31,40 zł
Czterdziestolatki powracają w pełnej humoru opowieści o sile kobiecej przyjaźni, która pozwala nie zwariować.
Cztery przyjaciółki, trzy psy, jeden kot oraz mnóstwo mniejszych i większych wyzwań fundowanych przez życie. A także pewna mała dziewczynka, która pojawia się na świecie i wprowadza dodatkowy zamęt…
Jak pogodzić życie rodzinne z zawodowym? Jak pożegnać bliską osobę, która wyrusza na wojnę? Jak wyznać trudną prawdę i nie pokłócić się przy tym z ukochanym mężem? I jak wytrwać na L4?!
Życie czterech przyjaciółek z Wrocławia to miks radości, kłopotów i wzruszeń. Warto celebrować z nimi codzienność w 10. tomie uwielbianej przez czytelniczki serii!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 286
Data ważności licencji: 4/30/2031
Projekt serii i okładkiAGNIESZKA LENART / RERA DESIGN
Ilustracje na okładce@marisa_/Adobe Stock
Koordynacja projektuALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC
Opieka redakcyjnaANNA JACKOWSKA
RedakcjaALICJA RUDZKA-SIECZKOWSKA
KorektaIWONA HUCHLA
Redakcja technicznaLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN
Polish edition © Katarzyna Kostołowska, Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved.
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7120-7
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Dla mojej Czytelniczki – Ani Marczak,
bez pomocy której na świat nie przyszłaby
pewna mała dziewczynka
Anita, Aśka, Karolina, Magda
i inni (w kolejności alfabetycznej):
Adam – mąż Karoli
Aleks – były mąż Magdy
Bejbi i Guzik – psy Karoli i Adama
Filemon – kot Karoli i Adama
Janusz – ojciec Anity
Julka – córka Tomasza
Kinga – córka Adama
Konrad – były mąż Aśki
Kordian – syn Anity i Szymona
Krystyna – matka Aleksa, partnerka Janusza
Laura – matka Julki, była żona Tomasza
Malwina – matka Kingi
Marcelina – barmanka
Maria – partnerka Waldemara Kani
Marysia – córka Pawła
Mikołaj – syn Magdy i Aleksa
Miłosz – syn Anity i Szymona
Paweł – partner Magdy
Regina – matka Tomasza
Siergiej – pracownik Karoli
Szymek junior – syn Anity i Szymona
Szymon senior – mąż Anity
Tadeusz – partner Zosi
Tomasz – partner Aśki
Waldemar Kania – ojciec Magdy
Zosia – matka Magdy
oraz:
Baśka i Kazik – ptaszniki tygrysie
(a także dwie osoby, których tożsamość musi w tym momencie pozostać tajemnicą)
Dziecko postanowiło przyjść na świat kilka dni po terminie wyznaczonym przez lekarkę prowadzącą ciążę. Konkretnie siedem dni, bo stało się to ósmego marca.
Data wcale nie przypadkowa, biorąc pod uwagę płeć dziecka i feministyczne poglądy jego młodej matki. Data, do której pasują kwiaty. Na przykład czerwone róże. Jak te właśnie osiągające sprzedażowy pik we wrocławskich kwiaciarniach i te więdnące na stole w kuchni mieszkania przy ulicy Januszowickiej.
Nikt nie włożył ich do wazonu, bo akurat wtedy, kiedy Tomasz wrócił z pracy (z okazji Dnia Kobiet wyjątkowo wcześniej, choć to był środek tygodnia), Julka zgięła się wpół z okrzykiem bólu, wypuszczając z ręki szklankę z wodą mineralną.
– Jezus Maria! Co się dzieje?! – Tomasz momentalnie znalazł się w kuchni, skąd dobiegł brzęk szkła rozbijającego się o terakotową posadzkę.
Trzy bukiety czerwonych róż rzucił na stół, by ratować córkę klęczącą na podłodze.
– Chyba... – stęknęła Julka. – To chyba już...
– Poród?
– Chyba...
– Masz skurcz?
– Straszny! Boże, tato, jak to boli! – Na czole dziewczyny lśniły krople potu.
Tomasz też się spocił, usiłując opanować narastającą w trzewiach falę strachu.
– Mamo! – zawołał, bo choć przekroczył pięćdziesiątą wiosnę życia, pociechy nadal szukał w Reginie.
Właśnie nadchodziła, zaalarmowana krzykiem ukochanej wnuczki. Drobiąc kroczki, opierając się prawą dłonią o laskę z rzeźbioną główką, w pikowanej zielonej podomce i z siwymi włosami upiętymi w ciasny kok.
Wystarczył jej rzut oka, żeby ocenić sytuację.
– Spokojnie – mruknęła.
– Julka rodzi – powiedział Tomasz, choć to było raczej oczywiste. Ale coś powiedzieć musiał, czuł się w obowiązku. Także dlatego, by przekonać się, że głos nie odmawia mu posłuszeństwa.
– A czego się spodziewałeś? To już najwyższy czas. Pakujcie się do auta i jedźcie na Borowską – zakomenderowała Regina. Wyglądało na to, że panuje zarówno nad własnym głosem, jak i nad całą sytuacją. Jednak tylko wyglądało... Choć sama przeżyła zaledwie jeden poród, od którego minęło wystarczająco wiele lat, żeby w pamięci zatarły się tamte emocje, nagle wszystko sobie przypomniała. Ale ktoś powinien trzymać fason. Nerwy na wodzy. W tym trzyosobowym gronie tylko ona mogła. – Torby nie zapomnij. Wszystko jest już spakowane. Koszula, bielizna, kosmetyki, dokumenty... – zaczęła wymieniać dla pewności, że niczego z Asią nie przeoczyły. Pakowały Julkę do szpitala dwa tygodnie temu.
– Tak. Jasne! – Tomasz zrobił minę, jakby wszystko miał pod kontrolą. Co oczywiście mijało się z rzeczywistością. Tą tu i teraz, w której z trudem przypominał sobie własne nazwisko.
Zdjął marynarkę, bo się spocił, i rzucił ją na krzesło. Jedwabna podszewka była śliska, więc marynarka opadła na podłogę. Jednak kto by się tym przejmował?
– Aua! – sapnęła Julka.
– Spokojnie – powtórzyła Regina, siadając na krześle, z którego przed chwilą spadła marynarka.
Odsunęła róże i położyła na blacie drżące dłonie. Spod poczernionych henną, wciąż długich rzęs obserwowała, jak Tomasz pomaga córce wstać, jak zgiętą wpół wyprowadza z kuchni.
Nagle Julka przystanęła. Obróciła się ku babci.
– Nie ma Asi. Jeszcze nie wróciła z Ubieralni...
– Asia za ciebie nie urodzi – odparła Regina. – Ale spokojnie – poradziła po raz trzeci. – Zadzwonię do niej. Pojedzie od razu do szpitala.
– A ty?
– Co ja? – zdumiała się Regina.
– Jedź z nami, babciu.
Tego Regina się nie spodziewała.
– Tak. Jedź z nami, mamo – poparł córkę Tomasz. Potrzebował matki. I to tak bardzo, jak kiedyś, gdy był jeszcze jej małym chłopcem.
Regina ani jemu, ani Julce nie potrafiłaby odmówić, więc podniosła się ze stęknięciem.
– Muszę tylko coś na siebie włożyć.
Wtedy Julka się wyprostowała. Odetchnęła głęboko.
– Już cię nie boli? – dociekał Tomasz.
– Nie.
– To dobrze. To bardzo dobrze...
Regina mogłaby powiedzieć, że za jakieś kilka minut już tak wspaniale nie będzie, bo zaraz pojawi się kolejny skurcz, bo to dopiero początek, bo najgorsze dopiero nadejdzie, ale litościwie zaoszczędziła rodzinie drastycznych szczegółów. Julka była wystarczająco przestraszona, Tomasz pewnie jeszcze bardziej, poza tym w polskiej służbie zdrowia na przestrzeni kilkudziesięciu lat jednak co nieco się pozmieniało.
– Pospiesz się, mamo – poprosił ją Tomasz.
– Spokojnie – odparła. – To się wcale nie dzieje tak szybko jak na głupich amerykańskich filmach.
„Nie ty pierwsza, nie ostatnia”, pomyślała, spoglądając na wnuczkę. A potem poszła do swojego pokoju, żeby zmienić podomkę na sukienkę i by przeciągnąć po wargach czerwoną szminką. Rzadko wychodziła z domu, ale jeśli już jej się zdarzało, chciała wyglądać jak człowiek, jakim wciąż przecież była, mimo że coraz częściej nie rozpoznawała samej siebie w lustrze. Pomadka nieco poprawiła sytuację. Choć nieprzesadnie.
Chwilę później czarny SUV Tomasza gnał przez zatłoczone o tej porze miasto. Zanim dojechali do szpitala na Borowskiej, minęli całe tabuny starszych i młodszych mężczyzn z bukietami kwiatów w dłoniach, Regina zadzwoniła do położnej, dwa razy bezskutecznie usiłowała połączyć się z Asią, Julka miała trzy kolejne skurcze, a Tomasz kilkukrotnie przejechał skrzyżowanie w momencie, kiedy żółte światło właśnie zmieniało się na czerwone. Nie przejmował się jednak ewentualnymi mandatami ani punktami karnymi. Myślał o dzieciach. Tym zwijającym się z bólu na tylnym siedzeniu Tesli i tym, które niebawem ujrzy świat. Nie nowy, bynajmniej nie wspaniały, ale jego świat. Ten, z którym przyjdzie mu się mierzyć. Oby w zdrowiu. Oby jak najdłużej.
– Wszystko będzie dobrze, Tomasz.
Poczuł na udzie matczyną dłoń. Regina bez pudła czytała emocje syna. Zawsze. Chociaż nie zawsze dawała mu to odczuć. Ale on wiedział.
– Tak... Tak, mamo. – Zerknął w bok z wdzięcznością.
Kwadrans po siedemnastej dojechali do Kliniki Ginekologii i Położnictwa Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego, a godzinę później na brzuchu Julki wylądowała zdrowa dziewczynka. Sinoczerwona, pomarszczona jak staruszka, kompletnie łysa, z nieregularnym znamieniem przy lewym uchu, ale – o dziwo! – i tak prześliczna.
Ocenili to zgodnie Regina, Tomasz i Aśka, kiedy personel szpitalny, pouczając wcześniej o rygorystycznych zasadach zachowania higieny, zezwolił im na wejście do sali, w której leżała młoda matka wraz z maluszkiem.
– Wspaniała! – Regina rozciągnęła wargi w uśmiechu, znacząc czerwoną szminką przednie zęby.
– Absolutnie cudna – mamrotał Tomasz.
Aśka wyraziła zachwyt dopiero wtedy, kiedy przestała płakać. Zaczęła w momencie, w którym oddzwoniła do Reginy i dowiedziała się o porodzie, płakała przez całą drogę do szpitala i jeszcze długo nie potrafiła opanować tsunami łez wzruszenia, radości, nadziei i ulgi maratończyka, który dobiegł do mety. Dziewczynka była nie tylko śliczna. Była spełnieniem jej marzeń. Drążek w szafie na zapleczu Ubieralni uginał się od szytych w tajemnicy sukieneczek. Batystowych, z jedwabnymi szarfami, falbankami, kokardkami, w słodkich pastelowych kolorach.
– Boże, jak się cieszę... – Dotknęła palcem pomarszczonego policzka dziecka. Poczuła miłe ciepło, które od opuszki zaczęło się rozlewać na nią całą. Zupełnie jakby po powrocie z mroźnego spaceru zanurzyła się w wannie wypełnionej gorącą wodą. Dobre, relaksujące uczucie. Spokój. I miłość. Miłość od pierwszego wejrzenia.
Tym nieprzyjemniej zazgrzytał jej w uszach głos Reginy.
– Powinniśmy powiadomić Laurę.
Nic nie mogłoby boleśniej sprowadzić Aśki na ziemię. Laura. Matka Julki, więc tym samym babcia dziewczynki. Prawdziwa babcia. Jedyna.
– Racja – powiedział Tomasz, bo co niby miałby zrobić. Zaprotestować? Oczywiście, że nie! Mimo to Aśka była nim rozczarowana.
– Zadzwonisz do mamy? – Julka popatrzyła na ojca.
– Tak. Oczywiście. Od razu może... – Tomasz wyciągnął komórkę z kieszeni marynarki skrytej pod szpitalnym fartuchem i wyszedł na korytarz.
Aśka najchętniej znowu by się rozpłakała. To było niesprawiedliwe, wymierzone przeciwko niej. Bo to ona pierwsza ujrzała dziecko. Pierwsza je pokochała. To ona woziła Julkę do ginekolożki. To ona codziennie martwiła się o przebieg ciąży. Pilnowała suplementacji. Pakowała torbę do szpitala. To ona marzyła o dziewczynce! Szyła urocze sukieneczki. I co? Teraz Laura miała wkroczyć, cała na biało, żeby zacząć babciować i odebrać Aśce ten zaszczytny tytuł? Odebrać całą radość?
– Oby znalazła czas na odwiedziny – syknęła, bo nie potrafiła się pohamować.
Natychmiast pożałowała, jednak Julkę bardziej zajmowało ostrożne tulenie tłumoczka z córeczką niż kąśliwe słowa Aśki. Ale Regina... Na Reginę można było liczyć. Aśka zauważyła ten minimalny grymas warg pokrytych strażacką czerwienią. Eks Tomasza nie należała do grona ulubienic starszej pani. Za każdym razem, kiedy Aśka to sobie uświadamiała, miała ochotę uściskać Reginę.
– A jak jej damy na imię? – zapytała, żeby zmienić przykry temat.
– No właśnie! – podchwyciła Regina. – Imię jest ważne. I musi być piękne jak nasza dziewczynka. – Z trudem się pochyliła, żeby odsunąć z pomarszczonej twarzyczki rąbek pieluszki. – Masz już, Juleczko, jakiś pomysł?
– Mam. Nawet ze sto! – Dziewczyna się uśmiechnęła, przytykając usta do policzka córki. – To znaczy miałam, bo aktualnie żadnego fajnego imienia, na które stawiałam, nie pamiętam.
– Jest jeszcze na to trochę czasu – odezwała się Aśka. Ale jednocześnie robiła w myślach intensywny przegląd imion, które brzmiałyby intrygująco i pasowały do dziewczynki będącej spełnieniem marzeń.
Do sali wrócił Tomasz.
– Laura nie odbiera. Ale pewnie zaraz oddzwoni.
Stanął przy łóżku położnicy. Popatrzył kolejno na córkę, na wnuczkę, na matkę i na swoją ukochaną.
– Prawdziwy Dzień Kobiet – skonstatował.
– Jak zwykle ósmego marca. – Regina wzruszyła ramionami.
– Tylko że z tego wszystkiego nie wręczyłem wam róż. – Tomasz się roześmiał. – A przecież kupiłem. Ogromne. Czerwone. Kurczę, nie wstawiliśmy ich do wody...
Aśka poczuła nagłą ekscytację.
– Róża!
– Co „róża”?! – zapytała chórem rodzina.
– Imię dla małej! Nie wiem, czy to było jedno z twoich imion, Julka, ale przecież jest idealne. Jak myślisz?
Dziewczyna popatrzyła na Aśkę z namysłem, który zajął jej chwilę.
– Róża... Różyczka... – powtórzyła.
Przeniosła wzrok na córeczkę.
– Będziesz moją Różą?
Maleństwo rozciągnęło miniaturowe usteczka w bezwiednym uśmiechu. I to ostatecznie przypieczętowało wybór.
Aśka była wniebowzięta. Wymyśliła imię dla wyczekanej dziewczynki, o którą codziennie, wiele razy dziennie błagała niebiosa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
