Czarne i białe - Liliana Więcek - ebook
BESTSELLER

Czarne i białe ebook

Liliana Więcek

4,5

16 osób interesuje się tą książką

Opis

„Będziecie się śmiały i płakały. Będzie Wam gorąco. I to wszystko w świecie górali, w którym panują zasady niemal tak surowe jak w mafii”.

Gorące Book Story

 

Nietuzinkowa, wyjątkowa, pełna humoru i sarkazmu historia, która łączy w sobie świat rodowitych górali i… mafii.

 

Maja Goclon przekonała się na własnej skórze, że twarde obyczaje nie zniknęły ze współczesnej rzeczywistości, szczególnie wśród górali. Ojciec najchętniej wybrałby jej męża, podarował jeden z rodzinnych pensjonatów i czekał na wnuki. Ale tak naprawdę zawsze miał dwa zarzuty: nie urodziła się chłopcem i chciała zdobywać wykształcenie.

 

Dziewczyna jest samotna we własnej rodzinie. Wszyscy są przeciwko niej. Kiedy ojciec, żeby ją ukarać, odbiera jej pensjonat, który ciężką pracą postawiła na nogi, Maja pragnie wyjechać w siną dal.

 

Jednak coś każe Mai zostać w górach. Teraz dostaje od ojca marny, zapuszczony pensjonacik „Jagoda” w Nędzówce. Musi zaczynać od zera. Co gorsza, do jej drzwi zapuka nietypowy turysta, a właściwie cała zgraja nietypowych turystów: mafiosów z niebezpiecznym zabójcą z Florydy na czele.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 450

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (758 ocen)
538
130
52
31
7
Sortuj według:
Czerwona_porzeczka

Nie oderwiesz się od lektury

Miałam problem z książką. Po pierwsze: jest w niej motyw mafii, a czy można napisać coś ciekawego o mafii? Po drugie: napisała ją kobieta, którą cholernie polubiłam, a ciężko skrytykować książkę osoby, którą lubisz. Bałam się czytać, ale przeczytałam. Mój mąż zaszedł w trakcie mojego czytania do kuchni i zapytał z czego się tak śmieje, ale wyrzuciłam go z błagalnym: zostawcie mnie wszyscy w spokoju chce to przeczytać. Książka jest przezabawna w tym dobrym tego słowa znaczeniu. Czyli absolutnie nie ma kija w dupie. Za to ma cudne dialogi, genialną główną bohaterkę (napiłabym się z nią wina) i dla mnie jedna z fajniejszych męskich postaci. Pan M. Nie biega i nie gra despotycznego macho na każdym kroku. Nie musi. On pewne rzeczy ma we krwi, na ten przykład spokój i opanowanie. To, że daje naszej bohaterce możliwość rozwiązania problemów we własnym zakresie: nie zapina jej smyczy na szyi i nie trzyma przy nodze (mentalnie oczywiście). Jest między nimi chemia, ale jest to chemia, kt...
60
pacynkowapanna

Nie oderwiesz się od lektury

No takiego zakończenia to się nie spodziewałam!!! czekam na kolejny tom ❤️
40
Monikalimonka

Nie oderwiesz się od lektury

Pierwsze wrażenie 👏👏👏brawo Liliana. Jak na debiut książka napisana bardzo profesjonalnie ,ciekawie i bezbłędnie. Wisienką na torcie jest pełen dobrego humoru tekst ,oraz  pełna  różnych emocji fabuła. 🌺 Historia jest niebanalna a uwikłani w nią bohaterowie unikatowi. Choćby dlatego ,że On jest mafiozem z Florydy ona szaloną  góralką z Nędzówki. 🌺 Maja Goclon jest inteligentną kobietą mającą swoje marzenia i pomysły na życie. Niestety ,żyje w kieracie swojego ojca i braci twardych górali. Ma robić co jej się każe być posłuszna . Niestety jest to kobieta charakterna która zaczyna przełamywać pokoleniowe schematy. A wszystko zaczyna się od przyjazdu nietypowego gościa do pensjonatu który odnowiła. Jest nim Amerykanin Michael Adams, który po dramatycznych przeżyciach potrzebuje "wczasów". Ich drogi krzyżują się i  zaczyna się zabawna ale i niespokojna w mojej  ocenie, historia dwóch zagubionych dusz. Cyt. "Każdy czło­wiek po­sia­da wła­sną skalę tra­ge­dii. Dla jed­ne­go bę­dzie to...
30
malfonsinio

Z braku laku…

Nie była zła, można zaszaleć i powiedzieć że jest przyzwoita, aczkolwiek moim zdaniem zdecydowanie niedopracowana. Sporo rzeczy nie miało sensu, wyskakiwały dosłownie znikąd, żadnego podłoża psychologicznego do zachowań bohaterów. końcówka mega naciągana. Nie wiem czy sięgnę po kolejną część.
20
Monika005

Całkiem niezła

Dobry pomysł, fajny koniec. Srodek tak maslany, wlekacy, bez akcji, bez napięcia.
20

Popularność




Copyright © 2021

Liliana Więcek

Wydawnictwo NieZwykłe

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja:

Alicja Chybińska

Korekta:

Anna Adamczyk

Edyta Giersz

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8178-763-5

Dla moich Aniołów…

W głębi leśnej tatrzańskiej otchłani

stara kapliczka stała, ma Pani.

Samotna i skryta jak krzyż na jej na ścianie

o łezkę prosiła i wysłuchanie.

Zbolałe serce się wtem pojawiło

i w pustej ścianie wzrok zawiesiło.

Bywało codziennie okryte w szlochanie,

aż biały anioł zawisł na ścianie.

Strugany uczuciem w drewnianej bieli

patrzył, czy serce się rozweseli.

Gdy duszę rozpacz i smutek dławi,

więcej aniołów się zewsząd zjawi...

Bielutkich aniołków wiele przybyło,

drewniane ściany nimi pokryło.

Słuchały z bliska, jak nadzieja mała,

patrząc, jak serce miłością pała.

Białe anioły zasmuciło skrycie,

że ciężkie ma ich serce życie.

Czarną pustką kaplicę okryło,

gdy serce się więcej nie pojawiło

Białe anioły gorycz okryła,

czarną bliznę w szatach wyryła.

Co młodym zegarem bielą się mieni – stary zegar czernią zamieni.

Rozdział 1

Zakopane, Polska

Majka

– Dzień dobry! I przepraszam za spóźnienie. Czekałam na nowych gości – usprawiedliwiłam się krótko, zajmując przy rodzinnym stole swoje miejsce pod oknem. Niedzielny obiad był świętem rodzinnym pielęgnowanym od pokoleń. Nieważne, co by się działo, wspólne niedzielne siorbanie zupy było dla ojca melodią, bez której nie można rozpocząć tygodnia. Zaczynajmy więc ucztę.

– Tako wyucono, a na zegarek popatzeć nie umie, zeby zjeść ze swoimi – skomentował zdenerwowany ojciec. Nieistotne argumenty. Zdecydował, że ten jebany kwadrans spóźnienia będzie startem do rozpoczęcia serii uszczypliwości. Za chwilę może być tylko gorzej. Na szczęście znam schemat niedzielnych obiadków. Moja reakcja mogła być tylko jedna – zlać i czekać aż wyschnie. Siedziałam oparta na drewnianym, rzeźbionym krześle, zastanawiając się, jakie tematy prócz mojego przyniesie niedzielny posiłek w towarzystwie taty, mamy, trzech braci i przyszłej bratowej. – Kryśka! Pewnaś, ze to mojo dziywka1? – Ojciec wytarł brodę z resztek, zwracając się do mamy.

A jaki kolor ma kupa i czy jesteś pewna, mamo, że to mój ojciec? Powinnam iść za ciosem i powiedzieć to na głos. Ale tatuś dziś dowcipny, aż Aneczka zachichotała. Widzę, że skupiamy się dziś tylko na mnie. Sama kiedyś rozważałam pomyłkę na oddziale noworodkowym, niestety wizualne podobieństwo jest. Wszyscy mamy jasne włosy i niebieskie oczy. Bracia są do siebie tak podobni, że różnią się jedynie wzrostem. Od najwyższego Grześka, do najniższego i najmłodszego Maćka. Zwizualizowana tendencja spadkowa jakości nasienia… Czy coś w tym stylu. W każdym razie – zapytał ją, wiedząc, że nie usłyszy złośliwej odpowiedzi. Dobra żona dla górala to darowana góralka. A dobry mąż dla góralki to obiecany góral. To jego strategiczne motto. Ułożyć dzieciom życie i zadbać o ulokowanie majątku. Nie można mu zarzucić, że nie jest dumny. Mój ojciec jest bardzo dumny. Przynajmniej z większej części swoich potomków – synów. Ma nas, gospodarstwo, cztery domy agroturystyczne, kilka koni i gromadę owiec w Zakopanem. Typowy konserwatysta z krwi i kości. Niezłomnego ducha pracy dziedziczonego z dziada pradziada, sukcesywnie chce przekazać nam – dzieciom. Ale mniejsza o mnie, chodzi o braci. Bo syn, jak to mówi ojciec, to przedłużenie życia ojca. Ja natomiast jestem jego skróceniem. Coś w typie wady produkcyjnej, która nawet nie używa gwary, a do której dawno już stracił cierpliwość.

– Tadek, jydz te zupe w spokoju – odparła mama, stawiając na stole omaszczone ziemniaki na półmisku i gulasz ledwo wyciągnięty z piekarnika. Ona też wie, że strategia milczenia wygrywa w starciu z uszczypliwością męża i takie uwagi były dla niej chlebem powszednim. Kawał życia spędzony z ojcem nauczył ją, że sprawy można załatwiać bez słów, co dla mnie było swoistym przejawem inteligencji przekazanej dzieciom. No… może nie wszystkim. Aż dziwne, że jad, który przyjmuje przez te wszystkie lata, nie odbił się na jej zdrowym wyglądzie.

– Gzesiek kces2 jesce scawiu? – Dało się słyszeć piskliwy, drażniący ucho pełen troski głos przyszłej żony dolewającej sobie hojną repetę zupy.

– Nie, nie, Anuśka. Starcy – odpowiedział Grzesiek, mój dwudziestosześcioletni braciszek, który za kilka miesięcy ożeni się z Aneczką, córką górala Stanisława, najlepszego przyjaciela ojca.

Przypadek? Oczywiście, że nie. Aneczce do Miss Polonii daleko. Do Miss powiatu jeszcze dalej. Ale to nieważne. Majątkową ustawką ojciec oddaje syna, który miał czas, by pogodzić się z losem. W końcu od dziecka mu wmawiano, że ożeni się z Anką, jak ta skończy liceum, obiecując wyprawkę od ojca w postaci dobrze zlokalizowanego pensjonatu w centrum Zakopanego – i drugiego od jej ojca. Natomiast Anka jest wpatrzona w Grześka jak w obrazek, bo lepiej nie mogła trafić. Na obrazku widzi przystojnego Janosika, do którego wzdycha niejedna śliczna turystka. A z końcem maja i ona na tym obrazku stanie. Aseksualna kontemplacja. Niższa o dwie głowy z rudawymi warkoczami opadającymi na krągłości, jakich jej w niektórych miejscach można pozazdrościć. Dobrze też, że obrazy nie mogą mówić, bo tu Aneczki przebić nie można.

– Dobre to mama nagotowała – Anka, dorównując siorbaniu przyszłego teścia, sięgała po trzecią dokładkę pierwszego dania. – U nas w doma mateńka zawse godała, ze zupe mozna jeść bez limitu.

Naprawdę, Aniu? Naprawdę? Pytałam w duchu, spoglądając na nią.

– Jydz Anka, bo z chudego zepaku… mało oleju! – Ze śmiechem komentował ojciec, ponownie wycierając resztki zupy z posiwiałej brody. – Poźrej3 na pani magister! Jako nikcemna4… Nic z tego dobrego nie bedzie… Chłopa dla niej w okolicy cięsko bedzie przekonać, zeby kości broł. Syćkie5 majontki pójdo na wymianę!

Brawo, tatku. Słabe i już wielokrotnie słyszane. Pomimo to śmiech domowników roznosił się po drewnianej jadalni. Najbardziej jednak donośnym mógł pochwalić się Szczepan – druga duma ojca. Jeśli chodzi o podobieństwo, to był jego wierną kopią charakteru. Zuchwały, pewny siebie dominat o skrajnie staroświeckich poglądach. Niemniej jednak Szczepan był bardzo przystojnym mężczyzną. A i obok Szczepana niebawem miała zasiąść wybranka Kaśka, o ironio, moja bardzo dobra koleżanka ze szkolnej ławki.

– Zakónicy6 nie momy w rodzinie, to moze to ociec7 ozwozy8! – przemówił najniższy, ale największy dowcipniś rodzinny, najmłodszy brat. – Ino9 jak Majka pociągnie za sobą do zakonu Kaśke, to casu ci zabraknie, zeby sie na jegomościa10 wyświyncować11 i Gześkowi ślubu udzielić w maju! – dodał Maciek, dławiąc się ze śmiechu zupą.

Nabijanie się z mojego odwlekania tatusiowych planów… Zniosę.

Śmiech narastał i roznosił się już nie tylko po jadalni, ale też po całym domu. Najmniej subtelna była Anka, bo poczerwieniała, trzymając śmiech między ziemniakami a gulaszem w zamkniętych ustach. Odcień twarzy wpasowywał się w kolor jej włosów. Nawet nie reagowałam. Patrzyłam, słuchałam, obserwowałam i nie zdążyłam nałożyć sobie zupy. Utrzymywali swój poziom. Jedyne, do czego nie mogłabym przywyknąć, to to, by którakolwiek z wybranek ojca dla swoich synów, zaskarbiała sobie względy przyszłego teścia moim kosztem.

– Smacznego – powiedziałam krótko, powielając oszczędność słów matki. Wyglądało na to, że rodząc bandę Rumcajsów, cały pokład matczynego spokoju i cierpliwości zarezerwowany był tylko dla mnie.

Śmiech Szczepana nie ustawał. Odbiło mu.

Jak ktoś taki mógł urodzić się w tym samym roku co ja? Ewidentnie w tamtym czasie ojciec chciał sobie odbić jak najszybciej pokrzyżowane plany na drugiego syna. Biedna mama, musiała jeszcze w grudniu wydać na świat tego pajaca?

W końcu nałożyłam sobie zupy, po czym kątem oka dostrzegłam intensywną czerwień na twarzy bratowej, co oznaczało, że nadal toczy wojnę ze śmiechem odnośnie do mojej wizji w zakonie.

Co tak rżysz… To na twoim łbie idealnie leżałby kornet.

– Aniu, ale ty poczerwieniałaś ze złości. Nie bój się, nie zjem całej zupy… – Jeden ciąg słów wyciszył ich wesołe śmiechy przy stole. Na bladej z natury twarzy Anki, purpura zastąpiła czerwień. Tylko Maciek nie krył śmiechu, nie zważając na upokorzoną przy rodzinnym stole Annę.

– A zebyś sie zakztusiła swoim jadem, źmijo jedna! – odezwał się „Grzenosik” w obronie przyszłej żony. Gdyby miał siekierkę, pewnie rzuciłby nią we mnie. W końcu to tak, jakby obrażać jego samego. Nie przejęłam się tą uwagą. Odrzuciłam na plecy długie włosy i spokojnie zaczęłam jeść pierwsze danie. Sami się o to prosili. Trzeba odrobinę cenić swoją wartość.

Wystarczy, że ojciec jej nie dostrzegał. Bolało go nawet to, że chciałam się uczyć i iść na studia, których też był przeciwnikiem. Twierdził, że to zbędny trud, i należało się zająć konkretną pracą, którą mi zlecił. Zamiast marnować czas na naukę, lepiej wyjść za kandydata, który już istniał. Rodzić własnych Rumcajsów i budować swoje zakopiańskie imperium jak dziadkowie, ojciec i bracia. Niełatwo mu jednak z córką stawiającą opór. Ojciec kochał swoje pochodzenie i kulturę, w jakiej się urodził. Wiernie w niej trwał, a moja inność w jego mniemaniu, była nie do przyjęcia. Tu nie miałam taryfy ulgowej. Jedno mu jednak wyszło – zakorzenił we mnie szacunek. Magiczna bariera nie pozwalała mi obrazić rodzica. Przejawy wczesnego buntu leczyło się mało psychologicznym podejściem i nie miało to żadnego związku z dzisiejszym bezstresowym wychowaniem. Ale działało. Do dziś czuję gorzki posmak skórzanego paska, kiedy to w wieku ośmiu lat na ognisku zaczęłam bronić matki przyjmującej złośliwe uwagi ojca. Wtedy w obecności jego przyjaciół, powiedziałam mu, że jest niewiele mądrzejszy od baranów, które pasie. Rzecz jasna, wywołało to śmiech, bo większość odebrała to jako niewinny żart dziecka, lecz ojciec uznał, że poniżyłam go celowo. Albo po prostu trafiłam w punkt. Złoił mi skórę przy wszystkich.

– No dobra, juz dobra. Nie pocynojcie12 znowu. Niedziela jest. Dejcie jesce pozyć – uspokajała matka, stawiając na stole strudla z jabłkami. Na tym etapie życia ograniczała się do popuszczania liny wysokiego napięcia.

– Maju, jedz, dziecko. – Postawiła przede mną miskę z ugotowaną kaszą. Wiedziała, że zdecydowanie wolę kaszę od ziemniaków. To dzięki mamie, ojciec zgodził się opłacać mój pobyt w Krakowie na czas nauki. Można uznać, że to ona przekonała go, że to sposób na zarobek. Moja nauka języków była przydatna w branży turystycznej, a on nie musiał zatrudniać obcych ludzi.

– Musimy zaklepać pewne sprawy – odezwał się ponownie ojciec. – Gzechu jest koniec stycnia i twojo zyniacka13 bedzie wielgim mojem14… Dlatego teroz postanowiłem dzielbe15… Napoprzodku16, odpise17 wam po ślubie pensjonat Skałka na Gubałówce. Bedzie spólnikować18 z Kamykiem od ojca Anuśki, Stanisława. Następno sprawa. Teroz robie zamiane… Scepana mieniam z Majką. Od terajsa19 pod opiekę biezes Okonia na Krupówkach. Jak ozenis się z Kaśką, to dostaniecie go na włościzne20. Majka… Idzies do Jagody w Nędzówce – powiedział, dając mi przydział w postaci zaniedbanego przez Szczepana, kosztem wypasu baranów, pensjonatu w Kościelisku, którego jedynym plusem było zacisze, mała stadnina i bliska obecność lasu.

– Ale tato! – rozpoczęłam próbę sprzeciwu. – Przecież dzięki mnie Okoń ma się jak nigdy dotąd! – skomentowałam odważnym tonem.

Faktem było, że sprzedał mi niewidzialnego liścia. Niesprawiedliwa decyzja zmusiła mnie do próby negocjacji. Poświęciłam mnóstwo czasu na reklamę, wystrój i organizację tamtego miejsca.

– Je21! Jak dzięki tobie moje stryśki22 zacną beceć po anglicku23… to wte24 wrócis do Okonia! Godom to psy świadkach… Jakoby ci się jednak udało… to i ja dotzymam słowa! – oświadczył ojciec.

Finezja humoru, pomyślałam, zaciskając usta ze złości. Wiedziałam, że to było celowe zagranie. Nagradzał tych, którzy robią tak, jak on chce. Szczepanowi oczka rozbłysły z zachwytu nad zamianą.

– Maciek. Ty dalej ostajes25 na Gubałówce w Białym Niedźwiedziu. A jak się pozenicie i… – przerwał, spoglądając na mnie. – Dostaniecie to, co wypracujecie. Psydzie na to cas. A teroz, jak macie jakieś pytania, to pytojcie, a jak ni ma, to pójde na spocynek. – Rozejrzał się po rozradowanych twarzach synów i wspaniałej synowej.

Nie mogłam nadto pokazywać poirytowania. Ucieszyłby się, widząc, że jednak ma na mnie jakiś wpływ. Nie dostrzegając i nie słysząc sprzeciwu, wstał i wyszedł z jadalni. Udał się do salonu, by tradycyjnie po posiłku zanurzyć się w wyleżanej, skórzanej kanapie. Matka poczuła większą swobodę po jego wyjściu. Pozbierała talerze, po czym usiadła przy stole, nalewając sobie herbaty do kubka.

– Szczepan, myślę, że nie będę ci musiała tłumaczyć wszystkiego odnośnie do pracy w nowym pensjonacie, tak? Patrząc na to, co się dzieje w Jagodzie… Albo co się nie dzieje… – Również poczułam więcej swobody bez obecności ojca.

Szczepan szczerzył się, jakby dostał paraliżu twarzy. Uśmiech miał jak zwykle wprost bezczelny. Od dziecka potrafił tylko podstawiać nogę i bez współczucia patrzeć, która część mojego ciała najbardziej ucierpiała.

– Boculo26… ja se poradze… Gozyj z tobą… Bo na koncie Jagody byle jako jest – oświadczył.

Nie wątpię. Widząc zuchwałą radość brata, stwierdziłam, że już nic nie będę mówiła.

Pensjonaty miały odrębne konta bankowe. To od gospodarza mieszkającego na miejscu zależało, jakie były zarobki. Od zarobków zaś dostawaliśmy dwadzieścia procent. Okońprzynosił największe zyski spośród czterech pensjonatów, co sprawiło, że przez ostatni rok dobrze zarabiałam. Nie tylko dlatego odwlekałam zmianę zajęcia, ale również przez świadomość, że kiedyś pensjonat stanie się moją własnością. Teraz niezrozumiała decyzja ojca zmuszała mnie do zaczynania wszystkiego od zera. A Rumcajs – Szczepan miał wszystko podane na złotej tacy. Jedyne, czego mu brakowało, to chęci do wzięcia się za robotę.

Rozporządzenie majątkowe nie zdziwiło nikogo poza mną. Maciek się w ogóle tym nie przejął. Może dlatego, że to nie jego dotyczyła zmiana, a może przez to, że miał jeszcze czas na poważne myślenie. Grzesiek miał identyczne poglądy jak ojciec i ślub na głowie. Nikt nie zwrócił uwagi na moją krzywdę. Jedynie jasnoniebieskie spojrzenie Anki mówiło: „Dobrze ci, suko”.

– No, bratowie! Moze zakropimy mały sukces piwem w karcmie? – zaproponował Grzesiek.

– Ba! Jasne – odpowiedział chętnie Szczepan, szczerząc wszystkie zęby. – Maciek, idzies z nami?

– A stawias? – zapytał Maciek.

– No taka okazja ino roz w zyciu sie trafia! – Roześmiał się, patrząc na mnie. – Moze i ty pódzies durknońć27 z nami? Tobie tez postawię! – Do śmiechu dołączyli wszyscy bracia i Aneczka. Jedynie matka nadal ignorowała cudowną niedzielną atmosferę, przeglądając piątkowe wydanie „Tygodnika Tatrzańskiego”.

– Postaw Ani za mnie. Ona na pewno nie odmówi… Prawda, Aniu? – zwróciłam się do niej.

Dało się wyczuć, że chłopaki nie nastawili się na wyjście w towarzystwie jakiejkolwiek damy. Zauważyłam, że Anka wyraźnie miała zamiar zostać z przyszłą teściową. Mało jej było lizania ojcowskiej dupy, miała niekończący się apetyt na więcej. Spojrzałam na nią jak rzeźnik na prosię… i jednak poczuła, że nie będzie jej dobrze w moim towarzystwie, bo podbiegła do wieszaka, łapiąc za swój w chuj stylowy kożuszek.

– Ide z wami. – Szybciutko zakładała garderobę, nie zważając na zanikający śmiech chłopaków. Zdążyłam złośliwie puścić oczko Szczepanowi, któremu wyraźnie zepsułam wyjście.

– Siostzycko droga. Kiedy pakujes swoje manatki? – zapytał podle Szczepan.

Nim zdążysz wytrzeźwieć, gnojku. Szkoda, że pewnych rzeczy nie mogłam powiedzieć na głos.

– Jutro o czternastej będę czekać w Okoniu z kluczami! – krzyknęłam za nim. – Może nie zaśpisz… – dodałam już tylko do siebie, spoglądając na zamknięte drzwi.

***

– Mamo, słyszysz tę ciszę? – rozpoczęłam swobodny dialog, a ona uśmiechnęła się łagodnie, odkładając gazetę. – O co w tym wszystkim chodzi? Ojciec chce mnie odciąć od pieniędzy? Pozbawić tego, na co ciężko zapracowałam? Powiedz mi, proszę… Bo nie ogarniam – zasypałam matkę pytaniami i w geście bezsilności położyłam ręce na stole.

Jeśli w tym domu można było zadać komuś pytanie bez konsekwencji, to właśnie jej. Nawet gdy nie miała większego wpływu na decyzje ojca, to mogła mi wiele wyjaśnić.

– Wies, jaki on jest. Próbowałam mu odradzać. Nawet strasyłam, ze jak ci odbieze ten pensjonat, to mozes opuścić Zakopane, wyjechać i wtej28 bedzie musioł płacić komuś obcemu za doglądanie. Spominałam29, ze Scepan nie ma drygu do takiej roboty. Nie pomogło. On jest sparty30, dziecko. – Pociągnęła łyk herbaty, bacznie mnie obserwując. – Mas potensjał cy jak to tam nazywajo… Ostaniesz tu, prawda? – dodała, czekając na jakikolwiek sygnał z mojej strony.

– Mamo, tak jak mówisz… Ja nie wiem, czy w ogóle się za to zabierać. Czy nie lepiej się spakować i wyjechać stąd do Warszawy, Krakowa, czy Wrocławia. Gdziekolwiek znaleźć pracę nauczyciela czy tłumacza i nie patrzeć na ten cały cyrk… Zrobić ci kawę? – zaproponowałam, czując, jak opuszczała mnie energia.

– Nie. Zrób ino sobie – odparła, kierując się za mną do kuchni i opierając swoją spracowaną dłoń na moim ramieniu. – Przecies wies, ze nie wyjedzies… A wies cemu31? – Zaprzeczyłam ruchem głowy w odpowiedzi. – Bo ty nie chadzas na skróty i pijes kawę sypaną… Bez mlyka. – Zaśmiała się, co było u niej rzadkością w obecności reszty rodziny.

– I dlatego uważasz, że podniosę z kolan pensjonat, który leży na zadupiu, a jedynymi klientami są osoby z ograniczonym budżetem, studenci lub ci, którzy nie mogą znaleźć noclegu w mieście, bo wyjechali na spontaniczny wypad w góry?

– Ano tak uwazam. Twoja babka, a moja matka, byłaby z ciebie dumna, gdybyś pzywróciła dawny blask jej domu – przypomniała mi o przekochanej babci Jagodzie, u której spędziłam połowę dzieciństwa.

Serce zmiękło mi całkowicie. Babcia Jagoda zmarła w wakacje siedem lat wcześniej, tuż przed rozpoczęciem mojego pierwszego roku akademickiego. Do samego końca wspierała mnie w decyzjach i wręcz namawiała na naukę, mimo iż sama skończyła zaledwie kilka klas. Zresztą, to były ciężkie czasy. Wspominała mi o zamążpójściu mojej mamy, które było dyktowane interesami ojców. W życiu tych dwóch bliskich dla mnie kobiet uczucia nigdy nie grały pierwszych skrzypiec. Zarówno małżeństwo Jagody, jak i jej córki Krystyny, były beznamiętnymi pozorami. Myślę, że świadomie kierowała mną w przeciwną stronę niż majątki i wola ojca, bo sama wiele przeszła. Poza tym nie przepadała za zięciem Tadeuszem. Zdążyła we mnie zaszczepić wolę ducha walki o swoją wolność. Gdy jej się to udało i prawie zaczęłam studia, odeszła. Jej śmierć przyniosła ulgę ojcu, bo przestała mącić mi w głowie. Wtedy już nic nie stało na przeszkodzie, by urządzić Szczepanowi pensjonacik z jej domu. Tak na dobry start.

– Masz rację, mamo. Zrobię to dla babci – odpowiedziałam, jednocześnie podejmując decyzję. Każdy łyk parzonej kawy rozgrzewał we mnie natchnienie do pierwszych kroków w kierunku rozwoju Jagody. – Tylko wiesz… pensjonat wymaga wkładu, którego, jak już wiemy od jej gospodarza… Nie ma.

– Moze cosik na to zaradzimy. Pomówie z ojcem, a zeby dudki32 zgromadzone pzez ciebie w Okoniupzekazał na renowację Jagody. Scepan i tak bedzie mioł duzo więkse zyski, bo ma rezerwacje na kiela33 miesięcy do pzodu – zasugerowała, a entuzjastyczna perspektywa utarcia nosa bratu, poprzez zabranie pieniędzy z tamtego miejsca, napełniła mnie częściową satysfakcją.

– A jeśli się nie zgodzi?

– Zgodzę sie – burknął niespodziewanie ojciec zza moich pleców. Nie słyszałam jego kroków, więc szansa, że się skradał, chcąc podsłuchać naszą rozmowę, była ogromna. – Ino jak kces wiedzieć cemu, to ni ma o cym godać. – Potarł brodę, odwrócił się i wyszedł. Szczerze, to pewnie nie chciało mu się nawet na mnie patrzeć.

Dyplomacja klasy średniej.

– Myślę, mamo, że nie ma co tego odwlekać. Im szybciej zacznę działać, tym szybciej doprowadzę Jagodę do porządku. Pojadę do Okonia, spakuję swoje rzeczy, a jutro wymienię się kluczami ze Szczepanem – poinformowałam o swoich pierwszych planowanych poczynaniach. Szczepan właśnie przepijał swoje ostatnie oszczędności. Ależ się zdziwi. Nie miałam zamiaru go uprzedzać. – Do zobaczenia za tydzień – powiedziałam, całując policzek mamy na pożegnanie.

Nałożyłam swoją szarą puchową kurtkę, czapkęzpuszystym pomponem i owinęłam szyję masywnym, wełnianym szalem, wydzierganym jeszcze przez babcię. To była jedna z tych rzeczy, których nie mogłam się pozbyć. Czułabym się, jakbym wyrzucała wspomnienia do kosza.

– Do zobacenia – odpowiedziała, obdarzając mnie jedynie oszczędnym uśmiechem na pożegnanie. Świadomość, że Tadeusz nastawia uszu niczym polujący drapieżnik, nie pozwoliła jej na nic więcej.

***

Dwadzieścia minut później przekroczyłam próg Okonia i nie ściągając ubrań, złapałam za komórkę i wybrałam numer Kaśki. Jej rodzinny pensjonat znajdował się kilka minut od Okonia więc szansa, że nie odmówi wizyty, była ogromna.

– Cześć, pipo! Jak obiadek u tatuśka? – Odebrała telefon w pół sygnału. Jej luźne powitanie było identyczne z jej podejściem do życia. To poprawiało humor.

– No hej, kozo. Wpadniesz za chwilę? Mam półsłodkie, jak lubisz – zaproponowałam, zarzucając przynętę.

– Nie musisz mnie namawiać. Zaraz jeeesteeem – śpiewająco skończyła rozmowę.

Następnie wybrałam numer do kolejnej, najbliższej mojemu sercu przyjaciółki z byłej klasy, Renaty.

– Hej, Renia, jesteś w domu?

– Hej, Majcia. Nie. Nie ma mnie. Jesteśmy u kuzynki Kamila. Pewnie wrócę… późno. Stało się coś? – zapytała podejrzliwie.

To była jedyna osoba, jaka niemalże czytała z tonu mojego głosu. Nie tylko z tonu, ale również z niewłaściwego, w jej odczuciu, spojrzenia. Niczym wąż dostrzegający skoki temperatury ciała ofiary w postaci zmiany kolorów. Szczera do bólu, obrotna, racjonalna i w dobrowolnym związku z Kamilem. W temacie partnera rodzice dali jej pełną swobodę. A dali, bo oni sami byli przyjezdni. Przybyli z miejskiego gąszczu, dwadzieścia pięć lat temu, kupując jednorodzinny dom w Zakopanem. Uwili swoje gniazdko, zakładając rodzinę, więc i ich poglądy były inne. Nie to, co u mnie. Stosunek mojego ojca był pełen niechęci do osoby Renaty, kiedy ta jako dziecko przychodziła do mnie w odwiedziny. Było to niezręcznie widoczne nie tylko dla niej, ale też dla mnie. Czułam wstyd za jego zachowanie, więc z czasem widywałyśmy się tylko w jej domu.

– Właściwie… Ojciec znów coś odjebał, ale to nie na telefon.

– Dobrze się składa, bo… też mam dla ciebie nowinę – powiedziała to z nutą przybicia w głosie. – To, co? Widzimy się w Okoniu czy u mnie? – zapytała czysto formalnie.

– Może być wieczorem w Jagodzie? – zaproponowałam.

– W Jagodzie?

– No zdaje się, że teraz tam mnie zastaniesz…

– Dobra, w Jagodzie o osiemnastej. Do jutra, kochana.

– Pa.

Ledwo co dotknęłam symbolu rozłączenia, w drzwiach stanęła Kaśka. Nieokiełznana kumpela i przyszła szwagierka. Szczerzyła swoje śliczne białe zęby, wyeksponowane na tle ciemniejszej karnacji (z zamiłowania do solarium), jedwabistego czarnego kuca i brązowych oczu. Generalnie śliczna dziewczyna, dbająca o swoje ciało. Można powiedzieć, że ojcowie dobrali ich w bardzo atrakcyjną fizycznie parę. Jeśli chodzi o charaktery… Cóż. I jedno, i drugie ma wiele do powiedzenia, a Kaśkę wyraźnie to pociągało. Lubiła typowych dominatów, choć jej samej nie dałoby się do końca ujarzmić. Chyba że… miało się wygląd i pieniądze.

– Ja pierdziele, Majkaaaa…! Co za dzień… Nie ma to jak rodzinka z trójką nadpobudliwych dzieciaków… Mimo że rano wyjechali, to do tej pory dzwoni mi w uszach od ich wrzasków! Przysięgam, że nie mam za grosz cierpliwości do bachorów! Z ulgą ich żegnałam! A w pokoju co zostawili?! Płatki kukurydziane, dropsy, czekolada… Były dosłownie wszędzie! Nienawidzę dzieci! Ej, piczko… Myślisz, że Szczepanowi zależy na dzieciach? Bo jeśli tak, to muszę kombinować z tajną antykoncepcją… – Jej lekkość przechodzenia z tematu na temat była dopracowana do perfekcji. Była jak rozregulowany karabin maszynowy.

– Szczepanowi to zależy na wielu rzeczach – skwitowałam. – Wybierz wino z gospodarczego, ja skoczę po korkociąg. – Pobiegłam do kuchni, by kilka minut później, siedzieć już wygodnie w dziennym pokoju pensjonatu, znajdującym się tuż obok recepcji. Podała mi kieliszek z wybranym przez siebie półsłodkim białym winem.

– No to, co świętujemy? – zapytała bez spięcia. Rozwaliła się na musztardowym uszaku jak wiejsko-miejska zdzira z lampką wina.

– Świętuje to twój porąbany przyszły mężuś ze swoimi braćmi i Anką w karczmie. Dostał Okonia.

– Że co?! – Zrobiła oczy jak pięć złotych.

– A to, co słyszysz… Tatuś zrobił zamianę. Odsyła mnie do Jagody… Szczepan będzie kierował Okoniem.

– No niezły kocioł… Był pikantny obiad doprawiony kłótnią? – dopytywała.

– Kłótnia z ojcem? Co ty... Jak zwykle zajebiście zepsuty pozór miłego, rodzinnego obiadu. Docinki uwieńczone deserem pod chmurką ogłoszeń parafialnych ojca. O co mam się kłócić?! Przecież formalnie pensjonat należy do niego i może z nim robić co zechce. A że oddał go gamoniowi najmniej przystosowanemu do takich rzeczy, to…

– Ejjjj! – przerwała mi. – Mówisz o moim przyszłym mężu… Nie psuj mi smaku tego ciastka… – Roześmiała się w głos, wiedząc, o czym tak naprawdę mówiłam. Znała mnie i moją rodzinę od dziecka. Wiedziała, że Szczepan ma zgrabną dupę i niebrzydką twarz, ale głowa, w której jest osadzona, nie nadawała się do prowadzenia pensjonatu. – A Szczepan jak na to zareagował?

– Jak to Szczepan… Darowanemu koniowi się w zęby nie patrzy. Zabrał ekipę i poszedł świętować.

– Niefajna sytuacja. A już na pewno niewiele ma wspólnego ze sprawiedliwością. Zapracowałaś na to. Jeśli chcesz, porozmawiam z nim… – zaoferowała swoją pomoc.

– Co to, to nie! Będzie miał jeszcze większą satysfakcję z tego, że to mnie ubodło i nasyłam ciebie w geście desperacji. Jakoś sobie poradzę. Może i mnie zacisze dobrze zrobi. – Odstawiłam pusty kieliszek.

– Gdybym nie czuła do niego czegoś w rodzaju pociągu… Skopałabym mu to harnaśkie dupsko! Póki co… jego kołek może mi się jeszcze przydać… – wyszeptała ostatnie zdanie, wywlekając swoje fantazje.

– Fuuuj! – skomentowałam, nie mając zamiaru słuchać o bratnich kołkach. – Pomogłabym ci w skopaniu… Bo reszta mnie naprawdę nie obchodzi! – Wygięłam usta w grymasie obrzydzenia, stawiając wyraźną granicę w tym temacie.

Wino rozluźniło atmosferę i zeszłyśmy na przyjemniejszy temat kolorystycznej reakcji twarzy Anki w pakiecie z jej zachowaniem. To ostatnio nie schodziło z czołówki naszej paplaniny. Anka zabiegała nie tylko o względy przyszłych teściów, ale też o uwagę Kaśki, chcąc nawiązać nić porozumienia chociaż z jedną damską cząstką w przyszłej rodzinie. Kaśka zaś potrzebowała jej jedynie do pozyskiwania rodzinnych informacji.

***

Zgodnie z planem poranek upłynął mi na pakowaniu prywatnych rzeczy. Przez prawie dwa lata nagromadziło się ich sporo w moim kierowniczym pokoju, ale były to przede wszystkim książki, albumy i ubrania. Nie chciałam odwlekać i tak nieuniknionej chwili. Żal było mi rozstawać się z tym miejscem, dopracowanym w każdym najdrobniejszym szczególe. Gdyby nie moje zamiłowanie i łatwość w nauce języków, na drugiej pozycji z całą pewnością znalazłoby się projektowanie wnętrz. Lubię połączenie góralskiego klimatu z odrobiną nowoczesnego luksusu. Jeszcze przed generalnym remontem tego pensjonatu i wprowadzeniem udogodnień, takich jak wanny z hydromasażem w każdym pokoju i apartamencie, wszystkie meble czy dodatki w postaci obrazków, figurek i kwiatków były osobiście przeze mnie dobierane do miejsca, w którym miały się znaleźć. Drewniane elementy, najpierw projektowałam własnym rysunkiem, a potem zamawiałam u lokalnych rzemieślników, co nadawało tym rzeczom niepowtarzalności i dopracowania. Normalnym jest, że za każdą zakupioną rzeczą stała walka o klienta tego miejsca, nie miałam zamiaru ich zabierać. Nie pasowałyby do nowej przestrzeni. Wiedziałam jedno – Jagoda musi przypominać przytulny dom. Tak jak kiedyś, gdy żyła babulka. Nie opuszczała mnie też nadzieja ściśle związana z Renatą. Nikt inny, tylko ona może mi pomóc w planie realizacji remontu. Od zawsze miała dryg do organizowania etapów pracy – czegokolwiek by nie dotyczyły. Spakowałam rzeczy ze swojego pokoju i zasiadłam do komputera, logując się na konto bankowe Okonia. Przetransferowałam dwieście tysięcy na konto Jagody.

– Klik i gotowe – potwierdziłam sama do siebie z pełną satysfakcją w głosie.

Przekazałam zmiany Ukrainkom pracującym w Okoniu, Oldze i Tani – matce i córce. Pracowały od rana na kuchni, przygotowując śniadanie, po czym sprzątały pokoje gości. Były bardzo pracowite i uczciwe, co w szczególności wpływało na mój stosunek do nich. Miały dobrze płatną pracę i pracowniczy pokoik. Warto doceniać czyjś wysiłek i zaangażowanie. Na tym etapie nie mogłam ich zabrać ze sobą, to mogłoby rozjuszyć ojca i brata, którzy z całą pewnością wytknęliby mi rzucanie kłód pod nogi. Spowodowałoby to kolejne konflikty. Poza tym pieniędzy nie było na tyle, by opłacić pracowników w Jagodzie. Możliwości utworzenia dla nich stanowisk po prostu tam nie było. Nie chcąc zakłócać dość pracowitej pory, krótko powiedziałam im kilka słów na temat nadchodzących zmian i zapewniłam, że z ich etatami nic nie powinno się zmienić.

Zaniosłam pudła i walizki do pojemnego bagażnika swojego starego BMW. Dochodziła umówiona czternasta i czułam, że zbliża się nieubłagalna chwila rozłąki ze swoim okoniowym dzieckiem. Wystarczyły dwa lata, bym zdążyła się przywiązać do tego miejsca. Dreptałam po recepcji, ciągle poprawiając równo już leżący długopis na rejestrze gości. Spojrzałam na gablotkę, w której wisiały tylko zapasy kluczy zajętych pokoi.

– Dzień dobry! – usłyszałam radosny kobiecy głos.

Uśmiechnięta parka nowożeńców schodziła po schodach, z taką lekkością, jaką ponoć odczuwa się po… seksie – śnie – seksie – śniadaniu – seksie – prysznicu i seksie. Wyruszali na zimowy spacer po Zakopanem, będący kolejną przerwą… w seksie.

A skąd to wiem? Odrobinę hałasują…

– Dzień dobry – odpowiedziałam, przyklejając do twarzy uśmiech pełen profesjonalizmu. – Dobrze państwo spali? – dodałam do tonu trochę troski. Tego właśnie oczekiwali – TROSKI o ich świeży stan cywilny. Pytań o wygodny materac, temperaturę wody czy dodatkowy ręcznik. Wiedziałam o tym. Ewentualne potrzeby czytałam z ich twarzy. Czego nie doczytałam, to dopytałam. To dawało pewność, że moje miejsce wpisze się w ich listę pobytu na przyszłość.

– Rewelacyjnie – odparła młoda żona. – A ta wanna z masażem! A ten widok z wanny! – komplementowała zachwycona udogodnieniami.

Bo rzeczywiście, dla takich par jak ta, zakochanych i młodych, były specjalne pokoje ze specjalnymi widokami, jak ten z ich wanny wychodzący na Giewont.

– Bardzo się cieszę, że się państwu podoba. Proszę korzystać z pogody, bo dziś jest wyjątkowo piękna. Miłego dnia – powiedziałam, szczerząc zęby i modląc się w duchu, by już wyszli. Udawanie dobrego nastroju kosztowało mnie zbyt wiele energii, a nie chciałam zarazić ich swoim wzbierającym podłym humorem.

– Dziękujemy! I wzajemnie! – mówiąc to, wyszli.

– A no będzie na pewno miły… – mruknęłam pod nosem, przyłapując się ponownie na mówieniu do siebie.

***

Stałam nadal i patrzyłam na frontowy podjazd, wypatrując srebrnej toyoty brata.

Jak zwykle punktualny. Dochodziła piętnasta trzydzieści i przywiózł go Maciek. Wyraźnie skacowany nowy włodarz przybył. Możliwe, że nie skacowany. Bardzo prawdopodobne, że jeszcze pijany. Ten widok nie napawał mnie optymizmem, a jeszcze bardziej przygnębił.

– Gnojek… – wymamrotałam do siebie, widząc go w takim stanie.

– Do mnie coś pani mówiła? – usłyszałam głos Olgi za moimi plecami.

Schodziła po schodach, taszcząc brudną pościel w workach.

– A nie kochana… Prezes przyjechał. – Skinęłam głową w stronę okna, nasycając głos ironią. Ta wyczuwalna była we wszystkich językach. Te dziewczyny świetnie porozumiewały się po polsku, a Tania nawet po angielsku.

Drzwi otworzyły się na oścież, wpuszczając do wnętrza holu mroźne powietrze… I parującą woń alkoholu.

– Zdrastwujte! – krzyknął, witając się w języku Olgi.

Jebany lingwista, pomyślałam.

– Ceść siostzycko! – krzyknął i rozłożył ręce do uścisku, na co odsunęłam się do tyłu.

– Klucze… – powiedziałam krótko, wyciągając po nie rękę.

– Co?! Jakie kluce? – drażnił się z szelmowskim uśmiechem na twarzy.

– Daj klucze.

Stworzyłam bardziej rozbudowane zdanie dla tego kretyna. Nie chciałam, by którykolwiek z gości był świadkiem niekontrolowanego rozwoju sytuacji. Nie miałam zamiaru prowadzić z nim dyskusji w jego stanie, a tym bardziej przekazywać decyzji ojca odnośnie do środków, których nie było już na koncie Okonia. Zakołysał radośnie ciałem. Wyciągnął pęczek kluczy z kieszeni i zadyndał nimi przed moją twarzą. Przechwyciłam je jednym ruchem ręki. Nie mogłam dać się wciągnąć w zabawę: „Wyciągnij banknot z majtek striptizerki”.

– Maciek… Byłoby dobrze, gdybyś tu został do czasu, aż nie odzyska świadomości. – Zwróciłam się do trzeźwego brata.

– Zara tu przydzie Anka popilnować. Pzynajmniej tak sie wcoraj ugodali – odparł Maciek.

Pięknie. Jeszcze tej tu nie było. Bo faktycznie nie było. Odkąd tu jestem, Anka ani razu nie ośmieliła się przyjechać nawet z ciekawości, a już nie mówiąc o jakiejkolwiek sprawie do mnie.

– Halo! Halo! Paniusio siostrusio! – zwrócił się do mnie Szczepan. – Karta i loginy do konta – upomniał się, odzyskując świadomość do interesów i wręczył mi lekką kopertę z loginami, hasłami i kartą do konta Jagody.

– Wszystko jest pod kluczem w metalowej szafie w moim… Twoim pokoju – poprawiłam się. – Ale klucze zostawię u rodziców i zdam relację, jak wyglądał twój pierwszy dzień w nowym miejscu pracy.

– A kces mnie nawodzić na diabły34?! – wrzasnął Szczepan i wystartował w moim kierunku, chcąc mi wyrwać wspomniane klucze.

Maciek złapał go za ramię, stopując agresję.

– Pockaj35. Daj mnie… Obiecuje, ze dam mu… po dzemce – poprosił Maciek.

Pewnie popierdasie36, ratuj bratnią dupę Szczepanowi. Sam nie jesteś lepszy.

– Masz! Róbcie, co chcecie – odparłam zrezygnowana, przekazując kluczyki.

Wyszłam szybko, zamykając za sobą drzwi. Przystanęłam na najwyższym granitowym stopniu, odwrócona plecami do częściowo przeszklonych dębowych drzwi wejściowych, trzymając w dłoni kopertę z nowym kontem. I nowym etapem. Zamknęłam oczy, pozwalając przez chwilę promieniom słońca rozweselić swoje przybite oblicze. Jeden mroźny wdech i ruszyłam w stronę auta.

***

Droga do Nędzówki zdawała mi się długa. Mimo że było to niespełna siedem kilometrów krótszą trasą, to ciągle sypiący śnieg nie ułatwiał jazdy. Skręciłam na mostek i wjechałam pod lekką górkę na odśnieżony i wyłożony kamieniem podjazd. Zgasiłam silnik, nadal siedząc we wnętrzu nagrzanego samochodu. Spoglądałam na zaniedbany budynek położony w cichym i leśnym zakątku Kościeliska, u wrót jednej z najpiękniejszych tatrzańskich dolin – Doliny Kościeliskiej. Pensjonat był wykonany tradycyjnie z bali – aż wołających o zaimpregnowanie. Budynek miał stromy długi dach, a dół był wykończony kamieniem łupanym. Na pierwszy rzut oka zdawał się być mniejszy od Okonia, lecz metrażowo były podobne. Ten miał zagospodarowany poziom minus jeden, czego nie było w Okoniu. Pensjonat babci był dwupiętrowy, natomiast w Okoniu były trzy piętra. Do wnętrza prowadziły cztery szerokie schodki z surowego kamienia i przynajmniej te nie wymagały uzupełnienia czy naprawy. W mniemaniu górali, surowy łupek z mieszanką betonu był połączeniem wiecznym. Niemniej odświeżenie by im nie zaszkodziło. To był jednak plan drugorzędny. Sama myśl, że to kiedyś był dom babci, a dzięki wnukowi popadł w swoistą ruinę, dodawała mi odrobinę motywacji do działania. Uśmiechnęłam się na wspomnienie nieistniejącej już ławeczki na zadaszonym tarasie, tuż obok frontowego wejścia, kiedy to w wakacyjnym czasie siedziałam przytulona do babci, słuchając opowieści o jej młodości. Zajadałyśmy się beztrosko drożdżowymi pampuchami z leśnymi jagodami, popijając wszystko ciepłym mlekiem.

Ławeczka też będzie, planowałam pod nosem.

Ze wspomnień wyrwało mnie radosne pukanie do szyby. Nawet nie zauważyłam, kiedy obok mojego, zaparkował samochód rodziców Renaty. Otworzyłam drzwi i wpadłam w jej objęcia.

– Chodź! Jeśli będzie z czego… To zrobię ci coś do picia – zaproponowałam, wymachując kluczami do drzwi Jagody. Pociągnęłam ją za rękę w kierunku schodów. Prawie weszłyśmy do środka, otwierając drzwi, i pierwsze, co w nas uderzyło, to zapach niewietrzonego pomieszczenia.

– Dobry wiecór! Dobry wiecór! Pani Maju! Dobra jest! Telem ze37 skońcył! – krzyczał pan Zenek z podjazdu.

Chudy pijus z wąsem koło sześćdziesiątki. Opiekował się stajnią, a raczej trzema końmi, jakie w niej zostały. Kiedyś było ich więcej, ale by płacić rachunki, utrzymać dryfujący pensjonat i siebie, Szczepan wyprzedawał jednego po drugim za cichym przyzwoleniem ojca, który widocznie doszedł do wniosku, że jeśli mają paść z głodu, to lepiej je sprzedać. A szkoda, bo warunki do hodowli były tylko w tym miejscu ze względu na spory ogrodzony teren łąk za stajnią i stodołą.

Zenek nie tylko opiekował się stajnią. Odśnieżał, woził drewno, zimą palił w piecu i generalnie za butelkę domowego bimbru, jaką regularnie płacił mu Szczepan, zabawiał także swoimi tatrzańskimi opowieściami nielicznych przyjezdnych.

– Do jutra, panie Zenku! – pożegnałam się, z wdzięcznością machając ręką.

– Dobra jest! – krzyknął, odwzajemniając pożegnanie.

– Że on jeszcze jest w stanie chodzić – zdumiała się Renia, widząc chwiejny krok odchodzącego mężczyzny.

– Gdyby nie procenty… On nie byłby w stanie chodzić – wyjaśniłam przyjaciółce, prowadząc ją do czegoś, co mój brat nazywał recepcją.

Zamknięty pokoik tuż przy wejściu trącił zapachem porannego kaca. Bardziej kojarzył się z budką stróżującego pracownika ochrony niż z recepcją tatrzańskiego pensjonatu. Gdy przyjeżdżali goście, siedział za lekko uchylonymi drzwiami swojej wartowni, z której podawał klucze, spisywał dowody, a jeśli nie oglądał ciekawego programu w telewizji, to nawet skłaniał się do pokierowania klientów we właściwym kierunku.

Wiem, to dzięki tobie, Kasiu.

Otworzyłyśmy zagraconą pieczarę. Za drzwiami na ścianie wisiały niechlujnie przybite gwoździami haczyki, na których z kolei wisiały komplety oryginałów i zapasów kluczy do wszystkich pokoi. Ten smutny widok nie napawał entuzjazmem. Wysiedziany PRL-owski fotel, na którym walały się okruchy, ustawiony był obok ławy zastawionej nieumytymi kubkami, między nimi leżał wysłużony upływem czasu rejestr gości. Przeszło mi przez myśl, że to ten sam, który został zakupiony siedem lat temu, tuż po otworzeniu pensjonatu. W rogu stał najnowszy z całego wyposażenia czterdziestodwucalowy telewizor. Pod oknem z widokiem na podjazd, znajdowało się biurko z mniej nowoczesnym komputerem służącym do pracy. Wnioskując po warstwie kurzu zalegającej na klawiaturze, nie był tak potrzebny, jak telewizor.

– Widzisz to? Tu nawet nie ma gdzie usiąść! – skomentowałam ogólny syf panujący w tym pomieszczeniu.

– Do brzegu, Majka. O co chodzi i dlaczego tu jesteśmy? – zapytała wprost, przeczuwając, co usłyszy w odpowiedzi.

– Ojciec zabrał mi Okonia… i podarował Szczepanowi. – Na dźwięk imienia „Szczepan”, Renata zrobiła pogardliwą minę. Powinna mieć do gościa trochę szacunku, chociażby ze względu na mnie, czy drugą wspólną przyjaciółkę Kaśkę, bo Szczepan będzie jej mężem, ale nie mogła udawać do niego nawet minimum sympatii. On sam był zarażony ojcowską niechęcią do Renaty i swoim zachowaniem nie krył do niej pogardy. Przede wszystkim ze względu na to, że jej pochodzenie nie było góralskie. – A mnie dostało się to…. – dodałam, wskazując ręką ogólny nieporządek.

– Świetnie. I chcesz rady?! – zapytała, a ja potwierdziłam skinieniem głowy. – Radzę… jebnąć tym wszystkim i wyjechać – odpowiedziała tak, jak lubię. Krótko. Zwięźle. I na temat.

– Przeszło mi to przez myśl – potwierdziłam, wyrzucając śmieci do kosza i przywracając pozory czystości. – Ale mama… Przypomniała mi o babci. Powiedziała, żeby zrobić to dla niej…

– Majka! Doprowadzenie tego miejsca do stanu jakiejkolwiek używalności pochłonie najpierw sporo czasu… a potem furę kasy! Zastanów się, czy jest sens! A co jeśli zmarnujesz kolejne lata na odbudowę tego miejsca, po czym twój ojciec znów dokona wspaniałej zamiany? – podsumowała całą sytuację.

– Nie zrobi tego…

– A skąd wiesz?! – Wytrzeszczyła ślepia jak pekińczyk, jakby słuszność jej słów była mierzona wielkością jej oczu.

– Bo same działki, na których stoją tamte nieruchomości, są warte więcej niż ta ze wszystkimi budynkami… A ojcu bynajmniej nie chodzi o moje zabezpieczenie majątkowe.

– Dobrze. Inaczej. Jesteś pewna, że tego chcesz? – Oparła dłonie o biodra.

– Tak. Jestem. Postawię to miejsce na nogi – odpowiedziałam zdecydowanie.

– Nie przegadam ci… – westchnęła głośno. Wiedziała, że jeśli się na coś uprę, to nie ma sensu starać się, by było inaczej. – To jest szalone. – Popatrzyła na mnie z dezaprobatą. – Ale całkiem w twoim stylu – dodała.

– Pomożesz? – Prosiłam błagalnym spojrzeniem.

Zanim powiedziała cokolwiek, zobaczyłam wyświetlony napis na jej źrenicach TAK! POMOGĘ!

– A mam wyjście, wariacie?! – Zabawnie wykrzywiła twarz, dając poparcie mojej rosnącej nadziei.

– Jest! Jest! Jest! – Zaczęłam skakać z radości jak mała dziewczynka na widok lodów truskawkowych, po czym w podzięce rzuciłam się jej na szyję. – To co? Wstępne oględziny zaczynamy od kuchni? Jeśli się nam poszczęści, to znajdziemy coś do picia.

Zeszłyśmy kamiennymi schodami prowadzącymi do stołówki, przez którą z kolei przechodziło się do kuchni. Poziom minus jeden był niegdyś tylko piwnicą. Po śmierci babci wokół pomieszczenia zamontowano wąskie, lecz długie okienka znajdujące się prawie pod sufitem. To wystarczyło, by wpuścić odpowiednią ilość naturalnego światła. Następnie domurowaną ścianą wydzielono trzydziestometrową kuchnię, którą ekonomicznie wyłożono w całości błękitnymi płytkami. Nie była zużyta, ale mocno zaniedbana poprzez brak systematycznego sprzątania. Nie wspominając o małej kuchennej spiżarni, którą tego dnia, strach było otworzyć. Część jadalniana była pokryta okropną boazerią. Nawet jeśli charakterystyczna dla regionu, tutaj nie pasowała. Sama jadalnia była ogromna, bo miała około siedemdziesięciu metrów kwadratowych i osiem średnich rozmiarów drewnianych stołów, wyglądało to bardzo minimalistycznie w tak dużej przestrzeni. Rozejrzałyśmy się wokół, by na wstępie podjąć pierwszą niewerbalną decyzję. Wywalić boazerię!

Swoim widokiem odstraszała umorusana szyba osadzona w ścianie oddzielającej jadalnię od kuchni, w której jedyną oznaką czyjejś obecności były zostawione przez brata brudne naczynia i unosząca się woń gryzonia w postaci myszy.

Wyjęłam z szafki herbatę i sprawdziłam datę ważności. Tu wszystko było możliwe. Profilaktycznie umyłam kubki, mimo że wyjęłam je wprost z szafki. Zaglądnęłam do elektrycznego czajnika i w tym momencie odechciało mi się jakiegokolwiek napoju.

– On z tego pił – powiedziałam zniesmaczona, pokazując Reni zbrązowiałe dno czajnika, którego nie było widać pod złogami kamienia.

– Wyhodował jebanego koralowca w czajniku elektrycznym! Geniusz! – Roześmiała się na widok niefabrycznego stożka, a mnie przestało być do śmiechu.

– Współczuję Kaśce. Wychodząc za mojego brata – Ogra, nie zdaje sobie sprawy, że jest gorszy od dziecka… Którego, póki co… ona nie chce. – Z ulgą wrzuciłam czajnik do kosza, z którego również wydobywała się nieprzyjemna woń. – Dobra… Jednak chodźmy zobaczyć, co jest do zrobienia na górze. W tym wypadku powinnyśmy trzymać butelkę wina w dłoni, a nie kubek z herbatą.

Wyszłyśmy na parter, gdzie znajdowały się trzy pokoje do wynajęcia, o numerach 2, 3 i 4, socjalny, czyli pralnia z magazynem pościeli, oraz mój aktualny pokój o numerze 1, tuż obok recepcji. Na parterze było wyjście na tylną werandę z wysłużonymi ratanowymi meblami. Nikt nie pofatygował się, by zabezpieczyć je przed zimą. Na górę prowadziły poszerzone na dole kamienne schody zwężające się ku górze, z metalową kutą barierką po obydwu stronach.

Na pierwszym piętrze znajdowało się sześć pokoi od numeru 5 do numeru 10, a na samej górze dwa sporej wielkości apartamenty z balkonami numer 11 i 12. Obeszłyśmy wszystkie zakurzone kąty, w których wyczuwalny był duszący zapach zwilgotniałej boazerii i starego lisiego futra. Po godzinie, w zupełnej ciszy, zeszłyśmy ponownie na parter, wchodząc do pokoju pierwszego.

– Jestem załamana – powiedziałam tylko, opadając na wysłużony materac drewnianego łóżka.

Patrzyłam w stary sufit nowego kierowniczego pokoju. Dobrze, że na wszelki wypadek spakowałam komplet pościeli z Okonia. Tak tylko, gdyby jednak moja czarna wizja tego miejsca się ziściła.

Niestety, pościel się przyda… Na pewno.

– Ładnie cię stary urządził. Nie ma co – skomentowała Renata. – Ty już zamążpójście powinnaś planować… Może by cię oszczędził… – dodała pół żartem, pół serio, rozsiadając się na skraju łóżka.

– W dupę niech mnie pocałują… Myślisz, że wyrobię się w dwustu tysiącach? Wiesz… Remont i wyposażenie?

– A skąd ty masz taką kasę?! – zapytała, wywalając oczy.

– Przecież nie ukradłam! – odparłam. – Nie uwierzysz… Ale ojciec się zgodził, by na remont zabrać kasę z Okonia. – Jej zdziwienie było wręcz namacalne.

Połączenie słów OJCIEC i ZGODZIŁ nawet we mnie wzbudzało mieszane uczucia.

– A Szczepan co na to? De facto to poszło z Okonia.

– Ha! Idę o zakład, że jeszcze nie wie. Jeśli wytrzeźwiał… A nie wytrzeźwiał… Bo już by dzwonił lub przyjechał z awanturą… Bez zwłoki zrobiłam przelew środków, a że poszedł po obiadku świętować zastrzyk gotówki, a dziś przyjechał na wymianę kluczy zaprawiony… To cóż… Nie miałam, jak przekazać tej drobnej informacji… – wyjaśniłam okoliczności z zawadiackim uśmiechem. – Jeszcze dziś zmienię hasła dostępu do konta Jagody.

– Wkurwi się. – Spoważniała.

Tak, moja kochana wróżko. Masz rację.

– Wiem… I dobrze mi z tym… – odparłam melancholijnie.

Fantazjowałam na różne tematy, ale ten nasuwał mi piękny obraz brata płaczącego nad wyciągiem z konta.

– Należało mu się. Nie mam rodzeństwa, ale chyba żaden normalny brat nie godzi się na coś takiego w stosunku do własnej siostry… – odpowiedziała przyjaciółka, popierając mój krok.

– Tak. Ale to nie jest normalny brat… A tym bardziej normalna rodzina… Sama nie wiem, czy oni do mnie, czy ja do nich nie pasuję. – Oparłam głowę o poduszkę, przenosząc wzrok w stronę okna.

– Nie ma tego złego. Geny pięknych modeli ma całe rodzeństwo… Ale geny pięknego i inteligentnego masz tylko ty… No, może i nieco szurniętego! – Zaśmiała się, za co oberwała wzorzystym jaśkiem. – A jeśli już mowa o rodzinie… To też mam dla ciebie hot newsa… I sama potrzebuję twojej rady…

– Gadaj! – Poderwałam się w gotowości, by to usłyszeć.

– Rodzice postanowili wystawić dom na sprzedaż.

– Co?! – zapytałam kompletnie zszokowana tą wieścią.

– A nooo… Stwierdzili, że już pora zmienić południe na północ. Chcą kupić mieszkanie w Gdańsku i przenieść swoją działalność w tamte rejony. Zaproponowali mi… Bym i ja się stąd wyniosła i nadal pomagała im w biurze…

Zdębiałam. Nigdy nie brałam pod uwagę tego, że jej rodzice kiedykolwiek będą chcieli sprzedać dom. Nawojscy od lat prowadzili rodzinne biuro księgowe na obrzeżach Zakopanego. Coraz częściej angażowali Renatę w pomoc biurową, mimo że nie miała wykształcenia w tym kierunku. Ukończyła studia o tym samym profilu co ja. Pomijając portugalski. Stwierdziła, że to przerasta jej umiejętności i skończyła tylko angielski. Prowadzenie biura księgowego rodziców też realnie ją męczyło.

– Zakopane bez ciebie?! Opiździałaś?! – wykrzyknęłam, jednocześnie starając się uspokoić. – Wiem. To, co powiem zabrzmi samolubnie… Ale zostanie mi tylko Kaśka, która za rok lub dwa stanie się niewolnicą Szczepana. A co z Kamilem? – zapytałam, chcąc ją przekonać wszystkimi dostępnymi argumentami.

W końcu była dla mnie ważniejsza od kogokolwiek w tym mieście. Razem przeszłyśmy przez przedszkole, szkołę podstawową i średnią aż po studia. Pierwsze zauroczenia, miłości, problemy, przy tym zawsze darząc się wzajemnym wsparciem.

– W zasadzie to nie do końca wiem, co robić. Miałam taki przebłysk, że i ty rzucisz to wszystko i wyjedziemy. Razem… Ale to nie rozwiązuje sprawy z Kamilem. Układa się nam… Tylko on się nie wyprowadzi, bo jest lojalnym synem, który ot tak nie porzuci rodziców. Nawet ze względu na miłość życia. To chyba góralska skaza i jedyna jego wada… – Wyraźnie posmutniała. – Pewnie nie odnalazłby się w żadnym innym mieście i żadnej miejskiej pracy. – Wyglądała, jakby właśnie oberwała w głowę młotem odbitym od kowadła.

– Zostajesz! Wymyślimy coś… Przecież może upłynąć sporo czasu, nim uda się sprzedać dom – zaznaczyłam pocieszająco.

– Racja… Nawet nie chcę teraz o tym myśleć. Zajmijmy się tym miejscem, bo mamy sporo pracy.

Rozdział 2

Tampa, Floryda

Michael

– Jakie wytyczne, szefie? – zapytał zaufany pracownik Michaela, Rick.

– Zabić – odparł nade spokojnie, siedząc na skórzanym biurowym fotelu, odwróconym w stronę panoramicznego okna wychodzącego na błękitne wody Zatoki Tampa.

Podziwiał swoje miasto z najwyższego trzydziestopięciopiętrowego oszklonego wieżowca, będącego siedzibą jego organizacji. Widoki od strony dzielnicy Davis Island bywały kosztowne dla zwykłego zjadacza chleba, ale Michael Adams i jego bracia nie byli zwykli. Nie zaliczali się nawet do zjadaczy chleba.

– Umówisz spotkanie na jutro w LouLou. Chcieli na neutralnym gruncie… to będą mieli. Zadbaj o to, by tego dnia nikt przypadkowy nie znalazł się w środku i nikt z pracowników restauracji nie przychodził do pracy. – Michael zmrużył oczy, bo przeszedł mu przez myśl grymas twarzy Simona, właściciela owej knajpy, płacącego niemałe pieniądze za spokój w okolicy swojego lokalu. – Obstawimy swoją obsługę. Najmij kilka prostytutek… Niech tym razem one poudają klientki. Na mój znak nakarmimy gnoja tak, że odechce mu się pogrywania ze mną na zawsze… – mówiąc to, obrócił się na fotelu w stronę słuchającego z uwagą Ricka.

W oku Michaela pojawiła się jarząca iskierka zemsty, która lada chwila miała zamienić się w rozszalałe płomienie spełnienia.

– Rozmawiałeś z braćmi? – zapytał Rick. – Wiedzą, że Santo Tifficante chce zgody? – kontynuował i popatrzył na szefa nie tylko wzrokiem pełnym obawy, ale też zrozumienia.

Miał zamiar wykonać rozkaz. Zawsze wykonywał. Ale miał również świadomość, że rozkaz dotyczy głowy włosko-amerykańskiej mafii, zajmującej się między innymi hazardem i narkotykami – jak w głównej mierze organizacja Michaela Adamsa. Tifficante był nie tylko Włochem, ale również bezwzględnym człowiekiem, który ostatnimi miesiącami nie próżnował, rozwijając się w lichwiarstwie, wymuszeniach, porwaniach i handlu żywym towarem. Jego obszar rozwoju sięgał między innymi Ameryki, gdzie w każdym stanie podobnie jak konkurencja miał biznesowo zaprzyjaźnione miasto. Posiadał również mocną pozycję w znacznej części ojczystej Europy i wpływy na pozostałych kontynentach.

– Chce zgody? – Michael wycedził przez zęby. – Przypomnieć ci, jak trzy lata temu przypieczętował zgodę?! Powiedzieć ci, w której części jelita grubego ma nas Tifficante?! – wrzasnął, a jego pięści z impetem uderzyły o blat lakierowanego dębowego stołu, przewracając perłową ramkę ze zdjęciem. Odpalił papierosa, by opanować zszargane nerwy. Zaciągnął się mocno czerwonym marlboro, z ulgą wypuszczając smugę szarego dymu. – Zaufałem mu raz… I więcej nie zaufam… Dostał zielone światło, przypieczętował wspólny interes uściskiem swojej fałszywej, włoskiej dłoni i… bez sentymentu, tego samego dnia staranował mój samochód, spychając go do zatoki! To jest właśnie jego podejście do niewchodzenia sobie w drogę… – podsumował, patrząc na papierosa ściśniętego w palcach. – Jebane fajki uratowały mi życie… – Zaciągnął się z żałosną wdzięcznością i zgasił końcówkę w kryształowej popielnicy.

– Michael. Zrozumiałem. Chciałem się tylko upewnić… czy wiesz, co robisz i czy nadal tego chcesz. Nie skończy się na nim. Będzie wojna – podsumował Rick, badawczo spoglądając na zdenerwowanego towarzysza.

– Przestań pierdolić i załatw wszystko, o co cię proszę. Wieczorem chcę cię widzieć w BLACK. Wtedy dogramy szczegóły – zarządził Adams, definitywnie kończąc rozmowę i ponownie obracając się na skórzanym fotelu w stronę okna.

– Wczoraj zamknęliśmy w mięsnym dwóch typków do rozliczenia. Jeden niedawno zaczął u nas pracę, a drugi z nim współpracował. Zajmiesz się tym ty czy przekazać Jackowi? – zapytał Rick odnośnie do dodatkowej pracy.

– Ja – odparł Michael, wiedząc, że zrobi to przy okazji wieczornego pobytu w kasynie.

– Do zobaczenia – odpowiedział i bez dalszej dyskusji wyszedł, zostawiając szefa.

– Jestem tak blisko… – mówiąc to, Michael uspokajał sam siebie.

Odwrócił się, ustawiając przewrócone zdjęcie, które dla postaci na nim było ostatnim.

Poczuł swoiste podekscytowanie na myśl o wizji jutrzejszego oczyszczającego dnia. Trzy lata wcześniej Santo Tifficante odebrał mu sens życia, jednocześnie dając nowy – skazujący dla samego siebie.

***

Wieczorne powietrze w BLACK było ciężkie od przepełniających je nadziei i poczucia porażki z kolejnej przegranej nieudaczników, którym dano szansę – by wygrać raz. Michael stał przy weneckiej szybie swojego kasynowego biura na piętrze i obserwował frustratów zostawiających swój majątek na dole. Wcale im nie współczuł. Cieszył się, że dzięki nim jego własny interes ma się świetnie. Patrzył na nich tak, jak spogląda się na jadowite pająki w terrarium, do którego wpuszczono kilka much. Z tym że to on był pająkiem, a pajęczyna ruletek, stołów do pokera, automatów i dealerów rozstawionych gdzie trzeba, przyklejała jedną muchę po drugiej. Znał swoje ofiary jak mało kto. Większość grających pracowała cały miesiąc, by w kilka chwil pozbyć się wypłaty. Widział też osoby, które dyskretnie wciągały zakupioną bez kaucji kreseczkę koki, dodając sobie odwagi przed zaciągnięciem kolejnego długu w pokera. Długu, który dla tych ludzi nigdy nie malał. Ten widok relaksował Michaela.

Skupił swoją uwagę na znajomej twarzy stałego bywalca, który właśnie stracił ostatnie co można spieniężyć – swój samochód i dach nad głową. Obserwował, jak w akcie desperacji chłopak próbuje się szarpać z wyrzucającym go ochroniarzem, znającym jego wyczerpany limit. Michael wybrał numer w swojej komórce.

– Bob, przyprowadź go na górę.

– Do mięsnego czy do biura?

– Do biura – poinstruował i przypomniał sobie o dwóch mężczyznach zamkniętych w pokoju zaległych rozliczeń w jednym z pomieszczeń piętra BLACK.

– Się robi, szefie – odparł posłusznie pracownik.

***

Przyprowadzony przez Boba załamany bankrut stał za plecami Michaela, który ze spokojem nadal obserwował inne muchy na dole.

– Napijesz się whisky młody człowieku? – zaproponował grzecznie właściciel kasyna.

– Nie, dzięki – odparł wyraźnie podłamany chłopak, wiedząc, że wizyta może mieć związek z obowiązkiem spłaty długu.

– Jak chcesz. Długo nie będziesz miał okazji napić się takiego trunku – mówiąc to, nalał tylko sobie bursztynowego płynu do kryształowej szklanki. – A może chcesz zapalić, bo z tym też będzie kiepsko… No chyba że ci się poszczęści gdzieś w parku i znajdziesz apetyczny niedopałek – dobijał swojego rozmówcę, ze stoickim spokojem odpalając papierosa.

– Dziękuję. Nie palę. Ale jeśli już pan taki hojny… To może udzieli mi jeszcze jednego kredytu? – zwrócił się odważnie do właściciela, czując jego gościnność.

Michaela bardzo rzadko widywali tacy jak on. Jako szef miał ludzi z bardzo skutecznymi metodami odzyskiwania długów.

Adams odwrócił się w stronę chłopaka i z impetem rzucił szklanką tuż obok jego głowy. Ta, rozbryznęła się na tysiące kryształowych kawałków, rozlewając świeżo nalany alkohol na bladoróżową koszulę chłopaka. Rozwścieczony Michael gwałtownie podszedł do niego i złapał za ubranie, lekko go unosząc.

– Masz mnie za durnia?! Myślisz, że jestem uprzejmym pracownikiem zasranego banku, do którego się kulturalnie wchodzi i wychodzi z pozytywną decyzją kredytową? – syknął z wrogim wyrazem twarzy potęgowanym przez podłużną bliznę przecinającą jego prawą brew i widocznie pulsującą tętnicę na szyi, pokrytej wystającym spod kołnierza koszuli tatuażem. – Nie stać cię nawet na tic-taki zasrańcu! – wrzasnął i puścił go, zauważając powiększającą się mokrą plamę na nogawce chłopaka. – Jesteś zerem w pedalskiej różowej koszuli. – Ponownie złapał chłopaka za kark i poprowadził do zawieszonego nad barkiem lustra. – Przypomnij mi swoje imię – zażądał Michael, nadal trzymając dłoń zaciśniętą na karku chłopaka.

– Th…Thomas proszę pana – przedstawił się niepewnie.

– Thomasie, a ile masz lat? – Michael kontynuował już nieco spokojniej.

– Dwadzieścia trzy, proszę pana – odpowiedział krótko Thomas.

– Kogo widzisz w lustrze, Thomasie?

– Siebie proszę pana.

– A ja widzę… śmiecia, który pozbawił dachu nad głową własnego ojca. Zgadzasz się z tym? – Palce Michaela zacisnęły się mocniej na spiętym ciele dłużnika.

Blada twarz chłopaka poczerwieniała, a na jego czole pojawiły się krople panicznego potu.

– Ta-tak, proszę pana – zająknął się Thomas.

– To… dlaczego, do chuja pana, prosisz się o kulkę w łeb, chcąc jeszcze większego długu?! – zapytał i z pogardą popchnął młodego mężczyznę w stronę drzwi. Wyciągnął pistolet spod marynarki, nie spuszczając z niego mrocznego spojrzenia. – Wiesz, co to jest, Thomasie? – Obracał swoim walterem tuż przed oczami chłopaka, którego twarz wyraźnie pobladła.

– Tak proszę pana. Broń – odpowiedział automatycznie, utrzymując ton pełen szacunku.

– A wiesz do czego służy… ten element? – Michael wskazał palcem wolnej dłoni język spustowy pistoletu, na co chłopak tylko przytaknął skinieniem głowy. – Więc odpocznij trochę i widzimy się niebawem. Nie próbuj uciekać… Chyba że chcesz przekazać kulkę ojcu… A może siostrze? Lub jej dzieciom? W sumie, to mnie to obojętne… – straszył Michael.

Żałosny widok owej oszczanej muchy na naprawdę drogim arabskim dywanie uświadomił Michaelowi, że nie powinien się tym zajmować. Jego postawa i wrogi wyraz twarzy wywoływały w ludziach potworny lęk. To wystarczyło.

– Nie ucieknę – zapewnił Thomas, a struga potu spływała mu po skroni.

– Chociaż tyle… – podsumował Michael, chowając broń na swoje miejsce. – A teraz wypierdalaj, bo doliczę ci dywan do długu – powiedział, wskazując palcem drzwi. Chłopak bez wahania złapał za klamkę i w wejściu wpadł wprost na rosłego Boba. Ominął go i ruszył ciemnym korytarzem w kierunku schodów prowadzących na dół.

– Oooo szefie… Widzę w tobie potencjał – skomentował Bob, widząc stan, w jakim młody chłopak opuścił biuro.

– Wyślij za nim kogoś. Jeszcze z nim nie skończyłem. A… I załatw mi tu szybki cleaning… Za chwilę mamy spotkanie.

***

Chwilę później trzech braci – Michael, Jack i Dylan w towarzystwie grupy swoich wiernych ludzi, nerwowo czekali na powrót Ricka i ustalenia, jakich dokonał.

– Wiesz bracie, że jakąkolwiek decyzję podejmiesz, pójdę za tobą w ogień? – zapytał Dylan. Najmłodszy z braci, bo zaledwie dwudziestoczteroletni.

Michaelowi przypomniała się sytuacja sprzed pół godziny, kiedy to rok młodszy od brata chłopak, zmoczył się ze strachu. Pomyślał o emocjonalnej przepaści, jaka dzieli tych dwóch młodych mężczyzn. Jak na swój młody wiek Dylan miał ponadprzeciętną odwagę. Michael był przekonany, że brat niekiedy celowo prowokował rozwój niebezpiecznej sytuacji, to niejednokrotnie budziło w nim niepokój o życie brata.

– Wiem, Dylanie – odparł dumnie, odnosząc się do jego poparcia. – A ty Jack? Jakie ty masz zdanie w temacie Tifficantego? – zapytał Michael, przenosząc wzrok na drugiego brata spokojnie palącego cygaro.

Ten trzydziestolatek potrafił być bezwzględny i pewny siebie w działaniu. Był stonowany i porządny we wszystkim, co robił w pracy, dlatego to właśnie jemu Michael powierzał nadzorowanie trudnego tematu, jakim było kontrolowanie jakości przemycanych narkotyków. Bystre i ciemne spojrzenie Jacka, potrafiło powiedzieć więcej niż jego własne usta.

– Podobne. Jesteśmy braćmi. Ty rządzisz i to jest dla mnie świętość – odpowiedział Jack.

– Cieszę się, że przynajmniej w rodzinie jest zgoda… – stwierdził Michael, odwracając głowę w stronę otwierających się drzwi. Bacznie obserwował wchodzącego Ricka. Podszedł w jego stronę i wcisnął mu w dłoń swoją szklankę whisky z lodem, jakby to było pierwsze, czego potrzebował ten człowiek.

– Jest problem… A w zasadzie… Dobra i zła wiadomość. – Upił łyk i nie słysząc przedwczesnych pytań, kontynuował. – Tifficante nie może się jutro spotkać. Zaproponował piątek… W restauracji Tampa’s Diamond.

– Kurwa! – skwitował poirytowany Michael. Sięgnął po nową szklankę i zapalił papierosa, czekając na dalsze informacje.

– Przynajmniej wiemy, że sam niczego nie knuje – zauważył Dylan, zwracając uwagę na tłoczność w okolicy wybrzeża i rejon terytorialnie należący do nich.

Restaurację od plaży dzieliło zaledwie kilkadziesiąt metrów. Na jej tyłach można było podziwiać spokojne wody zatoki, dlatego też była jedną z najbardziej obleganych restauracji na wybrzeżu.

– Ale pewności mieć nie możemy – dodał Jack. – To Tifficante. Jest starym, bezwzględnym pierdzielem i sojusze z nim nigdy nikomu nie wyszły na dobre. On myśli tylko o interesach i terenie, na którym może położyć swoją łapę, by móc przekazać jak najwięcej w ręce swoich dzieci – podsumował, mając na myśli jego synów Ernesto i Ricardo oraz córkę Sofię.

– W rzeczy samej. Bliżej mu do Cygana niż Włocha – wtrącił Dylan.

– Trzy pieprzone dni każe na siebie czekać ze świadomością, że wyjdzie żywy z rozmowy – rozmyślał głośno Michael.

– Zawsze można zestrzelić jego śmigłowiec – zasugerował ze śmiechem Matt, kompan Dylana i strzelec wyborowy w szeregach pracowników.

– Kuszące… Ale nie możemy srać we własnym mieście. Obiecałem władzy spokój i ciszę medialną. Zestrzelony helikopter mi tego nie zapewni – stwierdził Michael. – Chciałem pożegnać tę pluskwę po swojemu… Chociaż teraz nieważne jak i… – uciął na chwilę, zawieszając myśli i słowa. – Rick… Zgoda na piątek. Zobaczę, o co mu tym razem chodzi. – Wyraził chęć spotkania, lecz wiedział już, że niełatwo mu będzie usiąść twarzą w twarz przy stole, z człowiekiem, który chciał go już kiedyś zabić tuż po dogadaniu współpracy.

– Michael… Chcesz powiedzieć, że zjecie posiłek w romantycznej scenerii… Gość ci wkręci kilka kitów… Nie zabijesz go… i przy odrobinie szczęścia… on nie zabije ciebie? – zapytał prowokacyjnie Jack, chcąc usłyszeć na głos zamiary brata. Nienawidził Tifficante, równie mocno jak Michael, głównie za zmianę życiowego nastawienia, jaką Tifficante zafundował bratu.

– Na to wygląda. – Najstarszy z Adamsów przygasił niedopałek i podszedł w stronę weneckiego okna, by wyciszyć wzbierające się w nim emocje widokiem tętniącego życiem „terrarium”. – Poznam jego intencje… Być może plan się sam nasunie, na chwilę obecną dograjmy spotkanie. Sam się nie pojawi, więc i ja potrzebuję waszego towarzystwa.

– Jest coś jeszcze szefie… – powiedział Rick, podchodząc do Michaela. – Chęć jego spotkania może wynikać… Z wojny, jaką sobie zgotował z rodziną Morenów – dodał, mówiąc o równie niebezpiecznej i wpływowej rodzinie, królującej głównie na Sycylii.

– Przecież wojnę z nimi mają od zawsze! – stwierdził już wiadome Michael.

– Ale świeża informacja od włoskiego informatora… mogłaby mieć coś wspólnego z jego chęcią pojednania. Dwa dni temu Tifficante za głęboko wsadził palec w bardzo ohydne gówno… – Rick przerwał wypowiedź kolejnym łykiem kojącej whisky. – Don Moreno przebywał od kilku tygodni w prywatnej klinice Mediolanu. Z tego, co się dowiedziałem, był schorowany i wypadł z zabawy na kilka miesięcy. Mogło mieć to związek z trzustką, bo ta… dotarła w paczce do domu Morenów, zapakowana w papierowy worek na psie kupy i w zwykłej kopercie na listy… – Rozległ się śmiech ochroniarzy, w uznaniu dla pomysłowości starego Tifficante.

– Don Moreno nie żyje? – Michael entuzjastycznie otworzył oczy, bo była to jedyna dobra informacja, jaka częściowo poprawiła jego humor.

– Wiedz, że Tifficante dopadł starego dona przypiętego do rurek, umierającego i bezbronnego… Byle zamanifestować swoją pozycję i przypomnieć o sobie. Udało mu się, bo rodzina Morenów się wściekła i zaprzysięgła wybicie wszystkich, w których żyłach płynie krew Tifficante. Nawet Morenowie, chociaż podobni w działaniu, nie dobijają starców – skończył Rick, a Michaelowi to tylko przypomniało o bezwzględności charakterystycznej dla Santo Tifficante.

– Istnieje nadzieja, że Moreno dopadnie go pierwszy – zasugerował Dylan.

– Trzeba mu przyznać, że jest fachowcem w śmierdzącej robocie. – Zaśmiał się Jack.

– Więc zamiast jeść przy jednym stole z Tifficante, powinniśmy zasiąść przy jednym stole z Moreno. I nam, i im, zależy na jego głowie – zauważył Dylan.

– Jak zaprosisz Moreno do współpracy na Florydę, to rozpanoszy się jak Tifficante. Prędzej czy później i z nimi byłyby nowe problemy – oponował Michael, nauczony bolesnym doświadczeniem sprzed trzech lat, gdzie wspólne interesy zakończyły się tego samego dnia, w którym się rozpoczęły.

Był zdania, że lepiej utrzymywać między Moreno poziom akceptowalnej neutralności, bez jakichkolwiek powiązań.

– Zdecydowanie wolę Brazylijczyków czy Meksykanów, bo u nich zawsze wiadomo, o co chodzi, a makaroniarz zawsze zostanie makaroniarzem – stwierdził Dylan.

– Dobra, szefie. Czyli nastawiamy się na co? W temacie Tifficante… – zapytał Rick, wbijając wzrok w Michaela.

– Na nic, brachu. Zobaczymy, co ma do powiedzenia i wybadamy grunt. Dopóki przebywa na Florydzie, nic mu nie grozi ze strony Morenów… Nic oprócz niepewności, co do nas… Pewnie dlatego chce się upewnić, co do naszych intencji.

– Jasne – odparł krótko Rick.

Gdy ustalenia w kwestii spotkania z wrogą rodziną dobiegły końca, męska rozrywka w biurze rozpoczynała się na dobre.

– Skoro jutro wolne… Za ruchome piaski pod stopami Tifficante! – Dylan wzniósł toast.

– By go nie wypluły! – dodał Jack, upijając spory łyk whisky.

Podszedł do drzwi i zaprosił do środka czekające na korytarzu dziewczyny w kusych spódniczkach i wnoszące tace z zakąskami.

– Może nie wyplują… – powiedział pod nosem Michael.

Spoglądał na kompanów, jak rozbierali wzrokiem i przyciągali na swoje kolana latynoskie gorące dziewczyny. Zobaczył, jak rozsiadając się wygodnie na pikowanej, skórzanej sofie, jedna z nich siada okrakiem na Jacku i ten bez oporów wbił palce swoich dłoni w pośladki długowłosej dziewczyny, która lawirowała biodrami, zachęcając go do zabawy. Michael był przyzwyczajony do takich rozrywek. Gdy był w wieku najmłodszego brata, sam brał w nich udział. Teraz ten widok nie wywierał na nim żadnego wrażenia. Prawie żadnego. Widząc, jak dziewczyna włożyła Jackowi do ust winogrono, napływające wspomnienia nie pozwoliły mu dłużej zostać w tym miejscu.

– Świętujcie. Ja muszę odpocząć. – Wychodząc, nawet nie spojrzał w stronę zgrabnej dziewczyny wyciągającej w jego stronę poczęstunkową tacę.

Od wypadku nie był zainteresowany jakimkolwiek kontaktem z kobietą. Zamknął drzwi biura, zostawiając wesołe towarzystwo, i ruszył mrocznym korytarzem w stronę schodów, przystając nagle przy czarnych drzwiach zlewających się z kolorem ścian.

– Kurwa – zaklął pod nosem i spuścił na sekundę wzrok na czerwoną wykładzinę na podłodze.