Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Cześć, co słychać? ebook

Magdalena Witkiewicz

4.17391304347826 (23)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 254 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cześć, co słychać? - Magdalena Witkiewicz

Nowa powieść bestsellerowej autorki! Dziś wiem i widzę już nieco więcej. Nauczyłam się patrzeć, ale umiem też przymykać oczy. Ze strachu, że popełnię błąd. Jestem taka jak inne, to wiem na pewno. Matki, żony i kochanki. Kobiety w połowie życia. Mądrzejsze niż 20 lat temu, ale za to z bagażem doświadczeń. Pełne głęboko skrywanych tajemnic, o które nikt nas nie podejrzewa. Czasem tęsknię za czymś, czego nie potrafię nazwać, uśmiecham się do ludzi, chociaż w sercu mam bałagan. Może coś tracę, zyskując spokój. Bardzo dbam, by nie padły słowa, których nie można wymazać. Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, jak niebezpieczne może być: „Cześć, co słychać?”…

Opinie o ebooku Cześć, co słychać? - Magdalena Witkiewicz

Fragment ebooka Cześć, co słychać? - Magdalena Witkiewicz

Ani Choińskiej – z wdzięcznością

PROLOG

Cześć, co słychać? Dawno się nie widzieliśmy…

Czasem mijam przez przypadek kogoś, kto pachnie Tobą. Odwracam głowę, chcę chwycić za ramię, by zatrzymać chociaż ten zapach przy sobie. Niestety to nie Ty. Zamykam wtedy oczy i chociaż przez chwilę w moich myślach jesteś przy mnie.

Czasem zwykłe codzienne czynności przypominają mi Ciebie. Takie zupełnie niepozorne, takie na które wcześniej wcale nie zwracałam uwagi.

Dawno się nie widzieliśmy. Dawno jest pojęciem względnym. W naszym przypadku, gdy budziliśmy się przy sobie każdego ranka, a teraz nie widujemy się prawie wcale, mogę napisać, że bardzo dawno się nie widzieliśmy. Wieki.

Co u Ciebie słychać?

Może znowu spróbujemy kroczyć tą samą ścieżką? Wyboistą, krętą, przeważnie pod górę, ale razem?

Kocham Cię.

Zuzanna

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ 1

TO JUŻ DWADZIEŚCIA LAT

Nigdy nie spodziewałam się, że ten ostatni rok przed moimi czterdziestymi urodzinami przyniesie tak wiele zmian w moim życiu. Myślałam, że dalej przez moją codzienność będę podążać spokojnym, niespiesznym krokiem, tak jak zwykle. Byłam pewna, że dni będą upływały nudno, bez większych ekscesów. Zupełnie tak, jak do tej pory. Trochę chyba nawet tęskniłam za szaleństwami.

Jednak teraz wiele bym oddała za nudę codziennych małżeńskich poranków, za wieczorne wspólne rytuały, nawet za to, że gdy kogoś się dobrze zna, milczeniem można wyrazić wszystko, co chce się powiedzieć.

Przez ten rok nauczyłam się, że fajerwerki są piękne, ale z dala ode mnie. Mogę na nie patrzeć, gdy ktoś inny jest w centrum. Nie ja. Mogę oglądać je w telewizji i czytać o nich w książkach. Teraz wiem, że gdy są zbyt blisko mogą poparzyć i bardzo mocno przestraszyć.

Nie tylko ja byłam przerażona i zraniona fajerwerkami, które niczym nierozsądny nastolatek wyjęłam po kryjomu z głębokiej szuflady i nie zważając na nic i nikogo, od razu wszystkie podpaliłam, mając nadzieję na wielkie, fascynujące widowisko.

Wybuchły tuż obok mnie.

Blisko mnie i mojej rodziny. Przyniosły wiele złego. Mam nadzieję, że da się jeszcze powrócić do tego, co było kiedyś. I o tym właśnie jest ta historia.

Zanim te wszystkie zdarzenia miały miejsce, moje życie upływało zupełnie spokojnie. Skończyłam trzydzieści dziewięć lat i coraz częściej zastanawiałam się nad tym, co już udało mi się osiągnąć w życiu, a na czym poległam. Jakie marzenia zrealizowałam, a o jakich zupełnie zapomniałam. Niektórzy z moich znajomych zarabiali duże pieniądze, budowali wille z ogrodami, a mi się wydawało, że ja jeszcze mam na to czas. Czasem byłam zaskoczona, że ktoś, kto jest znanym aktorem, politykiem czy dziennikarzem jest w moim wieku albo nawet młodszy. Jak to udało mu się osiągnąć w tak krótkim czasie?

Zapominałam, że ten czas, który przeżyłam, wcale nie był taki krótki. Można było bardzo wiele osiągnąć, ale też można było wiele stracić. Małżeństwa, pieniądze, a nawet życie.

Czasem zastanawiałam się, jak się zmieniłam w stosunku do tej dwudziestolatki, która wkraczała pewnym krokiem w dorosłe życie i czy w ogóle się zmieniłam? Przecież byłam wciąż taka sama! Tylko mogłam więcej. I musiałam być bardziej odpowiedzialna. Ale też miałam większe ograniczenia. Świat mnie ograniczał, sama się ograniczałam i ograniczała mnie świadomość konsekwencji moich czynów. Chociaż – jak się miało okazać później – nie do końca.

Byłam dorosła. A czasem czułam się jak małe dziecko. W dalszym ciągu miałam wątpliwości co do wielu spraw, tylko teraz często nie wypadało mi prosić o radę. Powinnam umieć rozwiązywać swoje problemy. To ja powinnam być autorytetem dla moich dzieci, a czasem wcale się tym autorytetem nie czułam. Czasem chciałabym być znowu małą dziewczynką, którą ktoś posadzi sobie na kolanach, przytuli, pogłaszcze i powie, by niczym się nie martwiła. Bo wszystko będzie dobrze.

W psychologii mówi się o zjawisku kryzysu połowy życia.

Jaki kryzys? Jaka połowa życia? Nigdy nie traktowałam tych stwierdzeń poważnie. Bo co za różnica, czy mamy lat czterdzieści, czy trzydzieści pięć?

Życie pokazało, że jednak coś w tym jest. W połowie życia ludzie są zdolni do najbardziej zaskakujących posunięć, czasem zupełnie niepasujących do ich osobowości. Przełamują rutynę, wyłamują się z do tej pory uznawanych przez siebie zasad i norm. Również tych moralnych.

Niektórzy psychologowie traktują alkoholizm, depresję, samobójstwa, ekscesy seksualne i rozwody właśnie jako objawy nieradzenia sobie z kryzysem połowy życia. Bo w tym czasie chyba jest tych zdarzeń najwięcej.

Podobno koło czterdziestki mężczyźni odkrywają kobiecą stronę osobowości, a kobiety męską. Moja męska strona była mroczna. I bardzo niemoralna, kochająca wszelakie ekscesy. Również te związane z seksem. Nie radziłam sobie z kryzysem połowy życia? Ależ uważałam, że sobie radzę doskonale! Chwilami byłam bardzo szczęśliwa. Oślepiona i ogłuszona niebezpiecznymi fajerwerkami.

Historia miała swój początek w maju ubiegłego roku. Agnieszka, moja koleżanka z liceum, zamieściła post na Facebooku, w którym przypomniała, że właśnie mija dwadzieścia lat od naszej matury. Pewnie post pozostałby niezauważony pośród wielu innych pokazujących koty, psy i małe dzieci, ale Aga rzadko coś pisała i uznałam, że warto się tym zainteresować.

Dwadzieścia lat. Szmat czasu. Gdy miałam lat osiemnaście zupełnie sobie nie wyobrażałam mnie czterdziestoletniej. Myślałam, że czterdziestka to już niemalże starość! Zmarszczki, drugi podbródek, powolne szykowanie się do grobu.

Czy nasze dzieci i ich rówieśnicy tak mnie postrzegają teraz?

Nie czuję się stara. Jeszcze nie. Tak sobie myślę, że czuję się nawet lepiej sama ze sobą niż wtedy, gdy zdawałam maturę. Na pewno częściej się do siebie uśmiecham, bardziej akceptuję.

Nic nie muszę. Wszystko mogę. Czy to nie jest piękne? Gdybym chciała, mogłabym wyjść w środku nocy i na bosaka skakać po kałużach. Gdybym chciała.

Niestety coraz rzadziej mi się chce.

Mogę kupić koronkową bieliznę i kusić męża wieczorami. Mogę obejrzeć film zdecydowanie nie dla dzieci. Mogę – tak jak marzyłam jako dziecko – nie spać całą noc.

Dopiero teraz. Oczywiście dom, rodzina, dwoje małych dzieci wymusza mnóstwo obowiązków. Rozsądek stoi bacznie na straży zbyt oryginalnych zachcianek.

Jak się miało później okazać, czasem rozsądek przysypia i nie budzi się wcale, gdy najbardziej jest potrzebny.

Gdy się obudzi, czasem może być zbyt późno.

„To już dwadzieścia lat! A jak jeden dzień! Pamiętacie te chwile? Ostatnio trafiłam na zdjęcia ze studniówki – poznajecie te dzieciaki?” – napisała Agnieszka na Facebooku, dodając zeskanowane zdjęcie bardzo poważnych młodych ludzi tańczących poloneza. Ja, uśmiechnięta na pierwszym planie. Z Pawłem, moim ówczesnym chłopakiem. Potem kilka zdjęć młodych dziewczyn, które ten pierwszy raz chciały udawać dorosłą. Ja miałam włosy rozpuszczone, Paweł nie chciał żadnych koków. Mówił, że nie zniesie, gdy będę miała kalafior na głowie. Pozostałe dziewczyny właśnie takowy kalafior miały. Cóż. Moda się zmienia, a o gustach się nie dyskutuje.

Kliknęłam na profil Agnieszki.

Agnieszka, szczęśliwa mężatka, matka nastoletniego już syna. Na tych nielicznych zdjęciach, które pokazywała na Facebooku jawiła się idylla. Dom z ogrodem na przedmieściach Gdańska, przystojny mąż, syn w firmowych ciuchach robiący sobie selfie najnowszym modelem telefonu z nadgryzionym jabłkiem. Życie jak z familijnego serialu z happy endem. Przynajmniej to było widać na zdjęciach z Facebooka. Zapomniałam tylko, że i w tych idealnych serialach bohaterowie skrywają tajemnice. W szczególności szczęśliwe żony mieszkające na przedmieściach i gotowe na wszystko.

„To już dwadzieścia lat?” – odpisałam.

„To niemożliwe, byśmy były już takie stare! Ja dopiero zaczynam żyć” – napisała Monika, nasza koleżanka, którą prosto z matury zawieziono na porodówkę.

„Dwadzieścia lat, a u mnie nic się nie zmieniło” – dodała Iwona.

U mnie się zmieniło wszystko.

Gdy miałam osiemnaście lat, byłam szaleńczo zakochana w Pawle. Tym ze zdjęcia ze studniówki i tym, który nie chciał „kalafiora” na mojej głowie. Mówiłam na niego „Pablo”. W zasadzie chyba wszyscy tak mówili. Łącznie z nauczycielkami w szkole. Być może z racji jego hiszpańskiej urody. Na początku właśnie zakochałam się w tym błysku oka torreadora… Teraz to mi się wydaje śmieszne, ale wtedy kusiło. I nie tylko wtedy…

Pablo był wysoki, wtedy wydawało mi się, że potężnie zbudowany. Nieliczne zdjęcia, które zostały, pokazują mi zupełnie co innego. Chuchro! Miał brązowe oczy, które błyszczały, gdy się czymś interesował, lekko kręcone przydługie włosy, opadające mu często niesfornie na czoło. Spoglądał wtedy przez te włosy, najwyraźniej nic nie widząc, odgarniał je nerwowym ruchem. Kochałam ten gest. Do tej pory czasem, gdy zamykam oczy, widzę właśnie ten gest i jego spojrzenie, gdy zostałam przyłapana na wpatrywaniu się w niego. Powiększyłam sobie jego zdjęcie na monitorze. Bardzo dawno nie oglądałam zdjęć z tamtego okresu. Pablo wywoływał u mnie uśmiech, ale też lekkie kołatanie serca w tęsknocie za tamtym beztroskim szaleństwem. Sentyment?

Moje codzienne życie zgubiło gdzieś beztroskę. Całkiem fajny mąż, ten sam od piętnastu lat, dwoje dzieci. Moje zajęcia ograniczały się do pracy, domu, zakupów i wożenia dzieci w tę i z powrotem. Gotowanie obiadu, lekcje, kolacja, buzi na dobranoc. Rutyna.

Codzienne obowiązki, kalendarz z Małym Księciem zapisany drobnym maczkiem. Na zielono sprawy związane z domem, na czerwono z pracą. Co poniedziałek angielski dzieci, co środę zajęcia plastyczne, a każdy czwartek, czasem sobota, basen. Tydzień w tydzień tak samo. Dni świra.

Sama łapałam się na tym, że jakakolwiek rzecz, która zmieniała precyzyjnie ustalony przeze mnie plan, wyprowadzała mnie z równowagi. Bardzo dużo czasu zajmował mi powrót na właściwe tory. Lubiłam ten mój świat. Lubiłam siebie w tym świecie. To chyba duże szczęście „lubić siebie”? Szczególnie w tych czasach.

Kochałam wieczory, gdy siadywałam w fotelu z kubkiem ciepłej herbaty w dłoni, a wszyscy domownicy już spali. Ceniłam ten domowy spokój. Nie od razu zaczęłam tęsknić za szaleństwem. Tę tęsknotę obudziła Iwona. Ale to już było nieco później.

Kilka dni po wspomnieniach Agnieszki zajrzałam na Facebooka po raz kolejny. Dziewczyny już się umawiały na spotkanie. Spotkanie po latach. Nikt nie uczestniczył poza nami w tej rozmowie, więc najprawdopodobniej spotkanie będzie babskie.

Bez Pabla.

Podświadomie łudziłam się jednak, że przyjdzie. Nie widziałam go już tak długo, a myśl o nim wciąż wywoływała lekkie kołatanie serca. Nie, nie kochałam go, ale wspomnienia, mimo iż niemalże całkowicie zamazane, przywoływały ogromną tęsknotę za tamtym nastoletnim uczuciem.

Oczywiście wydawało mi się, że pamiętam jego twarz, ale nie była już tak wyraźna. Dziwne… Bo czy można zapomnieć twarz, która kiedyś była nam tak bardzo bliska? Samo brzmienie słowa „Pablo” też wydawało mi się zupełnie obce. Paweł był niczym bohater z książki, którą dawno czytałam albo aktor w dawno oglądanym filmie. Pamiętałam uczucia, zapominałam Pawła.

Czasem mi się śnił. W tych snach jego twarz była zamglona, niewyraźna. Ja po prostu czułam, że to on. Miałam kilku chłopaków tuż po tym, jak zerwaliśmy. Czasem spotykałam ich gdzieś przez przypadek, rzucałam się im na szyję z radosnym uśmiechem, wspominaliśmy miłe chwile, bez żadnej nostalgii. Z Pablem było inaczej.

Bolało.

Wspomnienie o nim wywoływało u mnie nostalgiczną tęsknotę. Chyba nie chciałam go zobaczyć. Bałabym się, że to spotkanie może poruszyć moje czułe struny. Kiedyś widziałam go z daleka. Nie zauważył mnie. A może nie chciał zauważyć?

Ale czy to nie było dziwne, że przez prawie piętnaście lat spotkałam go zaledwie dwa razy? Nie rozmawialiśmy wtedy ze sobą, wolałam patrzeć na niego z daleka. Chyba bałam się go spotkać. Czy to nie zaskakujące, że odkąd się rozstaliśmy, chodziliśmy zupełnie różnymi ścieżkami? Może celowo unikaliśmy miejsc, w których razem czuliśmy się bardzo dobrze?

Nie chciałam go spotkać, bo byłam szczęśliwa. Może brakowało mi trochę szaleństwa, ale myślałam sobie, że szaleństwo już za mną. Nie czułam się stateczną matroną, w żadnym wypadku, mimo że już nie proszono mnie o dowód, gdy kupowałam alkohol i wszyscy mówili do mnie „proszę pani”. Byłam szczęśliwa i czułam się bardzo bezpiecznie w moim świecie.

Wojtek, mój mąż, był najbardziej stabilną i pewną przystanią, jaką mogłam sobie wymarzyć. Zupełne przeciwieństwo Pawła. Wojtek to domator, nieustająco zakochany we mnie i w dzieciach.

Rzadko kłóciliśmy się, bo tak naprawdę poukładaliśmy sobie ten nasz świat w taki sposób, by wszystko pasowało do siebie w drobnych szczegółach. Ja decydowałam o wielu rzeczach – on się nie sprzeciwiał. Po tylu latach wciąż byliśmy świetnymi przyjaciółmi. Lojalnymi, mogącymi na siebie liczyć w każdej sytuacji. Może nie było już tego ognia namiętności, motyle w brzuchu też gdzieś poznikały, ale Wojtek był moją codziennością. Szczęśliwą codziennością. Pasującą częścią układanki składającej się na całe moje życie.

Czy gdybym wiedziała, jak to życie się zmieni odpisałabym Agnieszce? A może zamknęłabym Facebooka, klikając „wyloguj” czy nawet „usuń konto”.

Jeszcze jakiś czas temu odpowiedziałabym z uśmiechem – pewnie, że odpisałabym! Niczego nie żałuję!

Teraz, w moje czterdzieste urodziny, gdy siedzę zupełnie sama z butelką wina w ręku, gdy nie mam siły ani ochoty celebrować moich przełomowych urodzin, myślę, że lepiej by było, gdyby do tego babskiego spotkania nigdy nie doszło. Gdybym tej informacji nie przeczytała, nie miała konta na Facebooku. Mówią, że jeżeli nie masz tam konta, nie istniejesz. Może lepiej abym wtedy, przez tę krótką chwilę, nie istniała? Nawet za cenę odnowionej przyjaźni z Agnieszką, Moniką i Iwoną. Chociaż może byłby inny pretekst do spotkania? Inna impreza, inny katalizator, który spowodowałby, że zrobię to, co zrobiłam?

Nie wiem. Często zastanawiamy się „co by było gdyby”, ale zapominamy o tym, iż nie mamy już wpływu na przeszłość. Zamiast skupić się na przyszłości zastanawiamy się, jak cofnąć czas, by w przeszłości wybrać inną życiową ścieżkę. Zupełnie bez sensu!

Dziś zastanawiam się nad przyszłością. Co czeka mnie w drugiej połowie mojego życia? Czy kolejne urodziny również będę spędzać samotnie z kieliszkiem w ręku?

Ten rok był dla nas wszystkich przełomowy. Dla mnie, dla mojej rodziny przede wszystkim, ale też dla moich przyjaciółek. Prawie czterdziestolatek. Ten rok każdą z nas czymś zaskoczył. Niektóre z nas bardzo pozytywnie, a niektóre wręcz przeciwnie.

Rok zmian.

Kryzys połowy życia? Nie wiem. Na pewno przełom.

Wydarzenia, które miały miejsce, pokazały mi, że jednak psychologowie mają rację co do tego szczególnego czasu. Miał nadejść czas zmian. Dla każdej z nas. Ale wtedy, gdy Agnieszka pisała na Fejsie o dwudziestoleciu matury, jeszcze o tym nie wiedziałyśmy.

ROZDZIAŁ 2

SKOK NA BUNGEE

Bardzo bałam się tego spotkania z dziewczynami. Nasze drogi dziwnym trafem się rozeszły, każda z nas poszła w inną stronę. Oczywiście obiecywałyśmy sobie częste spotkania, ale los chciał inaczej. Wybrałyśmy różne studia, miałyśmy inne zainteresowania. Potem zafascynowane dorosłym życiem uciekłyśmy każda w swój świat. Trochę szkoda, bo w liceum byłyśmy nierozłączne.

Mówi się, że przyjaźnie nawiązuje się właśnie w liceum albo w dzieciństwie. Nasza przyjaźń chyba nie przetrwała. Oczywiście, składałyśmy sobie życzenia urodzinowe, bo Facebook zwykle nam o tym przypominał, lubiłyśmy wzajemnie swoje zdjęcia, posty, czasem dawałyśmy zdawkowe komentarze w stylu: „ładna kiecka”, „fajny pies”, „o matko, a twoja Julia już taka duża”.

To wszystko. Żadna z nas nie czuła zbytniej potrzeby, by to zmienić. A może to była wina zabieganego świata? Byłyśmy w tym samym wieku, łączyło nas wiele wspólnych wspomnień, miałyśmy wspólnych znajomych, jednak każda z nas żyła zupełnie inaczej. I mimo bliskich czterdziestych urodzin osiągnęła zupełnie inny etap swojego życia.

Przeglądałam wiele razy zdjęcia dziewczyn. Zdarzało się, że pół nocy klikałam jedno po drugim. Czasem zostawiałam komentarz, często nie pozostawiałam śladu po sobie. Kierowałam się tylko i wyłącznie klasyczną babską ciekawością. Bardzo mnie interesowało, jak zmieniły się moje przyjaciółki i jak im się wiedzie. Która ma zmarszczki i czy może utyła więcej niż ja przez te wszystkie lata. Jasne, prościej było zadzwonić i zapytać. Ale czas biegł tak nieubłaganie, że nawet nie miałybyśmy się pewnie kiedy spotkać.

Najbardziej ekstrawertyczna była Iwona. Co chwilę coś wrzucała na Facebooka. Wiedziałam, co akurat jadła, co piła, jakie buty sobie kupiła i jaką opcję polityczną popiera, a jaką wręcz przeciwnie. Selfie z licznych knajp, zdjęcia z Kilimandżaro, kilkaset zdjęć z siłowni, w tym dwa umięśnionego brzucha – chyba swojego, lot paralotnią i skok na bungee. Iwona na tle bujnej podwodnej roślinności w stroju nurka, pokazująca, że wszystko jest okej. Mnóstwo kolorowych fotografii.

Czy faktycznie było u niej wszystko w porządku? Zdjęcia zawsze pokazywały uśmiechniętą dziewczynę w przeróżnych miejscach naszej Ziemi. Pewnie gdyby ją było stać na lot na księżyc, też by poleciała. Może wkrótce poleci?

Ja nie lubiłam ryzyka, nie lubiłam bungee. Kiedyś zastanawiałam się, ile musiałabym dostać pieniędzy za to, by w ogóle skoczyć. Stwierdziłam, że nawet za milion bym się na to nie zdecydowała.

– Ty chciałabyś jakąś kasę jeszcze za to dostać? Przecież za to się płaci! – Wojtek się zdziwił.

– No właśnie. W życiu bym nie zapłaciła. To mi musieliby płacić – stwierdziłam.

– Ale czego się boisz? – zapytał mnie mój mąż.

– Bo skakanie na bungee jest zupełnie takie bezsensowne – powiedziałam. – To kompletne igranie z losem. Ja w ogóle nie rozumiem po co.

– Przecież to jest bezpieczne. Tylu ludzi skacze – droczył się ze mną. – Cudnie podnosi adrenalinę.

– Adrenalinę ty mi podnosisz. – Roześmiałam się. – Wojtek. Zawsze istnieje ten jeden procent albo promil ryzyka, że się nie uda.

– Oddam ci jedną całą pensję, jak skoczysz. – Wyciągnął do mnie rękę.

– Chyba żartujesz. – Pokręciłam głową. – Never.

– Za mało? – zapytał zaskoczony.

– Tak. Za mało. Chyba nie ma takich pieniędzy, za które bym to zrobiła. Nie ma takich pieniędzy, bym zaczęła igrać z losem. – Wzruszyłam ramionami. – Ja lubię tę naszą kanapę, na której siedzimy wszyscy razem, kocham ten nasz koc, mimo że trochę podarty i naprawdę jestem szczęśliwa, że nikt nie musi podejmować żadnego ryzyka.

– Życie to też ryzyko.

– Ja nie ryzykuję. Wiesz, że wolę spokój i bezpieczeństwo.

Wiedział o tym. I taką mnie kochał. Naprawdę wtedy wydawało mi się, że wolę spokój i bezpieczeństwo.

Po tym zwariowanym roku, pełnym niepewnych sytuacji podnoszących adrenalinę, znowu tak myślę. I jestem stuprocentowo pewna, że nie ma takich pieniędzy, za które rzuciłabym się w przepaść na cienkiej linie, tak zupełnie bez sensu. Zawsze stąpałam pewnie po ziemi, wszystkie moje decyzje były dokładnie przemyślane. To ja w domu byłam od ważkich decyzji. I od tych mniej ważnych również. Ja decydowałam o tym, gdzie spędzamy urlop, kiedy robimy remont łazienki i na co idziemy do kina. Trochę nosiłam spodnie w tym związku, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Wojtek też był zadowolony. Byliśmy szczęśliwi. Chociaż teraz widzę, że nad wszystkimi ustaleniami jednak czuwał i sprawował kontrolę. Był dla nas zawsze niesamowitym wsparciem.

Poznaliśmy się zaraz po tym, jak zaczęłam pracę w szkole. Tuż po studiach, zupełnie niedoświadczona, objęłam wychowawstwem klasę pierwszą „ce” w szkole podstawowej z basenem na Przymorzu. To było wyzwanie od pierwszych dni. Trochę musiałam poznać ten świat wyjątkowo cwanych, sympatycznych i inteligentnych małych ludzi, by umieć w nim funkcjonować. Poszło mi nawet szybko. Kochałam dzieci, a one kochały mnie.

Wojtka mijałam czasem na szkolnych korytarzach. Myślałam, że jest ojcem któregoś z moich uczniów, chociaż wydawał się zbyt młody na ojca, ale mając w pamięci Monikę, wiedziałam, że różnie się układają ludzkie losy.

Poznaliśmy się przez zupełny przypadek. A raczej trzy przypadki. Ja psułam ksero, a on je naprawiał. Zwykle kserowałam coś dla moich maluchów. Ksero w szkole było jedno, pilnowane przez panią w sekretariacie jak oko w głowie, a każda biała kartka była na wagę złota i z każdej musiałam się rozliczać. Kserowanie szlaczków dla dzieci było postrzegane przez panią Irenkę jako zupełnie niepotrzebna fanaberia, ale nie przejmowałam się tym i robiłam to dalej. Kiedyś przyszłam wcześnie rano. Pani Irenka z wyraźnym zadowoleniem w głosie oświadczyła mi, że nic z tego.

– Ale jak to nic z tego? – zapytałam zdenerwowana. Obiecałam dzieciom kolorowanki ze Shreckiem. Wtedy dopiero wszedł na ekrany kin i wszystkie dzieciaki, łącznie ze mną, całkiem niepoważną panią nauczycielką, były nim zafascynowane.

– Popsute. – Wzruszyła ramionami. – Coś jęknęło, zabłyszczało i zaśmierdziało. I po kserze. Do książek je pani zagoni, a nie kolorowanki jakieś – powiedziała wyraźnie oburzona. – Kto to pomyślał, by dzieci cały dzień rysowały?

– A mogę to gdzieś zgłosić? – zapytałam.

– Do konserwatora – odpowiedziała, odwracając głowę. Widać już skończyła ze mną rozmawiać.

No wiadomo. W naszej szkole cokolwiek nie działało, musiało być zgłoszone do konserwatora. I on najpierw określał zasadność zgłoszenia, a dopiero potem ewentualnie podejmował kroki w celu rozwiązania problemu. Tak też miało być i tym razem. Naburmuszona wyszłam z sekretariatu. Lekcje miały się zacząć dopiero za piętnaście minut, więc konserwatora z pewnością jeszcze nie było w szkole. W drzwiach minęłam uśmiechniętego wysokiego mężczyznę. Później się dowiedziałam, że to właśnie Wojtek. Nawet nie zatrzymałabym się, gdybym nie usłyszała uroczego (o matko, nie wiedziałam, że ona potrafi być urocza!) głosu pani Irenki.

– Wojtusiu kochany, jak dobrze, że pan przyszedł. Kawki się pan ze mną napije? Mleko mam tym razem. Znowu sobie nie mogę poradzić z tym moim komputerem, ostatnio jak pan go naprawił była chwila spokoju, a teraz znowu coś.

– Nie trzeba tyle przesiadywać na niegrzecznych stronach, pani Irenko.

Irenka zachichotała.

(O Boże! Ta kobieta umie chichotać! I to rubasznie!)

– Ależ Wojtusiu, no co pan. – Zarumieniła się, udając oburzenie.

– A ksero też umie pan naprawiać? – Weszłam z powrotem do sekretariatu. Od razu poczułam na sobie przenikliwy i zupełnie nieprzychylny wzrok pani Irenki. Gdyby spojrzenie mogło zabijać, leżałabym już martwa, a pani dyrektor musiałaby szukać szybko kogoś na zastępstwo.

Wojtek spojrzał na mnie zaskoczony. Potem śmiał się zawsze, że wtedy, gdy widział mnie po raz pierwszy, wyglądałam bardzo wojowniczo. Policzek miałam brudny od tonera – dwie równoległe kreski idące od ucha do ust malowały na mojej twarzy barwy wojenne. W ręku, niczym tarczę, trzymałam kolorowankę ze Shreckiem i Fioną w objęciach.

– Umie pan? – powtórzyłam, nie zważając na panią Irenkę, która już przestała być gwiazdą w tym przedstawieniu. – Czy nie?

– A co się stało? – zapytał Wojtek.

– Nie kseruje – oznajmiłam zgodnie z prawdą.

– No, jak ksero nie kseruje to kłopot. – Uśmiechnął się.

– No raczej – odburknęłam. Nie miałam ochoty wtedy na filozoficzne dysputy na temat wykorzystania ksera do innych niezbędnych do życia czynności. – Coś podobno błysnęło.

– Błysnęło – powtórzył badawczo.

– Jęknęło i zaśmierdziało – powiedziałam mechanicznie to, co usłyszałam od pani Irenki.

W oczach mężczyzny zobaczyłam iskierki śmiechu.

– Z tego ksera to jakiś jęczący śmierdziel jest! I do tego błyszczący! – powiedział.

Nie mogłam się nie roześmiać.

– Umie pan to naprawić czy nie? – Spojrzałam na zegarek. – Bo ja muszę iść do moich dzieci.

– Proszę mi to zostawić. Zobaczę, co się da zrobić. – Uśmiechnął się. – W jakiej sali pani będzie? Przyniosę pani te obrazki, jak się uda.

– W trzynaście. To ten rysunek z Fioną w objęciach Shrecka czternaście razy poproszę, a Shrek – ściszyłam głos ze względu na panią Irenkę – puszczający bąki, też czternaście. Wie pan, dla dziewczyn inne, dla chłopaków inne. – Wzruszyłam ramionami.

– Dla dziewczyn przytulanie, a dla chłopaków bąki? – zdziwił się.

– No cóż. Widać od dziecka taki podział… – Westchnęłam.

– Nie wpasowuję się – powiedział. – Ja bym wolał kolorować Fionę. I przytulać też bym się w sumie mógł.

Uśmiechnęłam się. Sama nie wiedziałam, co ja bym chciała pokolorować. Ale miał rację co do przytulania… W każdym razie piętnaście minut po rozpoczęciu lekcji, gdy dzieci zaczynały być już ewidentnie znudzone szlaczkami, zapukał ktoś do drzwi i przyniósł plik kartek.

Mężczyzna z sekretariatu.

– Udało się pokonać jęczącego śmierdziela – szepnął, nachylając się do mojego ucha. – Nie była to łatwa walka! – dodał.

– Dziękuję jeszcze raz. – Uśmiechnęłam się.

– Gorzej było udobruchać panią Irenkę. Ale dałem radę – oznajmił z dumą. – Tu moja wizytówka. Gdyby pani jeszcze raz miała kłopoty, proszę dzwonić.

„Wojciech Małachowski” – przeczytałam na wydrukowanej na zwykłej drukarce wizytówce. Poniżej adres i numer telefonu. Nic więcej. Nie było napisane „specjalista od naprawiania nienaprawialnego”.

Schowałam wizytówkę do kieszeni. Nie spodziewałam się w najbliższym czasie kolejnych starć z jęczącym śmierdzielem, jak to już zaczynałam nazywać kserokopiarkę, ale warto było mieć koło ratunkowe w postaci całkiem sympatycznego pana Wojtka. Pana? Był w moim wieku, pewnie gdybyśmy się spotkali na imprezie, mówilibyśmy na „ty”, ale tutaj w szkole wszyscy tacy oficjalni. Począwszy od pani sprzątaczki aż do pani dyrektor. Wszyscy byli na pan–pani. Nie mówiąc o pani Irence.

Kolejne spotkanie nastąpiło kilka dni później. Kserokopiarka tym razem zgrzytnęła i zamarła, wciągając kartkę do środka.

Tym razem ja jęknęłam.

– Niestety – powiedziała jak zwykle zadowolona z moich niepowodzeń pani Irenka.

– Pani Irenko. – Udałam, że nie widzę jej radości. – A może zadzwonimy po tego pana Wojtka? – Wyjęłam jego wizytówkę z kieszeni.

– On teraz na kolokwium czy jakimś egzaminie – odparła stanowczo. – Powiedział, że mam kciuki trzymać cały dzień.

– To może po egzaminie mógłby przyjechać? – zapytałam.

– Ja za dwie godziny wychodzę – powiedziała pani Irenka. – Mnie nie ma, to po co ma przyjeżdżać?

– Ale ja będę.

Pani Irenka spojrzała na mnie, jakbym powiedziała coś bardzo dziwnego. Przecież nie było możliwości, by Wojtuś przyjeżdżał wtedy, gdy jej nie było. Wzruszyła obrażona ramionami.

– Róbcie sobie, co chcecie.

Zanurzyła nos w papierach.

Wtedy wpisałam sobie numer Wojtka do swojego telefonu. Miałam moją ukochaną turkusową Nokię. Szczyt marzeń. Prezent od Mikołaja. Wtedy wydawała mi się cudem techniki i, co najważniejsze, mogłam ją wielokrotnie zrzucać na podłogę, a nawet pomoczyć i nic jej nie było. Nie to co teraz ze smartfonami…

„Panie Wojtku, znowu się popsuło” – napisałam do niego kilka godzin później.

„Śmierdziel błyszczący?” – dostałam odpowiedź.

Ja: „Dokładnie tak! Tym razem zgrzytał!”

Pan Wojtek Ksero: „Mogę być za 40 minut. Będę w pobliżu. Załatwimy Śmierdziela!”

Ja: „OK. Kończę za 50 minut lekcje.”

Przyjechał wtedy kilka minut przed dzwonkiem. Z przerażeniem spoglądał na krzyczące dzieci wybiegające z klasy.

– Powie mi pani, dlaczego one tak wrzeszczą? – zapytał wyraźnie zainteresowany.

– Odkąd tu pracuję, to się nad tym zastanawiam – przyznałam szczerze.

– I z jakim skutkiem?

– Z marnym. – Roześmiałam się.

– No tak. To zupełnie jak Hamlet.

– Jak Hamlet? – zdziwiłam się.

– Też miał pytania, na które nie potrafił znaleźć odpowiedzi.

– Myśli pan, że gdyby ktoś mu zadał pytanie, dlaczego dzieci z klasy pierwszej wrzeszczą, nie znalazłby odpowiedzi?

– Zdecydowanie nie. Wolałby się dalej zastanawiać nad być albo nie być. – Uśmiechnął się. – Dobra, pacjent u siebie?

– U siebie. Pójdę po klucz, bo nie ma pani Irenki.

– Ojej. To kto mi kawę zrobi?

– Ja umiem robić kawę! – Udałam oburzenie.

– Naprawdę? Ja nigdy nie wiem, czy woda, którą nastawiłem była na jajka, czy na herbatę – powiedział poważnie. – Nie umiem ugotować nawet jajek – oświadczył.

Jakiś czas