Piwnica - Magdalena Zimniak - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Piwnica ebook i audiobook

Magdalena Zimniak

4,5

20 osób interesuje się tą książką

Opis

W budynku spółdzielni mieszkaniowej na 3 Maja straszy. Dlaczego duch daje znać o swojej obecności po prawie czterdziestu latach spokoju? Dlaczego pojawia się tylko wtedy, gdy dyżur ma ochroniarz Rafał? 

Rafał i Aneta, angażują się w prywatne śledztwo, które prowadzi do lat czterdziestych ubiegłego wieku. Wtedy, w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęła młoda kobieta. Bohaterowie podejrzewają, że jej ciało zostało zamurowane w piwnicy spółdzielni.
Zagadka z przeszłości przeplata się z problemami współczesnych bohaterów, rodzinne tajemnice mieszają z wielką historią. 

Magdalena Zimniak tworzy powieść psychologiczną na tle wydarzeń historycznych. 
Tajemnica, elementy kryminału i horroru sprawiają, że książki nie sposób odłożyć, dopóki nie pozna się zakończenia. 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 379

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 3 min

Lektor:

Oceny
4,5 (25 ocen)
14
9
2
0
0
Sortuj według:
Ewolda

Nie oderwiesz się od lektury

Ocenę książki można ująć w stwierdzeniu " kręte są ludzkie losy, jak kręte są ścieżki w górach".
10
zaczytanamatka_z_gabryskami

Dobrze spędzony czas

~ Rafał wraz z Aneta to młodzi pełni pasji oraz planów na przyszłość pracownicy firmy ochroniarskiej, która stacjonuje w bardzo starym budynku spółdzielni mieszkaniowej przy ulicy 3-maja. Podczas jednej z nocnych zmian, obydwoje doświadczają dziwnych nadprzyrodzonych sytuacji, wzbogaconych o przerażające dźwięki wydobywające się prosto z piwnicy, które dziwnym trafem powtarzają się tylko wtedy kiedy Rafał ma swoją zmianę. Po pewnym czasie i po kilku spekulacjach, długiej wymianie zdań, obydwoje stwierdzają, że są osobami podatnymi na kontakty z duchami, dlatego też na własna rękę postanawiają przeprowadzić śledztwo, które doprowadza ich do zagadki sprzed ponad czterdziestu lat. Czyli do prawdziwych okoliczności śmierci młodej kobiety która,najprawdopodobniej została zamurowana w piwnicy spółdzielni mieszkaniowej. Aneta i Rafał nie mają pojęcia, że ich pochodzenie wraz ze skrzętnie skrywanymi tajemnicami rodzinnymi, są punktem zapalnym do rozwiązania brutalnej zagadki z przeszłości, s...
10
KarolinaW199214

Nie oderwiesz się od lektury

super, bardzo dobrze się czytało i szybko mnie wciągnęła.
10
rybcia0106

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna powieść
00
Lost70

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra książka
00

Popularność




Re­dak­cjaAgniesz­ka Czap­czyk
Ko­rek­taJa­nusz Si­gi­smund
Skład i ła­ma­nieMar­cin La­bus
Pro­jekt gra­ficz­ny okład­kiMa­riusz Ba­na­cho­wicz
Zdjęcie wy­ko­rzy­sta­ne na okład­ce©Ca­ro­li­na Pi­men­ta/Unsplash
© Co­py­ri­ght by Skar­pa War­szaw­ska, War­sza­wa 2022 © Co­py­ri­ght by Mag­da­le­na Zim­niak, War­sza­wa 2022
Ze­zwa­la­my na udo­stęp­nia­nie okład­ki ksi­ążki w in­ter­ne­cie
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67343-84-8
Wy­daw­ca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mo­wa Skar­pa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. Bo­row­skie­go 2 lok. 24 03-475 War­sza­wa tel. 22 416 15 81re­dak­[email protected]­pa­war­szaw­ska.plwww.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.

Dla Ra­fa­łka

Gdy nada­wa­łam imio­na bo­ha­te­rom,nie było Cię na świe­cie. Co za zbiegoko­licz­no­ści, że ro­dzi­ce na­zwa­li Cię wła­śnie tak!

PRO­LOG

Nie­kie­dy za­po­mi­nam, gdzie je­stem. Kim je­stem. Cza­sem tkwię w prze­szło­ści i na nowo prze­ży­wam wszyst­ko, co do­pro­wa­dzi­ło mnie tu­taj. In­nym ra­zem obi­jam się o ścia­ny, szar­pię. Du­szę się. Zda­rza mi się wy­jść. Błąkam się po ko­ry­ta­rzach albo snu­ję po scho­dach. Nie mogę tyl­ko opu­ścić bu­dyn­ku. Coś mnie tu trzy­ma. Może sama pod­jęłam taką de­cy­zję. Mu­szę tu zo­stać, do­pó­ki... Ta myśl za­zwy­czaj się ury­wa. Cho­dzę w tę i z po­wro­tem. Mam moc prze­su­wa­nia przed­mio­tów. Nikt nie wi­dzi. Nikt nie czu­je. Nikt nie sły­szy. Na­wet gdy ze wszyst­kich sił wo­łam o po­moc.

Nie za­wsze tak było. Ist­nia­ła szan­sa. Nie wy­ko­rzy­sta­łam jej. Nie mam po­jęcia, czy mi­nęły mie­si­ące, czy lata. Może to było wczo­raj, a może przed wie­ka­mi. Czas jest zu­pe­łnie abs­trak­cyj­ny.

I zno­wu się po­ja­wi­ła. Szan­sa.

Boję się. To ja się boję. A lu­dzie mó­wią: „Stra­szy tu­taj”. Mó­wi­li.

Znów za­czną.

SIER­PIEŃ 1944

– Ju­tro od dwu­na­stej do czter­na­stej będzie za­wie­sze­nie bro­ni. Wi­dzia­łaś to nie­miec­kie ul­ti­ma­tum.

Ire­na otu­li­ła do­dat­ko­wym ko­cem szczęka­jącą zęba­mi na­sto­lat­kę. Ser­ce się jej ści­ska­ło, gdy pa­trzy­ła na cho­rą. Ka­żdą ko­bie­tę mógł spo­tkać los tej dziew­czy­ny. Ją samą. Zo­się. Wstrząsnęła się i spoj­rza­ła na męża.

– Co? – spy­ta­ła nie­obec­nym to­nem.

– Ju­tro za­wie­sze­nie bro­ni. Wi­dzia­łaś nie­miec­kie ul­ti­ma­tum? – po­wtó­rzył.

Wi­dzia­ła, oczy­wi­ście. Wszyst­ko bez­czel­ne kłam­stwa. Ża­den miesz­ka­niec War­sza­wy do­bro­wol­nie opusz­cza­jący mia­sto nie do­zna krzyw­dy. Aku­rat! Zdol­ni do pra­cy otrzy­ma­ją pra­cę i chleb, nie­zdol­ni zo­sta­ną za­opa­trze­ni. Cho­rzy do­sta­ną opie­kę le­kar­ską. Bo prze­cież ar­mia nie­miec­ka wal­czy je­dy­nie z bol­sze­wi­zmem. Mo­żna by po­my­śleć, że Niem­cy za­mie­ni­li się w anio­łów, a po­wsta­ńcy dali się zma­ni­pu­lo­wać so­wiec­kiej pro­pa­gan­dzie.

– Wi­dzia­łam – po­wie­dzia­ła wol­no. – Nie wie­rzę im.

– Mają po­ro­zu­mie­nie z PCK. Wła­dze po­wsta­ńcze się na to zga­dza­ją.

– I co z tego? Co dla nich zna­czą umo­wy? Po­ro­zu­mie­nia? Skąd wiesz, że tych lu­dzi nie będą za­bi­jać po dro­dze? Na­praw­dę wie­rzysz, że za­opie­ku­ją się cho­ry­mi? Co zro­bi­li na Woli? Na Ocho­cie?

– Von dem Bach-Ze­lew­ski zmie­nił tę po­li­ty­kę. Nie wie­rzę mu, jed­nak nie ro­bią już ta­kich rze­zi cy­wi­lów jak na po­cząt­ku.

Po­kręci­ła gło­wą.

– Może rze­czy­wi­ście po­trze­bu­ją rąk do pra­cy. Ale ci cho­rzy... Niem­cy obej­dą się z nimi be­stial­sko. To są po­two­ry!

Do­tknął jej ręki i spoj­rzał w oczy. Uwiel­bia­ła ten wzrok. Mia­ła ocho­tę się w nim za­to­pić. Na­wet te­raz. W tej piw­ni­cy, wśród jęków i smro­du. Na prze­kór brzy­do­cie. Na prze­kór roz­pa­czy.

– Chcę, że­byś po­szła ju­tro.

Przez chwi­lę nie ro­zu­mia­ła i w od­po­wie­dzi na uścisk męża ści­snęła jego pal­ce. Gdy sło­wa do­ta­rły, wy­rwa­ła dłoń. Wsta­ła i zro­bi­ła krok do tyłu.

– Tyl­ko wte­dy, je­śli ty też pój­dziesz.

– Ko­cha­na... mu­szę zo­stać tu­taj.

– Co? Ty zo­sta­niesz, a ja mam iść?! Nie! Ni­g­dy!

– Mężczy­źni wal­czą, ko­bie­ty bu­du­ją lep­szy świat – wy­re­cy­to­wał fra­zes, któ­ry nie miał nic wspól­ne­go z rze­czy­wi­sto­ścią.

– Bzdu­ra! Ro­zej­rzyj się. Te­raz wal­czą wszy­scy. Nie ma bu­du­jących nowy, lep­szy świat.

– Wła­śnie dla­te­go... pro­szę. Bła­gam.

– Nie chcę – po­wie­dzia­ła twar­do.

– Po­słu­chaj, ko­cha­nie. – Pod­sze­dł i do­tknął jej zu­pe­łnie jesz­cze pła­skie­go brzu­cha. – Ty i nasz syn je­ste­ście tymi, za któ­rych wal­czę. Oczy­wi­ście oj­czy­zna, War­sza­wa, to też. – Mimo że na­uczy­li się mó­wić ci­cho, pra­wie szep­tem, żeby nie prze­szka­dzać ran­nym, w jego gło­sie sły­sza­ła żar­li­wo­ść, któ­rą za­wsze w nim uwiel­bia­ła, ale te­raz czu­ła roz­pacz. I wście­kło­ść, że Wła­dek nie ro­zu­mie. Nie chcia­ła mar­twe­go męża. Chcia­ła żyć, mieć dziec­ko, wy­cho­wy­wać je z nim. – Je­stem go­tów od­dać za nie ży­cie. Ale ty... wy... mu­si­cie oca­leć, że­bym czuł sens. Tu­taj... sama wi­dzisz, jak jest tu­taj. Mu­szę wie­dzieć, że ty... że wy będzie­cie żyć.

Ro­ze­śmia­ła się, po czym na­gle prze­rwa­ła, bo spoj­rze­nia wszyst­kich w piw­ni­cy skie­ro­wa­ły się na nią. Przy­naj­mniej wszyst­kich przy­tom­nych.

– Skąd wiesz, że nie zgi­nie­my po dro­dze?

– To nie tak, że uwie­rzy­łem Niem­com.

– Słu­cham?

Wzi­ął głębo­ki od­dech.

– Usi­ądźmy. Wszyst­ko ci wy­ja­śnię.

Wci­ągnęła głębo­ko po­wie­trze. Za­pach nie­my­tych ciał, ro­pie­jących ran i kwa­śnych od­de­chów prze­stał jej prze­szka­dzać. Nie chcia­ła sia­dać. Nie chcia­ła go słu­chać. Ro­zej­rza­ła się wo­kół. To już nie była piw­ni­ca miesz­ka­nia ro­dzi­ców. Po­miesz­cze­nie sta­ło się schro­nem, szpi­ta­lem albo ra­czej prze­cho­wal­nią ran­nych. W rogu, na ma­te­ra­cu, jęczał nie­zna­jo­my. Ja­kaś dziew­czy­na – żona? sio­stra? na­rze­czo­na? – trzy­ma­ła go za rękę. Tuż obok le­ża­ła star­sza ko­bie­ta, któ­rą kula tra­fi­ła w udo. Jej oczy, sze­ro­ko otwar­te, wpa­try­wa­ły się w je­den punkt na odra­pa­nej ścia­nie. Ope­ra­cję prze­pro­wa­dził we­te­ry­narz. Nie­ca­łą go­dzi­nę temu Ire­na zmie­nia­ła opa­tru­nek. Rana nie wy­gląda­ła do­brze. Na ra­zie ko­bie­ta nie go­rącz­ko­wa­ła, ale to mo­gła być kwe­stia cza­su. Obok dziew­czy­na, któ­ra na­dal się trzęsła. Ten do­dat­ko­wy koc nie­wie­le zmie­nił. Krwa­wi­ła z dróg rod­nych. Wła­dek zna­la­zł ją przed ich ka­mie­ni­cą w po­dar­tej su­kien­ce, bez bie­li­zny. Do tej pory nie po­wie­dzia­ła sło­wa. Nie tyl­ko śmie­rć była te­raz na po­rząd­ku dzien­nym. Gwa­łty też. Ire­na prze­nio­sła spoj­rze­nie na mło­de­go mężczy­znę, wła­ści­wie chło­pa­ka, od dwóch dni nie­odzy­sku­jące­go przy­tom­no­ści.

– Oni – wska­za­ła na lu­dzi pod ścia­ną – nie da­dzą rady pó­jść. Mam ich zo­sta­wić?

Czu­ła, że jest nie­lo­gicz­na. Przed chwi­lą mó­wi­ła, że pój­dzie, je­śli mąż z nią będzie. Te­raz wy­mów­kę sta­no­wi­li ran­ni. Nie dba­ła o lo­gi­kę.

– Usi­ądźmy, pro­szę – po­wtó­rzył. – Wy­słu­chaj mnie cho­ciaż.

Kręci­ła gło­wą, ale po­zwo­li­ła po­sa­dzić się przy sto­le, któ­ry kie­dyś stał w sa­lo­nie i był dumą mamy. Te­raz mamy nie było. Kil­ka dni temu po­cho­wa­ły ją z sio­strą w pro­wi­zo­rycz­nym po­wsta­ńczym gro­bie. Tuż obok in­nych. Jak znaj­dą cia­ło po woj­nie? Jak je roz­po­zna­ją? Po pie­rścion­ku za­ręczy­no­wym? Po ob­rącz­ce? Ire­na wło­ży­ła do kie­szon­ki spód­ni­cy mat­ki kart­kę z imie­niem i na­zwi­skiem. Może się nie roz­pad­nie. Oj­ciec zgi­nął już w trzy­dzie­stym dzie­wi­ątym. Wte­dy na­pa­ść Hi­tle­ra na Pol­skę, a jesz­cze bar­dziej śmie­rć taty, wy­da­wa­ły się ko­ńcem świa­ta. Nikt nie przy­go­to­wał Ire­ny na ko­lej­ne lata woj­ny, ko­lej­ne stra­ty. Z ich ro­dzi­ny zo­sta­ły tyl­ko ona i Zo­sia. I to dziec­ko w brzu­chu. Na sto­le sta­ły le­kar­stwa, któ­re uda­ło im się zdo­być.

– Gdzie jest Zo­sia?

Zda­ła so­bie spra­wę, że od ja­kie­goś cza­su nie wi­dzia­ła sio­stry. Mat­ka, umie­ra­jąc, po­wie­dzia­ła: „Chroń Zo­się. Bła­gam. Opie­kuj się moją małą dziew­czyn­ką”. To było ta­kie trud­ne. Ire­na, po­grążo­na w ża­ło­bie, opa­try­wa­ła rany ob­cych lu­dzi, pra­wie nie spusz­cza­ła wzro­ku z sio­stry, sama co­raz bar­dziej głod­na, brud­na i spra­gnio­na, bo­jąc się o dziec­ko, któ­re roz­wi­ja­ło się w jej ło­nie. Nie­kie­dy bu­dził się gniew. Dla­cze­go mat­ka zrzu­ci­ła to na nią? Młod­sza có­recz­ka, któ­rą star­sza za­wsze się opie­ko­wa­ła, zbie­ra­jąc po­chwa­ły od ro­dzi­ców i ob­cych. Wcze­śniej bunt za­pa­lał się i gasł. Ire­na zda­wa­ła so­bie spra­wę, że będąc sze­ść lat star­sza, ma obo­wi­ąz­ki. Te­raz jed­nak było ina­czej. Te­raz obie żyły w środ­ku pie­kła. Na­dal mia­ła sze­ść lat wi­ęcej.

– Jest ze Stasz­kiem. Bez­piecz­na.

Bez­piecz­na. Pra­wie po­now­nie się ro­ze­śmia­ła. Pra­wie. Gdy­by tym ra­zem za­częła się śmiać, szyb­ko za­mie­ni­ło­by się to w nie­opa­no­wa­ną hi­ste­rię. Nie czas na roz­sy­pa­nie się. Po woj­nie. Po po­ro­dzie.

– Co chcia­łeś mi po­wie­dzieć?

– Pa­mi­ętasz moją mamę, praw­da?

– Co za py­ta­nie?

Mama Wład­ka zma­rła na su­cho­ty w trzy­dzie­stym dzie­wi­ątym, nie­dłu­go przed wy­bu­chem woj­ny, ale jak Ire­na mo­gła­by jej nie pa­mi­ętać? Wspa­nia­łej ko­bie­ty, któ­ra do ka­żde­go wy­ci­ąga­ła po­moc­ną dłoń. Ire­na cho­dzi­ła do niej, gdy wy­da­wa­ło się, że ro­dzo­na mat­ka jej nie ro­zu­mie. Pani Te­re­ska ro­zu­mia­ła za­wsze.

– A pa­mi­ętasz Ad­ria­na Ke­ni­ga?

Ire­na nie od­po­wie­dzia­ła. Do cze­go jej mąż zmie­rzał?

– Pa­mi­ętasz?

– Oczy­wi­ście – rze­kła su­cho.

– W trzy­dzie­stym ósmym roz­nio­sła się po­gło­ska, że jest Ży­dem. Kil­ku chło­pa­ków, w tym nie­ste­ty Ka­zik, mój ku­zyn, po­sta­no­wi­li to spraw­dzić.

– Spraw­dzić? – szep­nęła.

Roz­le­gł się gło­śniej­szy niż do tej pory jęk pod ścia­ną. Pra­wie wsta­ła, ale mąż po­ło­żył jej rękę na ra­mie­niu.

– Tak. Spraw­dzić, czy był ob­rze­za­ny.

– Ka­zik był w Fa­lan­dze – przy­po­mnia­ła so­bie.

Wła­dek spu­ścił wzrok.

– Tak. Po tym in­cy­den­cie się wy­pi­sał. Wiesz dla­cze­go?

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Skąd mogę wie­dzieć?

Pod­nió­sł gło­wę i spoj­rzał jej pro­sto w oczy.

– Go­ni­li Ke­ni­ga, a on wo­łał o po­moc, ale nikt nie re­ago­wał. By­łem w ogro­dzie, gdy usły­sza­łem krzy­ki. Za­nim co­kol­wiek zdąży­łem zro­bić... mam na­dzie­ję, że coś bym zro­bił... mama wy­le­cia­ła i otwo­rzy­ła bra­mę. Ke­nig wbie­gł, a ona sta­nęła przed po­se­sją. Wpu­ści­łem go do domu i wy­sze­dłem na ze­wnątrz. Bra­ma była już za­mkni­ęta, ale mama na­dal przy niej sta­ła. Nie sły­sza­łem, co mó­wi­ła wcze­śniej, ale wi­dzia­łem jej wzrok. Tak pa­trzy­ła kie­dyś na mnie, gdy spro­wo­ko­wa­łem bój­kę z ko­le­gą z ław­ki.

Ire­na mil­cza­ła. Ona rów­nież zna­ła ten wzrok. Kie­dyś, pew­nie mia­ła ja­kieś dzie­si­ęć lat, po­szła z mamą na targ i tam spo­tka­ły pa­nią Te­re­skę. Mama wda­ła się w roz­mo­wę, któ­rą po chwi­li prze­rwał roz­pacz­li­wy krzyk. Mężczy­zna, u któ­re­go często ku­po­wa­ły mi­ęso, ci­ągnął za ucho oko­ło je­de­na­sto­let­nie­go chłop­ca, a ten za­le­wał się łza­mi. Pani Te­re­ska spoj­rza­ła na ro­słe­go mężczy­znę, za­pew­ne ojca, i to wy­star­czy­ło, żeby tam­ten prze­stał i za­czął się tłu­ma­czyć. Mó­wił, że chło­pak był nie­grzecz­ny, a on stra­cił pa­no­wa­nie. Pani Te­re­ska pra­wie nie słu­cha­ła. Po­wie­dzia­ła, żeby przy­szli na­stęp­ne­go dnia po­móc w ogro­dzie. Pew­nie przy­szli, bo Ire­na spo­ty­ka­ła w domu Wład­ka tam­te­go chłop­ca. Pani Te­re­ska uczy­ła go czy­tać. Miał na imię Jó­zek. W trzy­dzie­stym ósmym po­je­chał do Wil­na na uni­wer­sy­tet. Po­dob­no za­trzy­mał się u sio­stry pani Te­re­ski i uda­wa­ło mu się utrzy­mać przy po­mo­cy ko­re­pe­ty­cji. Ire­na nie pa­mi­ęta­ła, co stu­dio­wał. Nie wie­dzia­ła, co się z nim sta­ło po wy­bu­chu woj­ny.

– I oni so­bie po­szli – ci­ągnął Wła­dek. – Ka­zik zwie­rzył mi się kie­dyś, że mama za­mknęła bra­mę, scho­wa­ła klucz pod sta­ni­kiem i po­wie­dzia­ła: „Je­śli chce­cie spraw­dzić jego, mu­si­cie naj­pierw si­ęgnąć po klucz. Do­bro­wol­nie go wam nie od­dam. Ostrze­gam, będę się bro­nić”. Sza­cu­nek dla ko­bie­ty, dla Po­lki, nie po­zwo­lił im nic zro­bić. Ka­zik po­tem z nią roz­ma­wiał i twier­dził, że dzi­ęki temu pew­ne rze­czy zro­zu­miał, ale ja my­ślę, że to po pro­stu jej wzrok.

Kątem oka do­strze­gła, że Zo­sia we­szła do piw­ni­cy i po­chy­li­ła się nad naj­bar­dziej jęczącym ran­nym. Za nią stał Sta­szek z ja­ki­miś ban­da­ża­mi. Do­brze, że uda­ło im się zdo­być ma­te­ria­ły opa­trun­ko­we.

– Tak – zwró­ci­ła się do Wład­ka. – Two­ja mama była wspa­nia­ła. Nie ro­zu­miem jed­nak, po co mi to te­raz opo­wia­dasz.

Za­czerp­nął po­wie­trza.

– Ke­nig.

– Co?

– Przy­pusz­czam, że Ke­nig nie jest jed­nak Ży­dem, bo nie za­sze­dłby tak wy­so­ko w nie­miec­kiej ad­mi­ni­stra­cji. Wiesz, że jest jed­nym z za­stęp­ców Sze­fa Urzędu Gu­ber­na­to­ra Dys­tryk­tu War­szaw­skie­go?

Ire­na po­trząsnęła gło­wą.

– Co to ma...

– Po­słu­chaj. On obie­cał, że je­śli kie­dy­kol­wiek będzie­my po­trze­bo­wać po­mo­cy, udzie­li jej. Wte­dy przy­pusz­czal­nie nie sko­ńczy­ło­by się na spraw­dze­niu. Moja mat­ka na­praw­dę go ura­to­wa­ła. I te­raz uda­ło mi się z nim skon­tak­to­wać.

– Co?

– Skon­tak­to­wać z Ke­ni­giem. – Zro­bił prze­rwę, a po­tem wy­rzu­cał z sie­bie sło­wa z szyb­ko­ścią mio­ta­cza ognia. – Będą was pro­wa­dzić na Za­chod­ni. Tam ogło­szą przez me­ga­fon, że­by­ście zgło­si­ły się do naj­bli­ższe­go żo­łnie­rza eskor­ty i on was za­pro­wa­dzi do Ke­ni­ga. Ke­nig was stam­tąd od­wie­zie. Mo­dli­łem się dłu­go i wie­rzę, że to Je­zus mną te­raz kie­ru­je. Ko­cha­na, pro­szę. Bła­gam.

Uklęk­nął przed nią. Znów spoj­rze­nia ran­nych były w nich utkwio­ne. Te­atr, po­my­śla­ła. Mia­ła na­dzie­ję, że nikt nie ro­zu­miał, o co cho­dzi. Drża­ła. Nie chcia­ła go słu­chać.

– Nie.

– Zrób to dla na­sze­go syna.

– To może być cór­ka.

– To nie ma zna­cze­nia. Mu­si­cie żyć. Tu­taj... nie ma na­wet je­dze­nia. Wal­cza­ko­wie zje­dli wczo­raj swo­je­go psa. Co­raz wi­ęcej lu­dzi ma ty­fus.

– My­ślisz, że pój­dę tam sama? Zo­sta­wię Zo­się? Ostat­nie sło­wa mamy były, że­bym ją chro­ni­ła.

– Zo­sia pój­dzie z tobą.

Nie zwró­ci­ła uwa­gi, że wcze­śniej mó­wił w licz­bie mno­giej. Że­by­ście się zgło­si­ły. Was za­pro­wa­dzi. Może zwró­ci­ła, ale sądzi­ła, że ma na my­śli dziec­ko w jej brzu­chu. Zo­sia i Sta­szek na­dal zaj­mo­wa­li się ran­ny­mi, uda­jąc, że nie do­strze­ga­ją nic nad­zwy­czaj­ne­go w klęczącym Wład­ku i jego roz­trzęsio­nej żo­nie.

– Ona ni­g­dy się nie zgo­dzi.

– Sta­szek ją prze­ko­na. Pew­nie już prze­ko­nał. To do jego mat­ki idzie­cie.

Zo­sia wła­ści­wie była jesz­cze dziec­kiem. Mo­żna by ją tak trak­to­wać, gdy­by nie woj­na. Te­raz szes­na­sto­lat­ka była ko­bie­tą, go­to­wą do wal­ki, do śmier­ci, do stra­ty wszyst­kie­go i wszyst­kich. Młod­sze dziew­czy­ny i chłop­cy też. Wiek prze­sta­wał mieć zna­cze­nie. Ire­na za­ci­snęła ręce w pi­ęści. Nie chcia­ła iść. Nie chcia­ła prze­żyć bez męża. Na­wet dla Zosi. Tyl­ko to ży­cie w niej...

– Do­brze – po­wie­dzia­ła wbrew so­bie.

– Dzi­ęku­ję, ko­cha­na.

Na­dal na klęcz­kach, ca­ło­wał jej ręce. Nie będzie pła­kać. Nie pła­ka­ła na­wet, gdy zgi­nęła mat­ka. Może nie umia­ła już pła­kać. Wsta­ła, wy­rwa­ła dło­nie i od­wró­ci­ła się od nie­go. Za­chwia­ła się, ale na­tych­miast zna­la­zł się obok i ją pod­trzy­mał. Nie mia­ła sił. Nie chcia­ła od­gro­dzić się od Wład­ka. Wtu­li­ła twarz w ra­mię męża, opie­ra­jąc się na nim ca­łym ci­ęża­rem.

Tej nocy, na brud­nym ma­te­ra­cu, wśród jęków i za­wo­dze­nia ran­nych, od­da­wa­ła mu się, jak­by to był pierw­szy raz. Tyl­ko że pierw­szy raz nie dał jej tyle bólu i tyle roz­ko­szy.

Rano zo­stał już wy­łącz­nie ból. Pró­bo­wa­ła opa­try­wać i po­cie­szać cier­pi­ących, ale we­wnątrz ko­ła­ta­ła się tyl­ko jed­na myśl. To ko­niec.

– Pil­nuj ich. – Wska­za­ła wzro­kiem na ran­nych. – Niech ktoś za­wsze się nimi zaj­mu­je.

Wła­dek po­ki­wał gło­wą. Prze­cież sam mógł zo­stać ran­ny i wte­dy kto po­mo­że tym jęczącym na podło­dze? Umrą. Niech umrą. Niech tyl­ko on nie zgi­nie. Niech żyje z nią.

– Trze­ba iść – po­wie­dział.

Mia­ła ocho­tę wyć.

– Cho­dź z nami – bła­ga­ła.

– Je­stem mężczy­zną. Mężczy­źni mu­szą wal­czyć. Ko­bie­ty urządza­ją lep­szy świat – po­wtó­rzył wczo­raj­szy fra­zes.

Po­kręci­ła gło­wą.

– Wła­dek...

Za­mknął jej usta po­ca­łun­kiem. Tak na­mi­ęt­nym jak w nocy.

– Mu­si­cie iść. – Na mo­ment ode­rwał war­gi i wsu­nął jej coś do kie­sze­ni. – Może ci się przy­dać.

Jesz­cze raz ją po­ca­ło­wał. Gdy po­now­nie ją pu­ścił, spoj­rza­ła na za­mkni­ętych w uści­sku sio­strę i Stasz­ka, któ­ry po­ki­wał gło­wą.

– Mu­si­cie iść – po­wie­dział.

Zo­sia wy­su­nęła się z jego ob­jęć. Mil­cza­ła. Zro­bi­ła się tak chu­da, że wy­gląda­ła, jak­by za chwi­lę mia­ła się prze­ła­mać. Jej twarz była bar­dzo bla­da, oczy czer­wo­ne. Jed­no­cze­śnie Ire­na za­uwa­ży­ła w nich błysk na­dziei. Nie mu­sia­ła się za­sta­na­wiać, do cze­go się od­no­si. Na pal­cu sio­stry po­ły­ski­wał pie­rścio­nek. Woj­na, nie woj­na, Zo­sia była jesz­cze dziec­kiem. Nie ro­zu­mia­ła. Ire­na po­now­nie za­ci­snęła ra­mio­na wo­kół szyi męża.

– Po­słu­chaj – mó­wił po­śpiesz­nie do jej ucha. – Będę chciał prze­żyć. Dla was. Po woj­nie spo­tka­my się albo u mat­ki Stasz­ka, albo tu­taj.

Oj­ciec Wład­ka rów­nież zgi­nął we wrze­śniu trzy­dzie­ste­go dzie­wi­ąte­go, a dom, w któ­rym miesz­ka­li, zo­stał już wte­dy zbu­rzo­ny. Ire­na mia­ła tyl­ko sie­dem­na­ście lat, ale na­le­ga­ła na przy­spie­sze­nie daty ślu­bu. Urządzi­li gniazd­ko w miesz­ka­niu mamy. Tu, mimo wo­jen­nej za­wie­ru­chy, byli szczęśli­wi.

– Wszyst­ko może zo­stać zbu­rzo­ne.

– Od­naj­dę was.

Przy­si­ęgnij, że prze­ży­jesz, chcia­ła po­wie­dzieć, lecz nie zro­bi­ła tego.

Przy­ci­ągnął ją moc­niej, po czym roz­lu­źnił uścisk. Zo­sia wzi­ęła ją za rękę.

Ko­lum­na wol­no po­su­wa­ła się na­przód. Lu­dzie szli w mil­cze­niu. Sły­chać było tyl­ko nie­zdro­wy ka­szel. Ire­na pod­su­nęła chust­kę na twarz. Le­piej się nie za­ra­zić. Od­rzu­ca­ła myśl, że już mo­gła zo­stać czy­mś za­ra­żo­na. Pró­bo­wa­ła skon­cen­tro­wać się na mia­ro­wym kro­ku. Je­śli ktoś zbyt się opó­źniał, któ­ryś z eskor­tu­jących dźgał go ka­ra­bi­nem, mó­wi­ąc znu­dzo­nym gło­sem: „Schnel­ler!”. Nie chcia­ła, żeby jej do­ty­ka­li. Bała się moc­ne­go wal­ni­ęcia. Dla­cze­go nie ka­za­ła Wład­ko­wi przy­si­ąc? Bo bała się, że może stać się krzy­wo­przy­si­ęz­cą? Bała się, że... Nie chcia­ła ko­ńczyć, ale to sło­wo i tak przy­cho­dzi­ło. Zgi­nie.

Wy­da­wa­ło jej się, że mi­nęły wie­ki, za­nim do­tar­li do Za­chod­nie­go. Za­trzy­ma­li się na to­rach. Wy­mie­ni­ły z sio­strą spoj­rze­nia. W oczach Zosi do­strze­gła na­pi­ęcie. Co te­raz będzie? Czy Ke­nig do­trzy­ma obiet­ni­cy? Czy to była tyl­ko gra? Pój­dą gdzieś z in­ny­mi i tam umrą. Zo­sia, któ­rą mia­ła chro­nić, i ona sama, wy­pchni­ęta z War­sza­wy przez męża. Z dala od nie­go. I dziec­ko. Boże, nie. Pro­szę. Nie. Lu­dzie już roz­ma­wia­li, za­sta­na­wia­li się, do­kąd idą i co z nimi będzie. Czas mi­jał. Mi­nu­ty, może go­dzi­ny. Ire­na czu­ła się co­raz go­rzej. Wy­ci­ągnęła ka­wa­łek skór­ki chle­ba, mo­dląc się, aby po­wstrzy­mał mdło­ści. Głos, któ­ry roz­le­gł się przez me­ga­fon, brzmiał jak z in­ne­go świa­ta.

– Uwa­ga, uwa­ga! Ire­na Bar­cic­ka i Zo­fia Ro­nik mają zgło­sić się do naj­bli­ższe­go żo­łnie­rza eskor­ty! Mają mieć przy­go­to­wa­ne do­ku­men­ty to­żsa­mo­ści.

Drżący­mi pal­ca­mi wy­ci­ąga­ła z kie­sze­ni ken­kar­tę, a Zo­sia wy­su­pły­wa­ła swo­ją z wor­ka, pod­czas gdy ko­mu­ni­kat był po­wta­rza­ny po nie­miec­ku. Mło­dy blon­dyn, wy­gląda­jący jak ma­rze­nie o wy­ższej ra­sie, po­pro­wa­dził je do ma­łe­go po­miesz­cze­nia. Na ich wi­dok Ke­nig wstał i dał chło­pa­ko­wi znak, żeby zo­sta­wił ich sa­mych. Ire­na do­strze­gła na twa­rzy wy­cho­dzące­go ob­le­śny uśmie­szek. Do­pie­ro gdy drzwi się za­mknęły, spoj­rza­ła na Ke­ni­ga. Pa­mi­ęta­ła go. Przed woj­ną pro­wa­dził ksi­ęgar­nię. Był kil­ka­na­ście lat star­szy, ale zda­rza­ło jej się z nim flir­to­wać, gdy wy­bie­ra­ła nowe ksi­ążki. Było dla niej szo­kiem, gdy stał się ak­tyw­ny po­li­tycz­nie i dzia­łał na rzecz Trze­ciej Rze­szy. Być może spo­wo­do­wał to in­cy­dent, o któ­rym mó­wił wczo­raj Wła­dek, ale wte­dy pe­łna obu­rze­nia prze­sta­ła ku­po­wać w ksi­ęgar­ni zdraj­cy. Gdy wy­bu­chła woj­na, Ke­nig szyb­ko awan­so­wał, a w Ire­nie wie­ści o jego ka­rie­rze bu­dzi­ły po­gar­dę.

Te­raz zdjął czap­kę ofi­ce­ra SS i się ukło­nił.

– Dzień do­bry – ode­zwał się po pol­sku. – Miło pa­nie zno­wu wi­dzieć, cho­ciaż wo­la­łbym, że­by­śmy spo­tka­li się w we­sel­szych oko­licz­no­ściach.

Mil­cza­ła, ale Zo­sia od­po­wie­dzia­ła na po­zdro­wie­nie. Ire­na za­sta­na­wia­ła się, ile sio­stra wie na te­mat przy­stoj­ne­go ofi­ce­ra, któ­ry te­raz miał być ich wy­baw­cą.

– Nie mamy wie­le cza­su – ci­ągnął Ke­nig. – Pro­szę, pój­dźcie pa­nie za mną.

Zo­sia wzi­ęła ją za rękę i podąży­ły za by­łym wła­ści­cie­lem ksi­ęgar­ni. Po­pro­wa­dził je ko­ry­ta­rzem do in­ne­go wy­jścia. Na ze­wnątrz nie było tłu­mu war­sza­wia­ków. Stał tyl­ko czar­ny, ele­ganc­ki sa­mo­chód. Ire­na ni­g­dy w ży­ciu nie je­cha­ła sa­mo­cho­dem. Ke­nig otwo­rzył drzwi.

– Pro­szę, niech pa­nie wej­dą.

Nie­miec­ki ofi­cer jak z re­kla­my. Przy­stoj­ny i szar­manc­ki. Ciem­no­wło­sy, ale tacy też się zda­rza­li. Tyl­ko one, nie­pach­nące naj­pi­ęk­niej, brud­ne i wy­chu­dzo­ne Po­lki, nie pa­so­wa­ły­by do nie­miec­kiej pro­pa­gan­do­wej ta­śmy fil­mo­wej.

– Prze­pra­szam – po­wie­dzia­ła Ire­na.

Ode­szła na bok i zwy­mio­to­wa­ła. Zo­sia podąży­ła za nią i od­gar­nęła jej wło­sy ze spo­co­ne­go czo­ła.

– Jak się czu­jesz?

Ire­na spró­bo­wa­ła się uśmiech­nąć.

– Bio­rąc pod uwa­gę oko­licz­no­ści, nie naj­go­rzej. – Wy­pro­sto­wa­ła się. – Masz jesz­cze tro­chę wody?

Ode­bra­ła bu­tel­kę z rąk sio­stry. Naj­pierw prze­płu­ka­ła usta, cho­ciaż wy­da­wa­ło się to strasz­nym mar­no­traw­stwem, po­tem wzi­ęła łyk, sta­ra­jąc się pa­no­wać nad pra­gnie­niem.

– Dro­gie pa­nie – usły­sza­ła głos Ke­ni­ga. – Przy­go­to­wa­łem dla pań mały pro­wiant. Woda, chleb i ka­wa­łek kie­łba­sy. Mam wszyst­ko w sa­mo­cho­dzie. Da pani radę je­chać, pani Ire­no?

Ski­nęła gło­wą. Pierw­sza prze­ja­żdżka sa­mo­cho­dem. Kie­dyś ma­rzy­ła, że usi­ądzie w ta­kim au­cie obok Wład­ka i będą mknęli przez mia­sto. Te­raz z mia­sta zo­sta­ły ru­iny, a Wła­dek... Przy­ci­snęła ręce do ust, żeby po­wstrzy­mać ko­lej­ną falę mdło­ści.

Nie wie­dzia­ła, ile cza­su mi­nęło, gdy się za­trzy­ma­li.

– To już nie­da­le­ko. Mu­si­cie prze­jść ka­wa­łek przez las. Ma pani mapę, pan­no Zo­siu?

– Tak.

– Nie chcę wje­żdżać do wsi. Prze­pra­szam.

Ire­na zro­zu­mia­ła. Żad­nych świad­ków. Te­raz my­śla­no, że Ke­nig wzi­ął so­bie dwie pol­skie ko­chan­ki. Ha­ńbie­nie rasy, nie­zgod­ne z pra­wem, jed­nak ro­bi­li to wszy­scy. Nikt nie miał się do­wie­dzieć, że pu­ścił sa­mo­pas dwie war­sza­wian­ki.

– Dzi­ęku­je­my – po­wie­dzia­ła przez ści­śni­ęte gar­dło.

– Dzi­ęku­je­my – po­wtó­rzy­ła Zo­sia.

Ke­nig wbił wzrok w oczy Ire­ny.

– Pani te­ścio­wa mnie ura­to­wa­ła. Nie mó­głbym po­stąpić ina­czej.

Ho­no­ro­wy Nie­miec spła­cił dług.

– Cho­dźmy, Zo­siu.

Ire­na wzi­ęła sio­strę za rękę i we­szły w las, nie od­wra­ca­jąc się. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach usia­dła, ukry­wa­jąc twarz w ko­la­nach. Zo­sia stu­dio­wa­ła mapę

– Sta­szek wszyst­ko mi wy­tłu­ma­czył. To już na­praw­dę nie­da­le­ko. Zjedz tro­chę.

Uła­ma­ła spo­ry ka­wa­łek kie­łba­sy i po­da­ła sio­strze.

– Jezu, jak ona pach­nie. – Ire­na za­to­pi­ła zęby i zmu­si­ła się do do­kład­ne­go po­gry­zie­nia. – Ty też zjedz.

Zo­sia ugry­zła spo­ro mniej­szy ka­wa­łek.

– Tak – po­wie­dzia­ła z za­chwy­tem.

Zja­dły też chleb. Był świe­ży. Po po­si­łku po raz pierw­szy od dłu­gie­go cza­su Ire­na nie czu­ła ssa­nia w żo­łąd­ku. To ża­ło­sne, że chleb i kie­łba­sa mogą uspo­ko­ić drże­nie du­szy. Ża­ło­sne są ta­kie my­śli. Ona sama jest ża­ło­sna.

– Na­pij się.

Woda też sma­ko­wa­ła do­brze. Drże­nie du­szy, czy jak to na­zwać, wró­ci­ło.

Szły przez noc w mil­cze­niu, ka­żda po­grążo­na we wła­snych my­ślach. Ire­na mia­ła ich taki na­tłok, że nie była w sta­nie skon­cen­tro­wać się na jed­nej. Wspo­mnie­nie wy­krzy­wio­nej twa­rzy mat­ki i jej ostat­nich, z tru­dem wy­po­wie­dzia­nych słów: „Opie­kuj się moją małą dziew­czyn­ką” mie­sza­ło się z pa­mi­ęcią po­że­gnal­ne­go uści­sku męża, roz­pacz z po­wo­du roz­sta­nia z uko­cha­nym z nie­odby­tą ża­ło­bą po mat­ce, ob­ra­zy pło­nących ka­mie­nic, ruin i tru­pów na uli­cach z my­ślą, że musi chro­nić dziec­ko w swo­im ło­nie. Emo­cje pląta­ły się, przy­gnia­ta­ły. Na wierzch wy­pły­wał strach, że nie da rady, ale z ka­żdym kro­kiem ustępo­wał on miej­sca gnie­wo­wi. Na Niem­ców, któ­rzy uczy­ni­li lu­dzi nie­wol­ni­ka­mi, nisz­czy­li, mor­do­wa­li i gwa­łci­li. Na mat­kę, że dała się za­mor­do­wać i zrzu­ci­ła z sie­bie od­po­wie­dzial­no­ść. Na sio­strę, któ­ra po­win­na być przy­bi­ta jak ona, a uśmie­cha­ła się, zer­ka­jąc na pie­rścio­nek. Na Wład­ka, że wy­pchnął ją z mia­sta i swo­je­go ży­cia. Na sie­bie, że mu ule­gła. Mia­ła trwać przy mężu. Przy­si­ęga­ła. Na do­bre i na złe. Na Ke­ni­ga, któ­ry mar­twił się tyl­ko o spła­tę dłu­gu. Gniew opa­dał i za­le­wa­ła ją fala ża­ło­ści. A pó­źniej przy­cho­dził lęk. W ko­ńcu zmęcze­nie wy­pa­rło wszyst­kie emo­cje. My­śli się uci­szy­ły i Ire­na mia­ła tyl­ko jed­no pra­gnie­nie. Po­ło­żyć się i spać. Spać. Spać.

Jesz­cze nie świ­ta­ło, kie­dy sta­nęły na skra­ju wio­ski. Zo­sia spoj­rza­ła nie­pew­nie.

– Chy­ba nie po­win­ny­śmy iść do niej w nocy? Bar­dzo ją wy­stra­szy­my, je­śli za­cznie­my te­raz wa­lić w drzwi.

Cof­nęły się do lasu. Do­pie­ro te­raz po­czu­ły chłód. Usia­dły, wtu­lo­ne w sie­bie. Sen­no­ść ode­szła.

– Po­wiedz mi...

Nie wie­dzia­ła, jak za­py­tać. „Dla­cze­go zgo­dzi­łaś się uciec?” nie wy­da­wa­ło się od­po­wied­nie. Cie­ka­we, że trosz­czy­ła się o do­bre ma­nie­ry czy ra­czej nie­ra­nie­nie uczuć sio­stry w chwi­li, gdy wszyst­ko się za­wa­li­ło. Gdy zo­sta­wi­ły mia­sto obec­nych i przy­szłych tru­pów. Zo­sia wy­ci­ągnęła rękę.

– Za­ręczy­łam się.

Ire­na po­trząsnęła gło­wą. Ar­gu­men­ta­cja do niej nie prze­ma­wia­ła. Na­rze­czo­na nie opusz­cza na­rze­czo­ne­go.

– Ale twój na­rze­czo­ny tam zo­stał. Może...

Urwa­ła. „Zo­stać za­bi­ty” nie prze­szło jej przez usta.

– Zgi­nąć – do­ko­ńczy­ła Zo­sia. – Tak, wiem. Obie­cał, że nie zgi­nie. Że oże­ni się ze mną. Po­szłam, bo ty masz w so­bie dziec­ko, któ­re po­win­no się na­ro­dzić. Bo chcę o nie dbać. I o cie­bie. Je­śli­by­ście zgi­nęli, nie mia­ła­bym ni­ko­go z ro­dzi­ny. Bo idę do mat­ki mo­je­go na­rze­czo­ne­go, któ­ra jest sama. Bo je­śli ja bym uma­rła, on nie mó­głby wal­czyć. Bo musi być lep­szy świat. Nie tyl­ko dla in­nych. Rów­nież dla nas.

Ta ar­gu­men­ta­cja, bar­dzo zresz­tą przy­po­mi­na­jąca wy­wo­dy Wład­ka, mia­ła luki, ale po raz pierw­szy od prze­kro­cze­nia gra­nic mia­sta Ire­na po­my­śla­ła, że może będzie do­brze. Przy­tu­li­ła moc­niej sio­strę.

– Mama ka­za­ła mi opie­ko­wać się tobą, a ty opie­ku­jesz się mną.

– Mama... – Głos Zosi się za­ła­mał. – My­ślisz, że jest z nami te­raz?

– Tak. – Pra­wie w to wie­rzy­ła.

Si­ęgnęła do kie­sze­ni i wy­ma­ca­ła przed­miot, któ­ry Wła­dek wsu­nął jej przy po­że­gna­niu. Wy­jęła go i po­ło­ży­ła na otwar­tej dło­ni. Go­rycz wró­ci­ła.

– Zo­bacz – po­wie­dzia­ła do Zosi. – To ich sy­gnet ro­do­wy. Oj­ciec Wład­ka za­wsze go no­sił. Wła­dek... – Jej głos się za­ła­mał. Wła­dek mó­wił, że może kie­dyś, w przy­szło­ści, też wło­ży go na pa­lec. Dla­cze­go dał go jej? Przy­da się? Mo­żna za­mie­nić na pie­ni­ądze? Na chleb? Może na mle­ko dla dziec­ka? – Na­praw­dę my­śli, że mo­gła­bym go sprze­dać?

Zo­sia przy­tu­li­ła sio­strę.

– Są rze­czy wa­żniej­sze niż sy­gnet – po­wie­dzia­ła. – Twój mąż to ro­zu­mie.

Ire­na nie bro­ni­ła się przed ob­jęciem, ale ści­snęła pal­ce, aż ostra kra­wędź sy­gne­tu wbi­ła się we wnętrze dło­ni.

– Mu­si­my iść. – Wsta­ła. Ręka jej krwa­wi­ła, na tyle lek­ko, że sio­stra nie za­uwa­ży­ła.

Z pierw­szy­mi pro­mie­nia­mi sło­ńca we­szły do wio­ski. W oknie mi­ja­ne­go domu Ire­na do­strze­gła przy­kle­jo­ną do szy­by twarz. Mo­men­tal­nie od­wró­ci­ła gło­wę. Dro­gą je­chał wóz, ci­ągni­ęty przez wy­chu­dzo­ną szcza­pę.

– Prrr! – za­wo­łał wo­źni­ca, ści­ąga­jąc lej­ce. – Wy do kogo?

– Do pani An­to­lak – od­krzyk­nęła Zo­sia.

– Do An­to­la­ko­wej! – Wo­źni­ca się ucie­szył. – Toć to nie­da­le­ko dwo­ru. Jadę tam. Wska­kuj­ta. Wia­ter dziś sil­ny, a wy chu­dzi­ąt­ka.

Zo­sia spoj­rza­ła py­ta­jąco na sio­strę, ale Ire­na mia­ła dość wędrów­ki na pie­cho­tę i szu­ka­nia.

– Dzi­ęku­je­my – po­wie­dzia­ła, gra­mo­ląc się na wóz.

Chłop był tak za­ro­śni­ęty, że trud­no by­ło­by okre­ślić jego wiek. Oczy miał nie­bie­skie, do­bre. Tak przy­naj­mniej po­my­śla­ła Ire­na.

– A skąd wy? – za­py­tał, ru­sza­jąc.

– Z War­sza­wy.

– O! U nas ga­da­jo, że już po War­sza­wie. Jak tam jest?

– Ci­ężko – przy­zna­ła Ire­na.

Mia­ła na­dzie­ję, że sio­stra nie poda szcze­gó­łów, bo obie się roz­sy­pią.

– Ale wy pik­ne dzio­łchy so. An­to­la­ko­wa to ro­dzi­na?

– Pra­wie – od­po­wie­dzia­ła Ire­na.

Twarz Zosi się oży­wi­ła.

– Jej syn to mój na­rze­czo­ny.

– Co wy po­wia­da­jo? Toć to dla niej ucie­cha będzie! Ona sa­miu­sie­ńka jak ten pa­lec, oczy za sy­na­mi wy­pła­ku­je.

Ire­na prze­sta­ła słu­chać. Znów zro­bi­ło jej się nie­do­brze. To już czwar­ty mie­si­ąc, po­win­no prze­cho­dzić.

– Mu­szę...

Nie sko­ńczy­ła. Wy­chy­li­ła się i zwy­mio­to­wa­ła na dro­gę.

– Ona jest w ci­ąży – wy­ja­śni­ła Zo­sia i po­da­ła Ire­nie wodę. – Wy­pij do ko­ńca.

– Łoj, to łuna musi jeść. Mam chleb dla dzie­dzicz­ki. We­źcie tro­chu. Dzie­dzicz­ka zro­zu­mi.

Odła­mał spo­ry ka­wał i po­dał Ire­nie. Po­mi­mo so­lid­ne­go po­si­łku sprzed kil­ku go­dzin znów była głod­na.

– I dla was.

– Dzi­ęku­ję – po­wie­dzia­ła Zo­sia.

Kątem oka Ire­na zo­ba­czy­ła, że sio­stra wpy­cha ła­ko­mie wiel­kie ka­wa­łki do ust, pra­wie nie dba­jąc o gry­zie­nie. Za­la­ła ją fala wsty­du. Po­przed­nio Zo­sia zja­dła dużo mniej od niej. Skon­cen­tro­wa­na na so­bie i dziec­ku, nie po­my­śla­ła o gło­dzie sio­stry.

– To tu­tej.

– Bar­dzo panu dzi­ęku­je­my!

Chłop ski­nął gło­wą i ru­szył. We­szły do obe­jścia.

– Dzień do­bry!

Z kur­ni­ka wy­szła wy­so­ka, schlud­nie wy­gląda­jąca ko­bie­ta. Spoj­rza­ła na nie bez wro­go­ści, ale i bez uśmie­chu.

– A wy kto?

Zo­sia wy­ci­ągnęła z kie­sze­ni zmi­ęty list.

– My... Ja... ja je­stem... Tu mam list dla pani. Ja je­stem na­rze­czo­ną Stasz­ka.

Ko­bie­ta się za­chwia­ła.

– Na­rze­czo­ną? Cho­dźcie do izby.

Ode­bra­ła list z rąk Zosi i po­pro­wa­dzi­ła dziew­czy­ny do środ­ka.

– Sia­daj­cie.

Za­jęły miej­sca na krze­słach wo­kół sto­łu. Go­spo­dy­ni drżący­mi ręko­ma roz­ło­ży­ła pa­pier. Po­ru­sza­ła usta­mi, czy­ta­jąc. Po jej twa­rzy spły­wa­ły łzy. Gdy sko­ńczy­ła, wsta­ła i po­de­szła do Zosi.

– Dziec­ko, ja taka szczęśli­wa, że ty tu przy­szła. Ty te­raz dla mnie jak cór­ka.

Po­ło­ży­ła spra­co­wa­ną ręką na gło­wie dziew­czy­ny. Zo­sia osu­nęła się na ko­la­na.

– Pani dla mnie jak mat­ka. Ja już in­nej nie mam.

Obie za­nio­sły się szlo­chem, jak­by pu­ści­ła ja­kaś tama. Ire­na przy­gląda­ła im się, po­now­nie wal­cząc z mdło­ścia­mi.

– Wstań, ko­cha­nie. Pro­szę – po­wie­dzia­ła star­sza ko­bie­ta.

Zo­sia pod­nio­sła się i ko­bie­ty zwa­rły się w uści­sku.

– A ona... moja sio­stra...

– Ona też będzie dla mnie cór­ka. Cho­dź do nas.

Star­sza sio­stra po­zo­sta­ła sztyw­na. Wbrew sło­wom tam­tych czu­ła się nie na miej­scu, jak pi­ąte koło u wozu. Do­pie­ro kie­dy mat­ka Stasz­ka wzi­ęła ją za rękę, po­pro­wa­dzi­ła do Zosi i obie ogar­nęła ra­mio­na­mi, uwie­rzy­ła. Była z ro­dzi­ną. Mia­ła opar­cie.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki