Czynnik alchemiczny - Tomasz Stawiszyński - ebook + książka

Czynnik alchemiczny ebook

Tomasz Stawiszyński

0,0
47,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

To nie jest książka o Korfu.

A może jednak jest?

Tomasz Stawiszyński zabiera czytelnika w podróż po greckiej wyspie i swojej wyobraźni.

Przedstawia feerię niezwykłych postaci, między innymi tajemniczą Włoszkę, piękną i charyzmatyczną cesarzową plaży, której los zdaje się przedziwnie spleciony z losem świata, oraz kelnera z potarganą czupryną, lawirującego z gracją pomiędzy stolikami i gotowego opowiedzieć każdemu o spotkaniu z Bradem Pittem.

Prowadzi śledztwo w sprawie obwoźnego sprzedawcy owoców, którego słychać wszędzie, ale którego nigdy nie udaje się zobaczyć.

Opowiada historię pisarza, autora bestsellerów, doznającego ataku paniki zawsze w tym samym miejscu na wyspie.

Próbuje odgadnąć zagadkę niewielkiego, lecz niezwykle pojemnego parkingu w Kerkyrze.

Zdradza sekret przepisów na bianco i bourdeto.

I pozostawia z pytaniem: czym właściwie jest czynnik alchemiczny?

Tomasz Stawiszyński– pisarz, eseista, filozof, autor bestsellerowych książek, m.in.Potyczek z Freudem,Ucieczki od bezradności,Powrotu fatumiĆwiczeń z dysonansu. Twórca podcastuSkądinąd, felietonista „Tygodnika Powszechnego”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



To, co się rodzi w wyobraźni, nigdy nie umiera.

Clive Barker

Nie wszystko w tej książce jest dziełem wyobraźni,ale wszystko wydarzyło się naprawdę.

ZNIKNIĘCIE PEWNEGO STOLIKA

Spotykaliśmy ją w drugiej połowie września, kiedy bezlitosne upały zamieniają się w przyjemny, otulający gorąc, a wieczory przychodzą coraz szybciej i przybywa w nich jesiennego chłodu. Meldowaliśmy się w naszym ulubionym hotelu – tym stylowym prostokącie położonym na małym półwyspie pomiędzy Gouvią a Dassią, gdzie każde okno wychodzi na błękit – zanosiliśmy walizki do pokoju, a potem od razu schodziliśmy na plażę, żeby popatrzeć na morze. Ale tak naprawdę chcieliśmy po prostu sprawdzić, czy znowu przyjechała i czy aby na pewno wszystko jest tak, jak być powinno. Zgodnie z tą tajemniczą, niezmienną rytmiką, którą nie tyle sami wypracowaliśmy, ile wpasowaliśmy się w nią, odkryliśmy, że tu pulsuje i że jest gotowa nas przyjąć. Szliśmy więc zawsze na tę mniejszą plażę, ukrytą za pomostem i budynkiem restauracji. Ona ją uwielbiała, korzystała wyłącznie z niej, nie z tej dużej, sąsiedniej, odgrodzonej opiłowanymi na hotelową modłę skałami. Szliśmy tam ze spokojną pewnością: jej nieobecność to wariant nieprawdopodobny, bardziej nawet niż jakaś ekstremalna anomalia w przyrodzie. Ale towarzyszyła nam też niepewność: będzie w tym roku czy nie będzie? Będzie czy nie?

Zawsze była. W rogu, przy tej opiłowanej skale, nie wiadomo czy naturalnej, czy specjalnie skądś przytaszczonej, żeby przydawać miejscu naturalności. Pośród osobliwej konstrukcji złożonej z fotela przykrytego wielkim kolorowym ręcznikiem, leżaka, sznurka, na którym schły jakieś szmatki, stolika oraz poustawianych na nim małych buteleczek i opakowań z kremami, piankami i olejkami. W centrum ona, Włoszka, jak ją któregoś dnia nazwaliśmy, dosłyszawszy przypadkiem, skąd pochodzi. Ułożona na leżaku ze starannie wymierzoną niedbałością, niczym pewna swej władzy cesarzowa plaży. Włosy jak z fotografii w ekskluzywnym rzymskim salonie, perfekcyjnie uczesane, nieodmiennie à la Marlena Dietrich. Makijaż dyskretny, acz zauważalny. Czerwień ust wyrazista, lecz bez przesady, raczej karmin niż róż. Wielkie ciemne okulary lekko opuszczone, tak, żeby można było omiatać wzrokiem otoczenie zarówno w przyciemnieniu, jak i w słonecznym świetle, w którym, jak wiadomo, nic się nie ukryje. Kostium jednoczęściowy w starym dobrym stylu, w tonacjach zazwyczaj pastelowych.

I skoro tylko okazywało się, że nasz domyślny układ wciąż trwa, my zaś ponownie się weń włączamy, oddychaliśmy z ulgą i dopiero wtedy na dobre zaczynaliśmy urlop.

***

Codziennie rozkładaliśmy ręczniki na leżakach w stosownej od niej odległości, podobnie jak cała reszta plażowiczów. Nikt się zanadto do niej nie przybliżał, dystans był sprawą dla każdego oczywistą. Nawet jeśli ktoś pojawiał się na plaży po raz pierwszy, momentalnie chwytał niepisane reguły gry.

Niepisana, lecz stała była również kolejność czynności wykonywanych przez nią wyjątkowo starannie, niczym jakiś tajemny rytuał wysokiej magii. Najpierw nacierała się olejkami. Potem zasiadała na fotelu i prażyła się na słońcu około pół godziny. Po upływie tego czasu przechodziła na skryty w cieniu leżak, brała do rąk książkę i z opuszczonymi bardziej niż zazwyczaj okularami czytała ją przez kolejne czterdzieści pięć minut, popijając czasami jakieś wykwintne koktajle, które donosił kelner. Następnie wstawała i szła znów na fotel. Po mniej więcej kwadransie, wolnym krokiem, rozglądając się dookoła, majestatycznie wkraczała do wody. Najpierw sobie trochę brodziła, zbierała jakieś muszelki, poprawiała kapelusik, a chwilę później powracała do brzegu, odkładała kapelusik na skałę i ruszała żwawszym krokiem w kierunku otwartego morza. Kiedy już woda sięgała jej brzucha, z gracją się na niej kładła. Pływała powoli, starannie i w sposób doskonale zsynchronizowany. Następnie wychodziła na brzeg, sięgała po ręcznik, który już zdążył wyschnąć na wietrze, wycierała się, znów nacierała olejkami, zasiadała w słońcu na fotelu, przy stoliku, z książką i koktajlem. I tak do późnego popołudnia albo wczesnego wieczoru, kiedy plażowicze leniwie przewieszali ręczniki przez błyszczące od balsamów ogorzałe ramiona, otrzepywali klapki z piasku i niespiesznym krokiem, na jaki mogą sobie pozwolić wyłącznie ludzie uwolnieni od regularnych obowiązków, zmierzali w kierunku jadalni, skąd już dochodziły odgłosy rozkładanych sztućców oraz zapachy przygotowywanych z wielką pieczołowitością potraw.

Przychodziła punktualnie o dziewiętnastej. Zawsze do tego samego stolika, zarezerwowanego tylko dla niej, naprzeciw okna z widokiem na morze. Każdego dnia ubrana w inną wieczorową suknię, umalowana, na wysokich obcasach, z dyskretnie zawieszoną na ramieniu gustowną torebką. Obok kelnera, który prowadził ją od wejścia, kroczyła dystyngowanie. Wziąwszy go pod rękę, stawiała małe, ale pewne kroczki. Zanim usiadła, rzucała jeszcze kilka spojrzeń na salę, unosząc przy tym brwi w jakimś ni to zdziwieniu, ni to zastanowieniu, ni to ironii albo przyganie, aż w końcu odkładała torebeczkę na sąsiednie krzesło, rozpościerała serwetkę na kolanach – i to był znak, że kolacja się rozpoczyna.

Nieopodal talerza czekała już woda oraz dwustumililitrowa buteleczka czerwonego włoskiego wina. Ten sam kelner przynosił najpierw przystawki, potem sałatki, następnie główne danie i deser – nie za duży, kawałek ciasta, lody – na końcu owoce, filiżankę herbaty. Z precyzją doświadczonego chirurga brała do rąk nóż i widelec. W skupieniu, a zarazem od niechcenia kroiła małą przystawkę – zazwyczaj trochę sera, papryka, anchois, sałata, czasami spanakopita, czasami coś jeszcze innego, ale zawsze wyglądającego bardzo wykwintnie – na jeszcze mniejsze kawałeczki, a następnie przeżuwała je metodycznie i spokojnie, pociągając od czasu do czasu łyczek czerwonego wina na zmianę z wodą. W podobny sposób znikały ze stołu kolejne specjały. Wreszcie – ostatni łyk wina, deser, herbata. A potem starannie składana serwetka. Błąkający się po karminowych ustach bezwiedny uśmiech. Brwi wciąż uniesione z lekka. Kelner pomagający wstać, prowadzący pod rękę przez tłum gości, który rozstępuje się karnie i posłusznie niczym dzieci na szkolnym apelu.

W trakcie tych cowieczornych celebracji w zasadzie nie patrzyła na salę, co najwyżej z rzadka. Zawsze spod tych starannie wyregulowanych, lekko uniesionych brwi, niby obojętnie, a jednocześnie taksując przestrzeń z precyzją nowoczesnego skanera. Każdy, kto się tylko na takie spojrzenie natknął, zaraz odwracał wzrok, zaczynało się mu bowiem wydawać, że z pewnością jest jakiś wymięty i niedopięty. Albo że zajada się jakby zanadto łapczywie. Albo też, że bez żadnej gracji upycha na talerz, co się tylko da porwać z tych stołów uginających się pod ciężarem ziemniaków, ryb, pieczonych mięs, deserów, owoców, fety pod najróżniejszymi postaciami, kruchego ciasta zapiekanego ze szpinakiem i serem, oliwy i wina. Cóż, rzeczywiście ludzie tłoczyli się przy tych stołach, ustawiali w kolejki, wyciągali szyje i rozglądali dookoła w stanie niespotykanej w warunkach nieurlopowych łapczywości. Nic dziwnego, że w zbłąkanych spojrzeniach Włoszki dawało się wyczytać ironiczny dystans, a może nawet jakiś cień politowania.

***

Hotelowa obsługa traktowała ją z najwyższą rewerencją, widać było, że się z nią niektórzy znają od lat. Nawet my, którzy spotkaliśmy ją w sumie może pięć, sześć razy z rzędu, mieliśmy po pewnym czasie wrażenie, że się już w zasadzie znamy. Wymienialiśmy z nią zresztą uprzejme uśmiechy i spojrzenia, kiedy tak rok po roku trafialiśmy na siebie w drugiej połowie września. My przyjeżdżaliśmy, ona już tam była, my wyjeżdżaliśmy, ona jeszcze była. Nieraz się zastanawialiśmy, czy spędza na Korfu wrzesień, czy może sierpień, wrzesień i kawałek października, a może i cały październik, aż do ostatnich lotów czarterowych, po których na wyspę można się już dostać wyłącznie płynąc lub lecąc z Aten. Albo w ogóle jest permanentną rezydentką w tym hotelu i nawet kiedy sezon się kończy, a ostatni turyści opuszczają opustoszałą wyspę, u niej w planie dnia nic się nie zmienia. Poza plażowaniem, bo zamiast plażowania jest wtedy gorąca herbata na oszklonym tarasie albo koniak przy kominku. A chociaż większość obsługi po sezonie wyjeżdża, to co roku ktoś inny zostaje na miejscu. Jeden kelner, jeden kucharz, jeden boy hotelowy. I ona co wieczór wkracza do pustej stołówki niczym do sali balowej, omiata osamotnione stoły i krzesła tym ironicznym wzrokiem spod uniesionych lekko brwi, zasiada, popija wino i spokojnie zjada kolację. A jej plażowy stolik stoi, jak stał, dzielnie wytrzymuje korfucjańskie – stworzyliśmy ten przymiotnik, naszym zdaniem znacznie dźwięczniejszy niż przyciężkawe „korfiański” czy „korfuański” – sztormy i burze, po zetknięciu z którymi człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego dawni Grecy zwali Zeusa gromowładnym. Pogoda się tu zaczyna robić kapryśna pod koniec września, w październiku grymasi bardzo często, w listopadzie natomiast zamienia się w nieobliczalnego, impetycznego marudę, który kiedy straci rezon, a traci go z byle powodu, staje się wybitnie uciążliwy, niekiedy wręcz niebezpieczny dla otoczenia. No więc może ten stolik tak stoi – zastanawialiśmy się któregoś dnia – stoi jesienią i zimą, a kiedy ona przy nim czasami zasiada, jeśli tylko pogoda na to pozwala, wówczas na tym stole też jest wszystko tak nienagannie poukładane.

Bo Włoszka wszystko miała zawsze nienagannie poukładane. A może raczej skomponowane. Najmniejszy niuans – broszka, apaszka, kolor paznokci, tusz do rzęs, pierścionek, kolczyki – idealnie zsynchronizowany z resztą. Brakowało elementów zbędnych, zero przypadków i bezwładności. Kształty, barwy, dynamika – wszystko do siebie pasowało. Pod wymiar, nie za duże, nie za małe, w sam raz. Zawsze idealna proporcja, pośrodku skrajności, z niezawodnym, choć niekiedy jakby zupełnie w ostatniej chwili poczynionym unikiem wobec takiej czy innej przesady. Wieczorowa torebka wtapiała się gładko w geometrię sukni, suknia – w geometrię ciała, fryzura harmonizowała z owalem głowy, owal głowy zaś – z wysokością obcasa. Każdy krok, a w zasadzie kroczek, zdawał się wymierzony, dynamika zintegrowana ze statyką.

***

Jak się tutaj znalazła? Od kiedy przyjeżdżała? I dlaczego właśnie tu? Dlaczego spośród setek, tysięcy, a nawet setek tysięcy miejsc, w których mogłaby się znaleźć, wybrała Korfu? Dlaczego nie Kretę, Florydę, Sardynię albo Wyspy Owcze? Kim była? Pisarką, lekarką, autorką kryminałów, hrabiną z nieco murszejącym już majątkiem, na przykład wielką posiadłością z winnicą i zamczyskiem? Aktorką? Pieśniarką? A może zwykłą księgową albo bibliotekarką zaczytującą się w książkach o damach z wyższych sfer i odgrywającą na wyjazdach upragnioną rolę? Czy była wdową, rozwódką, czy może nigdy nie wyszła za mąż? Czy od początku przyjeżdżała tu sama, czy dawno temu z kimś, kogo już nie ma? Dlaczego zawsze wszystko robiła tak samo?

Nie znaliśmy odpowiedzi na żadne z tych pytań, ale wypracowaliśmy na ten temat pewną teorię. Zasadzała się ona na założeniu – które powzięliśmy pewnego dnia przy bianco i bourdeto u Bellosów – że rytualna powtarzalność gestów, czynności, zachowań i zdarzeń, każdego dnia wedle tych samych wzorców, jest być może podejmowaną przez Włoszkę wyrafinowaną grą z czasem. Wiadomo, we wszechświecie działają takie, a nie inne prawa, występują w nim takie, a nie inne zjawiska, jak choćby grawitacja albo ruch planet, wschody i zachody słońca, określone zakresy temperatur, składy chemiczne gazów i substancji stałych. A to wszystko razem wzięte – choć nieskończone – bez wyjątku dzieje się w czasie. Ten z kolei jest relatywny, nie płynie zawsze tak samo, lecz w zależności od układu odniesienia, niemniej wciąż płynie, nigdy nie stoi w miejscu. Istnienie bezczasowe, wyjęte spod auspicji następstwa – tego, co wcześniejsze, równoczesne i późniejsze – jest wyobrażalne i do pomyślenia, a być może nawet doświadczenia, wyłącznie dla teologów albo mistyków. A i tak, niezależnie od tego, jakie kto ma poglądy teologiczne, prawa fizyki działają tak samo, a wszelkie plotki o tym, że tu lub tam ktoś lub coś zdolne było do zniesienia tego działania – jacyś święci, magowie, jogini albo demony – należy traktować wyłącznie, no właśnie, jako plotki albo w najlepszym razie myślenie życzeniowe. Przynajmniej do momentu, do którego nie pojawią się na to niezbite dowody.

W każdym razie, nawet najbogatszy i najpiękniejszy człowiek nieuchronnie, z każdą sekundą, godziną, dniem, tygodniem, miesiącem i rokiem staje się coraz starszy, a proces ten przebiega zazwyczaj bezwiednie. Wbrew różnym naszym utrwalonym nawykom poznawczym oraz iluzjom przejście od młodości do starości, od stanu niemowlęctwa do stanu starczego zniedołężnienia, nie przebiega skokowo. Człowiek pojawia się po prostu któregoś dnia na świecie, rozwrzeszczany, zasmarkany i pozbawiony kontroli nad czymkolwiek. Jest karmiony, noszony, przewijany – i tak mijają mu pierwsze dni w miejscu, w którym się znalazł zupełnie przypadkiem. Śpi, budzi się, je, bawi się, płacze, śpi, budzi się, je, bawi się, płacze, wypowiada pierwsze słowa, je, płacze, śpi, budzi się, mówi całymi zdaniami, ma pierwsze urodziny, je, płacze, śpi, wstaje, idzie do przedszkola, płacze, je, śpi, budzi się, idzie do szkoły, kolejny dzień mija i kolejny, wakacje, potem następna klasa, je, śpi, budzi się, i kolejna, i kolejna, dzień mija, śpi, budzi się, wstaje, ma urodziny, poznaje przyjaciół, może się zakochuje, śpi, wstaje, budzi się, je, płacze, kolejny rok mija, kolejne urodziny, zaraz potem znowu się kładzie, śpi, je, wstaje, budzi się...

I tak to z grubsza wygląda. Nie wiadomo kiedy, choć jeszcze całkiem niedawno był młody, nagle jest w średnim wieku, a potem już dobiega osiemdziesiątki, jak Włoszka, kiedy ją poznaliśmy. Niby nic wielkiego się nie wydarzało, nie nastąpiły żadne gwałtowne skoki ani cięcia w metryce. Odkąd się urodził, dzień za dniem po prostu mijał. Spało się i jadło, wstawało, szło do pracy, załatwiało rozmaite sprawy. Słońce zachodziło i wschodziło. A w tle pracowały niestrudzone mechanizmy czasu. Aż do śmierci. Przed chwilą jeszcze ktoś tu był. Jadł, spał, wstawał, załatwiał sprawy. Wkładał mnóstwo wysiłku, żeby zgromadzić różne rzeczy, siedział z tymi rzeczami, gdzieś je przewoził, brał i przenosił do innego miejsca, pędził, strasznie się zamartwiał i denerwował, a potem się okazywało, że zupełnie niepotrzebnie. Tworzyła się w ten sposób jego niepowtarzalna historia, bo przecież z jednej strony był typowy, a z drugiej – niepodobny do nikogo innego, nikt nie miał dostępu do wnętrza jego głowy, tak jak i on nie miał dostępu do cudzych głów. I nagle ciach, szast-prast, nie ma go, koniec kropka. Przy czym w tych wielkich mechanizmach nawet na moment nic nie zwolniło, nic się nie zatrzymało, kiedy ten ktoś zniknął. Młyny dalej mielą, planety dalej krążą, dzień wstaje, a potem przychodzi noc.

Otóż w myśl naszej teorii Włoszka musiała znaleźć sprytną metodę na oszukanie tych prawideł, tych ram, które sprawiają, że czas idzie do przodu, choć nie wiadomo zupełnie po co i dlaczego. Bo ona przez tych kilka lat, kiedyśmy ją widywali, wcale a wcale się nie zmieniała. Była za każdym razem identyczna, w każdym milimetrze taka sama jak rok wcześniej. I robiła również dokładnie to samo. Wymieniały się składy kelnerskie, kucharze przychodzili i odchodzili, goście hotelowi przyjeżdżali i wyjeżdżali, bankrutowali, chorowali, umierali i ślad po nich na Korfu ginął. Włoszka zaś nieodmiennie zasiadała przy swojej kolacji i kieliszku czerwonego wina, omiatała jadalnię z lekka ironicznym wzrokiem, spędzała na plaży przepisowych kilka godzin, układała sobie rzeczy w małe stosiki, segregowała, porządkowała, katalogowała, wchodziła do morza, a następnie osuszała się przy swoim stoliku.

Czy to właśnie ta powtarzalność, ścisły porządek niezmienności, rozpisany na dziesiątki, setki drobnych ruchów rytuał, którego trzymała się w sposób absolutnie restrykcyjny, pomagały jej oszukiwać czas? Czy robienie w kółko tego samego z tak niewyobrażalną precyzją i dokładnością, a do tego determinacją, centymetr po centymetrze, gest po geście, dzień po dniu, pozwalało jakimś cudem wymykać się reżimowi przemijania? Może reżim czegoś takiego po prostu nie przewidywał, nie zakładał, a tym samym był na podobną ewentualność całkiem ślepy – i Włoszka złamała ten szyfr, i odkryła zagadkę nieśmiertelności?

Nie mieliśmy na to, rzecz jasna, żadnych twardych dowodów, ale z każdym rokiem ta hipoteza wydawała nam się coraz bardziej prawdopodobna.

***

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Projekt okładkiKamil Rekosz

Zdjęcie na okładce, DPFrédéric Boissonnas

Redaktor prowadzącyDominik Leszczyński

RedakcjaAgnieszka Radtke

KorektaAnna Burger, Karolina Przybył

Copyright © by Tomasz Stawiszyński, 2026 Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2026

Żaden fragment tej książki nie może być wykorzystywany do szkolenia systemów sztucznej inteligencji.

ISBN 978-83-8360-362-9

Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Wiertnicza 36 02-952 Warszawa

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.