Czarcie lustro - Magdalena Zimniak - ebook + audiobook + książka

Czarcie lustro ebook i audiobook

Magdalena Zimniak

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Każdy ma jakąś przeszłość…

Zaginiona przed laty Marta wraca do domu w Warszawie. Mimo że ma już czternaście lat, czuje się jak małe dziecko, jest przerażona i zagubiona. Ledwie pamięta swoją rodzinę i to, kim była wcześniej. Nie może wyrzucić z głowy tajemniczego Mistrza, jedynej osoby, która widywała przez ostatnie sześć lat.

Kilkaset kilometrów od stolicy znika bez śladu dyrektor prestiżowego liceum, a główną podejrzaną staje się młoda anglistka.

Co łączy te wydarzenia? Ile przerażających tajemnic musi ujrzeć światło dzienne, zanim obie sprawy zostaną rozwiązane?

Spróbuj zajrzeć w czarcie lustro i nie zapomnij oddychać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 379

Rok wydania: 2023

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 13 min

Rok wydania: 2023

Lektor: Monika Wrońska

Oceny
4,4 (452 oceny)
265
124
45
14
4
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Weganka_i_Tajga

Nie oderwiesz się od lektury

Ależ to było dobre!!! Do końca byłam zwodzona i zakończenie mnie zaskoczyło a o to nie łatwo. Tematyka książki bardzo przygnębiająca, ale cała historia bardzo dobrze przemyślana, wszystko logiczne i misternie zaplanowane. Życzę sobie więcej takich książek
30
Malwi68

Nie oderwiesz się od lektury

"Czarcie lustro" Magdaleny Zimniak to poruszająca opowieść o zaginięciu, odnalezieniu i tajemnicach, które wplątują bohaterów w intrygującą sieć wydarzeń. Autorka zgrabnie układa karty historii, odkrywając przed czytelnikiem skomplikowane relacje i niejasne wspomnienia głównej bohaterki, Marty. Jej powrót do domu po latach nie tylko przywołuje ducha przeszłości, ale również stawia pytania o tożsamość i tajemnice, które drzemią w jej umyśle. Zagadkowy wątek zniknięcia dyrektora liceum oraz podejrzenia wobec młodej anglistki dodają tej powieści elementu kryminalnego, nadając jej dynamikę. Zimniak mistrzowsko buduje napięcie, stopniowo odkrywając związki między różnymi postaciami i wydarzeniami. Tajemniczy Mistrz, pojawiający się w życiu Marty, dodaje powieści nutę niepokoju i tajemnicy. "Czarcie lustro" to lektura, która trzyma w napięciu, skłaniając do spekulacji i zgłębiania ukrytych zakamarków fabuły. Zimniak zachowuje balans między emocjonalnym aspektem historii a wartką akcją, co ...
20
Nora2019

Nie oderwiesz się od lektury

nie mogłam się oderwać.
20
bukowy_masthew

Nie oderwiesz się od lektury

Na początek muszę powiedzieć, że książka bardzo mną wstrząsnęła i były momenty, że musiałam na chwilkę ją odłożyć, żeby poukładać sobie w głowie to co właśnie przeczytałam. Jednocześnie tak trudno było się od niej oderwać, bo chciałam jak najszybciej poznać wyjaśnienie wątków, którymi raczy nas tutaj Autorka. Książka porusza bardzo ważne, bolesne i drastyczne tematy, o których ciężko się czyta. Uważam jednak, że powinny być nagłaśniane i pokazywane, żeby przerwać zmowę milczenia, która nadal funkcjonuje w naszym społeczeństwie. Mamy tutaj kilka historii ukazanych początkowo z perspektywy trzech Kobiet. Z pozoru zupełnie dla siebie obcych, pochodzących z różnych miejscowości i środowisk. To w jaki sposób Autorka poprowadziła fabułę i splotła ich historie w książce, to naprawdę zasługuje na wielkie brawa. Były momenty, gdzie gubiłam się w tym kto jest kim i z kim powiązany, jednak taki chwilowy miszmasz tylko dodawał więcej tajemniczości tej historii. Zakończenie mistrzowskie. Mimo, ...
10
biedronka51
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

super....wciagnelam....swietnie napisana,ciekawa I szokujaca
10

Popularność




Re­dak­cjaAgnieszka Czap­czyk
Ko­rektaBo­żena Si­gi­smund
Skład i ła­ma­nieMar­cin La­bus
Pro­jekt gra­ficzny okładkiMa­riusz Ba­na­cho­wicz
© Co­py­ri­ght by Skarpa War­szaw­ska, War­szawa 2024 © Co­py­ri­ght by Mag­da­lena Zim­niak, War­szawa 2024
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-83293-53-0
Wy­dawca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. Bo­row­skiego 2 lok. 24 03-475 War­szawa tel. 22 416 15 81re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.plwww.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Dla Oli i Pawła

Przy­szło im [czar­tom] do głowy, by po­le­cieć do nieba i za­ba­wić się kosz­tem anio­łów i Pana Boga. Im wy­żej le­cieli z lu­strem, tym bar­dziej wszystko się wy­krzy­wiało, za­le­d­wie mo­gli je utrzy­mać, le­cieli wy­żej i wy­żej, co­raz bli­żej anio­łów i Boga; wtedy lu­stro za­drżało tak strasz­nie, że wy­pa­dło im z rąk na zie­mię, gdzie roz­pry­sło się na ty­siące mi­lio­nów, bi­lio­nów i jesz­cze wię­cej okru­chów. Te­raz do­piero wy­rzą­dzili o wiele więk­szą krzywdę niż przed­tem, gdyż nie­które ka­wałki były mniej­sze od ziarnka pia­sku i po­fru­nęły da­leko w świat; gdy wpa­dły ko­muś do oka, tkwiły w nim, i wtedy czło­wiek ten wi­dział wszystko na od­wrót albo spo­strze­gał tylko to, co było w da­nym przed­mio­cie złe, gdyż każdy odła­mek lu­stra miał tę wła­ści­wość co całe lu­stro; byli lu­dzie, któ­rym taki odła­mek wpadł do serca, i wtedy działo się coś okrop­nego: serce sta­wało się jak ka­wa­łek lodu.

Hans Chri­stian An­der­sen, Kró­lowa Śniegu

w prze­kła­dzie Ste­fa­nii Bey­lin

Marta

Sie­dzę pod drze­wem i jest mi zimno. O ni­czym in­nym nie my­ślę. Zimno. Zimno. Zimno. Obej­muję się ra­mio­nami. Kurtka jest cie­pła, ale wiatr ostry, na­wet tu­taj, w le­sie. Nie mam rę­ka­wi­czek, więc dło­nie są czer­wone i szorst­kie. Za­sta­na­wiam się, ile czasu tu je­stem, ale nie umiem wy­li­czyć. Za­czę­łam iść, kiedy było ciemno. Ba­łam się wil­ków, więc gło­śno śpie­wa­łam. Kie­dyś sły­sza­łam – nie wiem, czy w ja­kimś fil­mie, czy on mi po­wie­dział, a może to było, za­nim mnie so­bie wziął – że dzi­kie zwie­rzęta same z sie­bie nie pod­cho­dzą do lu­dzi i trzeba dać im znać o swo­jej obec­no­ści. Wiele rze­czy, o któ­rych sły­sza­łam, oka­zało się zu­peł­nie nie­praw­dzi­wymi, ale co mi po­zo­stało? Zdar­łam so­bie głos, zmę­czy­łam się i usia­dłam. To chyba źle. Je­śli za­snę, mogę umrzeć. Pod­no­szę się i idę. Nie mam już po­ję­cia, z któ­rej strony przy­szłam i do­kąd po­win­nam się kie­ro­wać. Płatki śniegu są ta­kie ładne. Drzewa przy­kryte bia­łym pu­chem uro­cze. Nie­dawno było Boże Na­ro­dze­nie, ale po­godę mie­li­śmy wtedy zu­peł­nie inną.

Do­ciera do mnie na­gle, że chyba i tak umrę. Tyle tu drzew, tak gę­sto ro­sną. Tak długo nie było we mnie du­cha walki, skąd mam go wziąć te­raz? Cie­kawe okre­śle­nie. Duch walki. Skąd je znam? Z filmu czy od ja­kiejś praw­dzi­wej osoby? Może ze szkoły. Je­śli tak, to mu­sia­łam usły­szeć je dawno. Pra­wie za­po­mnia­łam, że cho­dzi­łam do szkoły. Może mo­gła­bym wró­cić. Nie wiem, czy bym chciała, bo niby do któ­rej klasy? Za mało umiem, żeby do­łą­czyć do ró­wie­śni­ków. A ro­dzice? Czy jesz­cze za mną tę­sk­nią? Może nie. Ja już dawno prze­sta­łam tę­sk­nić za nimi. A prze­cież na po­czątku wy­da­wało mi się, że tę­sk­nota ni­gdy nie mi­nie. Dużo mi się wy­da­wało. Te­raz nie pa­mię­tam, jak oni wy­glą­dali. Ja­kiś tam ob­raz jest, ale jakby za brudną szybą. Pew­nie bym ich nie roz­po­znała, gdyby na­gle się tu zja­wili. Nie zna­leźli mnie tyle czasu, to jak do­tar­liby tu­taj? W lo­do­waty po­ra­nek nie przyjdą w śro­dek lasu. Nie wiem na­wet, jaka to część Pol­ski. O ile to jest Pol­ska. A poza tym za­pewne zaj­mują się moją sio­strą. Chyba nie chcie­liby, żeby stało się z nią to samo, co ze mną. I tak nie wie­dzą, co się ze mną stało. Może jed­nak znów od­pocznę. Co­raz sła­biej się czuję. Za­mar­znę jak dziew­czynka z za­pał­kami. Za­bawne, że pa­mię­tam tę baśń. Nie mam za­pa­łek. Nic nie mam. I tak usiądę. Jaka jest szansa, że dojdę do­kąd­kol­wiek? Że ko­goś spo­tkam?

– Po­mocy! – wo­łam, a póź­niej przy­po­mi­nam so­bie an­giel­skie słowo i krzy­czę jesz­cze raz: – Help!

Od­po­wiada mi tylko echo. Na­prawdę nie mam sił. Sia­dam i cze­kam. Na śmierć, my­ślę, ale nie ma stra­chu. Dziew­czynka z za­pał­kami po­szła do nieba. Może ja też pójdę. Za­czy­nam gło­śno od­ma­wiać mo­dli­twy. To też może od­stra­szyć zwie­rzęta. Mę­czy mnie to, mó­wię co­raz ci­szej, aż prze­cho­dzę do szeptu.

Nie od razu uświa­da­miam so­bie, że coś się zmie­niło. Dźwięki. To chyba sa­mo­chody. Wy­tę­żam słuch. Ja­kaś droga musi być nie­da­leko. Nie przy­pusz­cza­łam, że dam radę biec, ale po­ru­szam się tak szybko, jak chyba ni­gdy wcze­śniej. To już nie le­d­wie sły­szalny szum, to ha­łas, ja­kiego kie­dyś nie lu­bi­łam. To już. Za­raz. Przez drzewa prze­świ­tuje szosa i na­prawdę mkną nią po­jazdy. Przy­spie­szam.

Stoję na skraju drogi i dy­szę ciężko. Nic się nie dzieje. To zna­czy sa­mo­chody na­dal jeż­dżą, ale chyba nie wzbu­dzam za­in­te­re­so­wa­nia. Nikt na­wet nie zwal­nia. Za­czy­nam ma­chać jak sza­lona, ale to też nie przy­nosi ocze­ki­wa­nych re­zul­ta­tów. „Nie wy­chodź na jezd­nię”. Tak mó­wili. Mama. Tata. Kie­dyś. Mu­sia­łam być bar­dzo mała. Tamte re­guły nie sto­so­wały się już do mnie dawno przed roz­łąką. Cho­dzi­łam prze­cież sama do szkoły i mu­sia­łam tylko się ro­zej­rzeć: naj­pierw w lewo, po­tem w prawo, po­tem znowu w lewo. Póź­niej można było prze­cho­dzić. Te­raz nie wie­rzę w re­guły. To nie jest akt buntu. To nie jest na­wet świa­doma de­cy­zja. Wy­cho­dzę na drogę i ob­ra­cam się przo­dem do pę­dzą­cego po­jazdu. Wy­cią­gam w górę ręce, a po­tem osu­wam się na zie­mię. Ostat­nim dźwię­kiem, który re­je­struję, jest pisk opon.

***

Mu­szę wstać, cho­ciaż łóżko dzi­siaj wy­daje się ta­kie wy­godne. Jest mi cie­pło, po­duszka miękka, a po­ściel gładka. Wy­mie­ni­łam ją so­bie ostat­nio? Wi­docz­nie tak, ale czy wy­pra­łam tę starą? Nie mogę so­bie przy­po­mnieć, a nie chcę zo­sta­wiać nic brud­nego. W ogóle trzeba po­sprzą­tać. On nie lubi ba­ła­ganu. Może też coś zjem. Ni­gdy nie wia­domo. Cza­sem uwiel­bia pa­trzeć, jak jem cu­kierki, a cza­sem się de­ner­wuje, gdy mó­wię, że je­stem głodna. Przy­cho­dzi prze­cież ba­wić się ze mną, a nie pa­trzeć, jak mlasz­czę. Coś mnie za­tyka. Dziwny za­pach.

Sia­dam i otwie­ram oczy. Je­stem w ja­kimś miej­scu, w któ­rym chyba wcze­śniej nie by­łam. Tyle bieli dawno nie wi­dzia­łam. On nie prze­pada za bia­łym. Cza­sem tylko wkłada mi białą su­kienkę. Te­raz mam na so­bie dziwną nie­bie­ską pi­żamę. Może to nowa za­bawa. Tak, na pewno. Mam w ciele ja­kieś igły, ja­kieś rurki, ja­kieś ma­szyny pra­cują wo­kół. Chcia­ła­bym to wszystko wy­rwać z sie­bie, ale le­piej nie. Co bę­dzie, je­śli on się zde­ner­wuje?

– Mi­strzu – mó­wię ci­cho.

Tak go na­zy­wam. Lubi to. Cza­sem chce, że­bym wo­łała: „ta­tu­siu”. To gor­sze, bo gdzieś w moim umy­śle jest jesz­cze za­mglony ob­raz praw­dzi­wego ta­tu­sia. Gdy kie­dyś to po­wie­dzia­łam – to zna­czy, że nie jest moim praw­dzi­wym ta­tu­siem – kara była su­rowa. No więc mó­wię „ta­tu­siu”, gdy za­żąda, uśmie­cham się i do­daję, że go ko­cham. To, że ko­cham, mó­wię sama z sie­bie – wpro­wa­dza go to w do­bry na­strój. Do­bry na­strój jest lep­szy niż zły.

– Mi­strzu!

Tym ra­zem krzy­czę. Nie po­win­nam. Grzeczne dziew­czynki nie krzy­czą. Sły­szę kroki, szyb­kie, nie jego. Co się dzieje? Kulę się w łóżku, w któ­rym ni­gdy nie by­łam, ale nie za­my­kam oczu. Chcę wie­dzieć. To dziwne, że za­wsze chcę wie­dzieć, co się wy­da­rzy. Tak, jak­bym mo­gła prze­jąć kon­trolę. „Prze­jąć kon­trolę” brzmi tak do­ro­śle. Mistrz tak mówi. Pod­biega ko­bieta ubrana na biało. Przy­cho­dzi sko­ja­rze­nie z po­przed­niego ży­cia, gdy jesz­cze miesz­ka­łam z ro­dzi­cami. Ten za­pach, który wy­dał mi się dziwny, na­leży do tego miej­sca. Szpi­tal. Wraca pa­mięć o tym, co się stało. Opa­dam na po­duszkę.

– Obu­dzi­łaś się! Jak się czu­jesz? – mówi zdy­szana ko­bieta.

Przy­glą­dam jej się z fa­scy­na­cją. To też jego słowo. Wszyst­kie do­ro­słe słowa znam od niego, bo niby skąd? Te z fil­mów też są od niego. W każ­dym ra­zie ta ko­bieta jest fa­scy­nu­jąca. Ma krót­kie ciemne włosy, szare oczy, kilka zmarsz­czek i parę ki­lo­gra­mów nad­wagi. Pierw­sza osoba oprócz niego, którą wi­dzę po... Nie wiem, po ilu la­tach. Nie upil­no­wa­łam mi­ja­ją­cego czasu.

– Jak się czu­jesz? – po­wta­rza.

Nie od­po­wia­dam. Chcia­ła­bym, ale to mnie prze­ra­sta. Z ni­kim oprócz niego nie roz­ma­wia­łam już tyle czasu. Po­win­nam czuć się bez­pieczna, wdzięczna i co tam jesz­cze, ale mam wra­że­nie, że stra­ci­łam grunt pod no­gami.

– Pójdę po le­ka­rza.

I wy­cho­dzi. Pró­buję uspo­koić od­dech. Wczo­raj, gdy szłam przez las – a może to było daw­niej, może leżę tu już kilka dni – no więc gdy szłam, wy­obra­ża­łam so­bie roz­mowy z ludźmi, ta­kimi praw­dzi­wymi, i chcia­łam po­wie­dzieć im wszystko, ale te­raz już nie wiem, co zna­czy „wszystko”. Wraca tamta ko­bieta z męż­czy­zną i te­raz to on zy­skuje całą moją uwagę. Jest wy­soki, tak wy­soki jak on, ale z pew­no­ścią star­szy. Ma siwe włosy i po­marsz­czoną twarz.

– Dzień do­bry – od­zywa się tu­bal­nym gło­sem.

Znów coś mnie blo­kuje i tylko na niego pa­trzę. Le­karz nie przej­muje się tym. Zbliża się do łóżka.

– Mu­simy cię zba­dać – mówi.

Wstrzą­sam się. On też tak mó­wił. Ba­da­nie nie było ni­czym przy­jem­nym. Wiem, że te­raz jest ina­czej. Ten męż­czy­zna musi wie­dzieć, czy nie je­stem chora. I tak się boję. Po­zo­staję sztywna, gdy przy­kłada mi do ple­ców coś zim­nego.

– Otwórz bu­zię. – Uśmie­cha się do mnie.

Ro­bię, co każe. Je­stem przy­zwy­cza­jona do po­słu­szeń­stwa.

– Jesz­cze ci­śnie­nie – zwraca się do ko­biety.

Pie­lę­gniarka, przy­po­mi­nam so­bie. Taką osobę na­zywa się pie­lę­gniarką. Ko­bieta pod­wija mi rę­kaw pi­żamy i za­kłada gu­mową opa­skę. Po chwili ta opa­ska ści­ska mi rękę, a ja wstrzy­muję od­dech. Szybko jed­nak się roz­luź­nia.

– Sto czter­dzie­ści na osiem­dzie­siąt – oznaj­mia pie­lę­gniarka.

– Tro­chę wy­so­kie, ale to może być zde­ner­wo­wa­nie. Trzeba ją mo­ni­to­ro­wać.

Ko­bieta tylko kiwa głową, a po­tem oboje pa­trzą na mnie.

– Po­wiesz nam, jak masz na imię? – pyta le­karz.

Otwie­ram usta, ale nie wy­do­bywa się z nich ża­den dźwięk. Marta. Po­wiedz to. Marta.

– Może ona nie mówi – do­my­śla się pie­lę­gniarka. – Coś krzy­czała, ale to chyba nie było żadne słowo.

„Mistrz” jest chyba cał­kiem zna­nym sło­wem. Tyle że z da­leka mo­gło to brzmieć jak nie­ar­ty­ku­ło­wany dźwięk.

– Może – zga­dza się le­karz. – My­ślę, że ju­tro, je­śli jej stan się nie po­gor­szy, można już wpu­ścić po­li­cję.

Po­li­cja. Ko­lejne słowo, które znam głów­nie z fil­mów. Oglą­da­li­śmy sporo kry­mi­na­łów.

– Spró­bujmy po­dać jej obiad – do­daje le­karz.

– Tak.

– No to od­po­czy­waj – Męż­czy­zna ści­ska moją rękę.

Wy­cho­dzi. Pie­lę­gniarka jesz­cze stoi. Dzieje się z nią coś dziw­nego. Oczy ma wil­gotne, usta jej drżą.

– Biedna dziew­czynka. Biedna, biedna dziew­czynka. Już wszystko do­brze.

Po­woli kręcę głową. Nie dla­tego, że chcę za­prze­czyć. Czuję się biedną dziew­czynką. I jest do­brze. Przy­naj­mniej w po­rów­na­niu z tym, co było cał­kiem nie­dawno, gdy je­cha­łam w ba­gaż­niku, zwią­zana, z ta­śmą na ustach. I na­wet po­tem, gdy się za­trzy­ma­li­śmy, gdy mnie wy­jął, zdjął więzy i kne­bel. Na­wet po tym, gdy po­wie­dział:

– Idź. Masz szansę. I pa­mię­taj.

Jest do­brze w po­rów­na­niu z tym, jak szłam zmę­czona i zmar­z­nięta, jak sie­dzia­łam, my­śląc, że za­raz umrę.

Ko­bieta siada obok i mnie przy­tula. Cho­ciaż po­zo­staję sztywna, chcia­ła­bym, żeby nie wy­pu­ściła mnie z ra­mion. Ona jed­nak wstaje i wy­ciera oczy.

– Już wszystko do­brze – po­wta­rza.

I wy­cho­dzi.

Pa­mię­tam. O tym, o czym ka­zał mi pa­mię­tać.

– Marta – mó­wię na głos.

Tak ci­cho, że nikt nie sły­szy. Przy­naj­mniej ja prze­ko­na­łam się, że nie je­stem nie­mową. I wszystko jesz­cze może się zmie­nić.

Po ja­kimś cza­sie wcho­dzi inna ko­bieta. Zmywa pod­łogę i po­pa­truje na mnie z cie­ka­wo­ścią, ale się nie od­zywa.

Pa­mię­tam. I nie tylko o tym, o czym ka­zał mi pa­mię­tać. Wszystko jesz­cze może się zmie­nić. Za­my­kam oczy. Może kie­dyś przejmę kon­trolę. To ostat­nia myśl, która się po­ja­wia, za­nim za­snę.

– Zjesz coś?

Otwie­ram oczy prze­ra­żona, a po­tem uśmie­cham się do pie­lę­gniarki, którą wcze­śniej po­zna­łam.

– Tak.

Ko­bieta wciąga gwał­tow­nie po­wie­trze.

– Ty mó­wisz.

– Tak – po­wta­rzam.

To je­dyne słowo, ja­kie wy­po­wie­dzia­łam w jej obec­no­ści, ale ona i tak uznaje to za cud.

– Bę­dziesz ja­dła sama? – pyta, sia­da­jąc na krze­śle przy łóżku.

– Tak.

– To mu­sisz usiąść. Obiad jest na sto­liku.

– Tak.

Pew­nie uważa, że tylko to umiem po­wie­dzieć. Na ra­zie nie mam siły wy­pro­wa­dzać jej z błędu. Sia­dam i za­czy­nam jeść. Zupa – chyba ro­sół – jest chłodna, a dru­gie da­nie bez wy­raź­nego smaku, ale i tak je­stem za­chwy­cona. Po­si­łek na wol­no­ści. Tak to się chyba na­zywa. Wol­ność.

– Wyj­miemy cew­nik.

Nie wie­dzia­łam, co to jest, ale cie­szę się, że to wyj­muje.

– Chcesz do to­a­lety?

– Tak.

Pro­wa­dzi mnie ko­ry­ta­rzem.

– To tu­taj. Za­cze­kam pod drzwiami.

Idę do ła­zienki i wy­ci­skam z sie­bie kilka kro­pel. Po­rząd­nie myję ręce, a po­tem przy­glą­dam się wła­snemu od­bi­ciu. Dłu­gie ja­sne włosy zwi­sają wzdłuż bla­dej twa­rzy. Są po­skle­jane i wy­glą­dają na brudne. On lu­bił, gdy były świeżo umyte i ład­nie fa­lo­wały. W nie­bie­skich oczach jest za­gu­bie­nie. Co­dzien­nie wi­dzia­łam tę twarz w lu­strze, ale te­raz ro­zu­miem, co miał na my­śli. Już nie je­steś małą dziew­czynką. To jedne z jego ostat­nich słów. Ile mam lat? Ile lat mia­łam wtedy? Chyba osiem. Osiem świe­czek na tor­cie. Ma­rze­nie. Trzeba zdmuch­nąć, to się spełni. Ja­kie było to ma­rze­nie? Nie pa­mię­tam. Ra­czej się nie speł­niło.

Pie­lę­gniarka uśmie­cha się, gdy otwie­ram drzwi.

– Wra­camy do łóżka?

– Tak.

Je­ste­śmy pra­wie tego sa­mego wzro­stu. Tak, je­stem te­raz bar­dziej dziew­czyną niż dziew­czynką.

– Marta – mó­wię na­gle.

Ko­bieta za­trzy­muje się w pół kroku.

– To twoje imię?

Głos drży jej nad­mier­nie.

– Tak – od­po­wia­dam i ru­szamy.

Przy łóżku staję, jak­bym nie była pewna, co te­raz na­leży zro­bić.

– Chcesz się po­ło­żyć?

Nie wiem, ale od­po­wia­dam:

– Tak.

To cał­kiem do­brze mi wy­cho­dzi.

– To się po­łóż, Mar­tu­niu.

Pie­lę­gniarka od­gar­nia mi włosy z czoła ge­stem, który wy­daje się zna­jomy. Czy mama tak ro­biła? Coś ści­ska mnie w gar­dle, ale po­sta­na­wiam nie pła­kać. Wy­cią­gam się na łóżku i my­ślę, że chyba nie je­stem do­ro­sła, skoro wszy­scy mó­wią mi na ty i trak­tują jak dziecko.

– A pani?

Ko­bieta pró­buje się uśmiech­nąć, ale wi­dzę, że oczy ma wil­gotne.

– Co ja?

– Jak pani ma na imię?

Pierw­sze pełne zda­nie, które tu wy­po­wie­dzia­łam.

– Kry­sia.

Do sali wcho­dzi le­karz, który wcze­śniej mnie ba­dał.

– Jak się pa­nienka czuje?

– Do­brze.

– I mó­wimy. – Uśmie­cha się, jak kie­dyś uśmie­chał się tata, a może dzia­dek. Wszystko mi się myli. – To do­brze, to do­brze. – Bę­dziesz mo­gła po­roz­ma­wiać ju­tro z po­li­cjan­tami?

Wy­da­wało mi się, że to było zde­cy­do­wane, ale do­ce­niam, że udaje i pyta o zgodę.

– Tak.

Cie­kawe, co by zro­bił, gdy­bym od­po­wie­działa „nie”.

– Ka­zali po­brać wy­maz DNA – zwraca się do pani Krysi.

Pie­lę­gniarka kiwa głową i wy­cho­dzi. Le­karz za­gląda mi jesz­cze w oczy i do gar­dła, po czym po­kle­puje po ręce i wy­cho­dzi.

– Co to jest wy­maz DNA? – zwra­cam się do pani Krysi, gdy znowu staje przy moim łóżku.

Kła­dzie na szafce stos ko­lo­ro­wych pa­pie­rów.

– Włożę ci na chwilę pa­lec do ust i we­zmę próbkę ma­te­riału z we­wnętrz­nej czę­ści po­liczka. To nic nie boli.

– Aha. Ale po co?

– Będą ana­li­zo­wać ma­te­riał ge­ne­tyczny. – Chyba do­ciera do niej, że nic nie ro­zu­miem, bo do­daje: – Będą chcieli się do­wie­dzieć, kim je­steś.

Sia­dam.

– I do­wie­dzą się?

– Tak. Ale na pewno naj­pierw za­py­tają cie­bie. Jak się na­zy­wasz?

Prze­cież już mó­wi­łam.

– Marta.

– To twoje imię. A na­zwi­sko?

Na­zwi­sko. Prze­cież każdy ma ja­kieś na­zwi­sko. Usta za­czy­nają mi drżeć.

– Nie... nie wiem.

– Nie martw się – mówi pani Kry­sia uspo­ka­ja­jąco. – Wła­śnie po to robi się te wy­mazy.

– I znajdą mo­ich ro­dzi­ców?

Przy­gląda mi się długo, za­nim od­po­wie:

– Mam na­dzieję, że tak.

– To niech pani to zrobi.

Otwie­ram usta, ale ona kręci głową.

– Mu­simy tro­chę po­cze­kać, bo nie­dawno ja­dłaś. Chcia­ła­byś coś po­czy­tać?

– Ja... Tak.

Boję się, że nie będę po­tra­fiła, ale nie po­wiem jej tego.

– Przy­nio­słam ci kilka ga­ze­tek. – Wska­zuje na szafkę. To, co po­ło­żyła, to ga­zetki. Do czy­ta­nia.

– Dzię­kuję.

– Mu­szę spraw­dzić, co u in­nych pa­cjen­tów, ale nie­długo wrócę i zro­bimy ten wy­maz.

Ki­wam głową i od­pro­wa­dzam ją wzro­kiem. Się­gam po pierw­szą ga­zetkę. Dużo ko­lo­ro­wych zdjęć. Ko­biety ze lśnią­cymi wło­sami, męż­czyźni uka­zu­jący w uśmie­chu białe zęby. Ładne domy, piękne ogrody. Przy­glą­dam się tym fo­to­gra­fiom, za­nim od­ważę się skon­cen­tro­wać na li­te­rach. Pa­mię­tam je. To zna­czy w ja­kiś spo­sób pa­mię­tam. Je­śli rze­czy­wi­ście mia­łam osiem lat, kiedy zni­kłam, by­łam za­pewne w dru­giej kla­sie. Mia­łam ja­kieś lek­tury, czy­ta­łam. Te­raz skła­da­nie li­ter w wy­razy idzie mi to­por­nie. Po­mi­jam już ro­zu­mie­nie sensu. To nic. Na­uczę się. Na­wet nie za­uwa­żam, gdy znów po­ja­wia się pani Kry­sia.

– Cie­kawe?

– Tak. – Wra­cam do bez­piecz­nego słowa.

– To do­brze. – Wciąga gu­mowe rę­ka­wiczki. – Otwórz usta. – Wkłada mi pa­lec i chwilę póź­niej wyj­muje. – Już po wszyst­kim. Za­raz przy­niosą ko­la­cję. Po­sta­raj się coś zjeść.

– Do­brze.

Pra­wie nie ru­szam ko­la­cji. Je­stem za­jęta skła­da­niem li­ter. Kiedy na­uczę się czy­tać jak inni?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki