Diabeł w obrączce. Nie taki diabeł straszny. Tom 4 - Elizabeth O'Roark - ebook + audiobook
BESTSELLER

Diabeł w obrączce. Nie taki diabeł straszny. Tom 4 ebook i audiobook

Elizabeth O’Roark

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

664 osoby interesują się tą książką

Opis

Był przeciwieństwem wszystkiego, o czym marzyła. Ale może przez cały ten czas po prostu pragnęła niewłaściwych rzeczy…

Keeley i Graham są jak ogień i woda – nie mogliby się bardziej różnić. Ona nie wierzy w konta oszczędnościowe i plany emerytalne, a jej definicją zdrowego jedzenia są muffiny z czekoladą. On jest praktyczny, zdyscyplinowany i oszczędny i nigdy nie ucieka przed odpowiedzialnością. Od pierwszego spotkania grali sobie nawzajem na nerwach… albo prowadzili bardzo nietypową grę wstępną. Choć żadne z nich nie pamięta zbyt dobrze, jak wyglądała ich wspólnie spędzona noc, pobudka w hotelu w Las Vegas i obrączki na palcach mówią same za siebie.

Keeley mogła w tej sytuacji zrobić tylko jedno: uciec, zanim mężczyzna się obudzi, i udawać, że nic się nie stało. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie zaszła w ciążę. Kobieta sama przyznałaby, że jest ostatnią osobą na świecie, której powinno powierzyć się opiekę nad dzieckiem, a Graham całkowicie zgadza się z tą oceną. Jednak im więcej czasu spędzają razem, tym wyraźniej przypominają sobie przebłyski uczuć, które skłoniły ich do wzięcia ślubu, i zastanawiają się, czy upojeni alkoholem nie podjęli najlepszej decyzji w swoim życiu.

Diabeł w obrączce to czwarty tom niezwykle zabawnej i wciągającej serii Nie taki diabeł straszny.

Ta historia jest naprawdę SPICY. Sugerowany wiek: 18+

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 383

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 52 min

Lektor: Monika Chrzanowska, Tomasz Urbański

Oceny
4,6 (507 ocen)
371
86
33
15
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Beacinkaaa

Dobrze spędzony czas

czy będzie dostępny ebook ?
110
EwelaKar

Z braku laku…

To byłaby całkiem sympatyczna książka, gdyby nie postać głównej bohaterki. To osoba, która nie ogarnia własnej kuwety i potrzebuje pilnie psychoterapii. Przez jej problemy i dziwaczne zachowanie historia jest niewiarygodna, bo gdzieżby "najlepsza partia Nowrgo Jorku" zainteresowała się kimś tak dziecinnym i nierozgarniętym 🤦‍♀️
Patrycja____

Całkiem niezła

Widzę tendencję spadkową. Seria „Nie taki diabeł straszny” zaczęła się od zaskakująco dobrego pierwszego tomu, drugi tom był gorszy, ale nie zły, tom trzeci to zwykły przeciętniak, jednak to ostatnia część zawiodła najbardziej. Czytanie o 30-letniej lekarce, która zorientowała się, że jest w ciąży dopiero po 4 miesiącach, dla której przespanie się z niedojrzałym muzykiem było najważniejszym celem miesiąca, i która odżywiała się gorzej niż 14-letni chłopiec bez kontroli rodzicielskiej, bolało, naprawdę bolało. Nie wiem co autorka miała w głowie, ale taką postać trudno polubić, a tym bardziej uznać za odpowiednią do wychowywania dziecka. Oczywiście przeszła niesamowitą przemianę pod wpływem miłości, jednak niesmak pozostał. Zresztą, główny bohater był niewiele lepszy. Facet miał chyba bipolara, bo inaczej nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego po miesiącach wzdychania do Keeley, przy kolejnym spotkaniu stwierdził, że odbierze jej ich wspólne dziecko. Albo chcesz mieć z nią rodzinę albo ni...
112
PatrycjaD87

Z braku laku…

Tego się nie da czytać.. ledwo pół przeczytałam i się poddałam. Nie polecam. Jestem mega rozczarowana, poprzednie tomy były zdecydowanie lepsze.
41
kate4280

Całkiem niezła

Pozycja w sam raz na wolny wieczór. Keeley jest lekarzem, ale przez 90% książki nie używa więcej niż połowy swoich szarych komórek. Udaje infantylną, bo jest jej tak po prostu łatwiej, taka urocza blondyneczka. Przez większość czasu zachowuje się jak niedojrzała nastolatka w ciąży. Wątek traumy z dzieciństwa u obydwojga potraktowany po macoszemu - autorka opiera na tym całą historię, po to tylko by opisać to w dwóch zdaniach. Nie polubiłam się z główną, ale w tego typu książkach nie ma się co doszukiwać drugiego dna. Natomiast tak żeby miło spędzić odmóżdżający wieczór i szybko zapomnieć - idealny sposób.
31

Popularność




TYTUŁ ORYGINAŁU:

The Devil Gets His Due

Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska

Wydawczyni: Joanna Pawłowska

Redakcja: Justyna Yiğitler

Korekta: Anna Burger

Projekt okładki: Lori Jackson

Opracowanie graficzne okładki: Ewa Popławska

Model: Onofre Contreras

Wyklejka: © Bits and Splits / Stock.Adobe.com

Copyright © 2022. THE DEVIL GETS HIS DUE by Elizabeth O’Roark

Copyright © 2024 for the Polish edition by Papierowe Serca an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Karolina Bochenek, 2024

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2024

ISBN 978-83-8371-123-2

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

1

9 września 2022 roku

„Nie wiem, jak zacząć, więc napiszę wprost: spieprzyłem.

Nie naprawię już swojego błędu, ale piszę do ciebie, bo nie mogę znieść tego, że sprawiłem ci ból. To najgorsze, co kiedykolwiek zrobiłem, a to naprawdę wiele o mnie mówi.

Postąpiłem nierozważnie i zignorowałem twoje uczucia, ale to akurat już wiesz, więc pozwól, że opowiem ci resztę”.

2

Keeley

Styczeń

Wyznaczyłam sobie dwa główne cele – ogłaszam Gemmie, podając jej margaritę tak, że wylewam jej sobie trochę na dłoń. Albo barman nalał za dużo do kieliszka, albo ja już za dużo wypiłam. Coś mi mówi, że hotel Langham może pożałować zorganizowania u siebie tego przyjęcia.

– Tylko dwa? – pyta moja przyjaciółka z uśmiechem. – Niech zgadnę, żaden z nich nie obejmuje konta oszczędnościowego.

– Dwa cele co do twojego przyjęcia, małpo. – Szczypię ją.

Ku mojej wielkiej irytacji moja najlepsza przyjaciółka Gemma poślubiła potajemnie swojego chłopaka w prawdziwie elegancki sposób, co miałam nadzieję naprawić w ten weekend. W każdym razie taki był mój plan, dopóki w organizację imprezy nie zaangażował się jej nieznośny szwagier Graham.

– Dobra. – Gemma wyciera serwetką nóżkę kieliszka i stawia go na stole. – Podziel się tymi „celami”. – Robi palcami w powietrzu cudzysłów, co z jednej strony wydaje mi się trochę niesprawiedliwe, a z drugiej zupełnie zrozumiałe: kto jak kto, ale Gemma, z którą przyjaźnię się od sześciu lat, doskonale wie, czego można się po mnie spodziewać.

– Pierwszy to urządzić ci najlepsze przyjęcie weselne twojego życia, a drugi: przelecieć Sixa Baileya. Niekoniecznie w tej kolejności.

Six Bailey, jeden z wielu sławnych przyjaciół jej męża, to seksowny, wytatuowany, duży chłopiec – typ faceta, który zapewniłby mi w łóżku co trzeba, a potem zmył się, zanim zdążyłby mnie znudzić. Czy odwzajemni moje zainteresowanie? Raczej tak. Jestem niebieskooką blondynką i wyglądam jak moja matka, o którą bili się kiedyś na pięści dwaj prawie znani gwiazdorzy rocka. Na scenie.

Dlatego seks z Sixem Baileyem mam już w zasadzie zagwarantowany. I to będzie pewnie jedyna część tego weekendu, której okropny szwagier Gemmy nie zdoła mi zepsuć.

– Ulżyło mi, że dogadaliście się z Grahamem – mówi Gemma. – Już myślałam, że nigdy nie dojdzie do tego przyjęcia.

– Trudno to nazwać „dogadaniem się” – mamroczę pod nosem. Chciałam zorganizować przyjaciółce tygodniową imprezę na Santorini, a co mi z tego zostało? Spotkanie w barze hotelowym i jutrzejsze popołudniowe przyjęcie. Tak, popołudniowe. Jakby to był jakiś pieprzony chrzest.

– Mówiłam Benowi, że bylibyście z Grahamem okropną parą. Och, zanim zapomnę, widziałam szpilki od Stuarta Weitz­mana w nowym kolorze i…

– Czekaj, coś ty powiedziała? – przerywam jej. – To Ben myślał, że nie bylibyśmy z Grahamem okropną parą?

Który człowiek o zdrowych zmysłach pomyślałby, że Graham Tate i ja nie rozerwalibyśmy się na strzępy, i to wcale nie w seksowny sposób?

Jak odkryłam podczas zdecydowanie zbyt wielu rozmów telefonicznych z tym nieznośnym typem, Graham jest facetem, który zawsze postępuje, jak należy. Inne kobiety nazwałyby go świetnym materiałem na męża: oszczędny, zdrowo się odżywia i ma szczegółowy plan działania na następne dziesięć lat. Taki facet, zanim się zaangażuje, zabiera najpierw kobietę na kilka grzecznych randek, żeby ocenić jej zdolność do wychowania jego potomstwa i elokwentnego wypowiadania się na imprezach firmowych.

Osobiście nie mam żadnej potrzeby prokreacji, wykazywania się elokwencją ani spełniania czyichkolwiek standardów. Właściwie to nie chcę być nawet niczyją żoną, więc unikam dobrych materiałów na męża jak zarazy.

– Ach, to było już wieki temu. – Gemma zbywa mnie machnięciem ręką. – Graham miał… O, przyjechali! – Wbija mi palce w ramię i ciągnie w kierunku swojego wysokiego i niezwykle przystojnego męża.

Ben stoi w towarzystwie jeszcze seksowniejszego mężczyzny, który powinien być Grahamem, ale… Nie, to wykluczone.

Po kłóceniu się z nim przez telefon przez sześć tygodni z rzędu wytworzyłam w swojej głowie obraz łysego kurdupla, który wygląda dwadzieścia lat starzej od Bena, chociaż tak naprawdę jest od niego dwa lata młodszy. Facet z moich wyobrażeń wszędzie nosił pod pachą liczydło lub encyklopedię, aby w każdym momencie móc ich użyć do omówienia zagadnień, które nikogo nie interesują, jak na przykład kwestie związane z podatkami, opieką zdrowotną czy polityką.

Nie, ten barczysty mężczyzna o budowie młodego superbohatera w cholernie ładnym garniturze nie może być Grahamem.

Czy mogłabym wyobrazić sobie taki okaz z liczydłem? Nie ma mowy. A z encyklopedią? To już tak, ale tylko w perwersyjny sposób. Na przykład na tyłach biblioteki, gdzie nonszalancko zrzuciłby książki ze stołu, żeby mnie na nim przelecieć.

To nie może być Graham. Dlaczego jest więc tak bardzo podobny do Bena? Ma te same ciemne włosy, idealne rysy twarzy i budowę ciała zawodnika futbolu amerykańskiego. W dodatku Gemma oznajmia właśnie z brytyjskim akcentem, jakby była narratorką filmu przyrodniczego:

– Oto aniołowie zemsty stają ze sobą twarzą w twarz.

– Anioły – poprawia ją z cieniem uśmieszku na twarzy facet, który nie może być Grahamem. Ma najbardziej niebieskie oczy, jakie kiedykolwiek widziałam. – Wyedukowałem się specjalnie na okoliczność tego spotkania.

Rozpoznaję jego niski, chropowaty głos (który wydaje się jeszcze seksowniejszy, teraz gdy mogę go przypisać do tej przystojnej twarzy), a także doskonale mi już znajomą chęć dania mu w twarz.

Grr. To jednak jest Graham. Pewnie lada moment zapyta, ile kosztowały te margarity, żeby odliczyć je od tej części kosztów, którą pokrywa.

Cóż za niepowetowana strata. Taka męska szczęka u takiego nieznośnego bubka.

Nasze spojrzenia się spotykają, choć nie umyka mojej uwadze to, że najpierw spojrzał mi w dekolt. Bardzo dobrze. Kupiłam tę sukienkę z nadzieją, że podkreśli moje atuty, więc jeśli działa nawet na takiego nudziarza jak Graham, to Sixa Baileya mam w kieszeni.

– No, proszę, proszę – mówię. – Patrzcie no, kto odstawił tabele aktuarialne, żeby pojawić się na przyjęciu.

– Nie używam tabel aktuarialnych w pracy. Ja…

– Już jestem znudzona, więc musisz być Grahamem. – Wyciągam do niego dłoń.

– A ty jesteś nieuprzejma i pijana w południe, więc musisz być Keeley – odpowiada z uśmiechem. Jego ręka wydaje się połykać moją w mocnym uścisku i przez chwilę wyobrażam sobie, jak wciska mnie w materac swoim wielkim ciałem. Nie bardzo rozumiem, dlaczego na samą myśl nie zbiera mi się na wymioty. Może jednak powinnam zwolnić z margaritami.

Zerkam wymownie na Gemmę, licząc na to, że wreszcie się ze mną zgodzi. W końcu sama ma okazję się przekonać, jak nieznośny jest jej szwagier (o czym perorowałam jej tygodniami), ale ona nie zwraca na Grahama najmniejszej uwagi. Zarzuciła już Benowi ręce na szyję i oboje gruchają do siebie, uśmiechając się zalotnie z ustami przy ustach.

– Jezu Chryste – jęczy zdegustowany Graham, akurat w momencie, kiedy szepczę ze skrzywioną miną:

– Obrzydlistwo.

– To chyba pierwsza i ostatnia rzecz, co do której się kiedykolwiek zgodzimy – komentuje ten nieznośny nudziarz z uniesioną brwią.

Kieruję się do baru, ale on człapie za mną.

– Najlepiej by było, abyśmy nie mieli żadnej okazji się ze sobą zgadzać lub nie zgadzać. Byłabym wdzięczna, gdybyś trzymał się ode mnie z daleka w ten weekend.

– Czy dałem ci w jakiś sposób do zrozumienia, że chciałbym być blisko ciebie? Jeśli tak, to najmocniej przepraszam. Nic nie mogłoby być dalsze od prawdy.

Posyłam barmanowi swój najbardziej czarujący uśmiech.

– Potrzebuję jeszcze kilku – mówię scenicznym szeptem, unosząc kieliszek w górę. – To jedyny sposób, żebym przetrwała dzisiejszy wieczór.

– A jest taka możliwość, żebyś jednak nie przetrwała? – Graham wskazuje na butelkę whisky w dłoni barmana. – To pozwoliłoby mi pewnie sporo zaoszczędzić.

Często powtarzam: „Żyj pełną piersią albo przestań oddychać!”. Oczywiście poprzez zaprzestanie oddychania rozumiem śmierć, która i tak wkrótce mnie czeka.

Kobiety z rodu O’Keefe’ów umierają młodo. To, że moja matka, Melinda O’Keefe Connolly, dożyła trzydziestu sześciu lat, zanim zmarła na raka okrężnicy, było istnym cudem. Jej siostra Mary O’Keefe nigdy w życiu nie paliła, a mimo to odeszła na raka płuc w wieku zaledwie trzydziestu czterech lat. Moja babcia zmarła na czerniaka już jako dwudziestoośmiolatka, a prababcia przy porodzie, ale założę się, że gdyby nie to, też dopadłby ją nowotwór.

Dlatego staram się jak najlepiej wykorzystać czas, jaki mi tu został, a ten weekend wydaje się dobrym początkiem nowego etapu mojego życia. Rezydenturę z dermatologii mam już oficjalne za sobą, co oznacza, że po trzymiesięcznym stażu obserwacyjnym czeka mnie całkowita wolność i pensja lekarska. Ale teraz zamierzam wycisnąć z tego weekendu tyle dobrej zabawy, ile tylko zdołam, a jeśli mnie to zabije z powodu rodzinnej klątwy, to myślę, że Six Bailey jest tego wart: okropnie się ubiera, używa przekleństw, jakby to były jedyne wyrazy, które zna, i właśnie wlepia gały w piersi swojej szwagierki. Otwarcie i bez skrępowania.

– Jasna cholera, Drew, twoje balony zrobiły się zajebiście wielkie – mówi do niej, po czym zwraca się do mnie: – Mam prawo komentować, bo spotykałem się z nią pierwszy.

Ten facet pod żadnym względem nie jest dobrym materiałem na męża i właśnie dlatego może być moją bratnią duszą.

Na dwie noce, oczywiście.

– Nie, nie masz prawa rzucać takimi komentarzami – warczy do niego Josh, mąż Drew. – Nie wiem, ile jeszcze razy mam ci to powtarzać, ale chętnie zakończę tę rozmowę tak jak poprzednią.

– Przestań, Six – mówi Drew. – To moja pierwsza noc bez dziecka od miesięcy i zależy mi, żeby mój mąż był w dobrym humorze.

Six bierze długi łyk swojego drinka.

– Z takimi balonami nie powinnaś się martwić o jego pieprzony nastrój.

– Powiedz jeszcze jedno cholerne słowo, a skopię ci tyłek. – Josh stawia swoje piwo na blacie.

Duże ilości alkoholu, groźby użycia przemocy, poważne problemy z granicami? Chyba odnalazłam swoje plemię.

– Żadnych bójek – zarządza Drew, patrząc to jednego, to na drugiego. – Mówię poważnie. – Chwyta Josha za rękę i spogląda mu w oczy, a on tak po prostu się uspokaja, jakby miał wszystko, czego potrzebuje.

Nigdy nie widziałam nic pociągającego w małżeństwie – no może poza możliwością wydawania cudzych pieniędzy. A jednak gdy tak na nich patrzę, mam poczucie, jakbym coś traciła.

Gemma i Ben też tak na mnie działają. Moja przyjaciółka jest teraz tak szczęśliwa, że ledwo ją rozpoznaję. Może powinnam pobrać jej ukradkiem krew, żeby sprawdzić, czy Ben nie faszeruje jej jakimiś narkotykami?

Six lustruje mnie wzrokiem od stóp do głów.

– Jezu, kurwa, Chryste, ależ jesteś seksowna! I pewnie dobrze o tym wiesz. Jak bardzo musiałbym się postarać w skali od jednego do dziesięciu, żebyś…

Zanim zdąża dokończyć to szczególnie intrygujące pytanie, pojawia się za nami złowieszczy cień.

– Mogę cię prosić na słówko? – pyta Graham, chwytając mnie za łokieć. Czuję się, jakby ojciec wyprowadzał mnie z szalonej nastoletniej imprezy, tyle że mój tata nigdy nie był tak seksowny. Ani tak zaangażowany w moje życie, żeby mnie skądś wyprowadzać.

– To zajmie tylko chwilę. – Posyłam uśmiech Sixowi. Założę się, że wiele kobiet tak mówi przed rozmową z Grahamem z obawy, że dłuższa pogawędka z nim mogłaby zanudzić je na śmierć.

– O co chodzi? – syczę do niego, kiedy odchodzimy. – Mam bardzo konkretne plany dotyczące Sixa Baileya, a ty przeszkadzasz mi w ich realizacji.

– Cieszę się, że masz jednak jakieś życiowe cele, bo nie odniosłem takiego wrażenia, kiedy rozmawialiśmy przez telefon – cedzi przez zęby. – Chciałem tylko powiedzieć, że opłaciłem już rachunek.

Wydaję z siebie jęk. Oczywiście Graham musiał akurat zrobić coś miłego, żeby wzbudzić we mnie poczucie winy.

– Nie musiałeś tego robić. Mówiłam ci, że pokryję połowę kosztów.

– A ja mówiłem ci, że to nie będzie konieczne.

– Biorąc pod uwagę to, jakim jesteś sknerą, założyłam, że nie będziesz mógł sobie na to pozwolić.

Six zerka na nas, więc podnoszę palec w jego stronę, prosząc go, aby na mnie zaczekał, i wracam do ponurej rozmowy z Grahamem.

– Powiedz mi, ile wyszło, a prześlę ci połowę – upieram się.

– To, że zachowuję umiar w wydatkach, nie oznacza, że jestem sknerą. Gdybym się z tobą nie wykłócał, bylibyśmy teraz na jakimś latającym jachcie i zrzucali z niego studolarówki zamiast konfetti.

Zastygam zaintrygowana. Po raz pierwszy zainteresowało mnie coś, co padło z ust Grahama.

– Latające jachty? Coś takiego naprawdę istnieje?

Jego usta drgają od tłumionego uśmiechu. Prześlizguje się wzrokiem po mojej twarzy i zatrzymuje na moich wargach, a potem pociera twarz dłonią.

– Nie, Keeley, nie ma czegoś takiego. Ale to nie jest wcale tak dalekie od tygodnia na Santorini, przy którym się upierałaś. Jakby Ben i Gemma kiedykolwiek wzięli tyle wolnego.

Ma rację, ale nigdy w życiu nie przyznam, że urządzenie przyjęcia na polu golfowym w Los Angeles było dobrym pomysłem.

– Mogliśmy przynajmniej urządzić imprezę na amerykańskiej łodzi latającej Catalinie. Mogłam zarezerwować…

– Moja dziewięćdziesięcioletnia cioteczna babka przyjechała tu z Bostonu. Nie powinna wsiadać na Catalinę tuż po tym, jak przeleciała przez cały kraj.

Six przygląda mi się z uśmiechem i oblizuje dolną wargę. Naprawdę muszę już zakończyć tę rozmowę.

– Ach, to wszystko wyjaśnia. Od początku dbałeś o komfort dziewięćdziesięciolatków. A ja myślałam, że chcesz za wszelką cenę zepsuć nam zabawę.

– Jeśli tak się zachowujesz, kiedy się dobrze nie bawisz, to aż strach pomyśleć, co będzie, jak zaczniesz. – Spogląda na moją pustą szklankę.

Po drinkach przychodzi czas na kolację, a potem impreza przenosi się do klubu w hotelu. Wszyscy nudni małżonkowie już dawno sobie poszli, ale z jakiegoś niezrozumiałego powodu ten zrzęda Graham Tate nie chce odpuścić. I nadal pije, co wydaje się nieprawdopodobne z uwagi na jego wyjątkową awersję do wydawania pieniędzy i wielkie umiłowanie ponuractwa.

Jeśli czeka, aż się upiję i będzie mógł nade mną zatryumfować, to się nie doczeka. To znaczy już jestem nieziemsko pijana, ale na szczęście mam supermoc, dzięki której potrafię w razie potrzeby udawać kompletnie trzeźwą. Chociaż nie wiem, czy to się liczy jako supermoc, skoro nie jestem dobrze funkcjonującą alkoholiczką ani próbującą uniknąć kary surowego ojca nastolatką wracającą o pierwszej w nocy do domu. Nie muszę przed nikim niczego udawać.

Six obejmuje mnie w talii, a następnie ciągnie za dekolt mojej sukienki. Coraz bardziej mnie obłapia, co wydaje mi się dziwnie… irytujące. Spędzam z nim czas tylko z jednego, oczywistego powodu i nie bardzo rozumiem, dlaczego tak mnie to drażni – w końcu jego brak klasy jedynie ułatwi mi całkowite zerwanie z nim kontaktu w ciągu tygodnia lub dwu od naszej wspólnej nocy.

Six spogląda na zegarek. Zaraz zasugeruje, żebyśmy wyszli, ale nie jestem jeszcze na to gotowa. Odsuwam się od niego i mówię mu, że chcę potańczyć. Nie mam pojęcia, dlaczego zwlekam z pójściem z nim do łóżka. I gdzie właściwie podziewa się ten nudziarz Graham? Myślałam, że będzie się nam przyglądał i zastanawiał, jak popsuć mi szyki.

Wchodzę na zatłoczony parkiet i zaczynam tańczyć. Jest coś w połączeniu alkoholu i tańca, co sprawia, że wszystko wydaje się możliwe. Człowiek ma wrażenie, jakby unosił się w powietrzu, podczas gdy przychodzą mu do głowy najbardziej szalone pomysły: „A może wydam wszystkie oszczędności na wycieczkę do Chorwacji? Rzucę pracę i spędzę kilka miesięcy na surfowaniu i odpoczywaniu? Albo nie! Wydam pięć kawałków na torebkę Birkin!”. To naprawdę złe pomysły, a jednak… Czujesz, jakby tuż za rogiem czekało na ciebie inne, lepsze życie.

Chcę zintensyfikować to uczucie i zastanawiam się, jak to zrobić, kiedy czyjaś ręka chwyta mnie za biodro i czuję czyjś oddech przy swoich uchu.

– Powiedz, że tak naprawdę wcale nie planujesz się przespać z tym facetem – mówi głos, którego szczerze nie znoszę, a jednak trudno mi w tej chwili przywołać tę awersję.

Odwracam głowę i widzę Grahama stojącego tak blisko mnie, że muszę wyciągnąć szyję, żeby napotkać jego spojrzenie. Kiedy tak patrzy, jakby znał mnie lepiej niż ja sama, powraca moja niechęć do niego. Wydaje mu się, że może tak nade mną górować z tym swoim idealnym nosem i pięknymi ustami, wzbudzając poczucie winy? To jest w błędzie.

– Dlaczego nie miałabym się z nim przespać? – pytam, a on podnosi rękę, żeby pogłaskać mnie dłonią po twarzy.

– Naprawdę chcesz wiedzieć, Keeley?

Kiwam głową, bo w tak niewielkiej odległości od niego mój umysł nagle zrobił się dziwnie pusty. Jest na tyle blisko, że mogę wyczuć zapach bourbona w jego oddechu, co nie powinno być nawet w połowie tak pociągające. Ten mężczyzna w ogóle nie powinien mnie pociągać, a jednak – Jezu Chryste – szczerze wątpię, aby którakolwiek kobieta, stojąc tak blisko niego, nie poczuła jego magnetyzmu.

– Bo to nie jego pragniesz. – Wplata palce w moje włosy. – I doskonale to, kurwa, wiesz.

Już mam mu powiedzieć, że bardzo się myli, kiedy jego usta lądują na moich ustach.

Nie mogę w to uwierzyć. Całuję Grahama Tate’a!

Nie. To on mnie całuje i nie ma w nim żadnej niepewności. Robi to jak mężczyzna, który od dziesięciu lat nie myślał o niczym innym. Jakby był zły, że musiał tyle na to czekać. I jakby miał o to do mnie żal.

Choć nadal czuję dziką pogardę do Grahama, to… Boże, ten mężczyzna naprawdę potrafi całować.

Jego zarost ociera się o moją skórę, a dłoń zaciska mocno na biodrze, gdy przyciąga mnie do siebie bliżej. Cóż za umiejętny i gorący pocałunek. Podsumowując, nie spodziewałabym się tego po Grahamie. Chociaż… Może jednak się spodziewałam? Jak inaczej wyjaśnić to, że wcale nie jestem zszokowana, mimo że cała ta sytuacja wydaje się zaskakująca? Przeciwnie, mam wręcz poczucie, że ja też długo na to czekałam.

Graham ciągnie mnie dalej w ciemność. Zaraz go zatrzymam. No, może za dwie minuty.

– Six jest gitarzystą – oznajmiam, kiedy przyciska mnie plecami do ściany. – Jest znany ze swojej zręczności.

Jego usta unoszą się zaledwie w półuśmiechu, kiedy znów mnie do siebie przyciąga, a jego potężna erekcja wbija mi się w brzuch.

– Poczekaj tylko, aż zobaczysz, co potrafię robić językiem.

3

Keeley

Do środka przez balkonowe drzwi wpadają oślepiające promienie słońca niczym długie stalowe ostrza.

Tyle że w moim pokoju nie było balkonu. Zauważyłabym go, nieprawdaż?

Odwracam się na drugi bok i zauważam szerokie ramiona oraz tył ogolonej prawie do wojskowej perfekcji głowy. Ani jednego tatuażu, więc…

To nie Six Bailey.

Co się stało zeszłej nocy, do cholery?

A co ważniejsze, czy z tym facetem jest wszystko w porządku? Wydaje się podejrzanie nieruchomy.

– Boże – jęczę i wyciągam rękę, żeby dotknąć jego tętnicy szyjnej. – Znowu? Tylko nie to.

– Czy ty właśnie sprawdziłaś mój puls? – pyta chropowaty głos i nagle ogarnia mnie przerażenie.

Nie. Nie, nie, nie, nie.

Przewraca się na bok z zaspanymi oczami i opuchniętymi od pocałunków ustami. Zdecydowanie potrzebuje się ogolić. Ktoś inny mógłby pomyśleć, że wygląda cholernie dobrze z rana, ale to musiałby być ktoś, kogo nie znurzyły monologi Grahama Tate’a.

Przesuwa dłonią po twarzy, podczas gdy ja próbuję przypomnieć sobie wydarzenia z zeszłej nocy. Margarity, kłócenie się z Grahamem, przybycie gości. I Six. Pamiętam, jak z nim rozmawiałam. I jak się do mnie uśmiechał – jak ktoś, kto bardzo chce mnie przelecieć.

A potem usta Grahama na moich ustach w jakimś ciemnym kącie.

Graham pochylający się nade mną i podciągający mi sukienkę w górę.

I przede wszystkim pamiętam, jak bardzo chciałam, żeby to zrobił. Powiedziałam mu, żeby się pospieszył, a wtedy jego twarz wykrzywił zadowolony półuśmieszek.

Boże, jakie to żenujące.

– To się nie wydarzyło – oświadczam i zrywam się na równe nogi, ignorując to, że całe moje ciało jest obolałe, zwłaszcza w obszarze między nogami. Moja pochwa dostała nieźle w kość tej nocy, na co zresztą sobie zasłużyła za to, że uległa wrogowi, kiedy byłam na to podatna.

Staję na opakowaniu po prezerwatywie, kiedy sięgam po leżące na podłodze sukienkę i stanik, a potem na jeszcze jedno. Ani śladu po majtkach, więc chyba dam sobie z nimi spokój.

– Nikomu o tym nie powiemy i wymażemy to z pamięci.

Przygląda mi się z łóżka z rękami skrzyżowanymi na piersi i zwiniętym nisko w pasie prześcieradłem.

– Ach, tak, bo wciąż jeszcze nie zrealizowałaś swojej misji: nie zaliczyłaś gwiazdy rocka.

Odwracam od niego wzrok, bo prześcieradło zsunęło się na tyle nisko, żebym mogła zobaczyć szlaczek włosków na jego podbrzuszu, który mam ochotę prześledzić.

– Gdyby ludzkość rezygnowała z dążenia do celów przy byle potknięciu, nadal komunikowalibyśmy się za pomocą rysunków naskalnych. – Staję na kolejne opakowanie po prezerwatywie. Jezu Chryste, ile razy to zrobiliśmy?

Graham sięga jedną ręką po telefon, drugą podkłada pod głowę, a jego biceps napina się imponująco przy tym ruchu.

– Niech ci będzie, zawodniczko. Powal gościa. To znaczy nie dosłownie, choć najwyraźniej ci się to przytrafia.

– Na pewno każdemu się to czasem zdarza – mamroczę, a on się śmieje.

To przyjemny śmiech i jakaś część mnie pragnie usłyszeć go ponownie. Spoglądam po raz ostatni na jego nieogoloną szczękę, bicepsy i ponętne usta, po czym kieruję się do drzwi.

Choć Graham Tate jest okropnym człowiekiem, ma zwodniczo atrakcyjną aparycję.

Biorę prysznic, a potem padam na dwie godziny na własne łóżko z nadzieją, że zdołam zapomnieć o tym, co się stało. Niestety budzę się z uczuciem niezwykle przyjemnego nadużycia, co oznacza, że albo przebiegłam maraton zeszłej nocy, albo wielokrotnie uprawiałam seks z kimś dwa razy większym ode mnie.

Gdyby moje życie było filmem, to byłby ten moment, w którym zdaję sobie sprawę, że muszę się wreszcie wziąć w garść: przestać tyle pić, rzucić medycynę i zająć się w życiu czymś sensownym – jak na przykład prowadzeniem restauracji i dołączeniem do Żon Beverly Hills.

Tyle że teraz nie mogę sobie jeszcze pozwolić na tak gruntowną przemianę, bo wlewanie w siebie dużej ilości alkoholu jest dla mnie jedynym sposobem, by odegrać dziś rolę organizatorki przyjęcia u boku tego wstrętnego, przerośniętego Grahama.

Zamawiam jajka, bekon i mimozę. Dowiaduję się, że nie podają już śniadania, i mam wrażenie, że wyczuwam ze strony obsługi milczący osąd. Postanawiam zadowolić się mimozą, a potem przebieram się w bikini. Znów, tak jak zeszłej nocy, mam pusty żołądek i towarzyszy mi to dziwne uczucie nieszczęścia, które pragnę jakoś stłumić.

Wychodzę na zewnątrz. Mamy szczęście z pogodą – w Los Angeles w styczniu zwykle nie jest wystarczająco ciepło na basen, ale dzisiaj jest dwadzieścia stopni i świeci słońce. Okazało się jednak, że najwyraźniej nie tylko ja wpadłam na ten pomysł. Gemma wyleguje się w cieniu kabiny plażowej w otoczeniu swoich nowych przyjaciół i trudno mi nie myśleć o tym, ile się ostatnio zmieniło. Jak bardzo ona się zmieniła. Ogromnie się cieszę jej szczęściem, ale czuję też małe, dziwne ukłucie w klatce piersiowej.

Kiedyś trzymałyśmy się razem. Ja byłam totalnie lekkomyślna, a ona tak emocjonalnie zdystansowana, że miałam pewne wątpliwości, czy nie jest czasem socjopatką. Okazało się jednak, że była po prostu poraniona, a teraz gdy Ben ją uleczył, jest w nim szaleńczo zakochana i ciągle robi jakieś wielce dorosłe rzeczy ze swoim dobrze ustawionym mężem i przyjaciółmi. Próbowała mnie włączyć do ich grona, ale zawsze znajdowałam jakiś pretekst, żeby się wymigać. Czuję się przy nich jak jedyny kwiat w ogrodzie, który nie zakwitł.

Zmuszam się, żeby do nich podejść. Gemma robi mi miejsce, a kiedy już siadam obok niej, żona najlepszego przyjaciela Bena, Tali, w zaawansowanej ciąży, szturcha mnie w stopę.

– I jak? Misja zakończona?

– Misja? – powtarzam głupio, patrząc to na nią, to na Gemmę.

– Opowiedziałaś mi wczoraj o swoich planach, żeby przespać się z bratem Josha. Nie pamiętasz?

W tym momencie podchodzi do nas jej ociekająca wodą córka, a Tali owija ją ręcznikiem, po czym przyciąga do siebie i przytula.

Moja mama też okazywała mi dużo czułości, nawet gdy nie byłam już małym dzieckiem. Przytulała mnie przy każdej możliwej okazji. Przełykam ciężko ślinę i odwracam wzrok.

– Ach, to. Niestety coś mi przeszkodziło.

– Co za ironia losu. – Gemma śmieje się cicho. – Tobie nie udało się zrealizować swoich planów, a Graham miał podobno bardzo burzliwą noc.

– Tak? – Odwracam gwałtownie głowę w jej stronę.

– Ben powiedział, że jego pokój wygląda jak po przejściu tornada. Podejrzewam… – jej głos przechodzi w szept – że mógł spędzić noc z Elise. Nie wiem, czy miałaś okazję ją poznać.

Cała ta sytuacja z Grahamem byłaby znacznie mniej niezręczna, gdyby rzeczywiście przespał się z Elise. Zastanawiam się, czy to właśnie z jej powodu został do późna, a jeśli tak, to jak to się stało, że wylądował w łóżku ze mną zamiast z nią.

Do leżaka podchodzi mąż Tali – Hayes. Uśmiecha się do swojej żony i dziecka z taką miłością, że muszę odwrócić wzrok. Wszystkie te pieprzone pary ze swoimi wymownymi spojrzeniami i błogim szczęściem z sekundy na sekundę coraz bardziej psują mi nastrój, a już i tak nie był najlepszy.

Cieszyłam się na zakończenie rezydentury, a jednocześnie jest mi też z tego powodu smutno. Będę tęsknić za przyjaciółmi ze szpitala i za panującym tam chaosem, chociaż przez cztery lata ciągle powtarzałam, że nie mogę się doczekać, aż się od tego uwolnię. Poza tym teraz czeka mnie trzymiesięczny staż w Narodowych Instytutach Zdrowia, który nie gwarantuje mi żadnej pracy, więc tak naprawdę nie mam aż tak wielkiej ochoty świętować. I naprawdę nie potrzebuję kolejnych dowodów na to, że wszyscy radzą sobie w życiu lepiej ode mnie, zarówno na gruncie zawodowym, jak i osobistym, z tymi ich szczęśliwymi związkami małżeńskimi i czułymi spojrzeniami, które wymieniają ponad głowami swoich dzieci. Moje rozgoryczenie wydaje się bezsensowne, zważywszy na to, że nawet nie chcę tego, co oni, ale i tak z jakiegoś powodu jest mi przykro.

Hayes bierze córkę na ręce, a ona opiera główkę na jego klatce piersiowej i wkłada sobie kciuk do ust. Co za słodziak. Cieszyłabym się z takiej córeczki, gdyby moje życie mogło potoczyć się inaczej.

– Muszę się napić. – Zrywam się na równe nogi.

Potrzebuję dużo drinków. Bardzo dużo.

Podchodzę do baru. To mój ostatni weekend w tym mieście przed wyjazdem do Waszyngtonu. Wreszcie będę wolna od doktora Patela, najgorszego na świecie lekarza prowadzącego. Nie mogę pozwolić tym wszystkim pieprzonym szczęściarzom mi tego zepsuć.

Uśmiecham się do jednego z barmanów, a on podchodzi do mnie pospiesznie.

– Poproszę…

Wtem czyjaś ręka ląduje na moim tyłku.

– Dwa giny z tonikiem – dokańcza Six, po czym uśmiecha się do mnie, jakby wiedział, że już jestem jego. – Co się z tobą stało zeszłej nocy? Poszłaś potańczyć i już nie wróciłaś.

Przyciskam palec do skroni. Niech to szlag. Prawie zrealizowałam swoje zamiary, dopóki Graham Tate nie pokrzyżował mi planów.

– Naprawdę nie pamiętam. Pewnie położyłam się do łóżka.

Tak, tylko że z kimś innym. Przez przypadek! Co za klasa.

– No nic, została nam jeszcze dzisiejsza noc – zauważa Six i podsuwa mi jeden gin z tonikiem. – Wypij to szybko. Zaraz weźmiemy udział w walce kogutów. Pomyślałem, że spodoba ci się ten pomysł, mała dzikusko.

W jego ustach brzmi to jak komplement, podczas gdy Graham niewątpliwie stworzyłby długą listę powodów, dla których bycie małą dzikuską nie jest wcale niczym pożądanym. „Zgodnie z moimi wyliczeniami – zacząłby – istnieje dziewięćdziesięcioprocentowe prawdopodobieństwo, że taka kobieta jak ty spowoduje wypadek samochodowy, zapomni opłacić rachunek lub dostanie reprymendę za zbyt sugestywny taniec na stole w kawiarni”.

Six prowadzi mnie po schodach do basenu. Woda jest ciepła jak w wannie z kąpielą dla dziecka. Zanurza się tak nisko, jak tylko może, żeby mógł mnie wziąć na barana.

– Właź – mówi.

– Z kim walczymy? – pytam, zakładając nogę na jego ramię.

– Ze mną – mówi głęboki głos za moimi plecami i od razu dostaję gęsiej skórki na rękach. Odwracam się, akurat gdy Graham wchodzi do wody, wyglądając tysiąc razy lepiej, niż powinien wyglądać taki nudziarz jak on. Nie ma na ciele ani jednego tatuażu, ale facet z tak wyrzeźbionym ciałem wcale ich nie potrzebuje: sam w sobie jest dziełem sztuki. Dopóki go nie zepsuje, otwierając swoje cholerne usta.

– Keeley, to jest Elise. – Wskazuje na dziewczynę obok siebie, której jakoś wcześniej nie zauważyłam. Jest moim dokładnym przeciwieństwem: wydaje się zbyt elegancka i porządna, żeby w ogóle brać udział w walce kogutów. Oj, zaraz ją powalę. – Pracuje z Benem i Gemmą.

Grr. Prawniczka. Jak dla niego idealna. Mogliby zanudzać się nawzajem godzinami.

Moja posiniaczona kość łonowa naciska na tył głowy Sixa, co przypomina mi, że Graham jednak nie zawsze jest taki nudny, jak by się mogło wydawać.

Six i ja zanurzamy się głębiej, podczas gdy Elise wspina się na ramiona Grahama.

– Ta dziewczyna jest malutka – mówię do Sixa. – Zaraz to wygramy.

– Ty też jesteś malutka, dzikusko.

Zgoda, ale jestem też zajebiście waleczna. To brzmi jak cytat z Szekspira, ale nie wiem, czy Szekspir używał określenia „zajebiście”, więc postanawiam zachować to dla siebie. Jeszcze Graham by mi to wytknął.

– Gotowi? – pyta.

Niesie Elise na swoich szerokich barach z zadowolonym uśmiechem na twarzy, a ja drżę w reakcji na ten widok. Pomyślałabym, że to ze strachu, ale w ogóle się go nie boję. Powraca do mnie za to kilka bardzo wyraźnych wspomnień z zeszłej nocy, które nie mają nic wspólnego ze strachem przed tym mężczyzną – wręcz przeciwnie. Akurat dodają mi energii, której potrzebuję, żeby zrzucić Elise z ramion Grahama w ciągu zaledwie pięciu sekund.

Six wydaje z siebie entuzjastyczne okrzyki.

– Oto moja wojowniczka!

– To miała być zabawa, Keeley. – Graham pomaga Elise się podnieść. Mokre włosy przylepiły się jej do twarzy, a tusz do rzęs spłynął do wody. – A nie starcie na śmierć i życie.

– Wygląda na to, że wyszedłeś z formy. – Posyłam mu uśmieszek.

Prześlizguje się po mnie powoli zaborczym wzrokiem, począwszy od moich ust aż do piersi i bioder, a potem podchodzi bliżej. Drżę, gdy jego dłoń ociera się o moją talię, a oddech pieści ucho.

– Keeley – mówi tak, że tylko ja słyszę – oboje wiemy, że to nieprawda.

A potem odchodzi, a mi sutki sterczą tak bardzo, że muszę założyć ręce na piersi, kiedy wychodzę z basenu. To na pewno nie przez temperaturę.

Przyjęcie ma się odbyć na rozległym, pochyłym trawniku przynależącym do hotelu. Graham upierał się, żeby wszystkie dekoracje były czarno-białe. Pewnie chodziło o to, żeby nikomu się za bardzo nie spodobały. Facet nie zniósłby tylu pozytywnych emocji.

Dzięki mojej sztucznej opaleniźnie i przedłużonym rzęsom nie potrzebuję dziś wieczorem zbyt wiele makijażu – wystarczy czerwona szminka i trochę rozświetlacza. Upinam włosy w kok, ale pozostawiam kilka luźnych kosmyków przy twarzy. Mężczyźni często chwalą tak wyglądające kobiety za urodę niewymagającą zbytniego nakładu kosztów, ponieważ nie mają bladego pojęcia, jak bardzo dziewczyna musi się postarać, żeby osiągnąć taki efekt. Tacy faceci powiedzą ci, że jesteś szczęściarą ze swoim naturalnym pięknem, ponieważ „nie potrzebujesz tony tego gówna, którego używają inne kobiety”, podczas gdy ty spędziłaś czterdzieści pięć minut na samym konturowaniu twarzy.

Mam na sobie dopasowaną, białą sukienkę bez rękawów z wycięciem w kształcie litery V sięgającym mi do żeber. Pochylam się do swojego odbicia w lustrze, żeby się upewnić, że nigdzie na moim ciele nie widać śladów z zeszłej nocy – dziś rano odkryłam malinki na biuście i po wewnętrznej stronie ud. A potem podziwiam odsłonięty kontur moich piersi z boku. Co dziwne, najpierw zastanawiam się, jak się spodobam Grahamowi, a dopiero potem potrząsam głową i zmuszam się do skupienia na Sixie.

Zjeżdżam windą na dół, czując ucisk w żołądku. Kiedy już wyjdę z Sixem pod koniec przyjęcia, Graham na pewno to zauważy i postara się, żeby wzbudzić we mnie poczucie winy. Jak mogłam w ogóle się z nim przespać zeszłej nocy? Czyżbym miała wiele osobowości, a jedną z nich była nudziara, która woli rozprawiać o inflacji niż świetnie się bawić z gwiazdą rocka?

Wychodzę tylnymi drzwiami i pierwszą osobą, którą widzę na trawniku, jest oczywiście Graham, ubrany od stóp do głów w czerń. Omawia coś z obsługą. Gapię się na niego przez chwilę – oczywiście zanim pojawia się wstręt. Świetnie się ubiera i, Boże, to naprawdę wielka szkoda, że usta godne hollywoodzkiego aktora przypadły akurat takiemu męczyduszy. No dobra, może wcale nie mam wielu osobowości, tylko jedną, wyjątkowo płytką.

Odwraca się, jakby wyczuł moje spojrzenie, i prześlizguje się wzrokiem po mojej twarzy, a potem wędruje nim w dół, do piersi i talii, i znów w górę. Jego nozdrza się rozszerzają, jakby był zwierzęciem, które właśnie wyczuło zapach swojej ofiary.

– Gotowa uwieść swojego gwiazdora? – pyta.

Na sekundę zupełnie zapomniałam o Sixie.

– Cóż, byłoby mi łatwiej, gdybyś nie odrzucił mojego pomysłu z tequilą nalewaną po rzeźbie z lodu.

– Nie sądzę, żebyś potrzebowała kogokolwiek upijać, żeby zaciągnąć go do łóżka, Keeley – mamrocze i przymyka powieki. Potem sięga do teczki i pokazuje mi jakąś kartkę. – Musimy jeszcze raz przejrzeć plan rozmieszczenia gości. – Wskazuje na jeden ze stolików z mnóstwem małych kropek. – Co to jest?

– To stolik dla ludzi z dziećmi. – Przewracam oczami. – Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale trochę za późno na takie pytania.

– Specjalnie usadowiłaś ich daleko ode mnie? – pyta.

– Daleko od nas obojga – odpowiadam. – Dzięki Bogu.

– Nie lubisz dzieci? – Unosi brew.

W głębi duszy wydaję lekkie westchnienie ulgi. Tak naprawdę to je lubię, ale ponieważ nie planuję ich mieć, ich obecność zawsze budzi ten cichy głosik z tyłu mojej głowy, który pyta, czy aby na pewno dobrze wybrałam. Wolałabym nie spędzać całego wieczoru na próbach zagłuszenia tych podszeptów.

– Zabieranie ich ze sobą na Coachellę czy spontaniczne wycieczki do Cabo wydaje mi się nieco zbyt problematyczne.

– To pierwsza rozsądna rzecz, którą od ciebie usłyszałem w ciągu jakichś sześciu tygodni – komentuje.

Przyjęcie jest eleganckie, więc przebiega bez żadnych problemów. Nigdy nie przyznam tego przed Grahamem, ale całe to wydarzenie znacznie bardziej pasuje do Bena i Gemmy niż impreza, którą ja bym im zorganizowała, gdyby nie on.

Poza tym nie muszę tego przyznawać przed Grahamem, bo on i tak już to wie. I nie ma oporów, by się tym napawać.

– Wygląda na to, że impreza w Los Angeles wcale nie jest przeciwieństwem dobrej zabawy. – Staje obok mnie.

Podnoszę głowę. A potem wyżej i jeszcze wyżej. Naprawdę trudno jest okazywać temu facetowi pogardę, kiedy prawie się przewracam, żeby napotkać jego wzrok.

– A od kiedy jesteś ekspertem od dobrej zabawy?

– Nie słyszałem w nocy żadnych skarg.

Moja głowa znów unosi się w jego stronę.

– Przede wszystkim chyba zgodziliśmy się co do tego, że ostatnia noc nigdy się nie wydarzyła, nieprawdaż? – Rozglądam się wokół siebie. – Po drugie, jestem zaskoczona, że w ogóle ją pamiętasz.

Wątpię, aby zabrał mnie do swojego pokoju na trzeźwo.

– Pamiętam wystarczająco – oznajmia, patrząc na moje usta, a coś w jego chropowatym głosie zdradza zainteresowanie moją osobą i przywołuje niebezpieczne wspomnienie z zeszłej nocy. Robił mi dobrze, przytrzymując w miejscu dłońmi przyciśniętymi do mojego brzucha. Nie spuszczał przy tym ze mnie wzroku, wygłodniały i całkowicie zaangażowany.

– Ha – wyrywa mi się mimowolnie. Nagle już nie mam żadnych wątpliwości, że jest w Grahamie coś, co mi się podoba. I to bardzo.

Six na mnie czeka i powinnam jak najszybciej zakończyć tę pogawędkę, ale…

– A co dokładnie pamiętasz?

Prześlizguje się wzrokiem po mojej twarzy i już otwieram usta, żeby mu odpowiedzieć, kiedy Six obejmuje mnie ramieniem i podsuwa mi tacę pod nos.

– Szoty. – Uśmiecha się do Grahama. – Dla ciebie też. Chociaż podrywasz moją dziewczynę.

– Nie wiedziałem, że to twoja dziewczyna – cedzi przez zęby Graham.

– Nic się nie stało, stary – odpowiada Six, ignorując ton głosu brata Bena. – Nie chowam urazy, a twój brat dwukrotnie wyciągnął mnie z więzienia, więc jesteś praktycznie moim bratem.

– Byłeś dwa razy w więzieniu? – Graham uśmiecha się sarkastycznie, podnosi szota z tacy i wznosi za mnie toast. Jeszcze nigdy żaden zarozumiały dupek nie wydawał mi się bardziej seksowny. – Wygląda na to, że jesteście dla siebie idealni.

Six zupełnie nie wyłapuje sarkazmu Grahama.

– No jasne! – wykrzykuje, wychyla alkohol jednym haustem i kiwa głową do Grahama. – Idziemy potem do baru w centrum miasta. Dołączysz?

Błagam Grahama w duchu, żeby się z tego wymigał. Niech oznajmi, że musi dokonać analizy porównawczej PKB małych krajów, o których nikt nie słyszał, albo zrobić cokolwiek innego, co zwykle robi dla rozrywki w sobotnie wieczory. Ale zamiast tego wbija we mnie wzrok i odpowiada:

– Jasne. Dlaczego nie?

Uniemożliwianie mi i Sixowi odbycia stosunku płciowego najwyraźniej sprawia mu szczególną przyjemność. Nie ma co, ten facet dba, aby żadna samica nie zaznała satysfakcji.

A te malinki i ból między nogami? Nieważne, one jeszcze o niczym nie świadczą.

4

Keeley

Bum, bum, bum.

Ten łomot przypomina piłkę do koszykówki uderzającą w mikrofon. Albo ogień armatni. Dopiero po chwili dociera do mnie, że to łomot w mojej głowie.

Otwieram powoli oczy. Wszystko wydaje się zamazane, więc z początku nie widzę otoczenia wyraźnie. Gdzie jestem, do cholery? Wszystkie pokoje w Langham wychodzą na pole golfowe – nudne i niekończące się morze zieleni – a tymczasem ja widzę przez okna… jakieś miasto. I nie jest to LA.

Chciałabym powiedzieć, że jeszcze nigdy nie obudziłam się w niewłaściwym pokoju, ale byłoby to oczywiste kłamstwo, skoro doszło do tego choćby wczoraj. Mogę przynajmniej zapewnić, że nigdy nie obudziłam się w niewłaściwym mieście – aż do dzisiaj.

Proszę, niech to będzie Six. Bądź Sixem, błagam, modlę się w duchu, przewracając się na drugi bok.

I co widzę? Przystojną twarz Grahama Tate’a wciśniętą w poduszkę.

Cholera jasna, Keeley.

Nagle rozlega się muzyka i woda wzbija się wysoko w powietrze z fontanny za oknem. Od razu ją rozpoznaję, bo zawsze zatrzymuję się w Bellagio, kiedy odwiedzam Vegas.

Jestem w pieprzonym Vegas.

Jakim cudem? Jak to w ogóle możliwe? Vegas jest oddalone od Los Angeles o pięć godzin jazdy. Żadne z nas nie było na tyle trzeźwe, żeby móc prowadzić, i chociaż jestem rażąco nieodpowiedzialna, to jednak nigdy nie wsiadłabym do samochodu z pijanym kierowcą.

Zamykam oczy, modląc się, żeby mój żołądek przestał się wywracać na drugą stronę, a głowa pulsować przez chwilę, abym mogła pozbierać w jedną całość fragmenty wspomnień z zeszłej nocy. Pamiętam Grahama obok mnie na parkiecie. Wyglądał bardzo poważnie i zarozumiale, co zapewne oznacza, że coś przeskrobałam. A potem stałam przed klubem nocnym w centrum Los Angeles z Drew, szwagierką Sixa, gdzie odbyłyśmy emocjonalną rozmowę po pijanemu, choć nie mam najmniejszego pojęcia, o czym rozmawiałyśmy. Szczerze mówiąc, to do mnie niepodobne z moją pijacką supermocą.

Wyciągam rękę na oślep w nadziei, że odnajdę swój telefon i szybko rozwikłam tę osobliwą zagadkę, kiedy nagle słyszę charakterystyczny brzęk, gdy moje palce natrafiają na szafkę nocną.

Jeszcze zanim na dobre otwieram oczy, ogarnia mnie przerażenie – to dźwięk pierścionka. Którego nie noszę.

Żołądek mi się zaciska, gdy spoglądam na platynową obrączkę. Przewracam się na drugi bok, a moja głowa protestuje intensywnym pulsowaniem. Ręka Grahama leży na mojej poduszce i on też ma na niej obrączkę.

Nie. Nie, nie, nie. Zaciskam powieki. Keeley, nie mogłaś tego zrobić.

Znów otwieram oczy. Cholera, a jednak to zrobiłam.

Jakimś cudem przylecieliśmy z Grahamem do Vegas i wzięliśmy tu ślub.

Na pewno nie po to tu przyjechaliśmy. A jednak znaleźliśmy się w tym mieście i jedno z nas było na tyle pijane, żeby zasugerować: „Hej, skoro już przechodzimy obok tej kapliczki… Czy nie byłoby zabawnie, gdyby Elvis udzielił nam ślubu?”, a drugie było na tyle pijane, żeby odpowiedzieć: „Tak, zróbmy to!”.

I chociaż w mojej głowie pojawia się niewyraźne wspomnienie tego, jak szłam do ołtarza, to jednak postanawiam, że to się nie mogło wydarzyć. Pewnie tylko o tym rozmawialiśmy, kupiliśmy obrączki, ale się spóźniliśmy, a potem zasnęliśmy. Chociaż sądząc po opakowaniach prezerwatyw na stoliku nocnym, nie zasnęliśmy od razu, więc nie mogliśmy być aż tak zmęczeni.

Boże, dlaczego tak niewiele pamiętam? Tylko przebłyski z ostatniej nocy: otwieranie butelki szampana i ciemne spojrzenie Grahama, gdy pociągałam za jego pasek na tylnym siedzeniu limuzyny. Jego zęby muskające moją wrażliwą skórę i nasze rozgorączkowanie. I to, jak mówił mi do ucha: „Kurwa, zaraz dojdę”.

Świetnie. To cała ja: pamiętam seks, ale nic z naszej pięciogodzinnej podróży do innego stanu ani ze składania sobie przysięgi małżeńskiej na całe życie.

Kiedy mój „mąż” się obudzi, będzie tym wszystkim jeszcze bardziej przerażony ode mnie. I zacznie mnie obwiniać, bo jestem przekonana, że najbardziej szalonym, na co do tej pory zdobył się Graham Tate, było skorzystanie z ulgi podatkowej.

Dlatego istnieje tylko jedno możliwe rozwiązanie: wysunąć się cicho z łóżka, wrócić do Kalifornii i udawać, że to się nie wydarzyło.

I, Boże drogi, naprawdę muszę przestać pić.

5

Graham

Obudziłem się w pokoju hotelowym w Vegas z ogromnym kacem.

Mama błagała mnie, żebym się wreszcie odprężył i zabawił w ten weekend, ale szczerze wątpię, żeby miała na myśli akurat to.

W pokoju panuje totalny chaos – w rozgorączkowaniu przewróciliśmy stołek barowy przy kuchennym blacie, zerwaliśmy karnisz i rozbili obraz, który wisiał na ścianie. A jednak nic mnie to nie obchodzi. W dodatku zamiast być zmęczony po minionej nocy już jestem twardy jak skała.

Przewracam się na bok, żeby się przywitać z moją świeżo poślubioną żoną, ale odkrywam, że łóżko jest puste. Spoglądam w stronę łazienki i powoli dociera do mnie, że nie ma tu po niej śladu. Zniknęły nawet ubrania, które porozrzucała po pokoju.

W zasadzie to jedyną prawdziwą niespodzianką jest to, że w ogóle mnie to zaskoczyło. Jak mogłem się spodziewać, że sprawy potoczą się inaczej?

Dalsza część w wersji pełnej