzrok przywykł do mroku. Na zewnątrz wciąż było jasno, do zachodu słońca brakowało godziny, może półtorej. W tawernie było ciemnawo – solidne metalowe okiennice miały wywiercone dwa rzędy małych dziurek na wysokości wzroku, ale niewiele dziennego światła mogło się przez nie przedostać. Lokal wyposażono w stalowe wzmocnienia na drzwiach, żelazną obejmę fundamentów, okiennice – w razie potrzeby błyskawicznie dało się zmienić go w okopy. Jedynym dodatkowym źródłem światła były stare lampy górnicze, na naftę czy olej, wiszące na belce nad barem. Bar stanowił centralny i najjaśniejszy punkt pomieszczenia. Blat z polerowanej stali odbijał światło lamp, kije do piwa połyskiwały miedzią i mosiądzem, półki zastawione butelkami błyszczały jak klejnociki, dodatkowo podświetlone od dołu niewielkimi punktowymi reflektorami.

W lokalu stało kilkanaście stolików, każdy z innej parafii. Na tę malowniczą kompozycję niepasujących do siebie mebli rodem z niemieckiej wystawki składały się stoły okrągłe i prostokątne; na lwich łapach i industrialnych nogach z rurek; ciężkie drewniane ławy i blaty ze szczotkowanej stali. Siedzący przy nich klienci też byli dobrani z tego klucza – przypadkowa zbieranina łobuzów, wędrowców, włóczęgów, twardzieli, wysuszonych na wiór Rubieżników i huncwotów szukających zwady. Takich zawsze spotyka się w tego rodzaju miejscach, jakby właściciel lokalu dostawał ich pęczek do licencji na alkohol.

Podeszłam do baru, położyłam na ladzie dwie dwudziestki i zamówiłam dwa piwa. Barman beznamiętnie schował banknoty do kasy, słusznie uznawszy, że druga dwudziestka to zadatek na poczet współpracy. Bez pytania nalał mi ciemnego piwa. Może wyglądam na amatorkę portera.

Aleks jechał za mną, wykonując potężne zamachy. Nie przypadkiem, choć było chłodno, nie włożył kurtki – jego mięśnie, wyrobione pracą i przemieszczaniem się na wózku przez ostatnich dziesięć lat, robiły wrażenie. Wyjaśnił mi po drodze, że w takich miejscach jego kalectwo czasami budziło agresję. Był bowiem dla otoczenia żywym dowodem na to, że czasami rzeczy idą zupełnie nie tak, jak sobie człowiek zaplanuje. Dziesięć lat temu on i Niedźwiedzie przesiadywali w podobnych knajpach. Jego credo brzmiało: „Baw się dobrze lub umieraj, bawiąc się dobrze”. Wersji z „Zostań kaleką na resztę życia” nie miał w pakiecie.

Proponowałam, że przyjdę tu sama. Nawet nie raczył skomentować. Teraz rzucał klientom gniewne spojrzenia, jakbym tu przyszła wybrać chłopaka na studniówkę, a mojemu ojczulkowi nie przypadli do gustu kandydaci.

Usiadłam na wysokim stołku i upiłam łyk piwa. Było zimne, gorzkie i niezbyt świeże. Barman stanął na drugim końcu kontuaru i uznał, że to świetny moment na umycie kilku szklanek. Miałam złe przeczucia.

– Zanim komuś przyjdzie do głowy coś głupiego: jestem tu z ofertą zatrudnienia i dobrą stawką, więc może darujmy sobie porywcze decyzje? – powiedziałam, patrząc na kolesia, który w charakterystyczny sposób złapał szyjkę butelki. Wgapiał się w Aleksa jak byk w czerwoną płachtę. Wzięłam z misy fistaszka, starając się nie pamiętać o artykule, który czytałam. W barowych miseczkach z fistaszkami jest ponoć więcej bakterii kałowych niż na klamkach w toalecie i deskach sedesowych. Nie zamierzałam jednak jeść tego orzeszka. Rzuciłam nim w gościa, który właśnie podnosił się z krzesła i był sekundę od rozbicia butelki w tulipanka. Fartem trafiłam w czoło.

– Hej, mózgowcu, jeszcze nikogo dziś nie zabiłam, ale możesz być pierwszy, jeśli nie przestaniesz choćby myśleć o tym, o czym właśnie myślisz – powiedziałam.

– Za strzelanie dostaniesz zakaz wstępu – ostrzegł barman.

Skończył zmywanie i podszedł bliżej. Był po czterdziestce, masywny, tęgawy w pasie, łysiejący. W czarnym T-shircie z komiksową grafiką i skórzanej kamizelce wyglądał jak daleki kuzyn Niedźwiedzi.

Wzruszyłam ramionami. Jakbym potrzebowała kul i pistoletu, żeby tu zrobić małe zamieszanie.

– Szukam kierowcy, który poradzi sobie na Bezdrożach i Rubieżach. Człowieka lub nie, kogoś odpornego na śpiew Drogi. Kogoś, kto może w takich warunkach spędzić kilka tygodni i nie zwariuje – powiedziałam niby do barmana, ale wystarczająco głośno, by słyszeli mnie pozostali.

– Gdzie jedziesz? – zapytał bez śladu zainteresowania. On też rozumiał swoją rolę.

– Daleko. Cała trasa po tej stronie.

– Nie łatwiej wsiąść w samolot, a potem odszukać bramę i przejść do alternatywnego miasta?

– Nie wszędzie to jest możliwe, prawda?

Pozwoliłam, by ta informacja zawisła w powietrzu. Potrzebowałam kogoś, kogo nie wystraszy perspektywa zapędzenia się daleko w pustkę.

– Ładne samobójstwo. Gdy miną dwa tygodnie, wypijemy za twoją łagodną śmierć – powiedział barman i zajął się wycieraniem czystego kontuaru. Widać więcej informacji nie potrzebował.

Czekałam. Miałam przeczucie, że to nie potrwa długo. I rzeczywiście – minutę i cztery łyki niesmacznego piwa później odezwał się chudzielec nonszalancko rozparty na kapitańskim krześle.

– Wiesz, że dzwonią, ale nie wiesz, w którym kościele. Kierowca to dopiero początek twoich zmartwień, panienko. Potrzebujesz przewodnika. A to zupełnie inne stawki. I inna umowa.

Popatrzyłam na niego uważnie. Nie umiałam ocenić jego wieku, mógł mieć trzydzieści lat, mógł mieć równie dobrze pięćdziesiąt. Jego smagła cera, ciemne oczy drapieżnika, czarne włosy związane w kucyk, gęsty zarost oraz zakurzony skórzany płaszcz podpowiadały mi, że może być tym, kogo szukam. Szklanka z bursztynowym trunkiem stała przed nim nieruszona, za to popielniczka była pełna niedopałków.

– Będziemy gośćmi taboru Cygańskiego Księcia, więc nie potrzebuję przewodnika, kierowca w zupełności wystarczy. Mam kampera. Płacę dobrze, połowa z góry. Dorzucam pełne wyżywienie. I polisę dla rodziny, jeśli taka wola.

– Pierdolenie – mruknął i zapalił kolejnego papierosa. Wyglądało na to, że stracił zainteresowanie. Albo nie chciał okazać, jak bardzo jest zainteresowany.

Dopiłam piwo i zsunęłam się z krzesła. Oferta padła, to, co z nią zrobią, zależało od nich. Wyjęłam z kieszeni wizytówkę z numerem telefonu i powiedziałam:

– Propozycja ważna do rana. Najwyżej ktoś z taboru zarobi ekstra kasę.

Gdy opuszczaliśmy lokal, Aleks jechał przede mną. Nikt się nie odezwał, nikt nie zawołał, żebym poczekała. Może potrzebowali więcej czasu. Liczyłam na to, że niewiele więcej.

Przeszłam przez parking i ominąwszy płotek, przysiadłam na huśtawce. Z tego miejsca miałam idealny widok na drzwi tawerny.

– Dobrze poszło – skomentował mój towarzysz. – Nikt nie strzelał, nikt nie próbował wytrzeć nami podłogi.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Aleks mógł spędzić w takich miejscach znaczną część życia, ale odkąd przerzucił się na uczciwe życie, minęło sporo czasu.

– Chudzielec w płaszczu – powiedział.

Skinęłam głową. Obstawiałam tak samo. Kiedy wychodziliśmy, czułam na plecach jego spojrzenie. Zapewne teraz podchodzi do barmana po wizytówkę lub jeśli nie chce zwracać uwagi innych, wyjdzie za kilka, może kilkanaście minut, licząc, że nas znajdzie albo dogoni. Może się myliłam, ale wyglądał jak Niespokojni. A zatem był oczko wyżej niż zwykli mieszkańcy Bezdroży czy Rubieży. Magia Niespokojnych karmiła się kilometrami Drogi i nigdy nie mogli zostawać dłużej w jednym miejscu. Tego już nosiło, sądząc po pełnej popielniczce. Jeśli miałam rację co do jego zainteresowania i pochodzenia, nie mogłabym trafić lepiej. Dzięki znajomości z Cygańskim Księciem co nieco o nich wiedziałam. Niespokojni byli skryci i trzymali się na dystans, rzadko nawiązywali relacje z zakorzenionymi – jak nazywali tych, których Droga nie wzywała. Wypowiadali to słowo z lekkim niesmakiem. Spędziłam z nimi prawie miesiąc. Nie nazwali mnie zakorzenioną. Nie mówiłam im wiele o sobie, ale wyczuli, że nie zapuściłam korzeni i nigdzie nie zagrzałam miejsca.

Po dwudziestu minutach zaczęłam w siebie wątpić. Może oceniłam książkę po okładce? Może po prostu był śniadym facetem, który podpierdolił Niespokojnemu płaszcz i wkrótce umrze na raka płuc?

Właśnie wtedy wyszedł. Stanął za progiem, zapalił papierosa, zaciągnął się, wypuścił dym. Obserwował go kilka sekund, po czym szybkim, zdecydowanym krokiem ruszył w naszą stronę. Jakby wiatr właśnie mu powiedział, gdzie ma iść. Widziałam już coś takiego.

Przeszedł nad ogrodzeniem, przytrzymując poły płaszcza. Stanął przede mną, splatając ręce na piersi.

– To prawda z tym Cygańskim Księciem? – zapytał.

Wzruszyłam ramionami.

– Pytasz, czy istnieje, czy będzie przewodnikiem, czy go poznasz?

Skinął głową.

– Trzy razy tak.

W swoim czasie dowiedziałam się, jaką reputację ma Cygański Książę wśród Niespokojnych. Fatalną. Przynajmniej u taborowców. Ale dla luzaków i nomadów, takich jak najprawdopodobniej ten tutaj, był postacią mityczną, niczym Lord Byron dla wszystkich tych uduchowionych chłopców w aksamitnych kamizelkach.

– Pojadę z tobą – powiedział po prostu.

– Nie zapytałeś o stawkę – zauważyłam.

Tym razem to on wzruszył ramionami.

– Zanim ruszymy… chcę kontraktu taborowego – powiedziałam.

Jeśliby się zgodził, miałabym absolutną pewność, że wywiąże się z zadania w granicach swoich możliwości i prędzej zginie, niż mnie zdradzi. Podpisując ze mną kontrakt, przyznałby mi te same prawa, które gwarantowałaby Niespokojnemu umowa z innym Niespokojnym. Tylko wtedy byłby wobec mnie lojalny. Obcych, zwłaszcza zakorzenionych, mógł okłamywać, okradać, zabijać. Po podpisaniu kontraktu każda z tych rzeczy wykluczyłaby go ze wspólnoty, do końca swych dni pozostałby nieczysty i pozbawiony szans na odpokutowanie. Brutalne to prawo, ale skuteczne.

Wahał się dłuższą chwilę. Słusznie. To poważna decyzja.

– W obie strony? – zapytał.

Przytaknęłam.

– Zgoda. Ale nie wiem, czy dam radę odwieźć cię tutaj, do Warsu. Nie wiem, czy zechcę wracać – powiedział niechętnie.

Rozumiałam to.

– Wystarczy, że po wszystkim podrzucisz nas do dowolnego miasta z aktywną bramą na terenie Europy. Wrócę po realnej stronie, sama.

Wyciągnęłam z kieszeni kilka kartek złożonych na cztery i długopis. Formułę kontraktu spisałam w domu. Trochę zajęło mi odgrzebanie książki, którą kiedyś dał mi Cygański Książę. Dotyczyła zakazów obowiązujących jego ludzi. Niespokojni nie kierowali się prawami, lecz właśnie zakazami. Nieprzestrzeganie ich ściągało na nich tykne mageripena lub bare mageripena – małe lub wielkie skalania. Skopiowałam z książki punkty kontraktu. Pamiętałam, by uwzględnić Robina jako członka mojego taboru.

– Jak się nazywasz? – zapytałam, by wypełnić lukę w tekście imieniem.

– Peregryniusz – odparł. – Możesz mi mówić Percy.

– Nikita. Możesz mi mówić Nikita – odpowiedziałam z uśmiechem. Tylko Niespokojni daliby tak dziecku na imię.

Wpisałam je do obu kopii. Zostało już tylko dodanie krwawych odcisków.

– Skąd wiedziałaś, że spotkasz Pod Utopcem jednego z nas? – spytał.

– Nie wiedziałam. Gdyby zamiast ciebie stał tu Rubieżnik, też podpisałabym z nim kontrakt. Wprawdzie nie gwarantowałby mi niczego i musiałabym mieć oczy dookoła głowy, ale łatwiej wyjaśnić władzom, skąd się wziął trup, jeśli masz kontrakt i dowód, że ów kontrakt został złamany.

– Jesteś praktyczna jak na samobójczynię.

– Testament spisałam już dawno temu – odparłam spokojnie.

Nakłułam opuszkę lewego kciuka i odbiłam dwa odciski, jak pieczątki. Percy wyjął nóż i zrobił to samo.

– Niech nam Droga będzie łaskawa – rzekł.

– Niech nam Droga będzie milsza niż własna matka – odpowiedziałam.

Tu Irena wieszała poprzeczkę naprawdę nisko, więc nie miałam pewności, czy takie błogosławieństwo wystarczy, ale co tam. Przekonamy się.

Wyciągnęłam rękę. Uścisnął ją. Jego dłoń była mocna i sucha. Pomyślałam, że dobrze trafiłam. Aleks wyglądał jak dumny ojciec. Jego dziewczynka właśnie załatwiła sobie partnera na bal.

Rozdział 4

Spakowałam się już kilka dni temu. Zaklinanie rzeczywistości. Skoro ja byłam gotowa, przygoda nie powinna się ociągać. Zaopatrzyłam się we wkupne do taboru – kilogramy żywności, która nie wymagała lodówki, kilkadziesiąt paczek baterii w różnych rozmiarach, podstawowe leki i opatrunki, kawę i dobrą herbatę. Podstawowe rzeczy, których żyjąc w mieście, nie doceniamy. Tymczasem wystarczy, że do cywilizacji masz trzy dni drogi, a aspiryna czy posiłek, który nie smakuje jak zmielone korzonki, stają się czymś na wagę złota. Pakunków miałam tyle, że mogłam zbudować z nich fort.

Niewiele spałam. Podniecenie i lekkie przerażenie tym, co mnie czekało, odganiały sen skuteczniej niż litry kofeiny. O świcie zadzwonił Aleks – kamper był już w Warsie, za pół godziny miał stanąć pod moim domem. Pojawił się nawet szybciej. To, co zobaczyłam, przerosło moje oczekiwania.

Przyznaję, zależało mi na komforcie. Pewnie dlatego, że kiedy poprzednio podróżowałam z taborem, CK umieścił mnie w przyczepie dziewcząt. Byłam świeżo po pierwszym przełomie, z obudzonym berserkiem pod skórą, przekonana, że jestem najgorszym potworem, jaki stąpał po tej ziemi (no, prawie najgorszym – pierwsze miejsce zajął mój ojciec), i oto zostałam zmuszona, by spędzić kilka tygodni w ciasnej przestrzeni z sześcioma kobietami między szesnastym a dwudziestym szóstym rokiem życia. Było sporo dramy, mnóstwo śmiechu i zero przestrzeni osobistej. Ostatecznie doceniłam swoistą wartość terapeutyczną doświadczenia – skoro nikogo nie zabiłam, to jednak całkiem nieźle się kontrolowałam – ale nie zamierzałam tego powtarzać.

Kamper okazał się nowoczesny, czysty, wygodny i dość przestronny. W zewnętrznych lukach bagażowych upakowałam paczki dla taboru i swoje rzeczy, a w szufladach w środku schowałam broń. W szafkach nad małą kuchenką gazową i zlewem umieściłam produkty spożywcze. Samochód został wyposażony w generator, więc korzystanie z lodówki czy włączenie ogrzewania nie stanowiły problemu. Na tyłach mieściło się piętrowe łóżko, obok mała kabina łazienkowa, z toaletą, prysznicem, niewielką umywalką i lustrem. Miejsca akurat tyle, by się obrócić bez obijania się o ściany. Na wprost wejścia umieszczono stolik z dwoma wygodnymi siedziskami, które po złożeniu zmieniały się w dwuosobowe łóżko. Nam nie było ono jednak potrzebne – ja i Robin planowaliśmy zająć prycze z tyłu, natomiast Percy mógł spać nad kabiną kierowcy, na niskim, lecz szerokim legowisku. Liczne pawlacze, ukryte w każdej wolnej przestrzeni szufladki oraz zabezpieczenia półek i skrzyń gwarantowały, że w czasie jazdy bety nie będą się turlać nad głowami. Zajrzałam do kabiny kierowcy, oddzielonej od przestrzeni mieszkalnej grubą zasłoną. Zobaczyłam tam dwa wygodne fotele i mnóstwo miejsca.

Jasne, kamperowi trochę brakowało do tych wypasionych autokarów, którymi gwiazdy rocka jeżdżą w trasy, ale tamte maszyny były paliwożerne. Ta nasza też paliła dużo więcej niż samochód osobowy, dlatego Aleks wyszukał wóz z trzykrotnie powiększonym bakiem – pojedyncze tankowanie do pełna pochłaniało pensję minimalną – i jeszcze domontował kanistry z zapasem w lukach bagażowych od strony kierowcy. Na Bezdrożach nie stawiali stacji benzynowych co pięć kilometrów. Zwykle dało się kupić paliwo w większych osadach ludzkich, mieli tam też odpowiedniki amerykańskich stacji benzynowych na pustkowiu, ale to już ruletka. Byłam gotowa przejechać kilkaset kilometrów na zapasie i uzupełniać go przy pierwszej okazji, tak by nie skończyć w jakimś szalonym miejscu z suchym bakiem. Kolejny raz poczułam ulgę na myśl, że kierowca jest Niespokojnym – oni zawsze wiedzieli, gdzie jest najbliższa stacja, tylko nieliczni wciąż używali wozów konnych. Teoretycznie przy CK nie powinnam się przejmować takimi detalami, ale przezorny zawsze ubezpieczony.

Robin pojawił się przed dziewiątą, z niewielkim workiem marynarskim na ramieniu i sporą torbą z bronią. Uśmiechnęłam się. Może dlatego się dogadywaliśmy. Może dlatego podróże samolotem, z bramkami, RTG bagażu i wykrywaczami metalu, były dla nas kłopotliwe.

Wszedł do środka i rozejrzał się jak sześciolatek w sklepie firmowym Lego, po czym rzucił swój worek i kurtkę na górną pryczę. Bez konsultacji zostawił mi tę, którą chciałam. Takie małe rzeczy ułatwiały niezabicie go w chwilach, kiedy stawał się męczący.

– A więc robimy to – powiedział, siadając przy stoliku naprzeciwko mnie.

– Może po prostu będziemy mieć nietypowy urlop. W sumie zawsze chciałam kiedyś wyjechać w celach krajoznawczych, bez świadomości, że na końcu tej drogi muszę kogoś zabić.

– Nie mów hop. Nie wiadomo, co nas czeka na końcu tej drogi – powiedział posępnie.

– Nie wiedzieliśmy też, co na mnie czeka na końcu wyprawy do Norwegii, a jakoś nas to nie powstrzymało. Będę przy tobie, tak jak ty byłeś przy mnie – zapewniłam.

Nie odpowiedział. Coś go gryzło i nie był gotowy, by o tym mówić.

– Myślisz, że on się zjawi? Kierowca? – zapytał po chwili.

– Tak, spokojnie. Podpisał kontrakt. Nie zaryzykuje niełaski Drogi, jeśli mu życie miłe.

– Dzięki za zaufanie – usłyszałam sarkastyczny głos. Percy oparł się o drzwi. Byłam przekonana, że ma tę umiejętność typową dla Niespokojnych – potrafi znikać, wtapiać się w tło. Widzisz go, tylko gdy chce być zauważony.

– Na razie ufam Drodze i Niespokojnym. Tobie daję nieco zaufania na kredyt. Na pełny pakiet trzeba sobie zasłużyć.

– Czy skoro już podpisałem kontrakt, możesz mi powiedzieć, dokąd jedziemy? – zapytał.

– Na razie mogę ci powiedzieć, że po realnej stronie dostaniemy się do Trójmiasta. A stamtąd Bezdrożami udamy się do Gaju Wotywnego.

– Tego za Lasem Zwidów? – zapytał spokojnie.

Przytaknęłam.

– Wiesz, co cię tam czeka?

Znów skinęłam głową.

– Dasz sobie z tym radę? – upewniłam się.

– Już tam byłem.

Uczciwe postawienie sprawy. Zapewnienie, że tak, na pewno, byłoby niepotrzebnym chojractwem. To, że wtedy sobie poradził, mogło oznaczać fart, Las mógł być wówczas w słabszej formie. Poza tym dziś Percy mógł być innym człowiekiem.

Las Zwidów pod pewnymi względami przypominał most łączący Wars i Sawę: miejsce pomiędzy wypełnione koszmarami. Różnica polegała na tym, że most to może trzysta metrów betonu, prosta droga, natomiast Las Zwidów przypominał Stumilowy Las z Kubusia Puchatka – robił wszystko, by się w nim zgubić i namieszać ci w głowie. Na moście czekały na ciebie rzeczy, których boisz się najbardziej, a w wodzie poniżej – wygłodniałe utopce i selkie. Z kolei w Lesie mogło cię spotkać absolutnie wszystko. Nie bałam się potworów. Byłam uzbrojona i spokojna, że mam umiejętności wystarczające do zabicia większości paskudztw, które mogą stanąć mi na drodze. Obawiałam się natomiast, co Las może zrobić z moją głową. Na jej stabilność nie postawiłabym złotówki. Może kiedyś, ale nie przez ostatnie lata, podczas których namieszali w niej Ernst, Pan B., Ture, a ostatnio pół Asgardu i moja matka. Dlatego nie nastawiałam się na walkę. Nastawiałam się na wzmocnienie osłon i izolację. Jako pasażer mogłam to zrobić. Jako kierowca – nie.

Przedstawiłam sobie Peregryniusza i Robina.

– Percy wystarczy – powiedział z rozdrażnieniem Niespokojny.

– Robin ma prawo znać twoje pełne imię. Podpisując kontrakt ze mną, podpisujesz i z nim, bo tkwimy w tym razem.

Wzruszył ramionami z irytacją. Ale ja wiedziałam swoje. Jednym z powodów, dla których Niespokojni zwykle nie używają imion, a przydomków, skrótów, przezwisk, był fakt, że aby rzucić na kogoś klątwę, trzeba znać jego dokładne imię.

– Ruszamy czy czekasz na kogoś jeszcze? – zapytał.

Nie czekałam. Mój dom był już zabezpieczony i pozamykany. Wczoraj pożegnałam się z Aleksem, Karma i Zelda z grubsza wiedziały, dokąd jadę. Matki nie informowałam. Nie widziałam się z nią, od kiedy wygarnęłam jej wszystkie draństwa. Irena wielokrotnie próbowała mnie zabić i ukraść moją magię, okłamywała mnie, wystawiła mojemu ojcu, choć wiedziała, co mi zrobi, zablokowała mi pamięć i okaleczyła magię, uniemożliwiając rodzinie odnalezienie mnie. A wreszcie doprowadziła do tego, że zabiłam własnego brata bliźniaka, o którym zapomniała mi wspomnieć. Myślę, że nieprędko będę mogła z nią rozmawiać bez dojmującej potrzeby złapania za dziurkacz i rzucenia jej nim w twarz.

Dzieci sąsiadów, stuknięte rysie, podskakiwały na trawniku jak kauczukowe piłeczki, machając nam, gdy odjeżdżaliśmy. Robin również machał im entuzjastycznie. Percy zatrąbił. Nie wiem, czy chciał je ostrzec, by nie wbiegły mu pod koła, gdy zawracał, czy był w przyjacielskim nastroju.

Wkrótce miałam się przekonać.

*

Trzy godziny później wiedziałam już, że są na świecie ludzie, których Robin nie jest w stanie błyskawicznie urobić. Do tej pory jedyną osobą, która opierała się urokowi mojego partnera, był Lars Amundsen, ale on był zmiennokształtnym i sam przyznawał, że to nie tyle on nie lubi Robina, ile jego wilk.

Percy okazał się twardy. Na zaczepki, zagadywanie i bezpośrednie pytania odpowiadał chrząknięciami i wzruszeniem ramion albo zupełnie nie dawał po sobie poznać, że cokolwiek do niego dotarło. Wówczas Robin reagował jak szczeniaczek, który gdy jest ignorowany, jeszcze intensywniej macha ogonkiem. Kiedy przesiadł się do kabiny, by zasypać Percy’ego pytaniami (Skąd jesteś? Czy masz rodzinę? Od dawna podróżujesz sam? Wolisz koty czy psy?), ten tylko pogłośnił radio. Pod stopami czułam wibracje basów.

– Robin! – zawołałam. Wyjrzał zza zasłonki z niewinną minką. – Nie dręcz kierowcy, jest nam potrzebny.

– Ale…

– Robin. Syndrom sztokholmski potrzebuje czasu, by się rozwinąć, nie naciskaj.

Niechętnie wrócił do części mieszkalnej. W podziękowaniu Percy przyciszył. Może właśnie w celu ograniczenia komunikacji zabrał ze sobą kilka płyt z folkową muzyką. Nic tak nie zniechęca do bratania się jak głośne nuty tamburynu, skrzypiec i fletów. I najpewniej akordeonu.

Wyciągnęłam z torby książkę od CK i podałam ją Robinowi.

– Tu są wyszczególnione podstawowe zakazy i obyczaje, sporo historii i folkloru Niespokojnych. Przyda ci się ta wiedza, kiedy dołączymy do taboru.

Zabrał się do czytania i w samochodzie zrobiło się cicho. Sama wyciągnęłam thriller Lee Childa, niestety nie byłam w stanie się skupić. Nieustannie myślałam o Kosmie.

Rozmawialiśmy wieczorem. Dałam mu znać, że będę w okolicy, a on nalegał na spotkanie. Brzmiał dziwnie. Owszem, mój przyrodni brat zawsze był specyficzny – miał nerwicę natręctw, często zamykał się w sobie, nie przepadał za ludźmi. Częściowo wynikało to z tego, że przez ostatnie pięćset lat żył z ciężarem genów naszego ojca i wiedział, że jeśli zatriumfują, dojdzie do przełomu i stanie się berserkiem. Rozumiałam, że potrzeba kontroli i wykluczenia z życia wszystkich niepodlegających jej elementów wynikała właśnie z tego strachu. Żył jak mnich, w podziemiach biblioteki, ograniczając wszelkie podniety. Nawet tak proste jak posiłki – uparcie trzymał się jadłospisu, jakby zjedzenie w poniedziałek pomidorowej przewidzianej na wtorek groziło przełomem.

Do mojego przełomu doszło po porwaniu, pobiciu, torturowaniu, groźbach gwałtu i ucieczce w czasie krwawej rzeźni zgotowanej przez mojego ojca ludziom, którzy przyszli mnie uratować. Poza tym przemiana nie nastąpiła od razu. To zwyczajnie nie jest takie proste. Gdyby było, wystarczyłoby mi dzieciństwo u boku Ireny, by geny berserka ujawniły się u mnie już w wieku przedszkolnym.

Jedynym czynnikiem, który wprowadzał do życia Kosmy odrobinę rozrywki i nieprzewidywalności, byłam ja. Winiłam się zresztą z tego powodu. A jednak kiedy rozmawialiśmy wczoraj… wydawał się niespokojny, wręcz podekscytowany, skakał z tematu na temat. Nawet gdyby nie nalegał na moją wizytę, zajrzałabym do niego, by się upewnić, że nie przeżywa właśnie załamania nerwowego. Miał tak sporadyczny kontakt z ludźmi, że pewnie nikt inny by nie zauważył, że potrzebuje pomocy.

Za Toruniem zadzwoniłam, by dać mu znać, że będziemy za jakieś dwie godziny – znacznie wcześniej, niż się zapowiadałam.

– Fantastycznie, tak, koniecznie przyjedź, już jestem gotowy, mam, co trzeba – trajkotał.

– Kosma, wszystko w porządku? – zapytałam.

– Oczywiście. Już wszystko rozgryzłem, będzie dobrze, słyszysz? Nie musisz się o nic martwić. Zająłem się tym.

– Ale żadnych łańcuchów na powitanie? – upewniłam się.

– To już nigdy nie będzie potrzebne. Zaufaj mi – powiedział tonem szalonego proroka, a ja zaniepokoiłam się jeszcze bardziej.

Ostatnim razem, kiedy zachowywał się w sposób nietypowy dla siebie, nie miałam lekko. To było kilkanaście dni temu. Uznał wówczas, że berserk przejął kontrolę i to on prowadzi teraz pojazd znany jako Nikita. Właśnie dlatego mój głupi brat opuścił bezpieczne schronienie i z młodzikiem jako ochroniarzem przyszedł do realnego miasta, do hotelu, w którym się zatrzymałam. Gdy został ze mną sam na sam, zarzucił mi na szyję srebrny łańcuch z zaklęciem, które poraniło mnie i przypiekło. Gdybym faktycznie zdziczała, jak sądził na podstawie moich wyników badań, rozszarpałabym go w tamtym momencie. A w zasadzie zrobiłby to Pan B., który nie ma w zwyczaju się certolić. Szczęśliwie dla mojego brata rzuciłam w niego tylko wiązanką bluzgów. Ale może nie doceniłam powagi sytuacji. Kosma nie był wtedy sobą. Może nadal nie jest?

Wiedziałam, że gdyby przeszedł przełom, nie poradziłby sobie – nie tylko dlatego, że od pięciu wieków unikał wszelkiej przemocy czy silniejszych wrażeń, a tych berserk pod skórą dostarczyłby mu do woli. W głowie Kosmy istniała dychotomia: on albo bestia, żadnych kompromisów. Długo myślałam podobnie i dopiero od jakiegoś czasu jako tako dogadywałam się z Panem B. Zrozumiałam, że jego emocje i reguły często są trudne do pogodzenia z moimi, on z kolei uczył się komunikować inaczej niż czasownikami oznaczającymi zabijanie i okaleczanie. Za pomocą run dwukrotnie pomógł mi przełamać zaklęcie i uniknąć przemiany, a w konsekwencji skrzywdzenia niewinnych osób. Zatem oboje robiliśmy postępy.

Kosma był przekonany, że gdyby przeżył przełom, jedynym rozwiązaniem stałoby się samobójstwo. Ja nie zamierzałam dawać rodzicom takiej satysfakcji.

*

Percy został w aucie. Dałam mu kopertę z połową honorarium, powiedziałam, gdzie w okolicy dobrze karmią, i zaznaczyłam, że będziemy z powrotem za dwie godziny, wtedy ruszymy za miasto. Dzisiejszą noc chciałam spędzić już na Bezdrożach, byśmy przywykli do ich dziwnej sygnatury, zanim wkroczymy do Lasu Zwidów.

– Zabierasz gadułę ze sobą? – zapytał tylko, a gdy potwierdziłam, stwierdził: – To dobrze.

– Przyzwyczaisz się. Jest całkiem miły.

– Taaa – powiedział, lekko się wzdrygając.

Nie pytałam, czy chodzi tylko o sposób bycia Robina, czy coś więcej. Niespokojni miewali dziwaczne poglądy na niektóre kwestie. Bywali też zabobonni – na przykład mężczyźni nie podawali ręki kobietom ani nie siadali z nimi do biesiady, kiedy te miały okres albo w ciągu ostatniego miesiąca urodziły dziecko. Jeśli Percy zamierzał się dystansować do Robina z jakiegoś głupiego powodu, jego strata. Lubić się nie musieli, ale jeśli nasz kierowca nie będzie przestrzegać reguł uprzejmej współpracy, stanę w narożniku mojego partnera.

Kosma czekał przed biblioteką. Kolejna lampka ostrzegawcza – zwykle nie opuszczał swoich podziemi. Założył niebieską koszulę i brązowy kardigan, choć do niebieskiej koszuli zawsze wkładał szary sweter w serek. Miał potargane włosy i kapcie.

Przyspieszyłam.

– Co się dzieje? – zapytałam, łapiąc go za ramiona.

Spojrzał zaskoczony, jakby dopiero mnie zauważył. Potrząsnął głową.

– Znalazłem, rozumiesz, znalazłem. Lekarstwo. Nareszcie wiem, jak to skończyć.

– Co?

– Przełom, strach, ból, przemoc… Chodźmy do mnie, muszę cię szybko wprowadzić… – Złapał mnie za rękę. Ten sam Kosma, który zwykle unikał kontaktu cielesnego, właśnie wciągnął mnie do windy.

Robin zdążył za nami wskoczyć w ostatniej chwili.

– Co mu jest? – zapytał bezgłośnie.

Zrobiłam bezradną minę.

– Kosma, czy coś się wydarzyło? Czy ty…? – zapytałam, patrząc mu w oczy.

– Przemieniłem się? Nie, nie… i już się nie muszę bać, rozumiesz? Już się nie muszę bać. Ty też nie, przetestowałem to na sobie, jest w porządku. – Winda zatrzymała się ze zgrzytem. Przecisnął się między skrzydłami drzwi, zanim się same do końca otworzyły. Prawie biegł, dyszał. Mój brat, który od czterystu lat nie uronił choćby kropli potu.

– Kosma, wytłumacz mi, bo się martwię. Zachowujesz się inaczej. Jesteś pewien, że nie zbliża się przełom? – zapytałam wprost.

Może przed niektórymi rzeczami po prostu nie da się uciec i dopadną cię nawet w podziemiach biblioteki? A jak nie to, przed czym uciekałeś, to coś innego? Patrząc na niego, zastanawiałam się, czy z naszymi genami mógł zachorować na schizofrenię, czy przechodził zwykłe załamanie nerwowe.

– Erynie, będziemy wolni, ty będziesz wolna – powtarzał, rozstawiając pudełeczka i buteleczki na blacie zagraconym naukowo-magicznym sprzętem. – Ciągle masz wszczep? – upewnił się.

Miałam. Niewielki wszczep na przedramieniu, jego projektu i wykonania, w krytycznych momentach uwalniał alfa-blokery oraz inne leki, ograniczające wyrzut adrenaliny. Tyle że podczas wyprawy do Norwegii wszczep się zużył – gdy wróciliśmy, Kosma nie znalazł w mojej krwi śladu substancji aktywnej, a na wykresie skanu sygnatura moja i sygnatura berserka były niemal równie wyraźne. Znalazły się tam też ślady sygnatury Robina, w związku z czym Kosma spytał mnie, dlaczego mój partner jeszcze żyje. Różniliśmy się też w kwestii podejścia do wpływu Robina na mnie i Pana B. Moim zdaniem był dobry i pożądany, zdaniem Kosmy – wręcz przeciwnie.

Kosma napełnił strzykawkę żółtawym płynem i ze zniecierpliwieniem dał znak głową, bym usiadła na stołku.

– To nie jest mi potrzebne – zaoponowałam. – Nie jestem na granicy zdziczenia, kontroluję Pana B., jest dobrze – zapewniłam.

– Nie jest. Twoje wyniki mówią same za siebie, poza tym wybierasz się na Bezdroża. Jak myślisz, czyja magia dostanie tam kopa? I jak ci się wydaje, co zrobisz ludziom, którzy będą ci towarzyszyć? Jak według ciebie się to wszystko skończy? Może ci się udaje kontrolować tutaj, a może się tylko łudzisz, a on ci na to pozwala. Ale tam… nie zdołasz utrzymać go na smyczy. Potrzebujesz mojej pomocy, siostrzyczko.

Patrzyłam na niego dłuższą chwilę, nie wiedząc, co o tym myśleć. Zawsze mu ufałam. Znał moją historię „medyczną” lepiej niż ktokolwiek.

– Testowałeś to na sobie? – zapytałam.

– Tak. Jest bezpieczne.

– Nie zachowujesz się jak ty, Kosma.

– Nie spałem, za długo nie spałem. Musiałem znaleźć sposób, nową formułę, jeszcze przed twoim wyjazdem. Musiałem mieć pewność, że będziesz bezpieczna.

Niepewnie kiwnęłam głową.

– Erynie, to działa. A to oznacza, że nie muszę już być niewolnikiem rutyny. Mówiłaś, że powinienem żyć. I wreszcie będę mógł! Może mi więc wybaczysz, że ubrałem się nieporządnie i zapomniałem się uczesać?

Kiedy tak to ujmował, czułam się jak idiotka.

– Naprawdę myślisz, że na Bezdrożach Pan B. wyrwie się na wolność?

– Nie myślę – wiem. Są na ten temat zapisy w kronikach i Eddach. Nie ma mowy o pomyłce.

Usiadłam na stołku i podwinęłam rękaw, odsłaniając przedramię. Wszczep był niemal niewidoczny, Kosma musiał pomacać mięsień, nim zdołał go znaleźć. Poczułam bolesne ukłucie. A potem żywy ogień rozpełzający mi się pod skórą. Jęknęłam.

– Minie za kilka minut – zapewnił. To tylko niewielki skutek uboczny, popracuję nad tym.

Odłożył strzykawkę i sięgnął po probówkę.

– Wezmę próbkę teraz i po twoim powrocie z Bezdroży. To mi pomoże ustalić dawkowanie.

Pozwoliłam mu pobrać krew z drugiego przedramienia, a potem opuściłam oba rękawy. Lekko mnie mdliło. Pewnie z głodu, bo od śniadania minęło już dziesięć godzin.

Pożegnałam się z Kosmą. Pozwolił się przytulić. Może te zmiany nie idą w złym kierunku?

Nie odprowadził nas do windy. Robin milczał cały czas. Dopiero kiedy wyszliśmy z biblioteki, powiedział:

– To było pojebane nawet jak na waszą rodzinę.

Zatrzymałam się i spojrzałam na niego zaskoczona.

– Nie powinien cię zmuszać, nie tak – wyjaśnił.

– Nie zmuszał mnie – odparłam niepewnie.

A potem zamilkłam, bo tak naprawdę wcale nie chciałam tego zastrzyku. Ale jeszcze bardziej nie chciałam zmienić się w berserka w taborze.

Więc tak, zostałam zmuszona. Tyle że wcale nie byłam pewna, czy akurat przez Kosmę.

Rozdział 5

Kiedy znaleźliśmy się na Bezdrożach, wiedziałam od razu. Tamtejsza magia była zupełnie inna – smakowała inaczej, inaczej śpiewała w żyłach, głaskała zawsze pod włos. Podobno pierwszy kontakt z nią u każdego wywoływał duży dyskomfort. Niektórzy wymiotowali, inni mieli silne bóle głowy, halucynacje, drgawki czy koszmary. Jakby Bezdroża truły swoich gości. Po kilku–kilkunastu godzinach jednostkowa aura i magia przyswajały sobie dziwną sygnaturę tej wersji energii i się z nią synchronizowały. Dopiero wtedy wracała ludziom umiejętność czerpania energii z linii magicznych i odzyskiwali dostęp do swojej magii.

Doświadczyłam już tego, a mimo to dziś poczułam się tak, jakby przejechał po mnie pociąg, a zaraz potem przygniótł fortepian. Jakiś Struś Pędziwiatr Bezdroży, chichocząc, oddalał się w obłoku kurzu, a ja z trudem łapałam oddech. Bolało mnie wszystko – kości, wnętrzności, głowa. Krwawieniu z nosa towarzyszyły równie estetyczne krwawe łzy. Gdy ogarnęły mnie mdłości, wytoczyłam się z kampera. Wróciłam, kiedy bebechy nie miały już czym rzucać. Wślizgnęłam się na dolną pryczę i cichutko konałam.

Obserwowałam przez okno Percy’ego. Gimnastykował się, a ćwiczenia przywodziły na myśl tai chi. Może dla niego powrót na Bezdroża nie był przykrym doświadczeniem. Może jego tutejsza magia nie czochrała pod włos. Niedługo później poczułam zapach dymu i kawy. Widać czajnik i kuchenka lokowały się poniżej godności Niespokojnego.