Czarne Serce. Demon. Tom 2 - Sylwia Gudyka - ebook

Czarne Serce. Demon. Tom 2 ebook

Sylwia Gudyka

0,0

Opis

Nie wszystkie sekrety Amarii zostały pogrzebane. Niektóre żyją... i domagają się krwi.

Po latach względnego spokoju budzi się Czarne Serce – pradawna siła wymazana z kronik królestwa. Magiczne pieczęcie zaczynają pękać, a granica między światłem a mrokiem zaciera się coraz bardziej. Ravena, młoda wojowniczka Zakonu Jaskółek, wyrusza na poszukiwanie Lunary – nosicielki demona. Śledztwo prowadzi przez zapomniane świątynie do świata politycznych intryg i mrocznego dziedzictwa Zakonu Burz. Jaką cenę Jaskółki musiały zapłacić za wolność? Jak odkrycie dramatycznych wydarzeń sprzed lat wpłynie na losy całej Amarii?

Drugi tom cyklu „Jaskółka”. Mroczna, emocjonalna opowieść o traumie, lojalności i wyborach, których konsekwencje sięgają poza życie jednego pokolenia.

Uwaga. Książka porusza tematy przemocy, które mogą być nieodpowiednie dla osób wrażliwych oraz poniżej 18 roku życia.

Cykl Jaskółka

Królestwo Amarii tonie w chaosie, a każda przysięga może obrócić się w zdradę. Wojowniczka Lunara, związana losem z mitycznym Żarem Ptaka, musi zmierzyć się z wrogami i własnymi uczuciami. Mroczne high fantasy o sile kobiet, złamanych sojuszach i cienkiej granicy między przeznaczeniem a manipulacją.

Sylwia Gudyka – polska autorka literatury fantasy. Debiutowała powieścią „Czarne serce. Zdrada”, która otwiera Cykl Jaskółka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 368

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Sylwia Gudyka

Czarne Serce Demon Tom II Cykl Jaskółki

Saga

Czarne Serce. Demon. Tom 2

Redakcja: Justyna Kloza

Korekta: Alicja Szalska-Radomska

Projekt mapy: Tomasz Kwaśniak

Zdjęcie na okładce: Shutterstock, Midjourney

Copyright © 2026, 2026 Sylwia Gudyka i Saga Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788727331898

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.

Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania

Od autorki

Czarne Serce jest książką, w której mocniej wgryzamy się w strukturę Amarii i poznajemy coraz więcej jej zakamarków. Odkrywamy mroczne siły, które rozpanoszyły się po kontynencie.

Historia zawiera mocne sceny mogące wpłynąć na stan bardziej wrażliwych czytelników. Poruszane są tutaj problemy dotyczące zaburzeń lękowych, trudności w pokonaniu traumy, a także depresji. Jeśli zatem aktualnie borykasz się z jednym z wyżej wymienionych problemów, nie podejmuj lektury.

Minimalny wiek dla czytelnika tej powieści to 16 lat. W historii pojawiają się brutalne sceny tortur, znęcanie psychiczne i fizyczne, przekleństwa, a także inne nieodpowiednie dla młodszych osób fragmenty. Sięgając po tę powieść, bierzesz odpowiedzialność za ewentualną traumę wywołaną wydarzeniami w historii.

Życzę Ci doskonałej lektury.

Sylwia Gudyka

Spis postaci

Jaskółki

Lunara – Pierwsza Jaskółka. Nosicielka demona – Żar Ptaka. Magini potrafiąca rozgryźć każdy rytuał. Wyswobodziła przyjaciółki z okowów Zakonu Burz, by po wielu latach utworzyć własny odłam zrzeszenia, na którego czele stanęła jej droga przyjaciółka Akinora.

Akinora – Technomagini, przyjaciółka Lunary i partnerka Wolany. Matka przełożona Zakonu Jaskółek i pierwsza z prowadzących szkołę dla porzuconych i skrzywdzonych dziewcząt. Wynalazczyni. Prekursorka, wywodząca się z Technomagów, która znalazła sposób na skuteczną komunikację, nawet jeśli w okolicy pojawiają się zakłócenia magiczne. Alchemiczka, która odkryła wiele remediów na choroby.

Wolana – wojowniczka Zakonu Jaskółek. Zastępczyni i partnerka życiowa Akinory. Doskonała wojowniczka i tropicielka. Przyjaciółka Lunary i piastunka Raveny. Twórczyni kodeksu zakonu, a także dyrektorka szkoły.

Ravena – wychowanka Akinory i Wolany. Jaskółka z nowego pokolenia, której celem jest odnalezienie Pierwszej Jaskółki. Impulsywna i żądna przygód osoba, która często pakuje się w tarapaty.

Moon – wojowniczka Zakonu Burz, dawna przyjaciółka Wolany, Akinory i Lunary.

Olena – Wielka Alchemiczka Zakonu Burz.

Vela – Nowa Alchemiczka Zakonu Burz, która opracowała wiele specyfików, w tym Narrentum.

Zakon Burz

Bruno – Łowca, który zdradził Zakon Burz, by osiągnąć własne cele. Amarczyk o niejasnym pochodzeniu. Chce zdobyć tron Amarii i dokonać zemsty na byłym przyjacielu.

Strażnicy – mężczyźni służący Zakonowi, pilnujący i szkolący młode kobiety w takich ośrodkach jak Katownia. Nazywani często również mnichami.

Mistrz Wojtaris Krwawy – Wielki Mistrz Zakonu Burz, pełniący tę wysoką funkcję od niedawna.

Mistrz Dajmiru – Mistrz Zakonu Burz, specjalizujący się w wyciąganiu informacji od podejrzanych.

Wielka Biblioteka

Mistrz Randaria – Wielki Bibliotekarz pełniący pieczę nad Biblioteką oraz nad zasobami, zarówno tymi dostępnymi dla zwiedzających, jak i tymi, które owiane były tajemnicą.

Wielka Kwestorka Dorgana – starsza kobieta zajmująca się sprawami majątkowymi Wielkiej Biblioteki w Tulipendrii.

Mistrz Tottori – Zastępca Wielkiego Bibliotekarza – Mistrza Randarii.

Postaci historyczne

Burgudina Valisetti – historyczka Amarii. Najprawdopodobniej była pochodzenia amarskiego i wywodziła się z zamożnej rodziny. Nazwisko Valisetti w spisie powszechnym prowadzonym przez Wielką Bibliotekę figuruje tylko przy owej historyczce.

Abelotta – pierwsza królowa Amarii pochodzenia panwiarskiego. Jej powód ucieczki z cesarstwa jest niejasny.

Tulipendria – córka Abelotty, która zapoczątkowała dynastię Tulipenderiusów. Waleczna kobieta, która przez całe swoje rządy pracowała, by uzyskać harmonię pomiędzy trzema narodami: Lalatenią, Winterboro i Amarią.

Srebrny Kruk – czarnoksiężnik, który wraz z Abelottą przybył do Amarii. Podobnie jak w przypadku pierwszej królowej nie znamy właściwego powodu, dla którego zdecydował się eksplorować nowy ląd. Zaginął przed Wielką Wojną z Winterboro, porzucając Abelottę i córkę Tulipendrię.

Dynastia Tulipedneriusów

Solis de Nja – córka Althei z rodu Tulipenderiusów i Vikara de Nja. Pani na włościach, dziedziczka Szarego Zamku i jedna z pretendentek do tronu Amarii.

Althea de Nja – księżniczka, która utraciła prawo do tronu. Wydana za możnowładcę, osiedliła się wraz z mężem na granicy Wschodniej w Szarym Zamku, gdzie współpracując z Zakonem, próbowała przywrócić sobie prawo do tronu.

Arthurius Melenos Tulipenderius – obecny król Amarii. Młodszy brat Althei, wuj Solis de Nja. Starszy brat Aliry Millany. Potomek wielkiej Abelotty i Srebrnego Kruka.

Alira Millana Tulipenderius – młodsza siostra Arthuriusa Melenosa.

Amertyntius Morten Tulipenderius – poprzedni władca Amarii, ojciec Althei, Arthuriusa i Aliry.

Lapisowie

Aye – wł. Ayerenis, przyjaciel Arthuriusa. Szef Anis Amai – siatki szpiegowskiej. Asterea – znana także jako „szamanka z przełęczy”. Długowieczna Lapiska, która z niewiadomych przyczyn pomieszkuje w Amarii pod ludzką postacią, pomagając tutejszej ludności. Pierwsza opiekunka Raveny. W późniejszym czasie członkini Rady Królewskiej. Starsza w Radzie Jaskółek, nauczycielka zielarstwa i ochrony przed mrokiem.

Stwory

Watra – Żar Ptak, demon mieszkający w ciele Lunary. Niegdyś jedno z piękniejszych zwierząt zamieszkujące kontynent.

Adamantis – kryształowy król wszystkich smoków i władca Lapisów. Zmiennokształtny.

Morthorny – to w mitologii Amarii zainfekowane czarną magią jednorożce. Zwierzęta te nie tylko wyglądają jak wyciągnięte z koszmaru żyjące i jednocześnie gnijące wierzchowce, ale dodatkowo zatruwają florę i faunę. Stworzenia te wykorzystywano do wypierania rodowitych mieszkańców obecnej Amarii: Winterboroczyków i Lapisów. Morthorny wyjaławiały tę krainę z magii, czyniąc ją pustynią.

Stefan – występuje najczęściej pod postacią gęsi, ale także może pojawić się jako złota pszczoła, której ukąszenie powoduje natychmiastową śmierć. Jest też symbolem wiecznej energii, najbardziej lubi przybierać postać łabędzia. Nosi imię Ladaik, chociaż reaguje też na „Stefan”.

Amarczycy

Belian – sierota wychowana przez Astereę. Wyuczył się zawodu kowala oraz podstaw zielarstwa.

Mikal – sługa Arthuriusa. Jeden z najważniejszych członków Rady Królewskiej.

Lurikain – wojownik ze świty władcy Amarii. Kapitan straży królewskiej.

Calen z Białych Róż – wojownik pochodzący z Roseti z wysokiego rodu.

Winterboro

Ojczyzna Ka’ttij’fi – rodowitych mieszkańców obecnej Amarii. Zostali wyparci w Złotej Erze na wschód. Ich obecny kraj ma surowy klimat z długimi zimami. Od Amarii są oddzieleni murem, na którego środku znajduje się Szary Zamek. Mieszkańcy Winterboro to wielkie człekokształtne koty. Od urodzenia sprawnie posługują się magią, jednak tylko w obszarze swojego kraju. Zwinni i szybcy wojownicy. Znienawidzeni przez Amarczyków za liczne krwawe napaści na graniczne wioski amarskie.

Panwiar

Wielkie zamorskie cesarstwo rządzone przez ludzi, z którymi od wielu wieków nie ma żadnego kontaktu. Próby jego nawiązania zakończyły się fiaskiem. Dostępu do Panwiaru broni morze o niespokojnych falach, stanowiące naturalną i niemal nieprzekraczalną barierę dla podróżujących. Jedyną udokumentowaną przeprawą okazała się podróż Abelotty i Srebrnego Kruka do Amarii. Mimo to nieznany jest sposób przekraczania morza. Wszystkie statki, które wypływały w kierunku Panwiaru, ginęły bez wieści, a przynajmniej tak wskazują dokumenty historyczne.

Lalatenia

Ojczyzna Lapisów. Kraj, o którym wiemy niewiele. To teren otoczony wysokimi i trudnodostępnymi górami o surowym klimacie. Mieszkańcy Lalateni wyglądają jak Amarczycy. Jedyną różnicą jest szary kolor skóry, niektórzy potrafią go maskować magią, wtapiając się w tłum. Nie lubią mieszać się w konflikty w Raavianie, żyją na uboczu.

Prolog

I see her in the back of my mind, all the time. Feels like a fever, like I’m burning alive. Like a sign. Did I cross theline?

– Billie Eilish

Wielka Biblioteka

Rok 860 Złotej Ery Amarii

Wielka Biblioteka Tulipendrii słynęła z wielu zakamarków, ukrytych przejść, zapomnianych schowków i owianych tajemnicą komnat, przykrytych sporą warstewką kurzu. W najgłębszych katakumbach pod budynkiem znajdowała się sala, o której wiedzieli tylko najważniejsi z Bibliotekarzy. Sala ta, nazywana też sanktuarium, skrywała mroczne dzieje Amarii i prawdę lat minionych, które sprawni skrybowie przepisali na korzyść ludzi. To właśnie tu wszystko się zaczęło.

Drzwi do Sanktuarium pieczętował czar rzucony przez samą Tulipendrię, która poświęciła swe życie naprawianiu błędów poprzedników. Jednak krew zdążyła już wsiąknąć w kamienie i w piach, a ciemność wlała się w najniżej płynące źródła, zatruwając Amarię od środka. Ciężkie, mosiężne drzwi lśniły w blasku dogasającej pochodni. Magia królowej Amarii rozsypywała się z każdym kolejnym oddechem.

– To tu? – Pośród narastającej ciemności dało się usłyszeć głos kobiety. Sądząc po nim, była osobą doświadczoną przez życie, ale wciąż w pełni sił witalnych.

– Tak – odparł drugi z głosów. Ten należał do Tottoriego, młodego szpakowatego mężczyzny.

– Musimy tu być? To tylko jakieś plotki – burknął kolejny, najbardziej skrzekliwy, żabi. Należał do najstarszego z całej trójki: Mistrza Randaria.

Ich kroki odbijały się echem od ścian misternie zdobionych malowidłami, które – pokryte złotą farbą – mieniły się w blasku pochodni. Nie sięgała tutaj moc kryształów ani światło dnia. A każdy krok prowadził w dół, aż do wąskich drzwi z hebanu, za którymi rozpoczynały się strome i wąskie schody.

Trójka postaci idąca w pośpiechu przez korytarze, zatrzymała się bez słowa przed hebanowymi drzwiami. Wstrzymując oddechy, wsłuchiwali się w nicość. To, co zgłosiły ostatnie patrole Strażników, zaniepokoiło nie tylko Bibliotekarzy, ale i Wielką Kwestorkę. Dudnienie w głębinach, rytmiczny stukot jak bicie serca.

– Nic nie słyszę – syknął przez zęby Mistrz Randaria, nerwowo przestępując z nogi na nogę.

Jego chude, wykręcone artretyzmem ręce zdradzały rozwijającą się w najlepsze chorobę, na którą nie było leku. Sam fakt, iż mężczyzna żył tak długo, przypisywano wyłącznie sztucznemu podtrzymywaniu go przez magię, jak robiło to wielu jego poprzedników. Tylko po to, by jak najdłużej utrzymać swój stołek. I choćby każdego dnia jedynie siedział i w niego pierdział, nie dał się odsunąć ze stanowiska z racji wieku, chorób i demencji. Zamykał w ten sposób Bibliotekę w staroświeckiej klatce, przesiąkniętej przeszłością i ograniczeniami.

– Mistrzu… – zaczął młodszy szpakowaty mężczyzna. Pełnił dumną funkcję zastępcy Wielkiego Mistrza Biblioteki. Trzeba przyznać, że biła od niego wyjątkowa, drapieżna siła. – Myślę, że raporty nie kłamały, czuję tu niepokojące wibracje. – Przysunął dłoń do hebanowych drzwi, na których wygrawerowano w staroamarskim: „Brama do piekła”.

– Jak dobrze rozumiem, z waszych opowieści wynika, że… – zaczęła spokojnie Dorgana – królowa Tulipendria zapieczętowała te drzwi. Jak to możliwe, że wedle raportów Strażników powłoka opada? A jak to opisał jeden z nich: „sypie się jak piasek w klepsydrze”. Czy to jakieś dziwne odliczanie, ile zostało nam czasu?

Tottorii otworzył usta, by coś odpowiedzieć, ale w tym samym momencie odezwał się Wielki Mistrz:

– Strażnicy nie mają pojęcia o magii! – ofuknął ich starzec, a jego głos drżał. Niemniej… – Wyciągnął dłoń i przyłożył ją do drzwi. – Niemniej czuję… czuję… – Umilkł, a po chwili osunął się na kamienną posadzkę.

Wielka Kwestorka Dorgana podbiegła do niego i się pochyliła. Przyłożyła palce do szyi mężczyzny, lekko je dociskając do skóry. Nic. Cisza. Zupełnie jakby ktoś wyssał całe życie z Mistrza Randaria.

– On… – szloch wyrwał się jej z piersi, a dłonie zaczęły drżeć.

Nie zdążyła jednak dokończyć, bo właśnie wtedy oboje usłyszeli dziwne odgłosy. Najpierw spokojne, narastające jednak z każdym uderzeniem. Wciąż rytmiczne dudnienie przenikało całe ciało.

– Mówili prawdę – bardziej stwierdził, niż zapytał Tottori. – Ten włam sprzed kilku miesięcy musiał coś uruchomić, przez poprzednie lata nie działo się tu nic.

ciała.

Dudnienie nasilało się, pulsując coraz mocniej.

– Co teraz? – spytała Dorgana, zakrywając uszy.

Nie zdało się to jednak na nic, pulsujący dźwięk nie pozwalał się wypędzić z

– Musimy powiadomić drugie Sanktuarium – powiedział Tottori, a w zasadzie właśnie te słowa Kwestorka wyczytała z ruchu jego warg.

Spojrzeli na drzwi, które były częściowo pokryte czymś, co przypominało piasek. Wrota zaczęły drżeć, a magiczna blokada – powoli pękać. Zdawało się, że patrzą na wczesnowiosenną kałużę, w którą ktoś wskoczył.

Dudnienie na moment ustąpiło głuchej ciszy, która jeszcze bardziej dotkliwie penetrowała narażone na mroczną magię umysły.

– Biegnij do skrybów – rzucił Tottorii, czując, jak pochłania go niewidzialna moc. – Napisz do króla, napisz do… – Mężczyzna rozkaszlał się, a z oczu zaczęły płynąć mu krwawe łzy. Szkarłatne krople toczyły się po policzkach, a pod jego skórą zaczęło się coś ruszać. Wiło się niczym robak, ale miało większe rozmiary, mknęło tak sprawnie, jakby przemierzało tę drogę codziennie. Mknęło wprost do serca, by tam dokonać inwazji. – Sanktu… – Krew chlusnęła z ust mężczyzny wprost na martwe ciało Wielkiego Mistrza. – Uciekaj. – Zdążył wychrypieć do kobiety, nim stracił przytomność.

Przerażona Kwestorka wstała i chwyciła za stojącą najbliżej pochodnię. Cisnęła nią w dwa martwe ciała leżące pod hebanowymi drzwiami i nie oglądając się za siebie, pognała w górę. Tak niewiele brakowało, by wyrwać się na powierzchnię. Jeszcze jeden poziom, jeszcze kilka zakrętów.

Nie mogła krzyknąć, czuła, że się dusi. Walcząc o choćby cień oddechu, upadła na posadzkę, tuż obok wyjścia z katakumb. Była pewna, że umrze. Zamknęła oczy. Ciemność zalała korytarz, wciągając wszystko wewnątrz niczym do gardła wielkiej bestii, chwilę później nastała cisza. Cień wycofał się do podziemi, a Dorganę zabrano do skrzydła szpitalnego. Wielka Kwestorka wydusiła z siebie tylko jedno zdanie, które zmroziło wszystkich zebranych:

– Czarne Serce się przebudziło.

Rozdział 1

Kruki wracają do domu

Inne rzeczy mogą nas zmieniać, ale zaczynamy i kończymy w rodzinie.

– Anthony Brandt

Ravena

Rok 18 Nowej Ery Amarii

Ravena śledziła wzrokiem każdy kolejny znak skreślony naprędce piórem przez Pierwszą Jaskółkę. Im dłużej czytała zapisane słowa, tym więcej pytań się pojawiało w jej głowie. Ale przecież nie po to tu przyszła. Szukała odpowiedzi. Kolejnej wskazówki. Jakiejś poszlaki, która przybliżyłaby ją do zakończenia. A może i do samego rozwiązania? Do upragnionego celu – odnalezienia Pierwszej Jaskółki. Miała wrażenie, że jest już tak blisko, jednak z każdą sekundą oddalała się coraz bardziej, a kolejne interesujące wątki wpadały na ścieżkę jej życia jak kłody. Chociaż wiele z nich ją nęciło, wojowniczka uparcie trzymała się najbardziej prawdopodobnego tropu. Ten doprowadził ją do Bakuntan, czyli do mężczyzny, który kiedyś utrzymywał przyjacielskie stosunki z Lunarą, a to było właśnie tym, czego szukała. Tyle można było od niego wyciągnąć. Znała w końcu wiele wymyślnych sposobów na zadawanie bólu, ale nie. Tym razem chciała przeprowadzić pełne i fachowe śledztwo z minimalnym udziałem przemocy. A szkoda, bo bardzo lubiła z niej korzystać. Ta ciemność, ten mrok i chore zapędy do zadawania bólu lekko przeważały w jej naturze, a mimo to bez wysiłku potrafiła być łagodna, dobra i niejednokrotnie sprawiedliwa. Jakby dwa wrogie sobie wilki walczyły w głębi jej duszy.

Przysunęła do twarzy lekko zmięty już papier i zaciągając się jego przyjemnym zapachem, wpatrywała się w zaschniętą na podłodze plamę po jakimś lepkim napitku. Z pewnością było to wino albo cienkie piwo, którego aromat rozpływał się po pomieszczeniu.

Informacje zawarte w liście oraz posiadana przez wojowniczkę wiedza, zaczęły się powoli układać w jakąś jeszcze dość skomplikowaną całość. Potrzebowała tylko to wszystko przemyśleć, oddzielić ziarna od plew, ciemność od światłości i wtedy… z pewnością znajdzie kolejne pytania i kolejne, i kolejne. Westchnęła ponownie, zanurzając się w krótkiej notatce.

– Widzę, że list ten mocno cię zaabsorbował. Jeśli masz jakieś pytania, nie wahaj się ich zadać – powiedział spokojnym głosem właściciel przybytku, w którym się znajdowali.

Myśli Raveny rozpłynęły się jak poranna mgła, pozostawiając po sobie tylko zarys konkluzji, którą dopiero zaczęła tworzyć.

Mężczyzna poruszył się na krześle, a ono zapiszczało w akcie protestu.

– Kiedy dostałeś ten list? – rzuciła znad kartek asasynka, siląc się na obojętność. Zdradzał ją jednak krótki oddech i nieco rozedrgany głos.

– Dawno. Nie pamiętam dokładnie kiedy – odparł wymijająco i uśmiechnął się kącikiem ust.

„Coś ukrywasz” – przemknęło przez myśl wojowniczce. „Tylko co?” Przez krótką chwilę uważnie przyglądała się twarzy Beliana, aż w końcu po trwającej wieczność minucie zadała najbardziej nurtujące ją pytanie:

– Jak myślisz, gdzie teraz może być?

Skierowała oczy z powrotem na list, udając, że ponownie zagłębia się w jego treść. Kątem oka przyglądała się jednak kowalowi. Analizowała każdy ruch mężczyzny, by móc wyczytać z gestów, kiedy kłamał, a kiedy mówił prawdę. Rozpoznanie tego nie było początkowo łatwe, ale z czasem Ravena zaczęła zauważać nerwowe tiki, drżenie dłoni, które Belian starał się maskować drapaniem lub gładzeniem stołu. Mężczyzna ewidentnie miał toksyczną relację z neurotoksyną, potocznie zwaną alkoholem, do którego pałał czymś z pogranicza nienawiści i miłości.

– Lunara? – rzucił niepewnie, jakby nie był do końca pewien, że wciąż rozmawiają na ten sam temat.

Ravena skinęła głową.

– Ona… może być wszędzie – odparł wymijająco. Widząc jednak przepełnione złością oczy wojowniczki, dodał pospiesznie: – Z pewnością musi się ukrywać przed Zakonnikami. Wciąż nie mogą przeboleć tego, co się stało, mimo że zgodnie z…

– Tak… – Przerwała mu machnięciem dłoni i wymownym przewróceniem oczami. – Zgodnie z dekretem króla Arthuriusa sprzed piętnastu lat Zakon Jaskółek jest uznany za oficjalną instytucję królestwa. Tym samym wojowniczki, które zbiegły wówczas z placówki zwanej Katownią, zostały uniewinnione – wyrecytowała beznamiętnie. – Nie były niczemu winne, wiesz przecież o tym, tak samo jak ja – dodała z wyrzutem.

– Nie będę się o to sprzeczał – uciął mężczyzna i spojrzał na młodą wojowniczkę z powagą. – Nie po to tu przyszłaś, prawda?

– Prawda – mruknęła. – Zatem na czym stanęliśmy? Ach tak. Gdzie może być Lunara?

– Już ci mówiłem, że nie wiem.

– Jasne, a skąd masz ten list? Raczej wątpię, że dostałeś go bezpośrednio od adresatki. – Uniosła kartki nad głowę i pomachała nimi, przeganiając tym samym kilka bzyczących much.

– Masz rację, Lunary nie widziałem już od dawna. Nie wiem, czy minęły miesiące, lata, a może dopiero tygodnie? Nie mam pojęcia. – Zamyślił się, następnie sięgnął po zielonkawą butelkę, na dnie której spoczywały resztki chmielowego trunku.

Przystawił szyjkę do spierzchniętych warg i wypił całą zawartość duszkiem. Skrzywił się nieznacznie, czując na języku gorzkawy posmak, a później jego usta rozciągnęły się w błogim uśmiechu.

– Kto w takim razie dostarcza ci listy i gdzie mogę znaleźć tego człowieka? – spytała Ravena, krzyżując ramiona i wygodnie opierając się na krześle.

– Nie znajdziesz go – mruknął mężczyzna i cmoknął, po czym oblizał dolną wargę. – Czy Akinora wie, że tutaj jesteś? To ciekawe, że pozwoliła wyfrunąć ci samej z gniazda. Zwłaszcza po tym incydencie z księżniczką Alirią Lunnelą.

Ravena ściągnęła brwi, a na jej czole pojawiła się pionowa zmarszczka. Jasne jak niebo oczy dziewczyny błysnęły, przepełniając się złością.

– Nie zmieniaj tematu. To nie ma nic do rzeczy! – warknęła ciut za głośno. – Ostrzegam cię, nie ukrywaj przede mną prawdy. Prędzej czy później i tak ją odnajdę, a jeśli będziesz utrudniał… – zawiesiła na chwilę głos i pogroziła mu palcem – marny będzie twój los.

– Po co te złości, Raveno? – odparł rozbawiony Belian, ale w jego oczach błysnął strach.

– Gadaj, co wiesz, i rozejdźmy się jak najszybciej. Więc… Kto dostarczał ci listy?

– Nikt.

– Nie wkurwiaj mnie.

– Nikt ich nie dostarczał – powtórzył Kowal twardo. – Źle zadajesz pytanie, Raveno.

Wymienili spojrzenia i na chwilę w pokoju zapanowała pełna napięcia cisza.

„W co ty pogrywasz?” – zastanawiała się wojowniczka. „Grasz na czas, ale czemu?” Uśmiechnęła się i przechyliła głowę lekko w prawo.

– Dobra, to spróbujmy inaczej. – Przeczesała palcami włosy, odsłaniając szyję, i wypięła nieco klatkę piersiową do przodu. – Powiedz mi w takim razie, skoro nikt ich nie dostarczał, a nie przekazywała ci ich też bezpośrednio Lunara, to jakim sposobem trafiały do ciebie? – Jej głos był o wiele łagodniejszy niż poprzednio.

Melodia, w jaką układały się wypowiadane przez nią słowa, działały kojąco na kowala. Była to jedna z wyuczonych technik manipulacji, której Ravena nauczyła się od Eynariny, wojowniczki z rodu Lapisów.

Mężczyzna potarł szczękę zarośniętą rzadką szczeciną, jego oczy się zaszkliły, po czym spojrzał na wojowniczkę i niemal mechanicznie wypowiedział następujące słowa:

– Nikt ich nie dostarczał, bo mieliśmy sekretne miejsce do przekazywania listów, w którym było bezpiecznie, i każdy z nas mógł wejść tam niezauważony, a że to miejsce jest na uboczu… od wielu pokoleń, to i nadało się do tego idealnie…

– Co to za miejsce? – przerwała mu zaciekawiona Jaskółka, zanim zdążył doprowadzić historię do końca.

Mężczyzna westchnął z rezygnacją i spytał:

– Po co szukasz Lunary?

Wojowniczka zachmurzyła się momentalnie, a jej oczy przykrył mrok złości. Belian znał zbyt dobrze to spojrzenie, by się pod nim ugiąć.

– Nie twoja sprawa.

– Tak się składa, że moja. Nie powinnaś jej szukać, nawet jeśli wpadłyście na trop skrzydlatego – stwierdził z powagą w głosie. –Wiedziałaś, że Amaria nie zawsze była zamieszkiwana przez ludzi? – dodał, zmieniając kierunek rozmowy.

Ravena uniosła lekko brwi ze zdziwienia, ale nie dała się zmanipulować.

– Tak, wiedziałam. Amaria niegdyś była dzika i zamieszkali ją wspólnie Winterboroczycy i Lapisowie. Dopiero przyjazd rdzennych Panwiarczyków zmienił oblicze tej krainy. No weź, Beli, każdy zna przecież tę historię.

– Wiele budowli – kontynuował Kowal, niezrażony komentarzem wojowniczki – które wznosili, zostało zniszczonych w czasie wyparcia ich na wschód.

– To też wiem – mruknęła Ravena, znudzona do granic możliwości. Przewróciła oczami i skrzyżowała ręce na piersi. – Magia, którą władali Winterboroczycy, była potężna, a pozostałości, chociażby odrobiny ich kultury, mogły doprowadzić do zerwania barier, które kiedyś chroniły Amarię. Tak przynajmniej utrzymywali poprzedni władcy. Później się okazało, że nie było żadnej bariery, a to „niszczenie”, było po prostu zamachem na kulturę i sztukę Winterboroczyków.

– O proszę, pięknie odrobiona lekcja z historii. Widzę, że Akinora dołożyła wielu starań, abyś znała przede wszystkim prawdziwą wersję, a nie tę, którą od lat wciskano ludziom, by szerzyć nienawiść.

– Do rzeczy, Belianie. Nie mam całego dnia. – Wojowniczka posłała mu wściekłe spojrzenie. – Co z tymi budowlami? – Ten temat mimo wszystko ją zainteresował.

–Lata temu Lunara znalazła taką świątynię. Jest niedaleko stąd, jakieś pół dnia jazdy konno.

– Co?! Jakim cudem nie zostało to zniszczone? I jak to znalazła?

– Jak się nad tym zastanowisz, to w sumie jest to całkiem proste. – Belian sięgnął po butelkę i znów upił z niej solidny łyk, po czym odstawił ją na stół. Dłonią niedbale przetarł lekko zwilżone usta.

– No mówże. Nie mam czasu na takie gry.

– Najpierw powiedz mi, po co jej szukasz? – rzucił z krzywym uśmiechem.

– Jak ci powiem, to w końcu mi pomożesz czy będziesz nadal zrzędził?

– Zależy, po co jej szukasz – stwierdził rzeczowo mężczyzna.

Sięgnął po pajdę nie pierwszej świeżości i wtopił w nią zęby.

Ravena przyglądała się temu z niechęcią, ale nie skomentowała rozsypujących się wokół okruchów zbyt suchego chleba.

– Chcę z nią porozmawiać. To wszystko. Myślę, że mogłaby nam bardzo pomóc. Nie powinna się już ukrywać. Amaria jest bezpieczna.

Belian nie odpowiadał. Patrzył na nią tępo i przeżuwał kawałek chleba. Myślami był gdzieś daleko, co nie spodobało się niecierpliwej wojowniczce. Ravena gwałtownie odsunęła krzesło, na którym siedziała, i wstała. Wywróciła przy okazji przedmioty znajdując się na stole.

– Co ty wyrabiasz? – zapytał Belian, unosząc brwi, jednocześnie ratując resztki rozlanego płynu.

– Powiedziałam ci, co chciałeś, a teraz w którą to stronę?

– Poczekaj, daj mi dokończyć opowieść – rzekł, unosząc dłonie w pojednawczym geście. Nie był zadowolony ze straty, jaką poniósł, ale nie zamierzał też płakać nad rozlanym piwem. A przynajmniej nie w towarzystwie Raveny.

– Lekcję historii możesz sobie zostawić na kolejne spotkanie. W którą to stronę człowieku?! – prychnęła i znów skrzyżowała przedramiona.

Przez krótką chwilę Ravena z obrzydzeniem przypatrywała się temu, jak mężczyzna z zachłannością osuszał szkło. Blada, zaniedbana twarz nabrała rumieńców.

–Zaprowadź mnie tam – powiedziała stanowczo.

– Nie – odparł kowal i uroczyście beknął, wprowadzając tym wojowniczkę w jeszcze większe zażenowanie.

– Zaprowadź mnie tam natychmiast! – Ravena gwałtownie nachyliła się nad stołem i rąbnęła pięścią w blat.

– Obiecałem Lunarze, że będę cię trzymał od tego z daleka.

Mężczyzna skrzyżował ręce na piersi i spojrzał w ziejące chłodem oczy wojowniczki. „Są tak podobne do oczu Lunary” – pomyślał i uśmiechnął się lekko.

– Po co? – spytała Ravena, unosząc brwi.

Na jej twarzy malowało się wiele emocji, ale przeważającą w tej chwili była przybierająca na sile frustracja.

– Nie interesuj się – odparł ostro. – Raz, że dałem słowo, a dwa, jakby się dowiedziała Akinora albo co gorsza, Wolana, że węszysz tam, gdzie nie powinnaś, to dostanie się przede wszystkim mnie.

– No ja pieprzę. – Przewróciła oczami wojowniczka. – Po co jej obiecałeś coś takiego?! – wysyczała przez zęby. Błękitne oczy zapłonęły lodowatym blaskiem, a w pomieszczeniu nagle zapanował ziąb. – Jestem jedną z wielu doskonale wyszkolonych Jaskółek. Powiem nieskromnie, że nawet najlepszą z ostatnich lat. Nie potrzebuję ochrony kogoś, kogo widziałam może dwa razy w życiu. – Uniosła się znad stołu i wciąż mierząc kowala lodowatym spojrzeniem, wyprostowała się, łapiąc się pod boki.

Cała ta tajemnica związana z Lunarą zaczynała działać jej na nerwy. Najpierw Wolana, która nie chciała o tym rozmawiać, później Akinora, która surowo zakazała poruszać ten temat, a teraz ten palant, od którego musiała coś wyciągnąć. Nie podobała jej się ta zmowa milczenia, a jeszcze bardziej wkurzało ją jedno i to samo zdanie powtarzane w kółko przez wszystkich: To dla twojego dobra. „Skąd oni mogli wiedzieć, co jest dla mnie dobre, a co nie? Nie są mną. A ja nie jestem już dzieckiem! Chyba czas traktowania mnie jak małolatę minął?!”

– Naprawdę się nie domyślasz? – powiedział cicho Belian, tym samym wyrywając ją z chwilowego zatracenia we własnej głowie.

–Czego mam się znowu domyślać? Niczego mi nie mówicie! A później się dziwicie, że szukam jej na własną rękę.

Wojowniczka prychnęła ze złością i nachmurzyła się po dziecinnemu, co niezbyt pasowało do młodzieńczej już twarzy.

– Słusznie. Sama powinnaś ją spytać o kilka spraw. – Przeczesał jasne włosy i podrapał się w brodę.

– Z wielką chęcią, ale najpierw muszę ją odnaleźć, tłuku – odparła z irytacją, a przy okazji zdmuchnęła nieposłuszny kosmyk włosów sprzed oczu.

– Musisz do tego dojrzeć, przemyśleć wszystko, to nie jest takie łatwe, prawda może cię zdruzgotać. Nie wiem, czy jesteś na to gotowa.

– Nie twoja sprawa, jak się z tym będę czuć. Zmieniasz temat, a ja mam swój cel i z twoją pomocą lub bez niej trafię tam, gdzie trzeba.

– I co? Spalisz po drodze pół królestwa?

– To się przecież nigdy nie zdarzyło! Zapaliła się tylko zasłona w komnacie. Dalibyście już spokój. – Przewróciła oczami. – Znów próbujesz zmienić temat, Beli. Chcę iść do tej świątyni. Rozumiesz? Muszę ją znaleźć.

„A niech mnie” – pomyślał mężczyzna. „Wypowiada moje imię dokładnie z takim samym akcentem”.

– Nie pomogę ci w tym – upierał się Belian. Odwrócił wzrok, sięgając po kolejną napoczętą butelkę, by nie spoglądać prosto w wypełniającą się złością twarz Raveny. – Nie patrz tak na mnie – powiedział, przyglądając się z zainteresowaniem butelce.

Po chwili ciszy podjął dalszą rozmowę:

– W okolicy kręci się ostatnio całkiem sporo Zakonników. Nie wiem, czy to kwestia przypadku, czy czegoś szukają, ale… To dość niebezpieczne dla samotnej Jaskółki.

– Nie powiesz mi, że obleciał cię strach. Zresztą, natknęłam się na jeden patrol wczoraj. Nic się nie wydarzyło.

– Co?! I przyszłaś prosto tutaj? Ilu było tych Zakonników, no mów! Gdzie to było?! – Gwałtowny przypływ emocji postawił go na równe nogi. – No mów, Raveno!

– Weź się uspokój. Nic się przecież nie stało. Nikt tu nie wpadnie, żeby wypić twoje piwo, czy coś…

– Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, jaką głupotą było przyjście tu w obliczu niepokoi, które targają tą prowincją? Zwłaszcza że kręci się tu sporo Zakonników!

– Przecież mówiłam, byłam ostro… – Przerwało jej pukanie do drzwi.

Belian spojrzał na nią zaniepokojony z miną w stylu: „A nie mówiłem? Głupia małolata”.

– No? – rzucił, siląc się na spokojny ton.

– Panie, otwórz pan. Ja tu ma kunia do podkucia.

– Już otwieram. Już, no. – Belian wstał od stołu i podszedł do Raveny nadzwyczaj lekkim krokiem. Zmierzył ją wściekłym spojrzeniem i szepnął: – Ukryj się.

Wojowniczka skinęła lekko głową i rozejrzała się po niewielkiej izbie. Nie miała za dużo opcji do wyboru, ale szybko znalazła odpowiednio ciemne miejsce. Belian w tym czasie, szurając butami po drewnianej podłodze, pociągnął za skobel i lekko uchylił dębowe drzwi.

– No? – zagaił inteligentnie kowal.

– A panie… mam tu kunia… – zaczął mężczyzna. Na pierwszy rzut wyglądał na dużo starszego: naznaczona zmarszczkami twarz i srebrne pasma wśród kędziorów tworzyły takie właśnie wrażenie. Jednak bystre, przebiegłe spojrzenie wskazywało jednoznacznie, że oto stoi przed Belianem nie wieśniak czy inny prosty chłop, który faktycznie potrzebuje pomocy, ale Zakonnik, który wpadł na trop Raveny.

„Cholera” – zaklął w myślach kowal. „Wiedziałem, no po prostu wiedziałem, że wpakuje mnie w kłopoty. I na co mi to było? Przez wzgląd na głupią i już dawno zakończoną przyjaźń? Zachciało mi się… być dobrym. Nigdy więcej”.

– Pokaż pan tego konia – rzekł spokojnie i zakasał rękawy, zamykając za sobą drzwi.

W tym czasie Ravena wyszła ze swojej kryjówki i zbliżyła się cicho do okna. Przed budynkiem znajdował się Belian oraz Zakonnik, którego od razu poznała.

„Kurwa” – pomyślała w duchu. „Jak mogłam być tak nieostrożna i dać się wyśledzić z taką łatwością? Wolana dałaby mi popalić, Akinora zresztą też”.

Wojowniczka sięgnęła po sztylet schowany pod ubraniem i z odpowiedniej odległości wpatrywała się w mężczyznę, który starał się nie wychodzić z roli wieśniaka.

Belian sprawnie przeprowadził inspekcję podkucia wierzchowca i po kilku chwilach majestatyczny gniadosz opuścił kuźnię. Kowal odetchnął z ulgą, gdy starzec zniknął za pierwszym winklem, dalej pochłonął go zgiełk ulicy targowej.

Pokręcił się jeszcze trochę po zakładzie, poskładał odpowiednie narzędzia i dołożył do pieca, w którym żar powoli zaczynał przygasać. Bolała go głowa, a kolejną niedogodnością zaczynał być brzuch, który z każdym oddechem boleśnie o sobie przypominał.

Kończąc pracę, usiadł na moment na zydelku i oparł głowę o belkę. Wpatrywał się w ogień, tlący się radośnie w piecu, i próbował uspokoić myśli. Coś mu to jednak utrudniało. Gdy tylko rozłożył się wygodnie, co kilka sekund słyszał dziwne syczenie. Było ono ciche, nienaturalne i wręcz nie do pomylenia z niczym innym.

Po chwili z cienia wyłoniła się młoda Jaskółka.

– Rusz dupę. Idziemy, nie mamy czasu. Ewentualnymi przeszkodami będę się zajmować osobiście. – Poprawiła pasek przy spodniach i przeczesała lśniące złotem włosy. Część z nich założyła za ucho. Spojrzała z wyczekiwaniem na towarzysza, który pomimo próśb i obietnic nie ruszył się z miejsca.

Belian wstał z westchnieniem pod naporem świdrującego go spojrzenia.

– Dobrze. Robię to przez wzgląd na starą znajomość. Wydaje mi się jednak, że nasza wyprawa tam jest bezcelowa, bo od wielu tygodni nie znalazłem nic nowego.

– To nie jest ważne. Chcę po prostu zbadać to miejsce.

– Rozumiem – odpowiedział kwaśno i zaczął rozglądać się po pomieszczeniu.

–Czego szukasz?

– Zanim tam dotrzemy, będziemy musieli przenocować. Potrzebujemy koców, jedzenia i wody.

– Dam radę bez tego – burknęła Ravena i uśmiechnęła się krzywo.

– Ty może tak, ale ja nie. – Zaczął niespiesznie rozglądać się za potrzebnymi do wyprawy przedmiotami. – Nie przywykłem do tego, żeby spać na gołej ziemi i jeść byle co.

– Dobrze już dobrze – powiedziała pojednawczo wojowniczka, unosząc lekko dłonie. – Mam konia, możemy pojechać na nim, będzie szybciej.

– Na nic nam się tam zda wierzchowiec – rzucił Belian, który w pośpiechu zawijał w kraciastą serwetę kawałek chleba, mięso wątpliwej świeżości i na wpół pełną butelkę złocistego płynu. Zanim ją jednak zapakował, odkręcił korek, woń alkoholu rozniosła się po pomieszczeniu. – Idealna na tę wyprawę. – Upił łyk i skrzywił się lekko. – Ostatnia flaszka bimbru z dodatkiem fiołka górskiego.

– Akurat aromatu tego kwiatu w tym nie czuję – sarknęła Ravena.

– No, mogło tak być, że zapomniałem dodać go do kilku butelek – parsknął pod nosem Belian.

Mężczyzna mrugnął do niej porozumiewawczo, a gęstniejąca uprzednio atmosfera nieco się przerzedziła.

– To co? Spakowałeś już wszystko? – spytała po chwili, gdy mężczyzna zaczął kręcić się po pomieszczeniu bez wyraźnego celu. – W dziwnych miejscach trzymasz jedzenie na drogę.

– Po prostu zawsze jestem przygotowany na napad głodu. – Po chwili dodał z nutką rezygnacji w głosie. – Chodźmy.

Ravena ruszyła dziarskim krokiem przez izbę, służącą za zakład, w stronę wyjścia. Gdy uchyliła drzwi, pomieszczenie zalał ciepły blask słońca, który oślepił ich na moment.

– Na zewnątrz czeka mój koń. Muszę z nim coś zrobić – stwierdziła młoda kobieta, zanim przekroczyła próg.

– Sprzedaj go, nie przyda ci się tam, gdzie pójdziemy, a raczej nie uśmiecha mi się, żebyś tu wróciła. – Złapał Ravenę za rękę. – Poczekaj. Zanim wyjdziemy, chcę ci coś powiedzieć.

Wojowniczka niechętnie zatrzymała się i cofnęła kilka kroków w głąb korytarza.

– Byle szybko. Wymyśliłeś mi dodatkowe zadanie i chcę się z nim szybko uporać.

– Zaprowadzę cię do miejsca, które obiecałem pokazać, ale kiedy tam dojdziemy i przez moment je poeksplorujesz…

– Masz na myśli, że zrobisz mi kolejny wykład z historii? – przerwała mu, układając dłonie na biodrach.

– Mogłabyś nie przerywać? – prychnął zirytowany. – Chodziło mi o to, że nie wrócisz tu. Głupotą było przychodzić do Bakuntan i w ogóle wychodzić z waszej kwatery. Akinora i Wolana z pewnością zachodzą w głowę, gdzie się podziałaś.

Ravena już otwierała usta, by zaprotestować, ale kowal nie dał jej dojść do słowa.

– Dlatego… musisz mi obiecać, że niezwłocznie wrócisz do Zakonu Jaskółek. Zaraz po powrocie nadam list do Tulipendrii i potwierdzę, czy tam jesteś, czy nie. I dla własnego dobra, lepiej, żebyś tam była.

– Jestem dorosła! – syknęła przez zęby.

– Jesteś – zgodził się jasnowłosy. – Ale ta wyprawa to nie to samo, co chronienie dwórek królowej i jej samej. Obiecaj mi, Raveno, że kiedy już zobaczysz, co chcesz, wrócisz do Zakonu. Poszukiwanie Lunary nie jest i nigdy nie będzie rozsądne. Ona ukrywa się z konkretnego powodu.

– Gówno mnie obchodzą jej powody – rzuciła rozzłoszczona wojowniczka.

– Obiecaj – naciskał Belian. – Raveno, obiecaj mi, że wrócisz do Tulipendrii, i to najkrótszą drogą.

Młoda Jaskółka przez moment milczała.

– Czekam – syknął przez zęby, gdy wciąż się nie odzywała.

Przez kilka bardzo długich oddechów mierzyli się wściekłymi spojrzeniami, aż w końcu Ravena westchnęła i przewróciła oczami.

– Dobrze, obiecuję – powiedziała cicho. – Ale już chodźmy.

– Świetnie. – Belianowi od razu wrócił humor. – Idź sprzedać konia, a ja dokupię kilka rzeczy na wyprawę. Spotkajmy się przy bramie osady prowadzącej na wschód.

– Dobrze. – Asasynka skinęła i narzuciła kaptur na głowę. Już miała odejść, gdy mężczyzna zatrzymał ją krótkim chrząknięciem.

– Nie możesz tak wyjść – mruknął. – Rzucasz się w oczy w tej czerni. – Sięgnął po stary, lniany płaszcz, który niegdyś należał do właścicielki tego domu, i podał go kobiecie. – Włóż to.

– Żartujesz chyba – prychnęła Jaskółka. – Idę tak.

– Nie możesz. Rzucasz się w oczy, a na noc raczej czekać nie chcesz. Ściągniesz za miastem, zgoda?

– Niech ci będzie – mruknęła, po czym złapała szary materiał i nałożyła na jaskółczy kombinezon.

– Tylko się nie spóźnij – krzyknął Belian, gdy przekraczała próg.

W odpowiedzi usłyszał zniekształcone przekleństwo, rzucone naprędce pod nosem.

Rozdział 2

Uśmiech losu

Wiele mogą zawojować sprzymierzone siostry, niekoniecznie połączone więzami krwi.

– Marilù Oliva, Eneida. Najpiękniejsza w dziejach historia o miłości, zdradzie i rozpaczy

Wolana

Siedemnaście lat przed odwiedzinami Raveny w Bakuntan

Rok 860 Złotej Ery Amarii

Wolana spojrzała na stękającą ze zmęczenia Akinorę. Jej kręcone, długie blond włosy delikatnie muskały karmelową skórę, która błyszczała od drobinek potu, niespiesznie spływających po ciele. Wyniesienie Lunary z Szarego Zamku nie było prostym zadaniem, ale nie miały innego pomysłu, jak tylko wziąć ciało przyjaciółki i wynieść je z grobowca, jakim stała się stara warownia.

– Musimy coś wymyślić – zaczęła Wolana, sapiąc. – Nie damy rady jej w takim stanie nigdzie zanieść, a jak wpadniemy na patrol Zakonników, to już w ogóle tragedia.

– Cholera. Mogłyśmy od razu iść do wozowni – wysapała Akinora. – Połóżmy ją na chwilę – dodała po chwili. – Daj mi pomyśleć.