Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
28 osób interesuje się tą książką
Dwoje złamanych ludzi. Jeden dom na plaży. I lato, które poskładało ich w całość.
Daisy Doherty zamierzała wrócić do Kalifornii na wakacje, żeby wspierać matkę po rozstaniu z mężem. Gdy rozwód nagle zostaje odwołany, plan Daisy rozsypuje się jak domek z kart – dziewczyna zostaje bez pracy, bez mieszkania i bez pomysłu, co dalej.
Z braku innych możliwości trafia do domu przyjaciela swojego wujka – Harrisona Reida. Mężczyzny, którego kiedyś znała, a dziś nie potrafi rozpoznać. On też nie od razu widzi w niej tę samą dziewczynę co kiedyś – bo Daisy już dawno przestała być nieśmiałą nastolatką.
Jedna noc pod jego dachem zamienia się w całe lato pełne napięcia, niedopowiedzeń i sekretów, które mogą ich zniszczyć… lub połączyć na zawsze. Im bliżej są siebie, tym trudniej im udawać, że to tylko chwilowe zauroczenie.
Ta historia jest naprawdę SPICY. Sugerowany wiek: 18+
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 363
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TYTUŁ ORYGINAŁU:The Summer I First Saw You. Summer #5
Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska Wydawczyni: Ewelina Czajkowska Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan Korekta: Katarzyna Kusojć Projekt okładki: Łukasz Werpachowski Zdjęcie na okładce: © halayalex / Stock.Adobe.com
Copyright © 2024. THE SUMMER I FIRST SAW YOU by Elizabeth O’Roark
Copyright © 2026 for the Polish edition by Papierowe Serca an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Copyright © for the Polish translation by Anna Zaborowska-Cinciała, 2026
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie I Białystok 2026 ISBN 978-83-8417-619-1
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Powrót do domu okazał się błędem.
Pewnie gdzieś podświadomie czułam to już wcześniej, ale nabrałam całkowitej pewności w momencie, gdy mama wyciągnęła wideo z wesela. Ponieważ kiedy Bridget Doherty rozpływa się nad magicznym początkiem swojego małżeństwa, wiadomo, że zaraz zacznie się ten sam cyrk co zawsze. Przyjechałam do Kalifornii dopiero wczoraj – samochód rzęził, jakby miał zaraz wydać z siebie ostatnie tchnienie, co oznacza, że w sierpniu będę musiała znaleźć inny sposób, by wrócić do Waszyngtonu – chociaż już teraz wiem, że jestem tu kompletnie bez sensu.
Oczywiście kiszę to w sobie, bo mamy gości. Obecnie staram się dość subtelnie wyrażać niechęć do swojego ojczyma, Scotta. Jednak, jak zaraz pokaże film, nie zawsze stać mnie było na taki stopień opanowania.
W rytm kolejnych taktów Ave Maria moja mama i ja – jej jedyna druhna – zmierzamy do ołtarza.
Rzucam poduszką w mojego wujka, Liama, który teraz zanosi się śmiechem.
– Odpieprz się.
– To ty? – pyta z zaskoczeniem Emerson, kobieta, z którą ewidentnie sypia, choć przedstawił ją jako koleżankę z pracy.
Jej zdziwienie jest w pełni zrozumiałe. Jestem typową mieszkanką Kalifornii – opaloną blondynką o niebieskich oczach – a dziewczyna na filmie, która z gniewną miną zbliża się do ołtarza, ma bladą cerę i zapadnięte oczy. Całość tej skleconej w noc poprzedzającą ślub stylizacji zamykają ufarbowane na czarno i nierówno przycięte kuchennymi nożyczkami włosy.
Nie do końca uważam ją za udaną.
– Cóż, taką miałam fazę – odpowiadam.
– Dość długą – prycha Liam.
Wideo leci dalej, choć bardzo staram się go nie oglądać. Scott stoi przy ołtarzu – zadowolony, pewny siebie, może nawet za bardzo, i mówi: „Bridget, z każdym dniem stajesz się w moich oczach jeszcze piękniejsza”.
To zdanie powinno stanowić dla mamy pierwszy sygnał ostrzegawczy: kiedy wkraczasz z facetem na nową drogę życia i on skupia się na tym, że twoja uroda wbrew naturalnemu porządkowi rzeczy ma nie przeminąć, to wiedz, że nic dobrego z tego nie wyjdzie.
Jeśli kiedykolwiek wyjdę za mąż – w co szczerze wątpię – mam nadzieję, że pan młody po prostu powie: „Twoja uroda z każdym dniem będzie nieco blaknąć, aż zmienisz się nie do poznania, ale nawet wtedy nie przelecę niani sąsiadów, tak jak zrobił to Scott”.
Może nie jest to najbardziej zgrabna przysięga małżeńska, ale przynajmniej prawdziwa i wykonalna.
Odwracam wzrok od telewizora, ale kiedy Liam po chwili ponownie wybucha śmiechem, mimowolnie spoglądam w ekran wyświetlający nagranie z wesela mamy. Moje włosy to źródło nieustającej radości.
Widzę, że teraz kamera pokazuje przyjęcie. Podpieram ścianę, garbiąc ramiona, aby sprawiać wrażenie mniejszej. Piersi, które pojawiły się u mnie z dnia na dzień i urosły ponad wszelkie granice przyzwoitości, stały się przedmiotem zazdrości wszystkich moich koleżanek, a jednocześnie moim największym przekleństwem – a przynajmniej tak mi się wydawało.
– Oto i ona – słyszę pewien głos. Brzmi jak palony cukier: wytrawny, aksamitny i słodki zarazem. – Mroczna Barbie, Edycja Ślubna.
Nawet teraz, po tylu latach, motyle w moim brzuchu nie tyle delikatnie łaskoczą mnie miękkimi skrzydełkami, co raczej próbują wydrapać sobie drogę na zewnątrz.
Wówczas na ekranie pojawia się Harrison Reid, a w salonie daje się słyszeć dźwięk wciąganego ze świstem powietrza, które po chwili zostaje uwolnione wraz z cichym westchnieniem. Taki odgłos rozbrzmiewa, gdy wiele kobiecych jajników zaczyna w tym samym czasie pracować na najwyższych obrotach.
I to właśnie Harrison potrafił go wywołać przez większość mojego życia.
Jest ubrany w garnitur, bo w końcu to ślub, jednak tylko on sprawia, że całkiem zwyczajny strój nabiera zupełnie innych cech: wydaje się dziki, wyuzdany, wykwintny i jednocześnie przesiąknięty testosteronem. Jego ciemne włosy lśnią, a lekki zarost dodaje rysom nieco surowości.
Za to w jego uśmiechu kryje się zmysłowa obietnica, z powodu której serce zaczyna bić szybciej. Jakby mówił: „Lepiej wyłącz kamerę, bo przelecę cię tak, że zapomnisz, jak się nazywasz”.
Choć pewnie nie przeszkadzałoby mu, gdyby kamera jednak w tym czasie pozostała włączona.
– Mmm. Nie wyrzuciłabym go z łóżka, nawet gdyby naświnił w nim krakersami – rozmarzyła się Jackie, najlepsza przyjaciółka mojej matki. – I mówisz, że on jest teraz do wzięcia?
Wszyscy spoglądamy na Liama z wyczekiwaniem, choć w sumie nie jestem pewna dlaczego. Gdybyśmy chcieli się dowiedzieć, kogo Harrison zrekrutował do swojej wirtualnej drużyny w Fantasy Football w ciągu ostatnich dziesięciu lat, Liam z pewnością podałby nam wszystkie najdrobniejsze szczegóły, natomiast w kwestiach istotnych jest po prostu beznadziejny.
Dlaczego Harrison i Audrey się rozstali? Liam nie wie – chyba zwyczajnie oddalili się od siebie.
Czy Harrison jest smutny? Liam nigdy nie pytał, ale zakłada, że nie.
– Niestety, Jackie, przegapiłaś swoją szansę – odpowiada brat mojej matki. – Harrison ma już dziewczynę.
Błyskawicznie odwracam do niego głowę, zupełnie jakby ktoś wymierzył mi policzek. Jak zawsze, kiedy się okazuje, że Liam jednak coś wie, jest to informacja, której wolałabym nie poznać.
– Tak szybko? – pytam dziwnie piskliwym głosem. – Kto to?
Wujek wzrusza tylko ramionami.
– Jakaś laska z Los Angeles. Nikt z nas jeszcze jej nie poznał, ale wydaje się, że to coś poważnego. Nic więcej nie wiem.
Nawet jeśli Harrison już zawsze będzie mnie postrzegał jako rozwydrzoną siostrzenicę Liama, te słowa: „wydaje się, że to coś poważnego”, sprawiają, że żołądek skręca mi się w supeł.
– Faktycznie dość szybko pozbierał się po tamtym rozstaniu – oznajmia moja mama. – Jesteś pewien, że nie zaczął spotykać się z tą dziewczyną jeszcze przed tym, jak jego małżeństwo się rozpadło?
Liam przewraca oczami.
– Daj spokój, Bridget. Harrison nigdy by czegoś takiego nie zrobił.
Wzdycham. Jackie także. Nawet moja mama wzdycha. Dlatego Harrison jest idealnym mężczyzną: rezerwuje całą tę swoją dziką, wyuzdaną i kipiącą testosteronem doskonałość wyłącznie dla jednej dziewczyny.
Dziewczyny, którą ja nigdy nie będę.
Jednego dnia po prostu jarasz się z powodu gościa, a niecały tydzień później włamujesz się do jego domu.
Szczerze mówiąc, przez większość życia miałam ochotę na Harrisona, więc może trzeba było sobie odpuścić czekanie taki szmat czasu i od razu wparować do domu obiektu westchnień. Zresztą tak naprawdę wcale się nie włamuję. Po prostu mam zamiar przenocować na jego tarasie, podczas gdy on przebywa poza miastem. Może nie jest to do końca zgodne z prawem, ale nie sądzę, żeby Harrison miał coś przeciwko.
No dobra, może jednak miałby coś przeciwko i pewnie dostałby zawału, wiedząc, że Mała Leniwa Daisy ma tak ograniczone środki i kroczy przez życie bez funduszu powierniczego, a myśl, że zdarza jej się chwilowo być bez dachu nad głową, z całą pewnością by go szczerze przeraziła. Ręczę głową, że jego eks nigdy nie musiała spać na zewnątrz, bo nie miała gdzie się podziać. Ale za to Audrey nie ma takiej matki jak moja, która rzekomo ciężko przeżywa rozstanie z mężem, ubłagała mnie, bym wróciła na lato, po czym pięć dni po moim przyjeździe ogłosiła, że do rozwodu nie dojdzie i mój obrzydliwy ojczym jest już w drodze do domu.
Właściwie powiedziała: „Scott przyjedzie ze mną porozmawiać i zobaczymy, co się z tego urodzi”, ale doskonale wiem, co kryje się za słowem „zobaczymy”, bo nie jest to nasze pierwsze rodeo. Równie dobrze mogłaby od razu znów założyć sobie obrączkę na palec. Ten przekaz oznacza, że Scott zwyczajnie się wprowadzi, a jeśli mojej matce udało się zaoszczędzić choćby centa w ciągu ostatniego miesiąca, to z całą pewnością uda mu się ją namówić, by przepieprzyła te pieniądze na jakieś jego głupoty – karnet na grę w golfa, członkostwo w klubie wielbicieli boczku czy też na inwestycję, która – jak twierdzi – „nie może nie wypalić”.
„Zobaczymy” oznacza, że bez sensu rzuciłam w diabły wszystko, co miałam w Waszyngtonie, i od sierpnia nie mam gdzie mieszkać – kiedy to do mnie dociera, tętno mi skacze, a oczy zaczynają mnie podejrzanie piec.
I dokładnie ta refleksja popchnęła mnie do mojego obecnego planu i włamania. Podróż z Elliott Springs do Santa Cruz zajmuje około trzydziestu minut, a kolejne dziesięć trzeba poświęcić, by znaleźć zapierający dech w piersiach letni dom Harrisona i Audrey, który wznosi się wysoko na klifie i od oceanu dzieli go jedynie rzadko uczęszczana ulica.
Nadal nie rozumiem, dlaczego go kupili, bo Audrey to typ kobiety lubiący plażę tylko w komplecie z osobistym służącym i koktajlami. Jestem jednak pewna, że na ich tarasie znajdę wygodny leżak, wprost stworzony do spania, na dodatek artystycznie udekorowany nowiutkim, zupełnie nieużywanym kocem prosto z pracowni Hermès. A rano, kiedy już nie będę wyczerpana i przygnębiona, i mój świat nie będzie się walił, zacznę całkiem nowy dzień. Najpierw zaliczę poranne ćwiczenia, potem skorzystam z jego prysznica przy tarasie, a na koniec sprawdzę, czy „koleżanka” Liama, która ewidentnie jest jego dziewczyną, już sobie poszła, żebym mogła zatrzymać się u niego. Oczywiście to nie uporządkuje całkowicie katastrofy, jaką w tej chwili przypomina moje życie, ale przynajmniej nie będę musiała włamywać się… poprawka: „chwilowo pożyczać” cudzego domu.
Jest późno, a wokoło panuje absolutna cisza. W dodatku czuję się jeszcze bardziej jak kryminalistka, kiedy ledwie zipiąc, wspinam się po betonowych schodach z jedną z moich dwóch walizek w ręku, gotowa wyłożyć się na miękkim materacu tarasowej leżanki.
Tylko że nic takiego tu nie widzę.
Jedyne miejsce, na którym można usiąść, to nowoczesne i niewygodne krzesło, a o poduszce czy kocu mogę zapomnieć. W dodatku jest okropnie zimne. Jasne, taras jest oszklony, ale nadal do środka wdziera się rześka morska bryza. Zamarznę na śmierć, zanim ktoś zdąży mnie aresztować.
– Ja pierniczę, Daisy – wzdycham sama do siebie, po czym opadam na siedzisko i chowam twarz w dłoniach. – I co teraz? – zastanawiam się, ale jestem zbyt zmęczona, żeby wrócić do Liama, nawet gdybym faktycznie chciała zepsuć mu zabawę, co oznacza, że będę spała w samochodzie. Nie podoba mi się, że to brzmi jak coś, co zrobiłby mój ojciec, ale nie mam wyboru, chyba że… Chyba że…
Odwracam się w stronę przesuwanych szklanych drzwi. Na pewno Harrison je zamknął. Nie należy do osób, które beztrosko podchodziłyby do takich spraw. Ale może – tylko może – chwilowo zaślepiony dziką żądzą, którą pała do swojej dziewczyny z Los Angeles, tego nie zrobił.
Wprawdzie zdecydowanie wolałabym, żeby nie miał dziewczyny, której pożądałby do tego stopnia, że straciłby głowę, ale w tej chwili przyjmę nie-zamknięte-na-klucz drzwi w ramach nagrody pocieszenia.
Wstaję i kładę dłoń na klamce.
Kiedy drzwi ustępują, wpatruję się w nie zszokowana i mam ochotę zapłakać z radości, choć jeszcze przed chwilą chciałam wyć z powodu okropnego losu, jaki mnie spotkał. Może to pragnienie wynika z mieszaniny radości i smutku.
Chwytam torbę, wchodzę do środka i włączam światło. Moim oczom ukazuje się potężna otwarta przestrzeń – przestronny salon z kuchnią i jadalnią na drugim końcu. Jednak wystrój jest równie surowy i chłodny jak sama Audrey: twarde, niewygodne meble, które wyglądają dobrze, dopóki nie trzeba z nich korzystać. A do tego posadzki wykonane z betonu architektonicznego.
Gdyby to pomieszczenie mogło mówić, rzuciłoby coś w stylu: „Nie wyobrażam sobie, jak można latać w klasie ekonomicznej” albo: „Nie rozumiem ludzi, którzy jedzą chleb”. Słyszałam, jak z ust Audrey padały oba te zdania.
Zanim do głowy zdążą przyjść mi kolejne powody, dla których nienawidzę tego wystroju, a także byłej żony Harrisona, dobiega mnie brzęk szkła – niepokojący odgłos, który zdecydowanie wydał jakiś człowiek i który pewnie ma związek z cieniem, zbliżającym się do mnie ociężałym krokiem.
Całkiem nieruchomieję.
Nie jestem idiotką. Owszem, potrafię być na tyle głupia, by w środku nocy wejść do czyjegoś domu i się nie zastanawiać, dlaczego drzwi były otwarte, ale nie aż tak, by się nie zorientować, że powinnam wiać co sił w nogach.
Niestety, nie jestem w stanie. Nogi mam jak z ołowiu. Nawet nie wiem, czy pamiętam, jak się oddycha.
– Nie mam pojęcia, kim, do chuja, jesteś – bełkocze monstrum – ale wypierdalaj z mojego domu, bo nie jestem w nastroju.
O Boże. To właśnie cała ja: włamałam się do niewłaściwego domu. Udaje mi się postawić krok w kierunku drzwi, gdy potwór wyłania się z cienia.
– Harrison? – szepczę.
W sumie nie wiem, dlaczego pytam. Oczywiście, że to Harrison. Nikt inny nie jest tak wysoki i nie ma tak szerokich barów. Nikt inny nie ma tak nieziemskich rysów i najbardziej apetycznych ust, które wyglądają, jakby Bóg osobiście pochylił się nad ich rysunkiem. Tyle tylko, że Harrison, którego zapamiętałam, miał kwadratową szczękę, był bezgranicznie odpowiedzialny i nigdy się nie chwiał pijany jak bela, ściskając w ręce butelkę bourbona, ubrany tylko w bokserki.
A ten tutaj dokładnie to robi.
– A ty, kurwa, kto? – pyta, chwytając się oparcia krzesła, aby utrzymać równowagę.
Szczęka mi opada. Bo niezależnie od tego, jak bardzo jest pijany i jak długo go nie widziałam, Harrison powinien mnie pamiętać.
– Jezu, Harrison, znasz mnie od urodzenia. Ile wypiłeś?
Spogląda na mnie przymrużonymi oczami.
– Daisy? Mała Leniwa Daisy?
Boże, nienawidzę tego przezwiska, choć chyba brzmi lepiej niż Ślubna Edycja Mrocznej Barbie.
– Trochę ci zeszło – wzdycham, odkładając torebkę.
Wędruje wzrokiem od mojej twarzy do koszulki i szortów, po czym gwałtownie odwraca spojrzenie.
– Dorosłaś.
Brzmi to tak, jakby chciał powiedzieć, że mam broń, jakby to sprawiało, że mogę być niebezpieczna. Najwyraźniej sądził, że już na zawsze pozostanę nabzdyczoną nastolatką.
– No tak. Ludziom to się zdarza, Harrison.
Zwykle by się zaśmiał albo chociaż uśmiechnął czy rzucił jakąś zabawną ripostę. Ale nawet przez myśl by mi nie przeszło, że ten mężczyzna zachowa się tak, jakby moja obecność była najgorszą rzeczą, jaka mogła mu się przydarzyć.
– Skąd się tu wzięłaś? – pyta.
Rozluźniam nieco palce, które do tej pory obejmowały morderczym uściskiem klucze, i przysiadam na brzegu sofy.
– A ty? – odbijam piłeczkę. Kiedy Liam rozmawiał z nim dziś po południu, Harrison twierdził, że jest już w Los Angeles. Według słów brata mojej matki był „wyraźnie zajęty”, więc od razu oczami wyobraźni zobaczyłam, jak uprawia seks z kimś innym niż ja. – Podobno wyjechałeś.
Oczy Harrisona ciemnieją, a bruzda między brwiami pogłębia się.
– Coś mi wypadło – rzuca, po czym opada na skórzany fotel stojący po jego lewej stronie. – Chociaż nie wiem, dlaczego to ja się tłumaczę, skoro to ty popełniłaś przestępstwo.
Odkładam klucze na stoliku do kawy.
– Pokłóciłam się z mamą, a u Liama nocuje jego dziewczyna. Pomyślałam, że prześpię się na twoim tarasie, ale drzwi były otwarte.
– No to wpadłaś na zły pomysł – oznajmia. – Masz szczęście, że nie użyłem broni.
– Jesteś teraz zbyt pijany, żeby w cokolwiek trafić – oznajmiam, śmiejąc się cicho. – Myślę, że jestem bezpieczna.
Dziwne. Od kiedy Harrison się upija? To typ, który zawsze wolał być trzeźwy, na wypadek gdyby gość, który miał być kierowcą na imprezie, jednak nawalił. Facet, który mówi Liamowi, żeby trochę zwolnił, i ten sam, który radzi, żeby wszyscy wzięli głęboki oddech, kiedy szykuje się bójka.
Zawsze nad wszystkim panuje, nawet gdy nikt inny nie jest w stanie. Skoro się upił, w dodatku tak, że ledwo udało mu się ustać na nogach, to znaczy, że coś poszło mocno nie tak.
Zdejmuję buty i opadam na niewygodną kanapę, podwijając nogi pod siebie.
– Co się stało z twoją dziewczyną z Los Angeles?
Jest prawnikiem, więc jedna z jego najmocniejszych stron to błyskawiczny refleks, a jednak słysząc moje pytanie, zamiera. I dlaczego powiedział Liamowi, że doleciał już na miejsce?
– Bo nie ma żadnej dziewczyny w Los Angeles – kwituję głośno, a zdziwienie w moim głosie odbija się echem od betonowej podłogi.
– Co? – pyta, rozglądając się dookoła, jakby się zastanawiał, jak odwrócić moją uwagę. Czyli reaguje dokładnie tak jak każdy kłamca. Kiedy ktoś sugeruje, że zmyśliłeś swoją prawdziwą dziewczynę, raczej wiesz, jak wybrnąć z takiej sytuacji.
Co prawda strzelałam, ale jego zachowanie potwierdza moją teorię. Do bólu prawdomówny i odpowiedzialny Harrison wmawiał wszystkim, że wcale nie przejmuje się tym, że jego małżeństwo się rozpadło, a poza tym ma tyle roboty i jest tak zajęty swoją nową dziewczyną, że nie da rady znaleźć dla nich czasu. Okazuje się jednak, że częściowo mijał się z prawdą. A może nawet w całości.
– Nie wiem, dlaczego kłamiesz, ale albo nigdy nie miałeś dziewczyny w LA, albo już jej nie masz, a… – i tu trochę zgaduję – ale zakładam, że wcisnąłeś wszystkim kit, żeby się od ciebie odczepili, albo nie chciałeś się przyznać do dwóch nieudanych związków.
Sprawia wrażenie załamanego. Chyba powinnam była zachować tę teorię dla siebie. Trzeba było udawać, że to całkiem normalne, że tak sobie tu siedzi i pije w samych bokserkach, chociaż miał być sześć godzin drogi na południe stąd.
– Gratulacje – odzywa się cicho, podnosząc butelkę do ust. – A teraz wyjdź.
Nie zwracam na jego słowa uwagi, ale wcale nie wynika to z egoizmu. Pewnie, nie mam ochoty spać w samochodzie, jednak naprawdę się martwię, ponieważ niby mam przed sobą najlepszego z przyjaciół Liama, ale tak naprawdę nie wiem, co się z nim stało.
Najwyraźniej mało jadł. Wygląda, jakby mógł spać przez rok, a pewnie przydałoby mu się także płukanie żołądka – szkoda tylko, że nie wiem, jak się do tego zabrać. Ale nic nie stracił ze swojego uroku, nadal wygląda jak współczesna wersja Cary’ego Granta czy Gregory’ego Pecka z lat pięćdziesiątych, tylko zwyczajnie nie jest sobą.
– Słuchaj, nie mam pojęcia, co się dzieje, ale… – zaczynam i w niesłychanym przejawie powściągliwości udaje mi się opanować i nie skomentować tego, jak nisko upadł. – Najwyraźniej jesteś wykończony. Może powinieneś się położyć?
Mruży oczy i stwierdza:
– Byłem w drodze do łóżka, kiedy postanowiłaś się włamać do mojej pieprzonej chaty.
Spoglądam na butelkę, którą trzyma w dłoni. Jeśli Harrison kładzie się teraz spać z niemal już pustą flaszką, sytuacja jest dużo gorsza, niż podejrzewałam.
– Zabierzmy cię na górę – zachęcam, wstając.
Podnosi się z trudem, po czym zataczając się przy każdym kroku, rusza z ponurą miną w stronę wysokich betonowych schodów. Podążam tuż za nim i jednocześnie staram się obliczyć, jakie jest prawdopodobieństwo, że zginiemy oboje, jeśli spadnie na mnie. Przynajmniej umrę, czując jego ciało tuż przy swoim. To już drugi promyk nadziei tego wieczoru.
Gdy docieramy na piętro, odwraca się do mnie. Spodziewam się, że niechętnie zaproponuje mi pokój, ale on tylko marszczy brwi, a w jego spojrzeniu pojawia się jakiś błysk. Jakby iskra zainteresowania – ulotna myśl.
Faceci patrząc na mnie, nie widzą bezmyślnej dwudziestojednolatki. Widzą krągłości i zbyt pełne usta – cechy, które kojarzą im się z robieniem laski, pornosami, a także z innymi fantazjami – ale do tej pory Harrison tak na mnie nie reagował. Byłam dla niego Małą Leniwą Daisy, rozkapryszoną córką Bridget czy też zbuntowaną siostrzenicą Liama, młodszą od niego o jedenaście lat.
Ale teraz na pewno nie widzi we mnie żadnej z tych postaci, a ja czuję, jak powietrze zaczyna iskrzyć. Niemal smakuję już delikatny dotyk jego warg podczas naszego pierwszego pocałunku, a także czuję ciężar jego ciała na moim.
Jest pijany. Na trzeźwo nigdy by tego nie zrobił. Wiem, że nawet gdyby mnie zapytał, czy chcę z nim być, i tak nie będę mogła się zgodzić. Większość życia spędziłam, czekając, aż Harrison spojrzy na mnie dokładnie w ten sposób, a teraz nareszcie ten moment nastąpił. Szkoda, że nie mogę oprawić tego wspomnienia w ramkę i powiesić nad łóżkiem na zawsze.
Założę się, że nawet po pijaku Harrison wymazałby wszystkie moje wcześniejsze doświadczenia. Jednak zanim zdążę się zastanowić, w jaki sposób mógłby to zrobić, wchodzi do swojej sypialni i zatrzaskuje za sobą drzwi.
Wpadam do najbliższego pokoju i wyciągam się na zaskakująco wygodnym łóżku, nadal ubrana. Oczywiście on dał mi jasno do zrozumienia, że chce, żebym sobie poszła, ale trzeźwy Harrison nigdy nie pozwoliłby mi spać w samochodzie. Trzeźwy Harrison wygłosiłby surową pogadankę o tym, jak niebezpiecznie jest spać w samochodzie, i kazałby mi przysiąc, że nigdy więcej tego nie zrobię.
Tylko co tu się właściwie stało? Jak to możliwe, że Harrison – elegancki, pewny siebie, spełniony Harrison – tłucze się po pustym domu w bokserkach, pociągając bourbon prosto z butelki? I jakim cudem nadal uważam, że jest pociągający?
Kiedy zamykam oczy, nie widzę już Gorącego Żonatego Prawnika Harrisona. Widzę Półnagiego Dzikiego Harrisona, który powinien się ogolić.
Pragnę tej nowej wersji równie mocno jak starej.
Celibat, który właśnie sama sobie obiecałam, chyba nie ma większych szans powodzenia.
Każdy dzień zaczyna się dokładnie w ten sam sposób – od tępego bólu głowy i błogich dziesięciu sekund, kiedy nie do końca pamiętam, ile rzeczy poszło nie tak. Wtedy wciąż wydaje mi się, że mam dom, obiecującą karierę, żonę oraz szacunek współpracowników.
A potem uświadamiam sobie, że straciłem większość z tych rzeczy, i wówczas mój dzień zaczyna się naprawdę.
Schodzę na dół po tabletki przeciwbólowe, niechętnie myśląc o widoku, za który zapłaciłem tyle kasy. Dziś świeci słońce, ale zdecydowanie wolę, gdy pogoda wpasowuje się w mój nastrój, kiedy leje i nie muszę patrzeć na tych wszystkich dupków na rowerach albo trzymające się za ręce pary.
Auta, które zaparkowały wzdłuż ulicy, również nie poprawiają mi humoru. Kiedy rok temu kupiłem ten dom, wyobrażałem sobie, że codziennie rano przed pracą będę surfować. Marzyłem, że pewnego dnia doczekam się dzieciaków, które będę mógł zabierać na przejażdżki rowerem wzdłuż ścieżki, a potem uczyć, jak łapać pierwsze fale przy molo. Tyle tylko, że jak się okazało, Audrey zupełnie nie podzielała tych marzeń, a rok temu przeprowadziła się do Londynu, więc teraz żadne z nich nie wchodzi w grę.
Jednak dziś jest inaczej, bo gdy się odwracam, zamiast roześmianych par i bezkresnego błękitu Pacyfiku moim oczom ukazuje się tyłek kobiety w jasnoniebieskich spodniach do jogi, która dodatkowo zachęcająco go wypina.
Na moim tarasie.
Staram się nie zwracać uwagi na dziwny ucisk w żołądku, jaki wywołuje ten widok. Nie obchodzi mnie, jak ponętne są te pośladki – to prywatna posesja, więc ich właścicielki nie powinno tu być. Ignoruję dudnienie w głowie i podchodzę do niej, gotowy, by wszystko jej wygarnąć, ale wówczas ona się prostuje i odwraca do mnie.
Daisy.
Na moim tarasie stoi Daisy, siostrzenica Liama. Coś mi podpowiada, że powinienem wiedzieć, dlaczego tu jest. Może śniła mi się ostatniej nocy, ale na pewno nie w tak dorosłej odsłonie. Bo, kurwa mać, ależ ona ma krągłości.
Chłonę kształty jej delikatnych, lecz pełnych ust, policzków, piersi, ledwo zakrytych sportowym stanikiem, oraz jej wąskiej talii przechodzącej w zmysłowe biodra.
Moje ciało reaguje, zanim mam choćby cień szansy je powstrzymać, a jej wzrok natychmiast wędruje w dół.
– Wow, ta część twojego ciała zdecydowanie już nie śpi – oznajmia z uśmiechem. – I robi wrażenie. Zaproponowałabym, że się nim zajmę, ale nawet stąd czuję, że cuchniesz jak gorzelnia.
Na hasło, że byłaby skłonna się nim zająć, nawet jeśli mówiła to żartem, powinienem poczuć przerażenie. Tymczasem jeszcze chwila, a wyskoczę z bokserek.
Przewracam oczami i dyskretnie zakrywam dłonią klejnoty.
– Pozwól, że wyjaśnię, zanim popadniesz w samozachwyt na punkcie własnej urody: to nie ma nic wspólnego z tobą, bo przecież nie wiedziałem, że znajdę cię na moim pieprzonym tarasie. Prawda? Skąd się tu wzięłaś?
Otwiera szeroko usta.
– Harrison, wczoraj wieczorem odbyliśmy bardzo długą rozmowę. Naprawdę chcesz mi powiedzieć, że nic nie pamiętasz?
Zaciskam dwa palce na grzbiecie nosa i zamykam oczy. Naprawdę nic pamiętam? Na pewno przypominam sobie, że była tu jakaś naprawdę seksowna dziewczyna, która się ze mną kłóciła. Myślałem, że to sen.
Ulicą pod nami przejeżdża samochód, a moją głowę zaczyna rozsadzać basowy rytm: bum, bum, bum. Jestem wykończony i nie potrafię w tej chwili trzeźwo myśleć. Odwracam się na pięcie i idę do kuchni, gdzie połykam podwójną dawkę dobową środków przeciwbólowych, popijając je łykiem bourbona. Dziewczyna oczywiście rusza za mną, rozpuszczając włosy, które do tej pory miała związane w kucyk, po czym siada przy blacie.
Powinienem był jej powiedzieć, żeby została na zewnątrz.
Uwielbiam Daisy – właściwie należy do rodziny – ale w tej chwili jedyne, czego chcę, to być sam. Pragnę przespać resztę dnia. Nie mam ochoty silić się na uprzejmości. A przede wszystkim nie chcę, by ktokolwiek się dowiedział o mojej obecnej sytuacji.
– No więc to było tak – zaczyna. – Przyjechałam wczoraj wieczorem, bo pokłóciłam się z mamą i nie mogłam przenocować u Liama, ale…
– Nie mam pojęcia, dlaczego się zgodziłem, żebyś została – wpadam jej w słowo – ale powinnaś już iść.
Robi wielkie oczy. Rozumiem ją, bo nawet ja jestem zaskoczony, że odezwałem się do niej tak niegrzecznie i tak ostro. Ale naprawdę powinna się zbierać. I chciałbym, żeby włożyła na siebie jakąś cholerną koszulkę.
Krzyżuje ramiona na piersi.
– Nie, mowy nie ma.
Przyciskam palce wskazujące do skroni.
– Daisy, nie jesteś już uroczą małą dziewczynką, która może tupnąć nogą i czekać, aż ktoś spełni jej zachciankę.
– Racja – odpowiada z uśmiechem. – Jestem uroczą dorosłą kobietą, która wie, że od sześciu miesięcy okłamujesz swoich przyjaciół na temat swojej dziewczyny, która nie istnieje. Przyznałeś się do tego wczoraj wieczorem.
Kurwa mać. Ta naprawdę paskudna sytuacja stała się właśnie jeszcze gorsza. Jestem tak skacowany, że nie mam siły się z tego wykręcić, ale wiem, że muszę spróbować.
– Nie to miałem na myśli.
– Spoko. – Podnosi telefon i zaczyna pisać. – W takim razie dam znać Liamowi, że jednak w ten weekend jesteś na miejscu, chociaż powiedziałeś mu, że wylądowałeś w Los Angeles ze swoją wymyśloną dziewczyną. Na bank się ucieszy, że w końcu uda wam się spotkać.
Wzdycham ciężko. Jeśli ona napisze do Liama, to ani się obejrzę, a gość stanie w progu, wściekły, że go okłamałem, a jednocześnie zdeterminowany, by rozwiązać moją sytuację na tysiąc sposobów, które i tak na nic się zdadzą. Spośród wszystkich rzeczy, których mi w tej chwili nie trzeba do szczęścia, taki obrót spraw zdecydowanie jest na pierwszym miejscu, a obecność siostrzenicy Liama jest tuż za nim.
– Przestań – chrypię. – Wcale ich nie unikałem, dobra? Po prostu próbuję sam uporządkować własne sprawy i nie chcę nikogo do tego mieszać.
Odkłada telefon.
– Ciekawe. Kiedy ja muszę uporządkować własne sprawy, zazwyczaj nie robię tego, upijając się samotnie do nieprzytomności i w dodatku półnago.
Jęczę, słysząc jej uwagę. Wiedziałem, że tej sobocie daleko będzie do ideału – chciałem tylko wziąć aspirynę i odespać kaca. Ale nie miałem pojęcia, że będzie aż tak źle.
– Słuchaj, mam za sobą naprawdę ciężki tydzień. Próbowałem się odprężyć i trochę przesadziłem.
Daisy wybucha śmiechem.
– Przed chwilą widziałam, jak popijasz tabletki przeciwbólowe bourbonem. A nie ma jeszcze dziesiątej.
Włączam ekspres do kawy i odwracam się do niej.
– Chciałem tylko pozbyć się bólu głowy spowodowanego twoją obecnością, Mroczna Barbie.
Przesuwa kciukiem po krawędzi butelki z wodą.
– Harrison, nie wyjadę, dopóki się nie przekonam, że – macha ręką, pokazując na mnie – to się nie dzieje na co dzień.
I tak oto trafiłem w sam środek piekła. Jak mam się jej pozbyć? Albo będę musiał przyznać się przed przyjaciółmi, że moje życie szlag trafił, albo czeka mnie tydzień w towarzystwie nieprzyzwoicie seksownej córki Bridget, podczas którego będę udawał, że wszystko gra i buczy.
– Daisy, czego ty ode mnie chcesz? – warczę. – Wypiszę ci czek. Studiujesz, prawda? Studenci zazwyczaj potrzebują pieniędzy.
Upija kolejny długi łyk wody, a ja szybko odwracam wzrok. Bo dzięki takiej reakcji ludzkości udało się przetrwać: nieważne, jak potężnego facet ma kaca albo jak bardzo ma złamane serce, i tak może dostać erekcji na widok kobiety przełykającej wodę.
– Nie chcę twoich pieniędzy – odpowiada. W jej oczach pojawia się błysk bólu. – Ale chciałbym, żebyś przestał zachowywać się jak ostatni dupek. Powiedz swoim przyjaciołom prawdę albo szykuj się, że będziesz robił wszystko, co ci każę.
Wychodzi na zewnątrz i ponownie wykonuje skłon. Zagłuszam pragnienie, by dalej jej się przyglądać, i maszeruję na górę.
Naprawdę moje libido nie mogło sobie znaleźć gorszego momentu na pobudkę.
Przecież znam tę dziewczynę od dziecka.
Następnego ranka drzwi do sypialni Harrisona pozostają zamknięte. Po naszej wczorajszej rozmowie wszelki ślad po nim zaginął. Zjadł coś? A może pije sam pod mostem? Nie mam pojęcia, ale ta sytuacja zdecydowanie mnie przerasta. Mimo że postanowiłam zostać bohaterką tej historii – niczym mała Mary Poppins, która ratuje wszystkich łyżeczką cukru i kilkoma cytatami na temat odporności – to ja najbardziej potrzebuję ratunku.
Wkładam legginsy i stanik sportowy, a następnie schodzę na dół, kierując się w stronę tarasu. Powietrze jest rześkie, na tafli oceanu załamują się delikatne promienie słońca, a wzdłuż drogi zaparkowali faceci, którzy teraz wysiadają ze swoich samochodów czy pick-upów i ubrani w pianki szykują się do surfowania.
Czyli zaraz po drugiej stronie musi być dobre miejsce do surfowania. I to naprawdę dobre. W końcu nie kupuje się deski firmy Vissla, którą właśnie wyładowuje jeden z nich, by zwyczajnie taplać się przy brzegu.
Liam twierdzi, że Harrison już nie surfuje, ale i tak rozumiem, dlaczego chciał kupić ten dom. Samo przebywanie w pobliżu oceanu sprawia, że człowiek czuje się trochę bardziej żywy.
A to z kolei przypomina mi, dlaczego tu przyjechałam. Odwracam się i rozpoczynam swój mały poranny trening, dzięki któremu udało mi się jeszcze nie zwariować. Najpierw się rozciągam, a potem wykonuję serię wykroków, przysiadów, pompek i planków, które powtarzam codziennie bez wyjątku od kilku tygodni i które w dziwny sposób mnie uspokajają. Kiedy nakręca mi się spirala myśli, trzymam się refleksji, że niezależnie od tego, jak kiepsko się czuję czy jak ponura wydaje mi się przyszłość, rano znów czeka mnie moja codzienna sesja i że wprawdzie życie nie stanie się od razu lepsze, ale na pewno nie będzie też gorsze.
Przynajmniej do sierpnia.
W sierpniu zdecydowanie może być gorzej.
Kiedy kończę, opadam na jeden z niewygodnych leżaków Harrisona z nadzieją, że znów pojawi się w bokserkach, ponieważ jego wzwód był prawdziwą ucztą dla oczu.
Za to gdy usiłował go zasłonić – a musiał użyć do tego obu rąk – wyglądał co najmniej śmiesznie.
Facet po drugiej stronie ulicy właśnie rozpoczyna żmudny proces wpychania się w kombinezon z pianki. I chociaż zawsze nienawidziłam zarówno wkładania go, jak i zdejmowania, to mimo wszystko tęsknię za tym. Tęsknię za radością płynącą ze ślizgania się po falach, za zmęczeniem. Tęsknię za tym, by pragnąć czegoś, czegokolwiek, równie mocno, jak swego czasu pragnęłam właśnie surfowania. W ciągu ostatnich kilku lat stopniowo odcinałam się od wszystkiego, co sprawiało mi radość, ale z całą pewnością tego brakuje mi najbardziej.
Harrison też kiedyś uwielbiał surfować – wciąż pamiętam go jako opalonego nastolatka próbującego ślizgać się tyłem – ale deski oparte o ścianę jego garażu, które widziałam wczoraj, kiedy wnosiłam do środka swój kombinezon, były całe w pajęczynach. Założę się, że nigdy ich tu nawet nie zamoczył w morskiej wodzie.
Jasne, on i ja znaleźliśmy się w całkiem odmiennych punktach życia – on jest bogatym prawnikiem z rezydencją nad oceanem, a ja trzpiotką bez dachu nad głową, za to z zamiłowaniem do szantażu. Jednak oboje zmierzamy w tym samym kierunku: pionowo w dół, na łeb na szyję, a wszystko to, co było dobre w naszym życiu, zostawiamy za sobą.
Lecz aby móc zawrócić Harrisona z tej równi pochyłej, najpierw sama będę musiała wyhamować i zmienić bieg swojej ścieżki.
Pewnie nie powinnam wracać do surfowania właśnie tutaj, ale nagle ogarnia mnie takie pragnienie, że nie potrafię się powstrzymać. Dlatego szybko biorę, co trzeba, zanim stchórzę – bikini z pokoju, a potem piankę, którą powiesiłam w garażu – choć cały czas towarzyszy mi nerwowe podekscytowanie.
Przecież to jak jazda na rowerze. Co prawda ten rower pędzi z zawrotną prędkością w stronę klifu, ale wszystko sobie przypomnę. A przynajmniej mam taką nadzieję. Wolałabym nie przekonać się na środku oceanu, że jednak się myliłam.
Pożyczam od Harrisona jedną z jego licznych desek, po czym błyskawicznie ją woskuję, ignorując lekkie ukłucie strachu w żołądku. Następnie przełykam ślinę i przechodzę przez ulicę, krzywiąc się, kiedy moje bose stopy dotykają chodnika. Teraz są takie, jak przystało na dziewczynę z miasta. Zastanawiam się też, czy właśnie ta dziewczyna potrafi odpowiednio wyczuć fale, wyskoczyć na deskę i wykonać zwrot.
A może rozbiję się od razu o pobliski klif, bo jednak nie pamiętam więcej niż jednej z rzeczy, które wymieniłam.
Na szczycie schodów widnieje napis: „Witamy w Horseshoe Point. Wchodzisz na własną odpowiedzialność”.
Cicho zasysam powietrze, nie z powodu tabliczki z ostrzeżeniem, ale ponieważ kojarzę tę nazwę.
Słyszałam o nim. Ludzie szepczą o Horseshoe z takim samym nabożnym przestrachem jak o Mavericks, a sądząc po urwisku, zakładam, że fale są podobne do tych w Steamer Lane – trzeba szybko wyskoczyć i natychmiast skręcić w bok, by nie skończyć na skałach. Te miejscówki stanowią wyzwanie nawet dla zaawansowanych surferów. Dopóki wszystko idzie dobrze, jazda jest niesamowita, ale staje się śmiertelnie niebezpieczna, jak tylko cokolwiek pójdzie nie tak.
Nie powinnam surfować tutaj po tak długiej przerwie, ale jeśli się teraz wycofam, może już nigdy do tego nie wrócę. Zresztą kiedy znów będę miała okazję znaleźć się w chacie, która jest położona zaledwie trzydzieści metrów od równie zarąbistego miejsca?
Schodzę po stromych stopniach i mocno owijam linkę wokół kostki. Najlepiej wskoczyć do wody, gdy fala zaczyna się cofać – w ten sposób ocean wykonuje część pracy za nas. Ale woda raz po raz uderza o brzeg i cofa się, a ja stoję w miejscu z sercem w gardle.
Wyglądam jak idiotka, kiedy tylko patrzę i nie wskakuję do morza, podczas fale jedna po drugiej rozbijają się o schody. Nie jestem pewna, czy mój strach wynika z samego surfowania, czy chodzi o coś większego, ale wiem na pewno, że mam powyżej uszu tego uczucia.
Nadchodzi kolejna fala i tym razem wskakuję. Oczywiście woda jest lodowata, ale to raczej moje najmniejsze zmartwienie, skoro w każdej chwili mogę wylądować na skałach. Dlatego wspinam się na deskę i zaczynam wiosłować rękami. Nie mam już takiej siły w ramionach i barkach jak kiedyś, ale po chwili wpadam w rytm, instynktownie przetaczam się pod nadchodzącą falą i płynę dalej.
Mam nadzieję, że resztę też sobie przypomnę.
Ignorując chłopaków na fajniejszym końcu fali, w końcu docieram do przerwy między unoszącymi się morskimi grzbietami. Z pewnością ktoś taki jak ja, czyli samotna laska na desce, która nie ma pojęcia, co robi, wzbudza ciekawość.
Zbliża się niewielka fala i wówczas po raz pierwszy od lat muszę odwrócić deskę w stronę brzegu i zacząć przecinać wodę ramionami. Kiedy nie udaje mi się jej złapać na czas, bardziej wynika to ze strachu niż z braku umiejętności.
Zamykam oczy i żałuję, że nie ma przy mnie Harrisona. Kiedy byłam dzieckiem i się bałam, Liam mawiał: „Dajesz, raz kozie śmierć”, co zazwyczaj nie działało. Harrison był zdecydowanie milszy, gdy zwracał się do mnie łagodnym głosem: „Po prostu podciągnij się na desce, Daisy”, a następnie dodawał: „Reszta zrobi się sama”.
I zawsze miał rację. Surfowanie nie jest skomplikowane – składa się z sekwencji ruchów i wystarczy tylko mieć odwagę, aby tę sekwencję rozpocząć. Opierasz się na rękach, unosisz tułów, a wtedy ciało przejmuje kontrolę.
Widzę, że dwóch chłopaków przygotowuje się do następnej fali, więc robię to samo i manewruję tak, aby znaleźć się twarzą do brzegu, wiosłując najpierw powoli, a potem mocno.
Po prostu się podciągnij, Daisy.
Serce tłucze mi się w piersi jak szalone, kiedy odpycham się od deski, opieram prawą stopę z tyłu, a lewą wysuwam do przodu i… staję na desce.
Ocean pod deską wibruje jak pociąg towarowy, a mnie rozpiera ta sama dawna radość i euforia, jakiej nie doświadczyłam nigdzie indziej.
Nie muszę skręcać, aby ominąć klif, ale i tak to robię, tylko po to, by poczuć ten pęd. Przychodzi mi to z taką samą łatwością jak kiedyś, a gdy wreszcie nurkuję przy desce, po raz pierwszy od tygodni naprawdę się uśmiecham.
Dzisiaj dzięki oceanowi odzyskałam niewielką cząstkę siebie.
Kiedy budzę się rano, a moją pierwszą myślą jest „muszę się napić”, wiem, że nie jest dobrze. A dzisiaj jest nawet gorzej. Zatrzymała się u mnie Daisy albo może raczej jej niepokojąco dorosła wersja, z pysznymi krągłościami i zmysłowymi ustami, która robiła skłony na moim tarasie, jakby chciała mi pokazać, że jej tyłek wyszedł Bogu wręcz po mistrzowsku.
Muszę się jej pozbyć. Oczywiście najprostszym rozwiązaniem byłoby po prostu przyznać się do wszystkiego przed przyjaciółmi, ale to oznaczałoby również, że od kilku miesięcy kłamałem im prosto w twarz, i musiałbym zmierzyć się z ich niezbyt pomocnymi reakcjami – Caleb i Beck patrzyliby na mnie ze współczuciem, a Liam namawiałby mnie, żebym wrócił do gry. A ja chcę tylko jednego – żeby wszyscy dali mi święty spokój, więc gdybym się przyznał, przez kolejne tygodnie albo nawet miesiące nie zaznałbym go ani trochę. Wciągam na siebie spodnie dresowe i T-shirt. Wcale mi się nie uśmiecha, że we własnym domu muszę teraz chodzić w ubraniach – jedynym pozytywnym aspektem rozwodu było to, że siedziałem tu sam, mogłem być tylko w bokserkach i nie słyszałem złośliwych komentarzy Audrey. Z drugiej strony wcale nie potrzebuję powtórki z wczorajszego incydentu z erekcją.
Ku mojej ogromnej uldze, kiedy schodzę na dół, Daisy nigdzie nie widać. Robię sobie kawę, dodaję do niej odrobinę bourbona, opadam na krzesło na tarasie i wpatruję się bezmyślnie w horyzont.
Po drugiej stronie ulicy jeden z tych pierdolonych surferów wspina się po schodach, a za nim podąża jego niesamowicie gorąca dziewczyna – ma długie blond włosy, które opadają jej na plecy, i figurę klepsydry, którą dodatkowo podkreśla obcisła pianka do surfowania. Kiedyś nawet nie zauważałem innych kobiet poza swoją żoną. Co prawda stało się to trudniejsze po tym, jak przestała ze mną sypiać, ale teraz nie muszę się już czuć winny z tego powodu. Nie ma nic złego w tym, że obczajam laskę tego szczęściarza, jakby to była kwestia życia i śmierci.
Chłopak podchodzi do półciężarówki zaparkowanej jakieś dwadzieścia metrów od schodów, a ona opiera deskę o poręcz i rozpina kombinezon do połowy, tak że zwisa jej w talii. Bikini, które ma na sobie, ledwo zakrywa jej bujne kształty. Wpatruję się w jej cudowną, gładką, opaloną skórę.
A potem przenoszę wzrok na sutki. Drży w swoim bikini, a ja nawet stąd widzę, jak stwardniały i napierają na materiał.
Wlewam do gardła łyk kawy, jakby to był bourbon, i parzę sobie język.
Jezu Chryste. Minęło naprawdę sporo czasu.
W ciągu kilku sekund moja zazdrość wobec tego faceta wzrosła wręcz wykładniczo.
Ale kiedy dziewczyna podnosi swoją deskę, wcale się do niego nie zbliża. Przechodzi przez ulicę, a ja czuję, jak zaciska mi się żołądek. Bo właśnie weszła na mój podjazd i… a niech mnie. Laska, którą pożerałem wzrokiem, to Daisy.
Daisy, mała dziewczynka, która wiecznie się za nami szwendała. Smarkula uczesana w dwie kitki, którą nauczyliśmy surfować. Strzelająca fochy nastolatka, która stanęła na głowie, by zepsuć ślub własnej matki.
Od lat jej nie widziałem, ale w mojej głowie zawsze istniała nieprzekraczalna granica, która powodowała, że nigdy nie sądziłem, iż spojrzę na nią tak, jak patrzę na dorosłe kobiety.
Tylko że teraz spojrzałem na nią w ten sposób już dwukrotnie. A jeśli zostanie, bez wątpienia dojdzie do tego ponownie.
Znika gdzieś na dole, a kilka minut później wychodzi na taras z ręcznikiem owiniętym wokół talii i drugim na ramionach, roztaczając wokół siebie radość, jakiej od wieków nie czułem.
Doskonale pamiętam to zmęczenie na granicy ekstazy po kilku godzinach surfowania, skórę napiętą od słonej wody, rozgrzewającą się w promieniach słońca, podczas gdy w myślach przeżywałem ponownie najlepsze fale. I przez ułamek sekundy tęsknię za tym. Za tym uczuciem. Za utraconą młodością. Chciałbym to wszystko odzyskać.
– Powinieneś popływać – oznajmia, przerzucając swój kombinezon przez poręcz.
– Za to ty nie powinnaś – warczę. – Zwłaszcza sama.
Przewraca oczami.
– Po pierwsze, mam dwadzieścia jeden lat, a nie dwanaście, a po drugie – wskazuje na auta stojące wzdłuż drogi – wcale nie byłam sama. Było tam mnóstwo innych facetów.
To też mi się nie podoba. Horseshoe jest dla niej zbyt niebezpieczne, podobnie jak kolesie, którzy tam surfują. Skoro Daisy przebywa w moim domu, czuję się za nią odpowiedzialny. Nie chciałbym, żeby uciekła z jakimś ćwokiem, którego lekkie uzależnienie od heroiny odkryje dopiero wtedy, gdy zostanie uwięziona w jego nieoznakowanej furgonetce.
Proszę, mam kolejny powód, by jak najszybciej się jej pozbyć, choć nie jest on najważniejszy.
– Jak długo zamierzasz tu zostać? – pytam.
Odwraca się i patrzy na mnie.
– Jak długo zamierzasz dolewać bourbona do kawy?
– Tak długo, jak mi się podoba – odpowiadam. – Bo mam trzydzieści dwa lata, jestem, kurwa, u siebie i nie idę do pracy.
– Cóż, faktycznie brzmi jak przepis na zdrowie. Najwyraźniej moja misja dobiegła końca.
Co za absurdalna sytuacja. Mógłbym zapisać całą kartkę, wymieniając różne ekscesy Daisy z ostatnich dziesięciu lat, które też nie należały do szczególnie bezpiecznych, a i tak ograniczyłbym się tylko do najważniejszych.
– Daisy, ukradłaś wózek golfowy i wpadłaś nim do wąwozu, ponieważ twoja mama nie poświęcała ci wystarczająco dużo uwagi, a miesiąc później prawie spaliłaś jej dom. Naprawdę uważasz, że skorzystam z twojej rady?
Przeciąga językiem po górnej wardze.
– Rany, tylko na tyle cię stać? Będziesz wytykał mi to, co zrobiłam, gdy miałam czternaście lat? W tym wieku nawet Matka Teresa rozbijała wózki golfowe.
Gdybym nie miał kaca, prawdopodobnie bym się roześmiał. Tymczasem pulsujący ból, jaki rozsadza mi czaszkę, tylko się nasila.
– Słuchaj, możesz zostać tutaj przez kilka dni, aż sprawa z twoją mamą się wyprostuje. Ale zamierzam robić dokładnie to, na co mam, kurwa, ochotę, a ty będziesz trzymać się z daleka od oceanu i ode mnie, dopóki się nie pogodzicie.
– Wydaje się, że jednak o czymś zapominasz – stwierdza, uśmiechając się słodko. – Trzymam cię za jaja.
– Słucham?
Podnosi telefon i udaje, że wybiera numer.
– Liam? No cześć. Tak, właśnie jestem u Harrisona i okropnie się o niego martwię. Nie je, pije na umór i okłamuje was, że ma dziewczynę w Los Angeles. Ściągnij tu wszystkich i dajcie też znać Audrey.
Patrzę na nią przymrużonymi oczami. Trafiła w mój najbardziej czuły punkt: za nic nie pozwolę, by Audrey się dowiedziała, że zagrzebałem się tu jak w norze i użalam się nad sobą. Bo wtedy poczuje satysfakcję, że ona wyszła na prostą, podczas gdy ja ledwie się trzymam.
– Już powiedziałem, że możesz zostać – warczę. – Czego jeszcze chcesz?
Jej uśmiech staje się jeszcze bardziej promienny, a jednocześnie wydaje się dziwnie złowrogi.
– Nadal się nad tym zastanawiam. Wiem tylko, że zapowiada się świetna zabawa. Lepiej opróżnij swoje zapasy, bo od jutra nie dostaniesz już ani kropli alkoholu.
Momentalnie podnoszę głowę i wbijam w nią wzrok.
– Co?
– Słyszałeś mnie. Możesz dziś wypić wszystko, co masz. Ale jutro chcę zobaczyć dawnego, trzeźwego Harrisona, który będzie na każde moje skinienie.
Z ramion zsuwa się jej ręcznik, a moim oczom ukazuje się głęboki rowek między pełnymi piersiami, dokładnie w chwili, gdy tym swoim chrapliwym głosem powiedziała, że będę na każde jej skinienie.
– Nie możesz powiedzieć Liamowi, że się u mnie zatrzymałaś – stwierdzam.
– Cóż, sądziłam, że to oczywiste – odpowiada, przewracając oczami. – Przecież wtedy musiałabym mu powiedzieć, że cię szantażowałam i cały misterny plan diabli by wzięli.
– Właśnie… Po prostu… – Zastanawiam się, jak to delikatnie ująć. – Gdyby to wyszło na jaw, zrobiłoby się naprawdę nieciekawie.
Bo wszyscy doszliby do wniosku, że sypiamy ze sobą. A w chwili, gdy nasze spojrzenia się spotykają, wiem, że oboje dokładnie o tym pomyśleliśmy. Kurwa mać.
– Wszyscy pomyśleliby, że jesteś najszczęśliwszym mężczyzną na świecie – oświadcza.
Tak, możliwe. Nie mam zamiaru się w to zagłębiać.
– Twój wujek z pewnością by tak nie pomyślał. Zresztą twoja mama też nie.
Kąciki jej ust unoszą się w uśmiechu. Może zauważyła, że nie zanegowałem tego, co powiedziała, bo niby jak, do kurwy nędzy, miałbym to zrobić? Wystarczy na nią spojrzeć…
Koniec tego, Harrison. Przestań na nią patrzeć i się zastanawiać, jak bardzo się zmieniła, na litość boską.
Teraz sobie pójdę – oczywiście jak tylko zdołam. A potem będę jej unikał, dopóki nie wymyślę, jak ją stąd wykurzyć.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
1. Daisy
2. Daisy
3. Harrison
4. Daisy
5. Harrison
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
