Czciciele szatana - Helena Mniszek - ebook

Czciciele szatana ebook

Helena Mniszek

0,0

Opis

[PK]

 

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

ISBN 83-85080-02-3 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 213

Rok wydania: 1990

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



CZCICIELE

sinrnnn

HELEMA MNISZEK

CZCICIELE

szninrin

Fedotka

Czciciele Szatana

Tragedia Cesi

D. K. i W.

szninrin

j

Projekt okładki i karty tytułowej Mirosław Bizon

Na okładce wykorzystano ilustrację z ,,Moderne Kunst"

Dom Księgarski i Wydawniczy „Fundacji Polonia"

Redaktor naczelny Remigiusz Włast Matuszak

Sekretarz wydawnictwa Andrzej Mokrzewski

Szef wydania Adam Rachocki

Produkcję zorganizowała:

Spółka z o.o. „WIBET" Pruszków

DKiW „Fundacji Polonia", Warszawa 1990. Wydanie I Druk: Olsztyńskie Zakłady Graficzne im. Seweryna Pieniężnego Zam. 1764/90

ISBN 83-85080-02-3

W przedziale I klasy

Pociąg rwał całą siłą pary.

Przez okna wagonu migały wzgórki i rozległe doliny pokryte kępami jałowca i karłowatą wierzbą. Pogoda była śliczna, godzina przedwieczorna, zalana krwawą łuną zachodzącego słońca. Biały kłąb dymu wylatując z lokomotywy rozpadał się na pojedyncze kłaczki i świecąc w słońcu różowo, obsypywał gęsto wysoki nasyp toru.

W przedziale pierwszej klasy pociągu kurierskiego, przy oknie, siedziała młoda kobieta. Miała włosy jasnoblond, z połyskiem, mieniące się w złoto; zaczesane bujnie nad czołem, lekko faliste, zakańczał z tyłu duży węzeł skręcony luźno.

Siedziała wspierając głowę na dłoni, zapatrzona w jaskrawe łuny, z tęsknym wyrazem w ciemnych oczach. Druga ręka zwisała na sukni, trzymając rozłożoną książkę. Z postaci kobiety przebijała apatia i rezygnacja.

Monotonny stuk kół wagonowych, świst lokomotywy, wpadał biernie do jej uszu.

Trwała w głębokim zamyśleniu, może o tych roztoczach zalanych krwawiącym się blaskiem, które migały przed jej oczyma z szybkością nieuchwytną jak najlepsze chwile w życiu człowieka.

O czym myślała?... Może o tym, co już przeszła na ziemi, i co ją czeka jeszcze w wielkiej liczbie dni jej pozostałych.

Lubiła świat i ludzi. Wielkie zbiorniki cywilizacji, środowiska ludzkie, pociągały ją równie silnie jak ciche łąki wiejskie z klekotem bocianów, jak rozległe pola ze śpiewem fujarki pastuszej. Kochała naturę, wielbiła sztukę. Muzyka, byle harmonijna, upajała ją zawsze. Ludzi lubiła dla własnych studiów mówiąc, że ma przeciwne zdanie od Seneki. Ten mędrzec twierdził, że ile razy poszedł między ludzi, mniejszym wracał człowiekiem. Ona zmieniała mniejszy na — rozumniejszy.

Ludzie i świat, gdy weszła wśród nich młodziutką dziewczyną zaczynając żyć, wzięli ją od razu w dość barokowe ramy. Ale inteligencja dopomogła jej do prędkiego rozejrzenia się. Zrozumiała ludzi i pomimo ich błędów nie mogła bez nich żyć. Sama uważając się za pełną ułomności była wyrozumiała na cudze winy. Z siebie nigdy nie czuła zadowolenia, wiecznie coś sobie zarzucając. I teraz w wagonie także karciła się widać, bo wyraz grymaśny i gniewny przemknął po jej ruchliwej twarzy.

Z głębokiej zadumy obudził ją głośniejszy huk hamulców. Dojeżdżano do stacji.

Wszczął się ruch w korytarzu, szmer głosów ludzkich i prędkich kroków. Lekkie szarpnięcie, przeciągły ryk lokomotywy, sygnały i pociąg stanął.

Młoda kobieta nie ruszała się z miejsca. W korytarzu usłyszała głos konduktora.

— Proszę pana, tu jest przedział zajęty tylko przez jedną panią, może pan pozwoli?

— Ja pozwolę, ale czy ta pani pozwoli? — odpowiedział żartobliwy głos męski.

— Poprosimy — zawyrokował konduktor.

Drzwi się raptownie odsunęły, młoda kobieta odwróciła głowę, iskry gniewu zaświeciły w jej oczach.

Konduktor skłonił się.

— Pani pozwoli zająć tu miejsce...

Spoza niego ukazała się wytworna głowa męska, ręka odsunęła konduktora i wysoki mężczyzna zdejmując kapelusz zawołał:

— Przepraszam panią, że robię jej różnicę, ale...

Nie dokończył, jak popchnięty posunął się naprzód z rozjaśnioną twarzą. Młoda kobieta w łunie rumieńca powstała żywo podając mu rękę.

— A to traf szczęśliwy!... Bajeczne! — zawołał i jej dłoń podniósł do ust.

— Nie spodziewałam się pana spotkać — odrzekła z uśmiechem.

— Więc instaluję się tu na dobre. Pani tak groźnie spojrzała na mnie, żem chwilowo stchórzył, ale teraz nawet nie pytam.

— Taki pan pewny? A jeśli odmówię...

— Nie zrobi pani tego, zresztą ja nie usłucham, bo najpierw cieszę się na myśl wspólnej podróży, a po wtóre nie mam się gdzie podziać, wszędzie zajęte.

Wyjrzał na korytarz i zawołał na konduktora.

— Niech tu przyniosą moje rzeczy.

Przy rozkładaniu walizek nie zamienili ani słowa. Gdy pociąg ruszył, usiedli naprzeciw siebie w milczeniu. On pochylił się do niej.

— Pani Anno, czy jestem wielkim intruzem?...

— Choćbym nawet powiedziała tak, pan by na to nie zważał.

— Wolałbym jednak — nie.

— Więc powiem coś trzeciego: jest mi to obojętne.

— Brawo! Ja tak mówić nie mogę, wolę jechać z panią niż z jakąś tłustą bankierową albo w pustych ścianach.

— Słowem szanse możliwe.

— I dobrze nam z tym.

Patrzył na nią przenikliwie.

Anna cofnęła się w tył i oparta o poduszki spojrzała mu śmiało w oczy.

— Czy pan także do Warszawy?...

— Tak, jadę w swoich sprawach, a pani?...

— Ja do krewnych, na krótko.

W każdym razie obejrzy pani miejscowe wystawy sztuk pięknych, mówiąc nawiasem sztuk średnich, gdyż na prawdziwe piękno mamy zawsze posuchę. Będzie pani na paru operach.

— Zapewne, po raz setny odwiedzę wszystkie zakamarki godniejsze uwagi-

— I po raz setny wyjdzie pani znudzona.

— Znudzona?... To za silne, nie zachwycona, wyłączam opery, które zawsze lubię.

— A więc muzykę, jest pani złożona z tonów i refleksów bardzo subtelnych.

— Lecz nie zawsze harmonijnych, miewam dysonanse.

Skoro je pani odczuwa, to znak osobistego krytycyzmu, analizy, jaką pani nad sobą rozciąga.

— Jest to system dobry, ale męczący.

— I pouczający, a bez walki nic.

— Jednak szczęśliwe są natury nie patrzące w siebie ani poza siebie, żyją w miejscu, bez pragnień, dążeń, a zatem i krytycyzmu.

— Ale istnienie takich skorupiaków to moralna śmierć, na jaką bym się nie zgodził i pani również. Żyć bez horyzontów szerszych idei mogą ślimaki, bo im dobrze w ciasnej muszli, są szczęśliwe. Nawet nie pojmują istot unoszących się w górne strefy. Dla nich to tracenie czasu na darmo, szukanie utopii, próżne błądzenie ambicji bez rezultatów. Ich postulaty odpowiadają intelektualnym zdolnościom, polegającym li tylko na umiejętnym budowaniu własnych ram i pełzaniu po ziemi.

— Zapewne, błądzenie w krainach abstrakcji jest wielką ponętą dla ludzi o umysłach bardziej skrzydlatych. Ale czy pan nie sądzi, że to istotnie utopia?... i że praktyczność jest po stronie skorupiaków?...

— Praktyczność?... Bez kwestii, ale ona z ideałem nie ma nic wspólnego, to siostrzyca ziemi. Ideały są to dzieci błękitów, podobno nawet posiadają ich barwę.

— Więc praktyczność powinna być szara?...

— Taką też i jest.

— Czasem ideały zmieniają się również w szare, nawet w czarne.

— Skąd taki pesymizm?... Pani jest jakby spadłą z obłoków.

— Nigdy na nich nie byłam.

— Ale dążyła pani do nich.

— Bardzo śliska droga — rzekła z grymasem.

— Tym ponętniejsza! Par exellence nie lubię utartych szlaków.

— O i ja nie! Lecz gdy się po kilka razy wspinać, zawsze na próżno, to w końcu zmęczy, zniechęci tak, że nawet istnienie skorupiaków wydaje się znośnym.

— Trzeba walczyć do końca.

— I zginąć wraz z nadzieją?...

— Nie —■ i zwyciężyć? Czy wie pani rzekł zmieniając ton — widzę w niej wielką różnicę od ostatniego widzenia się.

— Od ostatniego i od pierwszego, niech pan doda.

— Prawda, żeśmy się tylko raz widzieli, czasem myślę, że znam panią od bardzo dawna.

— Mówiliśmy ze sobą dużo.

— Tak, i o rzeczach, jakie można zapamiętać. Rozmyślałem wiele o pani, szczególnie podobało mi się jej zdanie o ludziach, że im więcej się ich poznaje, tym większa ochota do śmiechu a mniejsza do życia. To dowodzi pewnej krańcowości, bo już na płacz nie znalazła pani zastosowania, a płacz to przecież objaw pośredni.

— Bo ludzie nie są warci płaczu.

— Tylko śmiechu, dobrze. Ale czemuż tak raptowny przeskok od śmiechu do śmierci?

— To są rzeczy różne, śmiech dla nich, śmierć dla mnie, gdybym już nie mogła ich znosić.

— Z tym się nie zgadzam, za marna idea, aby dla niej pozbawiać świat takiej istoty jak pani.

— Gdyby mnie ludzie tak zrazili, że marzyłabym o śmierci, co by było wówczas światu po mnie?...

— Bardzo wiele! Wskazać pani inny cel, inne horyzonty, gdzie by pani ludzie nie dosięgli.

— Czy pan rysuje obraz klasztoru? To nie dla mnie.

— Nie, ja zmierzam do zamążpójścia pani.

Rzuciła się w tył niecierpliwie, ironiczny wyraz osiadł na jej twarzy.

— Ach! i pan?... Myślałam, że choć pan odstąpi od tego szablonu wydawania mnie za mąż. Zresztą jeśliby mnie ludzie zrazili, czyż mogłabym iść pośród nich znowu?...

— Owszem! Iść ręka w rękę z człowiekiem, który by się świata nie bał a z ludźmi dał sobie radę.

— Więc musiałby w nich wierzyć.

— Niekoniecznie, mógłby ich równie dobrze puszczać kantem.

— To rzadki wytwór ludzkości, taki człowiek.

— Czyż pani wszystkich bez wyjątku podsumowuje pod swój kodeks?...

Zamyśliła się.

— No nie, ja zresztą nie doszłam jeszcze do takiej ostateczności. Niekiedy doznaję wrażeń przeciwnych, są ludzie, którzy mnie nawet pociągają, wzbudzają ufność, którym wierzę.

— Doskonale! Między nimi wybrać człowieka dostosowanego do pani i w drogę, w przestworza! A ludziom rzucić na pożegnanie spazm ironicznego śmiechu.

— Powtarzam panu, to nie dla mnie. Szablon, szablon!

— Za pozwoleniem, co pani nazywa szablonem w tym wypadku.

— Co?... Wychodzenie za mąż, gdy się do tego nie ma przekonania, zwłaszcza powtórnie. Pojęcie ludzi, że młoda kobieta samotnie żyć nie może czy nic potrafi... bo ja wiem! W danym wypadku szablonem jest pańska troskliwość o moje secundo voto. Wszędzie naokoło to samo słyszę.

Przesunął ręką po czole i wpatrzył się w nią długo, poważnie.

— Pozwoli pani, że wszystkiemu zaprzeczę. Najpierw zamążpójście bez przekonania ja nazywam wprost niemoralnością. Oddanie się kobiety mężczyźnie bez wewnętrznego popędu, sugestii płynącej z jednakowych temperamentów czy duchowych poglądów — jest usankcjonowaną prostytucją. Jednakowo nazwa ta przysługuje pannie jak i wdowie, nawet więcej wdowie, gdyż jest bardziej uświadomioną. To punkt pierwszy. Dalej: ludzie myślą, że młoda kobieta samotnie żyć nie może, czy nie potrafi. Może — na pewno, ale czy potrafi, to pytanie...

— Ja nie widzę w tym różnicy — przerwała Anna.

— A jest wielka. Żyć samotnie, bez oddanego sobie człowieka, który panią osłoni i stanie się jej tarczą w życiu, mistrzem, dobrym duchem, pani żyć może zapewne, ale czy pani za takim istnieniem nie zatęskni?... Czy pani nie będzie jak bluszcz, co bez podpory nie rośnie w górę, lecz wbrew przeznaczeniu wije się na ziemi tęskniąc za opoką?... Może żyć, tylko nie potrafi być szczęśliwym. Pani jest jak ów bluszcz, choć się pani podaje co najmniej za dąb. Więcej ma pani energii niż siły i naturę swą tęgą, trzeźwą i oryginalną, ale kobiecą przygniata pani ambicją wystarczanie sobie. Popełnia pani błąd. Jest pani silna duchowo, ale nie tak dalece, aby przejść przez życie bez opieki i jakiejś większej siły. Jest pani trzeźwą, lecz nie do tego stopnia, aby świat i ludzie jej nie razili. Jest pani bluszczem i mimozą, te dwie rośliny rzucone na pustyni zginą zawsze. Ma pani ideały, dążności, które w czyn wprowadzone być nie mogą, gdyż za słabą jest pani kobietą: wrażliwą, głęboko czującą, z sercem i wschodnim temperamentem. Niech się pani nie krzywi na ten superlatyw, zanadto go ludzie okrzyczeli. W rzeczywistości wyraz ten użyty dobrze, jest niezastąpiony.

— Względem mnie jest źle użyty - przerwała lekko wznosząc ramiona.

— Pani daruje, lecz sąd o tym ma zawsze druga połowa rodu ludzkiego. Wracam do rzeczy. Nie jest pani emancypantką, chociaż wysoce kulturalną kobietą, czyli że wszystkie cechy, jakie wymieniałem, sformułowane, wytworzą stanowczy wniosek, że pani samotnie żyć nie może, ale szczęśliwą być nie potrafi i jak mimoza wśród piasków zwiędnie pani prędko, tak moralnie jak i fizycznie. A to by była szkoda nie do darowania. To punkt pierwszy.

— I ostatni chyba?

Czy znudziłem panią?

Co znowu?... rzekła żywo. Przeciwnie, to, co pan mówi, zajmuje mnie bardzo, pan mnie znudzić nie może.

A jednak nazwała mnie pani szablonowym?...

— To w innej kwestii, to co innego.

Właśnie teraz o tej innej kwestii będę mówił, raczej bronił się. Pani twierdzi, że szablonem jest moja troskliwość o pani secundo voto, otóż ja temu zaprzeczam.

Poruszyła się żywo.

— Już widzę, że się omyliłam. Pan głębiej tłumaczy swą troskliwość i mówi pan z zasady, podczas kiedy inni tylko dla braku tematu lub z obowiązku pochlebienia mi, że o mnie i o małżeństwie razem można jeszcze mówić. Miłosierne dusze! To jedynie nazywam szablonem.

— I jest pani w prawie; ja mówiłem z przekonania, a po drugie mam w tym osobisty cel.

Otworzyła szeroko oczy.

— Cel? Jaki? — spytała.

Podsunął się bliżej i wziął obie jej ręce w swe gorące dłonie.

— Abyśmy razem szli w przestworza i abyś wsparta na moim ramieniu mogła rzucić ludziom spazm ironicznego śmiechu.

Głos jego o niskich tonach brzmiał uroczyście.

Anna zbladła, cofnęła się przestraszona, ale trzymał jej ręce jakby w kleszczach. Fala krwi uderzyła jej do głowy oblewając twarz i szyję.

— Panie, co to znaczy? — wyjąknęła.

— Chcę, abyś mi podała rękę, została moją żoną.

— Ależ panie Andrzeju! My się prawie nie znamy. Wie pan, że gdybym go mniej szanowała, mogłabym się obrazić.

— Nie pani, kobieta obrazić się może wówczas, gdy jej mężczyzna okaże brak czci. A ja składam jawny dowód, jak panią wysoko cenię, skoro ją chcę mieć dla siebie.

— Czy to ma być pochlebnym dla pana czy dla mnie?...

— Dla nas obojga.

— Czyli, że zaszczyt?...

— Jest z obu stron — dokończył.

Patrzył jej w oczy z pewną dumą i wielką pewnością siebie. Ona po chwili spuściła powieki.

— Więc czy tak?...

Podniosła głowę, gwałtownym ruchem wysuwając ręce z jego dłoni.

— Proszę pana niech mi pan powie, co pana skłania do podobnej prośby?...

Wyprostował się dumnie.

— Głębokie przekonanie — rzekł z mocą.

— Przekonanie?...

— Że będziemy szczęśliwi, że pani jest kobietą, jakiej dawno szukałem, a ja najodpowiedniejszym towarzyszem dla niej. Musieliśmy się w życiu spotkać i powinniśmy iść razem w jego szranki.

Patrzyła na niego zdumiona, imponował jej, porywał czarem.

— Ależ gdzie jest pańska teoria, jaką pan przed chwilą głosił, że małżeństwo bez głębszych idei jest... jak pan to powiedział?...

— Niemoralne, i to samo teraz powtarzam, ale w naszym położeniu idea istnieje: obopólny pociąg ku sobie.

— Z pańskiej strony — rzekła z akcentem.

— I ze strony pani także — odrzekł śmiało.

— Pan jest zarozumiały! — wybuchnęła.

— Nie, pani, tylko pewny siebie.

— Więc pan myśli, że go kocham?...

— Jeszcze nie, ale to nastąpi niebawem, za małośmy ze sobą przebywali. Tymczasem jestem pani wybranym typem, tak jak pani jest moim. Mamy na siebie wpływy. Zrobiłem na pani wrażenie od pierwszej chwili, ja zaś ujrzawszy panią powiedziałem sobie, że będziesz moją. Jest to nieomylny znak jednakowej rasy, spotkanie się pokrewnych typów.

— Mówi pan jak Bourget.

— Ach tak, no więc i pokrewnych dusz. Czy pani wierzy w platoniczną miłość?...

Zastanowiła się, po czym poruszyła głową.

— Nie, może być platoniczne uczucie polegające więcej na przywiązaniu, ale miłość, w całym słowa znaczeniu, ma zawsze podkład inny.

— Zmysłowy, mówmy otwarcie, pani rozumie to jednakowo dobrze jak ja. Nasza miłość wyrośnie nie tylko na tej glebie. Obecnie pojmują się nasze duchy i popycha nas ku sobie wspólność typów. Wszystko to z czasem stworzy potężne uczucie.

— Więc pan mnie również nie kocha?...

— Owszem, ale po swojemu. Dlaczego pani powiedziała również?

— Bo i ja pana nie kocham.

— Owszem, ale także na swój sposób.

— Ha! ha! ha! — śmiała się Anna podnieconym śmiechem. Wsparta o aksamitną poduszkę śmiała się serdeczną, długą gamą.

On siedział milczący, wpatrzony w nią. Szare jego źrenice nabierały blasku, twarz bladła. Na sfałdowanym czole żyły miał nabrzmiałe, nozdrza mu latały, usta zacinał.

Nagle zerwał się, stanął przed nią i porywając jej ręce zawołał stłumionym głosem:

— Pani Anno, co znaczy ten śmiech?... On mnie obraża, z czego się pani śmieje?...

— Z sytuacji!... cha, cha, cha!...

Ściskał mocno jej dłonie, przeczuwał w tym śmiechu jeszcze coś innego i milczał.

Po chwili usiadł, ona się uspokoiła.

— Dlaczego sytuacja nasza wydała się pani tak śmieszna? — spytał.

— Nie wiem, nie wiem! Nawet nie śmieszną, ale... dziwną. Sam pan przyzna, że nasza rozmowa...

— O tak, jest dosyć oryginalna i mogła powstać tylko między ludźmi tego rodzaju co my. Z panią nie mogę rozmawiać jak z pierwszą lepszą panną, i nie umiem padać na kolana prosząc o rękę. My z sobą musimy mówić inaczej. W każdym razie na odpowiedź pani czekam za długo.

Spuściła głowę. Milcząc zaczęła gładzić białą, delikatną ręką fałdy sukni. Na palcu jej błyszczał brylant oprawny w złoto.

Milczenie trwało. Po twarzy jej przelatywały fale bladości i gorące płomienie. Oczyma mrugała, usta jej drżały. Pierś opięta stanikiem podnosiła się szybkim tempem.

On oka z niej nie spuszczał. Powoli wziął jej rękę i bez słowa, z pewnością siebie, ściągnął migocący brylant z jej palca i wsunął na swój mały palec. W zamian na jej białej ręce błysnął pyszny rubin oprawny w brylanty i krwawił się jak krwi kropla. Ona nie broniła się, więc pochylony przycisnął do rozpalonych warg jej miękką, ciepłą dłoń. Wówczas powstała jakby siłą uniesienia i w milczeniu, z ogniem w oczach, podała mu drugą rękę. Stali patrząc na siebie; z namiętnych ust jego wionął szept.

— Moja?...

— Tak! Wziąłeś mnie...

Objął ramieniem jej postać i wyciągając rękę wskazał szerokie równiny za oknem, w czerwieni gasnących zórz.

— A teraz w przestworza! — zawołał gorąco.

Spojrzeli na siebie poważnie i połączył ich długi, serdeczny uścisk.

„Panem et circenses!"

W salonie księżnej Idy raut rozpoczęty.

Wśród cieplarnianych kwiatów przechodzą strojne pary, grupy palm kryją rozmarzonych.

Eros szepce tu ckliwe słowa, powiew jego skrzydeł roznosi echa. Zabawa kipi. Mężczyźni i kobiety chciwymi dłońmi czerpią z urny bogactwa i wesela migotliwe cacka. Nurzają się w szerokim źródle zapomnienia. Drogocenna klatka pałacu otacza ich miękko, lecz stanowczo, chroniąc od zewnętrznych burz. Przewodników światła mają mnóstwo, elektryczność jest na zawołanie. Kwiaty, wykwintne potrawy na srebrze, wszechświatowe wina. I muzyka upoista, gdy się słuchać chce, i amfory pełne uroczych nektarów zabawy.

Złota, ciepła, wygodna klatka.

*

Księżna Ida w otoczeniu przyjaciół żaliła się wdzięcznie, z grymasikiem na ustach i po francusku.

— Jesteśmy pogrążeni w zupełnej ciasnocie warunków, taka bezmierna nuda, to źle działa na duszę, mnie już ogarnia spleen.

— Odwagi księżno, odwagi — pocieszał hrabia Artur. — Ten martwy sezon już się kończy.

— Ach, tak się nieznośnie wlecze! Co hrabia myśli robić z jesienią?...

— No, przede wszystkim wyścigi; zapowiadają się dobrze, ogromny będzie zjazd.

— I pyszne okazy koni — dodał jakiś hrabicz.

— A trenerzy?... można powiedzieć europejskie siły.

— Trochę za mały nasz hipodrom — ozwał się z lekceważeniem baron Lulu. — Mała satysfakcja, wolę totalizatora.

— O!

— O! Pyszna gra. Pan zapewne jedzie potem za granicę?...

— Do Wiednia, hrabino — odpowiada Lulu, pożerając oczyma spod szkieł okrągłą figurę hrabiny Wiki w mocno przewiewnej sukni.

— Rozkoszne miasto!

Lulu zaczyna się zapalać.

— To właściwie nasza stolica! W Warszawie nawet Jockey-Clubu nie ma.

— Co tu jest?... — zżymnęła się księżna Ida — prócz Hersego, który... ujdzie, więcej nic.

Lulu uśmiechnął się.

— Przedtem jednak muszę odbyć niemiłą podróż na Ukrainę do swoich dóbr.

Hrabia Artur spytał naiwnie:

— Pan się nimi zajmuje?...

— Wyciskam — odrzekł Lulu z dowcipną miną, wysuwając głowę naprzód; ręką robił ruch, jakby wytłaczał mokrą gąbkę.

— Ach tak! Cela va sans dire!

— Po cóż by inaczej jeździł? — wzruszyła obnażonymi ramionami piękna Wika.

— A panie jakie snują projekty na zimę?...

— O, bardzo urozmaicone, bardzo poważne. Namawiam księżnę, aby towarzyszyła nam w podróży — mówiła Wika. — Jedziemy liczną paczką na Wiedeń, Riwierę. Będziemy w Paryżu, nawet tam najpierw, bo nęc^i nas wyścigi i miejscowy high life.

— O! to projekty rozległe.

— Jeszcze nie wszystkie, mamy być w Madrycie na walce byków.

— Aż tak?...

— A tak, na walce byków — potwierdziła Wika z triumfem. — To musi być bajeczna przyjemność, rozkosz podniecająca nerwy. Marzyłam o tym zawsze.

— I mnie to dziwnie ciągnie — zaśmiała się Ida — potrzebuję takich wrażeń, aby żyć. U nas ich brak szalenie. Teatr blady, nie sprawia emocji, jedynie operetka daje czasem żywszy impuls. Cyrk nędzny.

Lulu ujął się.

— No, walki siłaczy niezłe, to drażni.

— Tak, byłam parę razy, ale denerwuje mnie zawsze wyjąca tłuszcza na górze, nawet w loży nie można swobodnie patrzeć.

Hrabina Wika zmysłowo odchyliła swe perłowe ząbki z karminowych ust.

— Ja lubię siłaczy, szczególnie był jeden taki piękny jak posąg, nazywał się Freszt. Gladiator prawdziwy.

Ida skrzywiła się.

— Mnie tylko zajmowała ich energia i takie bajeczne muskuły.

— Zazdroszczę paniom Madrytu — mówił Lulu.

— Więc jedźmy razem.

— Z żalem, lecz nie mogę, mam pewne sprawy w Wiedniu.

— Erotycznej natury — bąknął brzegiem ust hrabia Artur.

Obie panie ciekawie błysnęły oczyma. Lulu patrząc na hrabiego położył palec na ustach.

— Dyskrecja hrabio... — szepnął z uśmiechem i dodał głośno: — Mam się tam zjechać z przyjaciółmi, Jockey-Club nas zjednoczy.

— Pękną tysiączki — rzekł młody hrabicz.

Lulu spojrzał na niego z góry.

— Mam ich dosyć, Ukraina mi dostarcza, zresztą nie daję zasypiać jej, żądam stale dochodów i administracja musi dawać.

— A strajków u pana nie było? — spytał hrabia.

— Nie uważałem na to, to rzecz administracji. Ja muszę mieć pieniądze i dają mi je.

— Podobno w tamtych stronach społeczny ruch rozwinięty?

— Nie słyszałem, może wśród drobnych obywateli.

— Owszem było parę nazwisk naszych, myślę jednak, że i oni robili społeczność tylko dla rozrywki. To ma nowy smak, przy tym wzbudza zaciekawienie u plebsu. Jedni dążą w ten sposób do zabawy, inni do rozgłosu.

— Bo nam już wiele rzeczy spowszedniało — odrzekła Ida — pragniemy nowości, a tych nie ma. Wieczny głód wrażeń.

Lulu wysunął głowę naprzód mrużąc oczy.

— Ja prócz wrażeń pragnę jeszcze jednego motoru do życia, najgłośniejszego...

— Miłości?... — podchwyciła Wika.

— Mamony!

Wszyscy potwierdzili, Wika wzruszyła ramionami.

— Ja tam o to nie dbam, muszę mieć dużo złota i mąż mi daje.

— A pani mąż musi mieć jeszcze więcej i również nie dba o to, bo muszą mu dać: majątki, różne dzierżawy, lasy — oto nasi bankierzy, od nich żądamy, od kraju — mówił hrabia Artur.

Orkiestra na ukwieconej estradzie zaczęła grać walca z „Czaru": „Śpiewaj, ach, śpiewaj, walczyku ty". Hrabina Wika słuchała siedząc w niedbałej pozie, oczy melancholijnie przykryła powiekami. Wachlarz drżał w jej dłoni. Baron Lulu pochylił się do jej ramion.

— Pani marzy?...

Ocknęła się, powłóczyście wzniosła oczy.

— Ładny walc... do tęsknot pobudza. Więc pan nie jedzie za nami?...

—- A pani mąż?...

— Aż c.o grudnia poluje na renifery gdzieś tam u barbarzyńców północy.

Lulu przysunął się bliżej.

— W takim razie... jadę... jako gladiator... czy zwyciężę?...

— Kusicielu! — szepnęła Wika zalotnie.

— Czy zwyciężę przeciwnika?... — powtórzył.

— Męża?... przez to samo, że nieobecny.

Co państwo projektują? — spytał Artur.

Wika i Lulu zaśmieli się swobodnie, ona odrzekła:

— Nowe igrzyska! Baron jedzie z nami na walkę byków, potem do Monte Carlo na tir aux pigeons i naturalnie... ruletę.

— Ja wolę trente et quarante — rzekła Ida.

— A ja bakarata — dodał hrabia Artur.

— Więc razem w świat do życia i zabawy! Bo ono jest w niej — zawołał Lulu.

A teraz słuchajmy walca.

*

W dobrach milionowego magnata, którego okolica znała pod nazwą Kre-zusa, oczekiwano wielkich zmian. Krezus otrzymał bardzo znaczny spadek po rodzicach. Jego kapitały, mocno nadszarpnięte na różne potrzeby majątkowe, spęczniały poważnie. Krezus w każdym majątku miał fabrykę, gorzelnię, browary, turbinowe młyny. Podziwiano jego czynność, ale jakoś nie miał przyjaciół. On o to nie dbał, czując się wyższym nad opinię pospolitych ludzi. Używał świata i jego bogactw; w swych dobrach dawał zarobki wszystkim, którzy mu byli dogodni; roiło się tam od Niemców i Żydów, bo ich Krezus uważał za najpraktyczniejszych. Bawił się w sport puszczając konie na tory, a gdy raz jeden koń złamał nogę, Krezus z zimną krwią zabił go sam. Nie lubił nieużytków. Do pasji jego należało polowanie z chartami, pierwszy pędził za nimi, wpijając ostrogi w boki wierzchowca aż do krwi. Z rozkoszą patrzył na psy, jak rwały zająca, upajał się wrzaskiem mordowanego zwierza.

Krezus lubił i umiał się bawić po swojemu.

Nagle przyszły dziwne czasy, jakieś fermenty wśród ludu, agitatorstwo, filantropie.

Krezus kręcił głową powątpiewająco.

— Czego się to im zachciewa?... — mówił do żony.

— Plebs zawsze nieugłaskany - odpowiadała ironicznie Krezusowa.

Ale ruchy wzrastały. Różne związki obywateli, uczącej się młodzieży, różne partie przewrotowe zdumiewały Krezusa.

Społeczeństwo, kraj, lud, brzmiało dokoła, wywołując wielkie ofiary, rodząc zapał.

Do Krezusa zaczęły napływać prośby, odezwy o składki na cele społeczne. Z początku czytał i słuchał z zajęciem, potem listy szły do kosza, a ustnie proszącym odpowiadał:

— Nie mam pieniędzy, jak dostanę spadek... wtedy...

Rzucał w powietrze obietnicę podkreślając ją wymownym gestem.

Życzliwsi brali jego stronę.

Nie ma gotówki, wszystko włożył w majątki, poczekajmy.

I fakt się spełnił. Olbrzymie sumy wzbogaciły kasę Krezusa. Oczekiwano zmian.

— Teraz on sypnie na dobre cele, teraz społeczeństwo pozna w nim opiekuna i patriotę — mówili optymiści.

Posypały się piękne projekty okolicznych działaczy. Zakładanie szkółek w dobrach Krezusa, gdyż nie było ani jednej, ochron, szpitali.

Kosztorysy przedstawiono Krezusowi, ciesząc się z jego filantropijnych obietnic.

Grono obywateli pragnęło utworzyć parę instytucji społecznych, szerszej działalności z udziałem inicjatorów. Liczono na największy współudział Krezusa. On kręcił głową na sesjach, wydymał usta, marszczył brwi i ciągle powtarzał:

— Genialna myśl, tak, tak, wybornie.

Ale na sesjach się kończyło. Krezus pieniędzy nie dawał, ciągle mając na planie coś „pilniejszego", a ruch brwi i gest ręki nasuwał pewność, że to coś bardzo ważnego.

Czekano cierpliwie, chociaż wśród pesymistów zaczęto sarkać. Optymiści uspakajali.

— Ależ czekajcie! To się pokaże, on pewno coś robi; dotąd skrycie, ale prawda wyjdzie na jaw; to musi być gruba robota.

I prawda wyszła. Krezus zaczął odnawiać pałac. Sprowadzeni z całego świata artyści kierowali robotami. Rzeźbiarze, malarze, pracowali za olbrzymie sumy czyniąc bogaty pałac skarbnicą przepychu i zbytku.

Marmurowe sale, kryształowe sufity, drogocenne materie rzucane na ściany. W parku zrobiono istny pogrom z niepotrzebnych drzew. Lipy, stare dęby, odwieczne buki — to przesąd krajowy — poszły pod topór. Zastąpiły je angielskie ogrody, zagraniczne drzewa. Sadzono cyprysy, muzy, magnolie. Gustem naśladowano Schónbrunn.

Krezusostwo krzątali się ogromnie zajęci.

— Cywilizujemy kraj — mówiła Krezusowa. — Trzeba mu dodać choć jeden prawdziwie europejski pałac.

— A szkoły, szpitale?... a nasze projekty?... — pytali trochę zmatowieni optymiści.

— Cierpliwości panowie, ja myślę o kraju, ja działam, lecz... do czasu... — odpowiedział Krezus.

Znowu ruch dyskrecji i obietnic.

Pani Krezusowa tymczasem układała coraz nowe pomysły; dopomagał jej w tym jakiś młody, błękitny ptak miejski, który wplątał się w grono arystokracji i zyskał uznanie, nawet zachwyt. Stał się on encyklopedią gustu dla Krezusostwa, doradzał, chwalił lub ganił i tysiące grzęzły w posadzkach i murach pałacu.

Pani Krezusowa jednocześnie bardzo polubiła zielony kolor. Okolica zdziwiła się ujrzawszy nowy zaprzęg Krezusowej jadącej na spacer. Lando miało zielone (papuziaste) aksamitne wybicie, stangret i lokaj zielone liberie ze złotem, angielskie szory i zielone paski, a Krezusowa w jasnozielonej sukni z chińskiego jedwabiu, w takim samym kapeluszu, rękawiczkach i z koronkową parasolką w zielone pasy.

Ludzie po wsiach otwierali gęby na tak niezwykły widok, a oświeceńsi zaczęli odgadywać, do jakiej partii należy Krezus reklamowany przez żonę.

Pesymiści wyraźnie machali rękoma, nie mając już poparcia optymistów, gdyż i tych ogarnęło zwątpienie.

Dwa lata prawie odnawiali pałac, dwa lata najcięższych trosk społecznych, największych zaburzeń, najgwałtowniejszych potrzeb kraju.

Przestano wierzyć w obiecujące gesty Krezusa i odzywać się do niego w bieżących kwestiach. Rozżaleni optymiści spoglądali na niego z ukosa, pesymizm wziął górę.

Gdy pałac ukończono, Krezusostwo rozesłali mnóstwo zaproszeń na bal do nowej uklejnotowanej klatki. Przedtem jednak drgnął w Krezusie społeczny nerw, zapragnął działać.

Do okolicznych obywateli, pesymistów i optymistów, nadeszły własnoręczne listy jego zapraszające na sesję w pałacu, gdzie przedstawi swe programy.

Powstał mały szumek, jedni się zapalali, drudzy chłodzili. Wiedziano bowiem, że odnowienie rezydencji pochłonęło takie sumy, że z dawnych zostały resztki. Ciekawość przemogła zwątpienie; pojechano.

Krezus przyjmował „braci patriotów" — tak ich nazywał — bardzo czule i gościnnie. Dał im wybornych win, jeszcze lepszych ostryg i najlepszych cygar. Wielu pod wpływem tych śliczności wybaczyło mu wszystkie zawody, pito jego zdrowie z zapałem. Lecz większa część gości była wstrzemięźliwszą. Po obiedzie, czarnej kawie i cygarach przypomniano właściwy cel zjazdu, pytając

0 programy.

Krezus ruszył poważnie brwiami i uroczyście powstał z fotela. W głębokiej ciszy zaczął mówić pewnym głosem.

— Właśnie wezwałem tu panów, pardon!... sprowadziłem... właściwie... prosiłem na sesję... tak, na sesję w celu omówienia pewnych pomysłów społecznych. Dziś stoimy na drabinie, bardzo — rzec można — górnej, mówię my, patrioci. Szerokie horyzonty mamy przed sobą do działania. A zatem... a zatem nie zasypiajmy panowie! Dzwon obowiązku nas woła, nie cofajmy się!...

W salonie przemknął lekki szmer, kilka głosów mruknęło.

— Nie może się cofać, kto nie szedł.

— My nie spaliśmy wcale.

— Dzwon obowiązku dawno brzmi.

Krezus mówił dalej.

— Ja więc jako patriota pragnę panów wciągnąć w swe zamiary, mam nadzieję, że pójdziemy społem, nie odmówicie mi!

Znowu pomruk.

— Nas wciągnąć?... To myśmy wciągali bezskutecznie.

— Chcę przedstawić projekt — mówił Krezus — abyśmy wszyscy jednocześnie podnieśli płacę dla służby. Ja daję przykład. To, panowie, będzie czyn filantropijny, to trzeba przegłosować. Rzucam myśl! Teraz druga...

Spojrzał po obecnych sprawdzając wrażenie. Siedzieli zagadkowo milczący, tylko jego sekretarz kręcił się na krześle.

— Teraz druga: trzeba po wsiach (uradzimy, w jakich) pootwierać małe sklepy, rodzaj restauracji, gdzie mogliby zjeść i wypić na wzór zagranicznych bierhallów. Do sprzedawania nic, tylko opłata (uradzimy, jaka) za jedzenie

1 picie. To punkt drugi...

Znowu spojrzał na salę, czekał oklasków, ale nie było ich; sekretarz kręcił się ciągle.

— Punkt trzeci i... ostatni: dać ludowi, który nic nie ma prócz pracy... dać mu...teatr!...