Dawny światek - Antonio Fogazzaro - ebook

Dawny światek ebook

Antonio Fogazzaro

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 ISBN 832110536X

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczn Miasta i Gminy Pobiedziska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 515

Rok wydania: 1984

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



■PAX

Dawny światek

Antonio Fogazzaro

Dawny światek

List Carlina

Część druga

Sonata księżycowa i chmurna

W rękawiczkach

Z wysuniętymi pazurami

Tajemnica wiatru i drzew orzechowych

Wychodzi as'pieniężny

Rozdział VII Gra rozpoczęta

Rozdział VIII Gorzkie godziny

Za chleb, za Włochy, za Boga

Jezus Maria, pani Luizo!

Cień i świt

Mary

Ucieczka

CZĘŚĆ TRZECIA

450-025636-00-0

Dawny światek

Przełożyła Halina Kralowa

Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1984

Tytuł oryginału Piccolo mondo antico

C Copyright for the Polish tr by Halina Kralowa, Warsza

25Ć

Okładkę projektował Piotr Czeczot

£

Redaktor Magdalena Dutkiewicz

Redaktor techniczny Witold Rober

ISBN 83-211-0536-X

INSTYTUT WYDAWNICZY PAX, WARSZAWA 1984

Wydanie I. Nakład 10 000+330 egz. Ark. wyd. 18,3: ark. druk. 19,5/16. Papier druk. m/gł. kl. V, 71 g, 82X104. Oddano do składania w czerwcu 1983 r. Podpisano do druku 1 druk ukończono w październiku 1984 r. zam. nr 9/84 T-73

Printed In Poland by ZAKŁAD POLIGRAFICZNY Sieradz, ul. 23 stycznia 14/18

Luizie Venini Carnpioni

Pani, najdroższa Luizo, której bliskich było tyle osób i spraw ze światka Valsoldy, Pani, oddana i wierna przyjaciółko dwóch drogich dusz, które czekają na nas w wieczności, w ich imieniu i w imieniu innego zmarłego, który tak był przez nią kochany, ofiarowuję tę książkę budzącą potajemnie te — i nie tylko te — święte wspomnienia.

Antonio Fogazzaro

Część pierwsza

Rozdział I

Rizotto i trufle

Na jeziorze wiał zimny wiatr, próbując z furią rozpędzić szare chmury, które zawisły ciężko nad ciemnymi wierzchołkami gór. Toteż gdy państwo Pasotti dotarli z Albogasio Supe-riore do Casarico, nie zaczęło jeszcze padać. Fale z hukiem uderzały o brzeg, wstrząsały uwięzionymi na łańcuchach łodziami, ukazując tu i tam, aż po przeciwny, skalisty brzeg Doi, języki białej piany. Ale od strony zachodniej, w głębi jeziora, widać byio jasne niebo, pierwszą zapowiedź ciszy, zmęczenia wiatru; a zza ciemnego masywu Caprino wyłaniały się opary deszczu. Pasotti, w czarnym odświętnym płaszczu, w cylindrze na głowie i z grubą, bambusową laską w ręku, spacerował nerwowo po brzegu rozglądając się wokół, a co jakiś czas przystawał, by zastukać mocno laską w ziemię i zawołać tego osła przewoźnika, który wciąż się nie pokazywał.

Mała, czarna łódź z czerwonymi poduszkami i biało-czerwonym daszkiem, z ustawioną w poprzek dodatkową, paradną ławką i wiosłami skrzyżowanymi w pogotowiu na rufie, miotała się pod uderzeniami fal między dwiema dużymi barkami z węglem, które zaledwie się kołysały.

— Pin! — wołał Pasotti, coraz bardziej zły. — Pin!

Odpowiadał mu tylko jednostajny, nieustanny huk bijących

o brzeg fal i trzask zderzających się łodzi. W całym Casarico nie było, rzec by można, żywej duszy. Tylko starczy, płaczliwy głos, bezdźwięczny jak głos brzuchomówcy, jęczał z mroków portyku: .

— Chodźmy pieszo! Chodźmy pieszo!

Wreszcie Pin pojawił się od strony San Mamette.

—■ Hej tam! — zawołał ku niemu Pasotti unosząc ramiona. Tamten zaczął biec.

— Bydlę! — wrzasnął Pasotti. — Nie bez kozery dali ci to psie imię!

— Chodźmy pieszo, Pasotti — jęczał płaczliwy głos. Cho-r dźmy pieszo!

Pasotti grzmiał jeszcze na przewoźnika, który pośpiesznie odczepiał łańcuch swojej łodzi od brzegu. Po czym z rozkazującym wyrazem twarzy zwrócił się w stronę portyku i ruchem brody dał komuś znak, by się zbliżył.

— Chodźmy pieszo, Pasotti — zajęczał znowu głos.

On wzruszył ramionami, skinął rozkazująco ręką i zaczął schodzić ku łodzi.

Wówczas pod jednym z łuków portyku ukazała się stara pani; jej chuda postać owinięta była szczelnie indyjskim szalem, spod którego wystawała czarna jedwabna spódnica, głowę przykrywał kapelusik w wielkomiejskim stylu, nieproporcjonalnie wysoki, przybrany żółtymi różyczkami i czarną koronką. Dwa czarne loczki otaczały jej pomarszczoną twarz, w której widniało dwoje łagodnych, zamglonych oczu i duże usta ocienione lekkim wąsikiem.

— Och, Pin — powiedziała, składając ręce w kanarkowych rękawiczkach i zatrzymawszy się na brzegu popatrzyła błagalnie na przewoźnika. — Czy naprawdę musimy płynąć przy takiej pogodzie?

Mąż skinął na nią jeszcze bardziej rozkazująco, z jeszcze surowszą niż przedtem miną. Biedna kobieta w milczeniu zsunęła się ku łodzi i, cała drżąca, została wciągnięta na pokład.

— Niech mnie Madonna z Caravina ma w swojej opiece, mój drogi Pinie — powiedziała. — Takie niespokojne jezioro!

Przewoźnik uśmiechnął się i potrząsnął przecząco głową.

— A propos — zawołał Pasotti — masz żagiel?

— Mam w domu — odparł Pin. — Czy mam po niego iść? Może ta pani będzie się bała? A zresztą, proszę spojrzeć, zbiera się na deszcz.

— Idź — powiedział Pasotti.

Pani, głucha jak pień, nie usłyszała z tej rozmowy ani słowa i zdumiona widokiem odbiegającego Pina spytała męża, dokąd poszedł.

— Żagiel! — krzyknął jej Pasotti prosto w twarz.

Pochyliła się do przodu z otwartymi ustami, żeby coś usłyszeć, ale nadaremnie.

— Żagiel! — powtórzył głośniej, przysuwając ręce do ust.

Wydało jej się, ze zrozumiała, zatrzęsła się ze strachu i na kreśliła palcem w powietrzu pytający hieroglif. W odpowiedzi Pasotti narysował, również w powietrzu, wyimaginowany łuk i dmuchnął w niego, po czym w milczeniu kiwnął głową Je-?o°dz?na P° Się konwulsyjnie z zamiarem opuszczenia

— Wysiadam! — powiedziała przerażona. — Wysiadam' Ide pieszo!

Mąż chwycił ją za ramię i rzucając jej straszne spojrzenie pociągnął na miejsce.

Tymczasem przewoźnik wrócił z żaglem. Biedna pani skręcała się i wzdychała ze łzami w oczach, rzucała żałosne spojrzenia na brzeg, ale milczała. Maszt został postawiony, dwa dolne brzegi żagla przywiązane i łódź miała już odbić od'brze-gu, gdy wtem od strony portyku zahuczał gruby głos:

— Proszę, proszę, pan inspektor! — i ukazał się wielki, rumiany ksiądz z potężnym brzuchem, w dużym, czarnym, słomkowym kapeluszu, z cygarem w ustach i parasolem pod pachą.

— Och, proboszczunio! — wykrzyknął Pasotti. — Brawo! Na obiad? Jedzie pan z nami do Cressogno?

— Jeśli mnie pan zabierze! — odparł proboszcz Puria, idąc w kierunku łodzi. — Proszę, proszę, jest i pani Barborin!

Wielka twarz przybrała ugrzeczniony wyraz, gruby głos stał się bardzo słodki.

— Boi się jak diabli, nieboraczka — uśmiechnął się złośliwie Pasotti, podczas gdy proboszcz słał ukłony i uśmiechy w stronę pani, którą groźba dodatkowego obciążenia wprawiła w jeszcze większe przerażenie. Zaczęła w milczeniu gestykulować, jak gdyby inni byli bardziej głusi niż ona. "wskazywała palcem jezioro, żagiel, potężną postać proboszcza, wznosiła oczy ku* niebu, kładła ręce na sercu, zakrywała nimi twarz.

— Wcale tak dużo nie ważę — powiedział proboszcz ze śmiechem. — A ty bądź cicho — dodał, zwracając się do Pina, który szepnął bezczelnie:

— Piękny mi szczupak.

— Wiecie — wykrzyknął Pasotti — co zrobimy, żeby się przestała się bać? Pin, czy masz stolik i talię taroków?

— Może trochę zatłuszczone — odparł Pin — ale mam.

Z niemałym trudem wyjaśniono pani Barbarze, zwanej powszechnie Barborin, o co chodzi. Nie chciała zrozumieć, nawet kiedy mąż wcisnął jej do ręki talię brudnych kart.

Ale na razie nie sposób było grać. Łódź posuwała się z trudem, siłą wioseł, ku ujściu rzeki S. Mamette, gdzie można by już było podnieść żagiel, a fale odbite od brzegu ścierały się z nadpływającymi, rzucając łodzią pośród kipieli pienistych grzyw. Pani płakała. Pasotti krzyczał na Pina, że nie trzyma się dostatecznie daleko od brzegu. Wówczas proboszczunio chwycił dwa wiosła i rozsiadłszy się pośrodku łodzi wziął się do pracy z taką werwą, że raz-dwa minęli niedobry odcinek. Postawiono żagiel i łódź popłynęła gładko, z cichym szmerem pod stępką, kołysząc się leniwie i łagodnieT Uśmiechnięty ksiądz siadł znowu przy pani Barborin, która z zamkniętymi oczami szeptała żarliwe modlitwy. Ale Pasotti uderzał niecierpliwie w stolik talią taroków i trzeba było grać.

Tymczasem szary deszcz zbliżał się powoli, przesłaniając góry i wyciszając wiatr. W miarę uspokajania się wiatru pani wracała do siebie, grała zrezygnowana, przyjmując spokojnie własne pomyłki i wybuchy gniewu męża. Kiedy na płóciennym dachu łodzi i na martwej fali, która szła teraz w nieruchomym prawie powietrzu ku skałom Tentión, rozległ się szmer deszczu, kiedy przewoźnik zdecydował się zwinąć żagiel i wrócić do wioseł, pani Barborin odetchnęła całkowicie.

— Mój drogi Pin! — powiedziała z czułością i zaczęła grać w taroka z entuzjazmem, z werwą, z wyrazem błogiego zadowolenia, którego nie mąciły ani błędy, ani łajanie.

Wiele dni wietrznych i deszczowych, burzowych i słonecznych wstało i zgasło nad jeziorem Lugano, nad górami Val-soldy, od owej partyjki taroka rozgrywanej przez panią Pasotti, jej męża — inspektora celnego na emeryturze, i probo-szczunia Purię na łodzi, płynącej powoli, pośród deszczowej mgiełki, wzdłuż skalnego wybrzeża między S. Mamette a Cres-sogno. Gdy we wspomnieniach widzę znowu owe nędzne, czarne domki, niewyszukane w swej prostocie, które dzisiaj odbijają w jeziorze całą pompę przydanych im ozdób; owe wesołe, eleganckie pałacyki chylące się teraz w milczeniu ku ruinie; starą morwę w Orii, stary buk Madonny, które zginęły razem z darzącymi je czcią pokoleniami; tyle postaci ludzkich, pełnych wzajemnych, wiecznych na pozór uraz i niewyczerpanych pomysłów, wiernych zwyczajom, które, rzec można, tylko kataklizm powszechny byłby w stanie zniszczyć, postaci bliskich minionym generacjom jak te drzewa i razem z nimi znikłych, tamte czasy wydają mi się o wiele dalsze, niż są naprawdę, tak jak dalsze zdawały się przewoźnikowi Pinowi, gdy odwracał się, by spojrzeć w stronę zachodu, San Salvatore i góry Carona za zasłoną deszczu.

Były to czasy szare i senne, zupełnie jak to niebo i jezioro po ustaniu wiatru, który tyje strachu napędził pani Pasotti.

Wielki podmuch 1848 roku, przyniósłszy kilka godzin słońca i krótkotrwałą walkę z ciężkimi chmurami, ucichł przed trzema laty i tam, gd,zie .toczy się moja opowieść, dni płynęły spokojnie, bezradine i ciche.

Król i królowa taroków, Świat, Szalony i Mag, byli w tym czasie i w tym kraju ważnymi osobistościami, małymi potęgami, tolerowanymi dobrodusznie w łonie wielkiego, pogrążonego w milczeniu imperium Austrii, gdzie ich wzajemne niechęci, alianse i wojny były jedynym problemem politycznym,

0 którym swobodnie można było rozmawiać. Nawet Pin, wiosłując, wtykał łakomie w karty pani Barborin swój haczyko-waty, ciekawski nos i niechętnie go stamtąd wycofywał. W pewnej chwili przestał wiosłować, żeby zobaczyć, jak biedna kobieta da sobie radę w trudnej sytuacji, co zrobi z pewną kartą, którą równie niebezpiecznie było zagrać, co zatrzymać. Jej mąż stukał niecierpliwie w stolik, proboszczunio gładził z błogim uśmiechem własne karty, a ona przyciskała swoje do piersi, śmiejąc się i pojękując, zerkając to na jednego, to na drugiego ze swoich towarzyszy.

— Ma w ręku Szalonego — szepnął proboszcz.

— Ona zawsze tak robi, jak ma Szalonego — powiedział Pasotti i uderzając w stół krzyknął:

— Rzuć tę kartę!

— Rzucę ją do jeziora — odparła.

Zwróciła oczy w stronę dziobu i wykręciła się uwagą, że dobijają do Cressogno i czas kończyć grę.

Jej mąż chwilę zrzędził, ale zgodził się wciągnąć rękawiczki.

— Dzisiaj będzie pstrąg, proboszczu — powiedział, podczas gdy żona pokornie mu je zapinała. — Białe trufle, przepiórki

1 wino z Ghemme.

— To pan to wie? Wie pan to? — wykrzyknął proboszcz. — Ja też o tym wiem. Powiedział mi to wczoraj w Lugano kucharz. Co za cuda, no, no, ta pani markiza!

— Jakie znów cuda? Po pierwsze, jest to obiad z okazji świętej Urszuli; a poza tym zaproszono panie Carabelli, matkę z córką; te Carabelli z Loveno, wie ksiądz?

— Ach, tak? — powiedział proboszcz. — Czyżby były jakieś plany...? O proszę, tam płynie łodzią don Franco. Ejże, cóż za chorągiewkę ma ten chłopak? Nigdy jej u niego nie widziałem.

Pasotti uniósł płócienny dach łodzi i spojrzał. Niedaleko od nich jakaś łódź z biało-błękitnym proporczykiem kołysała się w górę i w dół, zgodnie z pełnym znużenia ruchem fali. Na rufie, pod proporczykiem, siedział don Franco Maironi, wnuk starej markizy Urszuli, która wydawała obiad.

Pasotti zobaczył, że tamten wstał, chwycił za wiosła i wiosłując powoli popłynął ku środkowi jeziora, w kierunku dzikiej zatoki Doi; biało-błękitna bandera rozwijała się i powiewała nad ciągnącą się za łodzią smugą.

— Gdzież ten oryginał płynie? — powiedział. I mruknął przez zęby, sztucznie ochrypłym głosem mediolańskiego filuta:

— Antypatyczny!

— Mówią, że jest taki zdolny! — zauważył ksiądz.

— Nic niewart — zawyrokował drugi, — Dużo pychy, mało wiedzy, żadnej ogłady.

— To zgniłek — dodał. — Gdybym ja był tą panną...

— Którą? — spytał proboszcz.

— Tą Carabelli.

— Proszę pamiętać, panie inspektorze, że jeśli przepiórki i białe trufle są dla małej Carabelli, to są wyrzucone w błoto.

— Ksiądz coś wie? — zapytał cicho Pasotti, a w jego oczach błysnęła ciekawość.

Ksiądz nie odpowiedział, bo w tym właśnie momencie dziób łodzi zaszurał po piasku i dotknął brzegu. Wysiadł pierwszy; Pasotti, przy pomocy kilku rozkazujących znaków, dał żonie jakieś wskazówki i wysiadł także. Biedna kobieta wyszła na brzeg ostatnia, owinięta znowu indyjskim szalem, schylona pod wielkim czarnym kapeluszem z żółtymi różyczkami, wyciągając przed siebie niepewnie duże dłonie w kanarkowych rękawiczkach. Dwa loczki obramowujące tę łagodną brzydotę nabrały szczególnego tonu rezygnacji pod parasolem męża, właściciela, inspektora i zazdrosnego strażnika całej tej elegancji.

Wszyscy troje ruszyli w stronę portyku willi Maironich, który biegł zachodnią stroną drogi łączącej przystań z kościołem parafialnym w Cressogno. Proboszcz i Pasotti, między jednym a drugim sapnięciem ukontentowania, chwytali nozdrzami pewien szczególny, niewyraźny, ciepły zapach, który dochodził z otwartego westybulu willi.

— Ejże, rizotto, rizotto — szepnął ksiądz z pożądliwym wyrazem twarzy.

Pasotti, obdarzony znakomitym węchem, potrząsnął głową marszcząc brwi, z jawną pogardą dla nosa tamtego.

— To nie rizotto — powiedział.

— Jak to, nie rizotto? — wykrzyknął ksiądz, dotknięty. —

— Pewnie, że rizotto. Rizotto z truflami, nie czuje pan?

Zatrzymali się obaj pośrodku westybulu, pociągając nosami

hałaśliwie jak wyżły.

— Niech ksiądz, drogi mój proboszczu, wypowiada się łaskawie na temat „posciandry" — powiedział Pasotti po dłuższej chwili, czyniąc aluzję do prymitywnej potrawy chłopskiej złozonej z kapusty i kiełbasy. — Trufle — tak, rizotto — nie'

— Posciandry, posciandry — mruknął tamten, trochę obrażony. — Jeśli o to chodzi...

Biedna cicha kobieta zrozumiała, że się kłócą, przestraszyła się i zaczęła pokazywać sufit wskazującym palcem prawej ręki, dając do zrozumienia, że mogą ich tam usłyszeć. Mąż chwycił jej podniesioną rękę, pociągnął demonstracyjnie nosem i chuchnął jej w otwarte usta słowo: „Rizotto!"

Ona zawahała się, nie usłyszawszy dobrze. Pasotti wzruszył ramionami.

— Nic a nic nie rozumie — powiedział. — Pogoda się zmienia — i poprzedzając żonę zaczął wchodzić na schody.

Gruby proboszcz raz jeszcze rzucił okiem na łódź don Franca. Jaka tam Carabelli, pomyślał, ale zaraz przywołany został przez panią Barborin, która prosiła go, by usiadł obok niej przy stole. Tak się boi, biedne stworzenie!

Opary znad garnczków napełniały ciepłymi zapachami nawet schody.

— To nie rizotto — powiedziała cicho straż przednia.

— To rizotto — odpowiedziała tym samym tonem straż tylna.

I powtarzali tak, coraz ciszej, „to rizotto", „to nie rizotto", aż do chwili, gdy Pasotti otworzył drzwi do czerwonej sali, w której miała zwyczaj przebywać pani domu.

Brzydki, cherlawy piesek wybiegł ze szczekaniem na spotkanie pani Barborin, która starała się uśmiechać, podczas gdy jej mąż przybierał wyraz najgłębszego szacunku, a proboszcz, wszedłszy na końcu z pełną słodyczy miną na szerokiej twarzy, w duchu posyłał przeklęte zwierzę do wszystkich diabłów.

— Friend! Do nogi, Friend! — powiedziała łagodnie stara markiza. — Droga pani, drogi inspektorze, księże proboszczu.

Gruby, nosowy głos przemawiał z tą samą flegmą i tym samym tonem do gości i do psa. Podniosła się ze względu na panią Barborin, ale ani na krok nie ruszyła od kanapy i stała tam, przysadzista postać ze zgaszonymi oczami bez wyrazu pod marmurowym czołem i czarną peruką, która na kształt dwóch grubych ślimaków zawijała się jej na skroniach. Twarz musiała być kiedyś piękna i w swojej żółtawej bladości starego marmuru zachowała pewien zimny majestat, którego, tak jak spojrzenia i głosu, żadne wzruszenie nie było w stanie zmącić. Proboszczunio ukłonił się z impetem dwa lub tizy razy, Pasotti ucałował jej dłoń, a pani Barborin, zmrożona tym martwym spojrzeniem, nie wiedziała, jak się ruszyć ani co powiedzieć. W ślad za markizą uniosła się z kanapy druga kobieta i patrzyła z wyższością na panią Pasotti, tę biedną garstkę staroci owiniętych w rzeczy nowe.

— Pani Pasotti i jej małżonek — powiedziała markiza. — — Donna Eugenia Carabelli.

Donna Eugenia zaledwie kiwnęła głową. Jej córka, donna Karolina, stała przy oknie rozmawiając z ulubienicą markizy, wnuczką jej rządcy.

Markiza nie uznała za stosowne przerwać tej pogawędki, aby przedstawić nowo przybyłych i po wskazaniu im krzeseł wróciła do spokojnej rozmowy z donną Eugenią na temat wspólnych znajomych z Mediolanu; Friend tymczasem, węsząc i kichając, obchodził wkoło pachnący kamforą szal pani Pasotti, ocierał się o łydki proboszcza, a na Pasottiego patrzył z daleka swymi wilgotnymi, smutnymi - oczkami, jakby się bał, że właściciel indyjskiego szala, mimo swojej sympatycznej twarzy, może skręcić mu kark.

Markiza Urszula trzymała na pełnych obrotach swój jak zwykle tubalny i monotonny głos, w odpowiedzi na co Carabelli starała się uczynić miłym swój głos gruby i rozkazujący, ale przenikliwym oczom i złośliwemu duchowi Pasottiego nie uszedł fakt, że obie stare damy, Maironi bardziej, Carabelli mniej, ukrywają wspólne niezadowolenie. Za każdym razem, gdy otwierały się drzwi, przygasłe oczy jednej, a pochmurne drugiej zwracały się w tamtą stronę. Raz wszedł ksiądz prefekt z Sanktuarium w Caravina z małym Paolo Scala, zwanym el Paolin, i wielkim Paolo Pozzi, zwanym el Paolon. nierozłącznymi towarzyszami. Następnym razem był to markiz Bianchi z Orii, dawny oficer królestwa Włoch, ze swoją córką; szlachetna postać starego, rycerskiego żołnierza u boku czarującej, pełnej życia dziewczyny.

Tak za pierwszym, jak i za drugim razem cień gniewu przemknął po twarzy Carabelli. Jej córka również zwracała szybko oczy ku otwierającym się drzwiom, ale potem śmiała się i gawędziła jeszcze swobodniej.

— A don Franco, markizo? Jak się miewa don Franco? — — zapytał obłudnym głosem złośliwiec Pasotti, podsuwając markizie otwartą tabakierkę.

— Dziękuję bardzo — odparła markiza nachylając się nieco i wtykając dwa grube palce w tytoń: — Franco? Prawdę mówiąc jestem trochę zmartwiona. Dziś rano nie czuł się dobrze, a teraz go nie widzę. Nie chciałabym...

— Don Franco? — powiedział markiz. — Jest na łodzi Widzieliśmy go przed chwilą, wiosłował jak prawdziwy przewoźnik.

Donna Eugenia rozwinęła wachlarz.

— Brawo! — powiedziała, wachlując się zamaszyście. — To piękna rozrywka.

Jednym ruchem zamknęła wachlarz i zaczęła go szarpać wargami.

— Widocznie musiał łyknąć powietrza — zauważyła markiza swoim niewzruszonym, nosowym głosem.

— Widocznie musiał łyknąć wody — szepnął prefekt z Ca-raviny z błyszczącymi złośliwością oczami. — Pada!

— Don Franco właśnie nadpływa, pani markizo — powiedziała wnuczka rządcy rzuciwszy okiem na jezioro.

— W porządku — odpowiedział monotonnie nos. — Mam nadzieję, że czuje się lepiej, inaczej nie powie ani słowa. To zdrowy chłopiec, ale lękliwy. Panie inspektorze, proszę mi powiedzieć, a pan Giacomo? Dlaczego się go nie widuje?

— El sior Zacomo — zaczął Pasotti, przedrzeźniając dialekt pana Giacomo Puttiniego, starego kawalera roderri z Wenecji, który od trzydziestu lat mieszkał w Górnym Albogasio koło willi Pasottich. — El sior Zacomo...

— Powoli — przerwała mu dama. — Nie pozwalam panu naśmiewać się z wenecjan, a zresztą to nieprawda, że w Ve-neto mówi się „Zacomo".

Ona sama urodziła się w Padwie i chociaż prawie od pół wieku mieszkała w Brescii, jej lombardzki był jeszcze skażony pewnymi chronicznymi padewszczyznami. Pasotti zaczął właśnie protestować z ceremonialnym zgorszeniem, że chciał tylko udać głos swego najlepszego sąsiada i przyjaciela, gdy po raz trzeci otworzyły się drzwi wejściowe. Donna Eugenia, dobrze wiedząc, kto wchodzi, nie raczyła się obejrzeć i spojrzeć, ale zgaszone oczy markizy zatrzymały się z całym spokojem na don Franco. .

Don Franco, jedyny spadkobierca nazwiska Maironich, był dzieckiem jednego z synów markizy, zmarłego w wieku lat dwudziestu ośmiu. Stracił matkę w chwili narodzin i zył od początku pod kuratelą babki Maironi. Wysoki i szczupły, nosił grzywę płowych, najeżonych włosów, które zyskały mu przydomek „zamiatacza chmur". Oczy miał wyraziste, ar jasnoniebieskie, jego chuda twarz była sympatyczna, ruchliwa, łatwo rumieniąca się i blednąca. Teraz, nac murz r mówiła wyraźnie: Jestem tutaj, ale bardzo mnie nudzicie.

— Jak się czujesz, Franco? — spytała babka i szybko, nie czekając na odpowiedź, dodała: — Wiesz, donna Karolina pragnie usłyszeć ten utwór Kalkbrennera.

— Och nie, wie pan — zwróciła się niechętnie panienka do młodego człowieka. — Tak powiedziałam, to prawda, ale właściwie nie lubię Kalkbrennera. Wolę porozmawiać z dziewczętami.

Franco wydawał się zadowolony ze zgotowanego mu przyjęcia i nie czekając dłużej podszedł do proboszcza, by pomówić z nim o pewnym dobrym starym obrazie, który mieli obejrzeć wspólnie w kościele w Dasio. Donna Eugenia Carabelli aż się zatrzęsła.

Przyjechała z córką z Loveno w wyniku sekretnej akcji dyplomatycznej, w której wzięły udział inne wysoko postawione osoby. Czy tę wizytę należy złożyć, czy nie, czy pozwala na to godność rodziny Carabellich, czy istnieje owa możliwość powodzenia, której pragnęła donna Eugenia, to były ostatnie problemy, jakie rozwiązać miała dyplomacja; bo mimo starej znajomości, łączącej mamę Carabelli z babką Maironi, młodzi ludzie widzieli się raptem dwa razy, i to przelotnie, i tylko ich otoczki utkane z bogactwa i pochodzenia, paranteli i przyjaźni czuły do siebie pociąg, tak jak przyciągają się nawzajem kropla wody morskiej i wody słodkiej, chociaż żyjące w nich mikroorganizmy są w wypadku połączenia się kropli skazane na śmierć. Markiza postawiła na swoim: przez wzgląd jakoby na jej wiek, a w rzeczywistości pieniądze, uzgodniono, że dalszy ciąg wywiadu prowadzony będzie w Cressogno, bo chociaż Franco posiadał jedynie chudy posag matki, osiemnaście czy dwadzieścia tysięcy lirów austriackich, babka z całą swoją flegmatyczną godnością siedziała na paru milionach. Teraz, widząc zachowanie młodego człowieka, donna Eugenia kipiała gniewem na markizę, na tych, którzy ją i jej córkę wystawili na podobne upokorzenie. Gdyby mogła nagle zdmuchnąć tę starą, jej wnuka, ponury dom i nudne towarzystwo, uczyniłaby to z radością; lecz należało się maskować, udawać obojętność, przełknąć zniewagę i obiad.

Markiza zachowała swój zewnętrzny marmurowy spokój, ale serce jej pełne było gniewu i urazy do wnuka. Przed dwoma laty śmiał prosić o pozwolenie poślubienia pewnej panienki z Valsoldy, dobrze wychowanej, ale niebogatej ani szlachetnie urodzonej. Zdecydowany sprzeciw babki uniemożliwił to małżeństwo i przekonał matkę dziewczyny, by nie przyjmowała więcej w domu don Franca; ale markiza była pewna że owi ludzie nie spuścili z oka jej milionów. Doszła zatem do

wniosku, ze należy jak najszybciej dać Francowi żonę bv uchronić go przed niebezpieczeństwem, i zaczęła szukać dziewczyny w miarę bogatej, w miarę dobrze urodzonej i w miarę inteligentnej. Znalazłszy taką jedną, zaproponowała ją Francowi, który uniósł się dumnym gniewem i oświadczył, że nie chce się żenić. Ta odpowiedź była bardzo podejrzana i babka zaczęła jeszcze pilniej czuwać nad krokami wnuka i owej „pani pułapki", jak uprzejma była nazwać pannę Luizę Rigey.

Rodzina Rigey, złożona z dwóch tylko pań, Luizy i jej matki, mieszkała w Valsoldzie, w Castello; nietrudno było ją śledzić. Mimo to markiza nie mogła dojść do żadnej konkluzji. Ale Pasotti doniósł jej pewnego wieczoru z obłudnym wahaniem i wśród pełnych grozy komentarzy, że prefekt z Cara-viny, plotkując w aptece w S. Mamette z nim, Pasottim, z panem Giacomo Puttinim, z Paolinem i Paolonem, powiedział to piękne zdanie: „Don Franco siedzi jak mysz pod miotłą, póki stara nie żartuje". Usłyszawszy tę subtelną uwagę markiza odpowiedziała spokojnie przez nos „bardzo dziękuję" i zmieniła temat. Następnie dowiedziała się, że pani Rigey, która zawsze była słabego zdrowia, jest w złym stanie z powodu hipertrofii serca i odniosła wrażenie, że odbija się to na humorze Franca. Właśnie wtedy podsunięto jej pannę Carabelli. Nie była może ona całkowicie w jej guście, ale wobec tamtego niebezpieczeństwa nie było się nad czym zastanawiać. Odbyła z Frankiem rozmowę. Tym razem Franco nie uniósł się gniewem, wysłuchał jej z roztargnieniem i oświadczył, że się nad tym zastanowi. Był to może jedyny w jego życiu akt obłudy. Markiza poszła na całego i sprowadziła panie Carabelli.

Teraz widziała jasno, że gra jest stracona. Don Franco nie pokazał się w chwili przybycia pań, a potem zjawrił się tylko na parę minut. Jego zachowanie w czasie tych paru minut było uprzejme, ale twarz nie; jego twarz była, jak zwykle, tak wyrazista, że markiza, tłumacząc go z góry kłopotami ze zdrowiem, nikogo nie mogła tym oszukać. Nie przekonało to jednak starej damy, że źle rozegrała sprawę. Od chwili gdy zaczęła wydawać pierwsze sądy, nie przyznała się nigdy do żadnej pomyłki ani błędu, nigdy nie zraniła świadomie swojego szlachetnie urodzonego i ukochanego ja. Terazuznała za stosowne przypuścić, że w czasie, który upłynął nia przez nią do wnuka kazania na temat małżeństwa, otr^V-mał on potajemnie jakieś słodkie, podstępne i Lekką pociechą w jej rozczarowaniu było zachowanie pSnyf Carabelli, która źle kryła swój gniew. Nie spo°^ł^^/? markizie. Prefekt z Caraviny nie bez racji może, je§ii4J£awfrąc formę, mówił o niej po cichu: „To taka austriacka k...". Tak samo jak stara Austria owych czasów, stara markiza nie lubiła w swoim królestwie żywych umysłów. Jej żelazna wola nie tolerowała obok siebie innych. Dość jej już było jednego krnąbrnego lombardo-wenecjanina w postaci pana Franco; młoda Carabelli, która zdawała się czuć i chcieć na własny rachunek, stałaby się prawdopodobnie w domu Maironi niewygodną poddanką, czymś w rodzaju niespokojnych Węgier.

Oznajmiono, że obiad został podany. Wygolona twarz i szary, źle skrojony uniform służącego były odbiciem arystokratycznych upodobań markizy, miarkowanych nawykiem o-szczędzania.

— No a ten pan Giacomo, inspektorze? — powiedziała markiza nie ruszając się z miejsca.

— Mam pewne obawy, pani markizo — odrzekł Pasotti. — Dziś rano spotykam go i mówię: „A więc, panie Giacomo, spotykamy się na obiedzie?". Zupełnie, jakbym mu węgli nasypał. Zaczął się skręcać i sapać: „Tak sądzę, nie wiem, może, nie powiem, uff, otoż to, właściwie, inspektorze najmilszy, nie wiem, jednym słowem, uff!" Nic więcej z niego nie wyciągnąłem.

Markiza przywołała służącego i powiedziała mu coś po cichu. Ten skłonił się i wyszedł. Proboszcz Puria kołysał się w tył i w przód, gładząc się po kolanach w gorączkowym oczekiwaniu na rizotto, ale markiza siedziała na kanapie jak skamieniała, wobec czego i on zastygł bez ruchu. Inni patrzyli na siebie bez słowa.

Biedna pani Barborin, która też widziała służącego, zaskoczona tym bezruchem i zdumionymi twarzami, podniosła brwi i patrzyła pytająco to na męża, to na Purię, to na prefekta, aż piorunujące spojrzenie Pasottiego i ją zamieniło w kamień. „Gdyby się tak spalił obiad! — myślała przybierając obojętną minę. — Gdyby nas odesłali do domu! Co by to było za szczęście!" Po dwóch minutach służący wrócił i skłonił się.

— Idziemy — powiedziała markiza wstając.

W sali jadalnej towarzystwo spotkało nową postać, małego, zgarbionego staruszka z dobrymi oczami i nosem opadającym na brodę.

— Właściwie, pani markizo — powiedział on nieśmiało i pokornie — to ja już jadłem.

— Proszę siadać, panie Viscontini — odparła markiza, która, jak wszyscy, którzy chcą, aby świat był całkowicie podporządkowany ich własnej wygodzie i upodobaniom, posiadała impertynencką sztukę stawania się głuchą.

u~CZek "ie Śmiał za°P°Mw^. ale nie śmiał również

— Śmiało, panie Viscontini! — powiedział Paolin, który znalazł się obok niego. — Co pan tu robi?

— Robi za czternastego — szepnął prefekt. I rzeczywiście przemiły pan Viscontmi, stroiciel fortepianów, który tego rana przyjechał z Lugano, by nastroić pianina państwa Zelbi z Cima i don Franca, zjadł o pierwszej obiad u Zelbich po czym przyszedł do willi Maironich i oto przypadło mu zastąpić pana Giacomo, bo inaczej biesiadników byłoby trzynastu.

W srebrnej wazie dymił brunatny płyn.

Nie rizotto . szepnął Pasotti mijając z tyłu Purię. Duża łagodna twarz nie dała po sobie poznać, czy proboszcz usłyszał.

Obiady w domu Maironich były zawsze ponure, ale ten zapowiadał się jeszcze bardziej ponuro niż zwykle. W zamian był również o wiele bardziej wyszukany. Pasotti i Pu-ria, jedząc, spoglądali na siebie często, by wyrazić podziw i pogratulować sobie, rzec by można, doznawanej rozkoszy, a jeśli któreś ze spojrzeń Pasottiego uszło Purii, siedząca obok niego pani Barborin zwracała mu na to uwagę nieśmiałym dotknięciem łokcia.

Najczęściej słychać było głosy markiza i donny Eugenii. Duży, arystokratyczny nos pana Bianchi i jego subtelny uśmiech pełen rycerskiej galanterii, zwracały się często ku przywiędłym, ale nie zgasłym jeszcze wdziękom damy. Obydwoje mediolańczycy najlepszej krwi, czuli się złączeni w swoistym poczuciu wyższości nie tylko wobec siedzących przy stole mieszczan, ale również wobec pani i pana domu, prowincjonalnej szlachty. Markiz był wcieleniem uprzejmości i mógł prowadzić pełną wdzięku rozmowę z najskromniejszym nawet z biesiadników; ale donna Eugenia, rozgoryczona, pełna odrazy do miejsca i osób, uczepiła się go jako jedynej godnej tego postaci, demonstracyjnie i na złość innym. Wprowadziła go w zakłopotanie głośnym oświadczeniem, że nie rozumie, jak on mógł zakochać się w tej okropnej Valsoldzie. Markiz, który od wielu lat prowadził tu spokojne życie i tu doczekał się narodzin swojej jedynej córki, donny Ester, w pierwszej chwili poczuł się nieco zmieszany tą przemową obrażliwą dla wielu spośród gości, ale potem wystąpił z pełną werwy obroną okolicy. Na markizie nie zdawało się to wszystko czynić wrażenia; Paolin, Paolon i prefekt, urodzeni w Yalsoldzie, milczeli nachmurzeni.

Pasotti wygłosił uroczyście pompatyczną pochwałę ,,Ni-scioree", willi Bianchich, położonej w pobliżu Orii. Bianchi, człowiek uczciwy, któremu w przeszłości Pasotti nie dostarczył wielu dowodów sympatii, nie zdawał się tą pochwałą zachwycony. Zaprosił do Niscioree panią Carabelli.

— Nie na piechotę, Eugenio — powiedziała markiza, znając dręczący przyjaciółkę strach przed tyciem. — Trzeba wiedzieć, jaka wąska jest droga z Urzędu Celnego do Niscioree! Ty tamtędy z pewnością nie przejdziesz.

Donna Eugenia zaprotestowała z oburzeniem.

— To wprawdzie nie Corso de Porta Renza — powiedział markiz — ale, niestety, także i nie chemin du Paradis!

— O nie, na pewno nie! zaręczam panu! — wykrzyknął Viscontini, rozgrzany, na nieszczęście, zbyt dużą liczbą kieliszków Ghemme. Wszystkie oczy zwróciły się na niego, a Paolin powiedział mu coś po cichu.

— Czy zwariowałem? — odparł zaczerwieniony człowieczek. — Wcale nie! Mówię panu, że gorszego towarzystwa nie spotkałem w całym moim życiu.

I opowiedział, że tego rana, zmarzłszy nieco na łodzi w drodze z Lugano, wysiadł w Niscioree, by pójść dalej piechotą; że między tymi dwoma murami, gdzie osioł nie mógłby zawrócić, spotkał celników, którzy nakrzyczeli na niego, że nie wysiadł przy Urzędzie Celnym; że zaprowadzili go do tego przeklętego urzędu; że miał ze sobą rulon ręcznie pisanych nut i że ten gbur naczelnik zatrzymał mu je, biorąc znaki muzyczne za sekretną korespondencję polityczną.

Głęboka cisza. Po kilku chwilach markiza orzekła, że pan Viscontini zupełnie nie ma racji. Nie powinien był wysiadać w Niscioree, jest to zakazane. Jeśli zaś chodzi o pana naczelnika, jest on osobą wielce szacowną. Pasotti potwierdził z surową miną.

— Doskonały urzędnik — powiedział.

— Doskonała kanalia! — mruknął przez zęby prefekt. Franco, który z początku zdawał się myśleć o czymś zupełnie innym, otrząsnął się i rzucił Pasottiemu pogardliwe spojrzenie.

— Zresztą — powiedziała markiza — uważam, że pod pokrywką ręcznie pisanych nut można by doskonale...

— Oczywiście! — rzekł Paolin, pro-austriacki ze strachu, podczas gdy pani domu była miłośniczką Austrii z przekonania.

Markiz, który w 1815 roku złamał szpadę, aby nie służyć Austriakom, uśmiechnął się i powiedział tylko:

— La! C'est un peu fort!

— Ale przecież wszyscy wiedzą, że ten naczelnik to głupiec! — wykrzyknął Franco.

— Pan wybaczy, panie Franco... — rzekł Pasotti.

Co mam wybaczyć! — przerwał tamten. — To głupiec!

To człowiek sumienny — powiedziała markiza. _ Urzędnik, który wypełnia swoje obowiązki.

— Wobec tego głupcami są jego pracodawcy! — odciął się Franco.

— Drogi Franco — zareplikował flegmatyczny głos — w moim domu nie mówi się takich rzeczy. Tutaj, dzięki Bogu, nie Piemont.

Pasotti uśmiechnął się ze złośliwą aprobatą. Wówczas Franco chwycił z gniewem stojący przed nim talerz w obie ręce i jednym uderzeniem rozbił go o stół.

— Jezus Maria! — krzyknął Viscontini, a Paolon, któremu przerwano pracowite dzieło bezzębnego przeżuwania: — Uch!

— Tak, tak — powiedział Franco, podnosząc się ze wzburzoną twarzą. — Lepiej, żebym sobie stąd poszedł.

I wyszedł z salonu. Zaraz potem donna Eugenia poczuła się niedobrze i trzeba ją było wyprowadzić. Wszystkie panie, z wyjątkiem Pasotti, podążyły za nią jednymi drzwiami, gdy tymczasem drugimi wchodził właśnie służący niosąc rizotto. Puria spojrzał na Pasottiego śmiejąc się triumfalnie, ale Pasotti udał, że tego nie dostrzega. Wszyscy stali. Viscontini, pozorny winowajca, powtarzał ciągle:

— Nic nie rozumiem, nic nie rozumiem — a Paolin, zły za zepsucie obiadu, mruczał do niego:

— A co pan ma rozumieć?

Markiz milczał posępnie. Wreszcie Pasotti, prawdziwy winowajca, przyjąwszy minę osoby serdecznie zmartwionej, powiedział jakby do siebie:

— Szkoda! Biedny don Franco! Złote ręce, mądra głowa, a taki temperament! Naprawdę szkoda!

— Ba! — rzekł Paolin. A Puria, bardzo zmartwiony:

— To wielka przykrość!

Oczekiwanie się przeciągało, panie nie wracały. Wobec tego niektórzy opuścili swoje miejsca. Paolin i Puria powoli, z rękami założonymi na plecy, zbliżyli się do kredensu i zaczęli podziwiać rizotto. Puria zawołał cicho Pasottiego, ale Pasotti stał nieporuszony.

— Chciałem tylko panu powiedzieć — rzekł proboszcz na poły tylko kryjąc swój triumf — że są tu białe trufle.

— Powiedziałbym, że tutaj nie brakuje również czarnych trufli — zauważył markiz, kładąc lekki nacisk na dwa ostatnie słowa, symbolizujące obłudników.

Rozdział II

Na progu innego życia

— Kanalia! — trząsł się don Franco, idąc po schodach do swego pokoju. — Kawał austriackiego osła!

Mścił się na Pasottim za to, że nie mógł naę ymyślać babce, a same spółgłoski słowa ,,austriacki" pozwalały tak dobrze ścierać między zębami i smakować własny gniew. Gdy znalazł się w pokoju, jego wściekłość osłabła:

Rzucił się na fotel na wprost szeroko otwrartego okna, patrząc na jezioro, smutne w to mgliste popołudnie, i na posępne góry po drugiej stronie jeziora. Odetchnął głęboko. Ach, jak mu tu dobrze samemu, co za spokój, co za powietrze, zupełnie inne niż w salonie, dobre powietrze, przesycone jego myślami i jego miłością! Czuł wielką potrzebę oddania się swoim myślom, które też od razu nim owładnęły, wypędzając z głowy pannę Carabelli, Pasottiego, babkę i głupca naczelnika. Myśli? Nie, była to jedna jedyna myśl, myśl utkana z miłości i zdrowego rozsądku, z niepokoju i radości, z tylu słodkich wspomnień, a zarazem niecierpliwego oczekiwania, bo oto zbliżało się coś uroczystego, coś, co nastąpić miało w mroku nocy. Franco spojrzał na zegarek. Była za kwadrans czwarta. Jeszcze siedem godzin. Wstał i splótłszy ramiona oparł się o parapet okna.

Jeszcze siedem godzin i zacznie się dla niego inne życie. Poza bardzo nielicznymi osobami, które miały wziąć udział w wydarzeniu, nawet powietrze nie wiedziało, że tego wieczoru koło jedenastej don Franco Maironi poślubi pannę Luizę Rigey.

Swego czasu pani Teresa Rigey, matka Luizy, prosiła lojalnie Franca, aby ugiął się przed wolą babki, powstrzymał od odwiedzin w jej domu i przestał myśleć o Luizie, która ze swojej strony, ze względu na godność rodziny i dobre imię matki, była zadowolona z zerwania stosunków oficjalnych, ale nie wątpiła w wierność Franca, ani w to, że jest z nim juz na zawsze związana. On studiował teraz prawo na własną rękę, bez wiedzy babki, aby mieć zawód i stać sie samowystarczalnym. Ale po tylu niepokojach pani Teresa nabawiła się choroby serca, która pod koniec sierpnia 1851 roku gwałtownie się zaostrzyła. Franco napisał do niej, prosząc by, skoro nie może pełnić obowiązku opieki nad nią, mógł ją przynajmniej zobaczyć. Pani Teresa nie chciała na 'to pozwolić, co doprowadziło młodego człowieka do rozpaczy i wyznania, że uważa Luizę za swoją narzeczoną przed Bogiem i że raczej umrze niż ją opuści. Wtedy biedna kobieta, czując, że z każdym dniem bardziej uchodzi z niej życie, bolejąc nad niepewną sytuacją ukochanej córki i biorąc pod uwagę niezłomną wolę młodego człowieka, wyraziła gorące pragnienie, aby ślub, skoro już ma się odbyć, odbył się jak najprędzej. Wszystko zostało pośpiesznie zorganizowane z pomocą proboszcza z Castello i brata pani Rigey, inżyniera Ribery z Orii, zatrudnionego w c.k. Biurze Robót Publicznych w Como. Umowa była następująca: ślub odbędzie się potajemnie; Franco zostanie przy babce, a Luiza przy matce, aż do chwili, gdy można będzie wszystko wyznać markizie. Franco liczył na poparcie monsignore Benaglia, biskupa Lodi, starego przyjaciela rodziny, ale trzeba go było postawić przed faktem dokonanym. Gdyby, czego można się było spodziewać, serce markizy okazało się twarde, małżonkowie i pani Teresa zamieszkaliby w domu, który inżynier Ribera posiadał w Orii. Ribera, stary kawaler, utrzymywał teraz rodzinę siostry; Franca również uznałby za syna.

A więc za siedem godzin.

Okno wychodziło na pas ogrodu znajdującego się przed willą, od strony jeziora i przystani. W pierwszym okresie swojej miłości Franco śledził stąd zbliżanie się i przybijanie do brzegu pewnej łodzi, przywożącej szczupłą, lekką jak powietrze osóbkę, która nigdy, przenigdy nie patrzyła w stronę okna. Ale potem, pewnego dnia, wyszedł jej na spotkanie, a ona przez chwilę zwlekała z opuszczeniem łodzi, by przyjąć zupełnie niepotrzebną pomoc jego ręki. Tam na dole, w ogrodzie, po raz pierwszy dał jej kwiatek, pachnący kwiat mandevilia suaveolens. Tam na dole, innym razem, skaleczył się dość mocno scyzorykiem ścinając dla niej gałązkę róży, a ona swoim niepokojem dała mu uroczy dowód miłości. Ile wycieczek z nią i innymi przyjaciółmi, kiedy jeszcze babka o niczym nie wiedziała, na bezludne brzegi u stóp góry Bisgnago, tam na wprost, ile obiadów i podwieczorków w winiarni w Doi! Z jakże żywą w sercu słodyczą napotkanych spojrzeń wracał Franco do domu i zamykał się w swoim pokoju, by wywołać je w pamięci i upajać się tym wspomnieniem! Te pierwsze wzruszenia miłości wracały teraz do niego nie kolejno, ale wszystkie naraz, od tych wód i smutnych brzegów, gdzie jego wpatrzone oczy zdawały się błądzić raczej w cieniach przeszłości, niż w mgłach chwili obecnej. Bliski mety, wspominał pierwsze kroki tej długiej drogi, niespodziewane zdarzenia, obraz upragnionego związku tak różny w rzeczywistości od marzeń z czasów mandevilia i róż, wycieczek po jeziorze i górach. Z pewnością nie przypuszczał wówczas, że dojdzie do niego w taki sposób, potajemnie, wśród tylu trudności i niepokojów. A jednak, myślał teraz, gdyby ślub odbył się publicznie, spokojnie, poprzedzony, jak to zwykle bywa, oficjalnymi ceremoniami, kontraktami, gratulacjami, wizytami, obiadami, ta nuda przykrzejszą by była miłości od obecnych przeciwieństw.

Z zamyślenia wyrwał go głos prefekta, który wołał go z ogrodu, by mu oznajmić odjazd pań Carabelli. Franco pomyślał, że jeśli zejdzie, będzie musiał przepraszać i postanowił się nie pokazywać.

— Trzeba mu było rozbić talerz na głowie! — krzyknął prefekt przyłożywszy dłonie do policzków. — Trzeba mu go było rozbić na głowie!

Prefekt oddalił się i Franco zobaczył przewoźnika pań Carabelli, który schodził, by przygotować łódź. Odszedł więc od okna i idąc za swoimi poprzednimi myślami otworzył komodę, by przez dłuższą chwilę, z pozornym roztargnieniem, wpatrywać się w gors haftowanej koszuli, gdzie błyszczały już specjalne brylantowe spinki, te same, które jego ojciec nosił na własnym ślubie. Przykro mu było iść do ołtarza bez jakiegoś świątecznego akcentu, lecz akcent ten, rozumie się, nie powinien był być łatwo dostrzegalny.

W pachnącej irysem komodzie wszystko ułożone było z tym szczególnym, pełnym elegancji porządkiem, jaki cechuje inteligentny umysł; oprócz niego nikt tam niczego nie dotykał. Na krzesłach natomiast, na biurku i pianinie panował taki nieład, jak gdyby przez dwa okna pokoju wpadł huragan książek i papierów. Niektóre tomy wiedzy parawniczej spały pod grubą na palec warstwą kurzu, ale na listkach małej gardenii stojącej w doniczce na parapecie wychodzącego na wschód okna nie było najmniejszego pyłku. Były to już wystarczające oznaki, że tu w środku panują dziwaczne rządy poety. Rzut oka na książki i papiery dostarczyłby po temu dowodów.

Franco pasjonował się poezją i w niezwykłej delikatności swego serca był prawdziwym poetą; jako autor wierszy mógł uchodzić tylko za dobrego dyletanta pozbawionego cech oryginalnych. Jego ulubionymi wzorami byli Foscolo i Giusti; uwielbiał ich szczerze i z obu zapożyczał, jako że jego umysł, ulegający łatwo porywom entuzjazmu, a zarazem pełen satyrycznej werwy, nie był w stanie stworzyć własnej formy i musiał uciekać się do naśladownictwa. Gwoli sprawiedliwości wypada tu powiedzieć, że w owych czasach młodzi ludzie posiadali na ogół rzadką już dzisiaj kulturę klasyczną; i że sami klasycy uczyli ich szanować naśladownictwo jako proceder szlachetny i godny pochwały. Szperając wśród swoich papierów w poszukiwaniu nie wiem już czego, trafił na następujące, poświęcone pewnemu swemu — i naszemu — — znajomemu, wiersze, które z przyjemnością przeczytał na nowo i którę tu przytaczam jako próbkę jego stylu satyrycznego:

Fałszywe oko,

Głowa kudłata,

Żmijowy język,

Serce kastrata.

Pstrokate portki,

Płaszcz wytłuszczony,

Wielki cylinder Krzywo włożony.

Oto świętoszka Obraz podłego,

Ludziom i niebu Uprzykrzonego.

Giusti i pasja naśladowcza stanowiły wyłączną niemal przyczynę takiej ilości żółci, bo w rzeczywistości Franco nie miał jej w sobie aż tyle. Jego gniew wybuchał łatwo, był gwałtowny i przelotny; nie umiał nienawidzić ani chowac do kogoś długo urazy. Próbka jego drugiej poetyckiej maniery leżała na pianinie w postaci karteczki pełnej zamazanych wyrazów i skreśleń:

Do Luizy

Gdzie napowietrzne twe wiszące gniazdo Wieńcząc urwisko wichrami smagane Do księżyca uśmiecha się i stromych zboczy Co dają winne grona na twój stół i roze

Na twą głowę, a dla mnie krwawe cyklameny, Marzenia i zapachy, o moja Luizo,

Z lęki budzących cieni postać twą kształtuje Zakochane me serce. Siedzisz oto cicha I z wysokiego twego balkonu nie patrzysz Na białe plaże zachodnie, na jasne Góry i na jezioro szkliste i spokojne,

Gwiazdy odbijające migotliwe; ale W mrok się wpatrujesz, nasłuchując wiatru Pełnego głosów, co wśród oleandrów Tarasu igra, szepcąc moje imię.

Być może Franco lubił improwizować na pianinie mając przed oczami te swoje wiersze. Rozkochany w muzyce bardziej jeszcze niż w poezji, kupił sobie sam to pianino za sto pięćdziesiąt cwancygierów od organisty z Loggio, bo niezbyt dobre wiedeńskie pianino babki, okutane i szanowane niczym chory na podagrę członek rodziny, nie mogło mu służyć. Instrument organisty, nad którym znęcały się dwa pokolenia rąk stwardniałych od motyki, wydawał już tylko komiczny i słaby nosowy głos, przygłuszający leciutkie brzęczenie, któro przywodziło na myśl nieskończoną ilość małych, gęsto ustawionych kieliszków. Dla Franca było to prawie obojętne; wystarczyło mu położyć dłonie na klawiaturze, aby zapaliła się jego wyobraźnia i obudziło natchnienie, a w ogniu twórczej pasji wystarczał mu najcichszy dźwięk, by mógł tworzyć muzyczny obraz i upajać się nim. Gdyby miał Erarda, czułby się bardziej skrępowany, takie pianino zostawiałoby mniejsze pole jego fantazji, byłoby mu mniej drogie od jego szpinetu.

Franco w zbyt wielu uzdolniony był kierunkach, zbyt dużo miał upodobań i zapału, zbyt mało próżności a może i energii, by podjąć tę nudną, metodyczną pracę manualną, bez której nie można zostać pianistą. A przecież Viscontini zachwycał się jego grą; Luiza, jego narzeczona, niezupełnie wprawdzie podzielała jego upodobania klasyczne, ale bez żadnej egzaltacji podziwiała jego technikę; kiedy, ulegając namowom, kazał huczeć i jęczeć w klasycznym stylu organom w Cressogno, poczciwy lud, ogłuszony muzyką i honorem, patrzył na niego jak na kaznodzieję, który wygłasza niezrozumiałe kazanie, z otwartymi ustami i szacunkiem w oczach. Pomimo to w salonach miejskich Franco nie mógłby się mierzyć^ z tamtejszymi nędznymi dyletanatmi niezdolnymi rozumieć i kochać muzykę. Wszyscy lub prawie wszyscy pobiliby go zręcznością i precyzją i dostali większe oklaski, chociaż żadnemu z nich nie udało się z pewnością wydobyć z pianina śpiewu, tak jak on to potrafił, szczególnie w adagiach Belli-niego i Beethovena grając z duszą w gardle, w oczach, w mięśniach twarzy, w nerwach rąk, które tworzyły całość ze strunami pianina.

Inną pasją Franca były stare obrazy. Na ścianach jego pokoju było ich wiele, w większości nic niewarte. Z braku podróży pozbawiony doświadczenia, gotów entuzjazmować się czymś w wyobraźni, zmuszony dostosowywać liczne pragnienia do niewielu pieniędzy, chętnie wierzył w zapewnienia o szczęściu innych niebogatych zbieraczy, często zapalał się i w zaślepieniu rzucał na jakieś brudne strzępy, które, choć kosztowały mało, jeszcze mniej były warte. Z lepszych rzeczy miał tylko głowę mężczyzny w stylu Moronego i Madonnę z Dzieciątkiem ze szkoły Dolciego. Oba obrazy nazywał zresztą po prostu Morone i Dolci.

Przeczytawszy z upodobaniem zwrotki zainspirowane postacią świętoszka-Pasottiego, zaczął znów szperać w stosie na biurku i wyciągnął z niego kartkę papieru Batha, by napisać do monsignore Benagli, jedynej osoby, która w przyszłości mogła się za nim ująć przed babką. Uznał, że powinien go zawiadomić o wydarzeniu, które wkrótce miało nastąpić, o powodach, które kazały jemu i jego narzeczonej rozwiązać sprawę w tak przykry sposób, o tym, że liczą na jego pomoc, gdy nadejdzie chwila wyjawienia wszystkiego babce. Siedział jeszcze pogrążony w myślach, z piórem w ręku, nad czystą kartką, gdy pod jego oknem przepłynęła łódź Carabellich. Wkrótce potem usłyszał, jak odpływa gondola markiza i łódź Pina. Pomyślał, że babka, teraz, gdy jest już sama, każe go zawołać, ale nic takiego się nie stało. Przeczekawszy chwilę zaczął znów myśleć o swoim liście i tak długo się zastanawiał, tyle razy zaczynał od nowa, a potem tak powoli, ciągle poprawiając, posuwał się ze swoim pisaniem, że musiał zapalić światło, a list nie był jeszcze gotowy.

Zakończenie poszło mu łatwiej. Polecał w nim Luizę i siebie modlitwom starego biskupa i wyrażał pokładaną w Bogu ufność, ufność tak czystą i całkowitą, że wzruszyłaby serce największego niedowiarka.

Przy całej swej porywczości i wybuchowości Franco posiadał prostą i spokojną wiarę dziecka. Pozbawiony uczucia pychy, obcy filozoficznym medytacjom, nie znał tego pragnienia intelektualnej wolności, które dręczy młodych ludzi, gdy ich rozum i zmysły zaczynają się źle czuć w twardym wędzidle niezachwianej wiary. Ani na chwilę nie zwątpił w swoją religię, skrupulatnie przestrzegał jej praktyk, nie zastanawiając się nigdy, czy wiara i postępowanie takie zgodne są z rozsądkiem. Nie miał jednak w sobie nic z mistyka czy ascety. Umysł gorący i poetycki a zarazem jasny i precyzyjny, miłośnik natury i sztuki, żywo zainteresowany wszelkimi przyjemnymi stronami życia, instynktownie stronił od mistycyzmu. Do swojej wiary nie musiał dochodzić i nigdy dłużej się nad nią nie zastanawiał, nie były też nią przesiąknięte wszystkie jego uczucia. Religia była dla niego jak wiedza dla pilnego ucznia, dla którego najważniejszą sprawą jest szkoła: regularnie do niej uczęszcza, nie ma spokoju, dopóki nie odrobi zadań i nie przygotuje się do lekcji, ale gdy już swoje obowiązki wypełni, przestaje myśleć o nauczycielu i książkach i nie czuje potrzeby, by stale układać swe życie zgodnie z regułami nauki czy programem szkolnym. Dlatego, nieustępliwy wobec trudności i niezdolny do fałszu, zdawał się on często kierować w życiu tylko swoim szlachetnym i gorącym sercem, gwałtownymi inklinacjami, żywymi odczuciami, porywami do głębi uczciwej natury, którą raniła wszelka podłość i wszelkie kłamstwo.

Ledwie zdążył zakleić list, gdy ktoś zapukał do drzwi. Pani markiza kazała powiedzieć don Francowi, żeby zszedł na różaniec. W domu Maironich każdego wieczora między siódmą a ósmą odmawiany był różaniec i służący mieli w tym obowiązek uczestniczyć. Intonowała go królująca na kanapie markiza, tocząc sennym wzrokiem po plecach i nogach wiernych klęczących jak popadło, kto w świetle, bardziej korzystnym dla pobożnej postawy, kto w cieniu, odpowiedniejszym dla zakazanej drzemki. Franco wszedł do sali w momencie, gdy nosowy głos wymawiał łagodne słowa ,,Ave Maria, gra-tia plena" z tą flegmą, z tym namaszczeniem, które zawsze rodziły w nim diabelską chętkę przejścia na wiarę Turków. Młody człowiek wcisnął się w ciemny kąt i nie otworzył ust. Nie mógł odpowiadać z szacunkiem temu irytującemu głosowi. Przez cały czas wyobrażał sobie spodziewane wkrótce przesłuchanie i mełł w ustach pogardliwe odpowiedzi.

Po zakończeniu różańca markiza odczekała chwilę w milczeniu, po czym wyrzekła sakramentalne słowa:

— Carlotto, Friend!

Carlotta, stara pokojowa, po każdym różańcu miała obowiązek wziąć na ręce Frienda i zanieść go spać.

— Jest tutaj, pani markizo — powiedziała Carlotta.

Ale jeśli nawet Friend był tam rzeczywiście, w chwili, gdy służąca schyliła się i wyciągnęła ręce, znalazł się już gdzie indziej. Tego wieczoru stary Friend był w dobrym humorze,

zachciało mu się bawić i nie dał się złapać, prowokując Car-lottę, wymykając się jej stale z rąk, uskakując pod pianino czy stolik, skąd, ironicznie machając ogonem, patrzył na biedną kobietę, która na głos powtarzała „chodź, kochasiu, chodź kochasiu", a w sercu mówiła „wstrętny potwór".

— Friend — powiedziała markiza — przestań! Friend! Dobry piesek!

Franco aż się gotował. Gdy antypatyczny potworek, który od swojej pani zaraził się egoizmem i pychą, znalazł się przy jego nogach, odepchnął go od siebie tak mocno, że pies potoczył się w szpony Carlotty, która ze swej strony ścisnęła go gniewnie i poniosła do wyjścia, odpowiadając perfidnie na jego skowyt:

— Co ci się stało, biedny Friend, co ci się stało, no powiedz!

Markiza nie powiedziała ani słowa i jej marmurowa twarz

nie zdradziła żadnej emocji. Wydała lokajowi polecenie, aby, gdyby zjawił się prefekt z Caraviny czy ktokolwiek inny, powiedział, że pani poszła spać. Franco chciał także wyjść za służącymi, ale powstrzymał się, w obawie, że mogłoby to mieć pozory ucieczki. Wziął znad kominka numer c.k. „Gazety Mediolańskiej", usiadł obok babki i, czytając, czekał.

— Winszuję serdecznie — zaczął wkrótce senny głos — dobrego wychowania i pięknych idei, które nam dzisiaj zademonstrowałeś.

— Dziękuję — odparł Franco, nie podnosząc oczu znad gazety.

— Świetnie, mój drogi — zareplikowała babka, nieporu-szona. I dodała: — Cieszę się, że ta panienka cię poznała. W ten sposób, jeśli nawet słyszała o jakichś projektach, będzie bardzo zadowolona, że nie ma już o czym mówić.

— Oboje będziemy zadowoleni — rzekł Franco.

— Ty jeszcze nie wiesz, czy będziesz zadowolony. Zwłaszcza, jeśli nie zmieniłaś jeszcze swoich dawnych pomysłów

Usłyszawszy to, Franco odłożył gazetę i spojrzał w twarz babce.

— A cóż by się stało — powiedział — gdybym nie zmienił jeszcze moich dawnych pomysłów?

Nie powiedział tego tonem wyzywającym, ale poważnie i

spokojnie. ,

— Otóż to, znakomicie — odparła markiza. — Wyjaśnijmy sobie zatem pewne sprawy. Mam nadzieję i wierzę głębo o, że pewna rzecz nigdy się nie zdarzy, ale gdyby się zdarzyła, nie myśl, że po mojej śmierci coś ci się dostanie; już ja pomyślałam o tym, żeby nic ci się nie dostało.

— No, na pewno! — powiedział młody człowiek obojętnie.

— To są rachunki, które musisz zrobić ze mną — ciągnęła markiza. — Potem zostaną jeszcze rachunki z Bogiem.

— Jak to? — wykrzyknął Franco. — Rachunki z Bogiem zrobię najpierw, a nie potem!

Jeśli markizę przyłapał ktoś na błędzie, ciągnęła dalej swój wywód, jak gdyby nigdy nic.

— I to poważne — powiedziała.

— Ale najpierw! — nalegał Franco.

— Ponieważ — ciągnęła zadziwiająca staruszka — chrześcijanin ma obowiązek posłuszeństwa wobec ojca i matki, a ja zastępuję twojego ojca i twoją matkę.

Jeśli ona była uparta, on był uparty nie mniej od niej.

— Ale Bóg jest na pierwszym miejscu! — powiedział. Markiza zadzwoniła i zakończyła rozmowę słowami:

— Teraz się rozumiemy.

Gdy w drzwiach zjawiła się Carlotta, podniosła się z kanapy i powiedziała spokojnie:

— Dobranoc.

Franco odpowiedział „dobranoc" i sięgnął z powrrotem po „Gazetę Mediolańską".

Zaledwie jednak babka wyszła, odrzucił dziennik, zacisnął pięści, parsknął wściekle, dając bez słów upust swej złości i zerwał się na nogi mówiąc głośno:

— Och, lepiej, lepiej, lepiej!

Lepiej, że tak, trząsł się w środku, lepiej nie wprowadzać jej nigdy, mojej Luizy, do tego przeklętego domu, lepiej, żeby nie musiała cierpieć tej władzy, tej pychy, tego głosu, tej twa-rzy, lepiej żyć o chlebie i wodzie, a resztę zdobywać najcięższą bodaj pracą, niż brać cokolwiek z rąk babki; lepiej być jakimś przeklętym ogrodnikiem, przewoźnikiem, węglarzem!

Poszedł na górę do swego pokoju, zdecydowany zerwać ze wszystkimi względami.

Rachunki z Bogiem? — wykrzyknął, trzaskając za sobą drzwiami. — Rachunki z Bogiem, jeśli poślubię Luizę? Ach, niech to diabli, co mnie to obchodzi, niech mnie widzą, niech mnie słyszą, nich mnie szpiegują, niech jej mówią, niech jej opowiedzą, niech jej wyśpiewają, zrobią mi wielką przyjemność!

Ubrał się pośpiesznie, potrącając krzesła, trzaskając szu-adami komody. Umyślnie włożył czarny garnitur, hałaśliwie zszedł ze schodów, zawołał starego służącego, powiedział mu, że całą noc będzie poza domem i nie zwracając uwagi

W dwie czy trzy minuty po jego wyjściu leżąca już w łóż-u markiza posłała Carlottę, by ta zobaczyła, kto zbiegał po schodach. Carlotta doniosła, że był to don Franco i zaraz musiała wyruszyć z następną misją.

— Czego chciał don Franco?

Tym razem odpowiedź brzmiała, że don Franco wyszedł na chwilę. Ta „chwila" dodana została litościwie prz*? starego sługę. Markiza poleciła Carlotcie wyjść i zostawić "światło.

Wrócisz, kiedy zadzwonię — powiedziała.

Po pół godzinie dzwonek zadzwonił.

Pokojowa pobiegła do pani.

Czy don Franco jest jeszcze poza domem?

— Tak, pani markizo.

Zgaś światło, weź robótkę, usiądź w przedpokoju i jak wróci, przyjdź mi to powiedzieć.

To powiedziawszy markiza odwrócia się twarzą do ściany, zwracając ku zdumionej i niezadowolonej służącej białą, gładką i nieprzeniknioną zagadkę swego nocnego czepka.

Rozdział III Wielki krok

Tego samego wieczoru, punktualnie o dziesiątej, inżynier Ribera zastukał dyskretnie dwa razy do drzwi pana Giacomo Puttiniego w Górnym Albogasio. Wkrótce potem nad jego głową otworzyło się okno i w świetle księżyca ukazała się w nim stara, bezwłosa twarzyczka „sior Zacomo".

— Inżynierze szanowny, kłaniam się — powiedział. — Służąca zaraz zejdzie otworzyć.

— Nie trzeba — odparł tamtem. — Nie będę wchodził. Już czas iść. Proszę od razu zejść na dół.

Pan Giacomo zaczął sapać i mrugać.

— Niech mi pan wybaczy — powiedział swoim dziwnym językiem, który był zlepkiem różnych dialektów. — Niech mi pan wybaczy, inżynierze szanowny. Ale właściwie, to ja muszę...

— Co? — spytał inżynier, niezadowolony. Drzwi się otwarły i ukazała się żółta, drapieżna twarz służącej.

— O, pan kuzyn! — powiedziała z szacunkiem. Chełpiła się jakimś bliżej nieokreślonym pokrewieństwem z rodziną inżyniera i zawsze go tak nazywała. O tej porze tutaj? Idzie pan może od pani kuzynki?

„Pani kuzynka" była to siostra inżyniera, pani Rigey. Inżynier ograniczył się do odpowiedzi:

— Witam was, Marianno — i wszedł na schody, a za nim podążyła Marianna z lampą.

— Kłaniam się — zaczął pan Giacomo idąc mu naprzeciw z drugą lampą. — Rozumiem i przyznaję, że to duży kłopot, ale właściwie...

Wygolona i różowa twarzyczka pana Giacomo, umieszczona nad wielkim białym krawatem i małą, wątłą postacią zamkniętą w czarnym płaszczu, wyrażała konwulsyjnymi ruchami warg i brwi oraz żałosnym wyrazem oczu niezwykle komiczny niepokój.

— Cóż się znowu stało? — zapytał inżynier dość ostro. On, najbardziej prostolinijny i najszczerszy w świecie człowiek, nie tolerował wątpliwości biednego, nieśmiałego pana Giacomo.

— Pan pozwoli — zaczął Puttini; i zwróciwszy się do służącej powiedział szorstko: — A ty idź stąd, idź do kuchni; przyjdziesz, jak cię zawołam; idź mówię. Proszę mnie słuchać! Więcej szacunku! Ja tu rządzę! Ja tu jestem panem!

To ciekawość służącej i jej impertyneckie nieliczenie się z wydawanymi poleceniami zbudziło w „sior Zacomo" ten szał despotyczny.

— Ech, diabeł nie człowiek — odpowiedziała, unosząc gniewnie lampę do góry. — Czy to tak musi mówić? Słyszał pan, panie kuzynie?

— Słuchajcie — powiedział inżynier. — Zamiast mleć językiem, czy nie lepiej by było posłużyć się nogami i wyjść?

Marianina wyszła mrucząc ze złością, a pan Giacomo począł wtajemniczać szanownego inżyniera, przy pomocy wielu ,,ale", „jeśii", „mówię" i „właściwie", w swoje najbardziej skryte myśli. Swego czasu obiecał, że będzie świadkiem na potajemnym ślubie Luizy, ale teraz, gdy nadszedł czas pójścia do Castello, zaczął się strasznie bać kompromitacji.

Był pierwszym delegatem politycznym, jak nazywano wówczas najwyższą władzę magistracką. Gdyby czcigodny c.k.

komisarz z Porlezza dowiedział się o całym tym bigosie, cóż by sobie pomyślał? No a ta pani markiza?

— Zła kobieta, inżynierze szanowny; kobieta mściwa. _ A

on ma już i tak tyle innych kłopotów. Jeszcze ten przeklęty byk na dodatek! Ów byk, przedmiot sporu między gminą Al-bogasio a „alpedorem", czyli dzierżawcą wysoko położonych pastwisk alpejskich, był od dwóch lat śmiertelną zmorą biednego pana Giacomo, który, gdy mówił o swoich nieszczęściach, zaczynał zawsze od „perfidnej sługi", a kończył na byku: — Jeszcze ten przeklęty byk ną dodatek! — Mówiąc to unosił w górę swoją twarzyczkę, oczy pełne bolesnego przestrachu i potrząsał uniesionymi rękami w kierunku podnóża góry wznoszącej się tuż za jego domem, siedziby diabolicznej bestii. Ale inżynier, na którego pięknej twarzy nieustraszonego człowieka honoru malowała się dezaprobata i rosnący niesmak wobec tego wijącego się przed nim trwożliwego człowieka, wysłuchawszy wielokrotnie powtarzanych wykrzykników: „O ja nieszczęsny", które właściwie znaczyć miały: ,,Z kim ja się zadaję!", stracił wszelką cierpliwość, wyciągał przed siebie zgięte w łokciach ramiona i potrząsając dłońmi, jakby trzymał na wodzy tchórzliwą szkapę, wykrzyknął:

— Jak to? Jak to? Coś podobnego! To czcze gadanie, drogi panie Giacomo. Nigdy bym nie przypuścił, aby człowiek, że tak powiem...

W tym miejscu inżynier, nie wiedząc już jak nazwać, jak określić swojego interlokutora, wydął tylko policzki wydając długi pomruk czy coś w rodzaju charkotu, jak gdyby, mając w ustach zbyt ciężki epitet, nie mógł go z siebie wypluć. Tymczasem pan Giacomo, cały czerwony, śpiesznie protestował:

— Dosyć, dosyć, pan mi wybaczy, jestem, już idę, proszę się nie unosić, ja tylko wyraziłem moje wątpliwości; inżynierze szanowny, pan zna świat, ja też go znałem, ale teraz go nie poznaję.

Wyszedł i zaraz pojawił się znowu, trzymając w ręku ogromny cylinder o szerokim rondzie, który widział wjazd Ferdynanda do Werony w tak zwanym roku cesarskim 1838.

_ Myślę — powiedział — że będzie to odpowiedni dowód

szacunku i satysfakcji.

Na widok tego dziwu inżynier wykrzyknął znowu:

— Jak to?

Ale mały człowieczek, ceremonialny w głębi duszy, nie

ustąpił: . . , ,,

— To mój obowiązek, to mój obowiązek — i zawołał Mariannę, aby im poświęciła. Ta ostatnia widząc swojego pana w tak spektakularnym dowodzie satysfakcji na głowie, zaczęła wykrzykiwać ze zdumienia.

— Cicho! — fuknął nieszczęsny pan Giacomo. — Cicho mi być! — i gdy tylko znaleźli się za progiem, dał upust swej goryczy: — nie ma najmniejszej wątpliwości, że ta przeklęta sługa doprowadzi mnie do śmierci.

— To dlaczego jej pan nie odprawi? — spytał inżynier.

Pan Giacomo stawiał właśnie stopę na pierwszym stopniu

ścieżki biegnącej w górę obok domu Puttinich, gdy to trafne pytanie, ugodziwszy niby sztylet w jego sumienie, zatrzymało go w miejscu.

— Ech! — odparł wzdychając.

— A! — rzekł inżynier.

— Cóż pan chce? — podjął temat po krótkiej przerwie.

— Tak to to jest.

Podsumowawszy sprawę, starym weneckim zwyczajem, tą fatalistyczną jednością dwu zaimków wskazujących, pan Giacomo wydął policzki, sapnął rześko i zdecydował się podjąć drogę.

Szli tak przez parę minut, on pierwszy, inżynier za nim, męczącą dróżką, źle oświetloną światłem ukrytego za chmurami księżyca. Słychać było tylko powolne kroki, stukanie lasek po żwirze i regularne posapywanie pana Giacomo: uff, uff! U stóp długiego odcinka schodów prowadzących do Pia-nca, mały człowiek przystanął, zdjął kapelusz, białą chusteczką otarł pot i patrząc w górę ku wielkiemu orzechowi rosnącemu przed stajniami w Pianca, dokąd trzeba było się wspiąć, wydał dodatkowe sapnięcie.

—| O, do licha! — powiedział.

Inżynier próbował dodać mu otuchy.

— No, panie Giacomo! Przez miłość do Luizy!

Pan Giacomo bezzwłocznie ruszył w drogę i doszedłszy do stajni, począwszy od których dróżka staje się bardziej ludzka, zdawał się nie pamiętać już o schodkach i skrupułach, o perfidnej służącej i c.k. komisarzu, o mściwej maTkizie i przeklętym byku; zaczął mówić z entuzjazmem o pannie Rigey.

— Nie ma cienia wątpliwości, kiedy mam honor znaleźć się w towarzystwie pańskiej siostrzenicy, to jest, chcę powiedzieć, panny Luizy, to, powiadam panu, wydaje mi się, że żyję jeszcze w czasach Barateli, Filipuzzich, trzech sióstr Sparesi z S. Piętro Incarian i tylu innych niegdysiejszych panien, które były tak miłe, że mnie tolerowały. Teraz chodzę od czasu do czasu do pani markizy, widuję tam niekiedy te dzisiejsze dziewczęta. Nie... nie... nie..; nie mamy już wcale tych manier, o których ja myślę; albo jesteśmy jak kamień, albo drzemy nosa. A proszę popatrzeć na pannę Luizę: jak z każdym umie się znaleźć, z młodym i starym, z bogatym i biednym, ze sługą i z proboszczem. Nie rozumiem doprawdy, dlaczego markiza...

Inżynier mu przerwał.

— Markiza ma rację — powiedział. — Moja siostrzenica nie jest szlachetnie urodzona, moja siostrzenica nie ma grosza; jak można wymagać, aby markiza była zadowolona?

Pan Giacomo zatrzymał się zaskoczony i spojrzał na inżyniera mrugając swoimi smutnymi oczami.

— Ależ — powiedział — pan jej chyba nie przyznaje racji na serio?

— Ja? — odparł inżynier. — Ja nigdy nie pochwalam postępowania wbrew woli rodziców czy tych, co ich zastępują. Ale ja, drogi panie Giacomo, jestem człowiekiem staroświeckim jak pan, człowiekiem, jak się to tu mówi, z czasów Karola Piątego. Teraz świat toczy się inaczej i trzeba mu na to pozwolić. Toteż ja powiedziałem, co o tym myślę, a następine rzekłem: teraz fate vobis, a potem, kiedy podejmiecie decyzję, jaka by ona nie była, powiedzcie mi, co mam robić, a ja będę gotów.

— A co mówi pani Teresina?

— Moja siostra? Moja siostra, biedaczka, mówi: gdy zobaczę, że są jakoś urządzeni, nie będzie mi już tak bardzo ciężko umierać.

Pan Giacomo sapnął głośno, jak zawsze, gdy słyszał to ostatnie, niemiłe słowo.

— Do tegośmy chyba jeszcze nie doszli? — zapytał.

— Ech! — powiedział inżynier bardzo poważnie. — Miejmy nadzieję w Bogu.

Zbliżali się właśnie do zakola dróżki, która, skręcając od ostatnich poletek terytorium Albogasio do pierwszych pól Cas-tello, biegnie w lewo wzdłuż wystającego nasypu, skąd otwiera się niespodziewany widok na urwiste wnętrze-góry, na leżące w głębi jezioro, na wioski Casarino i S. Mamette, przycupnięte na brzegu, jakby się chciały napić wody, na pobliskie, usadowione nieco wyżej Castello i na wznoszący się po drugiej stronie nagi i dumny szczyt Cressogno, widoczny od dolin Loggio aż po niebo. To miejsce piękne jest nawet nocą, w świetle księżyca, ale jeśli pan Giacomo zatrzymał się tam w pełnej zadumy pozie i bez słowa, nie znaczyło to bynajmniej, że widok ten wydawał mu się godny czyjejkolwiek uwagi a cóż dopiero uwagi pierwszego delegata politycznego, po pros mając do wypowiedzenia ważną kwestię, czuł potrzebę zmobilizowania wszystkich sił umysłu i zatrzymania wszelkiego ruchu, nawet ruchu nóg.

— Piękna maksyma — powiedział. — Miejmy nadzieję w Bogu.

— Tak jest. Ale pozwoli mi pan zwrócić sobie uwagę, że w naszych czasach rozprawia się ciągle o otrzymanych łaskach, o nawróceniach, cudach; teraz pan mi też o tym mówi. Świat nie jest już ten co kiedyś i wydaje mi się, że Pan Bóg ma go dosyć. Dzisiejszy świat jest jak nasz kościół w Albogasio, do którego w ostatnich latach Pan Bóg przychodził raz na miesiąc, a teraz przychodzi raz na rok.

— Niech pan posłucha, drogi panie Giacomo — zauważył inżynier, któremu pilno było znaleźć się w Castello — jeśli się przenosi parafię z jednego kościoła do drugiego, Pan Bóg nie ma z tym nic wspólnego; a zresztą dajmy spokój Panu Bogu i chodźmy.

To powiedziawszy ruszył tak dziarskim krokiem, że po paru metrach pan Giacomo przystanął, sapiąc jak miech.

— Proszę mi wybaczyć — powiedział — jeśli czasem ulegnę naturalnej ludzkiej ciekowości. Czy mógłby mi pan zdradzić swój szanowny wiek?

Inżynier zrozumiał wyrzut i przystanąwszy na chwilę odwrócił się, by odpowiedzieć prawie po cichu, z triumfalną, ironiczną łagodnością:

— Sędziwszy od pańskiego.

I bezlitośnie podjął drogę.

— Ja, wie pan, jestem z osiemdziesiątego ósmego! — jęknął Puttini.

— A ja z osiemdziesiątego piątego! — zareplikował tamten nie zatrzymując się. — Naprzód!

Na szczęście dla Puttiniego zostało już tylko parę kroków. Oto mur opasujący placyk przed kościołem w Caste-llo, oto schodki prowadzące do miasteczka. Teraz należało skręcić w podcienia przed kanonią i zapuścić się na oślep w czarną czeluść, gdzie wyobraźnia pana Giacomo rozsiała tyle niegodziwych, śliskich kamieni, tyle przeklętych, zdradliwych schodków, że stanął on zdecydowanie w miejscu i skrzyżowawszy dłonie na gałce laski przemówił w te słowa:

— Do lioha! Nie, inżynierze szanowny. Nie, nie, nie. Ja naprawdę nie mogę, ja zostaję tutaj. Przecież pan przyjdzie do kościoła. Kościół jest tutaj. Ja tu zaczekam. Do licha! To drugie licho pan Giacomo zmełł w ustach na własny

użytek, jako podsumowanie wewnętrznego monologu na Bernat dodatkowego aspektu tarapatów, w jakie się wpędził".

— Proszę zaczekać — powiedział inżynier.

Spod drzwi kościoła sączyła się smużka światła. Inżynier poszedł tam i zaraz wrócił z zakrystianem, który ustawiał klęczniki dla państwa młodych. Zakrystian spieszył na pomoc Puttiniemu z drugą tyczką, zakończoną palącym się knotem, która służy do zapalania świec na ołtarzach. Przy jej pomocy, stojąc na skraju podcieni, mógł słać światełko, na ile mu starczyło tyczki, przed stopy pana Giacómo, który, niezbyt zadowolony z tego kościelnego oświetlenia, posuwał się naprzód zrzędząc na kamienie, na ciemności, na święty ogarek i tego, co go trzyma, aż opuszczony przez zakrystiana i pochwycony przez inżyniera, niby szczupak na wędce zaciągnięty został przed próg domu pani Rigey.

W Castello domy ustawione ciasnym szregiem na krętym skraju góry, cieszące się słońcem i widokiem leżącego w dole jeziora, całe białe i radosne od strony otwartej przestrzeni, a ciemne od strony drugiego, ponurego rzędu domów ciągnących'się na ich tyłach, przypominają pewnych szczęśliwców tego świata, którzy w obliczu zbyt blisko znajdującej się nędzy zajmują wrogo-wyniosłą postawę, przyciskają się do siebie nawzajem, pomagają jeden drugiemu trzymać ją' z tyłu, z daleka. Pośród tych pierwszych, dom pani Rigey należy do najciemniejszych od strony biednych, wiejskich domów, najjaśniejszych od strony słonecznej. Drzwiami od ulicy wchodzi się w wąski i długi korytarz, który prowadzi do małej, odkrytej loggii; stąd po paru schodkach zejść można na biały tarasik, wysuwający się spomiędzy saloniku i wysokiego muru bez okien aż na skraj zbocza. Widać stąd parowy, z których wypływa Soldo, widać jezioro aż po zielone zatoki Birosni i Doi, aż po jasne przestrzenie za Caprino i Gandria.

Pan Rigey, urodzony w Mediolanie z ojca Francuza, nauczyciel języka francuskiego na pensji madame Berra, straciwszy pracę i dużą część lekcji prywatnych z powodu wyrosłej wokół niego opkiii człowieka niereligijnego, kupił ten domek w 1825 r., by przenieść się tu z Mediolanu i żyć w spokoju i małym kosztem, poślubił siostrę inżyniera Ribery i zmarł w roku 1844, zostawiając żonie piętnastoletnią córkę i, poza domem, parę zaledwie tysięcy cwancygierów.

Gdy tylko inżynier zapukał, niezbyt może cicho, z "ory a rza dobiegły lekkie kroki szybko zbliżającej się osoby, drzwi otworzyły się i jakiś głos, nie subtelny może, nie srebrzysty, ale niewypowiedzianie harmonijny szepnął: — Ależ hałasujesz, wujku!

— No wiesz! — powiedział patriarchalnie inżynier — czy mam pukać nosem?

Siostrzenica zasłoniła mu usta jedną , ręką, a drugą węiąg-ńęla go do środka, skłoniła się z wdziękiem panu Giacomo i zamknęła drzwi; wszystko to w jednej chwili, przy wtórze zasapanego głosu pana Giacomo:

— Moja pani dobrodziejko... cieszę się doprawdy...

— Dziękuję, dziękuję — odparła Luiza — proszę iść naprzód, ja muszę powiedzieć słówko wujowi.

Mały człowieczek minął ich ze swoim wielkim kapeluszem w ręku, a dziewczyna objęła z czułością swego starego wuja, ucałowała go i zarzuciwszy mu ramiona na szyję przytuliła twarz do jego piersi.

— No, ciao — powiedział inżynier przyjmując z niejakim oporem te pieszczoty, bo wyczuwał w nich wdzięczność, której nie mógłby znieść, gdyby była wyrażona słowami. — No już dobrze, dosyć. Jak się czuje mama?

Za całą odpowiedź Luiza uścisnęła go znowu. Wuj był dla niej więcej niż ojcem, był Opatrznością domu, chociaż przy całej jego wielkiej, prostolinijnej dobroci nawet by mu do głowy nie przyszło, że ma wobec swojej siostry i siostrzenicy jakiekolwiek zasługi. Cóż one by zrobiły bez niego, biedne kobiety, z tymi chudymi dwunastoma czy piętnastoma tysiącami cwancygierów, jakie zostawił im Rigey? On, jako inżynier w Urzędzie Robót Publicznych otrzymywał dobrą pensję. Mieszkał skromnie w Como w towarzystwie starej gospodyni, a wszystkie jego oszczędności szły do domu pani Rigey. Początkowo otwarcie i uroczyście wyrażał swoją dezaprobatę wobec uczucia, jakie Luiza żywiła dla Franca, małżeństwo takie bowiem wydawało mu się zbyt nierówne; ponieważ jednak młodzi twardo obstawali przy swoim, a siostra wyraziła zgodę, zachowując swoją opinię dla siebie zaczął pomagać we wszystkim, w czym pomóc był w stanie.

— Mama? — powtórzył.

— Dziś wieczorem, z radości, czuła się doskonale, ale teraz jest wzburzona, bo pół godziny temu przyszedł Franco i powiedział, że miał z babką coś w rodzaju sceny.

— O, ja nieszczęsny! — rzekł inżynier, który, gdy usłyszał że ktoś popełnił gafę, zwykł był tym wykrzyknikiem sobie samemu wyrażać współczucie.

— Nie, wuju, Franco ma rację. — Luiza wypowiedziała te

słowa z zapalczywą dumą. — Ależ tak! — krzyknęła, jako że

stryj przeciągłym „hmm!" wyraził swą wątpliwość. _ Ma

sto razy rację! Ale dodała cicho — podobno wyszedł z domu w taki sposób, że babka najprawdopodobniej wszystko odkryje.

— To i lepiej — powiedział wuj ruszając w kierunku tarasu.

R.siężyc zaszedł, zrobiło się ciemno. Luiza szepnęła:

— Mama jest tutaj.

Pani Teresa, która miała trudności z oddychaniem, zawlokła się na taras, na swój fotel, w poszukiwaniu powietrza i niewielkiej choćby ulgi.

— Co Piero o tym myśli? — powiedziała głosem podobnym z barwy do głosu Luizy, ale zmęczonym i bardziej miękkim: głosem łagodnego serca, które poddało się gorzkiej wrogości świata. — Co myśli o tym, że wszystkie przedsięwzięte przez nas środki ostrożności na nic się nie zdadzą?

— Ależ nie, mamo, tego jeszcze nie wiadomo, tego nie można powiedzieć!

W chwili gdy Luiza mówiła te słowa, Franco, który był w salonie z proboszczem, wszedł, by uściskać wuja.

— A więc? — spytał ten ostatni wyciągając rękę, bo uścisków nie lubił. — Co się stało?

Franco opowiedział całe zdarzenie, łagodząc nieco te wyrażenia babki, które paniom Rigey wydać się mogły obraź-liwe, przemilczając groźbę niezostawienia ani grosza, oskar^ żając raczej własną drażliwość niż arogancję starej kobiety, wyznając wreszcie, że celowo wyjawił swój zamiar zostania poza domem przez całą noc. Musi to doprowadzić babkę do odkrycia natychmiast całej sprawy, bo będzie go pytała o tę nieobecność, a on nie chce kłamać, milczenie zaś równa się wyznaniu.

— Słuchaj! — wykrzyknął wuj energicznym głosem, z odprężoną twarzą człowieka honoru, który, dusząc się w gmatwaninie środków ostrożności i udawania, dwoma potężnymi uderzeniami łokci uwalnia się od nich i wreszcie oddycha. — Widzę, że niepotrzebnie zirytowałeś babkę, bo cóż chcesz! trzeba szanować starych mimo ich błędów; rozumiem, że konsekwencje będą bardzo niedobre, ale ja jestem zadowolony, a byłbym z&dowolony jeszcze bardziej, gdybyś już powiedział swojej babce wszystko jasno i dobitnie. Te tajemnice, lO