Damnatus - Wojciech Karolak - ebook
lub
Opis

Potężniejszy niż kiedykolwiek, ale zarazem jeszcze bardziej niezrównoważony i nieprzewidywalny, bohater staje w obronie harmonii Wszechświata. Jednocześnie stara się odwrócić swój los, przypieczętowany przez niecodzienny sojusz z legionem upiorów. Tymczasem przekonana o śmierci ukochanego, Jemiba Tempestkin, usiłuje stworzyć nową organizację działającą w obronie ludzkości, mającą zastąpić upadły Kościół. Konflikt pomiędzy dwójką kochanków wydaje się nieunikniony… Kto zwycięży? Równowaga, ostrzami Kirkhammera? Ludzkość, pod przywództwem Jemiby? Odrodzeni Opiekunowie, planujący zemstę w swoich niedostępnych schronieniach?

Czy w tej walce w ogóle możliwe jest zwycięstwo..?

Wojciech Karolak – student Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, przyszły lekarz. Znajomi mówią o nim „chodząca sprzeczność”, co wyraża się także w jego twórczości. Autor zaczął swoją karierę pisarską od poezji, wydając tomik wierszy pt.: „Myśli nocą”. Prawdziwe spełnienie pisarza przyniosła pierwsza część przygód elitarnego wojownika - „Kirkhammer”. Czego pisarz podejmie się jutro? Tego nie wie nikt, a zwłaszcza on sam.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 256


W o j c i e c h    K a r o l a k

D A M N A T U S

2017

Copyright © by Wojciech Karolak 2017 Copyright © by Wydawnictwo Witanet 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Grafika na okładce: Maciej Pacholczyk

Projekt okładki, skład, łamanie: Ryszard Maksym

ISBN: 978-83-65482-75-4

Książka dostępna również w wersji papierowej

Wydawca:

Wydawnictwo WITANET

tel.: #48 601 35 66 [email protected]

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Skład wersji elektronicznej:

C Z Ę Ś Ć     I

Prolog

Słońce wzeszło ponad chmurami, topiąc w swym czerwonawym blasku podniebną stolicę Córki Wiatru. Unoszące się leniwie skały dryfowały po niebie niczym ogromne statki. Z wykutych w nich domostw, wyłaniały się powoli harpie, przeciągając swe pierzaste skrzydła. Tu i ówdzie, zębate wyverny i skrzydlate mantikory witały dzień rykiem i skrzeczeniem. Wkrótce lewitujące miasto obudziło się do życia, wypełniło trzepotem skrzydeł i codzienną krzątaniną jej mieszkańców. Proste, plecione kosze z mięsem ptaków oraz kóz, schwytanych na rozległych terenach poniżej, dyndały spokojnie w paszczach potwornych posłańców. Z czasem, całe korowody objuczone darami frunęły w stronę centralnej wieży, strzelającej ponad spływającym w nicość wodospadem u jej podstawy. Poddani zajmowali się swoją pokonaną, wycieńczoną królową z największą troską. Dzieci z miłością karmiły i pielęgnowały swą matkę. Kiedy szczególnie duża grupa bestii z pakunkami leciała w stronę wieży, za ich plecami rozległ się huk. Po chwili następny i jeszcze jeden, aż wybuchła istna kanonada rozrywających powietrze dźwięków. Stworzenia zawróciły lub przycupnęły na okolicznych skałach, patrząc z niepokojem i zaciekawieniem w stronę źródła nieoczekiwanego zamieszania. Wyostrzone oczy harpii dostrzegły jakby lewitujące sylwetki w oddali. Jak dotąd tylko jedna obca istota wdarła się do ich gniazda, więc potwory zwlekały ze swoim ruchem i jeszcze bardziej wytężyły wzrok. Wtem, w ich stronę zaczęły lecieć pociski. Gdzieś wybuchła kula ognia. Tuż obok uderzyła błyskawica. Pobliska mantikora została ugodzona rozjarzoną włócznią, która przybiła nieszczęsne stworzenie do kamiennej ściany i natychmiast zniknęła, uwalniając zwłoki w długą podróż na spotkanie z twardym podłożem daleko w dole. Największa z harpii podniosła donośny krzyk, zwołując wszystkie możliwe zastępy do walki. Zębate paszcze wypuściły swoje bagaże i wyszczerzyły się w nienawistnych grymasach. Podniebne miasto stanęło do walki. Wyverny pędziły ile sił, wirując pomiędzy śmiercionośnymi zaklęciami, wyciągając swe długie szyje w stronę zbliżających się dostojnie przeciwników. Wysunięta najbardziej do przodu mantikora rozpoznała ludzi, którzy unosili się w powietrzu i miotali śmierć na jej towarzyszy. Luźne szaty powiewały na wietrze, nadając napastnikom aurę grozy. Czarodzieje i czarodziejki Bractwa przedzierali się przez kolejne fale bestii. Powietrze wypełnił smród palonych piór i jęk ranionych istot. Pokaźny zastęp magów podzielił się na trzy grupy – część przycupnęła na okolicznych skałach, strącając z przestworzy kołujące potwory. Kilku z nich zostało porwanych przez pikujące skrzydlate stwory, jednak salwy śmierci nie straciły na sile. Drugi oddział parł dalej do przodu, obierając za cel centralną wieżę, wokół której zgromadziło się najwięcej obrońców. Trzecia grupa, najmniejsza, bo licząca zaledwie trójkę osób, wysforowała się na front, skupiając razem dłonie i tworząc niszczycielski promień plazmy, który torował im drogę do szczytu wieży. Zdesperowane monstra bezskutecznie próbowały zaatakować ten gorejący taran. Każda zbliżająca się wyverna, pomimo swojej niesłychanej manewrowości, padała ofiarą ustawionych poniżej snajperów, których ogromne lodowe sople trafiały precyzyjnie swe cele. W końcu, trójka na przedzie przedarła się aż do pękatego, okrągłego pomieszczenia u szczytu wieży. Rozbili jedną z oszklonych ścian i wdarli się do środka. Podążający za nimi oddział utworzył okrąg wokół obserwatorium, otaczając je barierą ochronną i nie dopuszczając w jej pobliże żadnego ze zrozpaczonych potworów. Pomieszczenie, w którym znaleźli się śmiałkowie, miało cudowną, mozaikową podłogę. Kolory wiły się, zataczały okręgi i splatały, tworząc dzieło sztuki niespotykane wśród dzieł ludzkich rąk. Nad ich głowami natomiast, sufit zdawał się falować i zmieniać kształt. Rozświetlana małymi punktami czerń przywodziła na myśl satelitarne zdjęcia otchłani kosmicznych. Na środku obserwatorium bujała się leciutko złota kołyska. Jej delikatna konstrukcja ze złotego drutu zdawała się nie być zdolna do utrzymania nawet własnego ciężaru. Jeden z magów, przystojny młodzieniec o długich, falowanych włosach zbliżył się do przedmiotu, wydobywając jednocześnie sztylet zza paska. Kiedy mężczyzna stanął nad kołyską, ujrzał leżące w jej środku dziecko. Maleństwo przypominało ludzkie niemowlę, jednak zza rozchylonych usteczek, bieliły się długie kły, paluszki rąk wieńczyły zakrzywione szpony, a nóżki przywodziły na myśl raczej kurczaka niż człowieka. Na dodatek, ciało oseska pokryte było kiełkującymi piórami, nadając jego różowej skórze istnie obrzydliwy wygląd. Czarodziej uniósł uzbrojoną w sztylet dłoń i wymierzył w klatkę piersiową potwornego dziecka. Członek Bractwa zawahał się na ułamek sekundy. W tym właśnie ułamku, kątem oka dostrzegł jasny błysk i poczuł jak ktoś bardzo mocno chwyta go za przedramię. Jednocześnie, usłyszał westchnięcie stojących za sobą towarzyszy. Mag obrócił twarz i krzyknął, najpierw z przerażenia, a następnie z bólu. Napastnik wygiął mu rękę i uderzył w jego staw łokciowy, łamiąc ją. Kość ramienna z obrzydliwym mlaśnięciem przebiła skórę. Wróg obrócił się plecami do krzyczącej ofiary, złapał ją pod żuchwą obiema rękoma i przerzucił nad sobą, uderzając nią o przepiękną posadzkę. Na dźwięk chrupnięcia, śpiące w kołysce dziecko przebudziło się i zaczęło radośnie gaworzyć. Osłupiała czarodziejka i jej kompan unieśli ręce w stronę przeciwnika, jednak ten już biegł na nich z obnażonym mieczem. Stojący bliżej mężczyzna wyemitował potężną falę energii, aby spowolnić wroga i dać koleżance czas na złożenie wykańczającego zaklęcia. Napastnik odbił się w błyskawicznym uniku w bok, wyrzucając swoje ciało jak z procy. Zostawił przy tym za sobą ostrze miecza i ustawił się bokiem. Czar uderzył w brzeszczot, obracając przerażającego wojownika, który musiał przejąć energię, ponieważ wykonane poziome cięcie wyzwoliło falę, która wyrzuciła czarodzieja przez szybę za jego plecami. Mężczyzna analizował przez chwilę to, co właśnie się wydarzyło, zanim uderzył o kamień podstawy wieży, a jego ciało zostało naszpikowane odłamkami spadającego szkła. Osamotniona czarodziejka zdążyła wykonać skomplikowany gest, malując dłońmi rozżarzony do białości płomień, którym wypaliła we wroga. Jakież było jej zdziwienie, kiedy zamiast obracającego się w popiół ciała ujrzała frunącą nad ogniem w fantastycznym salcie sylwetkę. Przeciwnik wylądował tuż przed nią, uderzając klingą miecza w posadzkę między jej nogami. Kobieta zdążyła jeszcze przyjrzeć się czerwonej mgle, która była oczami jej zabójcy, nim jej ciało rozpadło się na dwie równe części.

Otaczający obserwatorium czarodzieje byli zbyt zajęci odpieraniem ataków potworów, aby dostrzec masakrę za swoimi plecami. Uwagę ich przykuło dopiero wylatujące z impetem przez szybę ciało. Zanim zdążyli się obrócić w stronę chronionego pomieszczenia, zaatakował ich ogromny, czarny gryf. Zaskoczeni magowie złamali szyk. Niektórzy, widząc rzeźnię, która odbyła się w zabezpieczonym barierą pokoju, słysząc radosny śmiech dziecka i dostrzegając rozmazaną czarną sylwetkę, porywającą ich towarzyszy, zaczęli uciekać.

– Oddział alfa! Zgłoście się! Wycofujemy się! Przerwać misję! Zaczynajcie otwierać teleport na tyłach! – krzyczała dowodząca grupą, rudowłosa kobieta – Alfa, zgłoś się, kurwa mać!

Kiedy rozbity oddział leciał na złamanie karku, unikając desperacko otaczających kłów i szponów, które z nienawiścią dopełniały swojej zemsty, naprzeciw płomiennowłosej dowódczyni, rozpostarł się obraz absolutnej klęski. Cały oddział został zmasakrowany. Skały zalewała krew. Na łączących je mostkach walały się kończyny i strzępy ubrań. Na najdalej wysuniętej wyspie, siedział natomiast sprawca. Potężny smok o brązowej łusce przeżuwał korpus kobiety, mlaszcząc przy tym z apetytem. Widząc uciekających ludzi, rozpostarł ogromne skrzydła, poderwał się do lotu i zamknął czarodziei pomiędzy sobą, a resztą rozwścieczonych dzieci Córki Wiatru.

– Ciekawe jak reszta sobie radzi. – zapytał wojownik z mocno północnym akcentem.

– Podejrzewam, że równie dobrze jak my. – stwierdził mężczyzna obok, rozrywający właśnie trytona hydraulicznymi szczypcami skafandra – Panna Jemiba dołożyła wszelkich starań, żeby nas do tego przygotować.

– Racja. Te krewetki nie mają szans.

Dwadzieścia potężnych, groteskowych sylwetek stało na pobojowisku, pośrodku głównego placu podmorskiego miasta. Rekiny brzytwopłetwe, ogromne kałamarnice, trytony i syreny nie stanowiły znacznej przeszkody dla opancerzonych skafandrów głębinowych, zaopatrzonych w siłowniki hydrauliczne. Napastnicy mieli po swojej stronie także nieoceniony element zaskoczenia. Jeden z żołnierzy, którego strój był ozdobiony złotym słońcem, rozejrzał się po powykręcanych ciałach poległych. Woda dookoła nich miała mdły, czerwony kolor. Grozy całej scenie dodawało wątłe światło, pochodzące z kuli, która unosiła się nad miastem. Jej blask migotał, przygasał i jaśniał na nowo, niczym smagany wiatrem płomień świecy.

– Oddział, przegrupowujemy się. Ja idę do katedry, razem z Kamelingusem. Wy ustawcie posterunki dwuosobowe przy każdej drodze do placu. Reszta niech otoczy katedrę. Jak jakieś paskudztwo się zbliży, walić laserami, harpunami, wszystkim czym macie. Nic nie ma prawa wejść za nami do środka katedry.

– Tak jest! – odpowiedział zgodny chór głosów, zniekształconych przez krótkofalowe nadajniki.

Dwie postacie skierowały swe ciężkie kroki ku drzwiom kolosalnego budynku. Następnie, wojownicy skręcili i przeszli wzdłuż ściany, aż znaleźli się pod ogromnym, barwnym witrażem. Mężczyźni włączyli silniki przymocowane przy goleniach skafandrów i podpłynęli w kierunku okna. Dowódca wyciągnął ramię w jego kierunku. Szkło zafalowało delikatnie i przepuściło opancerzoną rękę. Intruzi przeszli przez barierę i spadli ciężko na kamienną posadzkę katedry.

– Ciężko będzie manewrować z tym ciężarem. – powiedział Kamelingus.

– Ani mi się waż rozbierać. – warknął dowódca – We dwójkę poradzimy sobie ze wszystkim co ma kły, pazury i chuj wie, co jeszcze.

Dalsze rozmowy uciął widok zgromadzonego w pomieszczeniu bogactwa. Złoto zdawało się zalewać strumieniami podłogi i ściany. Monety, świeczniki, korony i medaliony, bransolety, diademy, talerze i tarcze, zbroje oraz lite sztaby rozświetlały blaskiem wszystkie nawy, rzucały refleksy na kolumny oraz misternie malowane sklepienie. Każdy krok wojowników miał akompaniament w postaci głośnego brzęku. U szczytu głównej nawy, ostrożnie stąpający mężczyźni dostrzegli ruch. Pośród kosztowności, maleńkim złotym berełkiem bawiło się dziecko. W miarę zbliżania się, rycerze Bractwa dostrzegali dziwaczne szczegóły niemowlęcia. Bobas był pokryty szarawą łuską, a przez środek jego pleców przebiegał kolczasty grzebień. Pomiędzy paluszkami błyskała lekko cienka błonka. Kiedy malec odwrócił buźkę, mężczyźni zostali zlustrowani wzrokiem martwych, wyłupiastych, rybich oczu. Na widok dwóch opancerzonych olbrzymów, stworek zaczął przeraźliwie gulgotać, skrzeczeć i jęczeć. Dowódca oddziału wyciągał już w jego kierunku hydrauliczne szczypce, kiedy oślepił go błysk światła. Wojownicy cofnęli się niezgrabnie i natychmiast unieśli uzbrojone ręce. Przybysz odbił jeden z lecących w swoją stronę harpunów, drugi zaś posłał uderzeniem w górę, łapiąc jednocześnie mocującą pocisk linę, która owinęła mu się wokół nadgarstka. Napastnik szarpnął potężnie i rzucił się naprzód ze sztychem skierowanym w pierś Kamelingusa. Wytrącony z równowagi mężczyzna poleciał na ostrze, które odbiło się i ześlizgnęło po płytach skafandra. Dowódca wykorzystał to i uderzył szczypcami wroga w plecy. Postać poleciała nad leżącym Kamelingusem lecz zatrzymała się raptownie, skrępowana liną harpuna i upadła w złoty stos. Wojownik przedzierał się niezgrabnie przez sięgające powyżej kostek kosztowności, jednak wróg był szybszy. Przeciął linę i wyskoczył na trzy metry w górę, lądując za jego plecami. Powalony rycerz podniósł się z podłogi i natarł na przeciwnika, a dowódca tymczasem, zaczął ładować laser na lewym przedramieniu. Kamelingus zamachnął się dwa razy, jednak agresor z łatwością uniknął jego powolnych ciosów i wykorzystując lukę w obronie, wyrżnął w szklany wizjer skafandra pięścią w ćwiekowanej rękawicy. Szybka wytrzymywała ogromne ciśnienia morskich głębin, jednak ustąpiła pod wpływem potwornej siły napastnika. Odłamki wbiły się w prawe oko rycerza, który z krzykiem osunął się na kolana.

– Mamo… Mamusiu… – łkał Kamelingus, próbując złapać w metalowe szczypce wypływające oko – Mamo… On mnie zabije…

W tej kwestii mężczyzna się nie mylił. Postać wymierzyła potężne kopnięcie metalowym czubkiem buta dokładnie w rozbity wizjer skafandra, które zdruzgotało twarz rycerza.

– Skurwysyn. – wychrypiał dowódca, celując jarzącym się złowieszczo laserem we wroga. Wystrzelił wiązkę, która jakimś cudem chybiła celu. Przeciwnik nie tylko uniknął strzału, ale też zuchwale biegł w kierunku opancerzonej postaci. Dowódca wiódł słabnącym promieniem w ślad za rozmywającą się sylwetką, jednak nie był w stanie za nią nadążyć. W końcu, laser zgasł, a napastnik nie przestał się zbliżać. Rycerz Bractwa uniósł ramiona w gardzie, po czym wyprowadził cios. Wróg padł na kolana, w pełnym pędzie sunąc pod linią uderzenia, następnie odwinął się w piruecie i zasypał plecy skafandra gradem ciosów. Dowódca, targany siłą uderzeń, nie mógł się odwrócić. Ociężale próbował złapać równowagę, jednak stawiał tylko kolejne, niezgrabne kroki naprzód. Po szczególnie silnym wstrząsie, mężczyzna usłyszał syk. W jednej chwili ogarnął go dym i płomienie, które tuż przed nim zlały się w jedno i utworzyły postać potwornego przeciwnika.

– Czym ty… – próbował powiedzieć dowódca, jednak tlen z rozerwanej butli na plecach zapalił się od ognia tej złowieszczej postaci i mężczyzna, szamocząc się, przy akompaniamencie własnych krzyków i cichego kwilenia rybiego dziecka, zginął w płomieniach. Dymiący skafander po długiej jak wieczność chwili upadł na posadzkę, posyłając w powietrze złote monety.

Więzienie Angharma położone było na niedostępnym płaskowyżu Lys. Wiecznie szalejące tam burze piaskowe skutecznie odstraszały wszelkich intruzów, zakłócając jednocześnie przekaźnictwo radiowe i satelitarne. Smagane wiatrem, popękane skały gnieździły w swoich szczelinach dziwaczne, jaszczuropodobne stworzenia. Całokształt można było więc określić jako mało przyjazny dla działalności ludzkiej. Tamtego dnia jednak, poprzez strugi wirującego piasku przedzierało się dwadzieścia pięć postaci. Spośród opatulonych przepastnymi płaszczami sylwetek, wyróżniała się jedna, górująca nad resztą wzrostem. Zegarmistrzowie byli najemnikami. Ich ekskluzywne i drogie usługi obejmowały wszelkie czynności, wymagające użycia szeroko rozumianej perswazji. Grupa ta jednak, oprócz pieniędzy, zawsze ceniła sobie również wpływy. Z tego powodu przywódca, nazywany Wahadłem, postanowił dołączyć do szybko rozwijającego się Bractwa, widząc jego rosnący potencjał. W ten oto sposób, dwanaście Wskazówek uzbrojonych w długie łuki oraz dwanaście wyposażonych w szerokie miecze i okrągłe tarcze, zmierzało pod dowództwem wysokiego, łysego mężczyzny przez zawieruchę na bezkresie Lys. Pomimo długiej wędrówki, żaden z żołnierzy nie poskarżył się ani słowem. Każdy z nich był wyśmienicie wyszkolony oraz zaprawiony w trudach najemniczego życia. W końcu, pośród kurzu i pyłu, oddział dojrzał poprzez szparki szalików majak kolosalnego budynku. Obiekt bardziej przypominał gigantyczny skalny blok, który jakiś zapomniany tytan rzucił dla zabawy. Czarny jak smoła kamień zdawał się być kompletnie gładki, jakby wypolerowany przez szalejącą od setek lat burzę piaskową. Oddział szedł pewnie w kierunku dziwacznej skały. W miarę zbliżania się, Wahadło dostrzegł szczelinę w ścianie kamiennego bloku. Półtora metrowe drzwi były ledwo dostrzegalne. Bez wskazówek Jemiby, Zegarmistrzowie nigdy nie znaleźliby wejścia do grobowca. Przywódca drużyny pchnął małe odrzwia, które ustąpiły nadspodziewanie lekko. Potężny mężczyzna wszedł do budynku, schylając się w przy tym nisko. Wewnątrz mrocznego pomieszczenia, Wahadło postąpił kilka kroków do przodu, pozwalając swoim żołnierzom na utworzenie formacji. W międzyczasie, obnażył przypominające klepsydrę ostrza dwustronnego topora wojennego. Mężczyzna wyszeptał formułę i metal zaczął bardzo jasno świecić, oświetlając więzienie Pierwszego Opiekuna. Wskazówki zdążyły w tym czasie otoczyć dowódcę podwójnym pierścieniem – zewnętrzny składał się z mieczników, którzy unosili wysoko swoje tarcze, chroniąc wewnętrzny okrąg, złożony z gotowych do strzału łuczników. Wahadło zaczął iść przez pomieszczenie, którego ściany obłaziły ze szkarłatnej farby, a sufit pokrywała czerń sadzy. Wnętrze sprawiało wrażenie ulepionego z wosku i rozpływającego się pod wpływem ciepłego światła, które emitował topór. W środku panowała niczym niezakłócona cisza. Otaczający dowódcę pierścień, poruszał się razem z nim do przodu, wirując jednocześnie powoli, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Formacja dotarła w końcu do stojącego na podeście sarkofagu. Wskazówki złamały w tym momencie szyk bojowy i odtworzyły go, ale dookoła kamiennego grobu. Wahadło oparł broń o sarkofag, po czym położył swoje ogromne dłonie na wieku i pchnął je. Wskazówki wstrzymały oddechy, mierząc z łuków do rozszerzającej się szczeliny. Ich strzały zaczęły leciutko wibrować i emitować z czubków białe smużki dymu. Dowódca oddziału stęknął, zaparł się mocniej o podłogę i ciężka, czarna płyta upadła z głośnym łomotem. Łysy mężczyzna w ułamku sekundy chwycił topór i uniósł nad głową, lecz jego żołnierze zaczynali już kląć, krzyczeć i rozbiegać się po pomieszczeniu. Wahadło opuścił broń i również zaklął paskudnie, po czym odwrócił się i wydał swoim ludziom rozkaz przeszukania każdego centymetra katedry. Sam zaś, zastanawiał się jak zamelduje swojej nowej przełożonej, że sarkofag, w którym według jej zapewnień, miał spoczywać wielki Angharm, był kompletnie pusty.

Magowie i rycerze Bractwa z trudem przedzierali się przez gąszcz lasu Timlin. Oddział uformował okrąg, który z każdym ich krokiem zacieśniał się niczym pętla na szyi wisielca. Szerokie rozmieszczenie skutkowało jednak tym, że część zbrojnych miała drogę lżejszą, przez szerokie polany i zagajniki, inni natomiast musieli brodzić w grzęzawiskach, przełazić przez powalone pnie wielowiekowych drzew czy pokonywać szerokie strumienie. Zsynchronizowanie ataku było bardzo ważne, dlatego szczęśliwcy cierpliwie czekali na swoich towarzyszy, weryfikując wzajemnie odległość od punktu zero na osobistych lokalizatorach. Po długiej wędrówce, grupa dotarła w końcu do szpaleru nieco niższych drzew, otaczających rozległe, prostokątne pogorzelisko. Wypaloną polankę otaczały poczerniałe od ognia kikuty wysokich drzew, ustawionych w dwóch równych rzędach, niczym kolumnady. Na środku wypalonej ziemi, znajdował się niewielki okrąg bijącej w oczy żywą zielenią, gęstej trawy. Na tej zielonej wysepce, drzemała zwinięta meduza. Potwór zwinął swoje wężowate cielsko, które dodatkowo objął pokrytymi łuską ramionami. Napastnicy, w liczbie trzydziestu trzech, zbliżali się powoli, coraz bardziej zacieśniając okrąg. Gdy żołnierze szli niemal ramię w ramię, a magowie rozciągali palce do składania gestów, meduza uchyliła jedną powiekę, odsłaniając swoje czerwone oko. Oddział zawahał się i przystanął. W tej samej chwili, z ciasnych zwojów ciała meduzy, wynurzyła się malutka, zdrewniała rączka, przypominająca dłoń lalki. Wojownicy Bractwa rzucili się w tym momencie na niańczącą Lavecila potworzycę. Coś poszło jednak niezgodnie z planem. Zamiast bolesnego syku płonącej meduzy, powietrze wypełniły krzyki ludzi. Otóż, kiedy tylko oddział ruszył do ataku, otaczające pogorzelisko niższe drzewa ożyły, a z ich koron posypały się krótkie bełty. Drzewce machały konarami, miotając zwinnych satyrów, którzy lądowali pośród żołnierzy, zaskakując ich i śląc grady ciosów kamiennymi toporkami i mieczykami. Inne potwory siedziały w koronach entów, strzelając z kusz.

– Łap dzieciaka, osłaniam cię! – krzyknął któryś z magów.

– Pierdolę to! Ich jest za dużo! – wrzasnął ktoś inny.

– Mamy misję!

– W dupie mam misję!

Wkrótce, zaskoczony oddział rozpierzchł się, zapominając kompletnie o kołyszącej się lekko meduzie. Wojownicy rąbali satyrów i padali od ukąszeń ich zatrutych ostrzy. Magowie zdołali podpalić wielu drzewców, połamać innych wiązkami energii i w pewnym momencie ustawili się plecami do siebie, tworząc krąg odpierający ataki. Piechota w tym czasie również odzyskała rezon i stawiła opór napierającym kozłom. Sytuacja przestała wyglądać dramatycznie, jednak zanim grupa zdążyła przebić się w kierunku swojego celu, dał się usłyszeć tętent kopyt. Szybciej niż ktokolwiek pomyślał o tym, jak zareagować, reszta opancerzonych rycerzy została zmieciona przez skoordynowaną szarżę centaurów. Czarodzieje po wykonaniu szybkiej kalkulacji swoich szans, osiągnęli konsensus i zgodnym „Spierdalamy” dali sobie znak do odwrotu. Uciekinierzy otoczyli się potężną burzą śnieżną, która cięła ostrymi kawałkami lodu wszystko, co chciało się przez nią przedrzeć. Ponadto, co chwila z zamieci wystrzeliwały magiczne pociski we wszystkich możliwych kolorach, niwecząc zapędy bardziej zaciekłych entów i centaurów.

– Wycofujemy się! – wykrzyczał jeden z magów do nadajnika – To była pułapka! Czekali na nas! Ktoś musiał ich ostrz…

Mężczyzna nie dokończył wideoraportu wysyłanego do Kirkhelm, ponieważ szalejąca śnieżna burza w jednej chwili zniknęła, a lód stopił się w gorącu dymu i rozżarzonego pyłu, który znienacka otoczył resztki oddziału. Jeden z czarodziei, ogarnięty nagłą paniką, wzbił się do lotu, próbując za wszelką cenę uciec z koszmaru, w którym się znalazł. Dezerter był już cztery metry nad ziemią, kiedy chmura piroklastyczna zmaterializowała się wokół jego kostki i przybrała ludzki kształt. Tajemnicza postać cisnęła nieszczęśnikiem w człapiącego w kierunku intruzów enta, który kopnął ciało czarodzieja niczym piłkę, posyłając je wysoko ponad szczyt lasu. Demoniczny wojownik spadł następnie w sam środek oddziału magów. Błysnęły miecze. Zdezorientowani członkowie Bractwa próbowali swoich zaklęć, które przeważnie wylatywały w przestrzeń, bądź trafiały towarzyszy. Niektórzy sięgnęli po sztylety i noże. Wróg tymczasem, rozmywał im się w oczach, wirował pomiędzy ciosami niczym wąż i zabijał ich. Zabijał szybko, ale metodycznie i dokładnie, z pewnym namaszczeniem. Każdy błysk jego mieczy oznaczał kolejną przeciętą tętnicę, tryskającą jaskrawą czerwienią na wykrzywione w przerażeniu twarze. Każda parada i blok, kierowała śmiercionośne zaklęcia w rzucającego lub w kierunku zgoła przez niego niepożądanym. Krzyki, smród palonego mięsa i strachu. Krew. Ktoś został posłany w powietrze potężnym kopniakiem tylko po to, żeby zostać natychmiast przygwożdżonym do ziemi straszliwym cięciem. Inny, trzymając wbite pod obojczyk ostrze, bardzo się zdziwił, kiedy został oderwany od ziemi i posłużył za tarczę przed rzuconym przez kolegę zaklęciem implozji. Ostatni ze zdziesiątkowanego oddziału Bractwa, osunął się na kolana przed swoim wrogiem. Mag ukrył twarz w dłoniach i skulił się na zalanej krwią trawie. Straszliwy przeciwnik nie zaatakował. Ofiara usłyszała szmer chowanych do pochwy mieczy. Nie podnosząc wzroku, usłyszała następnie nierówne kroki za swoimi plecami. Miękki chód zbliżał się, aż zatrzymał tuż przy uchu mężczyzny. Czarodziej odwrócił twarz i zobaczył stworzonko, przypominające małego enta, jednak bardziej pękate i kojarzące się z dzieckiem ludzkim. Zielone włoski i szmaragdowe oczy niemal zahipnotyzowały nieszczęśnika. Mag już chciał zacząć błagać istotkę o litość, jednak ona uniosła swoją maleńką rączkę, której wiotkie, gałązkowate palce wydłużając się, wystrzeliły w kierunku jego oczu i przebiły się aż do potylicy.

Rozdział 1

Jemiba siedziała w przepastnym fotelu z wysokim oparciem w swojej kwaterze, w warowni Kirkhelm. Poprzedni lokator miał całkiem znośny gust, a czarodziejka miała na głowie ważniejsze problemy niż aranżacja wnętrza, więc pokój pozostał nieprzemeblowany. Na pięknej twarzy kobiety rysowały się zmarszczkami na czole przemyślenia oraz zgryzoty. Przekształcenie potężnej organizacji Kościoła w jej Bractwo nie do końca poszło po myśli Jemiby. Większość członków odeszła, zdezerterowała lub po prostu nigdy nie wróciła do warowni. Wprawdzie kobiecie udało się zrekrutować pewną grupę wojowników, w tym słynnych Zegarmistrzów, jednak pięćset siedemdziesiąt siedem osób, w porównaniu z wielotysięczną armią Kościoła przyprawiało raczej o rozpacz niż dumę. Kolejnym problemem przewodniczącej Bractwa były pieniądze. Czarodziejka postanowiła, że jej organizacja nie pójdzie w ślady poprzedników i nie będzie eliminować potworów za pieniądze. Bractwo miało nieść pomoc rasie ludzkiej – pomoc bezinteresowną i absolutnie darmową. Nie stanowiłoby to żadnego utrudnienia, jednak wraz z upadkiem Rady oraz Kolaiusa, ustały kontakty z głowami państw, zatrzymał się przepływ łapówek, a tym samym – finansowanie organizacji. Oficjele nie byli skorzy do inwestowania w zbieraninę żołnierzy z samozwańczą przywódczynią na czele. Większość krajów wolała sama zbroić się i budować środki obrony przed potworami. Oczywiście konwencjonalna broń, pozbawiona run, glifów i zaklęć była niemal bezużyteczna przeciwko bestiom, jednak argumenty Jemiby nie padły na podatny grunt. W ten sposób, Bractwo było skazane na topniejący majątek przewodniczącej oraz środki swoich członków. Czarodziejka zdawała sobie sprawę, że problem finansowy należy rozwiązać jako pierwszy, w przeciwnym razie nie ma sensu rekrutowanie większej liczby wojowników. Ostatnim problemem kobiety była nieudana misja, mająca na celu pojmanie czterech Władców. Wszystkie oddziały nie tylko nie schwytały monstrów, ale dwa zaginęły bez żadnej wieści, trzeci zdołał wysłać jedynie niejasny raport, nim został on przerwany, a czwarty wrócił z pustymi rękoma. Jemiba nie miała złudzeń. Spośród posłanych ludzi, przeżyli tylko Zegarmistrzowie, a to zapewne tylko dlatego, że Angharma zwyczajnie w swoim więzieniu nie było. Czarodziejka bardzo długo obwiniała własną naiwność, która kazała wierzyć jej, że Pierwszy Opiekun mógł obwarować się w miejscu, którego nienawidził bardziej nawet niż rasy ludzkiej. Kobietę trapił również fakt, że w bezładnym, szaleńczym wideo raporcie jednego z magów, z grupy atakującej sanktuarium Lavecila, obłąkany ze strachu mężczyzna wspomniał o zorganizowanej defensywie potworów. Pewnym było, że Opiekunowie byli przygotowani na atak, inaczej ich siły nie zdołałyby oprzeć się wyspecjalizowanym oddziałom Bractwa, które tygodniami przygotowywały się do operacji. Skąd jednak istoty te dowiedziały się o planie ofensywy? Kto mógł je poinformować? Kto mógł im pomóc, i co najważniejsze, kto był na tyle potężny, że absolutnie nikt nie przeżył? Jemiba długo spoglądała przez okno na rysujące się w oddali wierzchołki gór, otulone puszystym szalem chmur. Chciała znaleźć luki w swoim rozumowaniu, rozebrać sprawę na czynniki pierwsze i poszukać rozwiązań w zaciszu swojego gabinetu, jednak wzywały ją obowiązki. Problem finansowy musiał zostać jak najszybciej rozwiązany i w tym celu, czarodziejka umówiła się na rozmowę z burmistrzem Podziemnej Metropolii Y’sgenwerd – najbogatszego miasta na świecie.

Teleportery do większości miast oraz byłych placówek Kościoła zostały wyłączone przez administracje poszczególnych państw, co znacznie utrudniało podróżowanie członkom Bractwa. Zaklęcia otwierające portale były zaawansowane i wyczerpujące dla ich użytkowników. Jemiba oczywiście, jako niezwykle potężna i uzdolniona czarodziejka nadal mogła dowolnie przemieszczać się po globie, jednak burmistrz Podziemnej Metropolii kazał swoim inżynierom aktywować bramę do miasta. Kobieta wyszła spomiędzy ramion urządzenia do przestronnego pomieszczenia na parterze ogromnego ratusza. Wszystkie budynki miasta były wykute ze skały lub zbudowane z kamienia. Podziemiom chłód nie towarzyszył, ponieważ gorąca rzeka, która żywiła Y’sgenwerd, została zaprzęgnięta do ogrzewania wszystkich budowli. Delikatny szum dobywający się z szarych ścian działał przyjemnie kojąco. Jemibę powitała asystentka burmistrza – wysoka blondynka o długich jak noc polarna nogach i obfitym biuście. Czarodziejka uśmiechnęła się mimochodem licząc, że głowa miasta uwzględni w negocjacjach jej zniewalającą suknię.

– Witamy w Y’sgenwerd. Pan Kernix oczekuje Pani w swoim gabinecie. Proszę za mną. – zaszczebiotała asystentka swoim podobnym do szczekania wyjątkowo głupiego pieska głosem.

Kobiety przeszły przez pomieszczenie teleportera, a następnie przez wyłożony ręcznie tkanym, czerwonym dywanem korytarz. Ściany rozświetlały zatknięte na uchwytach pochodnie. – Jakież to nastrojowe. – pomyślała Jemiba – Staroświeckie, pretensjonalne i beznadziejnie niepotrzebne, zarazem. – dodała pospiesznie, obserwując pokryty grubą warstwą sadzy sufit. Blondynka zatrzymała się przy wielkich, kamiennych drzwiach i uchyliła je z ledwie zauważalnym stęknięciem. W tym samym momencie, absurdalnie wysoki obcas jej szpilek, złamał się z głośnym trzaskiem. Asystentka zachwiała się i oparła ciężko o ścianę korytarza.

– Do jasnej kurwy z tymi pierdolonymi butami! Zabiję się kiedyś przez te jebane szczudła, jak słowo daję! – krzyknęła ślicznotka, po czym natychmiast zasłoniła usta drobnymi dłońmi w geście dziecka przyłapanego na bluźnierstwie, czerwieniąc się przy tym niczym przejrzały pomidor. Jemiba powstrzymała z trudem salwę śmiechu, podziękowała przewodniczce za wskazówki i weszła do gabinetu. Burmistrz Podziemnej Metropolii uwielbiał patos i niemal scenograficzną aranżację przestrzeni. Jego miejsce pracy ociekało wręcz ozdobami. Ściany pokrywały wspaniałe arrasy, przedstawiające historię miasta. Ograniczały się jednak do wydarzeń niezbyt wybiegających w przeszłość, skupiając się głównie na dokonaniach samego Kernixa. Gigantyczne galeryjki i półki z książkami sięgały od podłogi, po sam sufit. Za plecami mężczyzny, pokój otwierał się oknem z widokiem na całe Y’sgenwerd, oświetlone zasilanymi energią nuklearną lampami i reflektorami. Ich blask był ciepły, jednak zamknięta przestrzeń jaskini i skromnie zdobione budynki nie prezentowały się w nim zachęcająco. Za rżniętym w skale biurkiem, siedział burmistrz miasta. Postawny mężczyzna cieszył się pokaźnym brzuchem i równie trzęsącymi się ohydnie policzkami. Na widok Jemiby wstał z fotela i gestem wskazał jej krzesło naprzeciwko siebie.

– Witam serdecznie w Y’sgenwerd! – powiedział promiennie Kernix – Niech pani siada, ależ proszę. Czy napije się pani czegoś?

– Nie, dziękuję. – odpowiedziała Jemiba, zajmując miejsce na twardym, kamiennym krześle. Kobieta z lekkim rozczarowaniem dostrzegła, że tłuścioch różnił się od większości oficjeli, z którymi miała do czynienia, nie zbłądził bowiem wzrokiem w kierunku jej dekoltu. Czarodziejka nie zamierzała eksponować więcej, niż było to konieczne, jednak początek negocjacji nie wróżył pomyślnie. – Wolałabym od razu przejść do meritum sprawy. Proszę o wybaczenie za moją bezpośredniość, jednak mam nadzieję, że mnie pan zrozumie. Mam ogromną ilość obowiązków w Bractwie.

– Naturalnie rozumiem. Sam zajmuję się prowadzeniem za rękę podległej mi grupy ludzi. Z czym pani do mnie przychodzi, w takim razie? – zapytał mężczyzna, rozpierając się w fotelu i przyjmując pozycję łaskawego imperatora, wsłuchanego z udawaną życzliwością w błagania swoich poddanych.

– Przychodzę z prośbą. – zaczęła ostrożnie Jemiba – Jak pan zapewne wie, upadek Kościoła nie sprzyja bezpieczeństwu ludzkości. Przeciwnie, znajdujemy się w stanie zagrożenia ze strony potworów, zwłaszcza, że najpotężniejsza czwórka pozostaje na wolności.

– Ma pani na myśli Władców?

– Tak. – odpowiedziała lekko skonsternowana Jemiba. Jego Tłustość był dobrze poinformowany. – Nie sprzyja nam również fakt, że straciliśmy najbardziej istotnego sojusznika i, potencjalnie, jedynego obrońcę zdolnego do stawienia czoła zagrożeniu.

– Chyba przecenia pani Kirkhammera. Gdyby odpowiadał pani opisowi, zapewne dalej cieszyłby się życiem. – zauważył burmistrz, bawiąc się niesłychanie wprawnie nożem motylkowym, który wyciągnął z kieszeni przepastnej marynarki.

Jemiba poczuła lodowate ukłucie na dźwięk przydomku Kylvena, jednak nie pozwoliła swojej twarzy na ekspresyjne wybryki.

– Poległ, to prawda. Faktem jednak jest, że był bliżej zniszczenia Władców niż ktokolwiek inny w historii świata. Wraz z jego odejściem, nie pozostaje nam nic innego jak przygotowanie zorganizowanej ofensywy, w celu pojmania i uwięzienia tych stworzeń, dopóki są one słabe.

– Z tego co wiem, stoi pani aktualnie na czele Bractwa, które powinno być zdolne do zorganizowania się w celu przeprowadzenia takiej ofensywy. – wypalił Kernix, uśmiechając się przy tym półgębkiem.

– Z tym wiążę się poniekąd moja prośba. Widzi pan, Kościół był daleki od ideału, a jeszcze dalszy od mojej wizji niesienia pomocy i ochrony ludzi przed bestiami. Muszę jednak przyznać, że pod względem organizacyjnym i administracyjnym był zarządzany wzorowo. Bractwu brakuje obecnie jego liczebności, wpływów oraz znajomości wśród głów państw…

– I pieniędzy. – dokończył mężczyzna.

– I pieniędzy. – przytaknęła Jemiba – Z taką prośbą właśnie się do pana zwracam. Chciałabym, aby użyczył pan Bractwu nieco swoich ogromnych bogactw, abyśmy mogli wzmocnić swoje szeregi, wznowić globalną działalność oraz zakupić niezbędną technologię.

Kernix rozparł się jeszcze bardziej na siedzeniu. Przypominał już w tej chwili wielką masę zepsutego budyniu.

– Rozumiem pani pobudki, jednak proszę spojrzeć na to z mojej strony. Jak już pani wspomniała, potwory pozostają zagrożeniem. Y’sgenwerd jest zabezpieczone na ataki chciwych agresorów, jednak bestiami nie kieruje chęć wzbogacenia się. Inwestujemy ogromne sumy, aby ufortyfikować miasto barierami energetycznymi. Moi magowie również wysoko się cenią. Oddziały militarne wymagają odpowiedniego wyposażenia i przeszkolenia, aby mieć chociaż cień szansy na stawienie oporu potworom. Wszystko to oznacza ogromne koszty. Oczywiście nie narzekamy na biedę, jednak moje miasto stara się zachować jak największą niezależność, a zasoby kamieni szlachetnych kiedyś się wyczerpią. Nawet kryształy energetyczne nie są niewyczerpane. Staram się tak gospodarować naszymi środkami, aby jak najdłużej stanowiły nasze główne źródło utrzymania. Podsumowując, nie wiem czy jest pani w stanie zaoferować mi coś z zamian za moją pomoc. – zakończył Kernix, pochylając się nad biurkiem z wyrazem głębokiego zafrasowania na ciastowatej twarzy.

– Znam rozterki związane z zarządzaniem, niech mi pan wierzy na słowo. Jestem gotowa zaoferować Podziemnej Metropolii oddział członków Bractwa, który zapewni mu bezpieczeństwo. Oczywiście nie nastąpi to od razu, ponieważ muszę zrekrutować odpowiednią ilość ludzi, aby móc także skierować odpowiednie siły ku innym celom. Zapewniam jednak, że nasza ochrona wystarczy w zupełności, aby zapewnić miastu bezpieczeństwo w razie ataku wszelkiego rodzaju potworów.

Burmistrz Y’sgenwerd zmrużył swoje małe, błękitne oczka i zamyślił się głęboko. Zbyt głęboko. Jemiba podejrzewała, że mężczyzna od początku planował przyjąć jej ofertę, jednak z pewnością planował także się targować.

– Chcę pięćdziesięciu łuczników, co najmniej trzydziestu magów i setkę piechoty. To absolutne minimum, aby obstawić kluczowe lokalizacje miasta.

– To zajmie trochę czasu, ale jest jak najbardziej do przyjęcia. – czarodziejka głęboko w duchu odetchnęła, ponieważ Kernix mógł zażądać znacznie więcej.

– Chcę też kowala. – powiedział twardo burmistrz.

Jemiba zamarła jedynie na sekundę zanim odzyskała zimną krew. Spośród mistrzów kowalstwa pod sztandarem Kościoła, pozostało w szeregach Bractwa zaledwie czterech. Obecnie większość wojowników była wyposażona niemal zadowalająco, a zbrojownie wciąż miały pewne zapasy oręża oraz zbroi, jednak w przypadku zwerbowania nowych członków, będą musieli długo pracować, aby zapewnić rynsztunek rekrutom. Rzemieślnicy ci byli doświadczeni w wytwarzaniu najdoskonalszych stopów metali i kuciu z nich prawdziwych arcydzieł. Nikt spoza kuźni nie miał do niej wstępu i nikt nie znał procedur stapiania, hartowania czy ostrzenia broni ani odpowiedniego wzmacniania zbroi. Nikt nie potrafił również wykonywać tak misternych zdobień, pisać run oraz grawerować glifów, które zapewniały prawdziwą moc tych niezwykłych przedmiotów. Jemiba nie mogła pozwolić sobie na stratę tych mistrzów.

– Niestety, nie mogę się na to zgodzić. – odpowiedziała stanowczo.

– Cóż… W tej sytuacji ja nie mogę przyjąć pani warunków umowy. – stwierdził Kernix – Widzi pani, rynsztunek Kościoła zawsze szczycił się niezrównaną reputacją. Garstka żołnierzy, których mi pani zapewni z pewnością spełni swe obowiązki, jednak chciałbym wyposażyć moje oddziały w odpowiedni sprzęt, aby zwyczajnie atakom zapobiec. Jestem przekonany, że armia uzbrojona przez jednego z pani mistrzów skutecznie odstraszy wszelkich agresorów. Ponadto, mamy najbardziej wyrafinowany sprzęt do obrabiania kamieni szlachetnych. Nasi rzemieślnicy nie mają sobie równych zarówno pod względem wiedzy, jak i umiejętności. Być może ich współpraca z kowalem Bractwa zaowocowałaby obopólną pomocą. Nie uważa pani tego za cudowną okazję do wszechstronnego rozwoju?

Jemiba błądziła pomiędzy myślami, które ukazywały w jej głowie wszystko, co mogło pójść nie tak. Widziała Kernixa, który na czele swojej armii podbija wszystkie państwa świata. Unosiła się nad polami bitew, w których ludzka krew przelewana była przez oręż wykuty dłońmi w kajdanach, gdzieś głęboko pod ziemią. Kobieta zdawała sobie sprawę, że ryzykuje bardzo wiele. Zdawała sobie też sprawę, że nie ma wyboru. Pocieszała ją myśl, że oddział jej ludzi będzie stale obecny w Y’sgenwerd i nic nie będzie stało na przeszkodzie, aby mieli oni baczenie na sytuację w mieście oraz wykorzystanie umiejętności kowala. – Desperackie czasy wymagają desperackich rozwiązań. – pomyślała Jemiba, wyciągając dłoń do Kernixa, przypieczętowując tym samym porozumienie z Lordem Smalcem.

Rozdział 2

– To bezcelowe.

– Próbowaliśmy.

– Szukaliśmy setki lat.

– Znajdziesz jedynie cierpienie.

– Przyjmij swój los.

– Nie ma ucieczki od przeznaczenia.

Kylven