11 osób interesuje się tą książką

Opis

Nowa porywająca powieść autorki Przebudzenia Olivii o cienkiej granicy między miłością i nienawiścią

Erin Doyle i Brendan Langstrom od dawna za sobą nie przepadają. Dziewczyna nie znosi kobieciarzy, Brendan nigdy nie ukrywał, że jedyne co go interesuje, to przygody na jedną noc i zero zobowiązań.

Mężczyzna ma jednak kłopoty i szuka miejsca, w którym mógłby na jakiś czas zamieszkać. W tej sytuacji narzeczony Erin, który jest zarazem jego najlepszym przyjacielem, proponuje mu mieszkanie w na terenie ich wspólnej posiadłości. Upokorzona dziewczyna nawet nie próbuje ukryć faktu, że bardzo jej się nie podoba ten pomysł.

Jednak pod nieobecność Roba, Brendan przez przypadek poznaje sekret Erin, którego nie zdradziła nawet swojemu narzeczonemu. Może okazać się, że mężczyzna, o którym Erin miała tak złe zdanie, stanie na wysokości zadania i będzie jedyną osobą, która może jej pomóc.

__

O autorce:

Elizabeth O’Roark po latach pisania publikacji medycznych, postanowiła, że w końcu chce zacząć pisać coś, co jest tylko i wyłącznie wytworem jej wyobraźni. Jej powieść Przebudzenie Olivii zyskała ogromne uznanie fanów w Polsce i za granicą, a także została nagrodzona złotym medalem Independent Publisher Book Awards. Elizabeth mieszka w Waszyngtonie z trójką swoich dzieci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 424

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


1

Obecnie

Gdy w moim życiu źle się układa, śnią mi się fale przypływu. Takie ściany wody wzbierające ku niebu to podobno oznaka poczucia bezsilności. Budzę się, chciwie łapiąc oddech, zbyt zaniepokojona, żeby ponownie zasnąć.

Nienawidzę tego snu, ale jest jeden, którego nienawidzę jeszcze bardziej. Śni mi się wtedy, gdy wszystko układa się dobrze.

Przenoszę się w nim do dnia, w którym moja najlepsza przyjaciółka wyszła za mąż. Jest ciepło, ale nie gorąco, słońce wisi nisko nad wodami odległej Grace Bay, a wiolonczelistka gra partię kanonu D-dur Pachelbela.

Koordynatorka weselna klepie mnie w ramię. Krótko ściskam Olivię, uważając na welon, po czym kieruję się ku zebranym. Wszystkie głowy obracają się w moją stronę. Nie przepadam za byciem w centrum uwagi, ale nie ma to nic wspólnego z uciskiem, jaki czuję w żołądku.

Nie patrz na niego.

Ileż to razy już się o to prosiłam? Zignoruj go, zapomnij o nim. Nie wiem, po co w ogóle to sobie powtarzam, przecież ani razu nie podziałało. Nie potrafię się powstrzymać nawet teraz, gdy wśród gości siedzi mój chłopak. Nie przeszłam jeszcze dwóch metrów, a moje spojrzenie już wędruje prosto ku tej jednej osobie, ku której nie powinno: ku drużbie.

Stoi po prawej stronie swojego brata i patrzy na mnie w sposób, w jaki robił to przez ostatnie kilka miesięcy – jakby miał zjeść mnie żywcem, gdybym tylko na to pozwoliła. Jego oczy, równie niebieskie jak morze, które ma za plecami, napotykają moje i serce podskakuje mi w piersi. Jeden długi skok trwa tyle, ile pięć czy sześć zwykłych uderzeń serca. W myślach zaczynam go błagać: Jeszcze nie jest za późno. Nadal możesz to naprawić. Proszę, napraw to.

Nienawidzę budzić się z tego snu. Nienawidzę towarzyszącego przebudzeniu uczucia głodu, pragnienia ujrzenia tego mężczyzny, który tak naprawdę nigdy nie zasługiwał ani na jedną minutę mojego życia.

Tego ranka otwieram oczy, nadal starając się usłyszeć wiolonczelistkę, i przez chwilę jestem zaskoczona, że docierają do mnie tylko zwyczajne dźwięki: szum płynącej wody, warkot elektrycznej maszynki do golenia. Kiedy odwracam się ku stolikowi nocnemu i wsuwam na palec pierścionek zaręczynowy, serce nadal wali mi w piersi. Nie mogę uwierzyć, że po tylu latach nadal śni mi się to samo.

Wiem, co powiedziałaby terapeutka, bo już to od niej słyszałam. „To tylko lęk – zapewniła. – Każdy przez to przechodzi”. Boże, mam nadzieję, że się nie myliła.

Z łazienki wyłania się Rob obleczony tylko ręcznikiem.

– Przepraszam – mówi i marszczy brwi. – Starałem się być cicho.

Spotkanie z klientem się przedłużyło, przez co wrócił dopiero po północy, a mimo to teraz, ledwie o piątej rano, już szykuje się do wyjścia. Tak od kilku miesięcy wygląda jego życie, ponieważ nadzoruje fuzję. Wczoraj musiałam wyrzucić kolację do kosza. Nie winię go za to, poza tym fuzja dobiega już końca, ale czasami zastanawiam się, czy Rob kiedykolwiek zwolni to szaleńcze tempo. Chyba trochę za bardzo mu się to podoba.

– Nie ma sensu, żebyśmy dzisiaj obydwoje jechali na ostatkach sił – stwierdza. – Śpij dalej.

Łapie bokserki i zrzuca ręcznik, ukazując idealne ciało będące efektem wielu godzin spędzonych na siłowni i zdrowego odżywiania, którego mu zazdroszczę. Obserwowanie go, gdy się ubiera, to czysta przyjemność, nawet o tak wczesnej godzinie.

– Wiesz – próbuję nadać swojemu głosowi uwodzicielski ton – skoro obydwoje nie śpimy i znajdujemy się w tym samym miejscu o tej samej porze, przychodzi mi do głowy coś ciekawszego od snu.

Nie jestem pewna, czy kieruje mną pożądanie, czy poczucie winy, bo naprawdę wkurza mnie, że znowu miałam ten sen. Bogu niech będą dzięki, że Rob nie potrafi czytać mi w myślach.

Krzywi się.

– W Amsterdamie jest osiem godzin później, skarbie. Naprawdę muszę już iść. Ale wcześnie dziś wrócę.

– Nie przypominaj mi o tym – marudzę.

Po kilku latach spędzonych na innym kontynencie do Kolorado wrócił właśnie Brendan, najlepszy przyjaciel Roba, i przychodzi do nas wieczorem. To radosna nowina, ale tylko dla jednego z nas.

Rob unosi jedną brew.

– Obiecałaś być miła.

– Tak dla jasności, obiecałam przyzwoicie się zachowywać. A to z pewnością więcej, niż dostanę w zamian od niego.

Nie potrafię tego wyjaśnić. Moja nienawiść do Brendana przypomina podziemne źródło: wydaje ci się, że wody nie może być już więcej, ale ta wciąż napływa.

Pomijając sny o nim. Wtedy jakoś go nie nienawidzę…

2

Obecnie

Jestem roztrzęsiona. Tak długo wpatruję się w komputer bez wydania mu żadnej komendy, że dwa razy przeszedł w tryb hibernacji.

Wiem, że Olivia – jedyna członkini naszej uniwersyteckiej drużyny, która zdołała zostać zawodową biegaczką – trenuje właśnie w górach na północ od Seattle. Ale i tak mam ochotę do niej zadzwonić, jakby wzięcie jej na spytki miało mnie jakoś uspokoić. Dlaczego Brendan jest tutaj, skoro cała jego rodzina się przeprowadziła? Dlaczego nie może pojechać do Seattle?

Oczywiście do niej nie zadzwonię. Brendan jest jej szwagrem, a ona go wprost uwielbia. Moja wrogość wobec niego to dla niej zagadka, zresztą tak jak i dla Roba. Wszyscy uważają, że nie da się go nie lubić. Mylą się.

Gdzieś z góry spływa powoli dokument i ląduje na moim biurku. Podnoszę głowę i widzę, że znad dzielącej nasze boksy ścianki świdruje mnie wzrokiem Harper, koleżanka z pracy.

– Dodałam właśnie coś nowego do twojej tablicy na Pintereście – informuje. – Bukiet składa się z kwiatów kalii przewiązanych pomarańczową wstążką, która pasuje do szarfy na sukniach druhen.

Obsesja Harper na punkcie mojego ślubu nie przestaje mnie zadziwiać, biorąc pod uwagę, że przyjaciółka gardzi stałymi związkami.

– Szarfą na jakich sukniach druhen? – pytam. – Nawet nie ustaliliśmy jeszcze daty.

Harper odsuwa się od ścianki, przechodzi do mojego boksu i po przełożeniu kilku teczek z dokumentami na podłogę siada na moim biurku.

– Rob oświadczył ci się ponad rok temu.

Wzruszam ramionami.

– Jest zajęty, a ja muszę przygotować informator wydziałowy. Nie mamy na nic czasu.

Dla mnie to brzmi rozsądnie, ale Harper wydaje donośny jęk i uderza tyłem głowy o wyłożoną wykładziną ściankę działową.

– Informator wydziałowy? Czy ty się w ogóle słyszysz? Nie pracujesz dla Lekarzy bez Granic, Erin, tylko w dziale PR koledżu i nienawidzisz swojej pracy.

– To nieprawda.

– Oczywiście, że prawda – upiera się i przewraca oczami, zerknąwszy na zamknięte drzwi do gabinetu szefa. – Wszyscy tutaj nienawidzimy swojej pracy. – Harper ma rację. Timothy jako zwierzchnik obrzydziłby każdą pracę. Jego charakter to koszmarne połączenie arogancji i głupoty. Nie ma żadnej realnej wiedzy, tylko używa chwytliwych haseł marketingowych. East Colorado University to nie tylko moje miejsce pracy, ale i moja Alma Mater, a lata spędzone tutaj z Olivią pozostawiły mi najlepsze wspomnienia w całym życiu, więc tworzenie dobrego wizerunku tej uczelni jest dla mnie ważne. Dla Timothy’ego natomiast liczy się on sam. Całymi godzinami może słuchać swojego głosu, kiedy gada do nas o czymś, co nigdy nie sprawi, że będziemy lepsi w swojej pracy.

– Spojrzę później na Pinterest – obiecuję, odchylam się na fotelu i zamykam oczy. Myśl o ślubie mnie przytłacza, a i bez niej jestem już wystarczająco przytłoczona. – Trochę się dziś stresuję.

– Co się dzieje?

Waham się, bo nie chcę powiedzieć tego głośno.

– Brendan przyjeżdża dziś na kolację. – Chyba nadal czuję się winna. Po każdym takim śnie poczucie winy nie opuszcza mnie przez kilka dni.

– Brendan? To seksowne ciacho? Myślałam, że mieszka gdzieś w Europie.

– Tak było – wzdycham. – We Włoszech, później w Hiszpanii, a potem jeszcze gdzieś indziej. A teraz najwyraźniej wrócił do domu.

Wyprowadził się tuż po ślubie brata i Olivii, a ja odczułam ogromną ulgę. Od tamtej pory moje życie było normalne, bez tych wszystkich wzlotów, upadków i dramatów. I naprawdę bardzo chcę, żeby tak zostało.

– Pokaż mi jego zdjęcie – prosi Harper. Jej spojrzenie nagle wydaje się odległe, jak zawsze gdy myśli o seksie. Czyli przez dziewięćdziesiąt procent czasu.

Krzywię się.

– Dlaczego miałabym mieć jego zdjęcie?

– Daj spokój. Gdzieś w sieci na pewno się znajdzie. Na Facebooku? Wejdź na profil Olivii. Założę się, że ma tam zdjęcia ze ślubu.

Domyślam się, że nie ma. Olivia w ogóle nie była pewna, czy chce wyjść za mąż. A poza tym pokazywanie swoich zdjęć całemu światu zupełnie nie jest w jej stylu.

Niechętnie budzę komputer, ale nie wchodzę na profil Olivii, tylko Dorothy. To matka pana młodego – a zatem również Brendana – i bardzo ją lubię. Nikt nie cieszył się ze ślubu Willa i Olivii bardziej niż ona, więc jestem pewna, że zamieściła wszystkie zdjęcia zrobione na uroczystości.

Znajduję je pod milionem fotografii jej dwojga wnucząt, po czym klikam na zdjęcie nas czworga: Willa, Olivii, Brendana i mnie. Harper wydaje z siebie delikatne jęknięcie na jego widok, a ja z trudem przełykam ślinę. Brendan ma wręcz niemożliwie doskonałą twarz: kwadratowa żuchwa, prosty nos, pełne usta, jasnoniebieskie oczy. Może teraz go nienawidzę, ale naprawdę nie mogę siebie winić za to, jak mocno się w nim kiedyś zabujałam.

– Matko jedyna – szepcze Harper. – Skoro wrócił do domu, koniecznie musisz mnie z nim spiknąć.

– Harper, za bardzo cię kocham, żeby narazić cię na tak wiele chorób wenerycznych. Masz pojęcie, z iloma kobietami on spał?

– Czyli mówisz, że jest seksowny i doświadczony. Tym lepiej. – Dokładniej przygląda się Olivii i mnie z czasów biegania w drużynie uczelni. – Spójrz na siebie! Ledwo bym cię poznała. – Przed ślubem Olivii rzuciłam już cheeseburgery i zaczęłam chodzić na pilates, ale całym tym kobiecym gównem typu pasemka i makijaż z niechęcią zajęłam się dopiero pod przewodnictwem Harper.

– Całe uznanie należy się tobie.

– I właśnie tak – odpowiada, stukając w zdjęcie Brendana – możesz mi się odwdzięczyć.

Wracam z pracy. Nie widzę przed domem samochodu Brendana, ale wiem, że już tu jest. Moje przypuszczenie się potwierdza, kiedy dociera do mnie jego śmiech. To dźwięk, który poznam wszędzie – głębszy niż śmiech Roba, ochrypły i niski, wydobywający się gdzieś z głębi klatki piersiowej. Jestem pewna, że laski wskakiwałyby mu do łóżka, tylko słysząc ten śmiech, jeszcze przed ujrzeniem jego posiadacza.

Kiedy wychodzę do ogródka za domem, żołądek mi się przewraca jak zawsze przed jakimś niemiłym wydarzeniem. Dociera do mnie, że obydwoje powinniśmy już zachowywać się jak dorośli. Zdaję sobie również sprawę z tego, jak mało jest to prawdopodobne.

Nasze spojrzenia się spotykają i moje serce gubi rytm mimo najlepszych intencji. Nie wiem, jak to w ogóle możliwe, ale Brendan jest jeszcze przystojniejszy niż kiedyś. Jego skóra nadal jest złocista, a usta ciągle prowokują grzeszne myśli, ale nie pozostało w nim już nic z chłopca. Nie jest już tyczkowaty, tylko umięśniony, a przystrzyżone na krótko włosy podkreślają rysy twarzy. Wkurza mnie, że wygląda jeszcze lepiej.

Siedzi naprzeciwko Roba, obok kominka, i sprawia wrażenie bardziej rozluźnionego na mojej pieprzonej werandzie, niż ja się kiedykolwiek czułam – ale zawsze tak miał. Zawsze był zbyt pewny siebie i zbyt atrakcyjny, co nie mogło mu wyjść na dobre.

Wstaje i pobieżnie, chłodno się ściskamy. Nawet to już dla mnie za dużo. Rob nie należy do mikrusów, ale przy Brendanie czuję się tak mała, jakby mógł mnie przypadkowo zmiażdżyć, gdyby nie uważał. Widziałam jego minę, kiedy do nich dołączyłam, i nie zaskoczyłoby mnie, gdyby podczas tego uścisku wyobrażał sobie, jak mnie zgniata. Nie zliczę, ile razy próbował namówić Roba, żeby ten mnie rzucił, nie zamieszkał ze mną, nie oświadczył mi się.

Owszem, na początku związku z Robem pocałowałam innego faceta. Ale jakim trzeba być hipokrytą, żeby mieć o to pretensję, skoro właśnie z nim to zrobiłam?

– Chyba powinienem wam pogratulować – mówi Brendan, wracając na swoje miejsce, a Rob sadza mnie sobie na kolanach. – Kiedy jest ten wielki dzień?

– Tak daleko jeszcze nie zabrnęliśmy – odpowiada Rob – ponieważ jedno z nas nie chce ustalić daty. – Stara się, żeby to zabrzmiało jak żart, ale ja słyszę w jego głosie również niezadowolenie.

Brendan rozsiada się na krześle. Z każdego jego ruchu, łącznie z tym, przebija naturalna męskość. Rozpiera się na krześle jak facet, który czeka na trzeciego loda tego dnia. Znając go, nie zdziwiłabym się, gdyby to była prawda.

– Wiecie, w Europie zaręczenie się i poprzestanie na tym jest dość popularne – stwierdza.

– Właśnie! – wykrzykuję i odwracam się do Roba. Prawdopodobnie powinnam być bardziej rozgoryczona, że Brendan i ja mamy podobne zdanie na jakiś temat. – Słyszałeś, kochanie? Po prostu mam do tego europejski stosunek.

– Tyle że ja nie chcę Europejki. Chcę swojej Irlandki z New Jersey – odpiera Rob i z czułym uśmiechem odgarnia mi włosy za ucho. – I naprawdę chcę ślubu.

Brendan patrzy na nas wzrokiem, którego nie potrafię rozszyfrować. Jest pogardliwy, a jednak odległy, jakbyśmy byli zwierzętami w klatce, które musi obserwować. Pewnie ma swoje powody. Z tego, co wiem, był tylko w jednym związku – z jakąś dziewczyną we Włoszech – i nic z tego nie wyszło.

– A ty? – pyta go Rob. – Co sprowadza cię do domu?

Wzrusza ramionami.

– Czułem, że to już czas. Chcę otworzyć tu w czerwcu własną firmę, ale zanim zacznę cokolwiek robić, muszę poznać nową bratanicę. W ten weekend jadę do Seattle.

Rozpogadzam się wewnętrznie na samą myśl o Caroline, najmłodszym dziecku Olivii i Willa, która niedługo zostanie moją – i Brendana – chrześnicą. To najpiękniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek widziałam, z oczami po wujku. Może i jest on utrapieniem dla połowy populacji, ale nikt na świecie nie ma jego oczu – przejrzystych, jasnoniebieskich, koloru szkła morskiego.

Kiedyś uwielbiałam takie szkło oszlifowane przez morze. Kiedyś.

– Czekaj – rzuca Rob. – Otwierasz agencję turystyczną tutaj, ale będziesz mieszkać u mamy i Petera w Boulder?

Brendan wzrusza ramionami.

– Tylko do czasu, gdy znajdę odpowiedni lokal. Wtedy poszukam czegoś bliżej.

– Nie możesz codziennie tak daleko jeździć – sprzeciwia się Rob. – Zatrzymaj się u nas. Mamy wolny cały domek nad basenem.

Jakimś cudem udaje mi się powstrzymać szczękę od opadnięcia na samą ziemię. Nie ma mowy. Brendan to ostatnia osoba, którą chcę widzieć w tym stanie, a co dopiero we własnym domu, i Rob doskonale o tym wie.

Najwyraźniej nie zauważa mojej reakcji, ale Brendan z całą pewnością ją widzi. Przyjmuje ofertę Roba ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy. Podejrzewam, że zgadza się tylko po to, żeby mnie wkurzyć.

– Nie wierzę, że to zrobiłeś – syczę do Roba, gdy moich uszu dobiega odgłos odjeżdżającego samochodu Brendana.

– Daj spokój, kochanie. Mamy ogromny dom, a domek nad basenem jest od niego całkowicie niezależny. Brendan przecież nie będzie mieszkać tutaj. Będzie bardziej sąsiadem.

– Co byłoby wspaniałe, gdybym chciała, żeby nim był – odpowiadam. – Ale jestem pewna, że doskonale zdajesz sobie sprawę, że jest wprost przeciwnie.

– Jest dla ciebie miły. – Wzdycha. – Nie rozumiem, dlaczego masz z nim taki problem.

– Mój problem jest taki, że mam dwadzieścia sześć lat, pracę na cały etat i nie mam ochoty co wieczór wracać do domu i przekonywać się, że zamienił nasz dom w rezydencję Playboya. Lepiej powiedz mu, że nie pozwalam na trójkąty w jakuzzi czy co tam jeszcze z pewnością wymyśli.

– Powiem mu o jakuzzi – obiecuje Rob ze znużonym uśmiechem. – Wiesz, kiedy Harper zabawia się w trójkącie, nie możesz się doczekać, żeby mi o tym opowiedzieć. Uważasz, że jej rozwiązłość jest zabawna. Ale jeżeli Brendan tak się zachowuje, szykujesz się do egzorcyzmu.

Owszem. Bo on to zupełnie inna bajka.

– On po prostu… ma zły wpływ, Robie.

– Ma zły wpływ na kogo, Erin? – pyta. – Ja zwykle jestem poza domem.

To chyba dobre pytanie.

3

Cztery lata wcześniej

Nie czaję, po cholerę ludziom wypiekacz do chleba. Wiecie, ile smacznych bochenków można by kupić za sto pięćdziesiąt dolców? Mnóstwo. Całe mnóstwo naprawdę, ale to naprawdę zajebistego chleba. Bochenków w każdym kolorze, o różnych smakach, różnych rodzajów, a wszystko bez ruszenia palcem.

Wypiekacze do chleba są jak związki. Nie wiem, czemu ktokolwiek miałby rezygnować z całej tej wolności, z różnorodności, żeby być z tylko jedną dziewczyną, i to za cenę o wiele wyższą od najdroższego wypiekacza: pamiętanie o świętach, odwiedzanie jej rodziny, wysłuchiwanie rozwlekłych opowieści o tym, co jedna przyjaciółka powiedziała drugiej. W dodatku po włożeniu całej tej pracy nie można być nawet pewnym bzykanka. Wiele razy widziałem to u kumpli: ekstaza przez kilka pierwszych tygodni, a później całe miesiące obciachowego gówna typu zakupy na targu i gra w Pictionary, a z każdym mijającym tygodniem coraz nudniejszy i coraz rzadszy seks.

Każdy z tych kumpli jest skonsternowany, kiedy do tego dochodzi, jakby to było zaskakujące. Wtedy też wychwalają moją zdolność do pozostawania wolnym, co również nie ma sensu. Unikanie związków jest zaskakująco łatwe, trzeba tylko wiedzieć, co się robi, czyli nie zabiera się na randkę dziewczyny, która się z tobą nie prześpi, i nie śpi się z dziewczynami, które spodziewają się telefonu następnego dnia. To naprawdę proste.

Wszyscy wiedzą, że takie mam zasady, więc wybucham śmiechem, kiedy brat ostrzega mnie, żebym trzymał się z daleka od Erin Doyle, najlepszej przyjaciółki jego narzeczonej. Nawet robi z tego warunek załatwienia mi pracy w swojej starej agencji turystycznej.

– Erin? – kpię. – Naprawdę uważasz, że musisz mnie ostrzegać przed trzymaniem się z daleka od Erin?

To dokładnie ten typ dziewczyny, którego unikam – najpierw przez pół roku chce się trzymać za ręce, a zaraz po pierwszej randce zamawia prenumeratę czasopisma „Brides”. Widziałem ją zaledwie kilka razy, ale wiem, co ma w głowie.

– Wyświadcz nam obu tę przysługę – prosi Will – i przestań udawać, że ona cię nie pociąga.

– Nie umówiłbym się z nią, nawet gdybyś mi zapłacił – odpowiadam. Sama myśl o tym sprawia, że zaczynam się dusić. – Nawet gdyby była ostatnią kobietą na ziemi.

4

Obecnie

Olivia nie potrafi opanować śmiechu.

– Słyszałam, że będziesz mieć nowego współlokatora! – oznajmia i znowu zaczyna chichotać.

– Powinnam była się spodziewać, że ta sytuacja rozbawi cię aż za bardzo.

– Chcesz wiedzieć, co ja bym zrobiła, gdyby to Will bez rozmowy ze mną zaprosił kogoś do domu? – pyta.

Nie, niekoniecznie. Chociaż jest już mężatką i matką dwojga dzieci, nadal pozostaje dziewczyną, która złamała nos członkini swojej drużyny, a innego biegacza zdzieliła kijem bejsbolowym. Jej rady zawsze brzmią tak samo: powinnam zagrozić szefowi, że wetknę mu coś dużego w dupę, a za każdym razem, gdy Rob mnie wkurzy, słyszę, że mam „rzucić go w cholerę”.

– Dużo gadasz, ale obie wiemy, że nic byś mu nie zrobiła – odpowiadam. – Nie potrafisz złościć się na niego dłużej niż dwie sekundy.

– Może i masz rację. Ale z całą pewnością bym się nie zgodziła. Wydawało mi się, że nienawidzisz Brendana.

– Nie nienawidzę go – przeczę. No dobra, prawda, nienawidzę go totalnie. Ale jestem wystarczająco dorosła, żeby kłamać na ten temat. – Po prostu nie chcę, żeby palił trawkę albo zabawiał się w trójkącie w moim jakuzzi.

Jej głos łagodnieje.

– On się bardzo zmienił, Erin. Tamta dziewczyna we Włoszech naprawdę nieźle namieszała mu w głowie. Nie sądzę, że musisz się tym martwić.

– Sądziłam, że nigdy nie chciał żadnej poważnej relacji – mruczę pod nosem. Z niewyjaśnionych przyczyn czuję rozgoryczenie, chociaż minęło już tyle czasu, że nie powinnam.

– Najwyraźniej była wyjątkiem – odpowiada Olivia. – Nie mam pojęcia, co poszło nie tak, ale bardzo go to zmieniło. – Po części się cieszę, że ktoś złamał mu serce. Należało mu się po całym tym zniszczeniu, jakie sam siał. Ale głównie zastanawiam się, co miała tamta dziewczyna, czego mnie brakowało.

Następnego dnia po południu Timothy wychodzi na cotygodniowe spotkanie z kanclerzem – kolejną osobą na mojej czarnej liście, ze względu na zgłaszane przez niego nieustannie żądania na ostatnią chwilę – więc dzwonię do brata. Staram się co tydzień sprawdzić, co słychać u Seana, tak jak robiłby to rodzic, bo chcę się upewnić, że jest szczęśliwy, nie bierze i regularnie płaci za mieszkanie, a najwygodniej mi zadzwonić z pracy. Rob ma swoje zdanie na temat mojego brata i krzywi się z pogardą, gdy tylko wspomnę jego imię. Podejrzewam, że na mnie też by tak patrzył, gdyby wszystko o mnie wiedział.

Sean pyta, czy ustaliliśmy już z Robem datę, a kiedy przeczę, oferuje – tak jak wcześniej ojciec – że przyjedzie i pięściami przemówi mu do rozsądku. Każdy zakłada, że to z całą pewnością Rob się ociąga, ponieważ kobiety rzekomo tracą głowę na myśl o ślubie, jakbyśmy wygrały los na loterii. Nic dziwnego, że moja niechęć tak bardzo martwi Roba.

Pytam Seana, czy zapisał się na zajęcia, a kiedy w odpowiedzi słyszę ciężkie westchnienie, ogarniają mnie złe przeczucia. Sean przynosi więcej złych wieści niż jakakolwiek znana mi osoba, a u podstaw większości z nich leży wyłącznie jego wina. Kiedy jednak w zeszłym miesiącu skończył odwyk z silnym postanowieniem, że sam zacznie pomagać uzależnionym, naprawdę uwierzyłam, że zaczyna wychodzić na prostą.

– To chyba nie wypali – odpowiada. – Było za późno, żeby ubiegać się o pomoc finansową. Zresztą pewnie i tak bym się na nią nie załapał. Nikt nie uwierzy, że gość po odsiadce spłaci kredyt.

Przykro mi słyszeć to zrezygnowanie w jego głosie, zwłaszcza że zawsze pojawia się po niej maniakalny ton, gdy brat znowu zaczyna brać.

– Musi być jakiś sposób – naciskam. – Rozmawiałeś z rodzicami? – Tylko desperacja każe mi o to zapytać. Doskonale wiem, że nie mają pieniędzy. W ciągu ostatniego roku sama musiałam dwa razy pomagać im w spłacie hipoteki.

– Jasne – śmieje się. – Oni nie są w stanie pomóc nawet samym sobie. Nic się nie stało. Jestem kelnerem, a szef powiedział, że pod koniec miesiąca będę mógł stanąć za barem.

Czuję, jak narasta we mnie panika.

– Przecież wiesz, że to zły pomysł.

– Nie jestem alkoholikiem, Erin – irytuje się.

Przyciskam dłoń do twarzy i próbuję powstrzymać się od powiedzenia wszystkiego, co przychodzi mi do głowy. Spędzanie czasu w towarzystwie ludzi, którzy piją, nieuchronnie prowadzi do spędzania czasu z ludźmi, którzy biorą kokę, metę i wszystko inne, co wpadnie bratu w ręce. On o tym wie. Ale przypominanie mu o jego porażkach do niczego nie doprowadzi. Pod wieloma względami Sean zachowuje się raczej jakby miał trzynaście lat, a nie dwadzieścia dziewięć.

– Ile potrzebujesz? – pytam i słyszę desperację w swoim głosie. – Na czesne?

– Jakieś dwadzieścia patyków – odpowiada. – To był szalony pomysł. Wiesz, ile zajęłoby mi spłacenie takiej góry forsy?

– Zapłacę – oferuję impulsywnie. Odkładam pieniądze od skończenia studiów. Oszczędności dały mi poczucie bezpieczeństwa, którego nie miałam, dorastając. Ale chyba uda mi się przez jakiś czas żyć bez tego poczucia.

Sean pyta, czy Rob na pewno nie będzie mieć nic przeciwko, a mnie robi się trochę niedobrze. Owszem, Rob będzie mieć coś przeciwko. Gdyby to od niego zależało, już dawno spisałabym Seana na straty. Ale Rob nie ma rodzeństwa i nie będzie mi dyktować, jak mam traktować swoje.

– Będzie dobrze – zapewniam.

Kiedy tylko się rozłączam, nad ścianką działową zawisa Harper.

– Czy ty właśnie oddałaś wszystkie swoje pieniądze bratu?

– Wiem, że słyszymy swoje rozmowy – odpowiadam z wymuszoną grzecznością – ale powinniśmy chociaż udawać, że się w nie nie wsłuchujemy.

– Nie powinnaś była najpierw porozmawiać z Robem?

Kurde. Tak. Prawdopodobnie.

– Skoro on może zaprosić kogoś do naszego domu bez pytania mnie o zdanie, to ja mogę oddać dwadzieścia patyków bez pytania jego.

– Ćpunowi na odwyku – przypomina mi.

– Nie jestem idiotką. Nie dam mu tych pieniędzy do ręki. Po prostu zapłacę czesne. – Po jej spojrzeniu domyślam się, że to mi raczej nie pomoże.

Obie słyszymy fałszujące pogwizdywanie Timothy’ego w korytarzu, co oznacza, że dzisiejsze spotkanie z kanclerzem było albo żałośnie krótkie, albo w ogóle nie doszło do skutku. Chwilę później szef staje przy moim boksie i obrzuca nas typowym dla siebie spojrzeniem: nieprzyjaznym i podejrzliwym, z domieszką pretensji.

– Boks Erin to nie dystrybutor wody, Harper – upomina. – Nie powinnaś być gdzie indziej?

Harper wzrusza ramionami, bo w przeciwieństwie do reszty spośród nas zdanie Timothy’ego wisi jej i powiewa. Czasami mam wrażenie, że tak naprawdę chce zostać zwolniona.

– Już po wpół do piątej, Tim-O. Odbiłam kartę.

– Tu nie ma żadnych kart, nie pracujesz na godziny – upomina. – Jeżeli więc rzeczywiście wszystko już na dzisiaj skończyłaś, choć szczerze w to wątpię, wracaj do siebie i daj reszcie moich pracowników skończyć swoją robotę.

Ona, naturalnie, ani drgnie, tylko wpatruje się w niego, dopóki nie odejdzie.

– Wiesz, o czym czasami marzę? – pyta. – O pracy w fabryce.

Przechylam głowę.

– Co?

– Tylko pomyśl. – Odbija się od ścianki i podchodzi do mojego biurka. – Praca, w której po prostu co trzy minuty naciska się jakiś guzik albo coś takiego. Bez Tima, który przychodzi i sugeruje, w jaki sposób możesz lepiej naciskać guzik, albo rozpływa się na temat tego, co znaczy naciskanie tego guzika. Za to ze związkiem zawodowym, który mówi mu, że nie wolno mu pozwalać ci na naciskanie guzika choćby minutę po skończeniu zmiany.

– Mimo wszystko brzmi to monotonnie.

– No dobra, a jak dorzucę seksownego współpracownika, który przez cały dzień szepcze ci do ucha świństewka? Więc wciskasz ten guzik, kasujesz za to wypłatę, a później idziesz do domu i całymi godzinami robisz nieopisane rzeczy z tym przystojniachą.

Wybucham śmiechem, ale czuję ukłucie zazdrości. Seks jest dla Harper niczym wesołe miasteczko ze snów – przejażdżka, która jest coraz lepsza za każdym razem, kiedy wskakuje się do wagonika.

– Gdybym miała taką pracę w fabryce, prawdopodobnie tylko więcej bym spała.

– To Rob musi coś źle robić – odpiera. – Nie jesteś z nim aż tak długo. Seks nadal powinien być ekscytujący.

Nie oczekuję, że mnie zrozumie, ponieważ całkiem inaczej dorastała. A ja nie szukam ekscytacji. Pragnę jedynie braku bólu. I mam dokładnie to, czego chcę.

5

Cztery lata wcześniej

Wchodzę pierwszego dnia pracy do agencji turystycznej i zastaję tam nikogo innego jak Erin. Wygląda całkiem inaczej. Will mógł przynajmniej wspomnieć, jak cholernie ładna się zrobiła. Zapomniałem też o jej ustach – nie wiem, jakim cudem, ale to nie ma znaczenia. Uśmiecha się do mnie, w spojrzeniu widać całe jej serce i od razu wiem, że nadal jest dziewczyną, która pragnie związku rodem z 1955 roku, łącznie z pierścionkami obietnicy, bukiecikami do sukni i dziewictwem do ślubu. Co gorsza, to również taka dziewczyna, która się zakocha i zacznie snuć tysiące fantazji na temat ślubu na wiosnę i wyglądu naszych przyszłych dzieci, mimo że nie wypowiem ani słówka, które miałoby ją do tego zachęcić.

A kiedy nie spełnię wszystkich jej marzeń, zdenerwuje się, a mój brat zrzuci winę za to na mnie.

Uśmiecha się szeroko, wskakuje na blat w recepcji i zaczyna machać nogami, które są znacznie dłuższe i szczuplejsze, niż zapamiętałem.

– Cześć, letni współpracowniku. Oprowadzić cię?

Kręcę głową.

– Już tu bywałem. Gdzie jest Mike?

Jej uśmiech trochę blednie. Wiem, że zachowuję się jak kutas, ale jest w niej coś, co mnie do tego prowokuje.

– W gabinecie na tyłach, układa grafik na przyszły tydzień. Chyba planował, że dzisiaj tylko się tu rozejrzysz. Mam go zawołać?

Wymijam ją.

– Jestem dużym chłopcem. Sam go znajdę.

Przechodzę bokiem między rzędami rowerów, żeby dostać się do gabinetu Mike’a. Znam go dość dobrze dzięki Willowi, który przepracował tu niemal dwa lata, zanim przeniósł się do Seattle.

Mike unosi brew.

– Nie spodziewałem się tu ciebie – stwierdza. – Myślałem, że Erin cię oprowadzi.

– Zaproponowała to – odpowiadam. – Ale byłem tu już wiele razy, nie ma potrzeby. Chcesz, żebym zaczął robić coś konkretnego?

– Właśnie dałem ci szansę, żebyś spędził czas z jedną z najbardziej zabójczych dziewczyn, jakie kiedykolwiek się tu pokazały, a ty chcesz pracować? Myślałem, że załatwiam ci randkę.

Wzruszam ramionami.

– Nie jest w moim typie.

Na twarzy Mike’a pojawia się dziwny wyraz. Zidentyfikowanie go zajmuje mi chwilę.

– Nie, nie jestem gejem.

Wygląda na to, że Mike mi nie wierzy, przez co Erin podoba mi się jeszcze mniej.

6

Obecnie

Ojciec bełkocze, ale to nic nowego. Słyszę, że jest zdesperowany i zrozpaczony, ale to też żadna nowość. Dzięki Bogu Rob mocno śpi. Te telefony chyba nigdy go nie obudziły, co musi być darem niebios – lepiej, żeby nie wiedział wielu rzeczy o mnie i moim życiu.

– Cześć, tato – szepczę, wychodząc z sypialni i zwijając się na kanapie w salonie. – Gdzie jesteś?

Mamrocze coś, co brzmi jak Anson Street, a ja pytam, czy wezwał już taksówkę.

– Nie potrzebuję taksówki – bełkocze. – Nic mi nie jest. Ale nie mogę znaleźć samochodu.

– Tato, obiecaj mi, że nie będziesz prowadzić, okej? Podaj mi nazwę baru.

Oczywiście zaczyna się wykłócać, ale dość krótko. Jest na to zbyt wyczerpany i pijany. Przełączam go więc na tryb głośnomówiący, a sama sprawdzam adres i dzwonię po taksówkę. Rozmawiamy, kiedy na nią czeka, i jak zawsze złość ojca na karty, które rozdał mu los, zamienia się w łzy. Powtarza to, co zawsze: że nigdy nie dostał szansy, że poniósł porażkę, że powinien był być lepszym ojcem.

– Byłeś wspaniałym tatą – mówię. – Nadal jesteś.

Obydwoje wiemy, że to mija się z prawdą, ale nie muszę dodatkowo obciążać nieszczęśliwego ojca swoim żalem.

Kiedy w końcu nadjeżdża taksówka, ojciec nadal płacze i przeprasza. Mam dwadzieścia sześć lat, ale w tej chwili czuję się tak, jakbym znowu była w szkole średniej i starała się ochronić naszą rodzinę przed wszystkimi nieszczęściami świata. I tak jak wtedy czekam, aż ojciec bezpiecznie dotrze do łóżka, zanim sama pozwalam sobie na łzy.

Następny dzień jest trudny, bo spałam zaledwie cztery godziny, a będzie tylko gorzej: Rob nalega, żebyśmy zjedli kolację z Brendanem. Teoretycznie ma to być podwójna randka, chociaż nie jestem pewna, czy „randka” to właściwe słowo na opisanie relacji Brendana z jakąkolwiek kobietą.

Przez niego i jego podboje nie wierzę już w bratnie dusze i miłość od pierwszego wejrzenia. Te właśnie pojęcia przemknęły mi przez myśl, kiedy pierwszy raz go zobaczyłam. Wysiadał akurat z samochodu brata, żeby pomóc Olivii w przeprowadzce podczas zimowej przerwy na pierwszym roku na ECU. Był najpiękniejszą istotą, jaką w życiu widziałam, a kiedy nasze spojrzenia się spotkały, każde absurdalne romantyczne wyobrażenie stało się dla mnie realne. Odkrycie, jakim Brendan jest dupkiem – każdego wieczoru zabierał do domu inną dziewczynę, a każda była głupsza od poprzedniej – w końcu mnie z tego wyleczyło.

– Nie wierzę, że to robimy – mówię do Roba, kiedy parkuje przed restauracją. – W ciągu ostatnich kilku tygodni miałeś wolne tylko dwa wieczory i oba spędzamy z Brendanem.

Rob bierze mnie za rękę.

– Nie musimy siedzieć tu cały wieczór – pociesza mnie. – Zjemy tylko szybką kolację. Daj mu szansę.

– A on zabiera kogoś, kogo rzeczywiście zna, czy dziewczynę, z którą przespał się wczoraj i nie zdołał jej spławić?

– Erin… – Rob unosi brew.

– Założę się, że ma na imię Bambi i jest twarzą jakiejś marki. Albo wdzięczy się w bikini na wystawach samochodów.

– Erin.

Mogłabym tak godzinami, ale właśnie wchodzimy do restauracji. Brendan czeka na nas z lalą o pustym spojrzeniu i czerwonych włosach, a ja zmieniam zdanie: Bambi brakuje inteligencji do bycia twarzą marki, chociaż wyobrażam sobie, że doskonale operuje ustami.

Dociera do mnie, że taka nienawiść do niej tylko dlatego, że przyszła z Brendanem, jest niesprawiedliwa. Raczej powinnam jej z tego powodu współczuć. Ale nie cierpię takich kobiet: tych, które wszystko osiągają dzięki swojemu wyglądowi i nigdy nie zajmują się rozwijaniem innych zalet.

Zostajemy sobie przedstawione. Jej imię nie zapada w pamięć, a ja nie staram się go tam zachować. Jakie to ma znaczenie? Jest z Brendanem, a to oznacza, że już jej więcej nie spotkam.

– To na jak długo jedziesz do Amsterdamu? – pyta Roba Brendan.

– Na tydzień – odpowiada Rob. – Ale wyjazd może się przedłużyć.

Nic mi nie wiadomo o tym, że „wyjazd może się przedłużyć”, ale zanim udaje mi się o to zapytać, przy naszym stoliku zjawia się kelner. Bambi, jak można się było spodziewać, zamawia sałatkę bez sosu. Stawiam stówę, że jej nie skończy.

– Jezus Maria – zwraca się do mnie Bambi po odejściu kelnera. – Nie mogę uwierzyć, że zamówiłaś stek z frytkami. Czy ty wiesz, ile to ma toksyn?

– To dzięki nim danie jest wyjątkowo smaczne – odpieram.

– Nie mogłaś zamówić dosłownie nic gorszego – oznajmia i zaczyna punktować, dlaczego dokonałam najgorszego wyboru w całej historii decyzji: gramy tłuszczu, kwasy omega-6, kalorie.

Brendan i Rob nie są świadomi tej wymiany zdań, ponieważ przypominają sobie historie z czasów dorastania, które opowiadają przy każdym spotkaniu. Poznali się pierwszego dnia szkoły średniej: Brendan miał jeszcze przed sobą nadzwyczajny skok wzrostu, ale zwymyślał przechodzącego obok osiemnastolatka, który postanowił sprać go za to na kwaśne jabłko. Prysnęły wszystkie dzieciaki oprócz Roba. Od tamtej pory byli najlepszymi przyjaciółmi.

Nie wiem, czy w innym przypadku w ogóle by się zaprzyjaźnili, tak bardzo się od siebie różnią: Rob jest konserwatywny i pragmatyczny, natomiast Brendan chwyta dzień. Mimo to utrzymali przyjaźń, ale kiedy rozmowa schodzi na nową agencję turystyczną Brendana, zaczynam wątpić, czy tak zostanie.

– Jesteś pewny, że chcesz przepuścić wszystkie oszczędności na firmę, Brendanie? – pyta Rob. – Ogromny odsetek nowych przedsiębiorstw zamyka się w ciągu pierwszego roku.

– Inwestuję w coś, dzięki czemu codziennie będę szczęśliwy. Co innego miałbym zrobić z oszczędnościami?

– Mógłbyś je odłożyć – odparowuje Rob. W jego głosie daje się wyczuć protekcjonalność, która działa mi na nerwy. – Każdy oszczędzony cent wykładniczo zwiększy swoją wartość do czasu emerytury. Najpierw zadbaj o środki na przyszłość, dopiero później zastanawiaj się, co cię uszczęśliwia.

Oczy Brendana lekko ciemnieją. Z tego, co pamiętam, dość podobne kłótnie toczył kiedyś z Willem. Wątpię, żeby było mu łatwiej przyjmować te argumenty od Roba.

– Słuchaj – wyjaśnia – istnieją faceci, którzy każdego dnia chcą robić w pracy to samo nieciekawe gówno. To ci sami faceci, którzy boją się szusować po trudnych szlakach albo surfować na porządnych falach. W czasie czterdziestopięciominutowego dojazdu do pracy słuchają przyjemnych, wpadających w ucho melodyjek, za to nigdy nie przyłączają się do pogo. To nie jest życie. To przyglądanie się życiu z daleka, jakby było programem telewizyjnym. A dla mnie to brzmi jak wyrok śmierci.

– Mój „wyrok śmierci” – odpowiada spokojnie Rob – za trzydzieści lat może ci się wydać całkiem, całkiem.

Brendan uśmiecha się szeroko.

– Wiedziałem, że nie powinienem był wyciągać twojej dupy z tamtego rowu za szkołą. – Kolejne mgliste odniesienie do szkoły średniej. Może nawet chciałabym zobaczyć Roba z tamtych dni, bo z ich opowieści wynika, że kiedyś był wyluzowany, a teraz nikt by go tak nie opisał.

Rob wybucha śmiechem i napięcie znika. Nie jestem pewna, czy odczuwam ulgę, czy rozczarowanie. Przez wzgląd na niego byłoby mi przykro, gdyby stracił tę przyjaźń: tak bardzo skupia się na pracy, że w jego życiu prawie nie ma miejsca na nic innego, a Brendan to jedna z niewielu osób, które zalicza do grona przyjaciół. Z drugiej strony wydaje mi się, że wszystkim nam byłoby łatwiej, gdyby ta przyjaźń po prostu się skończyła. A może byłoby łatwiej tylko mi?

Rob zwraca się do Bambi i pyta ją, czym się zajmuje. Domyślam się, że się nie przemęcza, ale udaje mi się powstrzymać przed przewróceniem oczami. Bambi bierze łyk cosmo, które uważam za wybór dziewczyn legitymujących się podrobionym dowodem tożsamości.

– Jestem lekarką.

– Lekarką? – dopytuję, krztusząc się własnym drinkiem.

Rob kopie mnie w stopę. To pewnie źle, że jestem taka sceptyczna, ale… lekarka? Poważnie? Brendan uśmiecha się z zadowoleniem. Wie, że zakładałam, iż Bambi będzie idiotką, i z rozkoszą udowodni mi, że się myliłam.

– Jakiego rodzaju lekarką? – dopytuję, a Rob ponownie kopie mnie w stopę.

– Medycyny energetycznej.

Dufny, triumfalny wyraz twarzy Brendana, którą przed sekundą miałam ochotę zdzielić pięścią, nieco blednie. Najwidoczniej dla niego to również nowość.

– Fascynujące – stwierdzam, chwytając spojrzenie Brendana. – Chyba nigdy o tym nie słyszałam.

Brendan piorunuje mnie wzrokiem i jestem niemal pewna, że właśnie wyobraża sobie, jak dźga mnie nożem. Zaczyna mnie ogarniać głupawka.

– Choroba to tylko skutek zagubienia części duszy – wyjaśnia. – Łączę się z istotami z innych sfer, a one prowadzą mnie do tych utraconych części.

Stopa Roba ląduje na mojej, ale jest za późno. Nie mogę się powstrzymać.

– Ooooch – szeroko uśmiecham się do Brendana. – Jakie to interesujące. Przez chwilę myślałam, że jesteś prawdziwą lekarką.

– Wyleczyłam choroby, którymi ludzie z wykształceniem medycznym w ogóle nie chcieli się zajmować.

Kiwam głową z przejęciem.

– Niesamowite. Na przykład jakie?

Bambi zaczyna wymieniać wszystkie przypadki raka, które swoim zdaniem wyleczyła, zapewne dzięki pozbieraniu zagubionych części duszy, a ja czuję, jak narasta we mnie odrobinę histeryczny śmiech. Rob nadal trzyma stopę na mojej, a teraz jeszcze zaciska mi dłoń na udzie. Nie wiem, o co mu chodzi. W końcu staram się nie roześmiać.

– Przepraszam – mruczę, wstając od stolika, i niemal biegnę do toalety. Wybucham śmiechem tuż po zamknięciu za sobą drzwi. Wysyłam Olivii krótki SMS z informacją, że jej przyszła bratowa potrafi wyleczyć raka. To z pewnością przydatna umiejętność w rodzinie.

Maluję usta szminką i postanawiam lepiej się zachowywać. To nie jej wina, że jest idiotką, zresztą prawda jest taka, że to nie z nią mam problem. To Brendan z tym swoim nieustającym umiłowaniem wyglądu ponad wnętrze tak mnie drażni. Kiedy w końcu odzyskuję panowanie nad sobą, otwieram drzwi. Czeka na mnie Brendan, ukryty częściowo w cieniu, z twarzą oświetloną neonem. Wygląda niemal posągowo z tymi rzeźbionymi rysami, mocną szczęką i idealnie miękkimi ustami.

Ech, dlaczego nie mogę opisać go inaczej, niż tylko jakbym była narratorką w porno?

– To nie było zbyt miłe, Erin – stwierdza.

– Co prawda nie jestem lekarką – odpowiadam – ale wydaje mi się, że jej odbiło.

– Czy będziesz się tak zachowywać za każdym razem, gdy kogoś zaproszę?

– Nie wiem. Czy wszystkie będą „lekarkami”, czy może uda ci się rozszerzyć wachlarz zainteresowań? Może jakaś astrolożka? Albo medium?

Brendan wychodzi z cienia. Ma w oczach dziwny błysk, którego wcześniej w nich nie było. Jakaś iskra. Nie jestem pewna, czy czuję ekscytację, czy przerażenie.

– Mogę postarać się o taką, która wyciągnie w końcu ten kij z twojej dupy.

– Jeżeli w ten sposób sugerujesz trójkąt, to pasuję.

Iskra rośnie. Jego wzrok pada, tak szybko, że niemal niedostrzegalnie, na moje usta.

I nagle przypominam sobie inną chwilę podobną do tej. Kiedy w jednej sekundzie się sprzeczaliśmy, a w drugiej nasze usta się zwarły, a jego ręce były pod moją bluzką.

Uświadamiam sobie, że wcale się nie boję. Jestem podniecona.

Jak zwykle wkurzam się, że Brendan potrafi wywołać we mnie uczucia. Zwłaszcza to uczucie.

Wieczór wreszcie dobiega końca. Żegnamy się i niemal udaje nam się dotrzeć do samochodu, kiedy Rob wpada na parkingu na Brada, swojego współpracownika. Jestem wyczerpana i mam ciulowy nastrój, ale staram się nie dać tego po sobie poznać, gdy on się zbliża. Dla dobra swojej drugiej połówki odgrywamy pewne role, a to jest moja: rola sympatycznej narzeczonej/żony, która we właściwym momencie się uśmiecha, odpowiednio ubiera, ale poza tym jest nieistotna. Znam większość tych facetów od wielu lat i założę się, że żaden z nich nie ma pojęcia, czym się zajmuję.

Brad ściska mnie, po czym wymierza Robowi kuksańca w ramię.

– To był zwariowany wieczór w zeszłym tygodniu, nie?

Rob się śmieje, ale z pewnym przymusem, i pospiesznie na mnie zerka.

– Tak. Szalony.

– Jak długo jeszcze siedzieliście? – pyta Brad.

– Krótko – odpowiada Rob. W normalnych okolicznościach prawdopodobnie przestałabym już ich słuchać, ale coś w zachowaniu Roba budzi moją czujność. Jego postawa, ton głosu… Stara się, żeby były normalne, ale mu się to nie udaje.

– Poważnie? Bo ja wyszedłem koło dziesiątej i wydawało mi się, że macie jeszcze dużo pary. Ja już o tej porze wymiękam.

Rob się uśmiecha.

– Myk jest taki, żeby przez większość czasu zamawiać wodę gazowaną z limonką i tylko sprawiać wrażenie, że się pije.

Brad wybucha śmiechem.

– Ktoś powinien powiedzieć o tym myku Christinie, bo była zalana.

Że co?

Christina? Był w zeszłym tygodniu z Christiną?

Nie jestem zazdrosna z natury. Ale Christina była przyczyną naszej najpoważniejszej kłótni, a ponieważ nie kłócimy się w zasadzie nigdy, ta sprzeczka była tym bardziej pamiętna. Już wcześniej widziałam, że Christina uderza do Roba, ale w końcu straciłam cierpliwość podczas ostatniego przyjęcia bożonarodzeniowego. Stałam niewidoczna parę metrów od niej, kiedy rozpięła guziki koszuli i zapytała go, czy nie ma ochoty na zmianę scenerii. Nie skorzystał z zaproszenia, ale nie powiedział też ani „nie”, ani „jestem zaręczony” – roześmiał się i stwierdził, że widok jest niewątpliwie wspaniały. W drodze do domu strasznie się o to pokłóciliśmy i podejrzewam, że to samo czeka nas teraz.

Idę do samochodu tak szybko, jak to tylko możliwe w wąskiej spódnicy i na obcasach, a serce wali mi w piersi.

– Erin – woła za mną Rob.

Napadam na niego.

– Kiedy? – chcę wiedzieć. – Kiedy dokładnie spędziłeś tę magiczną noc z Christiną?

Rob stęka.

– Ona jest dyrektorką M&A, kochanie. To nie była randka.

– Kiedy?

– W zeszłym tygodniu – odpowiada. – Tamto spotkanie z klientem.

Kręci mi się w głowie. Powiedział mi tamtego dnia, że wróci wcześniej. Zrobiłam mu żeberka wołowe z tłuczonymi ziemniakami i zrobiło mi się go żal, kiedy poinformował mnie, że utknął z klientem.

– Czyli to przez Christinę – syczę – zmarnowałam dwie godziny na przygotowanie kolacji, na którą tobie nie chciało się wrócić do domu.

– Oczywiście, że to nie przez nią! – Rob nie krzyczy, ale podnosi głos, a to rzadko mu się zdarza. – Było tam z dziesięć osób, połowa to klienci, i nie było mowy, żeby udało mi się stamtąd wyjść.

Śmieję się gorzko.

– Tak jak nie było mowy, żeby udało ci się powiedzieć jej, że jesteś zaręczony, kiedy przystawiała się do ciebie w zimie.

Przeczesuje palcami włosy.

– Ona wie, że jestem zaręczony. Już to przerabialiśmy. Ona wygaduje głupoty, gdy wypije, a najlepiej sobie z tym radzić, śmiejąc się i żyjąc dalej. Muszę z nią pracować. Czy nie rozumiesz, jak niezręcznie byłoby nam wszystkim, gdybym robił aferę za każdym razem, gdy rzuci nieodpowiedni komentarz?

– Nie. Rozumiem za to, że olałeś mnie w zeszłym tygodniu, bo wolałeś spędzić kilka dodatkowych godzin z kobietą, o którą już raz się okropnie pokłóciliśmy.

– Nie zawsze decyduję, kiedy wychodzę albo z kim – spiera się. – I jestem za to bardzo dobrze wynagradzany. Trzeba godzić się z minusami, jeżeli chce się korzystać z plusów.

Jedziemy do domu w ciszy. Wiem, że ma trochę racji, ale nadal jestem na niego zła. Jest to w moim przypadku tak niezwykłe, że żadne z nas nie wie, co dalej z tym począć. Olivia uważa, że to źle, że rzadko się kłócimy. Twierdzi, że to oznaka powierzchowności naszej relacji. Może to prawda, ale nie mam nic przeciwko. Sama skrywam mroczne sprawy, mroczniejsze niż Rob – ze swoim baśniowym dzieciństwem i doskonałymi rodzicami – potrafiłby zrozumieć. Podoba mi się to, że kiedy na mnie patrzy, widzi dziewczynę, którą mogłabym być, a nie tę, którą faktycznie jestem.

– Nie chcę się z tobą kłócić – stwierdza z westchnieniem, kiedy wchodzimy do domu. – Wreszcie mamy trochę czasu dla siebie. Czy możemy o tym zapomnieć?

Obejmuje mnie, a ja wtulam twarz w jego pierś, chociaż jedyny zapach, który czuję, to krochmal. Zjeżdża dłońmi z moich pleców na tyłek.

– Chodźmy do łóżka.

Zgadzam się częściowo dlatego, że nienawidzę się kłócić, ale głównie ze względu na to, że w ciągu ostatniego miesiąca tylko raz uprawialiśmy seks, i równie dobrze to właśnie może być przyczyną mojego podłego nastroju.

Proszę, żeby dał mi dwie minuty, i biorę najszybszy prysznic świata – kończę, zanim woda ma szansę zrobić się naprawdę gorąca. Nie tracę czasu na bieliznę. Rob i tak nie zwróciłby na nią uwagi.

Wchodzę do sypialni i zastaję go leżącego na plecach przy zgaszonym świetle i głośno chrapiącego. Wpełzam do łóżka, a moje rozczarowanie przeradza się w rezygnację. To nie jego wina. Wątpię, żeby poprzedniej nocy spał dłużej niż cztery godziny. Ostatni miesiąc to też nie jego wina.

Ale kiedy się obok niego układam, nadal myślę o seksie, a po zaśnięciu o nim właśnie śnię. W tych okolicznościach to logiczne.

Natomiast nie jest logiczne to, że śni mi się Brendan.

7

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Rozdział 53
Rozdział 54
Rozdział 55
Rozdział 56
Rozdział 57
Rozdział 58

Tytuł oryginału:

Drowning Erin

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Redakcja: Justyna Yiğitler

Korekta: Monika Pasek

Opracowanie graficzne okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © Dari Ya (Shutterstock.com)

Copyright © 2017. Drowning Erin by Elizabeth O’Roark.

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Ischim Odorowicz-Śliwa, 2019

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2019

ISBN 978-83-66338-13-5

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek