Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Dla mieszkańców Morbus — państwa-miasta rządzonego twardą ręką przez cesarzową Segvinę — bez wątpienia nadchodzą ciężkie czasy. Niektórzy spośród nich spoglądają na cesarski pałac z trwogą, inni zaś z nieskrywaną pokusą, bo ciężkie czasy sprzyjają błyskawicznym karierom… i jeszcze szybszym upadkom.
Alena, pracownica manufaktury obuwniczej, podejmuje pierwsze kroki w walce o demokrację i obalenie tyranii. Jest tylko jeden kłopot — tyrani rzadko kiedy pozwalają się dobrowolnie obalać.
Lock, drobny złodziejaszek, nie ma tak wielkich ambicji. Od życia pragnie tylko pełnego brzucha i ciepłego kąta. Przypadkiem wplątany zostaje jednak w ciąg wydarzeń, które mogą uczynić go bohaterem. Albo martwym bohaterem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 434
Rok wydania: 2016
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Pogoda była wspaniała. Słońce przygrzewało w przyjemny sposób, kojarzący się z delikatnym dotykiem jakiegoś puchatego zwierzątka. Wiatr hulał w najlepsze, tworząc w wysokiej polnej trawie różnorakie wzory i kształty, zmieniające się w zależności od kierunku i siły podmuchów. Liście szumiały, strumyk leniwie płynął, a ptaki oddawały się radosnej muzycznej twórczości…
Nie, wcale tak nie było. Mogłoby tak być w jakiejś innej bajce i innym świecie. W tym miejscu słońce jedynie z rzadka przygrzewało w przyjemny sposób. Wykazując się daleko posuniętą ignorancją w zakresie ludzkich upodobań, preferowało głównie skrajne stany aktywności, które najlepiej można by opisać, posługując się frazami takimi jak: „skwar”, „spiekota”, „gorąco jak cholera, zaraz zdechnę” oraz, dla równowagi, „czy ktoś widział moje rękawiczki?”. Podobnie było z wiatrem – ten miał w zwyczaju zrywać z głów czapki, przewracać drzewa czy też powodować, kończące się zapaleniem korzonków, przeciągi. Zdaje się, że hulanie po polu już dawno zniknęło z jego listy ulubionych zabaw. Ptaki wcale nie ćwierkały radośnie, bo nie miały pojęcia, że może istnieć coś takiego jak radość, w końcu były tylko ptakami. Pojęcie o uczuciach mieli jednak cierpiący na bezsenność ludzie, których ptasie trele o trzeciej nad ranem wprowadzały w stan zimnej furii gęsto przeplatanej depresją. A strumyki? No cóż, strumyki raczej nieczęsto wpadają na pomysł, aby spakować walizki i wrócić, skąd przyszły. One po prostu płyną w dół. Tak to już bywa w każdym świecie, którego stwórca szanuje swoją pracę na tyle, aby nie wystawiać jej na pośmiewisko – zupełnie normalnie.
Miejsce to było też oczywiście zamieszkane przez ludzi – rozsądnych i praktycznych. Na tyle rozsądnych, że znakomita większość z nich nie zadawała sobie zbyt często niemądrych pytań dotyczących natury wszechświata. Nie byli zainteresowani zastanawianiem się, gdzie w owym wszechświecie jest ich miejsce, nie próbowali dociekać, czy krążą wokół jakiegoś Słońca, czy też może Słońce krąży wokół nich. A nawet gdyby nie krążyli, lecz wędrowali wokół, tworząc skomplikowaną orbitę w kształcie gigantycznej marchewki, też by to mało kogo obeszło. Dlatego nigdy nie pytali, przynajmniej ci najrozsądniejsi wśród rozsądnych, „po co tu jestem?”, wiedząc, że każdy człowiek, który poświęca zbyt dużo uwagi takim kwestiom, bardzo szybko przechodzi ze stanu „jestem” do „byłem” – często przy współudziale innych ludzi1. Nie znaczy to wcale, że nie istniały tu różne zaawansowane wykwity ludzkiego umysłu, takie jak chociażby religia. Dobrze jest przyswoić sobie niepodważalną prawdę, że robienie sobie wrogów wśród bóstw to kiepski pomysł, niezależnie od tego, czy – naszym zdaniem – owe bóstwa istnieją, czy nie. Zawsze bowiem można się mylić. A jak już zostało wspomniane, mieszkańcy Feerii to ludzie rozsądni i praktyczni.
W praktyce Feeria była wyspą. Każdy ląd otoczony hektolitrami wody z założenia jest wyspą – i wcale nie musi z tego powodu mieć okrągłego kształtu ani kokosowych palm. Chociaż Feeria miała i jedno, i drugie, mniej więcej. Na południu wyspy rozciągał się wysoki łańcuch górski, okalający znaczną jej część i będący, w mniemaniu większości cywilizowanych mieszkańców Feerii, czymś w rodzaju ostatecznej granicy istnienia. Oczywiście ludzie zamieszkujący tereny Finisory (bo tak właśnie owe wzniesienia były określane) korzystali z dobrodziejstw braku cywilizacji i nie zdawali sobie sprawy z tego, że Finisora zupełnie nie posiada warunków wymaganych do życia. Mieszkali więc tam i nie przejmowali się niczym. Pozostała, cywilizowana oczywiście, przestrzeń na wyspie podzielona została w wyniku długich (a niekiedy także bardzo krótkich) wojen (a także innych cywilizowanych działań) na sześć krain, które pod wieloma względami były zupełnie różne, a pod innymi – zupełnie podobne. W centrum wyspy znajdowała się kraina Morbus, granicząca z każdą z pozostałych. Możliwość istnienia w tym dość nietypowym położeniu zawdzięczała ona temu, że podbicie jej nie leżało w interesie żadnego z sąsiadów, natomiast w interesie wszystkich było utrzymanie dotychczasowego statusu.
Morbus była czymś na kształt republiki handlowej, z tą tylko różnicą, że wcale nie była republiką – raczej handlową monarchią despotyczną. Handlową tyranią, na czele której z założenia stoi nieomylny, niekwestionowany władca… albo władczyni oczywiście. W końcu w państwach rządzonych żelazną ręką nie ma miejsca na uprzedzenia. Największe miasto tej krainy nazywało się dokładnie tak, jak ona sama. Mogło być to mylące, ale przede wszystkim było wygodne i pozwalało oszczędzać język. Kupiec zapytany: „dokąd jedziesz?” odpowiadał: „do Morbus, rzecz jasna” i nikt nie pytał go już po co, dokąd i dlaczego.
Samo miasto dokładnie w połowie przedzielała rzeka, będąca główną handlową arterią. Na północ od niej znajdowały się bogate dzielnice: pałacowa, Var Servet i handlowo-rzemieślnicza. Dzielnica pałacowa, jak nietrudno się domyślić, była siedzibą władzy. Strzelisty pałac górował nad miastem – chociaż złośliwi i lekceważący własne życie ludzie lubili powtarzać, że w istocie to miasto kurczy się pod pałacem. Var Servet była dzielnicą arystokratyczną. Mogli zamieszkać w niej ci, którzy albo byli wyjątkowo bogaci, albo też, z racji swojego urodzenia lub umiejętności, znajdowali się bardzo blisko władzy. Najczęściej jednak obie te cechy szły ze sobą w parze. Dzielnica handlowa była zaś tym, czemu miasto zawdzięczało swoje bogactwo. Od południa połączona z portem, od zachodniej i wschodniej strony otwarta na świat dzięki ogromnym bramom przepuszczającym przez miasto gotówkę i cenne towary. Tak… ludzie z pozostałych krain zjeżdżali się masowo do stolicy Morbus o każdej porze dnia i roku, aby robić to, co jest głównym celem dowolnej gospodarki w dowolnym świecie i pod dowolnym niebem – aby stosunkowo drogo sprzedać określony towar, wytworzony wcześniej odpowiednio niższym kosztem. Ten prosty fakt sprawiał, że niemal nikomu nie zależało na tym, aby jakkolwiek kwestionować potrzebę istnienia Morbus, ponieważ w pewien szczególny sposób oznaczałoby to również kwestionowanie potrzeb własnego portfela. Dziwnym trafem niemalże wszelkie animozje i antypatie zarówno rozpoczynają, jak i kończą się tam, gdzie kilka monet wypada z jednej sakiewki do innej.
Na południe od rzeki miasto zmieniało swój charakter. Z rzeką graniczyła bowiem dzielnica fabryk, manufaktur i drobnych interesów. Pracowali i mieszkali tam ludzie, którzy nie mieli dość szczęścia, aby urodzić się bogatymi, czyli inaczej mówiąc, zdecydowana większość. Dzielnica fabryczna była drugą co do wielkości w Morbus – w obrębie murów miejskich ciągnęła się wzdłuż prawie całej rzeki. Z kolei najbardziej wysunięty na południe, jednak nieoficjalny, sektor miasta stanowiła dzielnica biedoty. Część slumsów mieściła się w obrębie murów, część wybiegała poza nie, przylegając do miasta niczym chora tkanka. Slumsy żyły własnym życiem – ich mieszkańcy nie byli mile widziani w innych dzielnicach Morbus. Mieszkańcy innych dzielnic natomiast z pewnością byliby mile widziani w slumsach, gdyby tylko mieli dość odwagi, głupoty lub brawury, żeby się tam zapuszczać. Slumsy były głównym eksporterem chorób, przestępców i ciemnych interesów, które to samo miasto importowało bez większych sprzeciwów. Poszczególni władcy Morbus od dawna żywili się myślą o zlikwidowaniu raka, który trawił południową granicę ich królestwa. Jak do tej pory żadnemu z nich się to nie udało. Burzone altany i prymitywne domostwa zastępowane były nowymi, a przeganiany margines społeczeństwa wracał na stare śmieci. Bo gdzież niby miałby się udać? Życie w mieście przyciągało i dawało nadzieję na lepszy byt. A jeśli nadzieja okazywała się płonna? Cóż, jak mówi stare przysłowie: brak sukcesów to żaden powód do przerwania prób. Dlatego też ludzie ze slumsów i elita miasta prowadzili ze sobą nieustanną wojnę, w której co prawda nie było zwycięzców, nie było też jednak przegranych.
1 Znakomitym tego przykładem jest kariera niejakiego Doodla Dilla, myśliciela i astronoma, który, w dość przekonujący sposób, udowadniał, że świat jest gigantyczną toaletą wędrującą po kosmosie wedle ściśle określonego wzorca, okrążającą przy okazji Słońce. O ile teoria o toalecie znalazła całkiem wiele głosów poparcia, o tyle teza dotycząca okrążania Słońca okazała się zbyt kontrowersyjna. Niedługo po ogłoszeniu wyników tych badań Dilla znaleziono we własnej szopie, z widłami wystającymi z pleców. Zdaniem wielu było to jedno z najbardziej spektakularnych samobójstw, jakie zna ludzkość.
W kwestiach finansowych Lock był człowiekiem bardzo rozsądnym i niezwykle praktycznym. W jego fachu te cechy miały nie lada znaczenie, można wręcz rzec, że kluczowe. Trudnił się bowiem złodziejstwem, a przecież złodziej niemogący wykazać się chociaż odrobiną rozsądku musiałby wykazywać się daleko posuniętą odpornością na śmierć, której Lock, jak i wielu innych ludzi, niestety nie posiadał. Nie był wcale wybitnym złodziejem, z pewnością nie należał do tych, którzy jednym śmiałym skokiem potrafili ustawić się na całe życie. Nie należał też do tych śmiałków, o których bardowie tworzą pieśni, i do których wzdychają po nocach poszukujące mocnych wrażeń damy. Ojciec Locka czasem powtarzał, że kto kradnie niewiele, ten zostaje przestępcą, a kto kradnie miliony – zostaje ministrem. Lock, zdaje się, zupełnie nie miał talentu do polityki. Jego specjalnością były włamania i kradzieże drobnych przedmiotów, takich jak pierścionki, zegarki i inna ogólnie pojmowana biżuteria. Nigdy nie przyjmował zleceń, wyznawał bowiem zasadę, że złodziejstwo to nie usługa – lecz sposób na przetrwanie. Nie praca – ale styl życia, dzięki któremu mógł owej pracy unikać i nie martwić się pustym brzuchem. Przynajmniej nie codziennie.
***
Stał przed zamkniętymi drzwiami niewielkiego domku w bogatej dzielnicy Var Servet na przedmieściach Morbus. W ręku trzymał zestaw przedmiotów, które w niedalekiej przyszłości miały zmienić drzwi zamknięte w drzwi otwarte. Wokół było chłodno, zaczęły się już pojawiać pierwsze w tym roku przymrozki, nieśmiało zapowiadające nadejście zimy. Zimy w Morbus bywały raczej surowe, obfitujące w dużą ilość śniegu i równie dużą liczbę zamarzniętych bezdomnych1. Przysunął zestaw narzędzi do zamka, usiłując trafić do dziurki wytrychem trzymanym w trzęsących się dłoniach.
– Szlag… – zaklął. – Diabli, zimno. Szkoda, że w rękawiczkach jeszcze trud…
Pstryk! Zamek ustąpił.
Lock rozejrzał się dookoła, nie dostrzegając nic podejrzanego. Schował więc wytrychy i otworzył drzwi bardzo powoli, sprawdzając, czy nie skrzypią. Ze środka nie docierały żadne, najlżejsze nawet dźwięki ani też żadne nieoczekiwane zwierzę domowe nie rzuciło się na Locka w celu rozerwania mu gardła i paru innych części ciała. Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi, tym razem dużo szybciej. Zrobił parę powolnych i ostrożnych kroków przed siebie, sprawdzając podłoże. Dom był pusty, ale unikanie niepotrzebnych hałasów to w tej dziedzinie działanie opłacalne niezależnie od okoliczności. W tym wypadku nie musiał się nawet zbytnio starać, bowiem podłoga pokryta była miękką wykładziną, skutecznie tłumiącą wszelkie odgłosy. Złodziej wyciągnął zza pazuchy niewielką świeczkę i poszukał zapałek. Kilka sekund później płomień delikatnie rozświetlił mrok. Na wyłożonej drewnem ścianie Lock zauważył kolekcję obrazów, przedstawiających zapewne szanownych przodków okradanej właśnie rodziny. Na obu bocznych ścianach podłużnego pomieszczenia rozwieszone były mosiężne kinkiety wyposażone w nowe świece, ale zapalanie ich byłoby zbyt nierozsądne. Zresztą pracowanie w półmroku było dla Locka czymś na tyle naturalnym, że świetnie potrafił obyć się bez dobrego oświetlenia.
Włamywacz podszedł do stojącej w rogu komody, nad którą wisiało bogato zdobione lustro. Spojrzał na swoje odbicie. Człowiek w lustrze uśmiechnął się do człowieka stojącego przed lustrem. Gdyby uśmiechy były walutą, za rozbrajający uśmiech Locka można by kupić średniej wielkości państwo. Oczy zaś, którymi na siebie spoglądał, były oczami szaleńca. Jedno z nich było niebieskie, drugie – brązowe. Jedno przymknięte i uśpione, drugie zaś szeroko otwarte, zdające się ciągle szukać nowego obiektu zainteresowania. I znalazło. Na komodzie stała srebrna figurka przedstawiająca siedzącego kota, jedna z tysięcy podobnych, znajdujących się w wielu domach w Morbus. Trend na „kocią” sztukę rozpoczął się tutaj kilka lat temu wraz z objęciem władzy przez Jej Wysokość Segvinę i trwał niewzruszenie, tak samo jak niewzruszenie trwały jej rządy. Przechadzając się po mieście, można było uświadczyć wiele kocich detali. Nie tylko figurek, ale także ozdobnych gzymsów i wszelakich zwieńczeń. W Morbus zamiast gargulców z dachów zwisały kocie głowy, a i plujące wodą ozdobne żaby były w zdecydowanej mniejszości. Raczej nie trzeba było być zbyt bystrym, aby domyślić się, co widniało na powiewającej nad cesarskim pałacem fladze.
Lock schował figurkę do torby, przeszukał komodę i, nie znajdując niczego dość cennego, cicho jak cień ruszył dalej, do salonu. Wiedział, w jaki sposób należy stawiać kroki, żeby przypadkowo nie nadepnąć na zdradliwą deskę w podłodze. Najbezpieczniej jest poruszać się blisko ścian, gdzie ryzyko naprężenia owej deski jest dużo mniejsze. Najlepiej, w miarę możliwości, nigdy nie opierać ciężaru ciała na jednej tylko stopie. Najlepiej nigdy nie potknąć się na pozostawionej przez dzieciaka zabawce. Zamyślił się nad pierwszymi dwoma zasadami, zapominając o trzeciej, i nadepnął na drewniany wózek. Zaskoczony, momentalnie stracił równowagę, zasyczał z bólu, drugą nogą wdepnął w kolejny wóz, wykonał półpiruet, nabrał rozpędu i pomknął przed siebie na nieoczekiwanych wrotkach. W panice pokonał parę metrów, wpadł do salonu, zahaczył o próg i wyleciał w powietrze. Podczas krótkiego lotu przez myśl przeszły mu najgorsze możliwe scenariusze, takie jak na przykład rozbijanie sobie głowy o szybę i krótkotrwałe podziwianie własnego mózgu na podłodze. Jednak zanim zdążył się zorientować, siedział już wygodnie w miękkim fotelu.
– To się nazywa szczęście… zawodowca – mruknął sam do siebie i nasłuchiwał chwilę.
Nie doczekawszy się żadnych dźwięków zagrożenia, odetchnął z ulgą. Wprawdzie nie tak powinno wyglądać jego złodziejskie entrée, ale… jak mawiają: co się stało, to się nie odstanie. A Locka bardzo cieszyło, że nie stało się nic drastycznego.
Po krótkich oględzinach pokoju, w jakim się znajdował, stwierdził, że jego życie naznaczone jest niesamowitym fartem. Salon był bowiem pokojem myśliwego. Pokojem pełnym trofeów, z których znaczna większość wyposażona była w ostre krawędzie stworzone w sam raz do tego, żeby dziurawić ludzi na tyle nierozsądnych, by wjeżdżać na nie na wrotkach. Nikt chyba nie chciałby zostać znalezionym kolejnego dnia, w stanie zerowej mobilności, na rogach jelenia. Niechęć do umierania w takich warunkach rozumie się samą przez się.
Lock wstał z wygodnego fotela, ponownie zapalił kaganek i zaczął penetrować pokój w poszukiwaniu cennego łupu. Właściwie to jakiegokolwiek łupu. Na ścianach, oprócz wspomnianych trofeów, spoczywały też liczne egzemplarze broni białej i palnej. Kilka szabel, halabarda, berdysz i zestaw noży do skórowania osobliwie komponowały się z zawieszoną pod sufitem jelenią głową. Jeleń zdawał się patrzeć na kolekcję swoich oprawców z niemałym wyrzutem. Nieco niżej, na wysokości głowy rosłego mężczyzny, wisiał ukośnie jeden muszkiet. Drugi, który powinien się z nim krzyżować wzorem piszczeli na pirackich flagach, gdzieś zniknął. Nie była to broń pierwszej młodości, więc Lock założył, że drugi muszkiet zwyczajnie się popsuł. Poniżej, przy ścianie z drewnianej boazerii, stało kilka komód. Złodziej podszedł do nich i zaczął powoli przetrząsać zawartość. Co ciekawsze ze znalezionych przedmiotów, w zależności od rozmiarów, trafiały do jego kieszeni, sakiewki lub torby. Trochę biżuterii, kilka monet, drogie (a przynajmniej taką miał nadzieję) skórzane ubrania i bogato zdobiony srebrny świecznik zmieniły właściciela. Lock pozamykał szuflady, owinął bardziej hałaśliwe przedmioty w lnianą tkaninę i przystąpił do opuszczania lokum, tym razem uważając na to co mogło niespodziewanie znaleźć się pod jego stopą. W myślach nieustannie karcił się za tamten wypadek przy pracy.
Wyszedł z salonu, przystanął na chwilę i zawrócił. Następnie podszedł do szafki i zgarnął za pazuchę zieloną, ozdobną butelkę czegoś, co wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie było mlekiem. Teraz można było już odejść – w spokoju i z wesołymi perspektywami. Ruszył do drzwi, ostrożnie omijając przy tym porzucony na podłodze drewniany wózeczek, przyczynę jego nieszczęścia. A może raczej szczęścia? Cóż, Lock nie zamierzał się bawić w filozoficzne spekulacje. Miał torbę pełną łupów, a w kieszeni butelkę z zawartością gwarantującą wesołą zabawę w sposób, który odpowiadał mu dużo bardziej. Dotarł do drzwi, złapał za klamkę i spróbował je otworzyć. Zamknięte. Nie zdążył nawet pomyśleć nad tym smutnym faktem. Usłyszał bowiem coś, czego bardzo usłyszeć nie chciał.
– Stój. I żadnych ruchów, gnojku. Odwróć się.
Lock zamarł. Chociaż na moment stanęło mu serce, a nogi zrobiły się jak z galarety, mimowolnie zaśmiał się w duchu, dostrzegając bezsens polecenia.
– Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli. Mam się nie ruszać czy odwrócić?
– Odwróć się.
Ruszył się więc bardzo flegmatycznie i spróbował dostrzec człowieka, który popsuł mu cały wieczór. Po chwili zauważył w kącie przedpokoju niewyraźną sylwetkę.
– Myślałeś, że możesz mnie bezkarnie okradać, co? Że nikogo nie ma w domu, co? Już ja cię nauczę pokory. – Właściciel głosu wysunął się z cienia. Okazał się niewysokim staruszkiem, trzymającym muszkiet, którym mierzył prosto w głowę złodzieja.
Lock przez chwilę rozważał ewentualność ucieczki, teraz jednak był już pewien, że jego przyszłość maluje się w naprawdę czarnych barwach. Uciec przed kulą nie zdoła, a jeśli człowiek trzymający go na muszce faktycznie jest myśliwym, to nie warto próbować żadnych sztuczek.
– I nie próbuj żadnych sztuczek, pasożycie – dopełnił stary ramol. – Połóż wszystko, co masz, na ziemi i podejdź bliżej. Powoli, dobrze radzę.
Lock najwolniej, jak mógł, zaczął ściągać z ramienia torbę i odpinać sakwy. Wcale nie dlatego, że wziął sobie do serca dobrą radę. Próbował zyskać trochę czasu, kilka cennych sekund, w przeciągu których może mu wpaść do głowy jakieś rozwiązanie. Myśl, Lock. Myśl. A nawet, jeśli do głowy nie wpadnie mu żadne rozwiązanie, to może chociaż coś się w tym czasie wydarzy. Ot, choćby meteoryt spadający przez dach na staruszka. Albo zawał serca. Jego lub mój – pomyślał.
– Wiesz, co mówią o złodziejach, złodzieju?
Pewnie całkiem sporo rzeczy mówi się o złodziejach. Najczęściej chyba padają wyzwiska.
– Nie jestem pewien – odpowiedział Lock.
– Mówią, żeby nie dać się okraść więcej niż dwa razy. Za pierwszym razem w zupełności wystarczy. Za drugim byłoby to zwykłe złodziejskie szczęście. Lecz za trzecim razem byłaby to już wyjątkowa głupota okradanego. I wiesz, jak mi to wygląda? – Dziadek uśmiechnął się dziarsko i złośliwie. Nie doczekał się odpowiedzi, więc skończył aforyzm bez zachęty: – Zdaje się, że ani ja nie jestem głupi, ani ty nie masz szczęścia. I że w zupełności wystarczy, bo więcej się już tu nie włamiesz. Nigdzie indziej się więcej nie włamiesz.
Lock położył na podłodze ostatnią sakiewkę. Trzymał w bucie ukryty sztylet, którym w razie potrzeby mógłby próbować rzucić. Nigdy nie wychodziło mu to zbyt dobrze, ale co miał do stracenia? Wystawić się na pośmiewisko w oczach kogoś, kto i tak zamierza zaraz przyprawić go ołowiem? Nie. Wciąż mogę coś wykombinować.
Starzec podszedł w stronę Locka i gestem nakazał mu się zbliżyć. Gdy ten uczynił kilka kroków, zatrzymał go, również gestem.
– Zanim cię zwyczajnie ukatrupię…
Aha, jak sympatycznie.
– …zadam ci parę pytań, na które, wierz mi, zechcesz odpowiadać. Zastanawiałeś się kiedyś, jak to jest mieć przestrzelone kolano? Będziesz dla mnie miły i odsznurujesz usta, to ja będę miły dla ciebie i palnę prosto w łeb. Jeśli zaś będziesz kręcił, wierz mi, potrafię temu skutecznie zaradzić. – Wycelował muszkietem w kolano Locka i na chwilę zamarł w tej pozycji.
Lock nie był pewien, czy zaraz nie zemdleje, co zresztą chyba nie byłoby takie złe. Po chwili dziadek z powrotem podniósł lufę na wysokość jego oczu. Lock odetchnął z niejaką ulgą. Tak było dużo lepiej.
– Jak się tu dostałeś? – Stary myśliwy zadał swoje pierwsze pytanie.
– Wytrychem, otworzyłem zamek.
– Nie łżyj, ten zamek kosztował mnie majątek, nie jest taki łatwy do sforsowania.
– Nie był łatwy. Po prostu jestem w tym dość dobry.
Dziadek powoli podszedł do Locka i zdzielił go kolbą w brodę. Ten zachwiał się na nogach, nagła fala gorąca przepłynęła przez całe jego ciało, w uszach zaczęło mu szumieć. Po wardze popłynęła strużka krwi.
– Nie jest to najlepsza pora na chwalenie się, parszywa gnido. Zrozumiano?
– Frofumiano. – Zakrwawiona i opuchnięta warga nie pozwalała na mówienie z dobrą dykcją.
– Kto cię nasłał, pracujesz dla kogoś? Strażnicy z pewnością się ucieszą, jak im dostarczę takich ciekawych wiadomości.
– Brasuję dla siewie. Dla siebie i nikogo więcej – poprawił się złodziej, przełykając sporą porcję juchy.
– Naprawdę? Smuci mnie to, bo wiesz, miałem nadzieję, że może jednak jesteś wart coś więcej. Komu zamierzałeś opylić to wszystko, co chciałeś stąd wynieść?
No to pięknie, jak mu powiem, to może i lepiej, żeby mnie zakatrupił.
– Róf… Różnym ludziom. Fnam… Znam parę miejsc na targu, parę bazarów, na których można zostawić różne podejrzane rzeczy za różne podejrzane ceny.
Nie będę robić z siebie pośmiewiska, do diabła.
– Nazwiska. Miejsca.
– Rince Kinch, na zachodnim skrzydle. Niebieska plandeka, łatwo znaleźć. – Lock, co oczywiste, łgał jak z nut. – Ben Pont, na północnym, rzemieślnik, sprzedaje garnki i srebrne zastawy. Jak ma okazję, to również kupuje. Eee… – Musiał udać chwilowe problemy z pamięcią, żeby znowu zyskać trochę czasu.
Nigdy nie sądził, że wymyślanie nazwisk może być takie trudne. Może nawet nie tyle trudne, co raczej niesamowicie żenujące. Czuł się jak dzieciak podczas szkolnej odpowiedzi. Odpowie źle – czeka go przykra konsekwencja, więc zmyślał i improwizował, byleby tylko wzbudzić u egzaminującego chociaż odrobinę zaciekawienia. Byle zarobić na trójkę na szynach i wrócić do ławki. W jednym kawałku.
– Łżesz, to oczywiste. No cóż, dla straży to i tak bez znaczenia, czy ukatrupię cię ja, czy oni. Ale dla mnie nie do końca – oznajmił i ponownie uderzył Locka kolbą w twarz.
Ten upadł na kolana i odruchowo osłonił głowę rękoma. Kolejny cios wylądował więc w okolicy żeber. Dziadek miał krzepę, trzeba przyznać.
– Nigdy… więcej… nie będziesz… kradł… – Każde słowo, jakby na potwierdzenie, zaznaczał kopniakiem w żebra.
Lock pomału zaczynał mu wierzyć, bo ból stawał się nieznośny. Spróbował wstać, ale następne uderzenie kolbą posłało go na podłogę jeszcze skuteczniej niż poprzednie.
A więc przyjdzie mi umrzeć na podłodze. Cóż, ostatecznie to i tak żadna różnica. Czy wisisz, czy leżysz, czy leżysz… w bardzo wielu kawałkach, rozrzucony po dwóch sąsiadujących dzielnicach. Bogowie chyba nie są przesądni i nie przejmują się takimi drobnostkami jak to, że trupa trzeba zbierać grabiami do wiadra. Czemu przestał mnie kopać?
Ostrożnie podniósł głowę i zobaczył starca opierającego się plecami o szafę. Broń, którą jeszcze przed chwilą go okładał, teraz kurczowo przytulał do piersi. Posiniał też na twarzy i na dłoniach.
– Ty… – wysyczał, a oczy prawie wyszły mu z orbit. Zaczął się trząść. – Niech cię szlag trafi!
– Chyba to jednak nie mnie zaraz szlag trafi. – Złodziej podniósł się z trudem i schował za framugą. Z zawałem czy bez, dziad dalej trzymał w rękach muszkiet. – Żyjesz jeszcze?
– T-t-ty!
– Chyba tak?
– Ghrghkh!
– Wciąż? Halo? Dobrze się czujesz, człowieku? Bo ja fatalnie, bolą mnie żebra i szczęka! – Wyszedł zza ściany i zobaczył, że starzec rozłożył się na podłodze.
Wciąż trzymał się muszkietu, jakby mogło mu to jakkolwiek pomóc.
– Jesteś już martwy? – Lock zbliżył się do starca, rzecz jasna na bezpieczną odległość.
Niby wyglądał na martwego, ale z takimi to nigdy nie wiadomo. Szturchnął go czubkiem buta w udo. Bez reakcji. Pochylił się i ostrożnie przyłożył ucho do jego głowy. Myśliwy nie oddychał, co najwyżej śmierdział czosnkiem. Ja cię klepię, naprawdę padł na zawał.
Przez chwilę Lock kręcił się po pokoju zdezorientowany. W końcu zebrał wszystkie rzeczy, jakie już dawno temu miał stąd wynieść, i pomaszerował w kierunku okna. Stare, dobre wychodzenie przez okno miało w sobie to coś. Obejrzał się jeszcze na starca, żeby upewnić się, że aby na pewno kopnął w kalendarz. Ten wciąż leżał pod szafą i wyglądał na perfekcyjnie nieżywego.
***
Noc pomału zamieniała się w dzień. Chociaż wciąż było ciemno, to jednak dało się już słyszeć trele ptaków. Gdzieniegdzie ulicami przemykał czyjś cień, ale zaraz pierzchał, jakby świadom tego, że to jeszcze nie jest odpowiednia pora na spacery po mieście. To pora ciemnych interesów, napadów i włamań. Pora, w której ludzki umysł jest najmniej wydajny, o czym wiedzieli wszyscy amatorzy włamań i, rzecz jasna, przedstawiciele prawa, którzy czasem w jego imieniu wybijali drzwi Bogu ducha winnym staruszkom.
Lock czuł się znakomicie. Udało mu się wyjść cało z opresji, a do tego nie wracał z pustymi kieszeniami. Takie kombinacje zdarzają się bardzo rzadko. A trup? No cóż, to nie on go zabił. Zrządzenie losu, może dziad padłby na zawał tak czy siak? Lepiej było się zastanowić, co teraz zrobić z łupem i u kogo, tak naprawdę, mógłby go puścić. Gdy tak szedł wąskimi uliczkami, wracając do domu i snując swobodne rozważania na temat tego, w jaki sposób zamienić torbę pełną gratów na torbę pełną gotówki, jego świat niespodziewanie zgasł.
