Cykl z komisarzem Jooną Linną. Łazarz - Lars Kepler - ebook

Cykl z komisarzem Jooną Linną. Łazarz ebook

Lars Kepler

4,4

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Niektórzy zmartwychwstanie określiliby mianem cudu, inni – koszmaru.

Martwy mężczyzna zostaje znaleziony w swoim apartamencie w Oslo, a w jego zamrażarce policjanci z przerażeniem odkrywają sprofanowane zwłoki. Kilka dni później do Joony Linny zgłasza się niemiecki oddział śledczy i prosi o pomoc w sprawie morderstwa, do którego doszło w okolicach Rostocku. Detektyw dostrzega szalony schemat…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 597

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Zapraszamy na www.publicat.pl
Tytuł oryginałuLazarus
Projekt okładkiNATALIA TWARDY
Fotografia na okładce© serikbaib/iStock
Koordynacja projektuNATALIA STECKA
RedakcjaIWONA GAWRYŚ
KorektaIWONA HUCHLA
Redakcja technicznaADAM KOLENDA
Copyright © Lars Kepler 2018 Published by agreement with Salomonsson Agency
Polish edition © Publicat S.A. MMXIX (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
ISBN 978-83-271-5940-3
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: [email protected]

Prolog

Świetlistość białego nieba obnaża świat w jego najbardziej posępnej postaci – takim musiał się wydawać Łazarzowi stojącemu przed grotą.

Podłoga ze stali ryflowanej drży pod nogami. Pastor jedną ręką trzyma się poręczy, a w drugiej ma laskę, dzięki której utrzymuje równowagę.

Szare morze porusza się sennie jak wybrzuszone płótno namiotu.

Prom jest przeciągany za pomocą podwójnych lin z drutu stalowego, rozpiętych pomiędzy dwiema wyspami. Liny wynurzają się, ociekając wodą, a za promem ponownie znikają.

Kapitan hamuje, kilwater staje się spieniony i nieregularny, trap chybocze zgrzytliwie nad betonowym pomostem.

Kiedy część dziobowa uderza o odbijacze i ciężki stukot rozchodzi się echem po kadłubie, pastor chwieje się na nogach.

Przybył w odwiedziny do emerytowanego kościelnego Erlanda Linda, bo ten nie odbierał telefonów i nie przyszedł na nabożeństwo adwentowe w kościele Länna, choć miał to w zwyczaju.

Erland nadal mieszka w kwaterze dla kościelnego, za należącą do parafii kaplicą na wyspie Högmarsö. Cierpi na demencję, ale wciąż zarabia koszeniem trawy i posypywaniem dróg piaskiem, kiedy jest ślisko.

Pastor wychodzi na krętą żwirową drogę i czuje, że od zimnego powietrza drętwieje mu twarz. Nie widać żadnych ludzi, ale tuż przed kaplicą słychać głośny dźwięk szlifierki w suchym doku stoczni.

Nie pamięta już, który cytat z Biblii zapisał rano na Twitterze. Chciał wspomnieć o tym Erlandowi.

Na tle ponurych płaskich pól i skraju lasu biała kaplica wygląda, jakby była ze śniegu.

Świątynia jest zamknięta na zimę, więc pastor idzie prosto do niskiego budynku i zakrzywioną rączką laski stuka do drzwi. Chwilę czeka i wchodzi do środka.

– Erland?

Nikogo nie ma. Otrzepuje buty i się rozgląda. W kuchni panuje bałagan. Pastor wyjmuje torbę z bułeczkami cynamonowymi i stawia ją na stole obok aluminiowej tacki ze starymi resztkami jedzenia: zaskorupiałym purée ziemniaczanym, zaschniętym sosem i dwoma zszarzałymi klopsikami.

Szlifierka przestaje pracować.

Pastor wychodzi, sprawdza drzwi do kaplicy i zagląda do otwartego garażu.

Na podłodze leży porzucona ubłocona łopata. W czarnym plastikowym wiadrze pełno jest zardzewiałych pułapek na myszy.

Pastor unosi laską folię przykrywającą odśnieżarkę, ale nieruchomieje, gdy słyszy dobiegające z oddali muczenie.

Wychodzi ponownie, rusza w stronę dawnego krematorium nieopodal skraju lasu. W wysokich chwastach wciąż stoi piec z zabrudzonym sadzą przyłączem kominowym.

Pastor okrąża stos palet i mimo woli spogląda przez ramię.

Złe przeczucia towarzyszyły mu, odkąd tylko wszedł na pokład promu linowego.

Światło tego dnia nie ma w sobie ani odrobiny przyjazności.

Dziwny odgłos rozlega się ponownie, tym razem bliżej. Przywodzi na myśl cielaka zamkniętego w metalowej skrzyni.

Pastor przystaje, milczy.

Wszystko jest nieruchome, wydychane powietrze przypomina dym.

Ziemia za stertą kompostu jest udeptana. Worek z ziemią próchniczą stoi oparty o jedno z drzew.

Pastor rusza w stronę kompostu, ale zatrzymuje się przed metalową rurą, która wystaje z ziemi na pół metra, może znaczy granicę posesji.

Wspiera się na lasce, patrzy w kierunku lasu i dostrzega ścieżkę pokrytą zdmuchniętymi z drzew igliwiem i szyszkami.

W czubkach świerków szumi wiatr, słychać odległe krakanie wrony.

Pastor zawraca, znów słyszy za sobą dziwne muczenie i zaczyna iść szybciej. Mija piec krematoryjny i budynek mieszkalny, znów spogląda przez ramię i czuje, że chciałby po prostu wrócić do swojej parafii i usiąść przed kominkiem z powieścią kryminalną i ze szklaneczką whisky.

1

Brudny radiowóz nadjeżdża z centrum Oslo zewnętrzną obwodnicą. Chwasty pod barierką drogową kołyszą się na wietrze, a do przydrożnego rowu wpada wypełniony powietrzem woreczek foliowy.

Karen Stange i Mats Lystad odpowiedzieli na zgłoszenie alarmowe z centrali komunikacyjnej, choć było już późno.

Właściwie powinni zakończyć dzień pracy, ale jadą do dzielnicy Tveita.

Kilkunastu mieszkańców wieżowca uskarżało się na straszliwy smród. Administrator budynku pojechał sprawdzić pojemniki na śmieci, ale były czyste. Okazało się, że smród dochodzi z mieszkania na dziesiątym piętrze. Za drzwiami dało się słyszeć cichy śpiew, ale właściciel Vidar Hovland nie chciał otworzyć.

Radiowóz mija niskie zabudowania przemysłowe.

Za ogrodzeniem z drutu kolczastego stoją kontenery na śmieci i ciężarówki, widać też magazyny z solą przygotowaną na zimę.

Wieżowce przy Nåkkves vei wyglądają jak wielkie betonowe schody, przewrócone na bok i rozłupane na trzy części.

Przed samochodem dostawczym z napisem Mortens Låsservice AS stoi mężczyzna w szarym kombinezonie i do nich macha. Światła pojazdu padają na niego, a cień uniesionej ręki pojawia się na fasadzie za jego plecami, kilka pięter wyżej.

Karen skręca, podjeżdża do krawężnika i miękko się zatrzymuje, zaciąga hamulec ręczny, wyłącza silnik i wysiada z samochodu w towarzystwie Matsa.

Niebo stopniowo zamyka się przed nocą. Powietrze jest zimne, jakby miał zacząć padać śnieg.

Policjanci podają dłoń ślusarzowi. Jest gładko ogolony, ale jego policzki są szare. Ma płaską klatkę piersiową i szarpane, nerwowe ruchy.

– Szwedzka policja otrzymała zgłoszenie alarmowe z cmentarza: znaleziono trzysta zakopanych ciał – żartuje niemal niesłyszalnie i uśmiecha się, patrząc w ziemię.

Postawny administrator budynku nadal siedzi w pick-upie i pali papierosa.

– Facet pewnie zostawił w przedpokoju worek na śmieci z resztkami ryb – mruczy. Otwiera drzwi samochodu.

– Taką mamy nadzieję – odpowiada Karen.

– Waliłem w drzwi i krzyczałem przez otwór na listy, że zadzwonię na policję – mówi administrator, pstryknięciem posyłając w dal niedopałek papierosa.

– Słusznie pan zrobił, kontaktując się z nami – odpowiada Mats.

Dwa razy w ciągu czterdziestu lat w tym miejscu znaleziono trupa – raz na parkingu i raz w mieszkaniu.

Policjanci i ślusarz idą za administratorem, przechodzą przez bramę i natychmiast wyczuwają duszącą woń.

Po wejściu do windy próbują nie oddychać przez nos.

Drzwi się zamykają i wszyscy czują ciśnienie pod stopami, kiedy winda ciągnie ich do góry.

– Dziesiąte piętro to moje ulubione – mruczy zarządca nieruchomości. – W zeszłym roku mieliśmy trudną eksmisję, a w dwa tysiące trzynastym jedno z mieszkań doszczętnie spłonęło.

– Na szwedzkich gaśnicach jest napisane, że muszą zostać przetestowane trzy dni przed pożarem – mówi cicho ślusarz.

Kiedy wysiadają, dociera do nich tak okropny smród, że w oczach wszystkich pojawia się coś na kształt desperacji.

Ślusarz przykłada koszulkę do ust i nosa.

Karen usiłuje powstrzymać odruch wymiotny. To jakby próbna fala, zanim przepona w panice pośle treść żołądkową do przełyku.

Zarządca nieruchomości naciąga T-shirt na usta i nos, a drugą ręką wskazuje mieszkanie.

Karen podchodzi, przykłada ucho do drzwi i nasłuchuje. W mieszkaniu panuje cisza. Naciska guzik dzwonka.

Rozlega się delikatna melodia.

Nagle z mieszkania dobiega słaby głos. Jakiś mężczyzna śpiewa coś lub recytuje.

Karen łomocze do drzwi, a mężczyzna milknie, ale po chwili powoli zaczyna znowu.

– Wchodzimy – decyduje Mats.

Ślusarz podchodzi do drzwi, stawia ciężką torbę na podłodze i rozsuwa zamek.

– Słyszycie? – pyta.

– Tak – odpowiada Karen.

Drzwi innego mieszkania otwiera mała dziewczynka o jasnych rozczochranych włosach. Ma podkrążone oczy, jakby była zmęczona.

– Z powrotem do środka – nakazuje Karen.

– Chcę zobaczyć – mówi dziewczynka z uśmiechem.

– Czy mama lub tata są w domu?

– Nie wiem. – Dziewczynka szybko zamyka drzwi.

Zamiast użyć pick-pistoletu, ślusarz rozwierca cały zamek. Błyszczące metalowe opiłki wirują i opadają na podłogę. Ślusarz wyjmuje rozgrzane części cylindra i wkłada je do torby. Wyłuskuje rygiel i robi krok do tyłu.

– Proszę tu zaczekać – mówi Mats do zarządcy i ślusarza.

Karen wyciąga broń, a Mats otwiera drzwi i krzyczy do środka:

– Policja! Wchodzimy!

Karen spogląda na pistolet w swojej bladej dłoni. Przez kilka sekund czarny metal, połączone części, lufa, zamek, kolba wydają się obce.

– Karen?

Napotyka spojrzenie Matsa, odwraca się w kierunku mieszkania, unosi pistolet i wchodzi, zasłaniając dłonią usta.

W przedpokoju nie dostrzega żadnych worków ze śmieciami.

Dochodzi do wniosku, że odór musi dolatywać z łazienki albo kuchni.

Słychać tylko podeszwy wysokich butów na wykładzinie PCV i oddech Karen.

Policjantka mija wąskie lustro w przedpokoju i wchodzi do salonu, szybko zabezpiecza kąty i ogarnia wzrokiem chaos. Telewizor został zrzucony na podłogę, doniczki z paprotkami są roztrzaskane, przykryta dużymi kocami sofa stoi krzywo, jedna z poduszek do siedzenia jest rozcięta, a lampa leży na podłodze.

Karen zwraca pistolet w kierunku przejścia do łazienki i kuchni, przepuszcza Matsa i idzie za nim.

Pod butami chrzęści potłuczone szkło.

Lampka ścienna jest zapalona, w świetle wirują drobinki kurzu.

Karen przystaje i nasłuchuje.

Mats otwiera drzwi łazienki, po chwili opuszcza broń. Karen próbuje zajrzeć do środka, ale skrzydło drzwi zasłania światło. Policjantka rozpoznaje tylko brudną zasłonę prysznicową. Zbliża się o krok, nachyla i lekko popycha drzwi. Struga światła sunie po tapecie w łazience.

Umywalka jest zakrwawiona.

Karen się wzdryga, a chwilę później słyszy za plecami dźwięk. Zduszony głos starego mężczyzny. Ze strachu Karen wydaje pisk, obraca się i celuje w korytarz.

Nikogo tam nie ma.

Napompowana adrenaliną, wraca do dużego pokoju, słyszy śmiech i mierzy z pistoletu w kanapę.

Bez problemu dałoby się za nią ukryć.

Karen wie, że Mats próbuje coś jej powiedzieć, ale nie jest w stanie usłyszeć słów.

Puls dudni jej w głowie.

Powoli posuwa się do przodu, kładzie palec na spuście. Czuje, że drży, przytrzymuje broń drugą ręką.

W następnej sekundzie dociera do niej, że głos dobiega ze sprzętu audio. W tej samej chwili rozlega się śpiew starca.

Karen okrąża sofę, opuszcza pistolet, przygląda się zakurzonym kablom i płaskiej torebce chipsów.

– Okej – mówi szeptem sama do siebie.

Na regale ze sprzętem stereo leży pudełko od płyty CD Instytutu Języka i Folkloru. Krótka sekwencja jest odtwarzana raz za razem, w zapętleniu. Stary człowiek opowiada coś w trudnym do zrozumienia dialekcie, potem wybucha śmiechem i zaczyna śpiewać: „Dziś zaślubiny w naszym gospodarstwie, talerze są puste, miski popękane”. Po chwili milknie.

Mats stoi w drzwiach i przywołuje ją gestem. Chce, żeby poszli dalej, do kuchni.

Na zewnątrz jest już prawie zupełnie ciemno, zasłony drżą lekko w cieple kaloryfera.

Karen rusza za kolegą, nagle traci równowagę i ręką z pistoletem przytrzymuje się ściany.

Powietrze paruje fetorem latryny i zwłok, jest nim tak przesycone, że aż łzawią oczy.

Karen słyszy, że Mats płytko oddycha, i koncentruje się na zwalczeniu mdłości.

Wchodzi za nim do kuchni i się zatrzymuje.

Na wykładzinie PCV leży nagi człowiek ze zbyt dużą głową i wydętym brzuchem.

Kobieta w ciąży z nabrzmiałym, sinym penisem.

Karen ma wrażenie, że podłoga ucieka jej spod stóp, pole widzenia się kurczy.

Mats jęczy wysokim głosem i opiera się o zamrażarkę.

Karen powtarza sobie w duchu, że to tylko szok. Dociera do niej, że nieboszczyk jest mężczyzną, ale napięty brzuch i rozsunięte uda skojarzyły jej się z kobietą w połogu.

Wkłada pistolet do kabury i czuje, jak drżą jej dłonie.

Ciało jest w stanie daleko posuniętego rozkładu, duże fragmenty wyglądają na mokre i sflaczałe.

Mats podchodzi do zlewozmywaka i wymiotuje, ochlapując ekspres do kawy.

Głowa nieboszczyka jest jak sczerniała dynia przyczepiona prosto do ramion, dolna szczęka całkiem się oderwała, a gardło i jabłko Adama pod wpływem gazów zostały wypchnięte przez ogromne usta.

To była walka, myśli Karen. Pobito go, złamano mu szczękę, uderzył głową o podłogę i umarł.

Mats znów wymiotuje i spluwa wydzieliną.

W salonie pieśń rozpoczyna się od nowa.

Spojrzenie Karen pada znów na brzuch, rozłożone nogi i genitalia mężczyzny.

Mats jest spocony i blady. Karen dochodzi do wniosku, że powinna podejść i mu pomóc, kiedy nagle czuje, że ktoś chwyta ją za nogę. Krzyczy i zaczyna szukać pistoletu, ale po chwili orientuje się, że to dziewczynka z sąsiedniego mieszkania.

– Skarbie, nie możesz tu być – mówi zdyszana.

– Tu jest wesoło – odpowiada dziewczynka, patrząc na nią ciemnymi oczami.

Karen wyprowadza dziecko z powrotem na klatkę schodową i czuje, że drżą jej nogi.

– Nikomu nie wolno tu wchodzić – zwraca się do administratora.

– Ja tylko otworzyłem okno.

Tak naprawdę Karen nie chce wracać do mieszkania. Już wie, że czekają ją koszmary, że będzie się budziła w nocy i widziała przed sobą obraz rozkraczonego mężczyzny.

Kiedy wchodzi do kuchni, Mats zakręca kran nad zlewem i spogląda na nią błyszczącymi oczami.

– Skończyliśmy? – pyta Karen.

– Tak. Chciałbym jeszcze tylko zajrzeć do zamrażarki – mówi Mats i wskazuje krwawe odciski dłoni wokół uchwytu.

Wyciera usta, otwiera drzwiczki i zagląda do środka.

Karen widzi, że jego głowa zostaje jakby popchnięta do góry, a usta otwierają się bezgłośnie.

Mats zatacza się do tyłu, drzwiczki trzaskają, aż brzęczy filiżanka na stole.

– Co to? – Karen podchodzi do zamrażarki.

Mats chwyta się krawędzi zlewu, przewraca plastikowy spryskiwacz do kwiatów i patrzy na Karen. Jego źrenice są zwężone niczym krople tuszu, a twarz przybrała dziwnie biały kolor.

– Nie zaglądaj tam – szepcze.

– Muszę się dowiedzieć, co jest w zamrażarce – odpowiada Karen i słyszy we własnym głosie strach.

– Boże jedyny, nie zaglądaj tam...

2

GOSPODARSTWO SZKÓŁKARSKIE U VALERII W NACKA POD SZTOKHOLMEM

Zmierzch zapada powoli, a mrok staje się dostrzegalny wówczas, gdy trzy szklarnie zaczynają świecić jak latarnie z papieru ryżowego.

Dopiero wtedy można poczuć, że już wieczór.

Kręcone włosy Valerii de Castro są związane w koński ogon, kalosze ubłocone, a brudna pikowana kurtka w czerwonym kolorze ciasno opina ramiona.

Z ust Valerii leci para, powietrze ma ostry zapach mrozu.

Tego dnia skończyła już pracę. Rusza do domu i po drodze zdejmuje robocze rękawice.

Na piętrze nalewa wody do wanny i wkłada nieświeże ubrania do kosza na pranie.

Odwraca się do lustra i widzi dużą plamę brudu na czole, a na policzku zadrapanie od krzaka jeżyn.

Dochodzi do wniosku, że musi coś zrobić z włosami, i na widok własnej radości posyła sobie krzywy uśmiech.

Odsuwa zasłonę prysznicową najdalej, jak to możliwe, wspiera się ręką o kafelki i wchodzi do wanny. Woda jest tak gorąca, że czeka chwilę i dopiero potem zanurza się cała.

Opiera głowę o brzeg wanny, zamyka oczy i słucha kropel, które w długich odstępach skapują z kranu.

Wieczorem do domu wróci Joona.

Pokłócili się, to było takie głupie, zraniło ją, ale okazało się tylko nieporozumieniem. Wyjaśnili sobie wszystko jak dorośli ludzie.

Valeria otwiera oczy i widzi na suficie odbicie wody. Krople tworzą na powierzchni szybko rozszerzające się kręgi.

Zasłona znów się zsunęła na drążku. Zasłania drzwi łazienki i gałkę.

Rozlega się ciche pluśnięcie, kiedy Valeria na chwilę wyciąga z wody nogę i kładzie ją na krawędzi wanny.

Zamyka oczy i nadal myśli o Joonie. Czuje, że zaraz zaśnie, i podsuwa się do pozycji siedzącej.

Jest jej tak gorąco, że musi wyjść z wanny. Wstaje, ociekając wodą, próbuje zobaczyć drzwi w lustrze, ale jest zaparowane.

Ostrożnie wychodzi z wanny i staje na śliskiej podłodze, chwyta ręcznik i się wyciera.

Lekko popycha drzwi łazienki i po odczekaniu krótkiej chwili wygląda na korytarz.

Cienie na tapetach są nieruchome.

Wszędzie panuje kompletna cisza.

Valeria nie jest z natury strachliwa, ale od czasu pobytu w więzieniu w niektórych sytuacjach ma się na baczności.

Wychodzi z łazienki i parująca od gorącej wody przechodzi zimnym korytarzem do sypialni. Nie jest jeszcze zupełnie ciemno, na niebie wciąż widać kontury przepuszczających światło chmur.

Wyjmuje z komody czyste majtki i je wkłada, otwiera szafę, wyciąga żółtą sukienkę i kładzie na łóżku.

Piętro niżej rozlega się jakiś hałas.

Valeria nieruchomieje.

Nie oddycha, jedynie stoi i nasłuchuje.

Co to mogło być?

Joona ma przyjść dopiero za godzinę, przygotowała dla niego pikantny gulasz jagnięcy ze świeżą kolendrą.

Zbliża się do okna i zaczyna opuszczać roletę, kiedy nagle dostrzega, że obok szklarni stoi jakiś człowiek.

Cofa się i wypuszcza z ręki sznurek, a roleta podjeżdża do góry. Rozlega się trzask i zgrzyt mechanizmu plączącego się sznurka.

Szybko wyłącza nocną lampkę i znów podchodzi do okna.

Na zewnątrz nikogo nie ma.

Jest prawie pewna, że na skraju ciemnego lasu widziała stojącego nieruchomo mężczyznę.

Był wychudzony jak szkielet i na nią patrzył.

Szyby w szklarniach lśnią od skroplonej pary. W środku nikogo nie ma. Valeria dochodzi do wniosku, że nie może sobie pozwalać na strach przed ciemnością, po prostu nie może.

Powtarza sobie, że pewnie był to klient albo dostawca, który zniknął, kiedy zobaczył ją nagą w oknie.

Wizyty po godzinach otwarcia zdarzały się dość często.

Sięga po komórkę, ale spostrzega, że bateria jest rozładowana.

Owija się pośpiesznie długim czerwonym szlafrokiem i zaczyna iść w dół po schodach. Już po kilku krokach czuje w okolicach kostek zimny podmuch. Schodzi dalej i widzi, że główne drzwi są szeroko otwarte.

– Halo? – woła cicho.

Na dywaniku w przedpokoju leżą stare jesienne liście, wiatr nawiał je aż na podłogę z desek. Valeria wkłada kalosze na bose nogi, bierze dużą latarkę z półki na kapelusze i wychodzi.

Idzie ścieżką w kierunku szklarni, sprawdza drzwi każdej po kolei i oświetla latarką rzędy roślin.

W świetle ciemne liście stają się jasnozielone. Cienie i odbicia suną po szklanych ścianach.

Valeria okrąża szklarnię znajdującą się najdalej. Skraj lasu jest czarny. Zimna trawa szeleści pod jej ciężarem.

– Czy mogę w czymś pomóc? – odzywa się głośno i świeci w stronę drzwi.

Oświetlone pnie drzew są blade i szare. Dalej, między drzewami, widać tylko mrok. Valeria mija starą taczkę i wyczuwa zapach rdzy. Ostrożnie przenosi snop światła na kolejne pnie.

Średniej długości trawa wydaje się nienaruszona. Valeria nadal oświetla drzewa. Nagle, głębiej pomiędzy nimi, dostrzega coś leżącego na ziemi. Wygląda to jak szary koc przykrywający pień.

Światło słabnie. Valeria potrząsa latarką, która zaczyna świecić trochę mocniej, i podchodzi bliżej.

Odsuwa gałąź, czuje, jak serce wali, a latarka drży w dłoni.

To coś przypomina ciało pod kocem, skulonego mężczyznę, któremu brak jednej albo obu rąk.

Valeria czuje, że musi podnieść materiał i spojrzeć.

Sucha gałąź łamie się pod jej butem i w jednej chwili cały skraj lasu zostaje wypełniony białym światłem. Światło pada od tyłu i pełznie w bok, a podłużne cienie drzew przesuwają się po ziemi razem z jej cieniem.

3

Joona Linna spokojnie podjeżdża samochodem do najbardziej oddalonej szklarni. Wąska, popękana asfaltowa droga jest otoczona wysoką trawą i zarośniętym lasem.

Jedna ręka spoczywa na kierownicy.

Na twarzy Joony widać zamyślenie, jego spojrzenie jest pełne samotności i szare jak lód morski.

Jasne włosy ma zawsze krótkie, bo gdy tylko zbyt długo zwleka ze strzyżeniem, zaczynają sterczeć we wszystkie strony.

Jest wysoki i umięśniony w taki sposób, jaki potrafią zapewnić tylko dziesięciolecia intensywnych treningów, kiedy współpracują wszystkie grupy mięśni, ścięgna i więzadła.

Ma na sobie ciemnoszarą marynarkę i białą koszulę rozpiętą pod szyją.

Obok niego na siedzeniu pasażera leży zapakowany bukiet czerwonych róż.

Zanim Joona Linna poszedł do szkoły policyjnej, był żołnierzem, należał do jednostki specjalnej i zakwalifikował się na specjalne szkolenie w Holandii z zakresu niekonwencjonalnej walki wręcz i wojny partyzanckiej w mieście.

Odkąd został komisarzem Krajowej Policji Kryminalnej, rozwiązał więcej spraw zabójstw niż ktokolwiek inny w całej Skandynawii.

Kiedy skazano go na cztery lata więzienia, wiele osób uważało, że proces w Sądzie Rejonowym w Sztokholmie był niesprawiedliwy.

Nie odwoływał się od wyroku. Wiedział, co ryzykuje, kiedy próbował uratować przyjaciela.

Jesienią kara więzienia została zamieniona na pracę społeczną dzielnicowego w sztokholmskim Norrmalmie. Wynajął kwaterę pracowniczą przy Rörstrandsgatan, naprzeciwko kościoła Filadelfia. Już za kilka tygodni miał wrócić do służby jako komisarz policji kryminalnej i odzyskać swój gabinet w policyjnej kwaterze głównej.

Zakręca, zatrzymuje się, wysiada z samochodu i stoi w ciemnościach na chłodnym powietrzu.

W małym domku Valerii pali się światło, a drzwi są szeroko otwarte.

Światło z okna w kuchni pada na nagie, wiotkie gałęzie wierzby płaczącej i zmrożoną trawę.

Od strony lasu dobiega trzask. Joona się odwraca. Zauważa ruch słabego światła w ciemności pomiędzy pniami i słyszy szelest liści pod nogami kogoś, kto się zbliża.

Jedną ręką ostrożnie odpina sprzączkę kabury.

Spostrzega Valerię wychodzącą z lasu z latarką w ręku i odsuwa się na bok. Valeria ma na sobie czerwony szlafrok i kalosze. Jej policzki są blade, a włosy mokre.

– Co robisz w lesie? – pyta Joona.

Valeria posyła mu dziwne spojrzenie, jakby myślami była gdzieś daleko.

– Po prostu doglądam szklarni – wyjaśnia.

– W szlafroku?

– Przyjechałeś za wcześnie – protestuje Valeria.

– Wiem, to niegrzeczne, starałem się jechać pomału – odpowiada Joona i wyciąga bukiet.

Valeria dziękuje, spogląda na niego wielkimi ciemnobrązowymi oczami i zaprasza, by wszedł za nią do domu.

W kuchni unosi się zapach kminu rzymskiego i liści laurowych. Joona wspomina, że jest głodny, ale po chwili się reflektuje i próbuje się tłumaczyć: zdaje sobie sprawę, że przyjechał za wcześnie, ale nie trzeba się śpieszyć z posiłkiem z jego powodu.

– Będzie za pół godziny – mówi Valeria z uśmiechem.

– Idealnie.

Valeria kładzie kwiaty na stole i podchodzi do garnka. Podnosi pokrywkę i miesza potrawę, zakłada okulary do czytania, zagląda do książki kucharskiej i z deseczki do krojenia zrzuca do garnka posiekaną natkę pietruszki i kolendrę.

– Domyślam się, że zostaniesz na noc? – pyta.

– Jeśli to nie problem.

– Chcę tylko wiedzieć, czy możesz wypić trochę wina – wyjaśnia Valeria z rumieńcem na twarzy.

– Tak też myślałem.

– Tak też myślałeś – odpowiada, z krzywym uśmieszkiem naśladując jego fiński akcent.

– Otóż to.

Wyjmuje z górnej szafki dwa kieliszki, otwiera butelkę wina i rozlewa.

– Pościeliłam w pokoju gościnnym, przygotowałam ręcznik i szczoteczkę do zębów.

– Dzięki. – Joona bierze do ręki kieliszek.

Wznoszą cichy toast, kosztują wino i na siebie patrzą.

– W Kumli nie wolno było tego robić – oznajmia Joona.

Valeria sprawdza, jak są przycięte róże, i wkłada je do stojącego na stole wazonu. Poważnieje.

– Powiem to od razu – zaczyna, skubiąc pasek starego szlafroka. – Przepraszam, że zareagowałam w taki sposób.

– Już wcześniej przeprosiłaś – odpowiada Joona.

– Chciałam to zrobić twarzą w twarz... Zachowałam się głupio i niedojrzale, kiedy dotarło do mnie, że nadal jesteś policjantem.

– Myślałaś, że kłamałem, ale ja...

– Nie tylko o to chodziło – przerywa Valeria i się czerwieni.

– Przecież każdy lubi policjantów, prawda?

– Tak – odpowiada i powstrzymuje śmiech, aż marszczy jej się czubek brody.

Ponownie miesza w garnku, przykrywa go i odrobinę zmniejsza ogień.

– Daj znać, jeśli będę mógł jakoś pomóc.

– Nie, tylko że... Przed twoim przyjściem zamierzałam zrobić coś z włosami i się umalować, więc skorzystam z okazji i zrobię to teraz.

– Okej.

– Chcesz tu zaczekać czy pójdziesz ze mną na górę?

– Pójdę z tobą – uśmiecha się Joona.

Zabierają kieliszki na piętro i wchodzą do sypialni. Na pościelonym łóżku leży żółta sukienka.

– Możesz posiedzieć w fotelu – mruczy Valeria.

– Dzięki – odpowiada Joona i siada.

– Teraz nie patrz.

Joona odwraca wzrok, a Valeria zdejmuje szlafrok, wkłada żółtą sukienkę i zaczyna zapinać małe guziki od talii w górę.

– Nieczęsto noszę sukienki, właściwie tylko w niektóre letnie dni, kiedy jadę do centrum – mówi do swojego odbicia w lustrze.

– Przepiękna.

– Nie patrz. – Valeria się śmieje i zapina ostatnie guziki na piersi.

– Nie mogę – odpowiada Joona.

Valeria podchodzi do lustra i zaczyna upinać mokre włosy spinkami na karku. Kiedy się nachyla i nakłada szminkę, Joona patrzy na jej szyję.

Valeria siada na łóżku, bierze kolczyki z nocnego stolika i zaczyna je zakładać. Nagle nieruchomieje.

– Myślę, że moja reakcja wynikała z tego, co się stało w Mörby Centrum. Nadal mi wstyd – mówi cicho. – Nie potrafię nawet sobie wyobrazić, co o mnie pomyślałeś.

– To była jedna z moich pierwszych akcji w sztokholmskiej policji porządkowej. – Joona spuszcza wzrok.

– Byłam narkomanką.

– Ludzie chadzają różnymi ścieżkami. – Spogląda jej w oczy.

– Ale ty posmutniałeś. Widziałam to przecież... i pamiętam, że próbowałam odpowiedzieć na to czymś w rodzaju pogardy.

– Wiesz... miałem tylko twoje zdjęcie z liceum. Nie odpisywałaś na listy, ja zakończyłem służbę wojskową i wylądowałem za granicą.

– A ja w Hinsebergu.

– Valerio...

– To po prostu tak beznadziejne, cholernie niedojrzałe – dokonywałam wszystkich złych wyborów, jakich tylko można dokonać... I znów psułam wszystko między nami.

– Nie byłaś gotowa na to, że dam radę wrócić do pracy w policji – mówi spokojnie Joona.

– Wiesz chociaż, dlaczego siedziałam w więzieniu?

– Czytałem wyrok i nie są to gorsze rzeczy niż to, co sam robiłem.

– Mówię ci tylko, żebyś wiedział, że nie jestem mądrą dziewczynką.

– Jesteś, jesteś – oponuje Joona.

Valeria zatrzymuje na nim spojrzenie, jakby było więcej do oglądania i jakby coś ukrytego wkrótce miało się ujawnić.

– Joona – zaczyna z powagą. – Wiem, co myślisz: że bycie z tobą jest niebezpieczne, że narażasz tych, na których ci zależy.

– Nie – odpowiada szeptem Joona.

– Przez długi czas było ci ciężko, ale nie zapisano w gwiazdach, że już zawsze musi tak być.

4

Joona zjada ostatnią porcję, choć ma już pełny żołądek, a Valeria czyści dno talerza kawałkiem chleba. Siedzą przy stole w kuchni, wazon z kwiatami przestawili na zlewozmywak, żeby się widzieć.

– Pamiętasz, jak chodziliśmy razem na kurs kajakarstwa? – pyta Valeria, wylewając resztkę wina z butelki do kieliszka Joony.

– Często sobie przypominam tamte czasy.

Była pełnia lata, postanowili, że będą spać na małej wyspie, która wcześniej wpadła im w oko. Znajdowała się w zatoce. Niewiele większa od podwójnego łóżka, składała się z miękkiej trawy, skały i pięciu drzew.

Valeria wyciera szminkę z krawędzi kieliszka.

– Kto wie, czy wszystko nie potoczyłoby się inaczej, gdyby nie burza – mówi, nie patrząc na niego.

– W liceum kochałem się w tobie do szaleństwa – oznajmia Joona i uświadamia sobie, że znów tak jest.

– Mnie chyba nigdy nie przeszło – odpowiada Valeria.

Joona nakrywa ręką jej dłoń. Valeria spogląda na niego błyszczącymi oczami i bierze jeszcze jeden kawałek chleba.

Joona ociera usta serwetką i odchyla się do tyłu, aż trzeszczy oparcie krzesła.

– A Lumi? – pyta Valeria. – Dobrze jej się wiedzie w Paryżu?

– Rozmawialiśmy w sobotę, była wesoła, wybierała się na imprezę do Perrotin – to galeria, którą powinienem znać... Zacząłem wypytywać, czy zostanie do późna i w jaki sposób wróci do domu.

– Zaniepokojony tata – stwierdza Valeria z rozbawieniem.

– Odparła, że pewnie weźmie taksówkę, a ja chyba byłem już męczący, bo kazałem jej usiąść za kierowcą i zapiąć pas.

– Okej. – Valeria się uśmiecha.

– Zauważyłem, że chciała zakończyć rozmowę, ale nie mogłem się powstrzymać i kazałem jej zrobić zdjęcie identyfikatora taksówkarza, przesłać je do mnie i tak dalej.

– Nie przesłała, prawda?

– Nie – odpowiada Joona i wybucha śmiechem.

– Młodzi lubią troskę, ale nie podejrzenia... i brak zaufania.

– Wiem, ale to przychodzi samo, nie potrafię przestać myśleć jak policjant.

Nie wstają od stołu, opróżniają kieliszki, rozmawiają o gospodarstwie szkółkarskim i dwóch synach Valerii.

Kiedy Joona dziękuje za kolację i zaczyna sprzątać ze stołu, za oknem kuchni zalega gęsty mrok.

– Pokazać ci pokój gościnny? – pyta nieśmiało Valeria.

Wstają, Joona uderza głową o lampę i rozlega się metaliczny brzęk. Wchodzą po trzeszczących schodach do wąskiego pokoju z głęboką wnęką okienną.

– Ładnie tu – mówi Joona i przystaje tuż za jej plecami.

Valeria się obraca i nieoczekiwanie jest bardzo blisko, cofa się i dziwnym ruchem ręki wskazuje szafę.

– Tam są dodatkowe poduszki... i koce, gdyby ci było zimno.

– Dzięki.

– Ale oczywiście, jeśli chcesz, możesz spać w moim łóżku – dodaje szeptem, chwyta go za rękę i ciągnie za sobą.

Na progu sypialni odwraca się, staje na palcach i go całuje. Joona odwzajemnia pocałunek, obejmuje Valerię i prawie odrywa ją od podłogi.

– Zbudujemy namiot z kołdry? – pyta cicho.

– Zawsze tak robiliśmy. – Valeria się uśmiecha i czuje, że serce zaczyna jej szybciej bić.

Rozpina mu koszulę i zdejmuje przez głowę, chwyta Joonę za ramiona i na niego patrzy.

– Dziwne... Pamiętam twoje ciało, choć wtedy byłeś tylko wysokim chłopcem, bez tylu mięśni i blizn.

Joona rozpina jej sukienkę, całuje Valerię w usta, w szyję, pod uchem i ponownie jej się przygląda.

Jest smukła i ma małe piersi.

Joona przypomina sobie jej ciemne brodawki.

Teraz oba ramiona są wytatuowane, a ręce umięśnione i pełne zadrapań od kolczastych krzewów.

– Valerio... Jak możesz być taka piękna.

Valeria zsuwa majtki, opadają na podłogę, występuje z nich. Jej włosy łonowe są czarne i lekko kręcone.

Drżącymi dłońmi zaczyna rozpinać mu spodnie, ale nie może sobie poradzić ze sprzączką paska i udaje jej się tylko ściągnąć go mocniej.

– Przepraszam – mówi i chichocze.

Rumieni się i stara się za bardzo nie gapić, kiedy Joona zdejmuje spodnie.

Razem nakrywają się wielką kołdrą, siadają pod nią w łóżku, trochę się śmieją, patrzą na siebie w przytłumionym świetle i znów zaczynają się całować.

Przewracają się na bok, odrzucają kołdrę, czują się jak nastolatki, a jednak nie tak samo. Wydają się sobie obcy, choć jednocześnie dziwnie znajomi.

Valeria wzdycha, kiedy on całuje ją w szyję i usta, opada na plecy, spogląda w jego przenikliwe szare oczy i czuje w sercu przypływ dzikiego szczęścia.

Joona całuje ją po piersiach i delikatnie ssie jedną z brodawek. Valeria przyciska do siebie jego głowę, Joona słyszy, jak szybko bije jej serce.

– Chodź – szepcze Valeria, podciąga go i rozszerza uda, kiedy Joona się na niej kładzie.

Nie potrafi przestać na nią patrzeć – na jej pełne powagi oczy, lekko otwarte usta, zagłębienie w szyi i cień obojczyka.

Valeria przyciąga go do siebie i czuje, jaki jest twardy, kiedy w nią wchodzi.

Pod jego ciężarem zapada się w materac, odczuwa napięcie w pachwinach, kiedy nogi rozsuwają się na boki.

Joona czuje lepkie ciepło przywierającego ciała i dyszy przed kolejnym ruchem.

Valeria otwiera oczy i dostrzega czułość na jego twarzy, widzi oznaki pożądania.

Zbliża się posuwiście, a słabe światło pada na jej piersi, brzuch, biodra.

Oddycha szybciej, unosi miednicę, odchyla głowę i zamyka oczy.

Kołdra spada na podłogę.

Woda w szklance na stoliku przy łóżku faluje i raz za razem rzuca na ścianę odbicie w kształcie elipsy.

5

Jest niedziela. Zimowego dnia o tej wczesnej porze można odnieść wrażenie, że słońce już zaszło. Joona spędził u Valerii dwie noce, ale w poniedziałek jak zwykle idzie do pracy.

Valeria siedzi przy biurku w sypialni na górze i widzi, jak Joona kładzie łopatę na taczce i macha do białego jaguara nadjeżdżającego żwirową ścieżką.

Joona próbuje dać znak Nålenowi, żeby się zatrzymał, ale jaguar wjeżdża prosto w rząd hiacyntów w plastikowych doniczkach. Rozlega się trzask pękającego tworzywa, mokra ziemia bryzga spod kół na boki. Samochód hamuje, jedno z kół nieruchomieje na wysokim krawężniku.

Valeria nadal stoi w oknie i patrzy, jak z przekrzywionego samochodu wysiada wysoki mężczyzna w okularach pilotkach. Pod rozpiętym płaszczem nosi biały lekarski fartuch. Ma wąski kostropaty nos i krótko ostrzyżone siwe włosy.

Nålen jest profesorem medycyny sądowej w Instytucie Karolinska, jednym z czołowych europejskich ekspertów w tej dziedzinie.

Joona wita się uściskiem dłoni i odnosi wrażenie, że jego stary przyjaciel jest bledszy niż zwykle.

– Powinieneś nosić szalik – mówi i próbuje osłonić mu szyję wyłogami kołnierza.

– Dostałem ten adres od Anji – wyjaśnia Nålen, nie odwzajemniając uśmiechu. – Muszę...

Gwałtownie przerywa na widok schodzącej po schodach Valerii.

– Co się stało? – pyta Joona.

Wąskie usta Nålena są bezbarwne, a w jego oczach czai się napięcie.

– Muszę z tobą porozmawiać na osobności.

Valeria podchodzi i wyciąga rękę do wysokiego mężczyzny.

– To Valeria – przedstawia ją Joona.

– Profesor Nils Åhlén – odpowiada Nålen oficjalnym tonem.

– Miło mi poznać. – Valeria się uśmiecha.

– Muszę porozmawiać z Nålenem – oznajmia Joona. – Możemy usiąść w kuchni?

– Oczywiście. – Valeria idzie z nimi do domu.

– Przepraszam, że musiałem zakłócić spokój w niedzielę – usprawiedliwia się Nålen.

– Żaden problem, akurat trochę pracowałam na piętrze – wyjaśnia Valeria i idzie dalej w stronę schodów.

– Nie schodź. Powiem, kiedy skończymy! – woła za nią Joona.

– Okej.

Joona wprowadza Nålena do kuchni i prosi, żeby usiadł. Za otworami w kominku trzaska ogień.

– Masz ochotę na kawę?

– Nie, dziękuję... Nie powinienem...

Nålen milknie i opada na krzesło.

– Jak się właściwie czujesz? – pyta Joona.

– Nie chodzi o mnie – odpowiada Nålen zakłopotanym tonem.

– A więc co się stało?

Nålen nie patrzy mu w oczy, tylko przesuwa ręką po blacie stołu.

– Jak wiesz, utrzymuję bliski kontakt z kolegami z Norwegii – zaczyna powoli. – I właśnie zadzwoniono do mnie z Instytutu Zdrowia Publicznego... Ich oddziały patologii i medycyny sądowej obecnie znajdują się właśnie tam.

– Wiem.

Nålen głośno przełyka ślinę, zdejmuje okulary, bez przekonania próbuje je wyczyścić i zakłada z powrotem.

– Joona, jestem tutaj, ale nie wiem, jak to wytłumaczyć... w sensie, żebyś nie...

– Po prostu powiedz, co się stało.

Joona nalewa wody do szklanki i stawia ją przed Nålenem.

– Jeśli dobrze rozumiem – kontynuuje Nålen – norweska policja kryminalna Kripos przejęła od policji w Oslo postępowanie przygotowawcze w sprawie domniemanego zabójstwa... W mieszkaniu znaleziono martwego mężczyznę. Wszystko wskazywało na zwykłą pijacką kłótnię, kiedy jednak otwarto zamrażarkę ofiary, znaleziono tam części ciała wielu ludzi... zamrożone w różnych stadiach rozkładu... Policjanci przyjmują teorię, że zmarły był nieznaną wcześniej hieną cmentarną... Być może praktykował nekrofilię i kanibalizm... W każdym razie jako handlarz antykami podróżował, odwiedzając targi i aukcje, a przy okazji otwierał lokalne groby i zabierał trofea.

Nålen wypija łyk i drżącym palcem wyciera wodę z górnej wargi.

– Co to ma wspólnego z nami?

– Nie chcę cię wyprowadzić z równowagi – oznajmia Nålen i po raz pierwszy patrzy Joonie w oczy. – Ten człowiek miał w zamrażarce czaszkę Summy.

– Mojej Summy?

Joona opiera się o zlewozmywak i przewraca pustą butelkę po winie, ale nawet nie zauważa, kiedy butelka z łomotem wpada do komory z kieliszkami i porcelaną. Huczy mu w uszach, a przez głowę przelatują wspomnienia związane z żoną.

– Jesteś pewny? – szepcze, spoglądając przez okno na szklarnie.

Nålen podsuwa okulary na nosie i wyjaśnia, że policja podjęła próbę zestawienia DNA części ciała z zamrażarki z rejestrami Europolu oraz policji fińskiej i krajów skandynawskich.

– Znaleźli kartę dentystyczną Summy... a ponieważ to ja wypisałem akt zgonu, zadzwonili do mnie.

– Rozumiem. – Joona siada na krześle naprzeciwko przyjaciela.

– Wszystkie dokumenty podróżne są u niego w domu... W połowie listopada był na aukcji plenerowej w Gällivare... Niedaleko znajduje się grób Summy.

– Jesteś tego pewny? – pyta Joona.

– Tak.

– Mogę zobaczyć zdjęcia?

– Nie – odpowiada szeptem Nålen.

– Nic się nie stanie – zapewnia Joona, patrząc mu w oczy.

– Nie rób tego – ostrzega Nålen, ale Joona w tym samym czasie otwiera jego torbę i wyjmuje teczkę z Kripos. Układa na stole fotografie, jedną obok drugiej.

Pierwsze zdjęcie to widok z góry na wnętrze otwartej zamrażarki. Z bryły białego lodu wystaje dziecięca stopa. Daje się też rozpoznać kręgosłup, brodatą twarz i zakrwawiony język.

Joona przegląda zdjęcia rozmrożonych części ciała na metalowej ławie. Patrzy na wycięte serce w stanie daleko posuniętego rozkładu, golenie odcięte przy rzepce, noworodka w całości, trzy czyste czaszki, zęby i cały tułów z piersiami i ramionami.

Nagle do kuchni wchodzi Valeria i stawia na blacie dwie brudne filiżanki po kawie.

– Kurwa mać! – wrzeszczy Joona. Próbuje zasłonić zdjęcia, ale wie, że zdążyła je zobaczyć.

– Przepraszam – mamrocze Valeria i szybko wychodzi.

Joona wstaje, opiera się ręką o ścianę, wpatruje się w szklarnie, a potem znów w zdjęcia.

Czaszka Summy.

To tylko zbieg okoliczności, tłumaczy sobie. Ten, kto splądrował grób, nie wiedział, kto w nim leży. Nie wynikało to z napisu na nagrobku i nie figurowało w żadnych rejestrach.

– Co wiemy o sprawcy? – pyta i słyszy, że Valeria wchodzi po schodach.

– Nic. Nie mają żadnych świadków.

– A ofiara?

– Wszystko wskazuje na awanturę domową. W chwili śmierci ten człowiek miał we krwi dużą dawkę alkoholu.

– Czy to nie dziwne, że policja nie ma żadnych śladów tego drugiego?

– O czym myślisz? O czym tak naprawdę teraz myślisz, Joona? – pyta Nålen z napięciem w głosie.

6

Valeria siedzi przed komputerem na piętrze, kiedy Joona wchodzi na górę i puka do drzwi.

Odwraca się do niego, a blade światło wpadające przez szczeblinowe okno nadaje jej włosom kasztanowy połysk.

– Nålen pojechał – mówi Joona przyciszonym głosem. – Przepraszam, że się rozzłościłem, po prostu nie chciałem, żebyś na to patrzyła.

– Nie jestem mimozą – odpowiada Valeria. – Wiele razy widziałam ciała.

– Ale to nie tylko fragmenty zwłok... lecz sprawa osobista – wyjaśnia Joona.

W Sztokholmie znajduje się rodzinny grób z nazwiskami Summy Linny i Lumi Linny wyrytymi w kamieniu, ale w urnach pod ziemią nie spoczywają ich prochy. Śmierć żony i córki Joony została sfingowana, obie mieszkały przez wiele lat w tajnym lokum pod przybranymi tożsamościami.

– Zejdźmy do kuchni zagrzać zupę – odzywa się po chwili Valeria.

– Co?

Valeria bierze go w ramiona, pozwala, by ją objął i oparł policzek o jej głowę.

– Zejdźmy na jedzenie – powtarza cicho.

Wchodzą do kuchni. Valeria wyjmuje z lodówki zupę, którą ugotowali wcześniej. Stawia garnek na kuchence i włącza palnik, kiedy jednak zapala lampkę w okapie kuchennym, Joona podchodzi i ją gasi.

– Co się stało? – pyta Valeria.

– Grób Summy został zbezczeszczony i...

Joona milknie i odwraca twarz. Valeria widzi, że ociera łzy z policzków.

– Możesz płakać – mówi ostrożnie.

– Nie wiem, dlaczego tak mnie to wytrąca z równowagi... Jakiś człowiek rozkopał jej grób i zabrał czaszkę do Oslo.

– Boże... – szepcze Valeria.

Joona staje przy oknie i patrzy na szklarnie i las. Valeria zauważa, że zaciągnął zasłony w dużym pokoju i położył nóż kuchenny na starym kredensie.

– Wiesz, że Jurek Walter nie żyje – mówi z powagą.

– Tak – odpowiada szeptem Joona i zasłania okno w kuchni.

– Chcesz o nim porozmawiać?

– Nie mam na to siły – stwierdza bezbronnym głosem i odwraca się do niej.

– Okej – odpowiada Valeria opanowanym tonem. – Ale nie musisz mnie chronić, daję słowo, że mogę tego wysłuchać... Wiem, co musiałeś zrobić, żeby uratować Summę i Lumi, więc zdaję sobie sprawę, że był strasznym człowiekiem.

– Gorszym niż ktokolwiek może sobie wyobrazić... Wygrzebuje wszystko ze środka... i człowiek zostaje pustą skorupą.

– Ale już po wszystkim. – Valeria próbuje go pogłaskać. – Możesz się czuć bezpieczny, on nie żyje.

Joona kiwa głową.

– To było tylko przypomnienie... Jakbym czuł na sobie jego oddech, kiedy się dowiedziałem tego wszystkiego o grobie Summy.

Joona wraca do okna i wygląda przez szczelinę w zasłonach. Valeria patrzy na jego plecy w kuchennych ciemnościach.

Siadają przy stole w kuchni. Valeria prosi, żeby opowiadał dalej o Jurku Walterze. Joona kładzie ręce na stole, powstrzymuje ich drżenie i mówi cicho:

– Zdiagnozowano u niego... nieokreślony rodzaj schizofrenii, chaos myśli i nagłe ataki psychozy z dziwacznymi i wyjątkowo brutalnymi elementami, ale to nic nie znaczy. Nigdy nie był schizofrenikiem. Diagnoza pokazuje jedynie, jak bardzo przerażony był stawiający ją psychiatra.

– Czy ten Jurek był hieną cmentarną?

– Nie – zaprzecza Joona.

– No to sam widzisz. – Valeria stara się przywołać uśmiech.

– Jurek Walter nigdy nie zawracałby sobie głowy trofeami – oznajmia Joona ciężkim tonem. – Nie był perwersyjny... ale pasjonowało go niszczenie ludzi. Nie zabijanie, nie tortury... Nie zawahałby się przed tym, ale żeby go zrozumieć, należy wiedzieć, że chciał zniszczyć wnętrze każdej z ofiar, zgasić tlącą się w nim iskrę życia...

Joona usiłuje wyjaśnić, że Jurek chciał odebrać swoim ofiarom wszystko, a potem patrzeć, jak starają się żyć dalej – chodzą do pracy, jedzą posiłki, siedzą przed telewizorem – aż do tej straszliwej chwili, kiedy zdają sobie sprawę, że są już martwi.

Siedzą w ciemności, a Joona ciągnie opowieść o Jurku Walterze. Był to najgroźniejszy seryjny morderca w historii północnej Europy, ale nie jest powszechnie znany, bo wszystkie dotyczące go akta zostały utajnione.

Joona opowiada, jak wraz z kolegą Samuelem Mendlem wpadli na jego trop.

Zaczęli na zmianę pełnić nocne warty przed domem pewnej kobiety. Jej dwoje dzieci zaginęło w okolicznościach przypominających te opisane w zeznaniach innych świadków.

Ludzie twierdzili, że było tak, jakby się zapadły pod ziemię.

Odczytano pewien schemat: w rodzinach stanowczo zbyt wielu zaginionych osób w ostatnich latach zdarzały się podobne przypadki.

Joona milknie. Valeria spostrzega, że splótł palce, aby opanować drżenie rąk. Stawia na stole dwa kubki z zaparzoną przez siebie herbatą, siada i czeka, aż będzie mógł mówić dalej.

– Przez dwa tygodnie trwała odwilż. Ale w ciągu dnia padał śnieg... i na starej pokrywie śnieżnej leżała nowa...

Joona nigdy nie rozmawiał z nikim o tych ostatnich godzinach, kiedy Samuel przyszedł go zastąpić.

Na pogrążonym w mroku skraju lasu stał szczupły mężczyzna i patrzył w górę, na okno sypialni matki dzieci, które zaginęły.

Jego spokojna twarz była wychudła i pomarszczona.

Joona pomyślał, że sam widok tego domu wypełniał mężczyznę rozkosznym spokojem, jak gdyby już zaciągnął ofiarę do lasu.

Szczupły człowiek nie robił nic innego, tylko patrzył, aż w końcu odwrócił się i zniknął.

– Myślisz o dniu, w którym go zobaczyłeś po raz pierwszy. – Valeria kładzie rękę na jego dłoni.

Joona podnosi wzrok i zdaje sobie sprawę, że przestał mówić. Kiwa głową i wyjaśnia, że razem z Samuelem wysiedli z samochodu i ruszyli po świeżych śladach.

– Biegliśmy wzdłuż starych torów kolejowych do lasu Lill-Jansskogen...

W ciemności między gałęziami zgubili ślady mężczyzny, nagle zniknęły im z oczu, więc zaczęli wracać.

Podążając wzdłuż torów, zobaczyli, że mężczyzna odłączył się od nich i wszedł prosto do lasu.

Ziemia pod świeżą pokrywą śnieżną była mokra, więc ślady jego butów poczerniały. Jeszcze pół godziny wcześniej były białe i niemożliwe do zauważenia w słabym świetle, ale w tym momencie ściemniały jak granit.

Byli już głęboko w lesie, kiedy usłyszeli kwilenie.

Brzmiało niczym samotny płacz z głębi piekieł.

Stanęli jak sparaliżowani.

Pomiędzy drzewami spostrzegli mężczyznę, za którym szli. Wykopana czarna ziemia otaczała płytki grób. Wychudzona, brudna kobieta niestrudzenie próbowała wyczołgać się z trumny. Płakała i walczyła, ale za każdym razem gdy była już blisko, mężczyzna wpychał ją z powrotem.

Wyciągnęli broń i popędzili przed siebie, przewrócili mężczyznę na brzuch i skuli mu ręce i nogi.

Samuel płakał, kiedy rozmawiał z centralą alarmową.

Joona pomógł kobiecie wydostać się z trumny i otulił ją swoją kurtką. Objął i zaczął wyjaśniać, że pomoc jest już w drodze, kiedy nagle między drzewami zauważył jakiś ruch. Gałęzie świerku się zakołysały, aż śnieg bezgłośnie opadł na ziemię.

– Ktoś tam stał i na nas patrzył – mówi cicho Joona.

Pięćdziesięciolatka przeżyła, mimo że spędziła w trumnie prawie dwa lata. Jurek Walter co jakiś czas tam przychodził, otwierał grób i dawał jej wodę oraz pożywienie. Oślepła, była bardzo niedożywiona i straciła zęby. Miała osłabione mięśnie, odleżyny zdeformowały jej ciało, dłonie i stopy były uszkodzone w wyniku odmrożenia.

Na początku myślano, że po prostu jest w szoku, ale po jakimś czasie okazało się, że doznała poważnych uszkodzeń mózgu.

Jeszcze tej samej nocy odgrodzono duże partie lasu. Rankiem pies policyjny wskazał miejsce oddalone zaledwie o dwieście metrów od grobu kobiety. Wykopano szczątki mężczyzny i chłopca, wciśnięte do niebieskiej plastikowej beczki. Potem wyszło na jaw, że zakopano ich cztery lata wcześniej, ale mimo rurki z powietrzem przeżyli w beczce niewiele godzin.

Joona widzi, że Valeria jest wstrząśnięta, zasłania dłonią usta, a z twarzy odpłynęły jej wszystkie kolory.

Valeria myśli o tym, jak Joona po raz pierwszy spotkał Jurka Waltera – stojącego w śniegu pod oknem następnej ofiary. Przypomina jej to człowieka, którego widziała w piątek na skraju lasu obok szklarni. Czuje, że pewnie powinna o tym powiedzieć Joonie, ale nie chce, by zaczął sobie wmawiać, że Jurek jednak żyje.

7

Po zatrzymaniu Jurka odpowiedzialność za postępowanie przygotowawcze przejął prokurator, ale Joona i Samuel prowadzili przesłuchania od momentu wydania decyzji o aresztowaniu do czasu rozprawy głównej.

– Trudno to zrozumieć, ale Jurek Walter wchodził do głowy każdemu, kto wystarczająco się do niego zbliżył – mówi Joona. – To żadne nadprzyrodzone zdolności, tylko coś w rodzaju zimnego jak lód rozeznania w ludzkich słabościach. Potrafił naruszyć fundamenty i odebrać człowiekowi zdolność samoobrony.

Przez cały okres spędzony w areszcie Jurek Walter do niczego się nie przyznał. Nie twierdził też, że jest niewinny. Głównie oddawał się filozoficznej dekonstrukcji pojęcia zbrodni i kary.

– Dopiero podczas ostatnich posiedzeń zrozumiałem, że Jurek planował skłonić mnie lub Samuela do uznania możliwości, że jest niewinny... że przypadkowo odnalazł grób i pomagał kobiecie wyjść, a wtedy pojawiliśmy się my.

Pewnego wieczoru, kiedy Joona i Samuel razem biegali, Samuel zadał hipotetyczne pytanie, co by się stało, gdyby ktoś inny, nie Jurek, stał przy grobie, kiedy tam dotarli.

– Nie mogę przestać o tym myśleć – wyznał Samuel. – Że bez względu na to, kto by tam wówczas był, zostałby oskarżony o dokonanie przestępstwa.

Rzeczywiście brakowało konkretnych dowodów, oskarżenie opierało się raczej na okolicznościach zatrzymania i zupełnym braku wyjaśnień.

Joona wiedział, że Jurek jest niebezpieczny, ale nie miał jeszcze pojęcia, w jakim stopniu.

Samuel Mendel zaczął się wycofywać, nie był już w stanie kontynuować śledztwa, nie wytrzymywał bliskości Jurka, twierdził, że przy nim czuje się brudny, że jego dusza ulega zatruciu.

– Nie chcę tego, a jednak mówię rzeczy, które pozwalają myśleć, że mógłby być niewinny – wyjaśnił Samuel.

– Jest winny. Ale sądzę, że ma pomocnika – odparł Joona.

– Wszystko wskazuje na samotnego szaleńca, który...

– Nie był sam przy grobie, kiedy się tam znaleźliśmy – przerwał Joona.

– Był. To wszystko tylko jego manipulacje, żeby wyszło na to, że widziałeś, jak prawdziwy sprawca ucieka do lasu.

Joona wielokrotnie przypominał sobie swoją ostatnią rozmowę z Jurkiem przed końcowymi posiedzeniami.

Jurek Walter siedział na krześle w pokoju przesłuchań wyposażonym w zaawansowany monitoring, a jego pomarszczona twarz była zwrócona ku podłodze.

– Dla mnie nie ma znaczenia, czy zostanę niesprawiedliwie skazany – oznajmił. – Nie boję się niczego: ani bólu... ani samotności, ani nudy. Sąd apelacyjny wesprze linię oskarżenia... i moja wina będzie uznana za potwierdzoną ponad wszelką wątpliwość.

– Nie chcesz obrońcy – rzekł Joona.

– Nie chcę się zajmować kwestiami technicznymi, bo najwyraźniej odkopywanie grobu i grzebanie w nim to jedno i to samo.

Joona oczywiście zdawał sobie sprawę, że jest urabiany, że Jurek Walter musi mieć go po swojej stronie, aby wyjść na wolność – dlatego próbuje zasiać ziarno wątpliwości. Rozumiał, co robi Jurek, ale jednocześnie nie mógł zignorować faktu, że w akcie oskarżenia rzeczywiście była luka.

– Wydawało mu się, że przeciągnął cię na swoją stronę – stwierdza Valeria ze strachem w głosie.

– Chyba dostrzegł w tym coś obiecującego.

W czasie jednego z końcowych posiedzeń Joona został wezwany na świadka i miał opowiedzieć o zatrzymaniu.

– Czy nie mogło być tak, że Jurek Walter tak naprawdę próbował uratować kobietę leżącą w grobie? – zapytał obrońca.

Joona przyparł do muru wewnętrzną siłę, nakazującą odpowiedzieć twierdząco. Głos rozsądku mówił, że istnieje taka możliwość. Joona już zaczął kiwać głową, ale powstrzymał sam siebie i zmusił się do powrotu pamięcią do nieprzyjemnej sceny w lesie: Jurek Walter bez choćby śladu agresji wpychał kobietę do trumny za każdym razem, gdy próbowała się z niej wygramolić.

– Nie. To on trzymał ją uwięzioną w grobie, on ich wszystkich zabił – odpowiedział Joona.

Po obradach przewodniczący składu sędziowskiego w sądzie apelacyjnym skazał Jurka Waltera na pobyt w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym ze szczególnymi warunkami ubiegania się o zwolnienie.

Wyrok zdawał się w żaden sposób nie obchodzić Jurka Waltera, mimo że w praktyce oznaczał dożywotnią izolację.

Przed opróżnieniem sali Jurek Walter odwrócił się do Joony. Całą jego twarz pokrywały wąskie zmarszczki, a jasne oczy były dziwnie puste.

– Niedługo zaginą obaj synowie Samuela Mendla – powiedział ze spokojem. – Żona Samuela, Rebecka, też zaginie. Ale... Nie, posłuchaj mnie, Linna. Policja będzie ich szukać, a kiedy się podda, Samuel będzie szukał dalej. W końcu jednak zrozumie, że już nigdy nie zobaczy rodziny, i odbierze sobie życie...

Światło przesączało się przez liście w parku i sprawiało, że na szczupłej sylwetce Jurka drżały przezroczyste cienie.

– A twoja córeczka... – ciągnął, oglądając sobie paznokcie.

– Uważaj – ostrzegł Joona.

– Lumi zaginie – wyszeptał Jurek. – Summa też. A kiedy zrozumiesz, że nigdy ich nie znajdziesz... Powiesisz się.

Podniósł wzrok i spojrzał Joonie prosto w oczy. Na jego pomarszczonej twarzy nagle zagościł spokój, jakby przepowiednia już się spełniła.

– Wdepczę cię w ziemię – powiedział cicho.

Joona podchodzi do zasłon, wpatruje się w ciemność i widzi, jak zwisające gałęzie wierzb płaczących drżą na wietrze.

– Mówiłeś bardzo niewiele o swoim koledze Samuelu – stwierdza Valeria.

– Próbowałem, ale...

– To nie twoja wina, że członkowie jego rodziny zaginęli.

Joona siada z powrotem i patrzy na nią błyszczącymi oczami.

– Siedziałem przy stole w kuchni z Summą i Lumi. Zrobiliśmy spaghetti i klopsiki. Nagle zadzwonił Samuel... Był bardzo zdenerwowany i dopiero po chwili zrozumiałem, że Rebecki i dzieci nie ma w domu na Dalarö, do którego wyjechali zaledwie kilka godzin wcześniej... Dzwonił już do szpitali i na policję. Próbował nad sobą panować, uspokoić oddech, ale i tak załamał mu się głos, kiedy prosił mnie o sprawdzenie, czy Jurek Walter nie uciekł.

– Nie uciekł – mówi Valeria w napięciu.

– Nie. Nadal był w celi.

Wszystkie ślady Rebecki i dzieci kończyły się na żwirowej drodze zaledwie pięć metrów od opuszczonego samochodu. Policyjne psy niczego nie wywąchały. Dwa miesiące przeszukiwano lasy, drogi, domy, zbiorniki wodne. Kiedy zarówno policja, jak i ochotnicy się poddali, Samuel i Joona kontynuowali poszukiwania na własną rękę, ani razu nie wspominając o tym, czego się boją.

– Jurek Walter miał pomocnika. To on ich porwał – oznajmia Valeria.

– Tak.

– Następny byłeś ty.

W tamtym czasie Joona pilnował swojej rodziny, nie odstępował jej na krok, ale oczywiście wiedział, że na dłuższą metę to za mało.

Samuel przestał szukać i wrócił do służby mniej więcej rok po zaginięciu żony i dzieci. Porzucił nadzieję, wytrzymał trzy tygodnie, a potem pojechał do swojego domku letniskowego, zszedł na plażę, na której chłopcy zwykle się kąpali, i strzelił sobie w głowę ze służbowego pistoletu.

Joona próbował rozmawiać z Summą o ucieczce, o rozpoczęciu nowego życia, ale nie potrafiła zrozumieć, jak bardzo niebezpieczny jest Jurek Walter.

Na początku starał się znaleźć rozwiązanie dla nich obojga. Mogliby zmienić tożsamość i żyć po cichu w jakimś odległym kraju.

Używając szyfrowanego połączenia, zadzwonił do znajomego z dawnych czasów podporucznika, ale tak naprawdę wiedział, że nic nie będzie wystarczająco skuteczne. Nowe i chronione personalia są niepewne. W najlepszym wypadku pozwalają jedynie zdobyć odrobinę przewagi.

– Dlaczego nie uciekliście razem? – pyta szeptem Valeria.

– Zrobiłbym wszystko, żeby mieć taką możliwość, ale...

Kiedy Joona zrozumiał, co należy zrobić, stało się to jego obsesją. Zaczął opracowywać plan, który miał uratować całą ich trójkę.

Chciał być z Summą i Lumi, ale istniało coś ważniejszego.

Życie każdej z nich.

Gdyby uciekł albo z nimi zniknął, byłaby to wyraźna zachęta dla wspólnika Jurka do rozpoczęcia poszukiwań.

Wiedział zaś, że jeśli człowiek szuka, zawsze znajdzie tych, którzy się ukrywają.

Nie mogą rozpocząć poszukiwań, myślał. To jedyny sposób, by nie zostać znalezionym.

Istniało tylko jedno rozwiązanie: Jurek Walter i jego cień musieli wierzyć, że Summa i Lumi nie żyją. Zamierzał zaaranżować wypadek samochodowy i upozorować ich śmierć.

– Wszyscy troje! – wykrzykuje Valeria. – Wszyscy troje mogliście udawać, że ty też byłeś w samochodzie. Ja bym tak postąpiła.

– Jurek nigdy by w to nie uwierzył. Zwiodła go moja samotność – to, że przez tyle lat mieszkałem sam... Nikt by tego nie wytrzymał: nawet po dziesięciu latach nie dać się wprowadzić w fałszywe poczucie bezpieczeństwa i nie ulec pokusie zobaczenia rodziny.

– Sądziłeś, że przez cały ten czas jego cień cię obserwuje.

– Bo obserwował – mówi głucho Joona.

– Teraz to wiemy, ale przecież nikogo nie widziałeś, prawda?

– Tak.

Teraz, kiedy już od paru lat jest po wszystkim, Joona wie, że postąpił słusznie. Wszyscy zapłacili wysoką cenę, ale to uratowało życie Summie i Lumi.

– Jurkowi przez cały czas pomagał jego bliźniak Igor. To było straszne... Nie miał własnego życia, był człowiekiem z traumą psychiczną, żyjącym tylko po to, by wypełniać polecenia Jurka.

Joona milknie i myśli o chudych plecach Igora, pokrytych bliznami po wielu latach bicia pasem do ostrzenia brzytwy.

Kiedy po czternastu latach izolacji Jurek zbiegł, kontynuował swój plan jak gdyby nigdy nic.

Wielu ludzi straciło życie podczas tych strasznych dni, kiedy Jurek Walter przebywał na wolności.

– Ale zarówno Jurek, jak i jego brat już nie żyją – zaznacza Valeria.

– Tak.

Joona przypomina sobie, jak strzelił trzy razy z bliska w serce brata Jurka. Kule przeszły na wylot i Igor upadł do tyłu na żwir. Joona wiedział, że bliźniak umarł, ale zsunął się po stromym zboczu, żeby mieć absolutną pewność.

Saga Bauer oddała strzały do Jurka Waltera i patrzyła, jak jego ciało wpada do rzeki i spływa do morza.

Kiedy Joona w końcu ponownie zobaczył żonę, umierała na raka. Zabrał ją i Lumi do domu w Nattavaara. Małej rodzinie dane było żyć razem pół roku. Kiedy Summa zmarła, pochowali ją w Purnu – w stronach, w których jej babcia ze strony matki spędziła dzieciństwo.

Ale dopiero rok później, gdy Saga znalazła szczątki Jurka i zgadzały się odciski palców oraz wynik badania DNA, Joona odważył się uwierzyć, że to już naprawdę koniec.

Poczuł się tak, jakby nagle odzyskał zdolność oddychania.

Wiedział, że smutek i rany pozostaną już na zawsze, poza tym odkąd Saga Bauer prześwietliła Jurka Waltera, nie była już taka jak dawniej. Jej wnętrze stało się bardziej mroczne. Joona czasem miał wrażenie, że Saga próbuje uciec przed własnym losem.

8

Saga Bauer, utrzymując szybkie tempo, biegnie po moście Skansbron, przez mokre cienie wyższych mostów.

Ciężkie pojazdy przejeżdżają obok z hukiem.

Dociera do końca mostu i wydłuża krok.

Jej sportowa bluza jest mokra na piersi od potu.

Prawie każdego dnia po pracy Saga biegnie do Gamla Enskede i odbiera ze szkoły swoją przyrodnią siostrę Pellerinę.

Odnowiła kontakty z ojcem po przerwie przypadającej na okres, kiedy była nastolatką. Mimo że większe nieporozumienia zostały wyjaśnione, ma kłopot z wejściem z powrotem w rolę córki. Może nigdy tak naprawdę nie będą umieli do siebie trafić.

Saga przyśpiesza na wiadukcie pod torami i Nynäsvägen, słychać echo jej kroków.

Jest umięśniona jak baletnica, a jej piękno rzuca się w oczy. W długich jasnych włosach ma pełno warkoczyków z kolorowymi pasemkami, a jej oczy są bajecznie niebieskie.

Saga Bauer to komisarz operacyjna w Säpo, szwedzkiej policji bezpieczeństwa. Przez całą jesień szef zmuszał Sagę do wypisywania raportów i uczestniczenia w sztywnych spotkaniach na temat owocnej policyjnej wymiany między Szwecją a Stanami Zjednoczonymi. Aby uniknąć otwartego konfliktu i wewnętrznej krytyki, postanowiono opisać tę współpracę jako niezwykle udaną, a zarówno Saga Bauer, jak i agentka specjalna López zostały zmuszone do zostania znajomymi na Facebooku.

Saga mija ponurą halę sportową, biegnie dalej do starego miasta ogrodu i sprintem pokonuje ostatni odcinek do szkoły Enskede.

Ze żwirowego boiska do piłki nożnej wzbija się pył i przelatuje przez wysokie ogrodzenie.

Choć Pellerina ma dwanaście lat, nie wolno jej samej wracać do domu ze szkoły. Musi zostawać w klubie zajęć pozaszkolnych, dopóki ktoś jej nie odbierze.

Pellerina ma zespół Downa i urodziła się z tetradą Fallota – połączeniem czterech różnych wad serca, które razem nie pozwalają krwi dopływać do płuc. Kiedy miała cztery tygodnie, wszczepiono jej zastawkę, a niecały rok później przeprowadzono zaawansowaną operację serca.

Ma trudności w nauce, ale z pomocą pedagogów specjalnych może chodzić do zwykłej szkoły.

Puls zwalnia, a oddech się uspokaja, kiedy Saga okrąża budynek główny i dociera do klubu Mellis. Dostrzega młodszą siostrę przez okno na parterze. Pellerina wygląda na szczęśliwą, skacze i się śmieje razem z dwiema innymi dziewczynkami.

Saga otwiera drzwi, wchodzi przez szatnię, zdejmuje buty przy zaznaczonej taśmą granicy, udaje się dalej do sali zabaw, słyszy muzykę dobiegającą z sali tańca i jogi i przystaje w drzwiach.

Lampa jest nakryta różowym szalem. Taneczny rytm basu wprawia w drżenie szybę z papierowymi płatkami śniegu.

Saga rozpoznaje Annę i Fredrikę z klasy Pelleriny, obie są od niej wyższe o głowę.

Wszystkie mają bose stopy. Ich zwinięte w serdelki skarpetki leżą w kłębach kurzu pod krzesłem. Dziewczynki stoją w szeregu na środku pokoju, odliczają, kręcą biodrami, robią krok do przodu, klaszczą i wykonują obrót.

Pellerina tańczy uśmiechnięta i nie zauważa gila zwisającego jej z nosa. Saga stwierdza, że siostra jest zdolna – opanowała wszystkie kroki – ale trochę zbyt żywiołowa, bo kręci biodrami mocniej niż dwie pozostałe dziewczynki.

Anna wyłącza muzykę. Jest zdyszana, zakłada pasmo włosów za ucho i klaszcze w dłonie.

Saga nadal stoi w lekko uchylonych drzwiach i widzi, jak dziewczynki wymieniają spojrzenia nad głową Pelleriny, Fredrika robi minę debilki, a Anna wybucha śmiechem.

– Dlaczego się śmiejecie? – pyta zdyszana Pellerina i zakłada mocne okulary.

– Śmiejemy się, bo jesteś taka zdolna i piękna – mówi Fredrika, tłumiąc chichot.

– Wy też jesteście zdolne i piękne – odpowiada z uśmiechem Pellerina.

– Nie takie piękne jak ty – odzywa się Anna.

– Tak – śmieje się Pellerina.

– Powinnaś pójść w karierę solową – oznajmia Fredrika.

– A co to znaczy? – pyta Pellerina i podsuwa okulary na nosie.

– Że może byłoby lepiej, gdybyśmy cię nagrywały, kiedy będziesz tańczyła sama...

Saga wchodzi do sali tanecznej, a Fredrika gwałtownie urywa. Pellerina podbiega i przytula się do Sagi.

– Jak się bawicie? – pyta Saga spokojnie.

– Ćwiczymy taniec – odpowiada Pellerina.

– Dobrze wam idzie?

– Bardzo dobrze!

– Anno? – Saga spogląda na dziewczynkę. – Dobrze wam idzie?

– Tak – mówi Anna i zerka na Fredrikę.

– Fredriko?

– Tak.

– Widzę, że grzeczne z was dziewczynki – stwierdza Saga. – Tańczcie dalej.

Czeka w szatni, a Pellerina kilka razy przytula się do pani pedagog, wkłada zimowy kombinezon i zbiera swoje rysunki do torby.

– One są najfajniejsze w całej klasie – wyjaśnia Pellerina, kiedy idą, trzymając się za ręce, po szkolnym dziedzińcu.

– Ale jeśli będą chciały, żebyś robiła dziwne rzeczy, masz się nie zgodzić – odpowiada Saga.

– Jestem już duża.

– Wiesz, że się martwię. – Saga czuje ucisk w gardle.

Trzyma siostrę za rękę i myśli o dziewczynkach, które robiły do siebie miny nad jej głową. Może chciały nagrać filmik ośmieszający Pellerinę i go rozpowszechnić.

Po wszystkim zawsze mówią, że to była niewinna zabawa, która wymknęła się spod kontroli, ale przecież każdy wie, że jest złośliwy. Powietrze przeszywa wtedy coś na kształt mrocznego prądu, ale „zabawa” trwa dalej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki